Życie polskie w XIX wieku - Stanisław Wasylewski

-
Proszę czekać

UWAGI WYDAWNICZE

Wszel­kie wzno­wie­nia opie­ra­ją się zwy­kle na ostat­nich wy­da­niach, ja­kie uka­za­ły się za ży­cia au­to­ra. W tym przy­pad­ku jest to nie­moż­li­we, po­nie­waż Ży­cie pol­skie... po raz pierw­szy wy­szło bli­sko 10 lat po śmier­ci Sta­ni­sła­wa Wa­sy­lew­skie­go. Mu­szę się prze­to ogra­ni­czyć do omó­wie­nia zmian, ja­kie wpro­wa­dzi­li­śmy do po­przed­nie­go wy­da­nia, któ­re za­wdzię­cza­my wy­bit­ne­mu znaw­cy dzie­jów kul­tu­ry (zwłasz­cza te­atru) XIX stu­le­cia, edy­to­ro­wi wie­lu pa­mięt­ni­ków - Zbi­gnie­wo­wi Ja­błoń­skie­mu (1926-1984). Tak więc w ślad za uwa­ga­mi re­cen­zen­tów wy­da­nia z 1962 r. usu­nę­li­śmy wy­tknię­te przez nich błę­dy w tek­ście po­zo­sta­wio­nym przez Wa­sy­lew­skie­go. Ob­szer­ne przy­pi­sy, spo­rzą­dzo­ne przez Ja­błoń­skie­go, zo­sta­ły uzu­peł­nio­ne o daty uro­dzin i śmier­ci wie­lu wy­stę­pu­ją­cych w nich po­sta­ci. Po­dob­nie w in­dek­sie przy licz­nych na­zwi­skach do­da­li­śmy, tam gdzie to było moż­li­we do usta­le­nia, imio­na ich po­sia­da­czy. Zo­stał po­nad­to usu­nię­ty spo­rzą­dzo­ny przez Wa­sy­lew­skie­go Ka­len­darz wy­da­rzeń XIX wie­ku. Do­pro­wa­dzo­ny tyl­ko do 1880 r. za­wie­rał bo­wiem spo­ro błę­dów i opusz­czeń. W ni­niej­szym wy­da­niu po­mi­nię­to tak­że w znacz­nej mie­rze nie­ak­tu­al­ną przed­mo­wę z 1962 r., pió­ra Zbi­gnie­wa Ja­błoń­skie­go.

Ja­błoń­ski nadał wła­ści­we brzmie­nie wie­lu cy­ta­tom z po­ezji, utwo­rów dra­ma­tycz­nych i pro­zy li­te­rac­kiej, przy­ta­cza­nych, jak pi­sze, przez au­to­ra z "dość dużą swo­bo­dą" (a więc nie­ści­śle). Więk­szo­ści cy­ta­tów, za­czerp­nię­tych z pa­mięt­ni­ków czy tak zwa­nej li­te­ra­tu­ry przed­mio­tu, Ja­błoń­ski nie po­rów­nał jed­nak z ory­gi­na­ła­mi. Po­wo­łał się przy tym na opi­nię sa­me­go Wa­sy­lew­skie­go, któ­ry uprze­dzał lo­jal­nie czy­tel­ni­ka, iż wy­mie­nia­nie wszyst­kich wy­ko­rzy­sta­nych źró­deł i opra­co­wań uwa­ża za nie­ce­lo­we i wręcz nie­po­trzeb­ne. Szko­da by­ło­by na to pa­pie­ru. Ro­dzi się zresz­tą po­dej­rze­nie, iż Wa­sy­lew­ski, od­cię­ty w Opo­lu od więk­szych bi­blio­tek i po­zba­wio­ny wła­sne­go księ­go­zbio­ru, spo­rą część tych cy­ta­tów przy­ta­czał z... pa­mię­ci, oczy­wi­ście czę­sto je prze­krę­ca­jąc. Po­dob­nie zresz­tą zwy­kli po­stę­po­wać Alek­san­der Brück­ner i Jan Sta­ni­sław By­stroń. Dla­te­go też choć za­rów­no Dzie­je kul­tu­ry pol­skiej, jak i Dzie­je oby­cza­jów w daw­nej Pol­sce były pa­ro­krot­nie po 1945 r. wzna­wia­ne, w żad­nym z nich nie sko­la­cjo­no­wa­no cy­ta­tów źró­dło­wych z ory­gi­na­ła­mi. Wy­ma­ga­ło­by to zresz­tą ogro­mu cza­su, o czym sam się do­wod­nie prze­ko­na­łem, po­rów­nu­jąc cy­ta­ty przy­ta­cza­ne przez Wła­dy­sła­wa Ło­ziń­skie­go (Pra­wem i le­wem... Ży­cie pol­skie w daw­nych wie­kach) z ory­gi­nal­ny­mi wy­da­nia­mi od­po­wied­nich tek­stów.

Ja­nusz Ta­zbir

JANUSZ TAZBIROpus vitaeStanisława Wasylewskiego

Ma­rze­niem nie­mal każ­de­go hu­ma­ni­sty, w sze­ro­kim sło­wa tego zna­cze­niu, jest zo­sta­wie­nie po so­bie "dzie­ła ży­cia" (opus vi­tae), któ­re by z jed­nej stro­ny sta­no­wi­ło sumę jego do­rob­ku, z dru­giej zaś zna­la­zło się w pod­ręcz­nym księ­go­zbio­rze wie­lu po­ko­leń ba­da­czy. Rów­nież Sta­ni­sła­wo­wi Wa­sy­lew­skie­mu (1885-1953) nie wy­star­cza­ła sła­wa zna­ko­mi­te­go ese­isty, jaka ota­cza­ła go w la­tach II Rze­czy­po­spo­li­tej. Był po­rów­ny­wa­ny do Ste­fa­na Zwe­iga i An­dré Mau­ro­is, au­to­rów tak po­pu­lar­nych wów­czas ese­jów o wy­bit­nych po­sta­ciach z róż­nych epok hi­sto­rii1. Po­dob­nie i Wa­sy­lew­ski, naj­chęt­niej i naj­czę­ściej pi­szą­cy o ro­man­ty­zmie, się­gał tak­że i do śre­dnio­wie­cza czy - pi­sząc o Ślą­sku Opol­skim - do dzie­jów naj­now­szych.

O ile jed­nak za­rów­no Zwe­ig, jak i Mau­ro­is nie pró­bo­wa­li nig­dy swo­ich sił na polu ese­ju, to au­tor książ­ki o mi­ło­ści ro­man­tycz­nej już w 1921 r. za­po­wia­dał wy­da­nie syn­te­zy uka­zu­ją­cej ży­cie pol­skie w XIX wie­ku. Jak twier­dził Zbi­gniew Ja­błoń­ski, jej pierw­sza re­dak­cja była go­to­wa oko­ło 1936 r. Za­pla­no­wa­na na trzy lub czte­ry tomy mia­ła się uka­zać w zna­nej se­rii Ru­dol­fa We­gne­ra "Cuda Pol­ski", wy­da­wa­nej w Po­zna­niu. W niej to zresz­tą Wa­sy­lew­ski ogło­sił książ­kę o Lwo­wie (Po­znań 1931), wzno­wio­ną po sześć­dzie­się­ciu la­tach (Wro­cław 1990).

Hi­sto­ria się wszak­że sprzy­się­gła prze­ciw­ko Wa­sy­lew­skie­mu. Wy­buch II woj­ny świa­to­wej unie­moż­li­wił nada­nie jego syn­te­zie osta­tecz­ne­go kształ­tu. We wrze­śniu 1939 r. mu­siał opu­ścić Po­znań, po­zo­sta­wia­jąc tam gro­ma­dzo­ną la­ta­mi bo­ga­tą bi­blio­te­kę. Z niej to przede wszyst­kim czer­pał ma­te­ria­ły do Ży­cia pol­skie­go w XIX wie­ku. Nie mógł więc z nich ko­rzy­stać w la­tach 1941-1946, kie­dy to wła­śnie "Wa­sy­lew­ski po­pra­wiał, zmie­niał, uzu­peł­niał ma­szy­no­pi­sy, przy­go­to­wu­jąc je do dru­ku. Przy­go­to­wań tych jed­nak nie do­pro­wa­dził do koń­ca"2. Nie­do­koń­czo­ny za­rys upo­rząd­ko­wał kon­struk­cyj­nie Zbi­gniew Ja­błoń­ski, za­opa­tru­jąc książ­kę w bar­dzo ob­szer­ne przy­pi­sy, ka­len­da­rium i in­deks osób. W od­sy­ła­czach spro­sto­wał nie­któ­re po­mył­ki au­to­ra; da­le­ko wię­cej zna­leź­li ich re­cen­zen­ci książ­ki, któ­ra uka­za­ła się w Kra­ko­wie w 1962 r., a więc w trzy­dzie­ści lat po roz­po­czę­ciu pra­cy nad Ży­ciem pol­skim...

O po­dob­ne uzu­peł­nie­nia i spro­sto­wa­nia wzbo­ga­cił Ma­rian Kwa­śny książ­kę Wa­sy­lew­skie­go o Ka­ro­li­nie So­bań­skiej, wy­da­ną po­śmiert­nie w 1959 r. Ła­twym za­da­niem by­ło­by wska­za­nie na błę­dy w jego ese­jach, tak prze­cież chwa­lo­nych za atrak­cyj­ność te­ma­tu i pięk­no dys­kur­su. Na obro­nę au­to­ra moż­na przy­to­czyć, iż był on w znacz­nej mie­rze pu­bli­cy­stą, a więc czło­wie­kiem nie­ma­ją­cym zbyt wie­le cza­su na spraw­dza­nie ści­sło­ści, fak­tów, dat czy na­wet na­zwisk. Pa­mię­taj­my, że obok wspo­mi­na­nych wy­żej ese­jów Wa­sy­lew­ski wy­dał po­nad 20 ksią­żek, opu­bli­ko­wał oko­ło 6 ty­się­cy fe­lie­to­nów i oko­licz­no­ścio­wych ar­ty­ku­łów, ra­dio­ama­to­rzy wy­słu­cha­li bli­sko 300 jego au­dy­cji, a ucznio­wie prze­czy­ta­li mnó­stwo czy­ta­nek, pi­sa­nych przez nie­go spe­cjal­nie dla pod­ręcz­ni­ków3.

Wie­le do my­śle­nia daje opo­wieść Wa­sy­lew­skie­go, jak za­py­ta­ny przez zło­śliw­ców, czy mógł­by na po­cze­ka­niu przy­go­to­wać ma­te­ria­ły na przy­kład do te­ma­tu: Pchły plu­skwy w Pol­sce, wy­jął ze swo­jej bi­blio­te­ki oko­ło 10 to­mów i parę bro­szur, orze­ka­jąc z góry, iż szko­da cza­su na szu­ka­nie dal­szych ma­te­ria­łów, bo nic wię­cej cie­ka­we­go na pew­no się nie znaj­dzie. Wa­sy­lew­ski po­wo­łał się przy tym na swo­je bi­blio­te­kar­skie do­świad­cze­nie. W od­po­wie­dzi miał usły­szeć jak­że mile głasz­czą­ce jego am­bi­cję sło­wa: "Mamy i mie­li­śmy parę ty­się­cy do­świad­czo­nych bi­blio­te­ka­rzy. Cze­mu ża­den z nich nie pi­sze tak jak Sta­ni­sław Wa­sy­lew­ski? Cze­mu?"4.

Dla hi­sto­ry­ka nie jest to przy­kład zbyt prze­ko­ny­wa­ją­cy, sko­ro - jak wia­do­mo - każ­dy nie­mal te­mat wy­ma­ga po­szu­ki­wań bi­blio­gra­ficz­nych, i to nie­raz bar­dzo cza­so­chłon­nych. Prze­ko­na­łem się o tym oso­bi­ście, pi­sząc o Hen­ry­ku Nie­mi­ry­czu, gło­śnym bluź­nier­cy z epo­ki oświe­ce­nia. Przede wszyst­kim się­gną­łem do opo­wie­ści Wa­sy­lew­skie­go na jego te­mat, aby się prze­ko­nać, iż jest to pro­sta pa­ra­fra­za z krót­kiej, peł­nej luk i nie­ści­sło­ści re­la­cji na te­mat Nie­mi­ry­cza, za­war­tej w pa­mięt­ni­kach Szy­mo­na Ko­no­pac­kie­go5. Na­to­miast od­two­rze­nie praw­dzi­we­go bio­gra­mu Nie­mi­ry­cza wy­ma­ga­ło wie­lu ty­go­dni kwe­rend, na któ­re Wa­sy­lew­ski po pro­stu nie miał cza­su6. Gdy­by je zresz­tą prze­pro­wa­dzał dla każ­de­go z ese­jów, nie mógł­by ich tyle na­pi­sać. Nic więc dziw­ne­go, iż re­cen­zen­ci wy­ty­ka­li Ży­ciu pol­skie­mu... "(...) praw­dzi­wy za­lew smut­nie ba­nal­nych, pod­ręcz­ni­ko­wych in­for­ma­cji z za­kre­su po­li­tycz­nej i spo­łecz­no-go­spo­dar­czej hi­sto­rii Pol­ski"7. Przed ich zo­ilo­wym spoj­rze­niem Wa­sy­lew­ski miał być zresz­tą uprze­dza­ny.

W jego ogło­szo­nych po­śmiert­nie wspo­mnie­niach czy­ta­my, iż kie­dy ofia­ro­wał Szy­mo­no­wi Aske­na­ze­mu pierw­sze wy­da­nie Ro­man­su pra­bab­ki (Lwów 1921), usły­szał od wy­bit­ne­go hi­sto­ry­ka ostrze­że­nie: "Nie­chże się pan przy­pad­kiem nie łu­dzi, że Ko­ściół ofi­cjal­ny, że par­nas na­szych hi­sto­ry­ków uży­czy panu po­par­cia. Nig­dy! Oni są albo im­po­ten­ta­mi i zwal­czać będą pań­skie rze­czy, bo tak pi­sać nie po­tra­fią, albo dla za­sa­dy. Z po­spo­li­tej za­wi­ści"8.

Spra­wa nie przed­sta­wia się jed­nak tak pro­sto. Praw­dą jest, iż tak zwa­ni za­wo­do­wi hi­sto­ry­cy wy­tknę­li Wa­sy­lew­skie­mu mnó­stwo błę­dów, ale jest to prze­cież pod­sta­wo­wy obo­wią­zek każ­de­go re­cen­zen­ta. Trud­no od tej za­sa­dy czy­nić od­stęp­stwo, na­wet gdy spro­sto­wa­nia do­ty­czą po­śmiert­ne­go dzie­ła pi­sa­rza "(...) tak wy­bit­ne­go i za­słu­żo­ne­go dla kul­tu­ry pol­skiej jak Sta­ni­sław Wa­sy­lew­ski" - pi­sał Ste­fan Kie­nie­wicz, wy­ra­ża­jąc przy tym ubo­le­wa­nie, iż Ży­cie pol­skie w XIX wie­ku we­szło na ry­nek w na­kła­dzie znacz­nie więk­szym od na­kła­dów dzieł na­uko­wych9. Rów­no­cze­śnie jed­nak Jó­zef Dut­kie­wicz pi­sał na ła­mach łódz­kich "Od­gło­sów": "Książ­kę moż­na po­le­cić, czy­ta się lek­ko, wy­da­na jest z dużą ilo­ścią ilu­stra­cji; za­wie­ra mnó­stwo wia­do­mo­ści"10.

Nie miał więc ra­cji Je­rzy Po­śpiech, twier­dząc, iż choć cały na­kład (10 tys. eg­zem­pla­rzy) roz­szedł się bły­ska­wicz­nie, jej au­to­ra spo­tka­ło "(...) wy­brzy­dza­nie ze stro­ny aka­de­mic­kich hi­sto­ry­ków, któ­rzy w ty­po­wy dla tej pro­fe­sji zwy­czaj wy­to­czy­li prze­ciw lek­kiej i uro­kli­wej mu­zie Wa­sy­lew­skie­go cięż­ką ar­ma­tę"11. Bo prze­cież nie spod pió­ra Dut­kie­wi­cza czy Kie­nie­wi­cza, lecz Krzysz­to­fa Teo­do­ra To­eplit­za wy­szła ja­do­wi­ta oce­na Ży­cia pol­skie­go...: "(...) jest to hi­sto­ria wi­dzia­na "od­dziel­nie", ja­ło­wa i przy­pad­ko­wa w isto­cie, a bły­sko­tli­wej jej po­wło­ce nie od­po­wia­da pod­skór­ny nurt in­te­lek­tu­al­ny"12.

Na­wet en­tu­zja­ści Wa­sy­lew­skie­go przy­zna­ją, że o ile był on mi­strzem ma­łych form, to z syn­te­zą so­bie nie ra­dził. Stąd też jed­ni z re­cen­zen­tów na­zy­wa­li Ży­cie pol­skie... swo­istym si­lva re­rum " ale jak świet­nie na­pi­sa­nym: "Jest tu aneg­do­ta i in­for­ma­cja cen­na, i żart, i dow­cip, i smęt­na za­du­ma, i do­bro­tli­wa kpi­na. Mnó­stwo roz­ma­itych wia­do­mo­ści, po­da­nych ot tak, mi­mo­cho­dem"13. Inni pi­sa­li wręcz o mo­za­ice i to nie­uda­nej: "Jest to tyl­ko bo­ga­ty, lecz sła­bo upo­rząd­ko­wa­ny zbiór wie­lo­barw­nych ka­my­ków i bar­dzo nie­rów­nej war­to­ści"14. Ta­kie też były zresz­tą i in­ten­cje sa­me­go au­to­ra: "Am­bi­cją moją było za­wsze gro­ma­dze­nie ta­kich ka­mycz­ków re­aliów, skła­da­ją­cych ob­raz ca­ło­ści po­tocz­ne­go ży­cia" - pi­sał Wa­sy­lew­ski we wstę­pie do książ­ki15. Wtó­ro­wał mu Zbi­gniew Ja­błoń­ski, ostrze­ga­jąc czy­tel­ni­ka, aby nie szu­kał w tej pu­bli­ka­cji ca­ło­ści "(...) hi­sto­rii ży­cia pol­skie­go z mi­nio­ne­go wie­ku"16. Za­miast tego znaj­dzie tyl­ko luź­ne, szki­co­wo uję­te ob­ra­zy czy nie­roz­wi­nię­te sze­rzej za­ry­sy pew­nych spraw.

Na do­brą spra­wę książ­ka Wa­sy­lew­skie­go win­na no­sić ty­tuł Szki­ce z dzie­jów ży­cia pol­skie­go w la­tach 1795-1863, po­nie­waż swo­ją nar­ra­cję do­cią­ga tyl­ko do po­wsta­nia stycz­nio­we­go. Opusz­czeń jest tu bar­dzo dużo, od po­bież­nie po­trak­to­wa­nych spraw te­atru, sztu­ki, mu­zy­ki czy li­te­ra­tu­ry po­czy­na­jąc, a na kul­tu­rze miesz­czań­skiej, a jesz­cze bar­dziej chłop­skiej, koń­cząc. Za­nie­dba­nie tym bar­dziej na­gan­ne, iż wła­śnie wiek XIX nie tyl­ko umoc­nił po­zy­cję kul­tu­ry miesz­czań­skiej w Pol­sce, lecz tak­że za­po­cząt­ko­wał na sze­ro­ką ska­lę wcho­dze­nie do na­ro­du jako uświa­do­mio­nych oby­wa­te­li war­stwy wło­ściań­skiej. Na­to­miast Wa­sy­lew­ski w ogó­le o niej nie wspo­mi­na, po­dob­nie zresz­tą jak to uczy­nił przed nim Wła­dy­sław Ło­ziń­ski, na któ­re­go Pra­wem i le­wem "a jesz­cze bar­dziej Ży­ciu pol­skim w daw­nych wie­kach, au­tor Czter­dzie­stu lat po­wo­dze­nia wy­raź­nie się był wzo­ro­wał. Obaj dali się pod tym wzglę­dem wy­prze­dzić Ję­drze­jo­wi Ki­to­wi­czo­wi, któ­ry na 150 lat przed Wa­sy­lew­skim, a na 100 przed Ło­ziń­skim za­bie­rał się do okre­śle­nia oby­cza­jów chłop­skich. Po na­pi­sa­niu dwóch kar­tek nie­li­to­ści­wa śmierć wy­trą­ci­ła mu pió­ro z ręki i słyn­ne zda­nie "Ma­zu­ro­wie la­tem uży­wa­li ka­pe­lu­szów pro­stych weł­nia­nych, bia­łych albo sza­rych, roz­pusz­cza­nych, albo sło­mia­nych." po­zo­sta­ło nie­do­koń­czo­ne17. A prze­cie wła­śnie wiek XIX przy­niósł kształ­to­wa­nie się no­wo­cze­sne­go na­ro­du pol­skie­go, w któ­rym chło­pi mie­li póź­niej za­jąć tak po­cze­sne miej­sce. Wią­za­ło się z tym gwał­tow­ne kur­cze­nie roli i wpły­wów szlach­ty oraz ary­sto­kra­cji, któ­rej sie­dzi­bom, sty­lo­wi ży­cia i udzia­ło­wi w roz­wo­ju kul­tu­ry za­rów­no Ło­ziń­ski, jak i Wa­sy­lew­ski po­świę­ci­li tak wie­le miej­sca z wy­raź­ną szko­dą dla in­nych warstw na­ro­du.

Bio­rąc nie­ja­ko au­to­ra Ży­cia pol­skie­go w XIX wie­ku w obro­nę, na­le­ży przy­po­mnieć, jak trud­no jest nie tyl­ko pod wzglę­dem oby­cza­jów i kul­tu­ry "po­chwy­cić w pa­ra­gra­fy i ha­seł­ka" ży­wot po­tocz­ny stu­le­cia, "któ­re było bun­tem i eks­plo­zją nie­ustan­ną", na każ­dym polu przy­no­szą­cym "nowe zja­wi­ska, na­wy­ki, wy­stęp­ki (?), wy­na­laz­ki". Wie­ku, w któ­rym na­ród pol­ski, nie­do­pusz­cza­ny do sto­łu ob­rad, był zmu­szo­ny "żyć i pra­co­wać w pod­zie­miu, w se­kre­cie" - pi­sał Sta­ni­sław Wa­sy­lew­ski18.

Istot­nie, za­rów­no w wie­ku XVIII, jak i przez całe na­stęp­ne stu­le­cie na trak­ta­tach do­ty­czą­cych losu ziem pol­skich nie znaj­du­je­my ani jed­ne­go pod­pi­su na­szych dy­plo­ma­tów. Pew­ną po­cie­chą może być to, że w ostat­nich nie­mal­że la­tach za­czę­to je na­zy­wać dru­gim zło­tym wie­kiem kul­tu­ry pol­skiej (pierw­szy to oczy­wi­ście XVI stu­le­cie). Oba wie­ki przy­nio­sły ma­so­wą asy­mi­la­cję ob­cych przy­by­szów. Ich rolę w roz­wo­ju kul­tu­ry pol­skiej Wa­sy­lew­ski oma­wia bar­dzo ob­szer­nie. W pań­stwach wol­nych i za­moż­nych asy­mi­la­cja sta­no­wi­ła con­di­tio sine qua non awan­su spo­łecz­ne­go, otwie­ra­jąc per­spek­ty­wy dal­szej ka­rie­ry. Na­to­miast opo­wie­dze­nie się w XIX wie­ku po stro­nie pol­sko­ści spy­cha­ło ob­ce­go przy­by­sza na po­zy­cje oby­wa­te­la dru­giej ka­te­go­rii. Nie mó­wiąc już o tym, że czyn­ne za­an­ga­żo­wa­nie w spra­wę na­ro­do­wą po­cią­ga­ło za sobą naj­su­row­sze re­pre­sje. W 1831, 1848 czy 1863 r. każ­de­go, kto śpie­szył pod po­wstań­cze sztan­da­ry, uwa­ża­no za peł­no­praw­ne­go człon­ka pol­skiej wspól­no­ty na­ro­do­wej, nie py­ta­jąc, ja­kim ję­zy­kiem mó­wi­li jego dzia­do­wie czy na­wet ro­dzi­ce. Opi­sa­nie owe­go pro­ce­su ro­dze­nia się ca­łych za­stę­pów owych neo­fi­tów pol­sko­ści nie było rze­czą ła­twą.

Do tego do­łą­cza­ją się dal­sze trud­no­ści. Nadal bra­ku­je zgo­dy mię­dzy au­to­ra­mi, jak wła­ści­wie na­le­ża­ło­by wy­kła­dać dzie­je stu­le­cia, któ­re Je­rzy Bo­rej­sza na­zy­wa "pięk­nym wie­kiem XIX" (1984), a Ali­na Wit­kow­ska "wiel­kim stu­le­ciem Po­la­ków" (1987). W cią­gu za­bo­ro­wym (a więc od­dziel­nie Ga­li­cja, osob­no zie­mie, któ­re zna­la­zły się pod pa­no­wa­niem Prus i Ro­sji), okre­sa­mi (na przy­kład: lata 1795-1830, 1831-1862 i tak da­lej) czy też we­dług pew­nych wspól­nych dla wszyst­kich ziem zja­wisk, świad­czą­cych o in­te­gral­nym, mimo wszyst­ko, cha­rak­te­rze ży­cia na­ro­do­we­go, a co za tym idzie, i sa­mej kul­tu­ry?

Nie spro­stał temu za­da­niu sam Alek­san­der Brück­ner. Dla­te­go by­ło­by rze­czą nie­sły­cha­nie ła­twą wy­mie­nie­nie wszyst­kich po­tknięć czy luk wy­stę­pu­ją­cych w ostat­nim to­mie jego syn­te­zy; uczy­ni­li to już w la­tach 1947-1948 ów­cze­śni re­cen­zen­ci czwar­te­go tomu Dzie­jów kul­tu­ry obej­mu­ją­ce­go lata 1795 (1772)-1914. Naj­ob­szer­niej­sze z omó­wień, gdyż li­czą­ce aż czte­ry stro­ny pe­ti­tu, po­świę­cił mu Ste­fan Kie­nie­wicz, któ­ry na ła­mach "Prze­glą­du Hi­sto­rycz­ne­go" wy­tknął Brück­ne­ro­wi błę­dy kon­struk­cyj­ne, uprzy­wi­le­jo­wa­nie Księ­stwa War­szaw­skie­go i Kró­le­stwa Kon­gre­so­we­go ze szko­dą dla in­nych za­bo­rów, nad­mier­ną roz­bu­do­wę dzie­jów po­li­tycz­nych, a zba­ga­te­li­zo­wa­nie hi­sto­rii oby­cza­jów. W pa­rze z tym szły licz­ne po­wtó­rze­nia w tek­ście oraz po­mył­ki rze­czo­we, ze­sta­wio­ne skru­pu­lat­nie przez re­cen­zen­ta19.

Po sześć­dzie­się­ciu la­tach, w cza­sie któ­rych pro­wa­dzo­no in­ten­syw­ne ba­da­nia nad wie­kiem XIX, li­stę tych uste­rek by­li­by­śmy w sta­nie znacz­nie po­mno­żyć, a dość ka­pry­śnie przez Brück­ne­ra ze­sta­wio­ną bi­blio­gra­fię (za­mknię­tą no­ta­be­ne na 1935 r.) co naj­mniej po­tro­ić. Do me­ry­to­rycz­nych za­rzu­tów Ste­fa­na Kie­nie­wi­cza do­rzu­cić zaś mo­że­my sta­tycz­ne na ogół przed­sta­wie­nie spo­łecz­ne­go tła kul­tu­ry czy po­mi­nię­cie pol­skie­go ży­cia po­li­tycz­ne­go na prze­ło­mie XIX i XX stu­le­cia, zwłasz­cza tych jego nur­tów, któ­re obej­mo­wa­ły eman­cy­pu­ją­ce się kla­sy i war­stwy spo­łecz­ne: chłop­stwo (ruch lu­do­wy) oraz kla­sę ro­bot­ni­czą (ruch so­cja­li­stycz­ny).

Nie po­ra­dzi­li so­bie z XIX stu­le­ciem tak­że au­to­rzy da­le­ko póź­niej od Brück­ne­ra czy Wa­sy­lew­skie­go wy­da­nych syn­tez dzie­jów kul­tu­ry, od Bog­da­na Su­cho­dol­skie­go (I wyd. - 1980 r.) po­czy­na­jąc, a na Ma­rii Bo­guc­kiej (Dzie­je kul­tu­ry pol­skiej do 1918 roku, Wro­cław 1987) i Oby­cza­jach w Pol­sce. Od śre­dnio­wie­cza do cza­sów współ­cze­snych (pod red. A. Chwal­by, War­sza­wa 2004) koń­cząc. W żad­nym z wy­mie­nio­nych po­wy­żej dzieł nie spo­tka­my zresz­tą ani jed­ne­go po­wo­ła­nia się na ja­ką­kol­wiek z prac Wa­sy­lew­skie­go. Co wię­cej, nie znaj­du­je­my ich też w bi­blio­gra­fiach. Dwu­to­mo­we kom­pen­dium Li­te­ra­tu­ra pol­ska. Prze­wod­nik en­cy­klo­pe­dycz­ny (1985) wy­mie­nia ja­kieś pra­ce Wa­sy­lew­skie­go tyl­ko w czę­ści bi­blio­gra­ficz­nej i je­dy­nie wów­czas, gdy jest mowa o mia­stach, w któ­rych pro­wa­dził swą dzia­łal­ność li­te­rac­ką (Lwów, Po­znań, Opo­le), czy o cza­so­pi­smach, z któ­ry­mi współ­pra­co­wał ("Odra", "Pa­mięt­nik Li­te­rac­ki" i inne).

A prze­cież za­raz po Paź­dzier­ni­ku wy­da­no cały sze­reg jego prac, i to w na­kła­dach dziś dla nas wręcz astro­no­micz­nych, bo się­ga­ją­cych od 10 do 20 tys. eg­zem­pla­rzy. Tyl­ko w la­tach 1957-1958 wzno­wio­no m.in. na­stę­pu­ją­ce zbio­ry ese­jów: U księż­nej pani, Ro­mans pra­bab­ki, O mi­ło­ści ro­man­tycz­nej, Du­cis­sa Ku­ne­gun­da, Klasz­tor i ko­bie­ta, Na koń­cu ję­zy­ka, Nie­za­pi­sa­ny stan służ­by, Pod ko­pu­łą Osso­li­neum, czy wresz­cie Na dwo­rze kró­la Sta­sia. An­drzej Za­hor­ski pi­sał, iż ostat­ni król Pol­ski jawi się w książ­kach Wa­sy­lew­skie­go "(...) jako wład­ca lek­ko­myśl­ny, kru­chy, trwo­nią­cy pie­nią­dze na bła­host­ki, nie po­sia­da­ją­cy umie­jęt­no­ści ste­ro­wa­nia pań­stwem, a rów­no­cze­śnie zna­ko­mi­ty me­ce­nas, o wspa­nia­łych osią­gnię­ciach w dzie­dzi­nie kul­tu­ry"20. Sło­wem - naj­lep­szy mi­ni­ster kul­tu­ry w na­szych dzie­jach. Być może ze wzglę­du na kul­tu­ral­ne za­słu­gi Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta nie cy­to­wał Wa­sy­lew­skie­go tak bar­dzo nie­na­wi­dzą­cy kró­la Je­rzy Ło­jek.

Nie miał prze­to ra­cji An­drzej Za­hor­ski, pi­sząc: "Sze­ro­ko i chęt­nie były cy­to­wa­ne po­pu­lar­ne książ­ki Sta­ni­sła­wa Wa­sy­lew­skie­go"21. Choć ucho­dzi za wy­bit­ne­go znaw­cę pol­skie­go ro­man­ty­zmu, i to tak da­le­ce, iż je­den z kry­ty­ków na­pi­sał, iż Ży­cie pol­skie w XIX wie­ku to wła­ści­wie Pol­ska epo­ki Mic­kie­wi­cza, współ­cze­śni nam ba­da­cze tej epo­ki li­te­rac­kiej wy­da­ją się go nie do­strze­gać. Da­rem­nie by więc szu­kać na­zwi­ska Wa­sy­lew­skie­go w mi­nien­cy­klo­pe­diach po­świę­co­nych Mic­kie­wi­czo­wi czy Sło­wac­kie­mu. Nie po­ja­wia się on tak­że w za­ry­sie Ro­man­tyzm (1997), pió­ra Ali­ny Wit­kow­skiej i Ry­szar­da Przy­byl­skie­go, ani w pra­cy Ma­rii Ja­nion i Ma­rii Żmi­grodz­kiej, Ro­man­tyzm, i hi­sto­ria (1978). Do­stoj­ny Słow­nik li­te­ra­tu­ry pol­skiej XIX wie­ku (1985) ogra­ni­czył się do za­czerp­nię­cia z Wa­sy­lew­skie­go jed­ne­go cy­ta­tu o sztam­bu­chach22.

To po­mi­ja­nie Wa­sy­lew­skie­go Je­rzy Po­śpiech tłu­ma­czy na róż­ne spo­so­by. Dał się po­znać jako znaw­ca doby oświe­ce­nia, po­nie­waż pra­ce na ten te­mat pu­bli­ko­wał tak­że zbior­czo, w ko­lej­nych książ­kach, a więc jako po­zy­cje zwar­te, czę­sto zresz­tą wzna­wia­ne. Na­to­miast ese­je do­ty­czą­ce ro­man­ty­zmu nig­dy nie do­cze­ka­ły się zbio­ro­wych pu­bli­ka­cji. Po­zo­sta­ją po­roz­rzu­ca­ne po róż­nych cza­so­pi­smach. Ale prze­cież nie da się tego po­wie­dzieć o Ży­ciu pol­skim. w któ­rym przed­sta­wi­cie­le ro­man­ty­zmu zaj­mu­ją tak wie­le miej­sca. Bar­dziej waż­ną wy­da­je się inna przy­czy­na wy­mie­nia­na przez Po­śpie­cha, a mia­no­wi­cie pro­gra­mo­we uni­ka­nie ujęć syn­te­tycz­nych na­wet wte­dy, gdy sam ty­tuł pu­bli­ka­cji do­ma­gał się tego lub za­po­wia­dał. Tym­cza­sem Wa­sy­lew­ski "(...) ani razu nie po­ku­sił się, czy nie od­wa­żył, na syn­te­tycz­ne opra­co­wa­nie, na ja­kąś glo­bal­ną, ca­ło­ścio­wą pró­bę oce­ny do­ko­nań pol­skich ro­man­ty­ków". Nie bę­dąc przy­go­to­wa­ny do ja­kichś gwał­tow­nych od­kryć hi­sto­rycz­no­li­te­rac­kich "(...) świa­do­mie ucie­kał w zna­ny mu świat bi­blio­gra­fii, oby­cza­jo­wo­ści i sen­sa­cji, miast wziąć do ręki tek­sty i do­ko­ny­wać ana­liz czy in­ter­pre­ta­cji". Przede wszyst­kim trosz­czył się o to, aby "(...) od­bior­ca jego tek­stów nie utru­dził się za­nad­to, by miał je­dy­nie przy­jem­ność, za to bar­dzo kul­tu­ral­ną i wy­twor­ną". Dla­te­go stro­nił "od wy­po­sa­ża­nia pu­bli­ka­cji w tre­ści o cięż­szym ła­dun­ku i znacz­niej­szych ko­rzy­ści na­uko­wych". "Moż­na w tym miej­scu wes­tchnąć z ża­lem - pi­sze Po­śpiech - i do­dać "szko­da", gdyż prze­ja­wiał wy­raź­ne skłon­no­ści do prac hi­sto­rycz­no - i kry­tycz­no­li­te­rac­kich"23 Są­dzę, że dziś może nie wszyst­ko by Wa­sy­lew­ski zro­zu­miał z uczo­nych roz­wa­żań współ­cze­snych nam znaw­ców ro­man­ty­zmu i z po­ko­rą po­pro­sił o wy­ja­śnie­nie ta­kich po­jęć jak "trau­ma" czy "pa­ra­dyg­mat ro­man­tycz­ny".

