Życie polskie w XIX wieku - Stanisław Wasylewski

Reflow text when sidebars are open.
Wszelkie wznowienia opierają się zwykle na ostatnich wydaniach, jakie ukazały się za życia autora. W tym przypadku jest to niemożliwe, ponieważ Życie polskie... po raz pierwszy wyszło blisko 10 lat po śmierci Stanisława Wasylewskiego. Muszę się przeto ograniczyć do omówienia zmian, jakie wprowadziliśmy do poprzedniego wydania, które zawdzięczamy wybitnemu znawcy dziejów kultury (zwłaszcza teatru) XIX stulecia, edytorowi wielu pamiętników - Zbigniewowi Jabłońskiemu (1926-1984). Tak więc w ślad za uwagami recenzentów wydania z 1962 r. usunęliśmy wytknięte przez nich błędy w tekście pozostawionym przez Wasylewskiego. Obszerne przypisy, sporządzone przez Jabłońskiego, zostały uzupełnione o daty urodzin i śmierci wielu występujących w nich postaci. Podobnie w indeksie przy licznych nazwiskach dodaliśmy, tam gdzie to było możliwe do ustalenia, imiona ich posiadaczy. Został ponadto usunięty sporządzony przez Wasylewskiego Kalendarz wydarzeń XIX wieku. Doprowadzony tylko do 1880 r. zawierał bowiem sporo błędów i opuszczeń. W niniejszym wydaniu pominięto także w znacznej mierze nieaktualną przedmowę z 1962 r., pióra Zbigniewa Jabłońskiego.
Jabłoński nadał właściwe brzmienie wielu cytatom z poezji, utworów dramatycznych i prozy literackiej, przytaczanych, jak pisze, przez autora z "dość dużą swobodą" (a więc nieściśle). Większości cytatów, zaczerpniętych z pamiętników czy tak zwanej literatury przedmiotu, Jabłoński nie porównał jednak z oryginałami. Powołał się przy tym na opinię samego Wasylewskiego, który uprzedzał lojalnie czytelnika, iż wymienianie wszystkich wykorzystanych źródeł i opracowań uważa za niecelowe i wręcz niepotrzebne. Szkoda byłoby na to papieru. Rodzi się zresztą podejrzenie, iż Wasylewski, odcięty w Opolu od większych bibliotek i pozbawiony własnego księgozbioru, sporą część tych cytatów przytaczał z... pamięci, oczywiście często je przekręcając. Podobnie zresztą zwykli postępować Aleksander Brückner i Jan Stanisław Bystroń. Dlatego też choć zarówno Dzieje kultury polskiej, jak i Dzieje obyczajów w dawnej Polsce były parokrotnie po 1945 r. wznawiane, w żadnym z nich nie skolacjonowano cytatów źródłowych z oryginałami. Wymagałoby to zresztą ogromu czasu, o czym sam się dowodnie przekonałem, porównując cytaty przytaczane przez Władysława Łozińskiego (Prawem i lewem... Życie polskie w dawnych wiekach) z oryginalnymi wydaniami odpowiednich tekstów.
Janusz Tazbir
Marzeniem niemal każdego humanisty, w szerokim słowa tego znaczeniu, jest zostawienie po sobie "dzieła życia" (opus vitae), które by z jednej strony stanowiło sumę jego dorobku, z drugiej zaś znalazło się w podręcznym księgozbiorze wielu pokoleń badaczy. Również Stanisławowi Wasylewskiemu (1885-1953) nie wystarczała sława znakomitego eseisty, jaka otaczała go w latach II Rzeczypospolitej. Był porównywany do Stefana Zweiga i André Maurois, autorów tak popularnych wówczas esejów o wybitnych postaciach z różnych epok historii1. Podobnie i Wasylewski, najchętniej i najczęściej piszący o romantyzmie, sięgał także i do średniowiecza czy - pisząc o Śląsku Opolskim - do dziejów najnowszych.
O ile jednak zarówno Zweig, jak i Maurois nie próbowali nigdy swoich sił na polu eseju, to autor książki o miłości romantycznej już w 1921 r. zapowiadał wydanie syntezy ukazującej życie polskie w XIX wieku. Jak twierdził Zbigniew Jabłoński, jej pierwsza redakcja była gotowa około 1936 r. Zaplanowana na trzy lub cztery tomy miała się ukazać w znanej serii Rudolfa Wegnera "Cuda Polski", wydawanej w Poznaniu. W niej to zresztą Wasylewski ogłosił książkę o Lwowie (Poznań 1931), wznowioną po sześćdziesięciu latach (Wrocław 1990).
Historia się wszakże sprzysięgła przeciwko Wasylewskiemu. Wybuch II wojny światowej uniemożliwił nadanie jego syntezie ostatecznego kształtu. We wrześniu 1939 r. musiał opuścić Poznań, pozostawiając tam gromadzoną latami bogatą bibliotekę. Z niej to przede wszystkim czerpał materiały do Życia polskiego w XIX wieku. Nie mógł więc z nich korzystać w latach 1941-1946, kiedy to właśnie "Wasylewski poprawiał, zmieniał, uzupełniał maszynopisy, przygotowując je do druku. Przygotowań tych jednak nie doprowadził do końca"2. Niedokończony zarys uporządkował konstrukcyjnie Zbigniew Jabłoński, zaopatrując książkę w bardzo obszerne przypisy, kalendarium i indeks osób. W odsyłaczach sprostował niektóre pomyłki autora; daleko więcej znaleźli ich recenzenci książki, która ukazała się w Krakowie w 1962 r., a więc w trzydzieści lat po rozpoczęciu pracy nad Życiem polskim...
O podobne uzupełnienia i sprostowania wzbogacił Marian Kwaśny książkę Wasylewskiego o Karolinie Sobańskiej, wydaną pośmiertnie w 1959 r. Łatwym zadaniem byłoby wskazanie na błędy w jego esejach, tak przecież chwalonych za atrakcyjność tematu i piękno dyskursu. Na obronę autora można przytoczyć, iż był on w znacznej mierze publicystą, a więc człowiekiem niemającym zbyt wiele czasu na sprawdzanie ścisłości, faktów, dat czy nawet nazwisk. Pamiętajmy, że obok wspominanych wyżej esejów Wasylewski wydał ponad 20 książek, opublikował około 6 tysięcy felietonów i okolicznościowych artykułów, radioamatorzy wysłuchali blisko 300 jego audycji, a uczniowie przeczytali mnóstwo czytanek, pisanych przez niego specjalnie dla podręczników3.
Wiele do myślenia daje opowieść Wasylewskiego, jak zapytany przez złośliwców, czy mógłby na poczekaniu przygotować materiały na przykład do tematu: Pchły i pluskwy w Polsce, wyjął ze swojej biblioteki około 10 tomów i parę broszur, orzekając z góry, iż szkoda czasu na szukanie dalszych materiałów, bo nic więcej ciekawego na pewno się nie znajdzie. Wasylewski powołał się przy tym na swoje bibliotekarskie doświadczenie. W odpowiedzi miał usłyszeć jakże mile głaszczące jego ambicję słowa: "Mamy i mieliśmy parę tysięcy doświadczonych bibliotekarzy. Czemu żaden z nich nie pisze tak jak Stanisław Wasylewski? Czemu?"4.
Dla historyka nie jest to przykład zbyt przekonywający, skoro - jak wiadomo - każdy niemal temat wymaga poszukiwań bibliograficznych, i to nieraz bardzo czasochłonnych. Przekonałem się o tym osobiście, pisząc o Henryku Niemiryczu, głośnym bluźniercy z epoki oświecenia. Przede wszystkim sięgnąłem do opowieści Wasylewskiego na jego temat, aby się przekonać, iż jest to prosta parafraza z krótkiej, pełnej luk i nieścisłości relacji na temat Niemirycza, zawartej w pamiętnikach Szymona Konopackiego5. Natomiast odtworzenie prawdziwego biogramu Niemirycza wymagało wielu tygodni kwerend, na które Wasylewski po prostu nie miał czasu6. Gdyby je zresztą przeprowadzał dla każdego z esejów, nie mógłby ich tyle napisać. Nic więc dziwnego, iż recenzenci wytykali Życiu polskiemu... "(...) prawdziwy zalew smutnie banalnych, podręcznikowych informacji z zakresu politycznej i społeczno-gospodarczej historii Polski"7. Przed ich zoilowym spojrzeniem Wasylewski miał być zresztą uprzedzany.
W jego ogłoszonych pośmiertnie wspomnieniach czytamy, iż kiedy ofiarował Szymonowi Askenazemu pierwsze wydanie Romansu prababki (Lwów 1921), usłyszał od wybitnego historyka ostrzeżenie: "Niechże się pan przypadkiem nie łudzi, że Kościół oficjalny, że parnas naszych historyków użyczy panu poparcia. Nigdy! Oni są albo impotentami i zwalczać będą pańskie rzeczy, bo tak pisać nie potrafią, albo dla zasady. Z pospolitej zawiści"8.
Sprawa nie przedstawia się jednak tak prosto. Prawdą jest, iż tak zwani zawodowi historycy wytknęli Wasylewskiemu mnóstwo błędów, ale jest to przecież podstawowy obowiązek każdego recenzenta. Trudno od tej zasady czynić odstępstwo, nawet gdy sprostowania dotyczą pośmiertnego dzieła pisarza "(...) tak wybitnego i zasłużonego dla kultury polskiej jak Stanisław Wasylewski" - pisał Stefan Kieniewicz, wyrażając przy tym ubolewanie, iż Życie polskie w XIX wieku weszło na rynek w nakładzie znacznie większym od nakładów dzieł naukowych9. Równocześnie jednak Józef Dutkiewicz pisał na łamach łódzkich "Odgłosów": "Książkę można polecić, czyta się lekko, wydana jest z dużą ilością ilustracji; zawiera mnóstwo wiadomości"10.
Nie miał więc racji Jerzy Pośpiech, twierdząc, iż choć cały nakład (10 tys. egzemplarzy) rozszedł się błyskawicznie, jej autora spotkało "(...) wybrzydzanie ze strony akademickich historyków, którzy w typowy dla tej profesji zwyczaj wytoczyli przeciw lekkiej i urokliwej muzie Wasylewskiego ciężką armatę"11. Bo przecież nie spod pióra Dutkiewicza czy Kieniewicza, lecz Krzysztofa Teodora Toeplitza wyszła jadowita ocena Życia polskiego...: "(...) jest to historia widziana "oddzielnie", jałowa i przypadkowa w istocie, a błyskotliwej jej powłoce nie odpowiada podskórny nurt intelektualny"12.