Mar­ta Pi­wiń­ska uszczy­pli­wie pi­sze o jego uwa­gach na te­mat mi­ło­ści ro­man­tycz­nej, że brzmią dziś "na­iw­nie i fał­szy­wie". Wy­wo­dy Wa­sy­lew­skie­go po­rów­nu­je do pro­tek­cjo­nal­ne­go po­kle­py­wa­nia ro­man­ty­ków po ra­mie­niu, "ni­czym do­bry stry­ja­szek Ra­dost pan­nę Anie­lę", co z ko­lei Po­śpiech uwa­ża za sąd zdaw­ko­wy i na pew­no krzyw­dzą­cy24.

O ile "pierw­szą amne­stię" Sta­ni­sła­wa Wa­sy­lew­skie­go przy­niósł prze­łom paź­dzier­ni­ko­wy, to na­stęp­na przy­szła wraz z od­zy­ska­niem su­we­ren­no­ści, a więc po 1989 r. Już 12 grud­nia te­goż roku od­by­ła się se­sja na­uko­wa w Opo­lu, po­świę­co­na jego ży­ciu i twór­czo­ści. Jej wy­ni­ki zo­sta­ły opu­bli­ko­wa­ne w 1991 r. Wa­sy­lew­skie­mu tak­że po­świę­co­no spe­cjal­ny nu­mer "Kwar­tal­ni­ka Opol­skie­go" (nr 4 z 1994 r.). Uka­za­ły się rów­nież od­dziel­ne pu­bli­ka­cje, żeby wy­mie­nić choć­by bro­szu­rę Ada­ma Wier­ciń­skie­go Dys­kret­ny eru­dy­ta (O pi­sar­stwie Sta­ni­sła­wa Wa­sy­lew­skie­go) (Opo­le 2003).

We Wstę­pie przy­to­czy­li­śmy wie­le kry­tycz­nych uwag o książ­ce Wa­sy­lew­skie­go. War­to wszak­że przy­po­mnieć, iż przez ostat­nie pół­wie­cze ba­da­nia nad XIX stu­le­ciem po­su­nę­ły się ol­brzy­mi­mi kro­ka­mi na­przód. Na wie­lu od­cin­kach zo­sta­ła stwo­rzo­na jego nowa wi­zja, po­zo­sta­ją­ca w zro­zu­mia­łej sprzecz­no­ści z tym, co był pi­sał au­tor Ro­man­su pra­bab­ki - w zro­zu­mia­łej, gdyż po­stęp na­uki z re­gu­ły dez­ak­tu­ali­zu­je na­wet te osią­gnię­cia na­uko­we mi­nio­nych ba­da­czy, dzię­ki któ­rym ów po­stęp był moż­li­wy. Każ­de po­ko­le­nie uczo­nych może bo­wiem po­wtó­rzyć, pa­ra­fra­zu­jąc Asny­ka: "i na­sze gwiaz­dy, o ba­da­cze mło­dzi, w ciem­no­ściach po­ga­sną znów"25.

W tych wa­run­kach ro­dzi się oczy­wi­ście py­ta­nie, czy na­le­ży wzna­wiać pra­ce na­uko­we, któ­re nie od­po­wia­da­ją już ak­tu­al­ne­mu sta­no­wi ba­dań, czy nie bę­dzie to dez­orien­to­wa­ło współ­cze­sne­go czy­tel­ni­ka, dla któ­re­go Wa­sy­lew­ski może sta­no­wić bez­sprzecz­ny au­to­ry­tet. Nie ulę­kli się tego nie­bez­pie­czeń­stwa wy­daw­cy "Bi­blio­te­ki Kla­sy­ków Hi­sto­rio­gra­fii", jak rów­nież kla­sy­ków na­szej wie­dzy o li­te­ra­tu­rze, dzieł Sta­ni­sła­wa Pi­go­nia czy Ju­liu­sza Kle­ine­ra, a się­ga­jąc do wcze­śniej­szych ge­ne­ra­cji - Wil­hel­ma Bruch­nal­skie­go, Igna­ce­go Chrza­now­skie­go lub Sta­ni­sła­wa Tar­now­skie­go. Wszyst­kie te pra­ce, mimo że czę­ścio­wo zdy­stan­so­wa­ne przez póź­niej­szy po­stęp ba­dań, sta­no­wią nadal ży­wot­ną i cen­ną część na­sze­go dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go, wcho­dzą do zło­te­go skarb­ca pol­skiej hu­ma­ni­sty­ki, któ­ry mamy obo­wią­zek za­cho­wy­wać w trwa­łej pa­mię­ci po­ko­leń. To samo da się rów­nież po­wie­dzieć i o Ży­ciu pol­skim w XIX wie­ku. Po uka­za­niu się pierw­sze­go wy­da­nia re­cen­zen­ci, nie za­my­ka­jąc już wów­czas oczu na róż­no­ra­kie bra­ki, luki i po­tknię­cia tej syn­te­zy, cie­szy­li się z po­ja­wie­nia na ryn­ku księ­gar­skim dzie­ła, w któ­rym każ­dy mógł zna­leźć je­śli nie przy­dat­ne, to na pew­no in­te­re­su­ją­ce in­for­ma­cje. Książ­ki sta­no­wią­cej poza wszyst­kim in­nym przed­nią lek­tu­rę. Dziś, gdy pra­ca Wa­sy­lew­skie­go zo­sta­je po­wtór­nie wy­da­na, jej czy­ta­niu win­na to­wa­rzy­szyć świa­do­mość, iż mamy do czy­nie­nia z dzie­łem po­wsta­łym przed pra­wie sześć­dzie­się­ciu laty, uwa­run­ko­wa­nym ów­cze­snym sta­nem wie­dzy i to­wa­rzy­szą­cy­mi mu ho­ry­zon­ta­mi ba­daw­czy­mi. Pi­sa­nym w cza­sach, gdy hi­sto­ry­cy li­te­ra­tu­ry sta­ra­li się pi­sać atrak­cyj­nie i w spo­sób zro­zu­mia­ły nie tyl­ko dla wą­skie­go krę­gu fa­chow­ców.

ROZDZIAŁ DRUGIOsiągnięcia i klęski epoki Księstwa

Em­pi­re - styl Ce­sar­stwa. - Orzeł i ko­kar­da. - Re­kwi­zy­cja - kwa­te­ra - biu­ro. - Po­dróż do Ka­lo­pei. - Epi­de­mia łez i mdło­ści. - Precz z Uzur­pa­to­rem! - Bla­ski i cie­nie woj­ska. - Mi­łość - ta­niec - ko­bie­ta. - Po­gar­da dla ję­zy­ka eko­no­mów.

Em­pi­re - styl Ce­sar­stwa

"Dla więk­szo­ści męż­czyzn prze­sta­ły ist­nieć roz­ko­sze ży­cia do­mo­we­go - wzdy­cha Tal­ley­rand w swych pa­mięt­ni­kach. - Na­po­le­on nie po­zwa­lał ni­ko­mu przy­wią­zać się do nich! Po­rwa­ni szyb­kim bie­giem zda­rzeń, gna­ni am­bi­cją, ogar­nię­ci ogól­ną at­mos­fe­rą woj­ny i zmian po­li­tycz­nych - nie mo­gli lu­dzie po­świę­cać na­le­ży­tej uwa­gi spra­wom pry­wat­nym. Wstę­po­wa­ło się do wła­sne­go domu jak na wi­zy­tę. Dom wła­sny uwa­ża­no za chwi­lo­we schro­nie­nie".

Gnie­wa­ło to tym bar­dziej, że umie­li so­bie lu­dzie na­po­le­oń­scy urzą­dzić ży­cie przy­tul­nie i tak urze­ka­ją­co pięk­nie jak daw­no nikt na świe­cie. Per­cier i Fon­ta­ine1 byli twór­ca­mi sty­lu Ce­sar­stwa w ar­chi­tek­tu­rze, któ­re­go mo­nu­men­tal­nym do dziś prze­ja­wem jest Łuk Trium­fal­ny na pla­cu Ka­ru­ze­li w Pa­ry­żu. Ar­ty­ści umie­li po­łą­czyć tra­dy­cję bu­dow­ni­czą i zdob­nic­two sta­ro­żyt­ne­go ce­sar­stwa rzym­skie­go z wy­ma­ga­nia­mi cza­su, z py­szał­ko­wa­ty­mi za­chce­nia­mi Bo­na­par­te­go. Bu­dow­le w sty­lu Ce­sar­stwa biją inne sty­le mo­nu­men­tal­nym spo­ko­jem czy do­sto­jeń­stwem. Choć nie­wie­le jest w nich ory­gi­nal­no­ści. Czę­sto są to jeno ko­pie za­byt­ków rzym­skich, ro­tun­dy, ko­lum­na­dy, at­ty­ki, obe­li­ski, me­an­dry, pod­ra­bia­ją­ce udat­nie re­ne­sans w naj­lep­szych jego kre­acjach.

Z po­my­słów sto­la­rza an­giel­skie­go Chip­pen­da­le'a2, któ­ry umiał po­łą­czyć nie­spo­koj­ne, ła­ma­ne for­my ro­ko­ka z har­mo­nią an­ty­ku oraz go­ty­ku, ko­rzy­sta­ją me­ble em­pi­ro­we. Wiel­ki prze­pych oże­nio­ny z ce­lo­wo­ścią i pro­sto­tą. Pa­pu­zie bar­wy za­stę­pu­je zło­to i biel. Smu­kłe fo­te­le, sto­li­ki na wy­so­kich pta­sich jak­by nóż­kach, zgrab­ne, ku­szą­ce ko­zet­ki - "szep­tacz­ki". Wszyst­ko z ma­ho­niu, wszyst­ko aż ka­pie od brą­zu, nad­mia­ru okuć, an­tab, or­łów ce­sar­sko-rzym­skich i lwów. W li­niach wier­nie kla­sycz­nych. Za­chwy­ca­ją­ce, lek­kie i zwin­ne, bo ob­ra­ca­ją­ce się zwier­cia­dło zmu­sza prze­glą­da­ją­cych się do uśmie­chu. Fo­tel - ileż lot­niej­szy od póź­niej­sze­go, cięż­kie­go "fa-tersz­tu­lu" Bie­der­me­ie­ra - wy­bi­ty kar­ma­zy­no­wym ada­masz­kiem, prze­sy­co­ny zło­ci­sty­mi esa­mi-flo­re­sa­mi, któ­re po­kor­nie oka­la­ją cy­frę uzur­pa­to­ra N w wy­pu­kłym haf­cie. Prze­wie­le ko­biet mia­ło ją wy­ry­tą w swych ser­cach, jed­na Ma­ria Wa­lew­ska skosz­to­wa­ła... do­ust­nie. Gdy usią­dziesz w fo­te­lu em­pi­ro­wym wspar­tym na ma­syw­nych lwich nóż­kach, do­ty­kasz dło­nią na­giej pier­si ka­ria­ty­dy, nie­wol­ni­cy egip­skiej, któ­ra ci ży­czy wy­god­nej, ale krót­kiej drzem­ki. Ze­gar em­pi­ro­wy na row­ko­wa­nej, ścię­tej ko­lum­nie z rzym­skim ka­gan­kiem wy­bi­ja go­dzi­ny "tyl­ko szczę­śli­we". In­nych znać nie chce. Mały okrą­gły bu­dzik przy wspa­nia­łym w li­niach łożu em­pi­ro­wym prze­ry­wa sen, gdy wer­bla za­gra­ją ce­sar­scy trę­ba­cze. Baj­ko­wym kan­tor­kiem, se­kre­ta­rzy­kiem nie masz na­wet cza­su się za­chwy­cić. Spe­cja­li­ści umie­ją od­róż­nić pew­ne ce­chy wy­twa­rza­nych w War­sza­wie i Wil­nie me­bli, szcze­gól­nie se­kre­ta­rzy­ków. Na­sze sfe­ry po­sia­da­ją­ce mo­gły do przy­woź­nych zna­mion sty­lu tej epo­ki do­dać od­wiecz­ną pol­ską pa­sję pu­sze­nia się "stroj­no, piór­no, sza­bel­no", by za­ćmie­wać bla­skiem bo­ga­tych ozdób-kosz­tow­no­ści. Szcze­gól­nie w wy­stę­pach pu­blicz­nych, na ba­lach ofi­cjal­nych, na po­sie­dze­niu Sej­mu z r. 1812 ze­spo­li­ła się ta chęt­ka ma­gna­tów z modą przy­wie­zio­ną przez woj­ska fran­cu­skie do War­sza­wy.

Umi­ło­wa­nym in­stru­men­tem epo­ki, źró­dłem na­stro­jów sen­ty­men­tal­nych jest har­fa. Gdy wskrze­szo­ne­mu na­rzę­dziu mu­zycz­ne­mu an­ty­ku do­da­no z koń­cem ubie­głe­go stu­le­cia pe­da­ły, damy za­czę­ły sza­leć, spo­strze­gł­szy, że gra na har­fie, po­trą­ca­nie o jej stru­ny w po­zy­cji sie­dzą­cej daje spo­sob­ność do ujaw­nie­nia wdzię­ku ob­na­żo­nych ra­mion i rąk. Sen­ty­men­ta­list­ki nu­ci­ły, szar­piąc stru­ny, pie­śni słyn­ne­go wiesz­cza nocy księ­ży­co­wej, Osja­na3. Do naj­ulu­bień­szych na­le­ża­ła pieśń Lu­dwi­ka Kro­piń­skie­go4: "Te brzóz kil­ka, ten brzeg wody tak mi wie­le przy-y-y-po­mi­na!". Ale po­mi­mo za­sto­so­wa­nia dwóch pe­da­łów har­fy...rar­da5 mu­sia­ły ustą­pić miej­sca wpro­wa­dzo­ne­mu przez ro­man­ty­ków for­te­pia­no­wi.

Gdy Dia­na w ko­me­dii sa­ty­rycz­nej Sło­wac­kie­go wzbra­nia się od­dać rękę bo­ga­te­mu Fan­ta­ze­mu, hra­bia oj­ciec krzy­czy: "A ty głu­pia fir­cy­ne­lo my­ślisz co? Z tor­bą po ka­wa­łek chle­ba... a sta­rych nas dwo­je ze Stel­lą za tobą grać po ka­wiar­niach w Ki­jo­wie na sta­rych har­fach?!"6. Pięk­ny in­stru­ment zde­kla­so­wa­ny bez­myśl­nie na oczach po­ko­le­nia. Do­cze­ka się jed­nak od­pła­ty, po­etyc­kiej przy­najm­niej; na szczy­ty pa­to­su ar­ty­stycz­ne­go wy­nie­sie har­fę au­tor Lil­li We­ne­dy, czy­niąc z niej arkę przy­mie­rza, sym­bol mocy pol­skiej kry­ją­cą. Ta har­fa kró­la Der­wi­da to chór dwu­na­stu har­fia­rzy, śpie­wa­ją­cy hym­ny wia­ry w moc na­ro­du o sile akor­du po­etyc­kie­go, ja­kiej nie­wie­le w po­ezji ro­man­tycz­nej!

Orzeł i ko­kar­da

Zło­te, dzio­bią­ce i za­bor­cze orły na­po­le­oń­skie mia­ły tę za­le­tę, że zbu­dzi­ły Bia­łe­go z apa­tii, śpiącz­ki, roz­pa­czy. Pod­niósł dziób, zo­ba­czył słoń­ce i usi­ło­wał roz­wi­nąć skrzy­dła do lotu. Ale je ry­chło zwi­nął, zo­rien­to­waw­szy się w miał­ko­ści na­po­le­oń­skich obiet­nic. Wnet w r. 1806 oży­wia się po­now­nie. I znów pró­bu­je lotu, ufa­jąc w te po­zło­co­ne od słoń­ca pió­ra. Wszyst­kie za­bo­ry śpie­wa­ją w eks­ta­zie: "Za zło­tym or­łem pój­dzie­my roz­sze­rzyć na­sze zie­mie!". Na­le­ży moc­no pod­kre­ślić: to jest pierw­szy zryw ma­so­we­go, ogar­nia­ją­ce­go wszyst­kich, czyn­ne­go pa­trio­ty­zmu w no­wym stu­le­ciu. Przo­du­ją ko­bie­ty, któ­re "wy­ra­zu oj­czy­zna nie mogą sły­szeć bez gwał­tow­ne­go wzru­sze­nia". Na­po­le­on nie ro­zu­miał, że do­tknął żyły po­tęż­nej, kry­ją­cej en­tu­zjazm na­ro­du, i nie po­tra­fił z niej sko­rzy­stać!

Wy­nie­dziel­nio­ny Lwów pła­cze z ra­do­ści na wi­dok pierw­szych kur­tek gra­na­to­wych z ama­ran­tem, ale i nie­dłu­go może się nim cie­szyć. W to mia­sto pod Wy­so­kim Zam­kiem pio­run ude­rza pierw­szy. Gdy au­striac­ki ge­ne­rał Eger­mann prze­pę­dził bez tru­du garst­kę zdo­byw­ców, be­am­te­ria nie­miec­ka jęła trium­fal­nie ilu­mi­no­wać mia­sto, ul­tra­lo­jal­ny ar­cy­bi­skup Kic­ki7 zaś wy­sta­wił na bal­ko­nie swe­go pa­ła­cu prze­źro­cze z czar­nym or­łem dwu­gło­wym z tro­fe­ami zwy­cięstw - pięt­na­sto­let­nia Pu­zy­nian­ka8 nie mo­gła dłu­żej wy­trzy­mać w po­bli­skim kon­wik­cie sa­kra­men­tek. W mę­skim prze­bra­niu do­sta­je się chył­kiem do pa­ła­cu, roz­pru­wa no­żem prze­źro­cze, drąc w ka­wał­ki jed­ną z głów czar­ne­go pta­ka. Po­dob­no i ar­cy­bi­sku­po­wi do­sta­ła się od niej re­pry­men­da, gdy ją prze­słu­chi­wał. Śpie­wa­ją­ce przed­mie­ście Ły­cza­ko­wa przy­kla­snę­ło wy­czy­no­wi od razu:

Już była póź­na go­dzi­na, kie­dy wpa­dła he­ro­ina,

W do­brej mi­nie i hu­mo­rze, na ka­wał­ki orła po­drze:

A urwaw­szy jed­ną gło­wę, do Kic­kie­go zwra­ca mowę:

"O, ty wy­rod­ku Po­la­ka, zim­ny na przyj­ście ro­da­ka,

Za dzi­siej­sze two­je fety spo­dzie­waj się tej od­we­ty.

Jak się w po­dob­nej spra­wie daw­niej tra­fi­ło w War­sza­wie,

Gdzie in­fu­ły i pur­pu­ry pod­no­szo­no do góry...".

Tym mu przy­jaźń oka­za­ła, gdy mu praw­dy na­ga­da­ła.

Nad któ­rą tak się zdu­mie­li, że jej prze­trzy­mać nie śmie­li.

Po­tem szczę­śli­wie tam wy­szła, skąd znie­nac­ka była przy­szła.

A cho­ciaż lud oświe­co­ny zro­bił z tego za­bo­bo­ny,

Jed­nak to gło­sić nie ską­pią: że dwa jed­ne­mu ustą­pią!

Oma­mio­ny nową złu­dą, po­szy­bo­wał Orzeł Bia­ły za uzur­pa­to­rem na Mo­skwę w r. 1812. Zwy­cięz­ca spod Ra­szy­na szedł na cze­le kor­pu­su pol­skie­go. Czyż moż­na się dzi­wić, że "we­so­łość po­wszech­na wstą­pi­ła we wszyst­ko, co tyl­ko pol­skim od­dy­cha­ło po­wie­trzem". Sejm, na­pręd­ce zwo­ła­ny, po­wo­łał na­ród pod broń. "Bę­dzie Pol­ska, co mó­wię, już jest!..." - wo­łał ztry­bu­ny Ma­tu­sze­wicz9.

A wte­dy pa­nie przy­stro­iły się w ko­kar­dy. Po­dob­nie, jak ich mat­ki w pierw­szą rocz­ni­cę Usta­wy ma­jo­wej. W ko­lo­rach nie­co in­nych, z kon­fe­de­ra­cji bar­skiej: sza­fir z ama­ran­tem ze wstą­żek uwi­ty. Wy­bra­na de­pu­ta­cja po­wio­zła uro­czy­ście pierw­szą ko­kar­dę do Ła­zie­nek, by ją przy­piąć Ja­no­wi III na po­mni­ku. Na le­wej ręce po­wy­żej łok­cia. Po­tem szta­bo­wy ofi­cer pro­szo­ny był, aby dru­gą ofia­ro­wał w kwa­te­rze głów­nej Na­po­le­ono­wi. Nie­chaj pa­mię­ta, co przy­obie­cał. Trze­cim z ko­lei był naj­god­niej­szy Ta­de­usz Ko­ściusz­ko. Ze­bra­ne w Pa­ry­żu po­li­tycz­ki pol­skie or­ga­ni­zu­ją uro­czy­stość w Mons. Przy­był Na­czel­nik. Przy­tom­na tej chwi­li Fran­cuz­ka, ma­da­me Bawr10, pi­sze w pa­mięt­ni­kach: "Wi­dzę jesz­cze tego do­stoj­ne­go star­ca, pa­mię­tam do­sko­na­le wy­raz jego ob­li­cza, na­zna­czo­ne­go me­lan­cho­lią, prze­po­jo­ne­go sro­go­ścią. Nie mó­wiąc ani sło­wa, zbli­ża się po­wo­li do pani domu i zry­wa naj­spo­koj­niej z jej ra­mie­nia ko­kar­dę o bar­wach na­ro­do­wych. Nie tyl­ko nie dał jej so­bie przy­piąć, ale jesz­cze ze­rwał ją z ra­mie­nia ko­bie­ty. Pa­nie po­bla­dły. Mróz prze­szedł całe to­wa­rzy­stwo mimo upal­nej nocy lip­co­wej. Bo któż mógł le­piej ani­że­li Ko­ściusz­ko wie­dzieć, jak da­le­ko się­ga­ją za­mia­ry Na­po­le­ona wo­bec Pol­ski".

W ogól­nej de­pre­sji nikt wi­dzieć nie mógł, że czas ów nie­sie też bło­go­sła­wień­stwo na­szej kul­tu­rze. Dwo­je nie­mow­ląt uj­rza­ło świat w r. 1812. Jed­no trzy­ma­ła do chrztu pani Wa­lew­ska, był to Zyg­munt Kra­siń­ski, przy­szły wiel­ki po­eta, au­tor Nie-Bo­skiej ko­me­dii, wieszcz prawd, któ­re spraw­dzą się po­ju­trze!... I dru­gi - z kre­sów da­le­kich, ten, któ­ry miał wy­trą­cić Po­la­kom z ręki ro­man­se fran­cu­skie, na­uczy­ciel czy­ta­nia po­wie­ści ro­dzi­mej: Jó­zef Igna­cy Kra­szew­ski.

Re­kwi­zy­cja - kwa­te­ra - biu­ro

"Po­la­cy! Od was za­le­ży ist­nąć i mieć oj­czy­znę. Wasz ze­mści­ciel i wasz twór­ca się zja­wił!" - tak wo­ła­li po­grom­cy Pru­sa­ków pod Jeną, Jan Hen­ryk Dą­brow­ski i Jó­zef Wy­bic­ki we wspól­nej ode­zwie wy­da­nej w Po­zna­niu w imie­niu Na­po­le­ona Bo­na­par­te­go. Jak no­wo­mod­na, cu­do­twór­cza iskra elek­trycz­na od­dzia­ła­ło to zwy­cię­stwo na spo­łe­czeń­stwo, prze­ko­na­ne, że już wszyst­ko na wie­ki stra­co­ne i po­zo­sta­nie chy­ba tyl­ko bez­czyn­ne ży­cie na od­lu­dziu wio­sek i dwo­rów szla­chec­kich. Mu­rat11 zdą­ża­ją­cy na cze­le wojsk fran­cu­skich w te­atral­nym stro­ju z ak­sa­mi­tów, stru­sich piór i gu­zów zło­tych ku No­we­mu Świa­tu w War­sza­wie roz­pa­lił do naj­wyż­sze­go stop­nia opty­mizm uli­cy, miesz­czań­stwa, szlach­ty. "Ogar­nął nas szał - pi­sze czło­wiek współ­cze­sny - szał ubó­stwie­nia Fran­cu­zów, nie do­zwa­la­ją­cy ro­ze­znać rze­czy­wi­sto­ści od złu­dze­nia, wte­dy na­wet gdy same fak­ty po­win­ny były zni­we­czyć ułu­dę na­szą".

Zwy­cięz­ca po­ra­dził so­bie z tym sza­łem Po­la­ków szyb­ko. Naj­sam­pierw dwie sio­stry o nie­zna­nych do­tąd w Pol­sce imio­nach przy­je­cha­ły w ślad za or­ła­mi zło­ty­mi z Pa­ry­ża: re­kwi­zy­cja i kwa­te­ra, ob­le­wa­jąc sza­le­ją­cych zim­nym stru­mie­niem. I bra­ta przy­wio­zły też, nie­zna­jo­me Pol­sce nie­mow­lę: biu­ro. Roz­próż­nia­cze­ni po­gro­bow­cy tkwi­li w kan­ce­la­riach kwa­te­run­ko­wych i ewi­den­cyj­nych, nie­ry­chło zmie­nia­jąc się w ka­stę biu­ra­li­stów. Już przy­jem­niej­szą wy­da­ła się inna no­wość: pu­blicz­ne ja­dło­daj­nie, otwar­te ku zdu­mie­niu miesz­kań­ców przez cały dzień.

Szum­nie pro­kla­mo­wa­ne Księ­stwo War­szaw­skie, gdzie król był sa­ski, pie­niądz pru­ski, woj­sko pol­skie, a ko­deks fran­cu­ski, spra­wi­ło za­wód ogól­ny. Kon­tra­hen­ci ode­zwy wstęp­nej po­znań­skiej nie mie­li żad­ne­go gło­su. Człon­ków Ko­mi­sji Rzą­dzą­cej na­zy­wa­no "brać­mi śpią­cy­mi". Cie­niem po­nu­rym kładł się na sy­tu­acji ogól­nej kon­flikt mię­dzy wo­dzem na­czel­nym, ks. Jó­ze­fem Po­nia­tow­skim, a ofiar­nym twór­cą Le­gio­nów wło­skich, ge­ne­ra­łem Dą­brow­skim. Na­po­le­on wy­na­gro­dził go za znacz­ne wy­dat­ki na or­ga­ni­za­cję siły zbroj­nej we Wło­szech - bra­kiem za­ufa­nia, ale i fun­da­cją (Win­na­gó­ra) war­to­ści mi­lio­na ów­cze­snych fran­ków. Mar­ny czło­wiek, choć bit­ny żoł­nierz, ge­ne­rał Za­ją­czek, otrzy­mał wspa­nia­ły klucz 61 wsi w zie­mi ka­li­skiej z pa­ła­cem w Opa­tów­ku. Na­czel­ny wódz, któ­re­go na­iw­nie wi­nio­no oso­bi­ście za owe nie­zno­śne re­kwi­zy­cje i kwa­te­run­ki, nie cie­szył się jesz­cze sym­pa­tią i nie za­słu­gi­wał na nią. Pa­mię­ta­no mu, że w okre­sie pru­skiej oku­pa­cji w kom­pa­nii we­so­łych dam i pa­ni­czy­ków w pa­ła­cu Pod Bla­chą da­wał do­wo­dy wąt­pli­wej tę­ży­zny; wy­so­kie staw­ki przy sto­li­kach fa­ra­ona, ką­pie­le w hek­to­li­trach bur­gundz­kie­go wina, flir­ty "bi­lar­do­wej ju­na­kie­rii" w Ogro­dzie Sa­skim - oto czym sły­nę­li bla­sza­ni ry­ce­rze. Od­róż­nia­li się po­pie­la­tym ko­lo­rem fra­ków z czar­ny­mi, ha­fto­wa­ny­mi zło­tem koł­nie­rza­mi. Prze­sa­dą by­ło­by wi­nić tych hu­la­ków o pust­ki w te­atrze pol­skim, a kom­ple­ty we fran­cu­skim. Sam ksią­żę Pepi wy­znał szcze­rze, że brak mu da­nych do pil­no­wa­nia tra­dy­cji i oby­cza­jów kra­jo­wych. Miał wie­le ra­cji obie­ga­ją­cy sto­li­cę dwu­wiersz:

Po­lak jesz­cze po pol­sku pi­sze i czy­ta,

Bo nie cała War­sza­wa  b l a c h ą jest po­kry­ta.

Wcie­lo­ne w sys­tem go­spo­dar­czy ko­lo­sa na­po­le­oń­skie­go, wy­sy­sa­ją­ce­go je bez li­to­ści, zna­la­zło się Księ­stwo w ob­li­czu wy­rze­czeń, o ja­kich Po­la­cy do­tąd w ogó­le nie mie­li po­ję­cia. Zwa­lo­no se­zo­no­we­mu pań­stew­ku na kark ol­brzy­mie cię­ża­ry, kosz­ta ad­mi­ni­stra­cji, biu­ro­kra­cji i fu­ra­żu dla czter­dzie­sto­ty­sięcz­nej nie­na­żar­tej, gry­ma­śnej ar­mii. "Ależ my tu z gło­du po­umie­ra­my" - jęk­nę­ła pani Wę­go­rzew­ska, gdy gen. Haut­po­ul całą obo­rę za­re­kwi­ro­wał12. "W każ­dym ra­zie Fran­cu­zi umrą ostat­ni" - od­po­wie­dział dwor­nie Fran­cuz.

"Od­ku­pu­jąc chleb, wodę i sól z grun­tów wła­snych, po na­szych się uli­cach roz­mó­wić nie mo­żem. Wkrót­ce mia­sto żoż­ma­nów i bła­wa­tów ja­snych, kusy ku­brak z pa­kła­ku13 na grzbiet wła­sny wło­żym" I nie była to prze­no­śnia po­etyc­ka. Były mar­sza­łek Sej­mu Wiel­kie­go, Ma­ła­chow­ski, bie­gał po ca­łym mie­ście, by po­ży­czyć parę du­ka­tów, bo miał wie­czo­rem go­ścić u sie­bie Na­po­le­ona.

Pra­sa nud­no-ofi­cjal­na była bez wpły­wu i czy­tel­ni­ków. Nikt się nie in­te­re­so­wał "Ga­ze­tą War­szaw­ską" czy "Ga­ze­tą Ko­re­spon­den­ta". Do­pie­ro po la­tach żywo re­da­go­wa­ny "Ku­rier War­szaw­ski"14 wy­wo­ła prze­łom w sto­sun­ku spo­łe­czeń­stwa do pra­sy. Dziś w Księ­stwie chęt­niej po­da­ją ucha ulot­nym, wszę­dzie do­cie­ra­ją­cym ucin­kom, sa­ty­rom, kon­cep­tom. Po­sta­wa mo­ral­na ogó­łu szla­chec­kie­go i miesz­czań­skie­go przed­sta­wia się smęt­nie. Wa­lecz­ny po­eta le­gio­ni­sta, Go­deb­ski, tak ją uj­mo­wał w li­sto­pa­dzie 180715:

Mo­gęż bo­wiem ra­cho­wać na po­mo­cy w kra­ju,

Gdzie pa­mięć na za­słu­gi nie jest we zwy­cza­ju,

A duma przed war­to­ścią wy­no­si łeb har­dy,

Gdzie do­syć być ubo­gim, by do­znać po­gar­dy?

Gdzie żad­ne­go nie mają na przy­mio­ty wzglę­du,

Cno­ta ni­czym, a pod­łość dro­gą do urzę­du.

Gdzie czę­sto, co mi wy­znać przy­cho­dzi z bo­le­ścią:

Trze­ba mieć do nad­gro­dy po­rę­kę nie­wie­ścią?

Patrz, jak sło­wo oj­czy­zna na szy­der­skiej twa­rzy

Wzbu­dza uśmiech zło­śli­wy i ha­sło po­twa­rzy

Wpo­śród ro­da­ków, któ­rym - z bó­lem rzec to mu­szę -

Nie­szczę­ścia za­miast pod­nieść, osła­bi­ły du­szę!

Lu­dzie przy­zwo­ici byli w mniej­szo­ści, bez po­słu­chu i zna­cze­nia. Kto nie grał w kar­ty, stro­nił od pi­ja­tyk, nie tań­czył mod­ne­go kon­tre­dan­sa - cie­szył się w domu czy­ta­niem ulot­nych pi­se­mek i wą­chał ta­ba­kę. Niuch ta­ba­ki jest nie­od­łącz­nym to­wa­rzy­szem. Nie tyl­ko Pod­ko­mo­rzy w Panu Ta­de­uszu co chwi­la dzwo­ni w zło­tą ta­ba­kier­kę. Na­po­le­on w War­sza­wie, przyj­mu­jąc de­pu­ta­cję, wy­jął z kie­sze­ni zło­żo­ny kar­te­lusz pa­pie­ru i od­da­jąc go Ko­cha­now­skie­mu16, lo­do­wa­to rzekł: "Oto spis po­trzeb mo­je­go woj­ska. Je­śli w 24 go­dzin nie będą do­star­czo­ne, bę­dziesz wać­pan roz­strze­la­ny!". To rze­kł­szy, do­był ta­ba­kie­ry, do któ­rej ma­chi­nal­nie się­gnął Ko­cha­now­ski i za­żył. Na­po­le­on ro­ze­śmiał się: "Cóż za dia­bel­ny czło­wiek! Obie­cu­ję go roz­strze­lać, a on bie­rze niuch ta­ba­ki, niby na po­dzię­ko­wa­nie!". Jesz­cze w r. 1829 dow­cip­ku­je Żół­kow­ski oj­ciec w swym "Mo­mu­sie"17: "Są pa­si­brzu­chy i pasi-nosy; tam­ci do na­kry­te­go sto­łu, ci do od­kry­tej ta­ba­kie­ry się gar­ną". Uciecz­ką zde­ner­wo­wa­nej zbio­ro­wo­ści jest dru­gi nar­ko­tyk: lul­ka. Mię­to­sząc ją w zę­bach, idzie z fleg­mą do ata­ku ks. Jó­zef w La­sku Fa­lęc­kim pod Ra­szy­nem. Nie­pręd­ko wy­trą­ci ją z uży­cia droż­sze i tyl­ko za­moż­nej bur­żu­azji do­stęp­ne cy­ga­ro.

Po­dróż do Ka­lo­pei

Nie ba­cząc na cza­sy nie­sto­sow­ne - ostat­ni ma­ru­de­rzy po klę­sce Wiel­kiej Ar­mii jesz­cze nie­po­ko­ili kraj - zło­żył Woj­ciech Gut­kow­ski rę­ko­pis swej Po­dró­ży do Ka­lo­pei w kan­ce­la­rii War­szaw­skie­go To­wa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Nauk. Ka­lop jest ana­gra­mem Po­la­ka, a Ka­lo­pea ozna­cza Pol­skę. Jest to po­wieść uto­pij­na, w któ­rej au­tor skre­ślił ob­ra­zy ide­al­ne­go spo­łe­czeń­stwa przy­szło­ści18.

Bo­le­sław Śmia­ły, po­ko­na­ny przez pa­pie­ża w wal­ce o god­ność pań­stwa pol­skie­go, opusz­cza wraz z przy­bocz­ną dru­ży­ną oj­czy­znę i za­kła­da w głę­bi Au­stra­lii nowe spo­łe­czeń­stwo. W Ka­lo­pei nie ma zu­peł­nie wła­sno­ści pry­wat­nej. Z wy­gód ży­cio­wych ko­rzy­sta każ­dy z człon­ków gmi­ny we­dług stop­nia za­sług, ja­kie po­ło­żył w peł­nie­niu obo­wiąz­ków oby­wa­tel­skich. Oby­wa­tel I stop­nia ma do dys­po­zy­cji dwa ład­nie ume­blo­wa­ne po­ko­je, oby­wa­tel II stop­nia pięk­niej­sze urzą­dze­nie, licz­ba izb miesz­kal­nych i kom­for­tu ro­śnie w dal­szych stop­niach za­słu­gi. Ko­mór­ką spo­łecz­ną jest gmi­na ze sta­ro­stą na cze­le. Na każ­de 10 mor­gów przy­pa­da jed­no mał­żeń­stwo. Urzęd­ni­ków jest mało, tyl­ko naj­ko­niecz­niej­si. Rze­mieśl­ni­cy każ­de­go za­wo­du two­rzą gmi­nę osob­no, mamy tedy w Ka­lo­pei osob­ną gmi­nę sto­lar­ską, ko­wal­ską, szew­ską, kra­wiec­ką i in. Gmi­na nie może li­czyć wię­cej niż 500, a mniej niż 150 człon­ków. Wy­pro­du­ko­wa­ne środ­ki żyw­no­ści dzie­li się na 3 czę­ści do roz­dzia­łu po­mię­dzy sto­li­cę pań­stwa, mia­sta po­wia­to­we i wła­sne za­po­trze­bo­wa­nie. Wła­sno­ści pry­wat­nej nie ma. Nie ma też sta­nu du­cho­we­go. Rząd skła­da się z 24 osób z kasz­te­la­nem na cze­le. Człon­ko­wie rzą­du są obie­ra­ni z li­sty kan­dy­da­tów po­da­nych przez ogół oby­wa­te­li.

Pro­jekt Gut­kow­skie­go, ofi­ce­ra ar­ty­le­rii i za­pa­lo­ne­go eko­no­mi­sty, był bar­dzo in­te­re­su­ją­cy, wy­prze­dzał po­my­sła­mi re­for­my spo­łecz­nej wszyst­kich my­śli­cie­li za­chod­nich z Fo­urie­rem i Sa­int-Si­mo­nem na cze­le. Trud­no się dzi­wić, że nie zna­lazł ła­ski w r. 1817 i do­pie­ro w sto lat póź­niej zo­stał wy­do­by­ty w stresz­cze­niu z ukry­cia.

Epi­de­mia łez i mdło­ści

Ja­kiś dy­plo­ma­ta za­gra­nicz­ny zwie­dza słyn­ne po świe­cie zbio­ry śmiesz­nych oso­bli­wo­ści oraz istot­nych dzieł sztu­ki ks. Ra­dzi­wił­ło­wej w Ar­ka­dii pod Nie­bo­ro­wem na pia­skach Ma­zow­sza19. Z za­chwy­tu po­pa­da w roz­kosz­ną nie­moc. "Oparł­szy się o drze­wo, zdo­ła­łem wy­szep­tać tyl­ko: Wy­bacz, księż­no, ale to wszyst­ko jest tak nie­ziem­sko pięk­ne, że nie mogę...".

Lu­dzie spo­pie­la­łe­go ro­ko­ka, tę­sk­nią­cy sta­le do au­ten­ty­zmu uczuć, po­tę­pia­nych przez fi­lo­zo­fię ra­cjo­na­li­zmu, po­pa­dli wresz­cie w dru­gą osta­tecz­ność: sen­ty­men­ta­lizm. Za­pa­no­wa­ła ma­so­wa psy­cho­za czu­łost­ko­wo­ści, epi­de­mia łez, ma­nia roz­tkli­wia­nia się nad byle głup­stwem. Daw­ne "spa­zmy mod­ne" za­stą­pio­no hi­ste­rycz­ny­mi wy­bu­cha­mi pła­czu. Szlo­cha­ją nie tyl­ko ko­bie­ty pod­czas lek­tu­ry, aż książ­ki bu­twie­ją z wil­go­ci; pła­czą żoł­nie­rze w obo­zach, dy­plo­ma­ci w ga­bi­ne­tach. Ma­ria Te­re­sa, chli­pią­ca przy pod­pi­sy­wa­niu aktu pierw­sze­go roz­bio­ru, była dziec­kiem tej mody. Ja­kaś pol­ska wa­riat­ka, zresz­tą kuta na czte­ry nogi w in­te­re­sach, od­bę­dzie piel­grzym­kę do gro­bu Pe­trar­ki we Wło­szech, aby za­pła­kać nad ko­ścio­trup­kiem uko­cha­ne­go kot­ka po­ety, al­bo­wiem zdechł przed 400 laty. Obo­wią­zu­ją czu­łost­ko­we mi­no­de­rie w mo­wie po­tocz­nej, nie­zno­śnie roz­piesz­czo­nej. Ma­da­me Si­wu­la don­nez moi mle­ka! - mó­wić się po­win­no do kro­wy.

Sen­ty­men­ta­lizm już od ko­leb­ki pa­czył, wy­na­tu­rzał du­sze, ucząc ob­łud­nej ckli­wo­ści, znie­kształ­ca­jąc prze­ży­cia. Wy­cho­wy­wa­no przy­szłych ro­man­ty­ków jak pod klo­szem cie­plar­ni na ro­śli­ny wą­tłe, eg­zo­tycz­ne, któ­re po­win­ny były więd­nąć w twar­dym kli­ma­cie wie­ku. Czyż dziw, że taki żar­li­wy duch re­wo­lu­cjo­ni­sta, jak Sło­wac­ki, roz­mi­jał się przez całe nie­mal ży­cie z re­al­nym nur­tem rze­czy­wi­sto­ści, sko­ro był wy­cho­wa­ny przez sen­ty­men­ta­list­kę mat­kę w ści­słym od­osob­nie­niu od co­dzien­ne­go ży­cia mia­sta i wsi. "Płak­sa roz­piesz­czo­ny przez mat­kę" - zda­niem gu­wer­ne­ra20, włos miał "co dnia tre­fio­ny ręką dzie­wic gład­ką" jako ber­beć kil­ku­let­ni por­tre­to­wa­ny w po­sta­ci amor­ka. A póź­niej, w pa­mięt­ni­ku swym scha­rak­te­ry­zo­wał swą mat­kę jako ty­po­wą, "za­wsze pła­czą­cą" sen­ty­men­ta­list­kę: "Od dzie­ciń­stwa nig­dy się nie zaj­mo­wa­ła żad­ną pra­cą ko­bie­cą, da­jąc prze­wa­gę ima­gi­na­cji, kar­mio­nej cią­gle czy­ta­ny­mi ro­man­sa­mi. Ko­lo­ryt tych ksią­żek przy­da­wał nowy wdzięk do jej roz­mów".

Słu­cha­jąc Po­lo­ne­za Ko­ściusz­ki, lu­dzie nie mogą po­wstrzy­mać łez. Moż­na ich zro­zu­mieć, a już naj­bar­dziej sę­dzi­wą, ślep­ną­cą ary­sto­krat­kę, Fry­de­ry­ko­wą Lu­bo­mir­ską21, opro­mie­nio­ną uczu­ciem Na­czel­ni­ka, gdy jesz­cze nie był wiel­kim ani sław­nym. Na wszyst­ko już nie­czu­ła, wzru­sza­ła się do łez, od­naj­du­jąc - jak świad­czy Fran­ci­szek Liszt - te dźwię­ki po kla­wi­szach kla­wi­kor­du, któ­rych już doj­rzeć nie mo­gła.

Mat­ka Kra­siń­skie­go, Ra­dzi­wił­łów­na z domu22, nie po­zwa­la­ła uczyć go po pol­sku, gdyż dźwię­ki mowy gmin­nej przy­pra­wia­ły ją o mdło­ści i ból gło­wy. Je­den Mic­kie­wicz mógł na­zwać swe dzie­ciń­stwo siel­skim-aniel­skim: star­czy­ło mu wy­biec do po­cze­kal­ni ojca ad­wo­ka­ta, aby na­wią­zać łącz­ność z wszyst­ki­mi sta­na­mi, w izbie cze­lad­nej sta­ra Gą­siew­ska śpie­wa­ła pie­śni lu­do­we, Grze­gorz baj­ki opo­wia­dał23, po któ­rych z Jan­kiem Cze­czo­tem24 gna­li na wieś, na jabł­ka...

Tym ci go­rzej, że trzy po­waż­ne, eu­ro­pej­skiej mia­ry zja­wi­ska li­te­rac­kie pe­try­fi­ku­ją stan cho­ro­bo­wy. Cier­pie­nia mło­de­go Wer­te­ra (1774), gło­śna w ca­łym świe­cie po­wieść Go­ethe­go, któ­rej bo­ha­ter pod wpły­wem nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści koń­czy sa­mo­bój­stwem; Nowa He­lo­iza - słyn­ne­go fi­lo­zo­fa fran­cu­skie­go Ro­us­se­au (1760), za­chwy­ca­ją­ca czy­tel­ni­ków li­sta­mi pary ko­chan­ków, miesz­ka­ją­cych u pod­nó­ża Alp, i ckli­wy­mi opi­sa­mi przy­ro­dy. Na­stro­jo­wą de­ko­ra­cję w tych wy­bu­chach mi­ło­ści sta­no­wią ulu­bio­ne pie­śni Osja­na, na­zy­wa­ne­go "Ho­me­rem Pół­no­cy". Do obo­wiąz­ko­wych re­kwi­zy­tów ma­nie­ry sen­ty­men­ta­li­zmu na­le­żą, z roz­ka­zu Osja­na, ru­iny za­mczy­ska w bla­dym świe­tle księ­ży­ca, szla­chet­ny bard-śpie­wak, uci­śnio­na dzie­wi­ca, peł­ni nie­do­mó­wień, zwią­za­ni ta­jem­ni­cą, któ­rą zwy­kle na­gły błysk świa­tła de­ma­sku­je. Zna­mien­ne, że ów rze­ko­my "Ho­mer Pół­no­cy" był two­rem zręcz­nej mi­sty­fi­ka­cji, co póź­niej wy­szło na jaw. Sfa­bry­ko­wał go Szkot Mac­pher­son w la­tach 1761-1763 i wy­dał jako sta­ry za­by­tek szkoc­kiej po­ezji lu­do­wej!

Póź­niej­szą, uro­man­tycz­nio­ną z lek­ka ka­ry­ka­tu­rą sen­ty­men­ta­li­sty jest Hra­bia w Panu Ta­de­uszu. Śmiesz­ny i śmie­szą­cy swą tę­sk­no­tą do przy­gód ry­cer­skich, po­dej­ściem do mi­ło­ści i ko­biet. Hra­bia, któ­ry za­wsze i wszę­dzie te­ma­tów do ob­ra­zów szu­kał i na­wet w ła­dow­ni­cy szwo­le­żer­skiej miał sprzęt po­dróż­ny do ma­lar­stwa.

Wie­le złe­go wy­rzą­dził sen­ty­men­ta­lizm. Od­bie­ra­jąc mło­dym uczu­cia re­al­nej rze­czy­wi­sto­ści, nie za­pra­wiał do wal­ki z trud­no­ścia­mi, lecz ska­zy­wał na śmie­szą­ce, bez­płod­ne ma­rzy­ciel­stwo.

Precz z Uzur­pa­to­rem!

Hra­bi­na Wa­le­ria Tar­now­ska z Dzi­ko­wa25 jest nie tyl­ko wy­bit­ną mi­nia­tu­rzyst­ką, ale też za­pa­lo­ną re­pu­bli­kan­ką. Wy­jeż­dża do Ita­lii, by się uczyć hi­sto­rii, sztu­ki i tech­ni­ki ma­lo­wa­nia, ale też aby po­znać Le­ty­cję Bo­na­par­te26. Le­d­wie zdo­ła­ła skoń­czyć ko­pię uży­czo­ne­go jej przez mat­kę por­tre­ci­ku Pierw­sze­go Kon­su­la, gdy bez­gra­nicz­ne uwiel­bie­nie dla jego czy­nów i oso­by zmie­ni­ło się w ta­kąż samą nie­na­wiść i tak jest uza­sad­nio­ne w dzien­ni­ku po­dróż­nym hra­bi­ny z lat 1803-1804: "Wiel­ki Bu­ona­par­te zni­żył się tak da­le­ce, że się­gnął po ty­tuł ce­sar­ski! A więc za­słu­gi Wo­dza, Oby­wa­te­la, Kon­su­la - przy­ćmio­ne zo­sta­ją ko­ro­ną i to dzie­dzicz­ną? Więc re­wo­lu­cja fran­cu­ska tyl­ko na uzna­niu dy­na­stii się skoń­czy? Oby wiel­ki bo­ha­ter nie przy­pła­cił no­we­go ty­tu­łu ży­ciem, tak bar­dzo dziś po­trzeb­nym Fran­cji...".

Po­dob­nie my­śla­ła już nie­co wcze­śniej p. Cho­ło­niew­ska, zwie­rza­ją­ca się fi­lo­zo­fo­wi Śnia­dec­kie­mu: "Gdy mię oszu­kał Na­po­le­on, gnie­wam się tro­chę na nie­go, a je­że­li się nie ogło­si Im­pe­ra­to­rem, to mu prze­ba­czę, bo jesz­cze wąt­pię, aby tak pięk­nie na­by­tą sła­wę próż­no­ścią oso­bi­stą chciał zma­zać".

Więk­szość na­ro­du po­dzie­la­ła to za­pa­try­wa­nie. Po­dzi­wia­no zwy­cięz­cę spod Lodi, Pi­ra­mid, Ma­ren­go. Uwiel­bia­no ad­mi­ni­stra­to­ra, twór­cę no­we­go ko­dek­su praw, opie­ku­na nauk, me­ce­na­sa sztuk. Ogar­nę­ła go pod­ów­czas py­cha nie­na­sy­co­na, am­bi­cja nie­na­żar­ta, duma nie­uskro­mio­na. Jed­ni krzy­cze­li: "Oto Ro­be­spier­re na ko­niu!", dru­dzy krzy­cze­li: "Ka­rol Wiel­ki zmar­twych­wstał!". Gdy po ko­ro­na­cji przez pa­pie­ża Piu­sa VII, któ­ry umyśl­nie przy­był do Pa­ry­ża - kładł w maju 1805 ko­ro­nę że­la­zną w Me­dio­la­nie, co jej wię­cej niż ty­siąc lat nikt na skro­niach nie no­sił, gło­wa syna ad­wo­ka­ta z Kor­sy­ki osza­la­ła zu­peł­nie. Za nic mu już li­lie bur­boń­skie: na płasz­czu ko­ro­na­cyj­nym każe ha­fto­wać psz­czo­ły Me­ro­win­gów! Od­rzu­ca po­kój, ofia­ro­wa­ny mu przez sprzy­mie­rzo­nych, cho­ciaż dają Fran­cji gra­ni­ce, o ja­kich nie ma­rzył król kró­lów - Lu­dwik XIV.

Ko­ściusz­ko przej­rzał Na­po­le­ona na wy­lot. "W do­brej je­steś szko­le - mó­wił do mło­de­go Chła­pow­skie­go27 - ale nie po­chle­biaj so­bie, że on Pol­skę wskrze­si, on tyl­ko o so­bie my­śli, za­spo­ko­je­nie am­bi­cji oso­bi­stej to je­dy­ny cel jego, nic trwa­łe­go nie stwo­rzy, ale ofi­cje­rów nie­chaj nam wy­kształ­cą". Choć całe pań­stwa sta­ro­żyt­ne nie li­czy­ły tyle lud­no­ści, ilu żoł­nie­rzy wal­czy­ło za Na­po­le­ona, choć chwa­ła jego ze wszyst­kich do­tąd naj­więk­szą była - Po­la­cy stra­ci­li ser­ce dla Uzur­pa­to­ra. Do­pie­ro gdy ten czło­wiek, któ­ry nig­dy nie pa­trzył w oczy, oma­mił ich kłam­li­wą obiet­ni­cą, kontr­asy­gno­wa­ną przez dwóch naj­pierw­szych mę­żów tego cza­su, na­ród za­tch­nął się w ocze­ki­wa­niu. Na­po­le­on na każ­dym kro­ku wy­co­fu­je się i osła­bia obiet­ni­cę Wy­bic­kie­go. Człon­ków de­pu­ta­cji za­py­tał wręcz: "Wszak je­ste­ście pa­no­wie war­sza­wia­ka­mi?". Łu­bień­ski: "Je­ste­śmy Po­la­cy i przy­by­wa­my z wy­ra­zem hoł­du". "Tak - po­wta­rza Na­po­le­on, jak­by nie sły­szał - je­ste­ście war­sza­wia­ka­mi". Robi póź­niej wszyst­ko, by zra­zić spo­łe­czeń­stwo. Bez­względ­ne po­czy­na­nia wkra­cza­ją­cej ar­mii i szcze­re wy­nu­rze­nia Na­po­le­ona ostu­dzi­ły en­tu­zjazm szyb­ko. "Je­śli na­tych­miast wszyst­ko i w ob­fi­to­ści do­star­czo­ne mi nie bę­dzie - brzmia­ły pierw­sze sło­wa Na­po­le­ona w War­sza­wie w r. 1806 - spa­lę kraj i zo­sta­wię pod ki­jem wro­gów!". Pan­ny pyta, ile mają dzie­ci; mło­de mę­żat­ki, czy sy­no­wie ich słu­żą w woj­sku. Hra­bie­go Szoł­dr­skie­go, któ­ry jako żywo nig­dy nic nie ro­bił i na­wet "pra­wa pierw­szej nocy" nie ra­czył wy­ko­ny­wać oso­bi­ście, za­ga­du­je: "Więc pan masz fa­bry­kę por­ce­la­ny, ilu w niej ro­bot­ni­ków pra­cu­je?". "Czy Po­la­cy w ogó­le mają li­te­ra­tu­rę?" - pyta pro­fe­so­ra, któ­ry był oj­cem. Ju­liu­sza Sło­wac­kie­go! "Ja­kiej che­mii uczy pan tu­taj?" - za­ga­du­je od nie­chce­nia Ję­drze­ja Śnia­dec­kie­go w r. 1812. "Tej sa­mej, któ­rą uczą w Pa­ry­żu!" - od­po­wia­da Po­lak i czy­ni póź­niej prze­ni­kli­we spo­strze­że­nie: "Ten czło­wiek nie do­ko­na już rze­czy wiel­kich, przy­bi­ty jest ja­kąś nur­tu­ją­cą go cho­ro­bą". Chy­ba tyl­ko słu­żal­cy w ro­dza­ju gen. Win­cen­te­go Kra­siń­skie­go mo­gli zno­sić ta­kie ode­zwa­nia się: "Wy­noś się, błaź­nie, bo do­sta­niesz kop­nia­ka w ty­łek!...". Za­wio­dła kom­plet­nie pani Wa­lew­ska. Może nie dla­te­go, że była za głu­pia, ale z nad­mier­nej am­bi­cji. Po­słu­cha­ła "sied­miu bra­ci śpią­cych", gdy na­ka­za­li jej w in­te­re­sie spra­wy po­świę­cić się dla szczę­ścia 20 mi­lio­nów ro­da­ków, od­ma­wia­ła póź­niej sta­le, gdy do­ma­ga­no się in­ter­wen­cji. Za­pew­ne w traf­nym po­czu­ciu bez­si­ły. Po­rów­na­nie szum­nych obiet­nic z rze­czy­wi­sto­ścią, z wy­sił­ka­mi i za­pa­łem woj­ska pol­skie­go, cią­głe da­ro­wi­zny z cu­dzej kie­sze­ni, cią­gnie­nie ol­brzy­mich do­cho­dów z ubo­że­ją­ce­go kra­ju - wy­wo­ła­ło wro­gi zryw opi­nii pu­blicz­nej. "Ofi­cje­ro­wie, mimo przy­się­gi na wier­ność, po­wa­ża­ją się po obe­rżach, bi­lar­dach i gdzie in­dziej uży­wać słów nie­przy­zwo­itych, uwła­cza­ją­cych". Nie lę­kał się Na­po­le­on, zna­jąc psy­cho­lo­gię na­ro­du. Oni tyl­ko bić się umie­ją, ale żą­dać cze­goś - zgod­nie i kon­se­kwent­nie nie po­tra­fią nig­dy! Za zdo­by­tą cho­rą­giew brał każ­dy Fran­cuz prze­pi­so­wo 100 na­po­le­onów (od 20-40 fran­ków w zło­cie), Po­lak - nig­dy nic. Nie chciał, za Boga. Moi non d'ar­gent - bą­kał każ­dy w mu­rzyń­skiej fran­cusz­czyź­nie - moi Le­gion d'hon­neur28.

Ce­sarz z wy­kręt­ną szcze­ro­ścią oświad­czył Na­rbon­ne'owi29, że pra­gnie mieć w Pol­sce "obóz, a nie fo­rum, a klu­bu dla de­ma­go­gów otwo­rzyć nie po­zwo­li". Grun­tow­nie zmie­nił zda­nie do­pie­ro na Wy­spie św. He­le­ny.

Pe­cha oso­bi­ste­go przy­no­sił Na­po­le­on ko­me­dio­pi­sa­rzo­wi Fre­drze, któ­ry peł­nił obo­wiąz­ki ad­iu­tan­ta w Wiel­kiej Ar­mii. Ile­kroć po­ja­wił się służ­bo­wo w po­bli­żu ce­sa­rza, zry­wa­ła się sza­lo­na ka­no­na­da, pę­ka­ły po­ci­ski. Opo­wia­da o tym za­baw­nie, z hu­mo­rem, w pa­mięt­ni­ku Trzy po trzy: "Dla lud­no­ści sto­łecz­nej Sta­re­go Mia­sta, Mo­ko­to­wa, Żo­li­bo­rza mia­ro­daj­na była wróż­ba w dzień imie­nin Na­po­le­ona, 15 sierp­nia 1811 r. Zgo­rza­ło wte­dy prze­źro­cze, przed­sta­wia­ją­ce na jed­nym z gma­chów rzą­do­wych ce­sa­rza, pod­no­szą­ce­go ze­mdla­łą Pol­skę. Wraz z nim zga­sła wia­ra ludu war­szaw­skie­go w gwiaz­dę Na­po­le­ona!... Na wieść, że Na­po­le­on go­tów jest od­dać Księ­stwo War­szaw­skie Alek­san­dro­wi, Chło­pic­ki wrza­snął: "Wo­lał­bym ka­mie­nie tłuc, niż dłu­żej słu­żyć temu Uzur­pa­to­ro­wi!"".

"Ze­mści­cie­lem" krzywd, "twór­cą" pań­stwa nie wa­żył się oka­zać, cho­ciaż mógł. Gracz po­li­tycz­ny, lę­ka­ją­cy się po­chwa­lić atu­tem pol­skim ze stra­chu przed Wied­niem i Pe­ters­bur­giem, rów­no­cze­śnie od­dał nam jed­nak wie­ko­po­mną usłu­gę: stwo­rzył woj­sko.

Bla­ski i cie­nie woj­ska

"Gra­na­to­wa suk­nia, z ama­ran­tem koł­nierz - jak­że go nie ko­chać, gdy to pol­ski żoł­nierz!" - opie­wa­ła po­wszech­nie zna­na pio­sen­ka. Za­słu­gą Na­po­le­ona nie­za­prze­czo­ną było, że zmie­nił we­li­no­wych pa­ni­czów w żoł­nie­rzy; szko­da tyl­ko, że nie umiał i nie chciał zbu­dzić i uświa­do­mić za­stę­pów ry­ce­rzy śpią­cych w Ta­trach, pod Gnie­znem i pod ślą­ską Górą św. Anny!

Po­stęp był w każ­dym ra­zie: na Sej­mie Czte­ro­let­nim miast wy­mu­sić na szlach­cie ustęp­stwa na­tu­ry go­spo­dar­czo-ma­te­rial­nej, po­sło­wie trwo­ni­li całe se­sje na burz­li­wych de­ba­tach o gu­zi­kach, kro­ju i bar­wie mun­du­rów. Obec­nie ubie­rał się każ­dy ochot­nik w Księ­stwie, jak mógł i jak chciał. Obok na­mięt­nych wo­lon­ta­riu­szy byli żoł­nie­rze wy­bie­ra­ni ze wsi w sto­sun­ku do ilo­ści dy­mów, któ­rych pa­no­wie swo­im kosz­tem ubie­ra­li i w ko­nie za­opa­try­wa­li.

Woj­na i woj­sko­wość była na ustach wszyst­kich jako je­dy­ne środ­ki zdol­ne przy­wró­cić kra­jo­wi byt po­li­tycz­ny. Po­li­ty­ka we­wnętrz­na, roz­pacz­li­wa nie­moc rzą­du "sep­tar­chów"30 ze­szły na plan dal­szy. Wszy­scy do obo­zu! - oto ha­sło roku 1806/1807. "Ry­ce­rzu sro­gi, nie brzęcz w ostro­gi, tym mnie nie zy­skasz, gdy mie­czem bły­skasz" - od­zy­wa się ką­śli­wie dziew­czę do aman­ta szli­fi­bru­ka sto­li­cy. Mło­dziut­kie, le­d­wie opie­rzo­ne woj­sko zdo­by­ło szyb­ko szli­fy. Prze­ko­na­no się, że Po­la­cy nie­zno­śnie opor­ni, gdy szło o kar­ność, bili się zna­ko­mi­cie, nie­za­wod­ni w naj­trud­niej­szych sy­tu­acjach. Mar­sza­łek Da­vo­ut31, kie­dy mu po­wia­da­no, że woj­sko przed nim idą­ce zra­bo­wa­ło mia­sto, nie py­tał nig­dy, ja­kiej było na­ro­do­wo­ści, tyl­ko co ra­bo­wa­ło: je­śli pie­nią­dze i kosz­tow­no­ści - to Fran­cu­zi, je­śli po­ściel, ko­nie, by­dło - to Niem­cy; piw­ni­ce opróż­nia­li głów­nie Po­la­cy.

Na­stą­pił za­wa­diac­ki wy­czyn mło­dziut­kiej ka­wa­le­rii pol­skiej: So­mo­sier­ra - 30 li­sto­pa­da 1808. Atak trwał 7 do 8 mi­nut. W su­mie po­le­gło 4 ofi­ce­rów i 20 szwo­le­że­rów. Po­nad 30 od­nio­sło cięż­kie rany. Po­la­cy otwo­rzy­li Na­po­le­ono­wi dro­gę do Ma­dry­tu, sta­jąc się głów­nym współ­czyn­ni­kiem pod­bo­ju Hisz­pa­nii. Trud­no żą­dać od upo­jo­nych suk­ce­sem szwo­le­że­rów trzeź­wej świa­do­mo­ści, że za­bór Hisz­pa­nii nie róż­nił się od za­bo­ru Pol­ski, go­rzej, gdy przez stu­le­cie całe trzy po­ko­le­nia cheł­pi­ły się tym zwy­cię­stwem, na któ­rym na­sza ra­cja sta­nu i po­li­ty­ka za­gra­nicz­na zro­bi­ły aku­rat taki sam in­te­res, jak na. Grun­wal­dzie i Kah­len­ber­gu! Cho­ciaż nie. Bo Pa­ryż olśnio­ny bo­ha­ter­stwem Po­la­ków tań­czył w kar­na­wa­le ma­zu­ra na cześć uła­nów Ko­zie­tul­skie­go33, mimo że uznał, iż jest to ta­niec mdły, roz­wle­kły i przy­dłu­gi, z mniej­szym bo­ha­ter­stwem i nie­co więk­szym, bo se­zon cały trwa­ją­cym z po­wo­dze­niem stro­iły się damy dwo­ru na­po­le­oń­skie­go w to­qu­es de Var­so­vie - bia­ło-zło­te bud­ki z wi­szą­cy­mi kwa­sta­mi, o któ­rych mistrz mody, p. Le­roy, za­pew­niał, że są syn­te­zą mody na­ro­do­wej Po­la­ków.

To­wa­rzysz ko­me­dio­pi­sa­rza Alek­san­dra Fre­dry wspo­mi­na po la­tach34:

Pa­mię­tasz strój uła­na? - pa­łasz na tem­bla­ku,

Ja na ma­łym kasz­tan­ku, ty na dziar­skim szpa­ku,

Bez żad­nej tro­ski w du­szy, wśród ma­rzeń bez liku,

Musz­tro­wa­li uła­ny w Gór­nym Łu­pien­ni­ku?

Gdzie ta ład­na Zo­sia... wiesz, z czar­ny­mi oczy,

Wzrok na cie­bie, mło­ko­sa, rzu­ca­jąc uro­czy,

Mnie stro­ni­ła - a z tobą?... ot, dam spo­kój wresz­cie,

Aby się z nas oby­dwóch dziś nie śmia­no w mie­ście,

Że dwa sta­re uła­ny w chra­po­wa­tym gło­sie

Wśród kasz­lu i pe­do­gry przy­po­mnie­li - Zo­się.

Z ja­kąż pla­sty­ką sło­wa i za­cię­ciem opo­wia­da o bo­jach hisz­pań­skich sta­ry ka­pral w celi ba­zy­liań­skiej Mic­kie­wi­cza. I Ju­liusz Kos­sak wart, by go obej­rzeć, gdy w akwa­re­li upa­mięt­nia dzie­je tych dni. To jest pierw­szy rów­nie zwy­cię­ski atak sztu­ki pol­skiej na trud­ne te­ma­ty ba­ta­li­stycz­ne. Prze­pysz­ny zgiełk bi­tew­nej ciż­by w sa­mym ata­ku na wą­wóz: w ga­le­rii ry­ce­rzy i koni, w kom­po­zy­cji Pró­ba lan­cy w Schm­brun­nie (1809) od­two­rzo­nej po­tem we­dle Kos­sa­ka w wy­pu­kło­rzeź­bie Ku­rza­wy35.

Nie­oso­bli­wa była wy­wdzię­ka po­tom­no­ści fran­cu­skiej za pol­ski wy­czyn w Hisz­pa­nii. Po­szli na roz­kaz Na­po­le­ona, bo mu za­ufa­li na śmierć i ży­cie; ale tego nie ra­czył wziąć pod uwa­gę za­śle­pio­ny nie­na­wi­ścią hi­sto­ryk i mąż sta­nu Thiers, usi­łu­ją­cy przy­pi­sać to zwy­cię­stwo od­dzia­łom fran­cu­skim, po­dob­nie jak Niem­cy umniej­sza­ją­cy wagę udzia­łu So­bie­skie­go pod Wied­niem w r. 1683. Ostat­ni z ży­ją­cych uczest­ni­ków szar­ży, puł­kow­nik An­drzej Nie­go­lew­ski36, przy­był umyśl­nie z Po­zna­nia do Pa­ry­ża, by wy­móc od­wo­ła­nie. Thiers od­mó­wił. Nie­go­lew­ski opu­bli­ko­wał wła­sną od­po­wiedź. W tej spra­wie zja­wił się w r. 1854 u Mic­kie­wi­cza, któ­ry po­wie­dział, że "Thiers prze­mil­cza wznio­słe czy­ny Po­la­ków lub szka­lu­je ich, aby dzie­ło jego krą­ży­ło z po­wo­dze­niem w Au­strii, Pru­sach i Ro­sji, przede wszyst­kim dla­te­go, po­nie­waż po­sta­wiw­szy w r. 1831 twier­dze­nie, że Pol­ska nie może się pod­nieść, był­by nie­po­cie­szo­ny, gdy­by uj­rzał, że wy­pad­ki za­da­ją temu kłam!".

Roz­głos So­mo­sier­ry przy­sło­nił gru­bym cie­niem dwa inne osią­gnię­cia na­po­le­oń­czy­ków pol­skich: Strzy­głów i Wro­cław. Po krwa­wej klę­sce gru­py gen. Le­fe­bvre'a37, osła­nia­ją­cej Wro­cław, 400 sza­bel pol­skich ura­to­wa­ło sy­tu­ację. Od­nio­sły one zwy­cię­stwo z po­cząt­kiem maja 1807. W ata­ku pod­nie­ca­ła ich - jak wy­zna­wa­li - świa­do­mość, że sły­sząc mowę pol­ską na­okół, byli u sie­bie, od­dy­cha­li po­wie­trzem ro­dzi­mym. Dali radę pię­cio­ty­sięcz­ne­mu kor­pu­so­wi, spra­wi­li, że nie­miec­kie za­ło­gi Koź­la, Nysy, Kłodz­ka były skłon­niej­sze do pod­da­nia się. Wresz­cie 13 maja od­dzia­ły pol­skie we­szły przez bra­mę Oław­ską do Wro­cła­wia, któ­ry Na­po­le­on prze­zna­czył na punkt zbor­ny dla kil­ku­na­stu ty­się­cy ka­dro­wych żoł­nie­rzy róż­nych for­ma­cji i nowo wzię­te­go re­kru­ta. Nie­ste­ty, nie kwa­pił się pod­dać ucha ra­dom, by za­jąć cały Śląsk na rzecz Pol­ski. Strzy­głów jako So­mo­sier­ra nie dał ko­rzy­ści prak­tycz­nej w przy­szło­ści.

Zu­peł­nie inny, do­dat­ni aspekt mia­ła dla nas kam­pa­nia r. 1809. Od­zy­ski­wa­li­śmy swo­je zie­mie, wzbo­ga­ca­jąc, nie­ste­ty na krót­ko, ane­micz­ne Księ­stwo wspa­nia­łym szma­tem zie­mi pol­skiej i kro­cia­mi ty­się­cy uświa­do­mio­nych oby­wa­te­li. Wy­pad­ki ga­lo­po­wa­ły ra­do­śnie w tem­pie iście szwo­le­żer­skim. Ra­szyn, Góra, San­do­mierz, Za­mość. Sro­mot­na uciecz­ka ar­cy­księ­cia au­striac­kie­go Fer­dy­nan­da w Boże Cia­ło z War­sza­wy. Ksią­żę Pepi, do­tąd we­li­no­wy ry­cerz spod Bla­chy, ustro­ił się już na sta­łe w nowy mun­dur: he­ro­sa, ulu­bień­ca na­ro­du. Za­ło­gi au­striac­kie na samą wieść o zbli­ża­niu się Po­la­ków ucho­dzi­ły lub da­wa­ły się roz­bra­jać. Przy­szły au­tor Ze­msty, uj­rzaw­szy uła­nów ks. Jó­ze­fa przed ho­te­lem Geo­r­ge we Lwo­wie, wsko­czył w woj­nę "jak mło­dy sar­niuk na kwie­ci­stą łąkę".

Nad­szedł rok 1812. Rok wy­jąt­ko­wy w dzie­jach na­szej woj­sko­wo­ści: mo­ment naj­więk­szych może ofiar, naj­wyż­sze­go wy­sił­ku żoł­nie­rza w tym wie­ku i naj­więk­szych, pew­nych nie­mal wi­do­ków wy­zwo­le­nia. Za­koń­czo­ny tra­gicz­nym, bo zgo­ła nie­spo­dzie­wa­nym zwro­tem, spra­wio­nym przez oko­licz­no­ści od nas nie­za­leż­ne. Prze­gra­li­śmy, choć spra­wa na­sza wy­su­nę­ła się na czo­ło wszech spraw eu­ro­pej­skich. "Sie­bie wpierw za­rą­bać po­zwo­lim!" - wo­ła­li eskor­tu­ją­cy Uzur­pa­to­ra w cza­sie od­wro­tu Po­la­cy. Po­zo­sta­li wier­ni wraz z swym wo­dzem, ks. Jó­ze­fem, przy­się­dze do koń­ca. Dzia­dek słyn­ne­go pi­sa­rza an­giel­sko-pol­skie­go Con­ra­da-Ko­rze­niow­skie­go, Bo­brow­ski38, w cza­sie od­wro­tu spod Mo­skwy ukradł psa na skra­ju wsi i na­stęp­nie go po­żarł. Fakt ten stał się przy­czy­ną utarcz­ki Fran­cu­zów z Ko­za­ka­mi trwa­ją­cej kil­ka dni.