Nawet entuzjaści Wasylewskiego przyznają, że o ile był on mistrzem małych form, to z syntezą sobie nie radził. Stąd też jedni z recenzentów nazywali Życie polskie... swoistym silva rerum " ale jak świetnie napisanym: "Jest tu anegdota i informacja cenna, i żart, i dowcip, i smętna zaduma, i dobrotliwa kpina. Mnóstwo rozmaitych wiadomości, podanych ot tak, mimochodem"13. Inni pisali wręcz o mozaice i to nieudanej: "Jest to tylko bogaty, lecz słabo uporządkowany zbiór wielobarwnych kamyków i bardzo nierównej wartości"14. Takie też były zresztą i intencje samego autora: "Ambicją moją było zawsze gromadzenie takich kamyczków realiów, składających obraz całości potocznego życia" - pisał Wasylewski we wstępie do książki15. Wtórował mu Zbigniew Jabłoński, ostrzegając czytelnika, aby nie szukał w tej publikacji całości "(...) historii życia polskiego z minionego wieku"16. Zamiast tego znajdzie tylko luźne, szkicowo ujęte obrazy czy nierozwinięte szerzej zarysy pewnych spraw.
Na dobrą sprawę książka Wasylewskiego winna nosić tytuł Szkice z dziejów życia polskiego w latach 1795-1863, ponieważ swoją narrację dociąga tylko do powstania styczniowego. Opuszczeń jest tu bardzo dużo, od pobieżnie potraktowanych spraw teatru, sztuki, muzyki czy literatury poczynając, a na kulturze mieszczańskiej, a jeszcze bardziej chłopskiej, kończąc. Zaniedbanie tym bardziej naganne, iż właśnie wiek XIX nie tylko umocnił pozycję kultury mieszczańskiej w Polsce, lecz także zapoczątkował na szeroką skalę wchodzenie do narodu jako uświadomionych obywateli warstwy włościańskiej. Natomiast Wasylewski w ogóle o niej nie wspomina, podobnie zresztą jak to uczynił przed nim Władysław Łoziński, na którego Prawem i lewem "a jeszcze bardziej Życiu polskim w dawnych wiekach, autor Czterdziestu lat powodzenia wyraźnie się był wzorował. Obaj dali się pod tym względem wyprzedzić Jędrzejowi Kitowiczowi, który na 150 lat przed Wasylewskim, a na 100 przed Łozińskim zabierał się do określenia obyczajów chłopskich. Po napisaniu dwóch kartek nielitościwa śmierć wytrąciła mu pióro z ręki i słynne zdanie "Mazurowie latem używali kapeluszów prostych wełnianych, białych albo szarych, rozpuszczanych, albo słomianych." pozostało niedokończone17. A przecie właśnie wiek XIX przyniósł kształtowanie się nowoczesnego narodu polskiego, w którym chłopi mieli później zająć tak poczesne miejsce. Wiązało się z tym gwałtowne kurczenie roli i wpływów szlachty oraz arystokracji, której siedzibom, stylowi życia i udziałowi w rozwoju kultury zarówno Łoziński, jak i Wasylewski poświęcili tak wiele miejsca z wyraźną szkodą dla innych warstw narodu.
Biorąc niejako autora Życia polskiego w XIX wieku w obronę, należy przypomnieć, jak trudno jest nie tylko pod względem obyczajów i kultury "pochwycić w paragrafy i hasełka" żywot potoczny stulecia, "które było buntem i eksplozją nieustanną", na każdym polu przynoszącym "nowe zjawiska, nawyki, występki (?), wynalazki". Wieku, w którym naród polski, niedopuszczany do stołu obrad, był zmuszony "żyć i pracować w podziemiu, w sekrecie" - pisał Stanisław Wasylewski18.
Istotnie, zarówno w wieku XVIII, jak i przez całe następne stulecie na traktatach dotyczących losu ziem polskich nie znajdujemy ani jednego podpisu naszych dyplomatów. Pewną pociechą może być to, że w ostatnich niemalże latach zaczęto je nazywać drugim złotym wiekiem kultury polskiej (pierwszy to oczywiście XVI stulecie). Oba wieki przyniosły masową asymilację obcych przybyszów. Ich rolę w rozwoju kultury polskiej Wasylewski omawia bardzo obszernie. W państwach wolnych i zamożnych asymilacja stanowiła conditio sine qua non awansu społecznego, otwierając perspektywy dalszej kariery. Natomiast opowiedzenie się w XIX wieku po stronie polskości spychało obcego przybysza na pozycje obywatela drugiej kategorii. Nie mówiąc już o tym, że czynne zaangażowanie w sprawę narodową pociągało za sobą najsurowsze represje. W 1831, 1848 czy 1863 r. każdego, kto śpieszył pod powstańcze sztandary, uważano za pełnoprawnego członka polskiej wspólnoty narodowej, nie pytając, jakim językiem mówili jego dziadowie czy nawet rodzice. Opisanie owego procesu rodzenia się całych zastępów owych neofitów polskości nie było rzeczą łatwą.
Do tego dołączają się dalsze trudności. Nadal brakuje zgody między autorami, jak właściwie należałoby wykładać dzieje stulecia, które Jerzy Borejsza nazywa "pięknym wiekiem XIX" (1984), a Alina Witkowska "wielkim stuleciem Polaków" (1987). W ciągu zaborowym (a więc oddzielnie Galicja, osobno ziemie, które znalazły się pod panowaniem Prus i Rosji), okresami (na przykład: lata 1795-1830, 1831-1862 i tak dalej) czy też według pewnych wspólnych dla wszystkich ziem zjawisk, świadczących o integralnym, mimo wszystko, charakterze życia narodowego, a co za tym idzie, i samej kultury?
Nie sprostał temu zadaniu sam Aleksander Brückner. Dlatego byłoby rzeczą niesłychanie łatwą wymienienie wszystkich potknięć czy luk występujących w ostatnim tomie jego syntezy; uczynili to już w latach 1947-1948 ówcześni recenzenci czwartego tomu Dziejów kultury obejmującego lata 1795 (1772)-1914. Najobszerniejsze z omówień, gdyż liczące aż cztery strony petitu, poświęcił mu Stefan Kieniewicz, który na łamach "Przeglądu Historycznego" wytknął Brücknerowi błędy konstrukcyjne, uprzywilejowanie Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego ze szkodą dla innych zaborów, nadmierną rozbudowę dziejów politycznych, a zbagatelizowanie historii obyczajów. W parze z tym szły liczne powtórzenia w tekście oraz pomyłki rzeczowe, zestawione skrupulatnie przez recenzenta19.
Po sześćdziesięciu latach, w czasie których prowadzono intensywne badania nad wiekiem XIX, listę tych usterek bylibyśmy w stanie znacznie pomnożyć, a dość kapryśnie przez Brücknera zestawioną bibliografię (zamkniętą notabene na 1935 r.) co najmniej potroić. Do merytorycznych zarzutów Stefana Kieniewicza dorzucić zaś możemy statyczne na ogół przedstawienie społecznego tła kultury czy pominięcie polskiego życia politycznego na przełomie XIX i XX stulecia, zwłaszcza tych jego nurtów, które obejmowały emancypujące się klasy i warstwy społeczne: chłopstwo (ruch ludowy) oraz klasę robotniczą (ruch socjalistyczny).
Nie poradzili sobie z XIX stuleciem także autorzy daleko później od Brücknera czy Wasylewskiego wydanych syntez dziejów kultury, od Bogdana Suchodolskiego (I wyd. - 1980 r.) poczynając, a na Marii Boguckiej (Dzieje kultury polskiej do 1918 roku, Wrocław 1987) i Obyczajach w Polsce. Od średniowiecza do czasów współczesnych (pod red. A. Chwalby, Warszawa 2004) kończąc. W żadnym z wymienionych powyżej dzieł nie spotkamy zresztą ani jednego powołania się na jakąkolwiek z prac Wasylewskiego. Co więcej, nie znajdujemy ich też w bibliografiach. Dwutomowe kompendium Literatura polska. Przewodnik encyklopedyczny (1985) wymienia jakieś prace Wasylewskiego tylko w części bibliograficznej i jedynie wówczas, gdy jest mowa o miastach, w których prowadził swą działalność literacką (Lwów, Poznań, Opole), czy o czasopismach, z którymi współpracował ("Odra", "Pamiętnik Literacki" i inne).
A przecież zaraz po Październiku wydano cały szereg jego prac, i to w nakładach dziś dla nas wręcz astronomicznych, bo sięgających od 10 do 20 tys. egzemplarzy. Tylko w latach 1957-1958 wznowiono m.in. następujące zbiory esejów: U księżnej pani, Romans prababki, O miłości romantycznej, Ducissa Kunegunda, Klasztor i kobieta, Na końcu języka, Niezapisany stan służby, Pod kopułą Ossolineum, czy wreszcie Na dworze króla Stasia. Andrzej Zahorski pisał, iż ostatni król Polski jawi się w książkach Wasylewskiego "(...) jako władca lekkomyślny, kruchy, trwoniący pieniądze na błahostki, nie posiadający umiejętności sterowania państwem, a równocześnie znakomity mecenas, o wspaniałych osiągnięciach w dziedzinie kultury"20. Słowem - najlepszy minister kultury w naszych dziejach. Być może ze względu na kulturalne zasługi Stanisława Augusta nie cytował Wasylewskiego tak bardzo nienawidzący króla Jerzy Łojek.
Nie miał przeto racji Andrzej Zahorski, pisząc: "Szeroko i chętnie były cytowane popularne książki Stanisława Wasylewskiego"21. Choć uchodzi za wybitnego znawcę polskiego romantyzmu, i to tak dalece, iż jeden z krytyków napisał, iż Życie polskie w XIX wieku to właściwie Polska epoki Mickiewicza, współcześni nam badacze tej epoki literackiej wydają się go nie dostrzegać. Daremnie by więc szukać nazwiska Wasylewskiego w miniencyklopediach poświęconych Mickiewiczowi czy Słowackiemu. Nie pojawia się on także w zarysie Romantyzm (1997), pióra Aliny Witkowskiej i Ryszarda Przybylskiego, ani w pracy Marii Janion i Marii Żmigrodzkiej, Romantyzm, i historia (1978). Dostojny Słownik literatury polskiej XIX wieku (1985) ograniczył się do zaczerpnięcia z Wasylewskiego jednego cytatu o sztambuchach22.
To pomijanie Wasylewskiego Jerzy Pośpiech tłumaczy na różne sposoby. Dał się poznać jako znawca doby oświecenia, ponieważ prace na ten temat publikował także zbiorczo, w kolejnych książkach, a więc jako pozycje zwarte, często zresztą wznawiane. Natomiast eseje dotyczące romantyzmu nigdy nie doczekały się zbiorowych publikacji. Pozostają porozrzucane po różnych czasopismach. Ale przecież nie da się tego powiedzieć o Życiu polskim. w którym przedstawiciele romantyzmu zajmują tak wiele miejsca. Bardziej ważną wydaje się inna przyczyna wymieniana przez Pośpiecha, a mianowicie programowe unikanie ujęć syntetycznych nawet wtedy, gdy sam tytuł publikacji domagał się tego lub zapowiadał. Tymczasem Wasylewski "(...) ani razu nie pokusił się, czy nie odważył, na syntetyczne opracowanie, na jakąś globalną, całościową próbę oceny dokonań polskich romantyków". Nie będąc przygotowany do jakichś gwałtownych odkryć historycznoliterackich "(...) świadomie uciekał w znany mu świat bibliografii, obyczajowości i sensacji, miast wziąć do ręki teksty i dokonywać analiz czy interpretacji". Przede wszystkim troszczył się o to, aby "(...) odbiorca jego tekstów nie utrudził się zanadto, by miał jedynie przyjemność, za to bardzo kulturalną i wytworną". Dlatego stronił "od wyposażania publikacji w treści o cięższym ładunku i znaczniejszych korzyści naukowych". "Można w tym miejscu westchnąć z żalem - pisze Pośpiech - i dodać "szkoda", gdyż przejawiał wyraźne skłonności do prac historyczno - i krytycznoliterackich"23 Sądzę, że dziś może nie wszystko by Wasylewski zrozumiał z uczonych rozważań współczesnych nam znawców romantyzmu i z pokorą poprosił o wyjaśnienie takich pojęć jak "trauma" czy "paradygmat romantyczny".
Marta Piwińska uszczypliwie pisze o jego uwagach na temat miłości romantycznej, że brzmią dziś "naiwnie i fałszywie". Wywody Wasylewskiego porównuje do protekcjonalnego poklepywania romantyków po ramieniu, "niczym dobry stryjaszek Radost pannę Anielę", co z kolei Pośpiech uważa za sąd zdawkowy i na pewno krzywdzący24.
O ile "pierwszą amnestię" Stanisława Wasylewskiego przyniósł przełom październikowy, to następna przyszła wraz z odzyskaniem suwerenności, a więc po 1989 r. Już 12 grudnia tegoż roku odbyła się sesja naukowa w Opolu, poświęcona jego życiu i twórczości. Jej wyniki zostały opublikowane w 1991 r. Wasylewskiemu także poświęcono specjalny numer "Kwartalnika Opolskiego" (nr 4 z 1994 r.). Ukazały się również oddzielne publikacje, żeby wymienić choćby broszurę Adama Wiercińskiego Dyskretny erudyta (O pisarstwie Stanisława Wasylewskiego) (Opole 2003).
We Wstępie przytoczyliśmy wiele krytycznych uwag o książce Wasylewskiego. Warto wszakże przypomnieć, iż przez ostatnie półwiecze badania nad XIX stuleciem posunęły się olbrzymimi krokami naprzód. Na wielu odcinkach została stworzona jego nowa wizja, pozostająca w zrozumiałej sprzeczności z tym, co był pisał autor Romansu prababki - w zrozumiałej, gdyż postęp nauki z reguły dezaktualizuje nawet te osiągnięcia naukowe minionych badaczy, dzięki którym ów postęp był możliwy. Każde pokolenie uczonych może bowiem powtórzyć, parafrazując Asnyka: "i nasze gwiazdy, o badacze młodzi, w ciemnościach pogasną znów"25.
W tych warunkach rodzi się oczywiście pytanie, czy należy wznawiać prace naukowe, które nie odpowiadają już aktualnemu stanowi badań, czy nie będzie to dezorientowało współczesnego czytelnika, dla którego Wasylewski może stanowić bezsprzeczny autorytet. Nie ulękli się tego niebezpieczeństwa wydawcy "Biblioteki Klasyków Historiografii", jak również klasyków naszej wiedzy o literaturze, dzieł Stanisława Pigonia czy Juliusza Kleinera, a sięgając do wcześniejszych generacji - Wilhelma Bruchnalskiego, Ignacego Chrzanowskiego lub Stanisława Tarnowskiego. Wszystkie te prace, mimo że częściowo zdystansowane przez późniejszy postęp badań, stanowią nadal żywotną i cenną część naszego dziedzictwa kulturowego, wchodzą do złotego skarbca polskiej humanistyki, który mamy obowiązek zachowywać w trwałej pamięci pokoleń. To samo da się również powiedzieć i o Życiu polskim w XIX wieku. Po ukazaniu się pierwszego wydania recenzenci, nie zamykając już wówczas oczu na różnorakie braki, luki i potknięcia tej syntezy, cieszyli się z pojawienia na rynku księgarskim dzieła, w którym każdy mógł znaleźć jeśli nie przydatne, to na pewno interesujące informacje. Książki stanowiącej poza wszystkim innym przednią lekturę. Dziś, gdy praca Wasylewskiego zostaje powtórnie wydana, jej czytaniu winna towarzyszyć świadomość, iż mamy do czynienia z dziełem powstałym przed prawie sześćdziesięciu laty, uwarunkowanym ówczesnym stanem wiedzy i towarzyszącymi mu horyzontami badawczymi. Pisanym w czasach, gdy historycy literatury starali się pisać atrakcyjnie i w sposób zrozumiały nie tylko dla wąskiego kręgu fachowców.
Empire - styl Cesarstwa. - Orzeł i kokarda. - Rekwizycja - kwatera - biuro. - Podróż do Kalopei. - Epidemia łez i mdłości. - Precz z Uzurpatorem! - Blaski i cienie wojska. - Miłość - taniec - kobieta. - Pogarda dla języka ekonomów.
Empire - styl Cesarstwa
"Dla większości mężczyzn przestały istnieć rozkosze życia domowego - wzdycha Talleyrand w swych pamiętnikach. - Napoleon nie pozwalał nikomu przywiązać się do nich! Porwani szybkim biegiem zdarzeń, gnani ambicją, ogarnięci ogólną atmosferą wojny i zmian politycznych - nie mogli ludzie poświęcać należytej uwagi sprawom prywatnym. Wstępowało się do własnego domu jak na wizytę. Dom własny uważano za chwilowe schronienie".
Gniewało to tym bardziej, że umieli sobie ludzie napoleońscy urządzić życie przytulnie i tak urzekająco pięknie jak dawno nikt na świecie. Percier i Fontaine1 byli twórcami stylu Cesarstwa w architekturze, którego monumentalnym do dziś przejawem jest Łuk Triumfalny na placu Karuzeli w Paryżu. Artyści umieli połączyć tradycję budowniczą i zdobnictwo starożytnego cesarstwa rzymskiego z wymaganiami czasu, z pyszałkowatymi zachceniami Bonapartego. Budowle w stylu Cesarstwa biją inne style monumentalnym spokojem czy dostojeństwem. Choć niewiele jest w nich oryginalności. Często są to jeno kopie zabytków rzymskich, rotundy, kolumnady, attyki, obeliski, meandry, podrabiające udatnie renesans w najlepszych jego kreacjach.
Z pomysłów stolarza angielskiego Chippendale'a2, który umiał połączyć niespokojne, łamane formy rokoka z harmonią antyku oraz gotyku, korzystają meble empirowe. Wielki przepych ożeniony z celowością i prostotą. Papuzie barwy zastępuje złoto i biel. Smukłe fotele, stoliki na wysokich ptasich jakby nóżkach, zgrabne, kuszące kozetki - "szeptaczki". Wszystko z mahoniu, wszystko aż kapie od brązu, nadmiaru okuć, antab, orłów cesarsko-rzymskich i lwów. W liniach wiernie klasycznych. Zachwycające, lekkie i zwinne, bo obracające się zwierciadło zmusza przeglądających się do uśmiechu. Fotel - ileż lotniejszy od późniejszego, ciężkiego "fa-tersztulu" Biedermeiera - wybity karmazynowym adamaszkiem, przesycony złocistymi esami-floresami, które pokornie okalają cyfrę uzurpatora N w wypukłym hafcie. Przewiele kobiet miało ją wyrytą w swych sercach, jedna Maria Walewska skosztowała... doustnie. Gdy usiądziesz w fotelu empirowym wspartym na masywnych lwich nóżkach, dotykasz dłonią nagiej piersi kariatydy, niewolnicy egipskiej, która ci życzy wygodnej, ale krótkiej drzemki. Zegar empirowy na rowkowanej, ściętej kolumnie z rzymskim kagankiem wybija godziny "tylko szczęśliwe". Innych znać nie chce. Mały okrągły budzik przy wspaniałym w liniach łożu empirowym przerywa sen, gdy werbla zagrają cesarscy trębacze. Bajkowym kantorkiem, sekretarzykiem nie masz nawet czasu się zachwycić. Specjaliści umieją odróżnić pewne cechy wytwarzanych w Warszawie i Wilnie mebli, szczególnie sekretarzyków. Nasze sfery posiadające mogły do przywoźnych znamion stylu tej epoki dodać odwieczną polską pasję puszenia się "strojno, piórno, szabelno", by zaćmiewać blaskiem bogatych ozdób-kosztowności. Szczególnie w występach publicznych, na balach oficjalnych, na posiedzeniu Sejmu z r. 1812 zespoliła się ta chętka magnatów z modą przywiezioną przez wojska francuskie do Warszawy.