Jak na ryb­ki zło­te w akwa­rium po­ko­jo­wym pa­trzy­my dziś z od­da­li na wy­mia­ry i zdo­by­cze tech­nicz­ne kam­pa­nii roku 1812. Trzy ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we od­da­ją w mi­nu­cie wię­cej strza­łów ani­że­li peł­ny ba­ta­lion epo­ki Na­po­le­ona. Je­den sa­mo­lot wy­wia­dow­czy zba­da w cią­gu go­dzin­ne­go lotu po­ło­że­nie nie­przy­ja­cie­la le­piej ani­że­li cała ka­wa­le­ria stroj­ne­go Mu­ra­ta w cią­gu dnia!...

Mi­łość - ta­niec - ko­bie­ta

W prze­ci­wień­stwie do swej mat­ki, roz­pust­nej za­lot­ni­cy sta­ni­sła­wow­skiej, ko­bie­ta ery na­po­le­oń­skiej ujaw­nia nie­co opa­no­wa­nia. Nie ku­pić jej byle kom­ple­men­tem, nie od razu rzu­ca się w ra­mio­na aman­ta. Mi­łość jej zra­zu zim­na, wy­ro­zu­mo­wa­na. Z cza­sem, pod wpły­wem wy­pad­ków i mod­nej li­te­ra­tu­ry roz­wi­nie się w ko­bie­tach eg­zal­ta­cja! Dama na­po­le­oń­ska chce ogar­nąć świat nad­mier­nym uczu­ciem, jak jej po­przed­nicz­ka pra­gnę­ła uczy­nić to ro­zu­mem. Na­mięt­ność mi­ło­sną sta­ra się utrzy­mać w ry­zach, do­pro­wa­dza do klasz­tor­nic­twa, jak Ma­ria z Czar­to­ry­skich Wir­tem­ber­ska, cór­ka lek­ko­myśl­nej Sy­bil­li z Pu­ław, po­tra­fi oprzeć się na­wet. Na­po­le­ono­wi! - jak po­cząt­ko­wo Ma­ria Wa­lew­ska. Dama na­po­le­oń­ska win­na mieć sześć ta­len­tów, je­śli pra­gnie się po­do­bać: gra na kla­wi­kor­dzie, ry­su­je, pro­wa­dzi miłą roz­mo­wę, pi­sze li­sty po fran­cu­sku, czy­ta gło­śno w sa­lo­nie i tań­czy. Ta­niec naj­waż­niej­szy. Me­nu­eta i ga­wo­ta usu­wa w cień ulu­bio­ny lan­sjer, imi­tu­jąc zgrab­nie za­go­ny ka­wa­le­rzy­stów spod So­mo­sier­ry. O po­wo­dze­niu lan­sje­ra zde­cy­do­wa­ła chy­ba wa­riac­ko-he­ro­icz­na szar­ża uła­nów pol­skich pod Wa­gram w r. 1809, gdzie dwa szwa­dro­ny Po­la­ków wzię­ły 150 uła­nów Schwa­rzen­ber­ga39 wraz z puł­kow­ni­kiem, hr. Au­er­sper­giem40, od­bie­ra­jąc im lan­ce w star­ciu wręcz. W na­gro­dę otrzy­ma­li lan­ce, by nie mu­sie­li po­ży­czać ich so­bie od wro­ga. Sta­ło się to po tzw. pró­bie lan­cy, od­by­tej w obec­no­ści Na­po­le­ona, z któ­rej Po­la­cy wy­szli rów­nież zwy­cię­sko. Lan­sjer, ta­niec to­wa­rzy­ski w kół­kach czte­ro­oso­bo­wych, utrzy­mał się dzię­ki swej uro­czej ry­cer­sko­ści na sa­lach ba­lo­wych do koń­ca stu­le­cia. Już współ­cze­śnie dzie­lił się po­wo­dze­niem z ka­dry­lem, po­wsta­łym z kon­tre­dan­sa, tań­czo­nym zbio­ro­wo. Ja­kaś pa­niu­sia, ku obu­rze­niu 17-let­nie­go Fre­dry, po­tę­pia w dru­ku kon­tre­dan­sa, bo szko­dzi ser­cu ko­bie­ce­mu.

Od autora

My­śla­łem o ta­kiej książ­ce od lat. Bo­bru­jąc w do­ku­men­tach i pa­mięt­ni­kach, prze­bie­ga­łem pod ką­tem ży­cia oby­cza­jo­we­go roz­licz­ne, od­le­głe od sie­bie dzie­dzi­ny hi­sto­rii po­li­tycz­nej, po­lo­ni­sty­ki, hi­sto­rii sztu­ki, kra­jo­znaw­stwa. Cie­ka­wi­ły mnie spra­wy za­zwy­czaj nie in­te­re­su­ją­ce na­ukow­ców na­szych. Hi­sto­ria kul­tu­ry oby­cza­jo­wej trak­to­wa­na jest u nas z lek­ce­wa­że­niem, spy­cha­na na ostat­ni plan, nie­god­na za­in­te­re­so­wań sza­nu­ją­ce­go się ba­da­cza dzie­jów. Nie ma swych adep­tów i znaw­ców, tym mniej me­to­dy­ków. Mie­wa­li­śmy i mamy dziś zna­ko­mi­tych mniej i wię­cej syn­te­ty­ków na­szej kul­tu­ry - brak nam fa­cho­wych znaw­ców re­aliów jej oby­cza­ju. Pod tym wzglę­dem za­słu­gu­je­my za­iste na mia­no Fran­cu­zów Pół­no­cy.

Am­bi­cją moją było za­wsze gro­ma­dze­nie ta­kich ka­mycz­ków re­aliów skła­da­ją­cych ob­raz ca­ło­ści po­tocz­ne­go ży­cia. Waż­ne, uro­czy­ste wy­da­rze­nia sta­ra­łem się na­świe­tlić cho­ciaż­by aneg­do­tą, któ­ra w mo­ich opo­wia­da­niach była waż­niej­sza niż do­ku­ment z pie­czę­cia­mi.

Ob­fi­te trud­no­ści na­strę­czał au­to­ro­wi ol­brzy­mi za­kres te­ma­tu: Ży­cie pol­skie w XIX wie­ku. Jak­że ela­stycz­ny i da­le­ko­sięż­ny! Ogar­nąć wy­pa­da okiem ogrom zja­wisk kul­tu­ral­nych, spo­łecz­nych, po­tocz­nych, zaj­rzeć do po­li­ty­ki, szkol­nic­twa i pra­sy, prze­wer­to­wać li­te­ra­tu­rę pięk­ną, od­wie­dzić sa­lo­ny i cha­łu­py, hra­bi­ny i ba­bi­ny, szu­ler­nie, fa­bry­ki, dy­li­żan­se, lo­ko­mo­ty­wy, za­py­tać o zda­nie ar­chi­tek­tów, po­etów, kom­po­zy­to­rów - i co kto chce i co kto nie chce.

Je­śli po­wio­dło się au­to­ro­wi na­zna­czyć choć w przy­bli­że­niu gra­ni­ce te­ma­tu, ze­sta­wić ha­sła naj­waż­niej­sze, wska­zać lu­dzi czo­ło­wych w do­brym czy złym sen­sie - to mu wy­star­czy. Zda­je on so­bie spra­wę, że o wy­czer­pa­niu, po­głę­bie­niu i de­fi­ni­tyw­nym uję­ciu za­gad­nień nie mo­gło być mowy. Pię­ciu lu­dzi trze­ba by, nie jed­ne­go dy­le­tan­ta, któ­ry, jak za­wsze, dbał i tu przede wszyst­kim o czy­tel­ni­ka, ła­twe uję­cie, o za­in­te­re­so­wa­nie go po­wa­bem opo­wia­da­nia z oczy­wi­stą szko­dą dla my­ślo­we­go po­głę­bie­nia, cier­pli­wej ana­li­zy i kry­ty­ki.

I jesz­cze jed­no. Ła­twiej było Wła­dy­sła­wo­wi Ło­ziń­skie­mu czy Ja­no­wi Sta­ni­sła­wo­wi By­stro­nio­wi uj­mo­wać ży­cie pol­skie w daw­nych wie­kach, sko­ro to­czy­ło się ono utar­tą, mało zmien­ną ko­le­iną, obej­mu­jąc je­dy­nie war­stwy rzą­dzą­ce, któ­re je two­rzy­ły i nada­wa­ły kie­ru­nek. Trud­niej bez po­rów­na­nia po­chwy­cić w pa­ra­gra­fy i ha­seł­ka ży­wot po­tocz­ny stu­le­cia po nich na­stę­pu­ją­ce­go. Stu­le­cia, któ­re było bun­tem i eks­plo­zją nie­ustan­ną, a we wszyst­kich dzie­dzi­nach ży­cia "po­trzą­sa­ło no­wo­ści kwia­tem", na każ­dym polu spro­wa­dza­jąc nowe zja­wi­ska, na­wy­ki, wy­stęp­ki, wy­na­laz­ki. A jesz­cze ży­cie na­ro­du wy­rzu­co­ne­go z mapy świa­ta, nie do­pusz­czo­ne­go do sto­łu ob­rad, zmu­szo­ne­go żyć i pra­co­wać w pod­zie­miu, w se­kre­cie.

Wie­dząc, że nie spro­sta za­da­niu sen­su stric­to, sta­rał się au­tor na­świe­tlić każ­de z za­gad­nień ja­kimś szcze­gó­li­kiem no­wym czy cy­ta­tem do­tych­czas czę­sto nie za­uwa­żo­nym lub za­po­mnia­nym, a zdo­był spo­rą ich garść dzię­ki wie­lo­let­nim po­szu­ki­wa­niom. Miał w Po­zna­niu całe teki za­pi­sków, "fi­szek", ry­cin, do­ty­czą­cych tego te­ma­tu. Uwa­ża­jąc, że w epo­ce ra­dia, kina i nie­cier­pli­we­go tem­pa ży­cia na­le­ży użyć mi­ni­mum słów przy mak­si­mum ilu­stra­cji, gro­ma­dził nie tyl­ko no­tat­ki z lek­tu­ry, lecz i gra­fi­ki do­ty­czą­ce. Star­czy­ło­by ma­te­ria­łu na czte­ry tomy w We­gne­row­skich Cu­dach Pol­ski.

Cały za­sób (wraz z ośmio­ty­sięcz­ną bi­blio­te­ką) dia­bli wzię­li. Po­czą­tek dało ge­sta­po, prze­trzą­sa­jąc miesz­ka­nie au­to­ra na­za­jutrz chy­ba po wkro­cze­niu Niem­ców do Po­zna­nia, ruj­na­cji do­koń­czy­li ro­da­cy, pa­ląc w pie­cu rę­ko­pi­sa­mi, roz­wle­ka­jąc skwa­pli­wie na han­del bez­cen­ne książ­ki. Od­bu­do­wa po woj­nie była więc tyl­ko w drob­nej czą­st­ce moż­li­wa. Za­czą­łem ją we Lwo­wie, ko­rzy­sta­jąc z za­so­bów Osso­li­neum, koń­czyć wy­pa­dło na Opolsz­czyź­nie, z dala od bi­blio­tek i więk­szych wy­po­ży­czal­ni. Stąd ułam­ko­wy, nie wy­star­cza­ją­cy stan wie­lu, prze­wie­lu ustę­pów.

W wy­kła­dzie, prze­zna­czo­nym dla szer­szych sfer czy­tel­ni­czych, nie po­czu­wa się au­tor do od­stra­sza­ją­ce­go je obo­wiąz­ku po­da­wa­nia tzw. li­te­ra­tu­ry przed­mio­tu. Szko­da by­ło­by pa­pie­ru na wy­ka­zy ty­tu­łów i źró­deł, jak i - co waż­niej­sze - na po­wo­ły­wa­nie się na au­to­rów in­nych, nie­raz do­słow­nie przy­ta­cza­nych, bez po­da­nia źró­dła. Zda­rza się to po­wo­ły­wa­nie chy­ba wy­jąt­ko­wo.

Wo­la­łem uży­czyć miej­sca in­nej, po­ży­tecz­niej­szej, jak są­dzę, ru­bry­ce. Jest nią  k a l e n d a r z  z d a r z e ń. Chro­no­lo­gicz­ne ze­sta­wie­nie fak­tów prze­róż­nych w ob­rę­bie lat 1800-1880, nie­współ­mier­nych, czę­sto wprost zda­wa­ło­by się bła­hych. Spis do­ko­nań, za­mie­rzeń, czy­nów, nie tyl­ko ma­rzeń o czy­nie. Ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem zda­rzeń w ska­li świa­to­wej - więk­szej, mniej­szej lub zgo­ła ma­lut­kiej. Ma­sze­ru­ją­ce w or­dyn­ku, rok za ro­kiem, mie­siąc za mie­sią­cem, ba, dzień za dniem - o ile to było ko­niecz­ne lub moż­li­we - fak­ty, po pro­stu de­fi­la­da do­ko­nań i klęsk, zdo­by­czy i strat: a tu za­ło­że­nie waż­ne­go przed­się­bior­stwa lub oświe­tle­nia ulic po raz pierw­szy, a tam waż­ne uro­dzi­ny lub odej­ście, ge­ne­za waż­ne­go dzie­ła sztu­ki czy prze­my­słu, bi­twa wy­gra­na-prze­gra­na - już sa­mym za­ska­ku­ją­cym, nie­ocze­ki­wa­nym są­siedz­twem mnie sa­me­go uczy­ły i za­dzi­wia­ły, więc tu­szę: za­cie­ka­wią też ła­ska­we­go czy­tel­ni­ka.

To już nie jest zwy­czaj­ny ka­len­darz. Bo te wszyst­kie daty, wie­ści o klę­skach-zwy­cię­stwach, te po­chleb­ne czy ką­śli­we uję­cia łą­czą się. I wszyst­ko jed­no, kto je wy­ra­ża, do­ku­ment urzę­do­wy czy aneg­do­ta bła­ha, syk nie­na­wi­ści lub za­chwyt czę­sto kre­dy­to­wa­ny - spły­wa­ją one w opo­wieść o nie­znu­żo­nym wy­sił­ku wszyst­kich warstw i klas, o mocy i chę­ci trwa­nia.

Sta­ni­sław Wa­sy­lew­ski

ROZDZIAŁ PIERWSZYJeszcze Polska nie umarła

Na­jazd no­wych po­jęć i wy­ra­zów. - Wiek pary i elek­trycz­no­ści. - Ro­dzi się idea na­ro­do­wo­ści. - Ko­lę­da ce­men­tem na­ro­do­wo­ści. - Nowy czyn­nik spo­łecz­ny: opi­nia pu­blicz­na. - Zmia­ny i prze­su­nię­cia w ustro­ju spo­łecz­nym. - Chłop wy­szedł naj­go­rzej. - Gro­ma­da tę­pych oczu i po­kor­nych kar­ków. - Z ojca na syna. - Ter­ror ro­dzi­ców wo­bec dzie­ci. - Brud i za­duch obo­wią­zu­ją. - Naj­po­pu­lar­niej­szy, a więc bez­i­mien­ny. - "Wszy­scy lu­dzie wol­ni są brać­mi". - Gre­cjo-Pol­ska ge­ne­ra­la Dą­brow­skie­go. - Jesz­cze Pol­ska nie umar­ła!... - Pieśń i słow­nik - Wy­bic­ki i Lin­de. - Oj­czy­zna ukry­ta w sta­rej księ­dze. - Wstrzy­mał Słoń­ce - ru­szył Zie­mię! - Gdy­by Sło­wia­nie chcie­li się zjed­no­czyć.

Na­jazd no­wych po­jęć i wy­ra­zów

Po­ko­le­nie wy­cho­wy­wa­ne i wzro­słe na droż­dżach fi­lo­zo­fii ra­cjo­na­li­stycz­nej wie­ku oświe­ce­nia, je­śli na­wet mia­ło dużo ocho­ty na przy­ję­cie no­wi­nek wie­ku ro­man­ty­zmu, na­tra­fia­ło na trud­no­ści zu­peł­nie za­sad­ni­czej na­tu­ry. Na prze­szko­dzie sta­wał tłum no­wych po­jęć, okre­śleń, sta­no­wią­cych trud­ny do zgry­zie­nia orzech.

Nie tak daw­no, przed 50 za­le­d­wie laty, do­ko­na­ła się była jed­na re­wo­lu­cja, ist­ny prze­wrót w tej dzie­dzi­nie. Na gru­zach cu­dac­kiej, zma­ka­ro­ni­zo­wa­nej do cna ciem­no­ty sa­skiej - wy­kwit­nął ja­sny i mło­dzień­czy, oświe­co­ny ję­zyk, o tylu nowo brzmią­cych ter­mi­nach i wy­ra­że­niach, że brat sar­ma­ta z po­cząt­ku ani w ząb nie ro­zu­miał, co mówi doń wy­fra­czo­ny he­rold no­wych idei w pe­ru­ce, ba, na­wet nie za­wsze poj­mo­wał, co pi­sze ksią­żę bi­skup Igna­cy Kra­sic­ki! Wy­cho­wan­ków szkół je­zu­ic­kich, tre­so­wa­nych w kunsz­tow­nym słow­nic­twie ba­ro­ku, ra­zi­ła ja­sna cel­ność i pro­sto­ta osiem­na­sto­wie­cza. I le­d­wie to wszyst­ko we­szło jako tako w obieg po­tocz­ny, le­d­wie za­czę­ło kost­nieć w kon­we­nans, ko­mu­nał, tru­izm - przy­szła nowa in­wa­zja, na­jazd zgo­ła in­nych a rów­nie ob­cych no­wi­nek; krą­żyć po­czy­na­ją w pra­sie, w wier­szach i roz­mo­wach po­wie­dzon­ka zu­peł­nie już nie­okrze­sa­ne, urą­ga­ją­ce ja­sno­ści. Na­wet wy­so­ce ukształ­ce­ni lu­dzie, chlu­by na­uki pol­skiej, nie wa­ha­ją się pro­te­sto­wać prze­ciw: "pło­dom spodlo­ne­go nie­wia­do­mo­ścią umy­słu", prze­ciw "wy­wie­trza­łym du­bom pro­stac­twa" (Jan Śnia­dec­ki).

A tym­cza­sem te "duby sma­lo­ne" za­miast za­ni­kać, obej­mu­ją co­raz szer­sze krę­gi zwo­len­ni­ków wśród mło­dzie­ży. Już nie tyl­ko po­eci; szer­mu­ją no­wym ję­zy­kiem po­li­ty­cy, mów­cy, aka­de­mi­cy na sa­lach wy­kła­do­wych uni­wer­sy­te­tów, spi­skow­cy i człon­ko­wie taj­nych związ­ków, pod­cho­rą­żo­wie i ak­to­rzy na te­atrach pana Osiń­skie­go1.

Ję­zyk mło­dych jest mową "moc­nych wzru­szeń i gwał­tow­nych na­mięt­no­ści", gar­dzi on przed­wczo­raj­szą "skar­la­łą i bez­kr­wi­stą" gro­ma­dą po­jęć, któ­rym brak czu­cia i uczu­cia, po­jęć tak wy­ja­ło­wia­łych, że nie są zdol­ne do bu­dze­nia sil­niej­szych wra­żeń. Mło­dość, tę­ży­znę, przy­szłość zna­leźć moż­na tyl­ko w no­wym obo­zie.

Krok za kro­kiem ustę­po­wać musi i pod­da­wać się sa­lo­no­wa, per­fu­mo­wa­na mowa lu­dzi "roz­sąd­nych, umie­ją­cych miar­ko­wać mowę i ru­chy swo­je" wraz z ich pseu­do­kla­sycz­ną li­te­ra­tu­rą. Już sam dźwięk no­wych wy­ra­żeń bu­dzi dresz­cze roz­kosz­ne w słu­cha­czach. Już sama bu­do­wa zdań i ich szyk emo­cjo­nu­je.

Ja­kież to po­ję­cia, ja­kie sko­ja­rze­nia?

Czło­wiek ob­da­rzo­ny moc­nym uczu­ciem - uża­la się szu­ka­ją­cy zło­te­go środ­ka Ka­zi­mierz Bro­dziń­ski - tyl­ko w gwał­tow­nych żą­da­niach zna­leźć może swój ży­wioł!

- Wy, mło­dzi, je­ste­ście ludź­mi ogni­stej wy­obraź­ni, na­mięt­ne­go cha­rak­te­ru!

- Tak, po trzy­kroć tak - od­po­wia­da­ją mu ro­man­ty­cy mło­dzi, tę­sk­nią­cy przede wszyst­kim do zna­le­zie­nia od­po­wied­nie­go uj­ścia dla swych na­mięt­no­ści.

I oto mamy pierw­sze mod­ne wy­ra­że­nie, nie scho­dzą­ce z ust mło­de­go po­ko­le­nia. Oni wszyst­ko czy­nią "na­mięt­nie": faj­ki palą na­mięt­nie, tań­czą wal­ca na­mięt­nie, czy­ta­ją po­ezję Mic­kie­wi­cza na­mięt­nie. Tego sa­me­go Mic­kie­wi­cza, w któ­rym "lada słów­ko obo­jęt­ne obu­dza­ło wzru­sze­nie na­mięt­ne". I da­rem­nie sta­ry, oświe­co­ne­go stem­pla es­te­tyk Sta­ni­sław Kost­ka Po­toc­ki ostrze­ga, że na­le­ży za­cho­wać spo­kój w na­mięt­no­ści, bo roz­luź­nio­na sta­je się ka­zi­ciel­ką ide­ału. My mło­dzi ra­czej wo­li­my iść za lor­dem By­ro­nem, któ­re­go po­ezja jest "naj­dziel­niej­szym ob­ra­zem na­mięt­no­ści wie­ku XIX". To praw­da, że "na­mięt­ność" nisz­czy rów­no­wa­gę spo­ko­ju we­wnętrz­ne­go czło­wie­ka i na­bie­ra stop­nio­wo na­czel­nej wła­dzy nad wolą czło­wie­ka. Niech nisz­czy! Gar­dzi­my wszel­ką rów­no­wa­gą czy umiar­ko­wa­niem w ru­chach, mo­wie, uczyn­kach. Żą­da­my swo­bo­dy w ży­ciu - i w te­atrze. "Pu­blicz­ność - woła mło­dziut­ki Jó­zef Ko­rze­niow­ski w r. 1823 - szu­ka moc­nych wzru­szeń, gwał­tow­nych na­mięt­no­ści, któ­rych te­atr an­giel­ski i nie­miec­ki tak ob­fi­cie do­star­cza".

Pra­gnie­my żyć na co dzień w sta­nie cią­głej pod­nie­ty, w krę­gu ima­gi­na­cji, po­stę­po­wać we­dług na­tchnie­nia. Cóż to jest ima­gi­na­cja? - Jest to "moc umy­słu na­sze­go, któ­rą wi­dzi­my rze­czy nie­przy­tom­nie" - ob­ja­śnia czło­wiek sta­rej daty z prze­ką­sem. Ka­ja­ją­cy się spi­sko­wiec Wik­tor Helt­man2 oskar­ża przed sę­dzią śled­czym swą ima­gi­na­cję, któ­ra od r. 1819 uka­zy­wa­ła mu śmia­ło dą­że­nia wy­zwo­leń­cze in­nych na­ro­dów, wzy­wa­jąc do ich na­śla­do­wa­nia. Jako wy­ra­że­nie zna­la­zła sym­pa­tię do cza­su, gdy Aloj­zy Fe­liń­ski3 za­stą­pił ją wy­obraź­nią, któ­ra przy­ję­ła się po­wszech­nie.

Lu­dzie sta­re­go sty­lu nie­na­wi­dzą jej, prze­kli­na­ją na­wet. Ge­ne­rał Win­cen­ty Kra­siń­ski4 pi­sze w r. 1838 o swym je­dy­na­ku: "Ta prze­klę­ta ima­gi­na­cja u nie­go jest bar­dziej zwa­rio­wa­na jak u wszyst­kich, co ci znam. Pi­sze mi, że pra­cu­je, wo­lał­bym wnu­ka nad te wszyst­kie jego dru­ko­wa­ne po­tom­stwo!".

Pra­gnie­my dzia­łać, pi­sać i mścić się w na­tchnie­niu. "Gdy chcę ma­lo­wać - woła Mic­kie­wicz - za cóż my­śli i na­tchnie­nia wy­glą­da­ją z wy­ra­zów jak zza krat wię­zie­nia?!"5. Ten sam Mic­kie­wicz, któ­ry wy­zna póź­niej: "Wiedz­cie, że dla po­ety jed­na tyl­ko dro­ga, w ser­cu szu­kać na­tchnie­nia i dą­żyć do Boga"6. - Sło­wac­ki zaś po­sta­wi u koń­ca swej dro­gi taką ul­tra­ro­man­tycz­ną tezę eko­no­micz­ną:

Ani rola, ni han­del, ni prac roz­dzie­le­nie

Nie jest źró­dłem bo­gac­twa kra­ju,

Lecz - na­tchnie­nie7.

Jest jesz­cze kil­ka ulu­bio­nych ha­se­łek-ko­mu­na­łów, któ­re ko­łu­ją w ję­zy­ku za­go­rzal­ców ro­man­ty­zmu. Daw­niej mógł czło­wiek za­go­rzeć od swę­du pie­ca, słoń­ca go­rą­ce­go - dziś go­rze­je od eg­zal­ta­cji, ima­gi­na­cji, od sza­łu na­ro­do­wo­ści i z roz­ko­szą po­pa­da w za­wrót gło­wy. Po­gar­dza ludź­mi umia­ru i zgo­dy: Ustąp­cie się, lu­dzie zgo­dy, pę­dzi za­pa­le­niec mło­dy!

Każ­da choć naj­drob­niej­sza o kra­ju prze­mo­wa

W oczach żar mu od­ra­dza i lica pło­mie­ni;

Two­rzy wnio­ski z słów bła­hych, cia­ło two­rzy z cie­ni.

Prze­wrot­na - za­wi­chrzo­na - bez­za­sad­na gło­wa -

Jed­nym sło­wem, lu­dzie zgo­dy

Za­pa­le­niec jest to mło­dy!8

Zna­my do­sko­na­le jed­no ha­sło sztan­da­ro­we, aż nad­to bo­le­śnie zna­my je. Wszak sta­nie się wy­wiesz­ką ide­ową dla ca­łe­go stu­le­cia, opła­ca­ne nie raz i nie dzie­sięć razy strasz­li­wym ha­ra­czem: ro­zum­ni sza­łem - nie zdo­ła­my jed­nak nig­dy po­jąć, jak wiel­ki ła­du­nek uczu­cio­wy tkwił już w sa­mym brzmie­niu wy­ra­zu. Szał roz­pa­lał w wy­obraź­ni mło­dych ja­kąś zwa­rio­wa­ną eks­ta­zę. W przeded­niu krwa­we­go sierp­nia 18319 je­den z ini­cja­to­rów tej re­wol­ty, czer­wo­ny ka­płan ks. Pu­ła­ski10, wo­łał z ka­zal­ni­cy w ko­ście­le Kar­me­li­tów: "Mło­dzież sza­łem wal­kę za­czę­ła, szał za­tem po­wi­nien ją był da­lej po­su­wać, bo dal­sza woj­na jest roz­wią­za­niem pierw­szej my­śli!". Mło­dzi przyj­mą z dumą, gdy opo­zy­cja za­li­czy ich do szko­ły "sza­lo­nych", bo sta­nę­li w jed­nym sze­re­gu z Bal­za­kiem i pa­nią Geo­r­ge Sand11 i pra­gną też zre­wol­to­wać umy­sły.

I jesz­cze jed­no ha­sło w po­tęż­nym uję­ciu we­szło w skład za­sad wia­ry na­ro­do­wej. Opo­wia­da Liszt: "...sie­dzie­li­śmy w trój­kę z Cho­pi­nem i jed­ną z wy­bit­nych dam Pa­ry­ża. Zwró­ci­ła się do mi­strza, z za­py­ta­niem, jak na­zwać dziw­ne uczu­cie za­war­te w jego kom­po­zy­cjach, jak­by po­pio­ły nie­zna­ne, za­mknię­te we wspa­nia­łych urnach z ala­ba­stru. Wzru­szo­ny Cho­pin od­po­wie­dział, że mógł­by to okre­ślić tyl­ko w oj­czy­stym ję­zy­ku. Bo ża­den inny na­ród nie po­sia­da wy­ra­że­nia rów­no­znacz­ne­go pol­skie­mu: żal...". Wy­raz dziw­ny, o tak róż­nym zna­cze­niu i dziw­niej­szej jesz­cze fi­lo­zo­fii. Za­sto­so­wa­ny do wy­pad­ków 1831 r. wy­ra­ża całą po­ko­rę re­zy­gna­cji, pod­da­ją­cej się wy­ro­kom Opatrz­no­ści. Ale za­wie­ra też fer­ment ura­zy, wy­mów­ki, b u n t, pra­gnie­nie ze­msty, głu­chą groź­bę, drze­mią­cą na dnie ser­ca w ocze­ki­wa­niu od­we­tu. "Pol­ski żal" - to naj­lep­sze, zda­niem Lisz­ta, uję­cie w sło­wa mu­zy­ki Cho­pi­na.

Nowa fra­ze­olo­gia prze­ni­ka szyb­ko w obieg ży­cia po­tocz­ne­go. Nie za­wsze wszyst­kim zro­zu­mia­ła, czę­sto obca, od­strę­cza­ją­ca, bu­dzi dresz­cze emo­cji jak każ­da nowa moda. Ję­zyk Bal­ladDzia­dów przyj­mu­je się bez trud­no­ści. Go­rzej jest z pro­zą przed­pow­sta­nio­wą Moch­nac­kie­go i ga­ze­cia­rzy bo­jów ro­man­tycz­nych. Na­szpi­ko­wa­na mnó­stwem ter­mi­nów, za­ła­pa­nych z Schel­lin­ga12 czy Tiec­ka13, nie zy­ska nig­dy po­pu­lar­no­ści. Za to ta­jem­na gwa­ra spi­skow­ców lub za­chwy­ca­ją­ca, ob­ra­zo­wa ter­mi­no­lo­gia wol­no­mu­la­rzy!

Na tych po­żyw­kach ura­sta po­ko­le­nie lu­dzi pierw­szej po­ło­wy stu­le­cia, a z tą hor­dą no­wych brzmień, sko­ja­rzeń i zna­czeń wal­czyć będą za­cie­kle "lu­dzie zgo­dy", prze­ra­że­ni słow­nic­twem na rów­ni z wy­na­laz­ka­mi ka­wiar­ni czy faj­ki, li­to­gra­fii czy for­te­pia­nu, na rów­ni z Odą do mło­do­ści czy So­ne­ta­mi krym­ski­mi, któ­re, ich zda­niem, do­pie­ro na ję­zyk pol­ski prze­tłu­ma­czyć trze­ba, aby sta­ły się zro­zu­mia­łe dla wszyst­kich!

Na czo­ło no­wych ha­seł wy­su­nę­ły się dwa inne jesz­cze nowe okre­śle­nia, któ­re wkrót­ce ogar­nę­ły całą zbio­ro­wość pol­ską, uj­mu­jąc isto­tę jej dą­żeń przez całe stu­le­cie. Wła­ści­wie nie były to ha­sła nowe, ży­cie im dał wiek oświe­ce­nia, lecz do­pie­ro ro­man­tyzm na­sy­cił je no­wym, nie­zna­nym dresz­czem, tak że już samo brzmie­nie ich star­czy­ło za pro­gram. W chwi­li gdy gi­ną­ca sta­ra Rzecz­po­spo­li­ta sta­nę­ła w ob­li­czu nie­uchron­ne­go upad­ku, zja­wi­ło się gro­no pa­trio­tów, pra­cu­ją­cych, by za­cho­wać i utrwa­lić jej nie­pod­le­głość - peł­ne­go dźwię­ku na­bra­ły te oba ha­sła do­pie­ro w no­wym stu­le­ciu.

Mo­że­my z całą do­kład­no­ścią wska­zać dzień i oko­licz­no­ści uro­dzin ha­sła: nie­pod­le­głość. Uży­to po raz pierw­szy tego wy­ra­że­nia w pro­to­ko­le Ge­ne­ral­no­ści Bar­skiej; do słów tych na­wią­za­ła Kon­sty­tu­cja 3 maja, roz­po­czy­na­ją­ca się od stwier­dze­nia, że "każ­dy na­ród wol­ny jest i nie­pod­le­gły". Wkrót­ce po­tem Ta­de­usz Ko­ściusz­ko w ro­cie przy­się­gi ko­sy­nie­rów, na pie­czę­ciach, na cza­pra­kach i ob­wiesz­cze­niach gło­sić się bę­dzie trój­ha­słem: Wol­ność - Ca­łość - Nie­pod­le­głość. Od tej pory na­ród wpi­sze te wy­ra­zy świę­te jako dro­go­wskaz po­stę­po­wa­nia w swym ser­cu.

Dru­gie za­wo­ła­nie było sta­re jak Rzecz­po­spo­li­ta, przez lu­dzi wie­ku zło­te­go krze­wio­ne. No­wej tre­ści na­brał pa­trio­tyzm w epo­ce Sej­mu Czte­ro­let­nie­go, by zno­wu roz­sze­rzyć się w za­kre­sie i upo­wszech­nie­niu po­ję­cia w pierw­szej po­ło­wie no­we­go stu­le­cia, gdy sta­ło się ono wprost sy­no­ni­mem Po­la­ka.

Je­śli ja­kie, to te dwa przede wszyst­kim za­wo­ła­nia jed­no­czyć będą na­ród i go­dzić prze­ciw­staw­ne i wro­gie, wal­czą­ce wza­jem z sobą odła­my spo­łe­czeń­stwa.

Wiek pary i elek­trycz­no­ści

W stu­le­ciu XIX czło­wiek po­ko­nał naj­więk­sze­go swe­go wro­ga - prze­strzeń. Te­raz do­pie­ro po­czuł się wład­cą glo­bu ziem­skie­go i mógł roz­po­cząć jego eks­plo­ata­cję na wiel­ką ska­lę.

W tym cza­sie, kie­dy pod­cho­rą­żo­wie ude­rza­li na Bel­we­der, za­czę­ły na Za­cho­dzie krą­żyć pierw­sze po­cią­gi ko­lei że­la­znej14, na mo­rzach po­ja­wi­ły się pierw­sze pa­ro­stat­ki, w fa­bry­kach tkac­kich - ma­szy­ny pę­dzo­ne parą. Za­czę­ła się era sta­li i ognia, epo­ka bez­sen­no­ści pra­cu­ją­ce­go czło­wie­ka, prze­moc fa­brycz­nej cy­wi­li­za­cji. Zro­dzi­ły się pierw­sze ru­chy ro­bot­ni­cze i straj­ki.

Trze­ci i czwar­ty dzie­sią­tek XIX stu­le­cia to czas za­sad­ni­cze­go prze­ło­mu w ży­ciu no­wo­cze­snym, to chwi­la gdy zmie­nia się sta­ry, wie­ka­mi trwa­ją­cy po­rzą­dek. Ko­lej­no za­cho­dzi sze­reg prze­mian i prze­wro­tów za­rów­no w sto­sun­kach mię­dzy­ludz­kich, jak i w co­dzien­nym oby­cza­ju jed­nost­ki. Nie tyl­ko du­cho­wa - rów­nież ma­te­rial­na twarz rze­czy­wi­sto­ści szyb­ko się zmie­nia. Od Kon­gre­su Wie­deń­skie­go po Wio­snę Lu­dów do­ko­na­ły się prze­mia­ny, na któ­re daw­niej wie­ki całe skła­dać się mu­sia­ły.

Z po­ło­że­niem pierw­szych szyn ko­lei że­la­znych, z otwar­ciem fa­bryk i mły­nów pa­ro­wych za­czę­ła się era me­cha­ni­za­cji ży­cia. Wy­gląd du­cho­wy i fi­zycz­ny czło­wie­ka zmie­niał się w oczach nie­omal. Z isto­ty pę­dzą­cej pu­ste ży­cie na par­kie­tach sa­lo­nów prze­po­czwa­rzał się w no­wo­cze­sne­go czło­wie­ka pra­cy. I mu­siał do­strzec obok sie­bie isto­tę, o któ­rej ist­nie­niu w ogó­le mógł do­tąd nie wie­dzieć, nie my­śleć i nie kło­po­tać się nią: ro­bot­ni­ka.