Umiłowanym instrumentem epoki, źródłem nastrojów sentymentalnych jest harfa. Gdy wskrzeszonemu narzędziu muzycznemu antyku dodano z końcem ubiegłego stulecia pedały, damy zaczęły szaleć, spostrzegłszy, że gra na harfie, potrącanie o jej struny w pozycji siedzącej daje sposobność do ujawnienia wdzięku obnażonych ramion i rąk. Sentymentalistki nuciły, szarpiąc struny, pieśni słynnego wieszcza nocy księżycowej, Osjana3. Do najulubieńszych należała pieśń Ludwika Kropińskiego4: "Te brzóz kilka, ten brzeg wody tak mi wiele przy-y-y-pomina!". Ale pomimo zastosowania dwóch pedałów harfy...rarda5 musiały ustąpić miejsca wprowadzonemu przez romantyków fortepianowi.
Gdy Diana w komedii satyrycznej Słowackiego wzbrania się oddać rękę bogatemu Fantazemu, hrabia ojciec krzyczy: "A ty głupia fircynelo myślisz co? Z torbą po kawałek chleba... a starych nas dwoje ze Stellą za tobą grać po kawiarniach w Kijowie na starych harfach?!"6. Piękny instrument zdeklasowany bezmyślnie na oczach pokolenia. Doczeka się jednak odpłaty, poetyckiej przynajmniej; na szczyty patosu artystycznego wyniesie harfę autor Lilli Wenedy, czyniąc z niej arkę przymierza, symbol mocy polskiej kryjącą. Ta harfa króla Derwida to chór dwunastu harfiarzy, śpiewający hymny wiary w moc narodu o sile akordu poetyckiego, jakiej niewiele w poezji romantycznej!
Orzeł i kokarda
Złote, dziobiące i zaborcze orły napoleońskie miały tę zaletę, że zbudziły Białego z apatii, śpiączki, rozpaczy. Podniósł dziób, zobaczył słońce i usiłował rozwinąć skrzydła do lotu. Ale je rychło zwinął, zorientowawszy się w miałkości napoleońskich obietnic. Wnet w r. 1806 ożywia się ponownie. I znów próbuje lotu, ufając w te pozłocone od słońca pióra. Wszystkie zabory śpiewają w ekstazie: "Za złotym orłem pójdziemy rozszerzyć nasze ziemie!". Należy mocno podkreślić: to jest pierwszy zryw masowego, ogarniającego wszystkich, czynnego patriotyzmu w nowym stuleciu. Przodują kobiety, które "wyrazu ojczyzna nie mogą słyszeć bez gwałtownego wzruszenia". Napoleon nie rozumiał, że dotknął żyły potężnej, kryjącej entuzjazm narodu, i nie potrafił z niej skorzystać!
Wyniedzielniony Lwów płacze z radości na widok pierwszych kurtek granatowych z amarantem, ale i niedługo może się nim cieszyć. W to miasto pod Wysokim Zamkiem piorun uderza pierwszy. Gdy austriacki generał Egermann przepędził bez trudu garstkę zdobywców, beamteria niemiecka jęła triumfalnie iluminować miasto, ultralojalny arcybiskup Kicki7 zaś wystawił na balkonie swego pałacu przeźrocze z czarnym orłem dwugłowym z trofeami zwycięstw - piętnastoletnia Puzynianka8 nie mogła dłużej wytrzymać w pobliskim konwikcie sakramentek. W męskim przebraniu dostaje się chyłkiem do pałacu, rozpruwa nożem przeźrocze, drąc w kawałki jedną z głów czarnego ptaka. Podobno i arcybiskupowi dostała się od niej reprymenda, gdy ją przesłuchiwał. Śpiewające przedmieście Łyczakowa przyklasnęło wyczynowi od razu:
Już była późna godzina, kiedy wpadła heroina,
W dobrej minie i humorze, na kawałki orła podrze:
A urwawszy jedną głowę, do Kickiego zwraca mowę:
"O, ty wyrodku Polaka, zimny na przyjście rodaka,
Za dzisiejsze twoje fety spodziewaj się tej odwety.
Jak się w podobnej sprawie dawniej trafiło w Warszawie,
Gdzie infuły i purpury podnoszono do góry...".
Tym mu przyjaźń okazała, gdy mu prawdy nagadała.
Nad którą tak się zdumieli, że jej przetrzymać nie śmieli.
Potem szczęśliwie tam wyszła, skąd znienacka była przyszła.
A chociaż lud oświecony zrobił z tego zabobony,
Jednak to głosić nie skąpią: że dwa jednemu ustąpią!
Omamiony nową złudą, poszybował Orzeł Biały za uzurpatorem na Moskwę w r. 1812. Zwycięzca spod Raszyna szedł na czele korpusu polskiego. Czyż można się dziwić, że "wesołość powszechna wstąpiła we wszystko, co tylko polskim oddychało powietrzem". Sejm, naprędce zwołany, powołał naród pod broń. "Będzie Polska, co mówię, już jest!..." - wołał ztrybuny Matuszewicz9.
A wtedy panie przystroiły się w kokardy. Podobnie, jak ich matki w pierwszą rocznicę Ustawy majowej. W kolorach nieco innych, z konfederacji barskiej: szafir z amarantem ze wstążek uwity. Wybrana deputacja powiozła uroczyście pierwszą kokardę do Łazienek, by ją przypiąć Janowi III na pomniku. Na lewej ręce powyżej łokcia. Potem sztabowy oficer proszony był, aby drugą ofiarował w kwaterze głównej Napoleonowi. Niechaj pamięta, co przyobiecał. Trzecim z kolei był najgodniejszy Tadeusz Kościuszko. Zebrane w Paryżu polityczki polskie organizują uroczystość w Mons. Przybył Naczelnik. Przytomna tej chwili Francuzka, madame Bawr10, pisze w pamiętnikach: "Widzę jeszcze tego dostojnego starca, pamiętam doskonale wyraz jego oblicza, naznaczonego melancholią, przepojonego srogością. Nie mówiąc ani słowa, zbliża się powoli do pani domu i zrywa najspokojniej z jej ramienia kokardę o barwach narodowych. Nie tylko nie dał jej sobie przypiąć, ale jeszcze zerwał ją z ramienia kobiety. Panie pobladły. Mróz przeszedł całe towarzystwo mimo upalnej nocy lipcowej. Bo któż mógł lepiej aniżeli Kościuszko wiedzieć, jak daleko sięgają zamiary Napoleona wobec Polski".
W ogólnej depresji nikt widzieć nie mógł, że czas ów niesie też błogosławieństwo naszej kulturze. Dwoje niemowląt ujrzało świat w r. 1812. Jedno trzymała do chrztu pani Walewska, był to Zygmunt Krasiński, przyszły wielki poeta, autor Nie-Boskiej komedii, wieszcz prawd, które sprawdzą się pojutrze!... I drugi - z kresów dalekich, ten, który miał wytrącić Polakom z ręki romanse francuskie, nauczyciel czytania powieści rodzimej: Józef Ignacy Kraszewski.
Rekwizycja - kwatera - biuro
"Polacy! Od was zależy istnąć i mieć ojczyznę. Wasz zemściciel i wasz twórca się zjawił!" - tak wołali pogromcy Prusaków pod Jeną, Jan Henryk Dąbrowski i Józef Wybicki we wspólnej odezwie wydanej w Poznaniu w imieniu Napoleona Bonapartego. Jak nowomodna, cudotwórcza iskra elektryczna oddziałało to zwycięstwo na społeczeństwo, przekonane, że już wszystko na wieki stracone i pozostanie chyba tylko bezczynne życie na odludziu wiosek i dworów szlacheckich. Murat11 zdążający na czele wojsk francuskich w teatralnym stroju z aksamitów, strusich piór i guzów złotych ku Nowemu Światu w Warszawie rozpalił do najwyższego stopnia optymizm ulicy, mieszczaństwa, szlachty. "Ogarnął nas szał - pisze człowiek współczesny - szał ubóstwienia Francuzów, nie dozwalający rozeznać rzeczywistości od złudzenia, wtedy nawet gdy same fakty powinny były zniweczyć ułudę naszą".
Zwycięzca poradził sobie z tym szałem Polaków szybko. Najsampierw dwie siostry o nieznanych dotąd w Polsce imionach przyjechały w ślad za orłami złotymi z Paryża: rekwizycja i kwatera, oblewając szalejących zimnym strumieniem. I brata przywiozły też, nieznajome Polsce niemowlę: biuro. Rozpróżniaczeni pogrobowcy tkwili w kancelariach kwaterunkowych i ewidencyjnych, nierychło zmieniając się w kastę biuralistów. Już przyjemniejszą wydała się inna nowość: publiczne jadłodajnie, otwarte ku zdumieniu mieszkańców przez cały dzień.
Szumnie proklamowane Księstwo Warszawskie, gdzie król był saski, pieniądz pruski, wojsko polskie, a kodeks francuski, sprawiło zawód ogólny. Kontrahenci odezwy wstępnej poznańskiej nie mieli żadnego głosu. Członków Komisji Rządzącej nazywano "braćmi śpiącymi". Cieniem ponurym kładł się na sytuacji ogólnej konflikt między wodzem naczelnym, ks. Józefem Poniatowskim, a ofiarnym twórcą Legionów włoskich, generałem Dąbrowskim. Napoleon wynagrodził go za znaczne wydatki na organizację siły zbrojnej we Włoszech - brakiem zaufania, ale i fundacją (Winnagóra) wartości miliona ówczesnych franków. Marny człowiek, choć bitny żołnierz, generał Zajączek, otrzymał wspaniały klucz 61 wsi w ziemi kaliskiej z pałacem w Opatówku. Naczelny wódz, którego naiwnie winiono osobiście za owe nieznośne rekwizycje i kwaterunki, nie cieszył się jeszcze sympatią i nie zasługiwał na nią. Pamiętano mu, że w okresie pruskiej okupacji w kompanii wesołych dam i paniczyków w pałacu Pod Blachą dawał dowody wątpliwej tężyzny; wysokie stawki przy stolikach faraona, kąpiele w hektolitrach burgundzkiego wina, flirty "bilardowej junakierii" w Ogrodzie Saskim - oto czym słynęli blaszani rycerze. Odróżniali się popielatym kolorem fraków z czarnymi, haftowanymi złotem kołnierzami. Przesadą byłoby winić tych hulaków o pustki w teatrze polskim, a komplety we francuskim. Sam książę Pepi wyznał szczerze, że brak mu danych do pilnowania tradycji i obyczajów krajowych. Miał wiele racji obiegający stolicę dwuwiersz:
Polak jeszcze po polsku pisze i czyta,
Bo nie cała Warszawa b l a c h ą jest pokryta.
Wcielone w system gospodarczy kolosa napoleońskiego, wysysającego je bez litości, znalazło się Księstwo w obliczu wyrzeczeń, o jakich Polacy dotąd w ogóle nie mieli pojęcia. Zwalono sezonowemu państewku na kark olbrzymie ciężary, koszta administracji, biurokracji i furażu dla czterdziestotysięcznej nienażartej, grymaśnej armii. "Ależ my tu z głodu poumieramy" - jęknęła pani Węgorzewska, gdy gen. Hautpoul całą oborę zarekwirował12. "W każdym razie Francuzi umrą ostatni" - odpowiedział dwornie Francuz.
"Odkupując chleb, wodę i sól z gruntów własnych, po naszych się ulicach rozmówić nie możem. Wkrótce miasto żożmanów i bławatów jasnych, kusy kubrak z pakłaku13 na grzbiet własny włożym" I nie była to przenośnia poetycka. Były marszałek Sejmu Wielkiego, Małachowski, biegał po całym mieście, by pożyczyć parę dukatów, bo miał wieczorem gościć u siebie Napoleona.
Prasa nudno-oficjalna była bez wpływu i czytelników. Nikt się nie interesował "Gazetą Warszawską" czy "Gazetą Korespondenta". Dopiero po latach żywo redagowany "Kurier Warszawski"14 wywoła przełom w stosunku społeczeństwa do prasy. Dziś w Księstwie chętniej podają ucha ulotnym, wszędzie docierającym ucinkom, satyrom, konceptom. Postawa moralna ogółu szlacheckiego i mieszczańskiego przedstawia się smętnie. Waleczny poeta legionista, Godebski, tak ją ujmował w listopadzie 180715:
Mogęż bowiem rachować na pomocy w kraju,
Gdzie pamięć na zasługi nie jest we zwyczaju,
A duma przed wartością wynosi łeb hardy,
Gdzie dosyć być ubogim, by doznać pogardy?
Gdzie żadnego nie mają na przymioty względu,
Cnota niczym, a podłość drogą do urzędu.
Gdzie często, co mi wyznać przychodzi z boleścią:
Trzeba mieć do nadgrody porękę niewieścią?
Patrz, jak słowo ojczyzna na szyderskiej twarzy
Wzbudza uśmiech złośliwy i hasło potwarzy
Wpośród rodaków, którym - z bólem rzec to muszę -
Nieszczęścia zamiast podnieść, osłabiły duszę!
Ludzie przyzwoici byli w mniejszości, bez posłuchu i znaczenia. Kto nie grał w karty, stronił od pijatyk, nie tańczył modnego kontredansa - cieszył się w domu czytaniem ulotnych pisemek i wąchał tabakę. Niuch tabaki jest nieodłącznym towarzyszem. Nie tylko Podkomorzy w Panu Tadeuszu co chwila dzwoni w złotą tabakierkę. Napoleon w Warszawie, przyjmując deputację, wyjął z kieszeni złożony kartelusz papieru i oddając go Kochanowskiemu16, lodowato rzekł: "Oto spis potrzeb mojego wojska. Jeśli w 24 godzin nie będą dostarczone, będziesz waćpan rozstrzelany!". To rzekłszy, dobył tabakiery, do której machinalnie sięgnął Kochanowski i zażył. Napoleon roześmiał się: "Cóż za diabelny człowiek! Obiecuję go rozstrzelać, a on bierze niuch tabaki, niby na podziękowanie!". Jeszcze w r. 1829 dowcipkuje Żółkowski ojciec w swym "Momusie"17: "Są pasibrzuchy i pasi-nosy; tamci do nakrytego stołu, ci do odkrytej tabakiery się garną". Ucieczką zdenerwowanej zbiorowości jest drugi narkotyk: lulka. Miętosząc ją w zębach, idzie z flegmą do ataku ks. Józef w Lasku Falęckim pod Raszynem. Nieprędko wytrąci ją z użycia droższe i tylko zamożnej burżuazji dostępne cygaro.
Podróż do Kalopei
Nie bacząc na czasy niestosowne - ostatni maruderzy po klęsce Wielkiej Armii jeszcze niepokoili kraj - złożył Wojciech Gutkowski rękopis swej Podróży do Kalopei w kancelarii Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Kalop jest anagramem Polaka, a Kalopea oznacza Polskę. Jest to powieść utopijna, w której autor skreślił obrazy idealnego społeczeństwa przyszłości18.
Bolesław Śmiały, pokonany przez papieża w walce o godność państwa polskiego, opuszcza wraz z przyboczną drużyną ojczyznę i zakłada w głębi Australii nowe społeczeństwo. W Kalopei nie ma zupełnie własności prywatnej. Z wygód życiowych korzysta każdy z członków gminy według stopnia zasług, jakie położył w pełnieniu obowiązków obywatelskich. Obywatel I stopnia ma do dyspozycji dwa ładnie umeblowane pokoje, obywatel II stopnia piękniejsze urządzenie, liczba izb mieszkalnych i komfortu rośnie w dalszych stopniach zasługi. Komórką społeczną jest gmina ze starostą na czele. Na każde 10 morgów przypada jedno małżeństwo. Urzędników jest mało, tylko najkonieczniejsi. Rzemieślnicy każdego zawodu tworzą gminę osobno, mamy tedy w Kalopei osobną gminę stolarską, kowalską, szewską, krawiecką i in. Gmina nie może liczyć więcej niż 500, a mniej niż 150 członków. Wyprodukowane środki żywności dzieli się na 3 części do rozdziału pomiędzy stolicę państwa, miasta powiatowe i własne zapotrzebowanie. Własności prywatnej nie ma. Nie ma też stanu duchowego. Rząd składa się z 24 osób z kasztelanem na czele. Członkowie rządu są obierani z listy kandydatów podanych przez ogół obywateli.
Projekt Gutkowskiego, oficera artylerii i zapalonego ekonomisty, był bardzo interesujący, wyprzedzał pomysłami reformy społecznej wszystkich myślicieli zachodnich z Fourierem i Saint-Simonem na czele. Trudno się dziwić, że nie znalazł łaski w r. 1817 i dopiero w sto lat później został wydobyty w streszczeniu z ukrycia.
Epidemia łez i mdłości
Jakiś dyplomata zagraniczny zwiedza słynne po świecie zbiory śmiesznych osobliwości oraz istotnych dzieł sztuki ks. Radziwiłłowej w Arkadii pod Nieborowem na piaskach Mazowsza19. Z zachwytu popada w rozkoszną niemoc. "Oparłszy się o drzewo, zdołałem wyszeptać tylko: Wybacz, księżno, ale to wszystko jest tak nieziemsko piękne, że nie mogę...".
Ludzie spopielałego rokoka, tęskniący stale do autentyzmu uczuć, potępianych przez filozofię racjonalizmu, popadli wreszcie w drugą ostateczność: sentymentalizm. Zapanowała masowa psychoza czułostkowości, epidemia łez, mania roztkliwiania się nad byle głupstwem. Dawne "spazmy modne" zastąpiono histerycznymi wybuchami płaczu. Szlochają nie tylko kobiety podczas lektury, aż książki butwieją z wilgoci; płaczą żołnierze w obozach, dyplomaci w gabinetach. Maria Teresa, chlipiąca przy podpisywaniu aktu pierwszego rozbioru, była dzieckiem tej mody. Jakaś polska wariatka, zresztą kuta na cztery nogi w interesach, odbędzie pielgrzymkę do grobu Petrarki we Włoszech, aby zapłakać nad kościotrupkiem ukochanego kotka poety, albowiem zdechł przed 400 laty. Obowiązują czułostkowe minoderie w mowie potocznej, nieznośnie rozpieszczonej. Madame Siwula donnez moi mleka! - mówić się powinno do krowy.
Sentymentalizm już od kolebki paczył, wynaturzał dusze, ucząc obłudnej ckliwości, zniekształcając przeżycia. Wychowywano przyszłych romantyków jak pod kloszem cieplarni na rośliny wątłe, egzotyczne, które powinny były więdnąć w twardym klimacie wieku. Czyż dziw, że taki żarliwy duch rewolucjonista, jak Słowacki, rozmijał się przez całe niemal życie z realnym nurtem rzeczywistości, skoro był wychowany przez sentymentalistkę matkę w ścisłym odosobnieniu od codziennego życia miasta i wsi. "Płaksa rozpieszczony przez matkę" - zdaniem guwernera20, włos miał "co dnia trefiony ręką dziewic gładką" jako berbeć kilkuletni portretowany w postaci amorka. A później, w pamiętniku swym scharakteryzował swą matkę jako typową, "zawsze płaczącą" sentymentalistkę: "Od dzieciństwa nigdy się nie zajmowała żadną pracą kobiecą, dając przewagę imaginacji, karmionej ciągle czytanymi romansami. Koloryt tych książek przydawał nowy wdzięk do jej rozmów".
Słuchając Poloneza Kościuszki, ludzie nie mogą powstrzymać łez. Można ich zrozumieć, a już najbardziej sędziwą, ślepnącą arystokratkę, Fryderykową Lubomirską21, opromienioną uczuciem Naczelnika, gdy jeszcze nie był wielkim ani sławnym. Na wszystko już nieczuła, wzruszała się do łez, odnajdując - jak świadczy Franciszek Liszt - te dźwięki po klawiszach klawikordu, których już dojrzeć nie mogła.
Matka Krasińskiego, Radziwiłłówna z domu22, nie pozwalała uczyć go po polsku, gdyż dźwięki mowy gminnej przyprawiały ją o mdłości i ból głowy. Jeden Mickiewicz mógł nazwać swe dzieciństwo sielskim-anielskim: starczyło mu wybiec do poczekalni ojca adwokata, aby nawiązać łączność z wszystkimi stanami, w izbie czeladnej stara Gąsiewska śpiewała pieśni ludowe, Grzegorz bajki opowiadał23, po których z Jankiem Czeczotem24 gnali na wieś, na jabłka...