Czło­wiek XIX wie­ku mu­siał za­ka­sać rę­ka­wy do ogro­mu pra­cy, jaka go cze­ka­ła. Zro­zu­miał, że nie bę­dzie mógł nadal ist­nieć jako pa­so­żyt, jako tru­teń i wie­szak bez­u­ży­tecz­ny na ko­lo­ro­we fa­ta­ła­chy. Przy­wdziać mu­siał blu­zę ro­bot­ni­czą idą­cych no­wych cza­sów.

Nie wszy­scy jed­nak wo­dzo­wie ro­man­ty­zmu pa­trzy­li na to wszyst­ko bez za­strze­żeń. I to za­strze­żeń pod­sta­wo­wych, z głę­bi prze­ko­na­nia pły­ną­cych.

Czy zbio­ro­wość ludz­ka w dzi­siej­szym sta­nie upad­ku mo­ral­ne­go za­słu­ży­ła w ogó­le, by do­stą­pić bło­go­sła­wień­stwa wy­na­laz­ku ko­lei że­la­znej bez żad­nej ze swej stro­ny ofia­ry?

Czy go­dzi się w ogó­le po­ży­wać owo­ce tej no­wej, bez­dusz­nej cy­wi­li­za­cji ma­te­rial­nej bez za­dość­uczy­nie­nia du­cho­we­go?

Je­den tyl­ko z wiel­kich, Adam Mic­kie­wicz, żad­nych lę­ków nie od­czu­wał. Prze­ciw­nie. Po­tra­fił go­dzić har­mo­nij­nie "praw­dy żywe" to­wia­ni­zmu z no­wy­mi wy­na­laz­ka­mi. Cie­szył się jak dziec­ko, wsia­da­jąc do po­cią­gu na Gare du Nord15, tak pra­wie, jak cie­szył się w r. 1829 w Kronsz­ta­dzie, gdy mógł od­być po­dróż mor­ską na za­chód na po­kła­dzie naj­now­sze­go wy­na­laz­ku, stat­ku pa­ro­we­go. Bę­dzie za­dzi­wiał współ­cze­snych, a zdu­mie­wał nie na żar­ty po­tom­nych, prze­po­wia­da­jąc wy­na­la­zek te­le­fo­nu i ra­dia, i ob­my­śla­jąc - w roz­mo­wach z Alek­san­drem Chodź­ką - ulep­sze­nia w ste­ro­wa­niu ba­lo­na­mi.

Na­to­miast Ju­liusz Sło­wac­ki jest wprost prze­ra­żo­ny wy­na­laz­ka­mi fi­zy­ków fran­cu­skich, al­bo­wiem na dro­dze przy­ro­dzo­nej usi­łu­ją przy­bli­żyć ludz­ko­ści te ta­jem­ni­ce, któ­re on pra­gnie jej ob­ja­wić jako po­czę­te z du­cha (jego du­cha) i jego mi­stycz­nej ko­smo­go­nii. "Wszyst­ko przez du­cha i dla du­cha stwo­rzo­ne jest, a nic dla cie­le­sne­go celu nie ist­nie­je!" - to była teza ma­cie­rzy­sta twór­cy Kró­la Du­cha.

Nie­cier­pliw­si skłon­ni będą upa­try­wać sym­bol za­dość­uczyn­ne­go od­ku­pie­nia w ja­kimś drob­nym z po­zo­ru wy­da­rze­niu. Oto w r. 1858 in­ży­nier emi­grant Jan Ga­jew­ski16 zgi­nął pod­czas eks­plo­zji ko­tła pa­ro­we­go. Z tego po­wo­du na­pi­sał mu Cy­prian Nor­wid po­etyc­ki ne­kro­log, pe­łen my­śli za­sad­ni­czych, wśród któ­rych czy­ta­my:

Tak, Epo­pe­ją gdy ma­chi­na zgnio­tła,

Zgo­rza­łych mó­zgów i serc ob­jął kra­ter,

Po­trze­baż było, by nie jak bo­ha­ter

Za­cny Ga­jew­ski Jan zgi­nął od ko­tła!...

Lecz nie! Śmierć jego nie była dla zy­sku -

Ciał róż­nych cia­ło z jed­nym le­gło li­cem

Na zie­mi ob­cej: wy­rob­nik z szlach­ci­cem,

Z Ofia­ry-sy­nem Sy­no­wie-uci­sku...

Inne zaś duże dzie­ci, zwa­ne ro­man­ty­ka­mi, któ­rym la­tar­nia ma­gicz­na wy­da­wa­ła się szczy­tem po­my­sło­wo­ści ludz­kiej, nie ogar­nia­jąc wiel­ko­ści wy­na­laz­ków i do­nio­sło­ści prze­wro­tu, prze­cie­ra­ły oczy z nie­do­wie­rza­niem. Jesz­cze do nie­daw­na naj­więk­szym dzi­wem wie­ku wy­da­wał się im. po­śpiesz­ny dy­li­żans. W paź­dzier­ni­ku 1826 całe mia­sto Tar­nów ci­snę­ło się przed urzę­dem pocz­to­wym oko­ło pół­no­cy w so­bo­tę, aby na wła­sne oczy uj­rzeć cud: ka­ret­kę pocz­to­wą, któ­ra wy­je­cha­ła ze Lwo­wa w pią­tek przed po­łu­dniem. "Już te­raz nie ma rze­czy nie­moż­li­wych" - za­pew­nia swą mat­kę Ju­liusz Sło­wac­ki, uj­rzaw­szy w Lon­dy­nie w r. 1831 "po­wo­zy, do któ­rych z pary uwia­ne za­kła­da­ją ko­nie, co za­miast owsa wę­gle ziem­ne je­dzą!". W tym cza­sie fi­lo­zof an­giel­ski i hi­sto­ryk cy­wi­li­za­cji Buc­kle17 fan­ta­zjo­wał so­bie po­god­nie: "Lo­ko­mo­ty­wa uczy­ni­ła wię­cej dla zjed­no­cze­nia ludz­ko­ści niż wszy­scy ra­zem wzię­ci fi­lo­zo­fo­wie, po­eci i pro­ro­cy od po­cząt­ku świa­ta!".

W kra­ju ogar­nię­ci Nocą Li­sto­pa­do­wą Po­la­cy mu­sie­li sie­dzieć na ra­zie bez­czyn­nie. "Wy­na­le­zie­nie ma­chin pa­ro­wych naj­wię­cej przy­no­si chwa­ły dow­ci­po­wi ludz­kie­mu!" - woła rząd po­wstań­czy 1831 roku na wieść, że pierw­szy u nas młyn pa­ro­wy na Sol­cu wy­pie­ka 3700 bo­chen­ków chle­ba dzien­nie. Lecz się na tym mły­nie i bo­chen­kach koń­czy. Bo w chwi­li kie­dy wstrzą­sa świa­tem za­mia­na pra­cy ręcz­nej na me­cha­nicz­ną w fa­bry­kach, wie­le ty­się­cy naj­dziel­niej­szych pra­cow­ni­ków, ofi­ce­rów i sze­re­gow­ców, szlach­ty i rze­mieśl­ni­ków, zmu­szo­nych do opusz­cze­nia oj­czy­zny, po­dej­mu­je na emi­gra­cji pra­cę nad od­bu­do­wą Pol­ski - ide­al­nej, fik­cji wy­piesz­czo­nej w ser­cach. By ją "dźwi­gnąć, uszczę­śli­wić, by nią cały świat za­dzi­wić" - w ma­rze­niach. Al­bo­wiem los i sa­mo­bój­cza po­li­ty­ka nie po­zwo­li­ły na re­ali­za­cję żad­ne­go z za­pa­li­stych ha­seł ro­man­ty­zmu. Tyl­ko w Pol­sce mógł po­wstać oso­bli­wy typ fi­lo­zo­fa-in­ży­nie­ra. Fe­no­men, nie­po­ko­ją­cy Eu­ro­pę swy­mi po­my­sła­mi: Ho­ene-Wroń­ski. Jed­na ręka spi­su­je olśnie­wa­ją­ce fan­ta­sma­go­rie me­sja­nicz­ne, dru­ga ob­li­cza, kon­stru­uje. Po­czy­nił sze­reg od­kryć, ulep­szeń tech­nicz­nych w dzie­dzi­nie ko­lej­nic­twa i pró­bo­wał je re­ali­zo­wać przy po­mo­cy An­to­nie­go Bu­ka­te­go18, swe­go wy­znaw­cy i ad­iu­tan­ta tech­nicz­ne­go, któ­ry zdo­był na emi­gra­cji wie­dzę fa­cho­wą. Przed­sta­wił on Ada­mo­wi Czar­to­ry­skie­mu pro­jekt za­sto­so­wa­nia lo­ko­mo­cji pa­ro­wej w przy­szłej woj­nie lu­dów o Pol­skę, coś w ro­dza­ju dzi­siej­sze­go czoł­gu lub sa­mo­cho­du pan­cer­ne­go: pa­ro­wóz uzbro­jo­ny w dwa dział­ka, po­su­wa­ją­cy się po dro­dze zwy­czaj­nej, albo po­mysł szyn ru­cho­mych, złą­czo­nych z lo­ko­mo­ty­wą itp.

Pa­li­li się Po­la­cy do współ­udzia­łu w bu­do­wie no­we­go świa­ta jak chy­ba ża­den wów­czas na­ród na kon­ty­nen­cie. Ileż ener­gii, wy­na­laz­czo­ści, po­my­sło­wo­ści pol­skiej dało się po­znać w eu­ro­pej­skim prze­my­śle ma­szy­no­wym pierw­szej po­ło­wy stu­le­cia! Ileż za­my­słów naj­wspa­nial­szych uwię­dło w opor­nych, czę­sto nie­na­wist­nych wa­run­kach wy­gna­nia! Na Za­cho­dzie i na Wscho­dzie, we Fran­cji głów­nie, ale też w Bel­gii, na­wet w An­glii, da­lej w Buł­ga­rii, Tur­cji, Al­gie­rze i za oce­anem, w Au­stra­lii itd., itd.

Nie tyl­ko w port­fe­lu ma­gna­ta Bra­nic­kie­go19 na emi­gra­cji zna­lazł się spo­ry pa­kiet ak­cji ko­le­jo­wych fran­cu­skich (na któ­rych też Sło­wac­ki z po­wo­dze­niem spe­ku­lo­wał), ale cała ad­mi­ni­stra­cja i eks­plo­ata­cja roi się od pra­cow­ni­ków pol­skich. Ma­szy­ni­ści, kon­duk­to­rzy, za­wia­dow­cy wę­złów, tech­ni­cy, we­rk­mi­strze, nad­zor­cy, bu­chal­te­rzy. Zdzi­wił się wiel­ce Kra­siń­ski, po­dró­żu­ją­cy wy­god­nie w ka­re­cie wła­snej, za­wa­go­no­wa­nej na plat­for­mę po­cią­gu po­śpiesz­ne­go, gdy kon­duk­tor Po­lak za­czął go na­wra­cać na... to­wia­nizm!

Nie trze­ba też lek­ce­wa­żyć wy­sił­ków zna­ko­mi­te­go in­ży­nie­ra ge­ne­ra­ła Bema, któ­ry w za­ło­żo­nym przez się To­wa­rzy­stwie Po­li­tech­nicz­nym w Pa­ry­żu20 dużo ini­cja­ty­wy rzu­cił, obie­cu­jąc, gdy wró­ci­my do kra­ju, two­rzyć "fa­bry­ki ma­chin pa­ro­wych, gi­ser­nie że­la­za..., prze­sa­dzać na zie­mię pol­ską to wszyst­ko, co się może przy­czy­nić do pod­nie­sie­nia w kra­ju... kunsz­tów i rze­mio­sła" - i ty­siąc in­nych pro­jek­tów, z któ­rych wy­ni­kło w prak­ty­ce umiesz­cze­nie kil­ku­na­stu uczniów po fa­bry­kach i szko­łach za­wo­do­wych we Fran­cji.

Gdy­by zaj­rzeć do hi­sto­rii ko­lej­nic­twa fran­cu­skie­go, oka­za­ło­by się, że u jego po­cząt­ków sto­ją wszę­dzie emi­gran­ci pol­scy. Nad Bos­fo­rem tym wię­cej było do ro­bo­ty. Urzą­dza­li wszak­że "bi­sur­mań­cy" ży­cie no­wo­cze­sne w azja­tyc­kiej Tur­cji, ob­sa­dza­jąc wszyst­kie sta­no­wi­ska przy bu­do­wie szos, li­nii ko­le­jo­wych i te­le­fo­nów.

Ol­brzy­mi szmat zie­mi pol­skiej pod tym wzglę­dem leży zu­peł­nym odło­giem. Ani Pe­ters­burg, ani Ber­lin, ani Wie­deń nie spie­szą się. Po­lak po­dró­żu­ją­cy w kra­ju szczę­śli­wy się czu­je, je­śli osią­gnie 15 km na go­dzi­nę w "sztajn­ke­ler­ce"21 war­szaw­sko-san­do­mier­skiej czy w c.k. "ajl­wa­ge­nie"22. Do­pie­ro pod sam ko­niec ro­man­ty­zmu po­ja­wia­ją się na Ma­zow­szu pierw­sze ko­nie "z pary uwia­ne". Wła­snym wy­sił­kiem spo­łe­czeń­stwa zbu­do­wa­na, po­wsta­nie w r. 1844 ko­lej war­szaw­sko-wie­deń­ska.

Ro­dzi się idea na­ro­do­wo­ści

Nowy wiek rzu­cił nowe, nie­win­ne z po­zo­ru słów­ko, ma­ją­ce dać po­czą­tek wie­lu za­sad­ni­czym prze­mia­nom: na­ro­do­wość. Roz­wi­nę­ła się ona nie­ba­wem w na­cjo­na­lizm, z cza­sem wy­ro­dzi­ła w dra­pież­ny im­pe­ria­lizm, któ­ry eks­plo­do­wał ka­ta­kli­zma­mi, pro­wa­dził woj­ny nie­spra­wie­dli­we, uzbro­ił be­stię ger­mań­ską, stał się głów­nym wro­giem po­ko­ju świa­ta.

Jak­że jed­nak ogół miał od­czuć od razu wagę i groź­bę na­ro­do­wo­ści, sko­ro nie do­strze­gli jej prze­bie­gli po­li­ty­cy Kon­gre­su Wie­deń­skie­go? Na­cjo­na­lizm mało za­kłó­ciw­szy spo­ko­ju wie­ko­wi ubie­głe­mu, spo­tę­go­wa­ny przez try­um­fu­ją­ce­go Na­po­le­ona, stał się ulu­bio­nym ko­ni­kiem do har­ców po­li­tycz­nych Alek­san­dra I. "Zgo­dzo­no się, aby na­ro­do­wość bra­ci na­szych... od­da­na była pod pie­czo­ło­wi­tą rę­koj­mię rzą­dów wła­ści­wych!" - wo­łał w swym ma­ni­fe­ście, ma­mią­cym ewen­tu­al­no­ścią po­łą­cze­nia w jed­no trzech za­bo­rów. "Po­la­cy otrzy­ma­ją in­sty­tu­cje, któ­re za­pew­nią im za­cho­wa­nie na­ro­do­wo­ści" - obie­cy­wa­ło ofi­cjal­ne orę­dzie Kon­gre­su. "Vi­vat Alek­san­der!" - wo­ła­li licz­ni en­tu­zja­ści "anio­ła po­ko­ju", ma­so­ni nasi czci­li od­tąd jego pa­mięć jako "od­no­wi­cie­la na­ro­do­wo­ści".

Nie­moc i ban­kruc­two, w ja­kich zna­la­zła się od razu Kon­gre­sów­ka, uwa­ża­no nie­ja­ko za "okup od­zy­ska­nej na­ro­do­wo­ści". Uspra­wie­dli­wia­jąc się w li­ście do pre­ze­sa se­na­tu Ostrow­skie­go23 z oczy­wi­stej kla­py swych pla­nów, pi­sał Alek­san­der: "to jed­nak sta­ra­łem się przy­najm­niej zła­go­dzić, ile moż­no­ści, ry­go­ry roz­dzia­łu i wy­jed­nać Po­la­kom wszę­dzie ko­rzy­sta­nie z praw na­ro­do­wo­ści" (jo­uis­san­ce de leur na­tio­na­lit"). Szy­dził słusz­nie brat cara, Kon­stan­ty: "Sko­ro du­rzył Po­la­ków cią­gle, cóż dziw­ne­go, że za­krę­ci­ło się im w gło­wie na tym punk­cie. My­śle­li, że spra­wa jest po­zy­tyw­na. Któż by na ich miej­scu nie ży­czył so­bie tego sa­me­go?". Mło­dziut­ki Mic­kie­wicz w pro­gra­mie dla taj­ne­go związ­ku Fi­lo­ma­tów wi­leń­skich za­le­cał: 1) roz­sze­rzyć grun­tow­nie oświe­ce­nie, 2) ugrun­to­wać nie­za­chwia­nie na­ro­do­wo­ści.

Lecz cóż to jest ta wciąż dys­ku­to­wa­na na­ro­do­wość? O de­fi­ni­cję uzna­ną i do­stęp­ną dla wszyst­kich - nie było ła­two. Mie­sza­no ją zra­zu z mi­ło­ścią oj­czy­zny, z tra­dy­cją do­mo­wą, sta­wia­jąc na­wet po­nad nie­pod­le­gło­ścią. Ra­cjo­na­li­sta Sta­szic za­li­czał do na­ro­do­wo­ści "rze­czy nie­ty­kal­ne, jako te: ro­do­wi­tość, ję­zyk, urzę­do­wa­nie, spra­wo­wa­ne przez ro­da­ków w oj­czy­stym ję­zy­ku, zie­mię, mu­zy­kę, strój". Do­pie­ro mło­dzież krzyk­nę­ła moc­no: "na­ro­do­wo­ścią są ce­chy wła­ści­we, róż­nią­ce je­den na­ród od dru­gie­go!". Moch­nac­ki zaś zde­fi­nio­wał by­stro, choć nie­co kunsz­tow­nie: "Isto­tą na­ro­du nie jest zbiór lu­dzi, za­miesz­ka­łych na pew­nej prze­strze­ni, ale ra­czej zbiór ich wła­snych wy­obra­żeń, uczuć i my­śli".

Były to okre­śle­nia przy­trud­ne np. dla woj­sko­wych spi­skow­ców ma­jo­ra Łu­ka­siń­skie­go. Więc Lu­dwik Na­bie­lak w przed­mo­wie do swe­go prze­kła­du "Kró­lo­dwor­skie­go rę­ko­pi­su"24 ło­pa­tą do gło­wy wbi­jał trzy głów­ne źró­dła na­ro­do­wo­ści: 1) po­da­nia i pie­śni gmi­nu, 2) ba­da­nie dzie­jów prze­szłych i po­ło­że­nia obec­ne­go, wresz­cie 3) sta­ro­żyt­ne za­byt­ki po­ko­leń sło­wiań­skich. Za czym roz­ko­cha­no się bez pa­mię­ci w tej lu­bej, naj­droż­szej idei. Pu­blicz­ność w te­atrach szu­ka­ła w "sce­nicz­nym oma­mie­niu jej pa­miąt­ki". Po­ezja musi się stać na­ro­do­wą w ca­ło­ści.

W śla­dy Mic­kie­wi­cza dążą po­eci "obo­wią­za­ni wni­kać w naj­głęb­sze taj­nie in­dy­wi­du­ali­zmu na­ro­dów, da­wać por­tre­to­we po­do­bień­stwo lu­dów i ich zwy­cza­jów" - jak pi­sał w r. 1830 Mi­chał Gra­bow­ski25. Mło­dy Ju­liusz Sło­wac­ki do­dał słusz­nie: "Lecz myli się, kto są­dzi, że na­ro­do­wość po­ezji za­le­ży na opi­sy­wa­niu na­ro­do­wych wy­pad­ków; one są tyl­ko sza­tą, pod któ­rą trze­ba szu­kać du­szy na­ro­do­wej lub du­szy świa­ta".

Sta­ra­jąc się wni­kać w taj­ni­ki ge­niu­szu Cho­pi­na, pi­sał w r. 1834 zna­ko­mi­ty kom­po­zy­tor Ro­bert Schu­mann: "Do ko­rzyst­ne­go zbie­gu cza­su i oko­licz­no­ści do­dał los jesz­cze coś, czym się Cho­pin wy­róż­nia od in­nych i co czy­ni go zaj­mu­ją­cym, tj. dał mu po­tęż­ną i od­ręb­ną na­ro­do­wość, mia­no­wi­cie na­ro­do­wość pol­ską. Dzie­ło Cho­pi­na to ar­ma­ty ukry­te wśród kwia­tów".

Dok­try­ne­rzy "du­cha na­ro­do­we­go" na emi­gra­cji po r. 1831, pod­da­jąc ga­lo­pem re­wi­zji li­te­ra­tu­rę i prze­szłość na­szą, od­są­dzi­li od czci i wia­ry dwie czo­ło­we chlu­by ge­niu­szu na­ro­do­we­go: Jana Ko­cha­now­skie­go i Alek­san­dra Fre­drę. Ko­cha­now­skie­mu za­rzu­ca­li dość po­wszech­nie ro­man­ty­cy, że wzgar­dził pier­wo­ci­na­mi po­ezji swoj­skiej i zwią­zaw­szy swo­ją twór­czość z wzo­ra­mi kla­sycz­ny­mi, pchnął po­ezję na­szą w ob­ję­cia ob­czy­zny. Do­pie­ro Mic­kie­wicz z ka­te­dry Col­l?ge de Fran­ce spro­sto­wał wie­rut­ne głup­stwo, wy­ka­zu­jąc w po­ry­wa­ją­cy spo­sób, że Jan z Czar­no­la­su miał, jak nikt inny, in­tu­icję du­cha na­ro­do­we­go i jego dróg dzie­jo­wych. Od­osob­nio­ny był głos le­wi­cow­ca ro­man­ty­zmu, Se­we­ry­na Gosz­czyń­skie­go, któ­ry w r. 1834 grom­ko za­rzu­cił twór­cy Ze­mstyŚlu­bów pa­nień­skich zu­peł­ny brak na­ro­do­wo­ści, gdyż two­rzy­wem pi­sa­rza jest wy­łącz­nie świat kon­tu­szo­wo-szla­chec­ki, na­to­miast nie ma drob­nej szlach­ty, wów­czas re­wo­lu­cyj­nie uspo­so­bio­nej; pro­le­ta­riat miej­ski, zu­peł­nie jesz­cze nie uświa­do­mio­ny, nie mógł wcho­dzić w ra­chu­bę. W dwa lata póź­niej na emi­gra­cji po­li­sto­pa­do­wej jesz­cze ostrzej po­sta­wio­no spra­wę w ma­ni­fe­ście "Gro­ma­dy Gru­dziąż"26. "Szla­chec­ka na­ro­do­wość Pol­ski w trum­nie na wie­ki spo­czę­ła, bo szlach­ta wła­sną do­mor­do­wa­ła ją dło­nią. Te­raz więc do ludu pol­skie­go, do kmie­ci na­le­ży wy­ro­bić inne po­ję­cie na­ro­do­wo­ści dla na­szej oj­czy­zny".

Ma­rze­nia snu­te w mro­kach kon­spi­ra­cji wy­do­by­wa na jaw i kry­sta­li­zu­je Wio­sna Lu­dów. Mic­kie­wicz, któ­ry po­czuł w pier­si siłę Kon­ra­da, zry­wa się do czy­nu kon­kret­ne­go, niby Fa­rys przez chwi­lę zwy­cię­ski: "Idea na­ro­do­wo­ści jest wy­ro­kiem śmier­ci dla Au­strii... Ist­nie­nie tego ce­sar­stwa - woła na mi­tyn­gu w Bo­lo­nii w r. 1848 - nie da się po­go­dzić z ist­nie­niem na­ro­do­wo­ści, któ­re się pod­no­szą!".

W cią­gu stu­le­cia Po­la­cy śle­dzi­li czuj­nie i od­pie­ra­li za­ku­sy i ata­ki z ze­wnątrz i we­wnątrz; Edward hr. Ra­czyń­ski wo­łał na sej­mie pru­skim wio­sną 1843 r.: "Nowy król pru­ski27 nie może Po­la­kom za­prze­czać na­ro­do­wo­ści, któ­rą im za­pew­nił oj­ciec jego, któ­ry, gdy orły pru­skie przy­bi­ja­no w tym kra­ju, po­wie­dział, że nas sza­nu­je za na­sze przy­wią­za­nie do na­ro­do­wo­ści. O ja­kiej­że to na­ro­do­wo­ści mó­wił? Czy o pru­skiej?!". Rów­no­cze­śnie po­tę­pio­no ostro bra­ta me­ce­na­sa, Ata­na­ze­go Ra­czyń­skie­go28, któ­ry ob­ra­ziw­szy się na swe spo­łe­czeń­stwo, zo­stał ochot­nie - Niem­cem.

Gor­szym, bo ak­tyw­nym ob­ja­wem nie­wia­ry była do­bro­wol­na apo­sta­zja świet­ne­go pi­sa­rza, au­to­ra Li­sto­pa­daPa­mią­tek So­pli­cy - Hen­ry­ka hr. Rze­wu­skie­go29. Uciekł on od po­czu­cia na­ro­do­we­go, ule­ga­jąc dla ka­rie­ry po­tęż­nej fali ru­sy­fi­ka­cji oraz nie­wie­rze w przy­szłość Pol­ski, któ­ra musi, zda­niem jego, umrzeć tak, jak umie­ra sta­rzec. Je­dy­nym ra­tun­kiem - za­sy­mi­lo­wać się i ze­spo­lić szcze­po­wo z Ro­sją! Po­wstał ten pro­gram w dzie­sięć lat po na­pi­sa­niu Dzia­dów, Nie-Bo­skiejPana Ta­de­usza. Rze­wu­ski uwa­żał te ar­cy­dzie­ła za ostat­ni roz­błysk świe­cy, po­że­gnal­ny gest umie­ra­ją­cej Pol­ski!... A ona nie tyl­ko nie umie­ra­ła, ale zie­le­nić się po­czy­na­ła no­wy­mi pę­da­mi, któ­re, zda­wa­ło się, od wie­ków uschnię­te i mar­twe, ze­rwa­ły się na­gle, krzy­cząc, że żyją i są. Ks. Sza­fra­nek, zgła­sza­jąc w sej­mie pru­skim (1848) po­stu­lat uzna­nia praw ję­zy­ka pol­skie­go w ży­ciu pu­blicz­nym, po­wo­ły­wał się na żą­da­nia dwu­stu gmin gór­no­ślą­skich, za­miesz­ka­nych przez pół mi­lio­na lud­no­ści. A wszy­scy żą­da­li, jako "pra­wi dzie­dzi­ce za­miesz­ku­ją­cy tę zie­mię od wie­ków, aby na­sza na­ro­do­wość nam przy­zna­ną była".

Tym­cza­sem na­ród wzma­gał się i krzep­nął. Upo­wszech­ni­ło się nowe po­ję­cie pa­trio­ty­zmu, opar­te na mi­ło­ści ca­łe­go na­ro­du, na obo­wiąz­ku "nie­sie­nia ka­gań­ca oświa­ty" w masy, na pie­lę­gno­wa­niu czyn­ni­ków szcze­po­wo-kul­tu­ral­nej od­ręb­no­ści i ro­dzi­mo­ści.

Jak wal­czyć z za­bor­ca­mi, w jaki spo­sób una­ra­da­wiać szko­ły, in­sty­tu­cje pu­blicz­ne, li­te­ra­tu­rę i sztu­kę - bę­dzie głów­ną tre­ścią dą­żeń dzia­ła­czy w cią­gu stu­le­cia.

Ko­lę­da ce­men­tem na­ro­do­wo­ści

Na­ród w znacz­nym od­set­ku nie­pi­śmien­ny łą­czy­ła wspól­na mowa, oby­czaj i pieśń. Wśród ostat­nich na pierw­szym miej­scu ko­lę­da wi­gi­lij­na i pa­sto­rał­ka. Sta­ła się ona w do­bie nie­wo­li naj­cen­niej­szym łącz­ni­kiem, da­ją­cym uświa­do­mie­nie szcze­po­we. Ża­den inny na­ród nie może się po­chlu­bić ta­kim bo­gac­twem pie­śni bo­żo­na­ro­dze­nio­wych o sze­ro­kiej ska­li na­stro­ju, od hym­nów po­lo­ne­zo­wych (Bóg się ro­dzi) do skocz­nych ma­zur­ków, ru­basz­nych, try­ska­ją­cych hu­mo­rem pa­sto­ra­łek.

Stu­le­cia prze­glą­da­ją się w na­szej ko­lę­dzie. Od śre­dnio­wiecz­ne­go Anioł pa­ste­rzom mó­wił po sie­dem­na­sto­wiecz­ną, ba­ro­ko­wą ko­ły­san­kę: Lu­laj­że, Je­zu­niu, któ­rą zeu­ro­pe­izo­wał Cho­pin w kil­ku tak­tach swej etiu­dy30.

W cza­sach nie­wo­li po­li­tycz­nej ko­lę­da na­sza prze­ży­wa­ła chwa­łę od­ro­dze­nia, ja­kie nie było jej udzia­łem w sta­rej Rze­czy­po­spo­li­tej. Łą­czy­ła nie tyl­ko roz­dar­te kor­do­na­mi zie­mie pol­skie, to­wa­rzy­szy­ła ze­słań­com do tajg Sy­bi­ru, roz­rzew­nia­ła emi­gran­tów po­li­sto­pa­do­wych i po­stycz­nio­wych roz­pro­szo­nych po obu pół­ku­lach, za­grze­wa­ła do wy­trwa­nia więź­niów cy­ta­de­li war­szaw­skiej, kar­me­li­tów lwow­skich, łą­czy­ła twier­dze Ku­fste­inu, Spiel­ber­gu, Szpan­da­wy, Mo­abi­tu31. Wszy­scy czu­li się z jej sło­wem i nutą dzieć­mi jed­ne­go na­ro­du. Zwięk­szy­ło się jej bo­gac­two. Wy­szły na jaw nie zna­ne ogó­ło­wi ko­lę­dy lu­do­we, przy­po­mnia­no daw­ne, na­pi­sa­no nowe. Prze­pięk­ną stwo­rzył w Zło­tej czasz­ce Sło­wac­ki:

Chry­stus Pan się na­ro­dził...

Świat się cały od­mło­dził

Et men­tes.

Nad sia­nem, nad żło­becz­kiem,

Anio­łek z anio­łecz­kiem

Ri­den­tes.

Na­strój epo­ki stycz­nio­wej (1861-1870) od­twa­rza naj­traf­niej ko­lę­da Zyg­mun­ta No­skow­skie­go: Hej, ko­lę­da, ko­lę­da! z cha­rak­te­ry­stycz­nym zgrzy­tem mol­lo­wym w ka­den­cji.

Nowy czyn­nik spo­łecz­ny: opi­nia pu­blicz­na

Co my­ślą, jak re­agu­ją masy, doły spo­łecz­ne, tzw. gmin wiej­ski czy mo­tłoch w mia­stach - to nie ob­cho­dzi­ło do­tych­czas ni­ko­go, bo nie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia ani wpły­wu na bieg wy­pad­ków. Opi­nię na­rzu­ca­ły dwo­ry i rzą­dy, ura­bia­jąc ją, ste­ru­jąc nią i kne­blu­jąc we­dle woli i po­trze­by. Do­pie­ro Wiel­ka Re­wo­lu­cja ujaw­ni­ła ol­brzy­mią po­tę­gę tego in­stru­men­tu. Do­szły do wła­dzy i gło­su uli­ce, zgro­ma­dze­nia pu­blicz­ne, ka­wiar­nie, ga­ze­ty. Lo­tem strza­ły sze­rzyć się po­czę­ły nie­po­żą­da­ne dla wład­ców no­win­ki. Już w parę dni po ogło­sze­niu Ma­ni­fe­stu po­ła­niec­kie­go Ko­ściusz­ki wie­dzie­li o nim chło­pi na Opolsz­czyź­nie i prze­sta­li wy­cho­dzić na pań­skie, do­ma­ga­jąc się znie­sie­nia pańsz­czy­zny. Gdy pani Za­moy­ska32 w War­sza­wie przy otwar­tych oknach Pa­ła­cu Błę­kit­ne­go za­gra­ła na kla­wi­kor­dzie ostat­nią na­de­sła­ną z Włoch no­wość: Ma­zur­ka Dą­brow­skie­go, a mo­tłoch sto­łecz­ny w lot pod­chwy­cił sło­wa i me­lo­dię, nie wszy­scy zro­zu­mie­li, że uli­ca za­bra­ła głos po raz pierw­szy i że wiel­ką moc kry­je w so­bie ten nowy czyn­nik. Zro­zu­miał jego zna­cze­nie stu­dent wi­leń­ski, Mic­kie­wicz, za­le­ca­jąc w r. 1819 już w pierw­szych in­struk­cjach dla fi­lo­ma­tów: "for­mo­wać, po­pra­wiać, usta­lać opi­nię pu­blicz­ną".

Uli­ca, stra­gan, szyn­kow­nia, ma­giel i sklep, ka­wiar­nie sto­łecz­ne i ga­ze­ty, a na pro­win­cji jar­mar­ki i od­pu­sty - oto maj­da­ny, gdzie mo­gły się for­mo­wać pierw­sze za­ląż­ki opi­nii pu­blicz­nej. Rzą­dy za­bor­cze czy­ni­ły gor­li­wie wszyst­ko, by w sa­mym za­rod­ku na­ło­żyć ka­ga­niec. Na pal­cach po­li­czyć w pierw­szej po­ło­wie stu­le­cia chwi­le swo­bod­ne­go bu­ja­nia opi­nii: parę mie­się­cy po pro­kla­mo­wa­niu Kró­le­stwa Kon­gre­so­we­go w r. 1815, parę rów­nież w pierw­szych mie­sią­cach po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go i wresz­cie po­cząt­ko­wy zryw en­tu­zja­zmu w cza­sie Wio­sny Lu­dów, więc krót­kie chwi­le, w któ­rych na­ród mógł w swo­ich spra­wach prze­mó­wić bez ka­gań­ca cen­zu­ry pru­skiej, au­striac­kiej czy car­skiej. Do ludu wiej­skie­go, do ro­bot­ni­ka nie do­tar­ła jesz­cze idea zgro­ma­dzeń pu­blicz­nych. Do­pie­ro pod ko­niec stu­le­cia zbu­dzi się uśpio­na i usy­pia­na wola mas. Spę­ta­na w uści­sku po­li­cji za­bor­czej nie ist­nia­ła w wie­ku ro­man­ty­zmu nie­za­leż­na, swo­bod­na opi­nia pu­blicz­na.