Tym ci gorzej, że trzy poważne, europejskiej miary zjawiska literackie petryfikują stan chorobowy. Cierpienia młodego Wertera (1774), głośna w całym świecie powieść Goethego, której bohater pod wpływem nieszczęśliwej miłości kończy samobójstwem; Nowa Heloiza - słynnego filozofa francuskiego Rousseau (1760), zachwycająca czytelników listami pary kochanków, mieszkających u podnóża Alp, i ckliwymi opisami przyrody. Nastrojową dekorację w tych wybuchach miłości stanowią ulubione pieśni Osjana, nazywanego "Homerem Północy". Do obowiązkowych rekwizytów maniery sentymentalizmu należą, z rozkazu Osjana, ruiny zamczyska w bladym świetle księżyca, szlachetny bard-śpiewak, uciśniona dziewica, pełni niedomówień, związani tajemnicą, którą zwykle nagły błysk światła demaskuje. Znamienne, że ów rzekomy "Homer Północy" był tworem zręcznej mistyfikacji, co później wyszło na jaw. Sfabrykował go Szkot Macpherson w latach 1761-1763 i wydał jako stary zabytek szkockiej poezji ludowej!
Późniejszą, uromantycznioną z lekka karykaturą sentymentalisty jest Hrabia w Panu Tadeuszu. Śmieszny i śmieszący swą tęsknotą do przygód rycerskich, podejściem do miłości i kobiet. Hrabia, który zawsze i wszędzie tematów do obrazów szukał i nawet w ładownicy szwoleżerskiej miał sprzęt podróżny do malarstwa.
Wiele złego wyrządził sentymentalizm. Odbierając młodym uczucia realnej rzeczywistości, nie zaprawiał do walki z trudnościami, lecz skazywał na śmieszące, bezpłodne marzycielstwo.
Precz z Uzurpatorem!
Hrabina Waleria Tarnowska z Dzikowa25 jest nie tylko wybitną miniaturzystką, ale też zapaloną republikanką. Wyjeżdża do Italii, by się uczyć historii, sztuki i techniki malowania, ale też aby poznać Letycję Bonaparte26. Ledwie zdołała skończyć kopię użyczonego jej przez matkę portreciku Pierwszego Konsula, gdy bezgraniczne uwielbienie dla jego czynów i osoby zmieniło się w takąż samą nienawiść i tak jest uzasadnione w dzienniku podróżnym hrabiny z lat 1803-1804: "Wielki Buonaparte zniżył się tak dalece, że sięgnął po tytuł cesarski! A więc zasługi Wodza, Obywatela, Konsula - przyćmione zostają koroną i to dziedziczną? Więc rewolucja francuska tylko na uznaniu dynastii się skończy? Oby wielki bohater nie przypłacił nowego tytułu życiem, tak bardzo dziś potrzebnym Francji...".
Podobnie myślała już nieco wcześniej p. Chołoniewska, zwierzająca się filozofowi Śniadeckiemu: "Gdy mię oszukał Napoleon, gniewam się trochę na niego, a jeżeli się nie ogłosi Imperatorem, to mu przebaczę, bo jeszcze wątpię, aby tak pięknie nabytą sławę próżnością osobistą chciał zmazać".
Większość narodu podzielała to zapatrywanie. Podziwiano zwycięzcę spod Lodi, Piramid, Marengo. Uwielbiano administratora, twórcę nowego kodeksu praw, opiekuna nauk, mecenasa sztuk. Ogarnęła go podówczas pycha nienasycona, ambicja nienażarta, duma nieuskromiona. Jedni krzyczeli: "Oto Robespierre na koniu!", drudzy krzyczeli: "Karol Wielki zmartwychwstał!". Gdy po koronacji przez papieża Piusa VII, który umyślnie przybył do Paryża - kładł w maju 1805 koronę żelazną w Mediolanie, co jej więcej niż tysiąc lat nikt na skroniach nie nosił, głowa syna adwokata z Korsyki oszalała zupełnie. Za nic mu już lilie burbońskie: na płaszczu koronacyjnym każe haftować pszczoły Merowingów! Odrzuca pokój, ofiarowany mu przez sprzymierzonych, chociaż dają Francji granice, o jakich nie marzył król królów - Ludwik XIV.
Kościuszko przejrzał Napoleona na wylot. "W dobrej jesteś szkole - mówił do młodego Chłapowskiego27 - ale nie pochlebiaj sobie, że on Polskę wskrzesi, on tylko o sobie myśli, zaspokojenie ambicji osobistej to jedyny cel jego, nic trwałego nie stworzy, ale oficjerów niechaj nam wykształcą". Choć całe państwa starożytne nie liczyły tyle ludności, ilu żołnierzy walczyło za Napoleona, choć chwała jego ze wszystkich dotąd największą była - Polacy stracili serce dla Uzurpatora. Dopiero gdy ten człowiek, który nigdy nie patrzył w oczy, omamił ich kłamliwą obietnicą, kontrasygnowaną przez dwóch najpierwszych mężów tego czasu, naród zatchnął się w oczekiwaniu. Napoleon na każdym kroku wycofuje się i osłabia obietnicę Wybickiego. Członków deputacji zapytał wręcz: "Wszak jesteście panowie warszawiakami?". Łubieński: "Jesteśmy Polacy i przybywamy z wyrazem hołdu". "Tak - powtarza Napoleon, jakby nie słyszał - jesteście warszawiakami". Robi później wszystko, by zrazić społeczeństwo. Bezwzględne poczynania wkraczającej armii i szczere wynurzenia Napoleona ostudziły entuzjazm szybko. "Jeśli natychmiast wszystko i w obfitości dostarczone mi nie będzie - brzmiały pierwsze słowa Napoleona w Warszawie w r. 1806 - spalę kraj i zostawię pod kijem wrogów!". Panny pyta, ile mają dzieci; młode mężatki, czy synowie ich służą w wojsku. Hrabiego Szołdrskiego, który jako żywo nigdy nic nie robił i nawet "prawa pierwszej nocy" nie raczył wykonywać osobiście, zagaduje: "Więc pan masz fabrykę porcelany, ilu w niej robotników pracuje?". "Czy Polacy w ogóle mają literaturę?" - pyta profesora, który był ojcem. Juliusza Słowackiego! "Jakiej chemii uczy pan tutaj?" - zagaduje od niechcenia Jędrzeja Śniadeckiego w r. 1812. "Tej samej, którą uczą w Paryżu!" - odpowiada Polak i czyni później przenikliwe spostrzeżenie: "Ten człowiek nie dokona już rzeczy wielkich, przybity jest jakąś nurtującą go chorobą". Chyba tylko służalcy w rodzaju gen. Wincentego Krasińskiego mogli znosić takie odezwania się: "Wynoś się, błaźnie, bo dostaniesz kopniaka w tyłek!...". Zawiodła kompletnie pani Walewska. Może nie dlatego, że była za głupia, ale z nadmiernej ambicji. Posłuchała "siedmiu braci śpiących", gdy nakazali jej w interesie sprawy poświęcić się dla szczęścia 20 milionów rodaków, odmawiała później stale, gdy domagano się interwencji. Zapewne w trafnym poczuciu bezsiły. Porównanie szumnych obietnic z rzeczywistością, z wysiłkami i zapałem wojska polskiego, ciągłe darowizny z cudzej kieszeni, ciągnienie olbrzymich dochodów z ubożejącego kraju - wywołało wrogi zryw opinii publicznej. "Oficjerowie, mimo przysięgi na wierność, poważają się po oberżach, bilardach i gdzie indziej używać słów nieprzyzwoitych, uwłaczających". Nie lękał się Napoleon, znając psychologię narodu. Oni tylko bić się umieją, ale żądać czegoś - zgodnie i konsekwentnie nie potrafią nigdy! Za zdobytą chorągiew brał każdy Francuz przepisowo 100 napoleonów (od 20-40 franków w złocie), Polak - nigdy nic. Nie chciał, za Boga. Moi non d'argent - bąkał każdy w murzyńskiej francuszczyźnie - moi Legion d'honneur28.
Cesarz z wykrętną szczerością oświadczył Narbonne'owi29, że pragnie mieć w Polsce "obóz, a nie forum, a klubu dla demagogów otworzyć nie pozwoli". Gruntownie zmienił zdanie dopiero na Wyspie św. Heleny.
Pecha osobistego przynosił Napoleon komediopisarzowi Fredrze, który pełnił obowiązki adiutanta w Wielkiej Armii. Ilekroć pojawił się służbowo w pobliżu cesarza, zrywała się szalona kanonada, pękały pociski. Opowiada o tym zabawnie, z humorem, w pamiętniku Trzy po trzy: "Dla ludności stołecznej Starego Miasta, Mokotowa, Żoliborza miarodajna była wróżba w dzień imienin Napoleona, 15 sierpnia 1811 r. Zgorzało wtedy przeźrocze, przedstawiające na jednym z gmachów rządowych cesarza, podnoszącego zemdlałą Polskę. Wraz z nim zgasła wiara ludu warszawskiego w gwiazdę Napoleona!... Na wieść, że Napoleon gotów jest oddać Księstwo Warszawskie Aleksandrowi, Chłopicki wrzasnął: "Wolałbym kamienie tłuc, niż dłużej służyć temu Uzurpatorowi!"".
"Zemścicielem" krzywd, "twórcą" państwa nie ważył się okazać, chociaż mógł. Gracz polityczny, lękający się pochwalić atutem polskim ze strachu przed Wiedniem i Petersburgiem, równocześnie oddał nam jednak wiekopomną usługę: stworzył wojsko.
Blaski i cienie wojska
"Granatowa suknia, z amarantem kołnierz - jakże go nie kochać, gdy to polski żołnierz!" - opiewała powszechnie znana piosenka. Zasługą Napoleona niezaprzeczoną było, że zmienił welinowych paniczów w żołnierzy; szkoda tylko, że nie umiał i nie chciał zbudzić i uświadomić zastępów rycerzy śpiących w Tatrach, pod Gnieznem i pod śląską Górą św. Anny!
Postęp był w każdym razie: na Sejmie Czteroletnim miast wymusić na szlachcie ustępstwa natury gospodarczo-materialnej, posłowie trwonili całe sesje na burzliwych debatach o guzikach, kroju i barwie mundurów. Obecnie ubierał się każdy ochotnik w Księstwie, jak mógł i jak chciał. Obok namiętnych wolontariuszy byli żołnierze wybierani ze wsi w stosunku do ilości dymów, których panowie swoim kosztem ubierali i w konie zaopatrywali.
Wojna i wojskowość była na ustach wszystkich jako jedyne środki zdolne przywrócić krajowi byt polityczny. Polityka wewnętrzna, rozpaczliwa niemoc rządu "septarchów"30 zeszły na plan dalszy. Wszyscy do obozu! - oto hasło roku 1806/1807. "Rycerzu srogi, nie brzęcz w ostrogi, tym mnie nie zyskasz, gdy mieczem błyskasz" - odzywa się kąśliwie dziewczę do amanta szlifibruka stolicy. Młodziutkie, ledwie opierzone wojsko zdobyło szybko szlify. Przekonano się, że Polacy nieznośnie oporni, gdy szło o karność, bili się znakomicie, niezawodni w najtrudniejszych sytuacjach. Marszałek Davout31, kiedy mu powiadano, że wojsko przed nim idące zrabowało miasto, nie pytał nigdy, jakiej było narodowości, tylko co rabowało: jeśli pieniądze i kosztowności - to Francuzi, jeśli pościel, konie, bydło - to Niemcy; piwnice opróżniali głównie Polacy.
Nastąpił zawadiacki wyczyn młodziutkiej kawalerii polskiej: Somosierra - 30 listopada 1808. Atak trwał 7 do 8 minut. W sumie poległo 4 oficerów i 20 szwoleżerów. Ponad 30 odniosło ciężkie rany. Polacy otworzyli Napoleonowi drogę do Madrytu, stając się głównym współczynnikiem podboju Hiszpanii. Trudno żądać od upojonych sukcesem szwoleżerów trzeźwej świadomości, że zabór Hiszpanii nie różnił się od zaboru Polski, gorzej, gdy przez stulecie całe trzy pokolenia chełpiły się tym zwycięstwem, na którym nasza racja stanu i polityka zagraniczna zrobiły akurat taki sam interes, jak na. Grunwaldzie i Kahlenbergu! Chociaż nie. Bo Paryż olśniony bohaterstwem Polaków tańczył w karnawale mazura na cześć ułanów Kozietulskiego33, mimo że uznał, iż jest to taniec mdły, rozwlekły i przydługi, z mniejszym bohaterstwem i nieco większym, bo sezon cały trwającym z powodzeniem stroiły się damy dworu napoleońskiego w toques de Varsovie - biało-złote budki z wiszącymi kwastami, o których mistrz mody, p. Leroy, zapewniał, że są syntezą mody narodowej Polaków.
Towarzysz komediopisarza Aleksandra Fredry wspomina po latach34:
Pamiętasz strój ułana? - pałasz na temblaku,
Ja na małym kasztanku, ty na dziarskim szpaku,
Bez żadnej troski w duszy, wśród marzeń bez liku,
Musztrowali ułany w Górnym Łupienniku?
Gdzie ta ładna Zosia... wiesz, z czarnymi oczy,
Wzrok na ciebie, młokosa, rzucając uroczy,
Mnie stroniła - a z tobą?... ot, dam spokój wreszcie,
Aby się z nas obydwóch dziś nie śmiano w mieście,
Że dwa stare ułany w chrapowatym głosie
Wśród kaszlu i pedogry przypomnieli - Zosię.
Z jakąż plastyką słowa i zacięciem opowiada o bojach hiszpańskich stary kapral w celi bazyliańskiej Mickiewicza. I Juliusz Kossak wart, by go obejrzeć, gdy w akwareli upamiętnia dzieje tych dni. To jest pierwszy równie zwycięski atak sztuki polskiej na trudne tematy batalistyczne. Przepyszny zgiełk bitewnej ciżby w samym ataku na wąwóz: w galerii rycerzy i koni, w kompozycji Próba lancy w Schmbrunnie (1809) odtworzonej potem wedle Kossaka w wypukłorzeźbie Kurzawy35.
Nieosobliwa była wywdzięka potomności francuskiej za polski wyczyn w Hiszpanii. Poszli na rozkaz Napoleona, bo mu zaufali na śmierć i życie; ale tego nie raczył wziąć pod uwagę zaślepiony nienawiścią historyk i mąż stanu Thiers, usiłujący przypisać to zwycięstwo oddziałom francuskim, podobnie jak Niemcy umniejszający wagę udziału Sobieskiego pod Wiedniem w r. 1683. Ostatni z żyjących uczestników szarży, pułkownik Andrzej Niegolewski36, przybył umyślnie z Poznania do Paryża, by wymóc odwołanie. Thiers odmówił. Niegolewski opublikował własną odpowiedź. W tej sprawie zjawił się w r. 1854 u Mickiewicza, który powiedział, że "Thiers przemilcza wzniosłe czyny Polaków lub szkaluje ich, aby dzieło jego krążyło z powodzeniem w Austrii, Prusach i Rosji, przede wszystkim dlatego, ponieważ postawiwszy w r. 1831 twierdzenie, że Polska nie może się podnieść, byłby niepocieszony, gdyby ujrzał, że wypadki zadają temu kłam!".
Rozgłos Somosierry przysłonił grubym cieniem dwa inne osiągnięcia napoleończyków polskich: Strzygłów i Wrocław. Po krwawej klęsce grupy gen. Lefebvre'a37, osłaniającej Wrocław, 400 szabel polskich uratowało sytuację. Odniosły one zwycięstwo z początkiem maja 1807. W ataku podniecała ich - jak wyznawali - świadomość, że słysząc mowę polską naokół, byli u siebie, oddychali powietrzem rodzimym. Dali radę pięciotysięcznemu korpusowi, sprawili, że niemieckie załogi Koźla, Nysy, Kłodzka były skłonniejsze do poddania się. Wreszcie 13 maja oddziały polskie weszły przez bramę Oławską do Wrocławia, który Napoleon przeznaczył na punkt zborny dla kilkunastu tysięcy kadrowych żołnierzy różnych formacji i nowo wziętego rekruta. Niestety, nie kwapił się poddać ucha radom, by zająć cały Śląsk na rzecz Polski. Strzygłów jako Somosierra nie dał korzyści praktycznej w przyszłości.
Zupełnie inny, dodatni aspekt miała dla nas kampania r. 1809. Odzyskiwaliśmy swoje ziemie, wzbogacając, niestety na krótko, anemiczne Księstwo wspaniałym szmatem ziemi polskiej i krociami tysięcy uświadomionych obywateli. Wypadki galopowały radośnie w tempie iście szwoleżerskim. Raszyn, Góra, Sandomierz, Zamość. Sromotna ucieczka arcyksięcia austriackiego Ferdynanda w Boże Ciało z Warszawy. Książę Pepi, dotąd welinowy rycerz spod Blachy, ustroił się już na stałe w nowy mundur: herosa, ulubieńca narodu. Załogi austriackie na samą wieść o zbliżaniu się Polaków uchodziły lub dawały się rozbrajać. Przyszły autor Zemsty, ujrzawszy ułanów ks. Józefa przed hotelem George we Lwowie, wskoczył w wojnę "jak młody sarniuk na kwiecistą łąkę".
Nadszedł rok 1812. Rok wyjątkowy w dziejach naszej wojskowości: moment największych może ofiar, najwyższego wysiłku żołnierza w tym wieku i największych, pewnych niemal widoków wyzwolenia. Zakończony tragicznym, bo zgoła niespodziewanym zwrotem, sprawionym przez okoliczności od nas niezależne. Przegraliśmy, choć sprawa nasza wysunęła się na czoło wszech spraw europejskich. "Siebie wpierw zarąbać pozwolim!" - wołali eskortujący Uzurpatora w czasie odwrotu Polacy. Pozostali wierni wraz z swym wodzem, ks. Józefem, przysiędze do końca. Dziadek słynnego pisarza angielsko-polskiego Conrada-Korzeniowskiego, Bobrowski38, w czasie odwrotu spod Moskwy ukradł psa na skraju wsi i następnie go pożarł. Fakt ten stał się przyczyną utarczki Francuzów z Kozakami trwającej kilka dni.
Jak na rybki złote w akwarium pokojowym patrzymy dziś z oddali na wymiary i zdobycze techniczne kampanii roku 1812. Trzy karabiny maszynowe oddają w minucie więcej strzałów aniżeli pełny batalion epoki Napoleona. Jeden samolot wywiadowczy zbada w ciągu godzinnego lotu położenie nieprzyjaciela lepiej aniżeli cała kawaleria strojnego Murata w ciągu dnia!...
Miłość - taniec - kobieta
W przeciwieństwie do swej matki, rozpustnej zalotnicy stanisławowskiej, kobieta ery napoleońskiej ujawnia nieco opanowania. Nie kupić jej byle komplementem, nie od razu rzuca się w ramiona amanta. Miłość jej zrazu zimna, wyrozumowana. Z czasem, pod wpływem wypadków i modnej literatury rozwinie się w kobietach egzaltacja! Dama napoleońska chce ogarnąć świat nadmiernym uczuciem, jak jej poprzedniczka pragnęła uczynić to rozumem. Namiętność miłosną stara się utrzymać w ryzach, doprowadza do klasztornictwa, jak Maria z Czartoryskich Wirtemberska, córka lekkomyślnej Sybilli z Puław, potrafi oprzeć się nawet. Napoleonowi! - jak początkowo Maria Walewska. Dama napoleońska winna mieć sześć talentów, jeśli pragnie się podobać: gra na klawikordzie, rysuje, prowadzi miłą rozmowę, pisze listy po francusku, czyta głośno w salonie i tańczy. Taniec najważniejszy. Menueta i gawota usuwa w cień ulubiony lansjer, imitując zgrabnie zagony kawalerzystów spod Somosierry. O powodzeniu lansjera zdecydowała chyba wariacko-heroiczna szarża ułanów polskich pod Wagram w r. 1809, gdzie dwa szwadrony Polaków wzięły 150 ułanów Schwarzenberga39 wraz z pułkownikiem, hr. Auerspergiem40, odbierając im lance w starciu wręcz. W nagrodę otrzymali lance, by nie musieli pożyczać ich sobie od wroga. Stało się to po tzw. próbie lancy, odbytej w obecności Napoleona, z której Polacy wyszli również zwycięsko. Lansjer, taniec towarzyski w kółkach czteroosobowych, utrzymał się dzięki swej uroczej rycerskości na salach balowych do końca stulecia. Już współcześnie dzielił się powodzeniem z kadrylem, powstałym z kontredansa, tańczonym zbiorowo. Jakaś paniusia, ku oburzeniu 17-letniego Fredry, potępia w druku kontredansa, bo szkodzi sercu kobiecemu.