Zmia­ny i prze­su­nię­cia w ustro­ju spo­łecz­nym

Prze­mia­ny w ustro­ju spo­łecz­nym wpro­wa­dza wiek XIX po­wo­li, z ro­sną­cym w mia­rę prze­szkód upo­rem. Rady moż­no­wład­ców stra­ci­ły pry­mat, któ­ry prze­szedł na biu­ro­kra­cję za­bor­ców. Przed nimi te­raz ko­rzy się i płasz­czy więk­szość szlach­ty, sta­no­wią­cej oko­ło 15% lud­no­ści na zie­miach na­szych (we Fran­cji tyl­ko 2%!). Szlach­ta pol­ska nie na­uczy­ła się ni­cze­go, sta­ra­jąc się wszel­ki­mi środ­ka­mi utrzy­mać stan po­sia­da­nia. Gdy w r. 1818 za­pro­szo­no na ka­te­drę eko­no­mii po­li­tycz­nej w Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim Fry­de­ry­ka Skarb­ka - a był je­dy­nym kan­dy­da­tem ze stu­dia­mi i po­le­ce­nia­mi fa­chow­ców za­gra­nicz­nych - teść jego, ja­śnie wiel­moż­ny pan Gzow­ski z Osię­cin na Ku­ja­wach, zde­cy­do­wał, że jego zięć nie może hań­bić się pra­cą, na­wet uni­wer­sy­tec­ką, i na­ma­wiał cór­kę33, by czym prę­dzej zdraj­cę po­rzu­ci­ła! Ta­kich obłą­ka­nych głup­ta­sów były dzie­siąt­ki ty­się­cy. Pro­ces ich li­kwi­da­cji po­wol­nej za­ob­ser­wo­wał mło­dziut­ki Bo­le­sław Prus w la­tach sześć­dzie­sią­tych XIX stu­le­cia: "O pół­no­cy, w chwi­li kie­dy w sa­lo­nach Re­sur­sy w War­sza­wie wno­szo­no szam­pa­na, do prze­dzia­łu służ­bo­we­go w ośnie­żo­nym po­cią­gu to­wa­ro­wo-oso­bo­wym wszedł nad­kon­duk­tor i te­le­gra­fi­sta, od­kor­ko­wu­jąc bu­tel­kę zwy­czaj­nej wód­ki.

- Pięk­nie za­czy­na­my Nowy Rok. Psy nie mia­ły­by cze­go nam za­zdro­ścić!

- Tyl­ko nie na­rze­kać... A pa­mię­tasz, jak to było lat temu dzie­sięć w Re­sur­sie?... Było nas tam z 80 osób. Sta­ry wę­grzyn i szam­pan. A ja mia­łem jesz­cze moją czwór­kę kasz­tan­ków. Kto by dziś uwie­rzył, że tak było...".

Na roz­pa­dli­nach ustro­ju szla­chec­kie­go nowa kla­sa bur­żu­azyj­na roz­pę­dza się szyb­ko z im­pe­tem ogar­nia­ją­cym wszyst­kie dzie­dzi­ny ży­cia. Z bez­rol­nej, bo zban­kru­to­wa­nej szlach­ty jed­no - i wię­cej dwor­czej, z ele­men­tów miesz­czań­skich i wy­jąt­ko­wo chłop­skich po­wsta­je in­te­li­gen­cja (choć jesz­cze bez tej na­zwy) i zdo­bę­dzie w po­ło­wie stu­le­cia wy­bit­ne, z cza­sem do­mi­nu­ją­ce sta­no­wi­sko. Ze wszech stron pcha­ją się lu­dzie nowi, bez her­bów i tra­dy­cji, zbroj­ni w moc­ne łok­cie lub pie­niądz, i gło­śno bę­dzie o nich na wszyst­kich po­lach osią­gnięć. Chu­do­pa­choł­ko­wie, ple­be­ju­sze za­le­ga­ją biu­ra, kan­to­ry, ma­gi­stra­ty i skle­py, gry­zi­piór­ku­jąc na po­czą­tek za li­chy gro­sik. W udrę­czo­nej ter­ro­rem Pa­skie­wi­cza Kon­gre­sów­ce pój­dzie ten pro­ces po­wo­li, opor­nie; w kar­nej, po­słusz­nej po­zy­ty­wi­zmo­wi Mar­cin­kow­skie­go Wiel­ko­pol­sce - gład­ko. W Ga­li­cji wy­two­rzył się licz­niej­szy niż gdzie in­dziej stan śred­ni, ist­ny pro­le­ta­riat in­te­li­gen­cji urzęd­ni­czej. Stwo­rzy­li go zu­bo­że­ni dzier­żaw­cy, ofi­cja­li­ści pry­wat­ni, mło­dzież miesz­czań­ska, po­śred­ni­cy i de­pen­den­ci.

Nową kla­sę za­si­li­ła ob­fi­cie imi­gra­cja Niem­ców. W za­bo­rze ro­syj­skim przy­by­sze z Nie­miec, już za­sie­dzia­li, byli spo­lsz­cze­ni i zbo­ga­ce­ni, do Ga­li­cji przy­wę­dro­wa­li po za­bo­rze kra­ju wiel­ką gro­ma­dą w chę­ci zro­bie­nia ka­rie­ry urzęd­ni­czej. I jed­ni, i dru­dzy asy­mi­lu­ją się prze­waż­nie w cią­gu jed­ne­go po­ko­le­nia, da­jąc czę­sto przy­kład twór­cze­go pa­trio­ty­zmu. Ste­in­kel­le­ry i Kol­ber­gi w Kon­gre­sów­ce, Es­tre­iche­ry w Kra­ko­wie, Li­bel­ty, Krau­tho­fe­ry w Wiel­ko­pol­sce, Pil­le­ry, Die­tle, Lamy we Lwo­wie. Te wszyst­kie od­da­ne dzie­ci mat­ki Po­lki sto­ją w pierw­szym sze­re­gu wal­czą­cych z nie­miec­kim na­jeźdź­cą.

Upa­dek miesz­czań­stwa w szla­chec­kiej Rzecz­po­spo­li­tej był na rękę in­te­re­som oku­pan­tów. Au­stria i car­ska Ro­sja nisz­czy­ły je da­lej sys­te­ma­tycz­nie. Au­striac­ki tra­fi­kant miał na oku je­dy­nie groź­bę kon­ku­ren­cji go­spo­dar­czej, dźwi­ga­ło się z wol­na ku­piec­two za­bo­ru ro­syj­skie­go. Je­den tyl­ko Pru­sak zro­zu­miał, że do­bro­byt miast za­gar­nię­tych - jest jego do­bro­by­tem.

Mi­zer­ny stan prze­my­słu, mimo świet­nych po­cząt­ków u pro­gu stu­le­cia, zni­ko­ma w po­rów­na­niu z in­ny­mi kra­ja­mi ilość fa­bryk i ko­palń w Kon­gre­sów­ce z jed­nej stro­ny, ta­mo­wa­nie wszel­kiej ini­cja­ty­wy w tej mie­rze przez Wie­deń i Ber­lin z dru­giej spra­wi­ły, że za­ognio­na w za­chod­niej Eu­ro­pie w la­tach trzy­dzie­stych kwe­stia ro­bot­ni­cza u nas pra­wie nie ist­nie­je do po­ło­wy stu­le­cia. Po­waż­ne za­si­le­nie po­wsta­ją­ce­go prze­my­słu tkac­kie­go, na­ro­dzi­ny Ło­dzi i jej wiel­kie­go prze­my­słu do­ko­na­ło się dzię­ki przy­by­łej z Nie­miec gro­ma­dzie maj­strów. Zda­wa­ło się, że rząd Kon­gre­sów­ki po­peł­nił krok nie­opatrz­ny, ścią­ga­jąc "ko­lo­ni­stów" jak ongi Pia­sto­wie ślą­scy. Mi­ni­ster Lu­bec­ki dał w r. 1824 wy­raz prze­ko­na­niu, że przy­by­sze ule­gną szyb­ko asy­mi­la­cji i "już w dru­gim po­ko­le­niu za­bi­ją w nich pol­skie ser­ca". I miał ra­cję, choć na speł­nie­nie tej prze­po­wied­ni nie­co dłu­żej cze­kać wy­pa­dło.

Zde­kla­so­wa­na, w czę­ści na bruk miej­ski rzu­co­na war­stwa zie­miań­stwa szla­chec­kie­go zmu­szo­na zo­sta­je zmie­nić daw­ne "ży­cie uła­twio­ne" na "wy­tę­żo­ne", przy­stę­pu­je we­spół z no­wy­mi ży­wio­ła­mi do zmon­to­wa­nia no­we­go sta­nu in­te­li­gen­cji. Ma jed­nak świa­do­mość, że ko­niec jej wpły­wów już nie­uchron­ny, choć może nie za pa­sem jesz­cze. W przeded­niu Wio­sny Lu­dów daje temu wy­raz przed­sta­wi­ciel­ka tej ska­za­nej na za­gła­dę ka­sty. Sy­do­nia Szum­lań­ska, ano­ni­mo­wa, lecz by­stra au­tor­ka Li­stów damy pol­skiej34, wy­zna­je wprost: "Upa­dek szlach­ty ko­niecz­ny jest, aby moż­na było pod­nieść lud wzwyż. Przy­śpie­sza go jesz­cze zja­wi­sko od­stęp­stwa na­ro­do­we­go w obo­zie szla­chec­kim. Nie­chże wol­no bę­dzie szlach­cian­ce wy­ra­zić żal i obu­rze­nie z po­wo­du wy­pad­ków tego od­stęp­stwa".

Nur­tu­ją­ca wszyst­kie umy­sły po­stę­po­we od za­ra­nia stu­le­cia idea prze­bu­do­wy sto­sun­ków w my­śli spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej roz­sze­rza się po ka­ta­stro­fie im­pe­ria­li­zmu na­po­le­oń­skie­go w żą­dzę prze­bu­do­wy świa­ta, któ­rej świet­nym pro­gra­mem jest ma­ni­fest Mic­kie­wi­cza: Oda do mło­do­ści. Tyl­ko wów­czas zdo­ła mło­dzież prze­nik­nąć ogro­my ludz­ko­ści, gdy uzbroi się w en­tu­zjazm, roz­ko­cha w pra­cy dla szczę­ścia wszyst­kich, sta­nie się sil­na jed­no­ścią i ro­zum­na sza­łem, je­śli gwałt od­ci­skać bę­dzie gwał­tem. Pod tymi wa­run­ka­mi, nie­ła­twy­mi do re­ali­za­cji, udać się jej może pchnię­cie sta­re­go sple­śnia­łe­go świa­ta na nowe tory. Pro­gram ten, na­pi­sa­ny w r. 1820, do­pie­ro w dzie­sięć lat póź­niej stał się wła­sno­ścią czy­ta­ją­ce­go ogó­łu. Był na­szą De­kla­ra­cją Praw Czło­wie­ka. Po­stę­po­wi Po­la­cy XIX stu­le­cia będą usi­ło­wa­li pro­gram ten po­etyc­ki wpro­wa­dzić w ży­cie re­al­ne, mie­rząc naj­czę­ściej siły na za­mia­ry...

Chłop wy­szedł naj­go­rzej

Ar­ty­kuł czwar­ty kon­sty­tu­cji Księ­stwa War­szaw­skie­go po­sta­no­wił: pod­dań­stwo zno­si się (le se­rva­ge est abo­li). Po­zor­nie Na­po­le­on po­szedł da­lej niż Usta­wa ma­jo­wa. Znie­sio­no na pa­pie­rze nie­wo­lę chło­pa, dano wol­ność oso­bi­stą, moż­ność osie­dla­nia się, gdzie chce, rów­ność wo­bec pra­wa i są­dów, usu­nię­to wła­dzę pa­try­mo­nial­ną dzie­dzi­ca nad chło­pem. Ale pan zo­sta­wał nadal wła­ści­cie­lem grun­tu, któ­re­go chłop był tyl­ko użyt­kow­ni­kiem dzier­żaw­cą. Chło­pi zo­sta­li de­fi­ni­tyw­nie wol­ni i de­fi­ni­tyw­nie... wy­własz­cze­ni. De­kre­ty okre­śla­ły tę wol­ność po my­śli wiel­kiej wła­sno­ści. Oszo­ło­mie­ni zra­zu prze­mia­ną chło­pi spo­strze­gli wkrót­ce, że nie­wie­le się zmie­ni­ło. Gdy pew­ne­mu użyt­kow­ni­ko­wi za­wa­li­ła się cha­łu­pa, szlach­cic po­słał kil­ku ro­bot­ni­ków dla re­mon­tu; chłop pro­sił o dal­szą po­moc w otyn­ko­wa­niu cha­łu­py, pan wy­rzu­cał mu, że "jest le­niem, sko­ro tak ma­łej rze­czy dla wła­sne­go miesz­ka­nia wy­ko­nać nie chce". "Ja­śnie pa­nie, od­po­wie­dział chłop, a czy ja po roku zo­sta­nę tu jesz­cze?". Al­bo­wiem dana była ob­szar­ni­ko­wi cał­ko­wi­ta wła­dza usu­wa­nia chło­pów z zie­mi, któ­ra już te­raz była bez za­strze­żeń jego wła­sno­ścią; po­zba­wio­ny ko­rzy­ści z wła­dzy pa­try­mo­nial­nej, ko­rzy­stał z pra­wa ru­go­wa­nia chło­pów z go­spo­darstw zaj­mo­wa­nych do­tych­czas od po­ko­leń przez chło­pów. Wy­zu­tych z grun­tu przyj­mo­wa­no z po­wro­tem na ten sam spła­cheć grun­tu, ale już tyl­ko w cha­rak­te­rze dzier­żaw­ców na pod­sta­wie no­wej umo­wy, z re­gu­ły tak nie­ko­rzyst­nej, że po­ło­że­nie tych pa­ria­sów było czę­sto gor­sze niż przed na­po­le­oń­ską kon­sty­tu­cją.

Nie na­le­ża­ły wca­le do wy­jąt­ków ta­kie typy dzie­dzi­ców, jak brat Ma­rii Wa­lew­skiej35. Oto co o nim pi­sze Alek­san­der Wa­lew­ski36, syn po­bocz­ny Na­po­le­ona I: "Mój wuj, Łą­czyń­ski, czło­wiek miły dla rów­nych mu uro­dze­niem, był nie­zwy­kle su­ro­wy dla swych pod­da­nych. Nie tyl­ko ska­zy­wał na kary, naj­chęt­niej bił wła­sno­ręcz­nie. Z ma­ły­mi wy­jąt­ka­mi wszy­scy wła­ści­cie­le ziem­scy w Pol­sce po­stę­po­wa­li tak samo, co mnie, wy­cho­wa­ne­go za kra­jem, obu­rza­ło do ży­we­go". Go­rzej było w la­ty­fun­diach kre­so­wych. Mło­de ko­bie­ty wy­wo­żo­no z Bia­ło­ru­si na sprze­daż po 200 fran­ków od sztu­ki, co na­wet Mic­kie­wicz pięt­no­wał w Dzia­dach. Je­śli na Ukra­inie pan był ludz­ki, a pańsz­czyź­niak aku­rat­ny, kara cie­le­sna ogra­ni­cza­ła się do "po­miar­ko­wa­nia" (100 na­ha­jów), opor­ny pod­le­gał "su­biek­cji" (300-500 na­ha­jów). Upo­jo­na szar­żą Ko­zie­tul­skie­go w Hisz­pa­nii szlach­ta zjed­no­czy­ła się w ha­śle: czym ułan bez lan­cy, tym szlach­cic bez chłop­stwa. Chło­pi, prze­szedł­szy z desz­czu pod ryn­nę, mru­cze­li nie­uf­nie, zło­wro­go: "Oj­cy­zna, oj­cy­zna i cóz nam z ty oj­cy­zny? Je­dyn pan przeda­je nas dru­gi­mu, a król ten cy ów nic nam nie ze­lzy".

Na Ślą­sku i w Ga­li­cji chłop aż do Wio­sny Lu­dów trak­to­wa­ny był jak by­dlę po­cią­go­we, tyl­ko go­rzej ży­wio­ne. Urba­rium37 jed­nej wsi w po­wie­cie ryb­nic­kim po­sta­na­wia­ło: "Je­śli brak­nie koni, mu­szą pra­cow­ni­cy dwor­scy na żą­da­nie do­mi­nium dać się za­prząc do płu­ga i upra­wiać rolę pań­ską". W ma­jąt­ku Don­ner­smarc­ka38 wprzę­gnię­ty do płu­ga chłop sko­nał pod ba­to­ga­mi. Na sej­mie wie­deń­skim roku 1848 po­seł chłop­ski Ka­pusz­czak39 z Bo­ho­rod­czan wo­łał: "Pa­no­wie wię­cej od nas wy­ma­ga­ją, niż prze­pis o pańsz­czyź­nie po­zwa­lał! Za­miast 100 dni od­ra­bia­li­śmy w roku 300 dni, czę­sto trzy-czte­ry dni ro­bo­ci­zny, cza­sem i ty­dzień li­czo­ny był nam za je­den dzień ro­bo­czy. W nie­dzie­le i świę­ta na­kła­da­no nam kaj­da­ny i wrzu­ca­no po­mię­dzy by­dło w obo­rze, by­śmy w przy­szłym ty­go­dniu gor­li­wiej pra­co­wa­li. Ob­cho­dzo­no się z nami nie jak z ludź­mi, lecz jak z ma­chi­na­mi. W od­da­le­niu 300 kro­ków od pań­skie­go pa­ła­cu mu­sie­li­śmy stać z od­kry­tą gło­wą, nie mógł chłop wejść na scho­dy, bo śmier­dział, a pan smro­du nie zno­sił. Czę­sto klu­cze od ko­ścio­ła za­sta­wio­ne były u karcz­ma­rza, któ­ry je wy­da­wał po wy­pi­ciu okse­fta40 wód­ki".

Na­li­czyć by się dało w ca­łej Pol­sce kil­ku­dzie­się­ciu lu­dzi in­ne­go po­kro­ju w le­gio­nie ob­szar­ni­ków. Oży­wie­ni byli ide­owym hu­ma­ni­ta­ry­zmem, po­stę­po­wi w sło­wach i czy­nach. Ale to nie uspra­wie­dli­wia kosz­mar­ne­go ob­ra­zu ca­ło­ści.

Gdy Na­po­le­on nie tyl­ko "zdjął chło­pom kaj­da­ny z nóg, ale i buty z nich ścią­gnął", to była po­twor­ność osta­tecz­nie zro­zu­mia­ła, go­rzej, że ele­men­ty tak po­stę­po­we jak wol­no­mu­la­rze na­ro­do­wi z ma­jo­rem Łu­ka­siń­skim na cze­le nie li­czy­ły się z chło­pa­mi w ogó­le, ani nie li­czy­ły - na nich. Je­dy­ną orę­dow­ni­cą oka­za­ła się po­ezja ro­man­tycz­na. Po­stę­po­wi ro­man­ty­cy do­strze­ga­li od razu prze­paść mię­dzy zmy­śle­niem li­te­rac­kim a rze­czy­wi­sto­ścią; okła­mał czy­tel­ni­ków po­eta ser­ca Fran­ci­szek Kar­piń­ski, ba­ją­cy w swych sie­lan­kach o po­czci­wych kmiot­kach, za­wiódł na­wet au­tor Wie­sła­wa, Bro­dziń­ski, choć nie był ob­szar­ni­kiem, lecz żoł­nie­rzem i pro­fe­so­rem. Zo­rien­to­wa­ny do­sko­na­le mło­dziut­ki Mic­kie­wicz czu­je trud­ność po­pra­wy po­twor­nych sto­sun­ków i w mło­dzień­czym po­ema­cie Kar­to­fla za­po­wia­da, że zmia­ny do­cze­ka­my się do­pie­ro w XX wie­ku, gdy sta­ra Eu­ro­pa pój­dzie w dia­bły, gdy śla­du nie zo­sta­nie po Pa­ry­żach, Lon­dy­nach i Wil­nach...

Wten­czas nad Świa­tem No­wym swo­bód gwiaz­da bły­śnie,

Cno­ta się i na­uka pod jej pro­myk ci­śnie.

Mni­sze wię­zy, de­spo­tów zła­mią się po­stra­chy,

Zło­ty Ka­pi­tol wol­ne utkwi w nie­bie da­chy,

Przed nim na­ród zdu­mio­nych zie­mian na twarz pad­nie,

A Lud-Król ber­łem rów­nym ule­głych za­wład­nie.

Do stóp swo­ich ty­ra­ny sta­ro­świec­kie po­gnie

I z wol­nej skry w Eu­ro­pie nowe wznie­ci ognie.

Ta zdu­mie­wa­ją­ca prze­po­wied­nia prze­le­ża­ła w rę­ko­pi­sie nie­zna­na aż do na­szych cza­sów41. Mic­kie­wicz na­to­miast wstrzą­snął współ­cze­snych swych czy­tel­ni­ków po­nu­rym wid­mem dzie­dzi­ca w Dzia­dach wi­leń­skich, któ­ry był wier­nym od­two­rem pa­nu­ją­cych sto­sun­ków. Nie tyl­ko fi­lo­ma­ci wi­leń­scy sta­nę­li po stro­nie uci­śnio­ne­go nad wszel­ką mia­rę pańsz­czyź­nia­ka. Sa­ty­ryk "Wia­do­mo­ści Bru­ko­wych"42 w ostrym fe­lie­to­nie pt. Ma­chi­na do bi­cia chło­pów pi­sał w r. 1817: "Ła­god­ność, na­mo­wa i prze­ko­na­nie ro­zum­ne nie ma wła­dzy nad po­ję­ciem chło­pa. Bić go po­trze­ba, żeby uczuł, bić do śmier­ci, by do­pro­wa­dzić na dro­gę kie­ru­ją­cej nim woli, bić usta­wicz­nie, żeby mieć zeń co­kol­wiek po­ży­tecz­ne­go".

Nie le­piej dzia­ło się na Ma­zow­szu i na kre­sach po­łu­dnio­wych. Trzy­na­sto­let­ni Zyg­muś Kra­siń­ski wy­zna­je w li­ście do ojca or­dy­na­ta z całą szcze­ro­ścią: "...chłop ru­ski czę­sto za­moż­niej­szy od ma­zo­wiec­kie­go, ale uci­śnio­ny przez pa­nów nie śmie pod­nieść gło­wy. Każ­dy pan jest kró­li­kiem u sie­bie de­spo­tycz­nym. Oto­czo­ny ko­za­ka­mi pa­trzy bez li­to­ści na męki za­da­wa­ne z jego roz­ka­zu wło­ścia­nom, a ludz­kość upodlo­na wy­glą­da zba­wi­cie­la...". Gdzieś w tym sa­mym cza­sie star­szy odeń Ju­lek Sło­wac­ki za­hu­ka­ny przez ma­mu­się43 je­dzie z nią po­wo­zem przez bło­ta piń­skie i wi­dzi mnó­stwo wy­chu­dłych z gło­du chło­pów, po­że­ra­ją­cych skwa­pli­wie ne­nu­fa­ry wod­ne.

To wspo­mnie­nie dziec­ka da póź­niej au­to­ro­wi Lil­li We­ne­dy po­mysł do pięk­ne­go po­etyc­kie­go ob­ra­zu cór­ki ży­wią­cej gni­ją­ce­go z gło­du kró­la We­ne­dów, Der­wi­da. Jaka szko­da, że wspo­mnie­nie dzie­cin­ne Kra­siń­skie­go za­tar­ło się, gdy wy­rósł i prze­szedł na sta­no­wi­sko re­ak­cji spo­łecz­nej, sta­jąc się wro­giem wy­zwo­le­nia ludu z nie­wo­li pańsz­czyź­nia­nej!

Gro­ma­da tę­pych oczu i po­kor­nych kar­ków

Już au­tor Ody do mło­do­ści pięt­no­wał sa­mo­lu­bów, któ­rzy ta­kie wi­dzą świa­ta koło, ja­kie tę­py­mi za­kre­śla­ją oczy­ma. Od­se­tek ich, za­leż­nie od na­pię­cia du­cho­we­go ogó­łu, by­wał roz­ma­ity, wa­hał się w dość sze­ro­kiej roz­pię­to­ści, umniej­sza­jąc za­wsze nie­licz­ny po­czet ak­tyw­nych pra­cow­ni­ków. W po­sta­wie tej czę­ści spo­łe­czeń­stwa bra­ły górę ce­chy ra­czej rzad­kie w na­szym tem­pe­ra­men­cie na­ro­do­wym, na­le­ża­ła do nich bier­ność, prze­cho­dzą­ca chwi­la­mi w stan ab­so­lut­nej obo­jęt­no­ści na wszyst­ko, co dzia­ło się poza ob­rę­bem wła­sne­go nosa, po­dwór­ka, in­te­re­sów. Nie mo­gli się za­sło­nić wy­god­ni­siow­skim za­wo­ła­niem po­ety wie­ku zło­te­go44: "Niech się dru­dzy za łby wo­dzą, a ja się dzi­wu­ję!" - bo ciem­ni byli i nie­ucze­ni. Od­zna­cza­ły się typy ta­kie za­sa­dą bez­względ­nej ule­gło­ści. Po­szu­ku­jąc spo­ko­ju za wszel­ką cenę, wy­ko­ny­wa­li skwa­pli­wie wszel­kie na­ka­zy władz za­bor­czych. Byle na­cisk star­czył, by mięk­ko­szyj­nych bez­krę­gow­ców skło­nić do po­słu­chu, czę­sto i do za­przań­stwa, o ile nę­ci­ło ko­rzy­ścia­mi. Wy­rzu­ty su­mie­nia po­kry­wa­no za­sa­dą "zło­te­go środ­ka", nie­odzow­ne­go ja­ko­by w na­szym wy­jąt­ko­wym po­ło­że­niu. "Spo­kój - pierw­szy obo­wią­zek oby­wa­te­la!" - wo­ła­no, wy­krę­ca­jąc się od udzia­łu w czym­kol­wiek, co mo­gło­by rzu­cić cień na ich wzo­ro­wą lo­jal­ność i po­słu­szeń­stwo wo­bec wła­dzy za­bor­czej.

Nie dziw, że skłon­ny był do ta­kie­go poj­mo­wa­nia swych obo­wiąz­ków ciem­ny, ogłu­pia­ły od stu­le­ci chłop pańsz­czyź­nia­ny. Go­rzej nie­rów­nie, gdy tak samo po­stę­po­wał osko­ru­pio­ny gru­bą war­stwą roz­ma­itych prze­są­dów szlach­cic jed­no­wio­sko­wy, za­ty­ka­ją­cy uszy na wszel­kie no­win­ki, ja­kie na­wet pod jego dach, do nie wie­trzo­nych kom­na­tek wno­sił wiek XIX. Wszy­scy, nie mó­wiąc już o war­stwie rzą­dzą­cej, po­mna­ża­li ro­jo­wi­sko trut­niów nie­zda­łych, nie­przy­dat­nych, szko­dli­wych w pra­cy zbio­ro­wej. Nie było ich wła­ści­wie...

Usa­do­wi­ła się od po­ko­leń pew­na ce­cha fa­tal­na w uspo­so­bie­niu Po­la­ków: cu­dzo-bie­sie. Zna­czy to chęt­ka wro­dzo­na do mał­po­wa­nia, na­śla­do­wa­nia, słu­cha­nia ob­cych. Po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne z jed­nej stro­ny, wiel­kość od­ręb­nych ele­men­tów et­nicz­nych ze wscho­du i po­łu­dnia, czyn­nych u nas w każ­dej epo­ce dzie­jów - z dru­giej, spra­wi­ły, że to zna­mię wy­su­nę­ło się na czo­ło, nie my­śląc ustą­pić na­wet wów­czas, gdy obcy przy­bysz, po­ma­wia­ny przez lud słusz­nie o po­sia­da­nie "czar­ne­go pod­nie­bie­nia", ma­mił już nie tyl­ko no­wym świe­ci­deł­kiem mody czy fa­ta­ła­chem oso­bli­we­go oby­cza­ju czy sno­bi­zmu - lecz przy­był z nie ta­jo­nym za­mia­rem, by ujarz­mić i znisz­czyć na­ród. Za­stra­sza­ją­ca po­tul­ność wo­bec za­bor­ców była pra­wo­wi­tym dziec­kiem tej ce­chy uspo­so­bie­nia pol­skie­go. Wy­stę­po­wa­ła sta­le pod mia­nem bar­dzo ela­stycz­nej, opacz­nie poj­mo­wa­nej lo­jal­no­ści. Jak owce weł­nę rol­ni­ko­wi, tak szlach­cic bez szem­ra­nia jął od­da­wać po­słu­szeń­stwo na­jeźdź­com wszyst­kich trzech za­bo­rów. Nie­któ­rzy czy­ni­li to je­dy­nie w pierw­szym sta­dium ogłu­sze­nia i roz­pa­czy po ka­ta­stro­fie, po­ra­że­ni wia­rą w śmierć na­ro­du, u in­nych na­strój po­tul­nej słu­żeb­no­ści po­zo­stał, prze­cho­dząc z ojca na syna. Ani dzie­sią­tej czę­ści tych świad­czeń nie był­by dał swe­mu rzą­do­wi, ja­kie te­raz skła­dał skwa­pli­wie. Je­den na ty­siąc tra­fił się re­zo­lut, po­dob­ny dzie­dzi­co­wi z I tomu Po­pio­łów Że­rom­skie­go, któ­ry na po­wi­ta­nia ko­mi­sa­rza Niem­ca w har­ca­pie po­pi­sy­wał się naj­pierw dłu­go cel­no­ścią swych strza­łów w kom­na­cie, wbrew jego za­ka­zo­wi po­le­cił obić pod­da­ne­go, któ­ry wła­mał się do la­mu­sa.

Z ojca na syna

Z ojca na syna prze­cho­dzi­ła po­ko­le­nia­mi tra­dy­cja, szcze­po­wa naj­pierw, po­li­tycz­no-spo­łecz­na po­tem.

Naj­ła­twiej, naj­pow­szech­niej dzie­dzi­czy­ły się w sta­nie szla­chec­kim, któ­ry prze­cie two­rzył opi­nię pu­blicz­ną, tra­dy­cje szko­dli­we. Au­to­ma­tycz­nie, od ko­ły­ski na­sią­kał szlach­cic na­wet jed­no­wio­sko­wy spu­ści­zną cza­sów sa­skich; po­czci­wy, osko­ru-pio­ny prze­są­da­mi, pie­lę­gno­wał wstecz­ne na­wy­ki ka­sto­we. Za­ty­kał prze­waż­nie uszy na do­cho­dzą­ce doń za­wo­ła­nia no­we­go wie­ku.

So­li­dar­nie ofiar­ni, gdy oj­czy­zna za­wo­ła­ła, prze­le­wa­ją dziad, syn i wnuk krew na polu wal­ki - od So­mo­sier­ry (1808), Be­re­zy­ny (1812), po­przez Gro­chów i Sto­czek (1831) do Mie­cho­wa i Ko­by­lan­ki (1863). Biją się jak dia­bły, bu­dząc słusz­ny po­dziw świa­ta. Ale rów­nie so­li­dar­nie spy­cha­ją z dzia­da na wnu­ka speł­nie­nie obo­wiąz­ku spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej wo­bec chło­pa, póki ich nie wy­rę­czą rzą­dy za­bor­cze. Na pal­cach zli­czyć moż­na ro­dzi­ny, dzie­dzi­czą­ce ide­ały now­sze, po­stę­po­we. W ta­kiej at­mos­fe­rze przy­szła na świat ope­ra na­ro­do­wa Hal­ka, twór­ca jej bo­wiem odzie­dzi­czył po swym szla­chet­nym stry­ju umi­ło­wa­nie ha­seł wol­no­ści-rów­no­ści-bra­ter­stwa45.

W miesz­czań­stwie trwa­ły dłu­go tra­dy­cjo­nal­ny ma­razm i nie­moc wy­do­by­cia się z pęt, na­rzu­co­nych przez ustrój daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej; upa­dek, unie­moż­li­wia­ją­cy mu roz­wój i zno­śną cho­ciaż­by eg­zy­sten­cję. Tam, gdzie zna­la­zło ono ofiar­nych, ener­gicz­nych przy­wód­ców i do­bre wzo­ry do na­śla­do­wa­nia, jak w Wiel­ko­pol­sce, dźwi­gnę­ło się w cią­gu jed­ne­go po­ko­le­nia z za­dzi­wia­ją­cą szyb­ko­ścią - i do­brze zbroj­ne w za­le­ty or­ga­ni­za­cji przed­się­bior­czo­ści rze­mieśl­ni­czej i ku­piec­kiej, mo­gło z cza­sem jako moc­ny stan trze­ci sta­nąć do pra­cy na­ro­do­wej. Or­ga­ni­za­tor prze­my­słu w Kon­gre­sów­ce, Ste­in­kel­ler, na­po­tkał zra­zu znacz­ne opo­ry ro­dzi­me na tym polu.

Chłop trwał w nie­mal­że nie­zmie­nio­nej nie­świa­do­mo­ści. Nowe tra­dy­cje wy­zwo­leń­cze nie­ry­chło zdo­ła­ją się za­krze­wić. Był tak upar­ty i opor­ny, jak - jego dzie­dzic.

Re­gu­łą jest - rzecz ja­sna - prze­cho­dze­nie warsz­ta­tu pro­duk­cyj­ne­go czy przed­się­bior­stwa z ojca na syna; je­śli rzad­kie, to dla­te­go, że warsz­ta­tów tych było w Pol­sce jak na le­kar­stwo w po­cząt­kach stu­le­cia. Szal­ka i waga, po­gar­dza­ne przez szlach­tę i gro­żą­ce jej utra­tą klej­no­tu szla­chec­kie­go, zo­sta­wa­ły w ręku warstw mało ener­gicz­nych, do czy­nu na więk­szą ska­lę nie­zdol­nych, nie ma­ją­cych ani ka­pi­ta­łu, ani umie­jęt­no­ści wy­two­rze­nia go.

Umi­ło­wa­nia za­wo­do­we dzie­dzi­czą się czę­sto, rza­dziej wy­stę­pu­je zja­wi­sko dzie­dzi­cze­nia ta­len­tu. W dzie­dzi­nie twór­czo­ści ar­ty­stycz­nej nie brak usi­ło­wań, aby ta­lent prze­ka­zać po­tom­nym, co wszak­że zda­rza się nie­czę­sto. Ge­niusz ma swe pra­wa, dzie­dzi­cze­niu nie pod­le­ga.

Zda­rza się dzie­dzic­two w sztu­ce i li­te­ra­tu­rze. Jest Fre­dro oj­ciec i Fre­dro syn46, Do­brzań­scy - oj­ciec z sy­nem47, i wy­jąt­ko­wa dy­na­stia Kos­sa­ków48. W hi­sto­rio­gra­fii od­zna­czy­li się Bar­to­sze­wi­cze - Ju­lian oj­ciec i syn Ka­zi­mierz49. W pu­bli­cy­sty­ce i w ogó­le w ak­tyw­no­ści kul­tu­ral­nej wy­bi­ły się trzy po­ko­le­nia Koź­mia­nów50. W po­li­ty­ce i dy­plo­ma­cji dali się po­znać dziad, oj­ciec i syn Czar­to­ry­scy51, da­lej Za­moy­scy52, wresz­cie Wie­lo­pol­ski mar­gra­bia i usi­łu­ją­cy iść jego śla­da­mi syn53.

Im­po­nu­ją­cą dłu­go­dy­stan­so­wość, się­ga­ją­cą w pra­wnu­ki, a więc naj­dłuż­szą wy­ka­że w no­wym stu­le­ciu te­atr. Otwie­ra ją oj­ciec sce­ny na­szej, Woj­ciech Bo­gu­sław­ski, któ­re­go dzie­ci, wnu­ki, pra­wnu­ki - od­da­wa­ły się z po­wo­dze­niem ak­tor­stwu i pi­sar­stwu dra­ma­tycz­ne­mu54. Za nimi cały po­czet świet­ny: Żół­kow­scy - oj­ciec i syn, obaj w swo­im za­kre­sie i po­pu­lar­no­ści zna­ko­mi­ci55, da­lej Ra­pac­cy56, Lesz­czyń­scy57, Asz­per­ge­ro­wie58, Trap­szo­wie59, Ka­miń­scy60. Wszy­scy, wy­ra­sta­jąc w świe­tle kin­kie­tów, nie umie­li się oprzeć ich cza­ro­wi.

Ter­ror ro­dzi­ców wo­bec dzie­ci

Zja­wi­skiem ha­mu­ją­cym po­ro­zu­mie­nie mię­dzy po­ko­le­nia­mi, prze­szko­dą w sen­sie spo­łecz­nym cięż­ką jak kło­da w po­przek dro­gi, był od­wiecz­ny roz­łam-kon­flikt mię­dzy oj­cem i sy­nem. Ce­cha nie wy­łącz­nie sta­rosz­la­chec­ka, sko­ro we wszyst­kich war­stwach spo­łecz­nych ist­nia­ła. Zda­niem każ­de­go ojca - hra­bie­go, mły­na­rza czy drob­ne­go szlach­ci­ca było strzec pil­nie prze­pa­ści, uni­kać po­ro­zu­mie­nia z sy­nem, gdy skoń­czył ja­kieś 7 lat. Syn sta­wał nie­mal na bacz­ność na wi­dok ro­dzi­cie­la. Roz­mo­wy su­che, pro­to­ko­lar­ne, jak w hisz­pań­skim ce­re­mo­nia­le.

Z ty­się­cy oj­ców zwró­ci­my uwa­gę na dwóch - z prze­ciw­nych krań­ców: oj­ciec Zyg­mun­ta Kra­siń­skie­go i oj­ciec Igna­ce­go Da­szyń­skie­go61. W pierw­szym wy­pad­ku wal­ka przy­bra­ła for­my ostre i dra­ma­tycz­ne: syn - ge­nial­ny po­eta, oj­ciec - ge­nial­nie upar­ty au­to­kra­ta, ter­ro­ry­zu­ją­cy mięk­ką, ule­głą du­szę neu­ra­ste­ni­ka. Ojca wo­dza pro­le­ta­ria­tu po­zna­je­my z oszczęd­nych kil­ku­na­stu słów syna, uczci­wy i pra­wy czło­wiek, z musu urzęd­nik au­striac­ki, nie od­zy­wa się do dzie­ci w ogó­le: "Ab­so­lut­ne mil­cze­nie w to­wa­rzy­stwie ojca było ko­niecz­nym oby­cza­jem... chło­pi i Ży­dzi za­cho­wa­li przez dłu­gie lata bar­dzo miłą pa­mięć o moim ojcu jako urzęd­ni­ku". A dzie­ci?... "Ża­ło­wa­łem, że sta­ry, nie­mą­dry spo­sób wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci nie po­zwo­lił mi nig­dy zbli­żyć się ser­decz­nie do ojca. Na­uczy­łem się do­pie­ro póź­niej ce­nić jego czy­sty i pięk­ny cha­rak­ter".

Nic się więc nie zmie­ni­ło od lat kil­ku­set, kie­dy szla­chec­ka młódź mu­sia­ła bez pro­te­stu zno­sić po­gęb­ki od swych ro­dzi­cie­li, uczyć się lub nie uczyć, że­nić się z tą - nie inną, we­dle ich ka­pry­su i nie­odwo­ła­ne­go roz­ka­zu. Ro­man­tyzm jak bu­rza czy hu­ra­gan zwa­lał prze­róż­ne prze­szko­dy; przed tą naj­sil­niej­szą za­trzy­mał się dłu­go, bez­sil­ny.

Zgo­ła inną, od­wrot­ną po­stać tego za­gad­nie­nia przed­sta­wia oso­bi­stość mar­gra­bie­go, jak na­zy­wa­no gło­śne­go w epo­ce lat 1861-1863 Alek­san­dra Wie­lo­pol­skie­go. Dziec­ko rasy zde­ge­ne­ro­wa­nej do cna. Oj­ciec62, kre­tyn nie­do­łęż­ny, pod­pi­sy­wał się z wiel­ką trud­no­ścią, po­zwo­lił so­bie wy­drzeć ol­brzy­mie do­bra or­dy­na­cji Gon­za­gów-Mysz­kow­skich, mat­ka - in­te­li­gent­na, nie­opa­no­wa­na neu­ra­ste­nicz­ka z rodu63, któ­ry wy­dał ko­me­dio­pi­sa­rza Fre­drę. "Bu­kiem po­pę­dzo­no ją przed oł­tarz z kre­ty­nem". I z ta­kie­go związ­ku wy­szła jed­na z naj­bar­dziej ro­ga­tych in­dy­wi­du­al­no­ści, ja­kie zna no­wo­cze­sna hi­sto­ria pol­ska. Upar­ty, za­czep­ny, nie dba­ją­cy o po­pu­lar­ność, wciąż upar­cie zdą­ża­ją­cy do celu prze­ciw­ne­go ocze­ki­wa­niom ogó­łu, mimo cio­sów i klęsk, nie­złom­ny mar­gra­bia. Nie za­znaw­szy moc­nej ręki we wła­snym dzie­ciń­stwie, tym żar­li­wiej ter­ro­ry­zo­wał zbio­ro­wość swe­go na­ro­du. A klę­ski ra­czej go pod­że­ga­ły, niż ha­mo­wa­ły w po­stę­po­wa­niu.

Wie­lo­pol­ski nie był wy­jąt­kiem re­gu­łę po­twier­dza­ją­cym. We wszyst­kich war­stwach spo­łe­czeń­stwa zda­rza­ły się jed­nost­ki wy­jąt­ko­wo twar­de, ta­kim wi­ta­li­zmem uzbro­jo­ne, że wy­ra­sta­ły bez tru­du po­nad wolę, po­nad gło­wy ro­dzi­cie­li. Oto dwóch sy­nów or­ga­ni­stów wiej­skich z koń­ca wie­ku. Je­den Ma­zur - Rey­mont, dru­gi Czer­wo­no­rus - Fa­łat, nie boją się kań­czu­gów, ob­fi­cie sto­so­wa­nych przez oj­ców, idą męż­nie swo­ją dro­gą ku wiel­ko­ści.

O dzie­ci nikt się nie trosz­czył, tyl­ko mło­dzie­ży po­świę­ca­no wie­le uwa­gi. Ubie­ra­no je cu­dacz­nie i nie­hi­gie­nicz­nie, ist­ne małp­ki na­śla­du­ją­ce star­szych. Pa­plać po fran­cu­sku od nie­mow­lę­cia, grać na for­te­pia­nie i ha­fto­wać, co kto żąda, od mu­chy aż do wiel­błą­da. Oto cały pro­gram wy­cho­wa­nia dzie­ci w sfe­rach po­sia­da­ją­cych, ma­te­rial­nie nie­za­leż­nych. Mało kto wie­dział, nikt pra­wie nie sto­so­wał się do uwag o fi­zycz­nym wy­cho­wa­niu dzie­ci, ogło­szo­nych już w r. 1807 w "Dzien­ni­ku Wi­leń­skim" przez Ję­drze­ja Śnia­dec­kie­go, któ­ry bła­gał da­rem­nie, by za­prze­stać wy­sy­ła­nia w ży­cie istot ułom­nych, sła­bo­wi­tych, ner­wo­wych i udzie­lał zdro­wych, no­wo­cze­snych rad. Nie­co wię­cej po­słu­chu zna­leź­li Kle­men­ty­na Hof­f­ma­no­wa, au­tor­ka "Roz­ry­wek dla dzie­ci"64 i baj­ko­pis Sta­ni­sław Ja­cho­wicz65, któ­rzy nie po­zwo­li­li krzyw­dzić da­lej wraż­li­wo­ści dzie­cię­cej.

Cie­niem wręcz po­nu­rym kła­dzie się na te i na na­stęp­ne epo­ki stu­le­cia brak tro­ski o anal­fa­be­tyzm mi­lio­no­wych rzesz miesz­kań­ców miast, wsi, mia­ste­czek. Szlach­ta od­no­si­ła się do idei ucze­nia dzie­ci chłop­skich obo­jęt­nie lub wręcz wro­go, w oba­wie, że zna­ją­cy li­te­ry pańsz­czyź­niak bę­dzie pra­co­wał go­rzej, bo mu się w gło­wie prze­wró­ci. Sło­mia­ny za­pał pa­nie­nek ze dwo­ra, wy­sił­ki mło­dych za­pa­leń­ców, "Kmio­tek" An­czy­ca66, "Dzwo­nek" Bie­law­skie­go i Star­kla67 zwię­dły wkrót­ce z bra­ku po­par­cia. Na­le­ża­ło cze­kać do koń­ca stu­le­cia, by pa­dło ha­sło Ma­rii Ko­nop­nic­kiej: "Pójdź, dzie­cię, ja cię uczyć każę!".

Brud i za­duch obo­wią­zu­ją

Pa­mię­ta­my, ile to bie­ga­ni­ny było w So­pli­co­wie, gdy Zo­sia mia­ła pierw­szy raz wyjść do go­ści. Całą ko­new­kę wody wy­la­no do srebr­ne­go na­czy­nia, słu­żeb­ne my­dli­ły cia­ło dziew­czy­ny, prze­po­co­ne, daw­no nie myte won­nym roz­two­rem, aby za­miast wszyst­kich in­nych, na­bra­ło za­pa­chu mi­łe­go. Mi­nia­tu­ro­wa mied­nicz­ka cio­ci Te­li­me­ny po raz pierw­szy oka­za­ła się za mała. Gdy w Fan­ta­zym Sło­wac­kie­go Basz­kir po­rwał nie­szczę­sną Rzecz­nic­ką, mąż jej roz­ka­zu­je po­ko­jów­ce zo­ba­czyć, czy wan­na wresz­cie na­go­to­wa­na, i za­da­je so­bie kło­pot, jaki na­wet w pań­skim domu spra­wiał za­miar uży­cia grza­nej ką­pie­li, prze­wi­dzia­nej chy­ba w okre­sie kar­na­wa­łu lub wy­pad­ku cho­ro­by. Na samą wzmian­kę o ką­pie­lach rzecz­nych szlach­cic prze­że­gnał­by się z taką samą gro­zą, jak jego ciem­ny pańsz­czyź­niak.

Za­bo­bon­nie wprost uni­ka­no świe­że­go po­wie­trza, otwie­ra­nia okien w kom­na­tach pań­skich czy le­pian­kach chłop­skich. W izbach cho­rych, w szpi­ta­lach pa­no­wał wstręt­ny za­duch, za­bi­ja­ny dy­mem ja­łow­co­wym i ka­dzi­dła­mi, któ­re bra­ły pierw­sze miej­sce w ap­tecz­kach do­mo­wych; to je­den z po­wo­dów, że na­sze zdro­je tak póź­no za­czę­ły się roz­wi­jać. Hi­gie­ny, bal­ne­olo­gii nie zna­no zu­peł­nie.

Po sa­skiej ciem­no­cie, po mo­dzie Oświe­ce­nia, uświę­ca­ją­cej na­ka­zem me­dy­cy­ny uni­ka­nie wody - wziął wiek XIX w spad­ku nie­chluj­stwo fi­zycz­ne, za­mi­ło­wa­nie w bru­dzie. Chy­ba Ży­dzi lub nie­licz­ni ma­ho­me­ta­nie po­zo­sta­li wier­ni łaź­ni, któ­ra w śre­dnio­wie­czu była naj­bar­dziej uczęsz­cza­nym miej­scem ze­brań. Na­wet w okre­sach, kie­dy ko­bie­ta szcze­gól­nie ką­pie­li po­trze­bu­je, uni­ka­ły jej damy za­rów­no "kuch­cia­ne", jak "wal­ter­skot­ki", że uży­je­my okre­śleń Sło­wac­kie­go. Nie wol­no, nie wy­pa­da uży­wać wody i my­dła, za­bra­nia­ła tego i tra­dy­cja lu­do­wa, i szla­chec­ka. Per­fu­my usu­wa­ły odór potu i brud, płyn gu­mo­wy do wło­sów za­bi­jał in­sek­ty rów­nie do­brze, jak daw­niej spe­cjal­ne mło­tecz­ki. Damy z naj­wyż­szej ary­sto­kra­cji pol­skiej sły­nę­ły do koń­ca stu­le­cia z oso­bi­ste­go nie­chluj­stwa.

Naj­po­pu­lar­niej­szy, a więc bez­i­mien­ny

Naj­bar­dziej zna­nym po­etą w XIX stu­le­ciu był ten, któ­re­go wier­sze po­wta­rza­ło z pa­mię­ci całe spo­łe­czeń­stwo rano i wie­czo­rem, któ­re­go pie­śni mi­ło­sne śpie­wa­no po­wszech­nie z rów­nym za­pa­łem i przy­jem­no­ścią. Nie był jed­nak naj­czę­ściej zna­ny z imie­nia i na­zwi­ska. Naj­gor­liw­sze śpie­wacz­ki nie wie­dzia­ły w ogó­le, że ist­niał. Al­bo­wiem za­pła­cić mu­siał i on za roz­głos tę naj­wyż­szą li­chwiar­ską cenę, któ­ra zo­wie się - bez­i­mien­no­ścią. Po­dob­nie jak pieśń lu­do­wa ogar­nia cały lud, któ­ry ją śpie­wa i prze­cho­wu­je, nie trosz­cząc się o au­to­ra, tak jego utwo­ry roz­po­wszech­nio­ne były ano­ni­mo­wo w ca­łej zbio­ro­wo­ści pol­skiej, tra­fia­ły bo­wiem ła­two w gust po­wszech­ny.

Już mie­siąc ze­szedł, psy się uśpi­ły

I coś tam klasz­cze za bo­rem.

Pew­nie mnie cze­ka mój Fi­lon miły

Pod umó­wio­nym ja­wo­rem.

Za­śpie­wy­wa­ły się dziew­czę­ta wiej­skie, ko­bie­ty i pa­nien­ki, mło­dzi i sta­rzy w dwor­kach szla­chec­kich czy pod sło­mia­ną strze­chą. I nie wie­dzie­li naj­czę­ściej, że to sie­lan­ka z koń­ca XVIII wie­ku. Mo­dlo­no się w cy­wi­lu i w woj­sku sło­wa­mi: Kie­dy ran­ne wsta­ją zo­rze, dzień koń­czo­no nutą: Wszyst­kie na­sze dzien­ne spra­wy. A raz do roku, w dniu naj­uro­czyst­szym, też same usta nie­wol­ne i wol­ne, w kaź­ni i na polu bi­twy bła­ga­ły Dzie­ci­nę, by pod­nio­sła rącz­kę do bło­go­sła­wień­stwa wio­skom i mia­stom.

Wszyst­kie te pie­śni uło­żył ubo­gi czło­wiek na Po­ku­ciu - Fran­ci­szek Kar­piń­ski, uro­dzo­ny w roku 1741, a zmar­ły w 1825.

"Wszy­scy lu­dzie wol­ni są brać­mi"

Trze­cie ha­sło re­wo­lu­cji fran­cu­skiej: rów­ność, naj­mniej mia­ło u nas po­pu­lar­no­ści. Więk­szość prze­waż­na spo­łe­czeń­stwa szla­chec­kie­go ani sły­szeć nie chcia­ła o zrów­na­niu się z chło­pem i miesz­cza­nem. Zwo­len­ni­ków Sta­szi­ca, Koł­łą­ta­ja na pal­cach li­czo­no. Nie chcąc zry­wać z więk­szo­ścią, Ko­ściusz­ko po­mi­nął żą­da­nie rów­no­ści w swym pro­gra­mie. Ogło­szo­no je po raz pierw­szy na zie­mi ob­cej w le­giach ge­ne­ra­ła Jana Hen­ry­ka Dą­brow­skie­go. Kon­wen­cja za­war­ta po­mię­dzy nim a za­rzą­dem ge­ne­ral­nym Lom­bar­dii w stycz­niu 1797 roku gwa­ran­to­wa­ła od­ręb­ność na­ro­do­wą Po­la­ków, za­pew­nia­ła ubiór i zna­ki zbli­żo­ne jak naj­wię­cej do zwy­cza­jów pol­skich, no­szo­no szli­fy z na­pi­sem wło­skim i pol­skim: "Wszy­scy lu­dzie wol­ni są brać­mi", któ­re też wid­nie­ją wy­ha­fto­wa­ne na za­cho­wa­nych do dziś sztan­da­rach. Z tym ha­słem wy­ry­tym w ser­cach po­wró­ci­ła więk­szość le­gio­ni­stów do oj­czy­zny, ale nie było udzia­łem ich po­ko­le­nia wpro­wa­dzić je w czyn. Nie mo­gli się na­wet chwa­lić nim. Ogół spo­łe­czeń­stwa go­dził się ra­czej z po­sta­wą, któ­rej wy­raz da póź­niej Ger­wa­zy w Panu Ta­de­uszu. Naj­le­piej zrów­nać lud ze szlach­tą w ten spo­sób, by chło­pów. uszlach­cić! Nie mo­gli też wpro­wa­dzić w czyn za­le­ceń, któ­re kładł im w ser­ca uko­cha­ny wódz: "Gdy do oj­czy­zny wró­ci­my, sta­nie­my się dla niej bar­dziej uży­tecz­ni niż daw­ni bra­cia nasi piel­grzy­mu­ją­cy po świe­cie. A za­ra­zem po­da­my w ohy­dę i wy­tę­pi­my znie­wie­ścia­ło­ści, mar­no­traw­stwo i roz­pu­stę, jaką ci ja­śnie­pań­scy wo­ja­że­ro­wie z ucie­mię­że­niem ziom­ków swo­ich ubo­gich do Pol­ski spro­wa­dza­li!".

Dnia 3 maja 1798 roku, na­pie­ra­jąc troj­giem bram, za­ję­li le­gio­ni­ści Dą­brow­skie­go Ka­pi­tol w Rzy­mie. Wódz sta­nął u stóp po­są­gu Mar­ka Au­re­liu­sza i prze­mó­wił: "Sta­nę­li­ście na szczy­cie, na któ­rym błysz­czy sła­wa tylu wie­ków. Po­mnij­cie, w ja­kim dniu to sto­icie. Niech mi­łość kra­ju z go­dłem sła­wy utkwi na za­wsze w ser­cach wa­szych!". Nie­ste­ty, da­le­ka Pol­ska nie ry­chło do­wie­dzia­ła się o tym chro­brym wy­czy­nie. Nie było żad­nej łącz­no­ści wśród ziem roz­szar­pa­nych. I ga­zet nie było z no­wy­mi wia­do­mo­ścia­mi. Mło­dziut­kiej opi­nii pu­blicz­nej umie­li za­bor­cy za­wcza­su na­ło­żyć ka­gań­ce mil­cze­nia.

Gre­cjo-Pol­ska ge­ne­ra­ła Dą­brow­skie­go

Jesz­cze się Gre­kom nie śni­ło o po­wsta­niu, któ­re mia­ło wy­buch­nąć w 1821 r., jesz­cze Alek­san­der Yp­si­lan­tis68, przy­szły jego wódz, do­słu­gi­wał się szlif ge­ne­ral­skich w ar­mii ro­syj­skiej, jesz­cze nie my­ślał o Gre­cji lord By­ron, ten sław­ny ro­man­tyk an­giel­ski, co miał zor­ga­ni­zo­wać całą wy­pra­wę wy­zwo­leń­czą, wy­dać na nią kro­cie fun­tów, na­spra­wiać wie­le ko­lo­ro­wych mun­du­rów i wresz­cie tuż po wy­lą­do­wa­niu ży­cie w Mis­so­lun­ghi za­koń­czyć.

Nie z ro­man­tycz­nych po­ry­wów my­ślał o Gre­cji czło­wiek bar­dzo trzeź­wy i kon­kret­ny jako żoł­nierz i or­ga­ni­za­tor, sło­wem ge­ne­rał Dą­brow­ski, twór­ca Le­gio­nów wło­skich. W chwi­li gdy zo­rien­to­wał się, że uko­cha­ne jego dzie­ło kru­szy się i roz­pa­da bez ra­tun­ku, że mar­nie­je i de­mo­ra­li­zu­je się żoł­nierz Le­gio­nów, bły­snę­ła mu myśl: Gre­cja! Po­słu­chaj­my, co o tym pi­sze ofi­cer szta­bo­wy ge­ne­ra­ła, Fran­ci­szek Mo­raw­ski: "Mia­łem za­szczyt peł­nie­nia po dwa­kroć służ­by sze­fa szta­bu głów­ne­go przy Dą­brow­skim, tak na noc­nym ko­czo­wi­sku pod Be­re­zy­ną, jak i póź­niej w mar­szu na bi­twę pod Ha­nau. Mó­wił mi Dą­brow­ski, że gdy już le­gie pol­skie roz­bie­ra­no, na obce prze­mie­nia­jąc je woj­ska, za mo­rze wresz­cie po­sy­ła­no na wiecz­ną stra­tę, on po­wią­zał myśl za­bra­nia co by mógł z tych­że le­gii na okrę­tach, z któ­ry­mi się już był po­ro­zu­miał, uda­nia się do Gre­cji. Tam, łą­cząc dwa nie­szczę­śli­we, oj­czy­zny po­zba­wio­ne ludy, chciał za­ło­żyć nowy na­ród pod na­zwą: Gre­cjo-Pol­ska. Za­wią­zał już był na­wet w tej mie­rze ko­re­spon­den­cję i umo­wę z cel­niej­szy­mi Gre­ka­mi i już był pro­jekt zu­peł­nie do wy­ko­na­nia doj­rza­ły, kie­dy rząd fran­cu­ski, ostrze­żo­ny o ja­kimś skry­tym za­mia­rze Dą­brow­skie­go, przy­śpie­szył na­głym roz­ka­zem wy­pra­wę Po­la­ków na San Do­min­go, tak iż o speł­nie­niu pro­jek­tu ani my­śleć było po­dob­na".

Spra­wa jest do­tąd nie zba­da­na. Nie wie­my, jak da­le­ko i z ja­ki­mi przy­wód­ca­mi Gre­ków per­trak­to­wał. Nie wcho­dząc w oce­nę sa­me­go pro­jek­tu, stwier­dzić na­le­ży, że ujaw­nił się tu re­alizm my­śle­nia Dą­brow­skie­go i tro­ska o żoł­nie­rzy. Była to uto­pia. Za­pew­ne. Ale czy nie sto­kroć le­piej sta­ło­by się, gdy­by nie­do­bit­ki wa­lecz­nych i sła­wą okry­tych wo­jow­ni­ków zna­la­zły tro­chę wcza­su na wy­spach Do­de­ka­ne­zu ani­że­li za­ra­zę żół­tej fe­bry wśród Mu­rzy­nów?

Je­den z nie­licz­nych, oca­la­łych do cza­su, San-Do­miń­czyk pi­sał w r. 1803: "Po­wie­trze jest tu bar­dzo nie­zdro­we, oso­bli­wie od cza­su zbun­to­wa­nia się czar­nych, to jest od lat 12. Wszyst­kie woj­ska tu przy­sła­ne wy­mar­ły, od dwu lat do 40 000, z woj­ska tu z Eu­ro­py przy­sy­ła­ne­go. My od sied­miu mie­się­cy tu przy­by­li, stra­ci­li­śmy do dwóch ty­się­cy lu­dzi i wszyst­kich pra­wie ofi­ce­rów. Nie spo­dzie­wam się, abym mógł kie­dyż­kol­wiek wró­cić".

Zna­la­zły się w tym pie­kle kli­ma­tu i sto­sun­ków dwie pół­bry­ga­dy żoł­nie­rzy na­szych, ze­sła­ne pod wo­dzą Gra­biń­skie­go69 i Ak­sa­mi­tow­skie­go70. Po­sta­wę za­ję­ły god­ną: po­zo­ru­jąc na­rzu­co­ną im wal­kę z wy­swo­ba­dza­ją­cym się lu­dem czar­nym, zjed­na­li so­bie przy­chyl­ność tu­byl­ców do tego stop­nia, że gdy w r. 1804 wy­bu­chła rzeź bia­łych na San Do­min­go - Po­la­cy zo­sta­li od niej wy­łą­cze­ni i oca­le­li. Osie­dliw­szy się na wy­spie, we­szli w sto­sun­ki z lud­no­ścią. I sta­li się jej oj­ca­mi no­we­go po­ko­le­nia miesz­kań­ców czar­no-bia­łych "kwar­te­ro­nów"71, od­zna­cza­ją­cych się nie­bie­ski­mi ocza­mi i wy­bit­ną uro­dą.

Jesz­cze Pol­ska nie umar­ła!...

Pio­run trze­cie­go roz­bio­ru, ude­rza­ją­cy w chwi­li, gdy po in­su­rek­cji Ko­ściusz­ki otwie­ra­ły się świet­ne wi­do­ki roz­wo­ju przed na­ro­dem i pań­stwem - wy­wo­łał pa­ni­kę du­cha, de­pre­sję po­wszech­ną, któ­ra u wraż­liw­szych koń­czy­ła się ostrą me­lan­cho­lią lub obłę­dem. Uwa­ża­no, że wszyst­ko stra­co­ne, wo­ła­no:

Gdzież się te­raz po­dzie­jem, sie­ro­ty zbłą­ka­ne,

Jak psz­czo­ły bez ma­cie­rzy z ula roz­sy­pa­ne?

No­wych pa­nów po­mio­tło, knech­ty, po­słu­ga­cze,

Wzgar­dze­ni w kra­ju wła­snym, a w ob­cych tu­ła­cze!

Iden­ty­fi­ko­wa­no błęd­nie ka­ta­stro­fę pań­stwa z za­gła­dą na­ro­du, któ­ry rze­ko­mo zgi­nąć mu­siał z upad­kiem bytu po­li­tycz­ne­go. "Ta, co od mo­rza aż do mo­rza wła­da­ła, ka­wał­ka zie­mi nie ma na mo­gi­łę" - pła­cze sen­ty­men­tal­ny śpie­wak pie­śni 0 Fi­lo­nie. "En­fin tout est fini...72 nie masz już Pol­ski - pi­sze dziel­na współ­pra­cow­ni­ca ko­sy­nie­rów Ko­ściusz­ki - nic nam nie zo­sta­ło, chy­ba tyl­ko bez­u­ży­tecz­ne żale, wspo­mnie­nia du­szę roz­dzie­ra­ją­ce i roz­pacz...".

Nie­praw­da! - pro­te­stu­je w skocz­nym ryt­mie pieśń Le­gio­nów, uro­dzo­na w le­cie 1797 w Me­dio­la­nie, któ­ra lo­tem strza­ły przy­ję­ła się w cią­gu kil­ku lat na ca­łym ob­sza­rze mowy pol­skiej. Cze­mu przy­pi­sać tę szyb­kość bły­ska­wicz­ną? Czy sa­mym sło­wom? Nie tyl­ko. Jak za­wsze, me­lo­dia wa­ży­ła wię­cej. Był nią zna­ny po­wszech­nie ma­zu­rek, bez­i­mien­ny jak wszel­ka twór­czość lu­do­wa. Pod­ło­żo­ne pod po­pu­lar­ną nutę sło­wa wsiąk­nę­ły od razu w chci­wą a wy­su­szo­ną gle­bę. Mia­rą war­to­ści na­sze­go hym­nu może być jego po­pu­lar­ność w ca­łej Sło­wiańsz­czyź­nie. Już w r. 1834 Sa­mu­el To­ma­sik73, po­eta i dzia­łacz sło­wac­ki, na­pi­sał pod jej wpły­wem utwór: Hej Slo­va­ne po­wszech­nie zna­ny i do dziś śpie­wa­ny na pol­ską me­lo­dię w Cze­cho­sło­wa­cji. Ist­nie­ją też utwo­ry chor­wac­kie i łu­życ­kie na nutę Ma­zur­ka Dą­brow­skie­go na­pi­sa­ne.

Dziar­ska pio­sen­ka w ryt­mie mar­szo­wym prze­szła dłu­gą ewo­lu­cję w kró­ciut­kim cza­sie: śpiew fron­to­wy, prze­do­staw­szy się przez kor­do­ny, stał się pie­śnią jed­no­czą­cą roz­szar­pa­ne dziel­ni­ce, jak on­giś w śre­dnio­wie­czu kult św. Sta­ni­sła­wa zjed­no­czył i sca­lił po­dzie­lo­ne fał­szy­wym te­sta­men­tem dziel­ni­ce pia­stow­skiej mo­nar­chii. Mało na tym! Ma­zu­rek Dą­brow­skie­go nadał kie­ru­nek my­śle­nia oża­ło­bio­nej gro­ma­dzie roz­bit­ków, któ­rzy chwy­ciw­szy się sym­pli­stycz­nych słów jak to­ną­cy de­ski ra­tun­ko­wej ogło­si­li je pod­świa­do­mie jako pro­gram dzia­ła­nia.

Wy­ścig współ­za­wod­nic­twa ogar­niać bę­dzie i wprost za­ra­żać wszyst­kie na­stęp­ne po­ko­le­nia. Będą one ko­lej­no udo­wad­niać świa­tu, że żyją i pra­cu­ją, a więc, że tym sa­mym Ona nie umar­ła! Pro­sta pio­sen­ka rzu­ci­ła naj­lep­szy jed­no­czą­cy całą zbio­ro­wość pro­gram pra­cy nad od­bu­do­wą.

Z ude­rze­niem no­we­go stu­le­cia wy­strze­la­ją na smęt­nych zda­wa­ło­by się ugo­rach i ru­inach moc­ne pędy no­we­go ży­cia. Oto kil­ka za­sad­ni­czych osią­gnięć:

Rok 1800: po­wsta­je w War­sza­wie To­wa­rzy­stwo Przy­ja­ciół Nauk. Ode­rwa­ni na­gle od warsz­ta­tów pra­cy kul­tu­ral­nej mło­dzi dzia­ła­cze okre­su sta­ni­sła­wow­skie­go, bra­cia Śnia­dec­cy, fi­lo­zof Jan i che­mik Ję­drzej, my­śli­ciel Sta­szic, po­eta i pu­bli­cy­sta Niem­ce­wicz po­dej­mu­ją - na prze­kór grzą­skiej, nie­wia­do­mej przy­szło­ści - prze­my­śla­ną, sys­te­ma­tycz­ną ro­bo­tę: bie­gną za­bez­pie­czyć, roz­bu­do­wy­wać szkol­nic­two śred­nie i po­wszech­ne, stwo­rzo­ne przez Ko­mi­sję Edu­ka­cyj­ną w koń­cu ubie­głe­go stu­le­cia, sca­la­ją wy­sił­ki jed­no­stek, in­au­gu­ru­ją wy­daw­nic­twa, dzia­ła­ją ży­wym sło­wem. Se­sje pu­blicz­ne, mowy na te­ma­ty uczo­ne, od­czy­ty, re­cy­ta­cje wy­wo­łu­ją obok ży­we­go od­dźwię­ku tak­że i chęć na­śla­do­wa­nia w ca­łym kra­ju.

W roku 1816 po­wsta­je fun­da­cja Hru­bie­szow­ska. Pada pierw­szy, na dłu­gie lata je­dy­ny pro­mień świa­tła w dzie­dzi­nę od wie­ków po­nu­rą i ciem­ną, nie roz­ja­śnio­ną do­sta­tecz­nie ani przez Usta­wę ma­jo­wą, ani przez Ma­ni­fest po­ła­niec­ki Ko­ściusz­ki. Szla­chet­ny re­for­ma­tor Sta­ni­sław Sta­szic, dą­żąc do ide­ału spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, osa­dza dla przy­kła­du na dział­kach w Hru­bie­szo­wie na Wo­ły­niu (od kil­ku do kil­ku­dzie­się­ciu hek­ta­rów każ­da) kil­ku­set chło­pów, kil­ku miesz­czan, kil­ku­dzie­się­ciu szlach­ci­ców pod prze­wo­dem dzie­dzicz­ne­go pre­ze­sa. "Je­dy­na to pró­ba - stwier­dzi póź­niej hi­sto­ryk mark­si­sta - stwo­rze­nia no­wej osa­dy go­spo­dar­czej w ustro­ju so­li­dar­no­ści i sta­no­we­go zbra­ta­nia" (H. Gryn­wa­ser).

Rok 1802: gdy prze­ko­pa­no ośmio­ki­lo­me­tro­wy "prze­kop be­re­zyń­ski", łą­czą­cy Dniepr z Dźwi­ną za­chod­nią, a więc Mo­rze Czar­ne z Bał­ty­kiem, po­wsta­je w War­sza­wie kom­pa­nia han­dlo­wa Czac­ki, Drze­wiec­ki i Ska, z por­tem w Ode­ssie74, naj­młod­szym w Eu­ro­pie. 9 VII 1803 wy­pły­wa z Ode­ssy pierw­szy po tylu wie­kach okręt han­dlo­wy "Ta­de­usz Czac­ki" z ła­dun­kiem zbo­ża ukra­iń­skie­go.

Rok 1803: re­or­ga­ni­za­cja uni­wer­sy­te­tu w Wil­nie z sie­cią szkol­nic­twa po­wszech­ne­go i śred­nie­go pod za­rzą­dem uni­wer­sy­te­tu, dzie­ło wy­tę­żo­nej pra­cy or­ga­ni­za­cyj­nej Ada­ma Czar­to­ry­skie­go, wy­zy­sku­ją­ce­go swą przy­jaźń z Alek­san­drem I. Zna­cze­nie tej ak­cji, trwa­ją­cej do roku 1830, uzna­no już współ­cze­śnie w sło­wach: "gdy­by świa­tło nie za­pa­li­ło się w Wil­nie, zga­sło­by w Pol­sce ca­łej".

Rok 1805: Ta­de­usz Czac­ki za­kła­da na Wo­ły­niu w Krze­mień­cu li­ceum. No­wo­cze­sny i po­stę­po­wy pro­gram, sta­ran­nie prze­my­śla­ne me­to­dy wy­cho­wa­nia wy­su­wa­ły tę uczel­nię na czo­ło ów­cze­sne­go szkol­nic­twa pol­skie­go. Dwie ostat­nie kla­sy do­rów­nu­ją uni­wer­sy­te­to­wi. Czac­ki kła­dzie na­cisk na rów­no­mier­ność wy­cho­wa­nia umy­sło­we­go i fi­zycz­ne­go, a du­cho­wień­stwo pol­skie na Wo­ły­niu okła­da się na po­trze­by li­ceum sta­łą rocz­ną dzie­się­ci­ną.

Ma­razm spo­łe­czeń­stwa, apa­tia, trud­no­ści wo­jen­ne i po­li­tycz­ne nie dają się na ra­zie opa­no­wać w in­nych dziel­ni­cach. U tych trzech ognisk ro­śnie, grze­je się i pod­cią­ga mło­dzież ze wszyst­kich stron kra­ju. Po­znań, Kra­ków, Lwów - sta­ną póź­niej do współ­za­wod­ni­czą­cej ro­bo­ty.

Mimo roz­dzie­le­nia kor­do­na­mi, mimo przy­mu­so­we­go włą­cze­nia w trzy od­ręb­ne or­ga­ni­zmy pań­stwo­we dzia­ła­ją czyn­ni­ki ze­spa­la­ją­ce roz­dar­te dziel­ni­ce: tra­dy­cja dzie­jo­wa, pa­mięć utra­co­ne­go, za­wzię­ta chęć two­rze­nia no­wych war­to­ści du­cha, przy­sto­so­wa­nych do no­wych wa­run­ków i po­trzeb.

Pieśń i słow­nik - Wy­bic­ki i Lin­de

"Moż­na po­wie­dzieć - za­uwa­żył raz Mic­kie­wicz - że cała hi­sto­ria na­sza aż do re­wo­lu­cji 30 roku za­wie­ra się w kil­ku zwrot­kach pie­śni Le­gio­nów". Lecz i on nie przy­pusz­czał, że te zwrot­ki w cią­gu stu lat uro­sną do wy­żyn hym­nu na­ro­do­we­go. "Sło­wa te tak są ko­niecz­ne - do­da­je my­śli­ciel z koń­ca XIX wie­ku Sta­ni­sław Wit­kie­wicz - tak z nami zro­śnię­te, iż zda­je się, że każ­dy je sam wi­dział, że już sam za­nim żyć po­czął, wy­po­wie­dział, że nie było i nie ma wia­do­me­go czło­wie­ka, któ­ry je wy­mó­wił pierw­szy...".

Tym pierw­szym wia­do­mym czło­wie­kiem był Po­mo­rza­nin, Jó­zef Wy­bic­ki75, z ro­dzi­ny osia­dłej od daw­na na przy­mor­skich kre­sach Rze­czy­po­spo­li­tej. Za­słu­żył się jako tęgi pra­cow­nik za cza­sów sta­ni­sła­wow­skich, był współ­pra­cow­ni­kiem gen. Dą­brow­skie­go, wy­cho­waw­cą jego le­gio­ni­stów. Dla od­ro­dze­nia na­ro­do­we­go zno­ił się su­mien­nie przez do­brych lat pięć­dzie­siąt.

Przy­by­szem na­to­miast, ale od po­ko­leń za­sie­dzia­łym w To­ru­niu, był Sa­mu­el Bo­gu­mił Lin­de76. Oj­czy­zną jego przod­ków była Dala w Szwe­cji, roz­sła­wio­na po świe­cie opo­wia­da­nia­mi Sel­my La­ger­lof. W przeded­niu Kon­gre­su Wie­deń­skie­go, któ­ry przy­wró­cił na ma­pie na­zwę Kró­le­stwo Pol­skie, wy­szedł z dru­ku Słow­nik ję­zy­ka pol­skie­go. Jest to bi­blia i arka mowy pol­skiej. Lin­de uczy­nił sam je­den to, nad czym gdzie in­dziej pra­co­wa­ły za­stę­py uczo­nych, ko­le­gia i aka­de­mie. Spi­sał al­fa­be­tycz­nie wszyst­kie wy­ra­że­nia pol­skie z trzech wie­ków ich ist­nie­nia, ob­ja­śnił ich roz­wój od Ja­giel­lo­nów po roz­bio­ry, do­łą­czył sy­no­ni­my, zwro­ty, cy­ta­ty z wy­bit­nych au­to­rów. Po­ko­le­niu nie­wol­ne­mu przy­po­mi­nał bo­gac­two mowy bie­żą­cej, za­zna­ja­miał go z ję­zy­kiem prze­szło­ści, któ­re­go prze­cięt­ny oby­wa­tel nie znał i znać nie mógł. Słu­żył pi­sa­rzom, mów­com, ka­zno­dzie­jom, wpły­wał na roz­wój cy­wi­li­za­cji pol­skiej jako księ­ga pod­ręcz­na, do­rad­cza. Słow­nik wy­da­ny po raz pierw­szy w r. 1814, po raz dru­gi roz­sze­rzo­ny do sze­ściu wiel­kich to­mów in qu­ar­to w r. 1860. Cie­szył się wiel­ką po­czyt­no­ścią: do po­dusz­ki ka­zał go so­bie od­czy­ty­wać Jó­zef Po­nia­tow­ski w Ja­błon­nie, ra­dził się go Mic­kie­wicz, two­rzą­cy Dzia­dów część III, wer­to­wał ko­me­dio­pi­sarz Fre­dro i Hen­ryk Sien­kie­wicz, wo­ził się z tłu­mo­kiem sze­ściu to­mów Ste­fan Że­rom­ski. Wszy­scy roz­czy­ty­wa­li się w tym al­fa­be­tycz­nym in­wen­ta­rzu słów, tak zmyśl­nie uło­żo­nym, że daje się czy­tać wprost jak ro­mans.

Pieśń Wy­bic­kie­go po­cie­sza­ła na­ród w nie­wo­li, Słow­nik Lin­de­go uczył czy­sto­ści ję­zy­ka, nisz­czo­ne­go, ko­śla­wio­ne­go przez za­bor­ców i ule­głą im biu­ro­kra­cję. Je­śli nie z imie­nia, to z owo­ców pra­cy zna­ni byli ca­łej zbo­ro­wo­ści na­szej ci dwaj kre­sow­cy po­mor­scy, za­li­cza­ni słusz­nie do naj­za­słu­żeń­szych wy­cho­waw­ców na­ro­du.

Aby do­brze, po­praw­nie wła­dać ję­zy­kiem, nie wy­star­czy go tyl­ko uży­wać, ko­niecz­nie na­le­ży po­znać jego ustrój i re­gu­ły nim rzą­dzą­ce. Nie­cier­pli­wi, po­śpiesz­ni Po­la­cy byli temu od wie­ków nie­chęt­ni. Z za­ko­rze­nio­nym prze­są­dem, że wy­star­czy kie­ro­wać się wła­snym uzna­niem i słu­chem, pod­jął wal­kę Wiel­ko­po­la­nin, któ­ry pierw­szy opra­co­wał gra­ma­ty­kę pol­ską, Onu­fry Kop­czyń­ski77. Jak Krzysz­tof Kluk78 ro­śli­ny, tak on po­na­zy­wał czę­ści mowy i czę­ści zda­nia. Z jego po­my­słu we­szły w po­wszech­ne uży­cie za­swo­jo­ne od­tąd ter­mi­ny: za­im­ki, imie­sło­wy, przy­słów­ki, spój­ni­ki itd. Po­nad­to wpro­wa­dził do pi­sow­ni pol­skiej nową, nie uży­wa­ną do­tych­czas li­te­rę J, co wy­wo­ła­ło zra­zu pro­te­sty i za­strze­że­nia. "Moż­naż - wo­łał słusz­nie w r. 1804 pan Onu­fry - znać ję­zyk, nie zna­jąc na­uki jego?... Ję­zyk jest oj­cem, go­spo­da­rzem i sę­dzią nauk wszyst­kich!" Kop­czyń­ski był trze­cim za­słu­żo­nym na­uczy­cie­lem na­ro­du, po­cho­dzą­cym z jego naj­star­szych za­chod­nich ziem.

Oj­czy­zna ukry­ta w sta­rej księ­dze

- Gdzie jest te­raz oj­czy­zna two­ja? - pyta wi­zy­ta­tor ucznia li­ceum Czac­kie­go w Krze­mień­cu.

- W pa­miąt­kach lu­bej prze­szło­ści, w ko­ściach przod­ków, w sta­rej księ­dze za­cho­wa­na jest dziś oj­czy­zna moja - re­cy­tu­je smyk z za­pa­łem.

Istot­nie kry­ła się w sta­rej księ­dze. Taki fo­liant z cza­sów zło­tych, zyg­mun­tow­skich, wy­da­je się po­gro­bow­com sym­bo­lem utra­co­ne­go pań­stwa, a więc ta­li­zma­nem god­nym ofiar wy­so­kich i wy­rze­czeń. Nig­dy przed­tem i nig­dy po­tem nie pła­co­no tak wy­so­kich cen za sta­ro­dru­ki. Jak gdy­by po­wró­ci­ły cza­sy pierw­szych kosz­tow­nie ilu­mi­no­wa­nych ksiąg śre­dnio­wie­cza. Aby zaj­rzeć, aby do­tknąć Psał­te­rza Wró­bla z r. 156779, po­dej­mu­je mło­dziut­ki Jo­achim Le­le­wel umyśl­ną po­dróż z Wil­na do Krze­mień­ca - 80 mil z czu­bem! Póź­niej tłu­cze się 60 mil po bez­dro­żach mię­dzy War­sza­wą a Wil­nem, aż wresz­cie w sta­rym klasz­to­rze w Prza­sny­szu pie­ści się z utę­sk­nio­nym sta­ro­dru­kiem jak z ko­chan­ką.

Ta­kie mi­stycz­ne uj­mo­wa­nie zna­cze­nia książ­ki krze­pi ich, lu­dzi trzeź­we­go ra­cjo­na­li­zmu, i pod­no­si na du­chu. Ogrom­ne oży­wie­nie na ryn­ku an­ty­kwar­skim wpro­wa­dzi­ła ka­sa­ta klasz­to­rów, gdy nie­po­li­czo­ne kro­cie skar­bów bi­blio­tecz­nych rzu­co­no w bez­ład­nych ster­tach na dzie­dziń­cach i po­dwó­rzach. Je­śli zaś cały skar­biec daw­nej pro­duk­cji książ­ko­wej nie znisz­czał, to dzię­ki temu, że w Ga­li­cji i w Po­znań­skiem zdo­łał on przejść spod wła­dzy szczu­rów i my­szy w klasz­to­rach do bi­blio­tek pu­blicz­nych w Kra­ko­wie, Po­zna­niu, Lwo­wie. Sta­ra księ­ga umie bu­dzić uśpio­ną świa­do­mość na­ro­do­wą. Eko­nom­czuk Ka­miń­ski80 z Kut­ko­rza nad Peł­twią, grze­biąc w tych szpar­ga­łach, po­czuł wolę do pra­cy nad śnię­tą pol­sko­ścią wła­sną i swych ro­da­ków. Syn ślą­skie­go kra­ma­rza z Ole­śna Lom­pa81 za­sma­ko­wał po­dob­nie w zrzu­ca­nych na ster­tę księ­gach po­klasz­tor­nych.

Za­bo­ru ro­syj­skie­go na ra­zie nikt ofi­cjal­nie nie wzy­wał do zbie­ra­nia skar­bów daw­nej kul­tu­ry. Je­dy­nie Ta­de­usz Czac­ki dla swej książ­ni­cy w Po­ryc­ku wy­cią­gał czap­ką i pap­ką z za­ka­mar­ków fran­cisz­kań­skich, cy­ster­skich, ber­nar­dyń­skich wspa­nia­le za­cho­wa­ne pier­wo­dru­ki Reja, Ko­cha­now­skie­go, Mo­drzew­skie­go. Choć jesz­cze gra­ły ar­ma­ty na­po­le­oń­skie, oży­wi­ła się ak­cja kul­tu­ral­na na wszyst­kich po­lach. Sta­ra księ­ga do­ko­na­ła cudu. Ogar­nę­ła całe spo­łe­czeń­stwo szla­chet­na żą­dza ra­to­wa­nia za­byt­ków prze­szło­ści od nie­pa­mię­ci, za­tra­ty, wy­wo­zu za gra­ni­cę. Jak nie­gdyś Za­łu­ski pierw­szą bi­blio­te­kę pu­blicz­ną, tak Iza­be­la Czar­to­ry­ska w Pu­ła­wach za­kła­da pierw­sze na­ro­do­we mu­zeum hi­sto­rycz­ne. Na klęcz­kach, jak­by do na­ro­do­wej ko­mu­nii zbli­ża­ją się wy­brań­cy do he­ba­no­wej, zło­tem ku­tej skrzy­ni, na któ­rej błysz­czy na­pis bry­lan­ta­mi sa­dzo­ny: "Pa­miąt­ki pol­skie ze­bra­ła Iza­be­la Czar­to­ry­ska, 1800". We wnę­trzu tego skarb­czy­ka prze­cho­wy­wa­no: wło­sy, łań­cuch i pier­ścień Zyg­mun­ta Sta­re­go, sztu­ciec ko­ra­lo­wy Bar­ba­ry Ra­dzi­wił­łów­ny, bo­ga­ty łań­cuch zło­ty Anny Ja­giel­lon­ki, pier­ścień Wła­dy­sła­wa IV i wie­le in­nych pa­mią­tek po kró­lach.

Naj­pięk­niej­sze fun­da­cje wy­ni­ka­ją z tej am­bi­cji ra­to­wa­nia książ­ki na­szej. Jó­zef Mak­sy­mi­lian Osso­liń­ski fun­du­je we Lwo­wie w r. 1817 wie­ko­po­mną in­sty­tu­cję, któ­ra jako Osso­li­neum bę­dzie przez dwa po­ko­le­nia je­dy­ną osto­ją pol­sko­ści i du­cha na­ro­do­we­go na Zie­mi Czer­wień­skiej. Tym śla­dem po­dą­żą Edward Ra­czyń­ski w Po­zna­niu, Jo­achim Le­le­wel w Wil­nie, Kon­stan­ty Świ­dziń­ski w War­sza­wie, Ty­tus Dzia­łyń­ski w Kór­ni­ku, aby za­bez­pie­czyć i prze­cho­wy­wać na­stęp­nym po­ko­le­niom czte­ro­wie­ko­wy do­ro­bek cy­wi­li­za­cji pol­skiej82.

Do­ko­ny­wa się to w opła­ka­nych wa­run­kach, na gru­zach daw­ne­go po­rząd­ku. Oto jak w r. 1805 wy­glą­da­ła Bi­blio­te­ka Ja­giel­loń­ska w Kra­ko­wie: "Naj­cen­niej­sze wy­da­nia dzieł kosz­tow­nych zrzu­co­ne na pod­ło­gę, za­pa­sku­dzo­ne, nad­je­dzo­ne przez my­szy i szczu­ry, że ich do rąk wziąć nie moż­na, by się nie po­wa­lać, kosz­tow­ne mie­dzio­ry­ty zwa­lo­ne na brud­ny stół, nad księ­ga­mi w sza­fach pil­ne przą­śnicz­ki za­snu­ły tka­ni­nę tak gę­stą i za­ku­rzo­ną, że trud­no coś­kol­wiek roz­po­znać". Z ni­kłych po­cząt­ków kil­ku­ty­sięcz­nej zbie­ra­ni­ny two­rzy się Bi­blio­te­ka Uni­wer­sy­tec­ka w War­sza­wie, ale gdy lą­dem i wodą za­czną zbie­gać się ofiar­ne dary, uro­śnie szyb­ko do 50 000 to­mów.

Po pięt­na­stu la­tach go­rącz­ko­we­go roz­kwi­tu 1815-1830 - nowy grom, nowe cof­nię­cie się, nie­wo­la i nie­ry­chłe wi­do­ki od­bu­do­wy. Na emi­gra­cji sie­dząc, na bez­na­dzie­ję pa­trząc, woła w r. 1847 fi­lo­zof Tren­tow­ski: "Gdzież za­tem dla nas źró­dło na­uki? gdzie ja­seł­ka wła­sne­go ro­zu­mu? Tyl­ko w księ­dze nie­pod­le­głej, za gra­ni­cą na­pi­sa­nej i wy­da­nej!".

Na szczę­ście nie było aż tak źle. Kraj zbu­dził się. Mło­dziut­ka war­stwa no­wych pra­cow­ni­ków z no­wej kla­sy na­ro­du, in­te­li­gen­cji, za­ka­sa­ła rę­ka­wy, sta­nę­ła do pra­cy kul­tu­ral­nej mimo cięż­kich wa­run­ków we wszyst­kich trzech za­bo­rach.

Wstrzy­mał Słoń­ce - ru­szył Zie­mię!

Wstrzy­mał Słoń­ce, ru­szył Zie­mię... ale dwa wie­ki prze­mi­nąć mu­sia­ły, by świat uznał, że "pol­skie wy­da­ło go ple­mię". Wiek XIX usi­ło­wał na­pra­wić to kom­pro­mi­tu­ją­ce za­nie­dba­nie. Mło­dzi ra­cjo­na­li­ści nasi, wy­cho­wan­ko­wie szko­ły sta­ni­sła­wow­skiej, okrzyk­nę­li Ko­per­ni­ka pa­tro­nem swo­im orę­du­ją­cym ich pra­com kul­tu­ral­nym. Fi­lo­zof Jan Śnia­dec­ki za­jął się naj­gor­li­wiej pro­pa­gan­dą i już w r. 1802 ogło­sił roz­pra­wę o Ko­per­ni­ku, a War­szaw­skie To­wa­rzy­stwo Przy­ja­ciół Nauk po­świę­ci­ło mu se­sję uro­czy­stą. "Ty­sięcz­ne usta po­wta­rza­ją twe imię ze czcią - pi­sał Ta­de­usz Czac­ki do Śnia­dec­kie­go - dzień wczo­raj­szy był jed­nym z dni pięk­nych na­ro­du. Czte­ry go­dzi­ny trwa­ło po­sie­dze­nie, mnich i ele­gant­ka, uczo­ny i pro­stak rów­nie słu­cha­li, rów­nie się roz­rzew­nia­li...". Uchwa­lo­no jed­no­gło­śnie wy­słać 20 eg­zem­pla­rzy roz­pra­wy Śnia­dec­kie­go do From­bor­ka, aby na gro­bie Ko­per­ni­ka zło­żo­ne były. Czy to nie zna­mien­ny ob­jaw, że trzeź­wi ra­cjo­na­li­ści ule­ga­ją na­gle od­ru­cho­wi sen­ty­men­ta­li­zmu? Na­po­le­on w cza­sie po­by­tu w To­ru­niu zwie­dza pa­miąt­ki po wiel­kim astro­no­mie, ubo­le­wa­jąc nad ni­kłym echem jego imie­nia w Pol­sce. Wkrót­ce Lu­dwik Osiń­ski pi­sze ku chwa­le wiel­kie­go ro­da­ka wspa­nia­łą, pa­te­tycz­ną Odę, mno­ży się li­te­ra­tu­ra na­uko­wa i po­pu­lar­na, któ­rej re­zul­ta­tem bę­dzie od­sło­nię­cie po­mni­ka dłu­ta Tho­rvald­se­na. Zwią­za­ne z tym kosz­ta po­niósł ofiar­ny dzia­łacz spo­łecz­ny i pierw­szy obroń­ca praw ludu, Sta­ni­sław Sta­szic. Mniej efek­tow­ną, sku­pio­ną wię­cej była pra­ca w dru­giej po­ło­wie stu­le­cia. Od­szu­ka­no do­ku­men­ty do­wo­dzą­ce jego pol­sko­ści, wy­ka­za­no ści­słą łącz­ność roz­wo­ju uczo­ne­go z Uni­wer­sy­te­tem Kra­kow­skim, ogło­szo­no do­ku­men­ty o wro­giej po­sta­wie wo­bec krzy­żac­twa. Mistrz Ma­tej­ko w kil­ku kom­po­zy­cjach uświet­nił do­sko­na­łość oso­by i od­kry­cia. Bez­sil­na wście­kłość Niem­ców do­wo­dzi­ła naj­le­piej słusz­no­ści tezy pol­skiej. Za­słu­gą XIX stu­le­cia było, że po­wró­ci­ło ono Pol­sce naj­świet­niej­sze­go z jej oby­wa­te­li.

Gdy­by Sło­wia­nie chcie­li się zjed­no­czyć

Gdy­by Sło­wia­nie chcie­li się zjed­no­czyć, toby cały świat pod­bi­li. "Złą­czaj­cie się z sobą - woła po­eta Wo­ro­nicz w r. 1807 - a świat roz­trą­ci­cie. Kra­wędź dwóch świa­tów zbu­du­je­cie!".

Sze­ro­ko za­kro­jo­ną ak­cję po­dej­mu­je war­szaw­skie To­wa­rzy­stwo Przy­ja­ciół Nauk, na­wią­zu­jąc kon­takt z pi­sa­rza­mi ro­syj­ski­mi: Dzier­ża­wi­nem83 i Ka­ram­zi­nem84, po­da­jąc rękę bu­dzą­cym się z wie­lo­wie­ko­we­go snu Cze­chom (Do­bro­vsky85 i Han­ka86). Po­dróż­nik po zie­miach ju­go­sło­wiań­skich, Alek­san­der Sa­pie­ha87, uwa­żał w r. 1811, że "związ­ki mię­dzy na­ro­da­mi sło­wiań­ski­mi obo­jęt­ny­mi być nie mogą do­bre­mu Po­la­ko­wi, jak ro­dzi­na nie jest obcą do­bre­mu sy­no­wi. Wię­cej jesz­cze! Tu źró­dło do od­ro­dze­nia nie tyl­ko Pol­ski, ale i Eu­ro­py ca­łej".

Już u pro­gu stu­le­cia dy­szą mło­dzi za­pa­leń­cy żą­dzą po­zna­nia Sło­wiańsz­czy­zny pra­sta­rej, przed­chrze­ści­jań­skiej. Zie­mia sło­wiań­ska po­kry­ta cza­ro­dziej­ski­mi zio­ła­mi, kry­ją­ca ta­jem­ni­cze uro­czy­ska jest klu­czem do ta­jem­nic od­wiecz­nej du­szy ludu, jest jed­nym, ży­wym słow­ni­kiem. Od­czy­tać ten słow­nik moż­na przez głę­bo­kie, bez­po­śred­nie zży­cie się z lu­dem dzi­siej­szym.

Au­to­rem tego rów­nie urze­ka­ją­ce­go jak fał­szy­we­go pro­gra­mu jest Zo­rian Do­łę­ga-Cho­da­kow­ski88. Roz­ko­pu­je kur­ha­ny i uro­czy­ska, gro­ma­dzi pa­miąt­ki, zna­le­zi­ska, no­tu­je pie­śni, ob­rzę­dy, za­bo­bo­ny. Zwo­len­ni­cy Zo­ria­na ide­ali­zu­ją w spo­sób prze­sad­ny cy­wi­li­za­cję daw­nych Sło­wian i swo­istość bu­dow­nic­twa, pięk­no miast, wy­so­ki po­ziom rze­miosł. Po dy­le­tanc­ku, bez ści­sło­ści na­uko­wej. Sło­wia­no­fi­le-po­eci nie wie­dzą kie­ro­wa­ni, lecz uczu­ciem.

Pierw­szym po­etyc­kim uję­ciem idei sło­wiań­skiej w na­szej li­te­ra­tu­rze jest Wi­dze­nie w gó­rach kar­pac­kich89 Ka­zi­mie­rza Bro­dziń­skie­go. Chmu­ry na wy­ciecz­ce w Ta­trach upo­dab­nia­ją się w oczach po­ety do po­sta­ci ludz­kich, z gro­mad­ką bar­dów sło­wiań­skich na cze­le. Wódz bar­dów, Bo­jan, wie­ści o przy­szło­ści Sło­wian, dla któ­rych zbli­ża się epo­ka roz­kwi­tu. Niech utrzy­mu­ją daw­ne, przy­ro­dzo­ne cno­ty: ła­god­ność, pro­sto­tę, mi­łość po­ko­ju, niech się strze­gą żą­dzy za­bo­rów, wte­dy we­zmą prym w Eu­ro­pie.

Wi­dze­nie uka­za­ło się w roku Bal­lad i ro­man­sów. Było też swe­go ro­dza­ju ma­ni­fe­stem re­wo­lu­cyj­nym.

Te pa­cy­fi­stycz­ne, na­iw­ne, bez kon­tak­tu z grun­tem re­al­nym mrzon­ki - nie mo­gły się po­do­bać Świę­te­mu Przy­mie­rzu ani Ro­sji car­skiej, któ­ra pla­no­wa­ła zgo­ła inny, im­pe­ria­li­stycz­ny pan­sla­wizm. Zwal­cza­na sro­go idea ucie­ka do związ­ków taj­nych. W la­tach 1823-1826 po­wsta­je we Lwo­wie taj­ne To­wa­rzy­stwo Zwo­len­ni­ków Sło­wiańsz­czy­zny pod prze­wo­dem Lu­dwi­ka Na­bie­la­ka, póź­niej bel­we­der­czy­ka. Żywe sym­pa­tie dla ru­chu de­ka­bry­stów pa­tro­nu­ją związ­ko­wi. "Świe­że, choć nie­szczę­śli­we usi­ło­wa­nie Pe­stla i Mu­raw­je­wa91 na­tchnę­ły nas du­chem sło­wiań­skim, obie­cu­ją­cym wie­le dla kra­ju ko­rzy­ści" - pi­sał Na­bie­lak.

Da­lej szedł Au­gust Bie­low­ski92, z cza­sem zna­ko­mi­ty hi­sto­ryk, któ­ry w r. 1830 pra­gnął una­ro­do­wić po­ezję pol­ską przez ską­pa­nie jej w sło­wiań­skim zdro­ju. Po­wró­cą daw­ne bogi i dzie­je oj­czy­ste, nie­wo­la za­ru­mie­ni się ży­ciem, świat wyda się ra­jem, je­śli na­sza brać po­etyc­ka za­brzmi pie­śnią sło­wiań­ską po świe­cie.

Z tego uro­cze­go wie­lo­sło­wia trud­no wy­łu­skać ja­kiś pro­gram. I by­li­by w kło­po­cie za­pa­leń­cy, za­py­ta­ni o kon­kre­ta. Wie­dzie­li tyle, że dążą do zjed­no­cze­nia po­krew­nych so­bie grup sło­wiań­skich pod prze­wo­dem Pol­ski, któ­rą sama geo­gra­fia po­wo­łu­je do roli kie­row­ni­czej w od­bu­do­wie brat­nich ple­mion.

Naj­bar­dziej jesz­cze do twa­rzy było mak­sy­mal­nym fra­ze­som w pio­sen­ce żoł­nier­skiej; po­wstań­cy-opo­zy­cjo­ni­ści, idąc w bój pod ha­słem "za na­szą i wa­szą wol­ność", śpie­wa­li:

Niech do­bra spra­wa po­wsta­nie,

To nasz cel je­dy­ny,

Łącz­cie się z nami, Sło­wia­nie,

Od Odry do Dźwi­ny!

Uję­cie trzeź­wiej­sze, rze­czo­we, zna­la­zło się do­pie­ro po roku 1831, na emi­gra­cji. Nie mrzon­ki bez po­kry­cia, roz­sąd­na ro­bo­ta zbie­rac­ka jest ha­słem: ra­to­wać sta­re wie­rze­nia re­li­gij­ne, tra­dy­cje do­mo­we Sło­wian, folk­lor. I wresz­cie pró­ba pro­gra­mu. Rzu­ca­ją w r. 1841 my­śli­ciel, Bro­ni­sław Tren­tow­ski w Cho­wan­nie: "Nie­chaj po­wsta­nie rze­sza wszech­sło­wiań­ska, ze­spół po­tęż­ny na ze­wnątrz, wol­ny na we­wnątrz, fe­de­ra­cja lu­dów wol­nych i nie­pod­le­głych". Pro­jek­to­daw­ca czy­ni też za­strze­że­nia. Pierw­sze: "Nie wszy­scy Sło­wia­nie są ze wszech miar nasi bra­cia. Wie­le szcze­pów nie wal­czy­ło nig­dy za wol­ność i oka­zu­ją się po dziś dzień obo­jęt­ny­mi, je­den zaś cią­gle wal­czy za nie­wo­lą i za­gra­ża swo­bo­dzie Eu­ro­py". Dru­gie za­strze­że­nie moc­ne: "Pol­ski ludu, wy­rzecz się jed­nak idei sko­ja­rze­nia wszech­sło­wiań­skie­go, sko­ro­by w niej oj­czy­zna, udziel­ność i na­ro­do­wość two­ja roz­pły­nąć się mia­ła!... Tyl­ko w oj­czyź­nie jest Sło­wiańsz­czy­zna na­sza!".

Po­stę­pow­cy pol­scy przy­tak­nę­li w tym wy­pad­ku kon­ser­wa­ty­ście Tren­tow­skie­mu. Czu­jąc, że car­ska Ro­sja nie da so­bie ła­two wy­drzeć z rąk idei pan­sla­wi­zmu im­pe­ria­li­stycz­ne­go, od­rzu­ca­li a li­mi­ne "pry­mat de­spo­tycz­ne­go pań­stwa", uzna­jąc ce­lo­wość zrze­szeń mię­dzy gru­pa­mi Sło­wian, spo­krew­nio­ny­mi ję­zy­kiem i kul­tu­rą. W ar­ty­ku­le dys­ku­syj­nym o pan­sla­wi­zmie (1844) wo­łał na emi­gra­cji, bli­ski już mę­czeń­stwa we Lwo­wie, Teo­fil Wi­śniow­ski93: "Po­słan­nic­twem Pol­ski jest na­rzu­cać in­nym Sło­wia­nom świa­do­mość wol­no­ści i dą­że­nia do uzy­ska­nia swo­bod­ne­go roz­wo­ju pod każ­dym wzglę­dem. Pol­ska win­na prze­wod­ni­czyć w wy­zwo­le­niu in­nych Sło­wian. Ona jed­na ma z wąt­ku hi­sto­rycz­ne­go, z po­ło­że­nia swe­go - wa­run­ki do wy­peł­nie­nia tego obo­wiąz­ku. I ża­den inny na­ród sło­wiań­ski w tym wzglę­dzie Po­la­ków wy­rę­czyć nie po­tra­fi!".

Inni sło­wia­no­fi­le emi­gra­cyj­ni po­dej­mu­ją ak­cję dy­plo­ma­tycz­ną na Bał­ka­nach, przed­miot wie­lo­let­nich wy­sił­ków ks. Ada­ma Czar­to­ry­skie­go. Hi­sto­ryk Jo­achim Le­le­wel opie­ra swój pro­gram od­ro­dze­nia spo­łecz­ne­go w przy­szło­ści na za­sa­dzie sło­wiań­skie­go "gmi­no­władz­twa", któ­re jest ozna­ką naj­bar­dziej de­mo­kra­tycz­ne­go ustro­ju.

Idyl­licz­ni mrzon­ka­rze, któ­rych tak świet­nie prze­kpił Mic­kie­wicz w III czę­ści Dzia­dów ("Sła­wia­nie, my lu­bim sie­lan­ki"), nie uci­chli. Pie­ją w dal­szym cią­gu kre­dy­to­wa­ne hym­ny na cześć wspa­nia­łej, pier­wot­nej kul­tu­ry Sło­wian. Dla od­mia­ny szu­ka­ją jej w ję­zy­ku. A więc - jak pi­sał Wa­cław Alek­san­der Ma­cie­jow­ski94 - że imio­na za­koń­czo­ne na "bog, dar, sław, mir" od­sła­nia­ją na­czel­ne ce­chy cha­rak­te­ru na­szych pra­pra­oj­ców; że w mo­wie daw­nych Sło­wian tkwią nie­zwy­kłe war­to­ści emo­cjo­nal­ne, "gło­ski ta­jem­ni­cze" ml, mł: mgła, mle­ko, mło­dość, albo "gło­ski po­nu­ro-ża­łob­ne": mróz, mrok, mara, śmierć - jak twier­dził Alek­san­der Ty­szyń­ski95.

Brak ja­kie­go­kol­wiek przy­go­to­wa­nia lin­gwi­stycz­ne­go uwiódł na­wet tak po­waż­ne­go fi­lo­zo­fa, jak Au­gust Ciesz­kow­ski, któ­ry do pod­par­cia tezy - może i słusz­nej - że "kul­tu­ra sło­wiań­ska wy­ro­sła na pod­ło­żu po­tęż­nej afir­ma­cji ży­cia", użył ar­gu­men­tu lin­gwi­stycz­ne­go - uwa­ża­jąc, że świad­czy o tym uży­wa­nie wy­ra­zów: świat, świet­ny, świa­tło.

I Mic­kie­wicz lu­bił też snuć do­wol­ne po­my­sły ety­mo­lo­gicz­ne, np.: Ne­bu­kad­ne­zar - Ne bog odno car. Inni wiesz­czo­wie też. Trud­no wi­nić ich za to w epo­ce, kie­dy lin­gwi­sty­ka po­rów­naw­cza była w pie­lu­chach. A któż by czy­tał przed­mo­wę do Słow­ni­ka Lin­de­go?...

Czu­jąc nie­bez­pie­czeń­stwo po­dob­nych dys­put, rząd car­ski po­sta­rał się za­wcza­su o swo­ich ad­he­ren­tów w obo­zie pol­skim. Jako pierw­szy, ku ża­lo­wi i obrzy­dze­niu ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa, wy­stą­pił w kra­ju Hen­ryk hr. Rze­wu­ski. Wzy­wał otwar­cie cały na­ród do do­bro­wol­ne­go "ob­ru­sie­nia". "My - wo­łał w Mie­sza­ni­nach oby­cza­jo­wych96 -zo­staw­szy z wy­ro­ków Bo­skich czę­ścią po­tęż­ne­go sto­wa­rzy­sze­nia Ro­sjan, wno­śmy na­sze wy­ro­by do wspól­nej skarb­ni­cy, zjed­no­cze­ni z na­szy­mi po­bra­tym­ca­mi!..."

Całe szczę­ście, że cy­nicz­ny apo­sta­ta, słu­gus Pa­skie­wi­cza, do­po­wie­dział my­śli od razu do koń­ca: Sa­mo­ist­ną twór­czość po­że­gnać naj­le­piej. W ogó­le prze­stań­my mó­wić po pol­sku, sam nasz tem­pe­ra­ment przy­czy­ni się do "usu­nię­cia z li­te­ra­tu­ry ro­syj­skiej mo­no­to­nicz­nej ce­chy". Lo­kal­ną od­ręb­ność pro­win­cjo­nal­ną mamy za­pew­nio­ną.

Dru­gi re­ne­gat, Mi­chał Gra­bow­ski, był mniej mak­sy­mal­ny. On­giś żar­li­wy bo­jo­wiec na rzecz na­ro­do­wo­ści, te­raz (r. 1842) re­zy­gnu­je cał­ko­wi­cie z sa­mo­dziel­no­ści po­li­tycz­nej, "go­dząc się z lo­sem i prze­mo­cą". Do­ma­ga się jed­nak utrzy­ma­nia kul­tu­ral­nej nie­za­leż­no­ści, wie­rzy bo­wiem, że w no­wej, po­tęż­nej Sło­wiańsz­czyź­nie ostoi się i na­ro­do­wość, i twór­czość Po­la­ków.

Po re­ne­ga­tach za­brał głos od­waż­ny mąż sta­nu, da­le­ko­sięż­ny dy­plo­ma­ta. Nie­lu­bia­ny w Pol­sce ("dla Po­la­ków moż­na zro­bić wie­le, z Po­la­ka­mi nic zgo­ła!"), więc po­pu­lar­ny nad Newą. Mar­gra­bia Alek­san­der Wie­lo­pol­ski ogło­sił w r. 1846 swój słyn­ny "List otwar­ty do kanc­le­rza Met­ter­ni­cha". Twar­do i ja­sno wy­rą­bał sze­reg prawd ku prze­ra­że­niu po­ko­le­nia, któ­re nie­na­wiść do ca­ra­tu wy­ssa­ło z mle­kiem mat­ki: Jak rola Gre­cji w ce­sar­stwie rzym­skim, taka bę­dzie rola Pol­ski w im­pe­rium Wszech­ro­sji. Na­stą­pi to z chwi­lą prze­zwy­cię­że­nia wal­ki bra­to­bój­czej przez wiel­ką ideę jed­no­ści sło­wiań­skiej. Pol­ska swym wpły­wem na Ro­sję do­pro­wa­dzi do po­wsta­nia no­wej, wyż­szej i wspa­nial­szej spo­łecz­no­ści sło­wiań­skiej, któ­ra po­cią­gnie za sobą Sło­wian za­chod­nich i po­łu­dnio­wych. Sztan­dar Sło­wiańsz­czy­zny za­tknie­my w Kon­stan­ty­no­po­lu. Na­ród pol­ski, za­miast wlec się w ogo­nie do­ga­sa­ją­cej kul­tu­ry za­chod­niej, sta­nie wraz z ro­syj­skim na cze­le no­wej cy­wi­li­za­cji sło­wiań­skiej - ale wpierw trze­ba się po­go­dzić z Mi­ko­ła­jem i wspo­móc go w woj­nie z Au­strią.

Prze­my­śla­ny pro­gram mar­gra­bie­go miał jed­ną sła­bą stro­nę: opie­rał się na ba­zie wia­ry w do­brą wolę car­skiej Ro­sji i w moż­ność har­mo­nij­ne­go współ­ży­cia obu kul­tur. Tę sła­bi­znę jego roz­wa­żań w rok póź­niej od­sło­nił w ano­ni­mo­wej "Od­po­wie­dzi na list szlach­ci­ca pol­skie­go do Met­ter­ni­cha" gło­śny ongi szta­bo­wiec i pi­sarz, Fran­ci­szek Mo­raw­ski97. Pod­dał pan­sla­wizm car­ski dru­zgo­cą­cej kry­ty­ce, od­sło­nił ab­so­lut­ną ni­cość jego rze­ko­mych war­to­ści: "Ro­sja car­ska za­cho­wy­wa­ła się za­wsze de­struk­cyj­nie wo­bec wszel­kich twór­czych pier­wiast­ków Sło­wiańsz­czy­zny. To kłam­stwo, że Pol­ska wcie­lo­na do Ro­sji sta­nie na cze­le cy­wi­li­za­cji sło­wiań­skiej. Pro­jekt mar­gra­bie­go wtrą­ca nas w prze­paść i pro­wa­dzi do zgu­by! Do­pó­ki Bóg sam nie oka­że się na błę­ki­cie i gło­sem pio­ru­nu nie ogło­si na­szej zgu­by - wie­rzyć będę w przy­szłość Pol­ski!"...