Myślałem o takiej książce od lat. Bobrując w dokumentach i pamiętnikach, przebiegałem pod kątem życia obyczajowego rozliczne, odległe od siebie dziedziny historii politycznej, polonistyki, historii sztuki, krajoznawstwa. Ciekawiły mnie sprawy zazwyczaj nie interesujące naukowców naszych. Historia kultury obyczajowej traktowana jest u nas z lekceważeniem, spychana na ostatni plan, niegodna zainteresowań szanującego się badacza dziejów. Nie ma swych adeptów i znawców, tym mniej metodyków. Miewaliśmy i mamy dziś znakomitych mniej i więcej syntetyków naszej kultury - brak nam fachowych znawców realiów jej obyczaju. Pod tym względem zasługujemy zaiste na miano Francuzów Północy.
Ambicją moją było zawsze gromadzenie takich kamyczków realiów składających obraz całości potocznego życia. Ważne, uroczyste wydarzenia starałem się naświetlić chociażby anegdotą, która w moich opowiadaniach była ważniejsza niż dokument z pieczęciami.
Obfite trudności nastręczał autorowi olbrzymi zakres tematu: Życie polskie w XIX wieku. Jakże elastyczny i dalekosiężny! Ogarnąć wypada okiem ogrom zjawisk kulturalnych, społecznych, potocznych, zajrzeć do polityki, szkolnictwa i prasy, przewertować literaturę piękną, odwiedzić salony i chałupy, hrabiny i babiny, szulernie, fabryki, dyliżanse, lokomotywy, zapytać o zdanie architektów, poetów, kompozytorów - i co kto chce i co kto nie chce.
Jeśli powiodło się autorowi naznaczyć choć w przybliżeniu granice tematu, zestawić hasła najważniejsze, wskazać ludzi czołowych w dobrym czy złym sensie - to mu wystarczy. Zdaje on sobie sprawę, że o wyczerpaniu, pogłębieniu i definitywnym ujęciu zagadnień nie mogło być mowy. Pięciu ludzi trzeba by, nie jednego dyletanta, który, jak zawsze, dbał i tu przede wszystkim o czytelnika, łatwe ujęcie, o zainteresowanie go powabem opowiadania z oczywistą szkodą dla myślowego pogłębienia, cierpliwej analizy i krytyki.
I jeszcze jedno. Łatwiej było Władysławowi Łozińskiemu czy Janowi Stanisławowi Bystroniowi ujmować życie polskie w dawnych wiekach, skoro toczyło się ono utartą, mało zmienną koleiną, obejmując jedynie warstwy rządzące, które je tworzyły i nadawały kierunek. Trudniej bez porównania pochwycić w paragrafy i hasełka żywot potoczny stulecia po nich następującego. Stulecia, które było buntem i eksplozją nieustanną, a we wszystkich dziedzinach życia "potrząsało nowości kwiatem", na każdym polu sprowadzając nowe zjawiska, nawyki, występki, wynalazki. A jeszcze życie narodu wyrzuconego z mapy świata, nie dopuszczonego do stołu obrad, zmuszonego żyć i pracować w podziemiu, w sekrecie.
Wiedząc, że nie sprosta zadaniu sensu stricto, starał się autor naświetlić każde z zagadnień jakimś szczególikiem nowym czy cytatem dotychczas często nie zauważonym lub zapomnianym, a zdobył sporą ich garść dzięki wieloletnim poszukiwaniom. Miał w Poznaniu całe teki zapisków, "fiszek", rycin, dotyczących tego tematu. Uważając, że w epoce radia, kina i niecierpliwego tempa życia należy użyć minimum słów przy maksimum ilustracji, gromadził nie tylko notatki z lektury, lecz i grafiki dotyczące. Starczyłoby materiału na cztery tomy w Wegnerowskich Cudach Polski.
Cały zasób (wraz z ośmiotysięczną biblioteką) diabli wzięli. Początek dało gestapo, przetrząsając mieszkanie autora nazajutrz chyba po wkroczeniu Niemców do Poznania, rujnacji dokończyli rodacy, paląc w piecu rękopisami, rozwlekając skwapliwie na handel bezcenne książki. Odbudowa po wojnie była więc tylko w drobnej cząstce możliwa. Zacząłem ją we Lwowie, korzystając z zasobów Ossolineum, kończyć wypadło na Opolszczyźnie, z dala od bibliotek i większych wypożyczalni. Stąd ułamkowy, nie wystarczający stan wielu, przewielu ustępów.
W wykładzie, przeznaczonym dla szerszych sfer czytelniczych, nie poczuwa się autor do odstraszającego je obowiązku podawania tzw. literatury przedmiotu. Szkoda byłoby papieru na wykazy tytułów i źródeł, jak i - co ważniejsze - na powoływanie się na autorów innych, nieraz dosłownie przytaczanych, bez podania źródła. Zdarza się to powoływanie chyba wyjątkowo.
Wolałem użyczyć miejsca innej, pożyteczniejszej, jak sądzę, rubryce. Jest nią k a l e n d a r z z d a r z e ń. Chronologiczne zestawienie faktów przeróżnych w obrębie lat 1800-1880, niewspółmiernych, często wprost zdawałoby się błahych. Spis dokonań, zamierzeń, czynów, nie tylko marzeń o czynie. Ze szczególnym uwzględnieniem zdarzeń w skali światowej - większej, mniejszej lub zgoła malutkiej. Maszerujące w ordynku, rok za rokiem, miesiąc za miesiącem, ba, dzień za dniem - o ile to było konieczne lub możliwe - fakty, po prostu defilada dokonań i klęsk, zdobyczy i strat: a tu założenie ważnego przedsiębiorstwa lub oświetlenia ulic po raz pierwszy, a tam ważne urodziny lub odejście, geneza ważnego dzieła sztuki czy przemysłu, bitwa wygrana-przegrana - już samym zaskakującym, nieoczekiwanym sąsiedztwem mnie samego uczyły i zadziwiały, więc tuszę: zaciekawią też łaskawego czytelnika.
To już nie jest zwyczajny kalendarz. Bo te wszystkie daty, wieści o klęskach-zwycięstwach, te pochlebne czy kąśliwe ujęcia łączą się. I wszystko jedno, kto je wyraża, dokument urzędowy czy anegdota błaha, syk nienawiści lub zachwyt często kredytowany - spływają one w opowieść o nieznużonym wysiłku wszystkich warstw i klas, o mocy i chęci trwania.
Stanisław Wasylewski
Najazd nowych pojęć i wyrazów. - Wiek pary i elektryczności. - Rodzi się idea narodowości. - Kolęda cementem narodowości. - Nowy czynnik społeczny: opinia publiczna. - Zmiany i przesunięcia w ustroju społecznym. - Chłop wyszedł najgorzej. - Gromada tępych oczu i pokornych karków. - Z ojca na syna. - Terror rodziców wobec dzieci. - Brud i zaduch obowiązują. - Najpopularniejszy, a więc bezimienny. - "Wszyscy ludzie wolni są braćmi". - Grecjo-Polska generala Dąbrowskiego. - Jeszcze Polska nie umarła!... - Pieśń i słownik - Wybicki i Linde. - Ojczyzna ukryta w starej księdze. - Wstrzymał Słońce - ruszył Ziemię! - Gdyby Słowianie chcieli się zjednoczyć.
Najazd nowych pojęć i wyrazów
Pokolenie wychowywane i wzrosłe na drożdżach filozofii racjonalistycznej wieku oświecenia, jeśli nawet miało dużo ochoty na przyjęcie nowinek wieku romantyzmu, natrafiało na trudności zupełnie zasadniczej natury. Na przeszkodzie stawał tłum nowych pojęć, określeń, stanowiących trudny do zgryzienia orzech.
Nie tak dawno, przed 50 zaledwie laty, dokonała się była jedna rewolucja, istny przewrót w tej dziedzinie. Na gruzach cudackiej, zmakaronizowanej do cna ciemnoty saskiej - wykwitnął jasny i młodzieńczy, oświecony język, o tylu nowo brzmiących terminach i wyrażeniach, że brat sarmata z początku ani w ząb nie rozumiał, co mówi doń wyfraczony herold nowych idei w peruce, ba, nawet nie zawsze pojmował, co pisze książę biskup Ignacy Krasicki! Wychowanków szkół jezuickich, tresowanych w kunsztownym słownictwie baroku, raziła jasna celność i prostota osiemnastowiecza. I ledwie to wszystko weszło jako tako w obieg potoczny, ledwie zaczęło kostnieć w konwenans, komunał, truizm - przyszła nowa inwazja, najazd zgoła innych a równie obcych nowinek; krążyć poczynają w prasie, w wierszach i rozmowach powiedzonka zupełnie już nieokrzesane, urągające jasności. Nawet wysoce ukształceni ludzie, chluby nauki polskiej, nie wahają się protestować przeciw: "płodom spodlonego niewiadomością umysłu", przeciw "wywietrzałym dubom prostactwa" (Jan Śniadecki).
A tymczasem te "duby smalone" zamiast zanikać, obejmują coraz szersze kręgi zwolenników wśród młodzieży. Już nie tylko poeci; szermują nowym językiem politycy, mówcy, akademicy na salach wykładowych uniwersytetów, spiskowcy i członkowie tajnych związków, podchorążowie i aktorzy na teatrach pana Osińskiego1.
Język młodych jest mową "mocnych wzruszeń i gwałtownych namiętności", gardzi on przedwczorajszą "skarlałą i bezkrwistą" gromadą pojęć, którym brak czucia i uczucia, pojęć tak wyjałowiałych, że nie są zdolne do budzenia silniejszych wrażeń. Młodość, tężyznę, przyszłość znaleźć można tylko w nowym obozie.
Krok za krokiem ustępować musi i poddawać się salonowa, perfumowana mowa ludzi "rozsądnych, umiejących miarkować mowę i ruchy swoje" wraz z ich pseudoklasyczną literaturą. Już sam dźwięk nowych wyrażeń budzi dreszcze rozkoszne w słuchaczach. Już sama budowa zdań i ich szyk emocjonuje.
Jakież to pojęcia, jakie skojarzenia?
Człowiek obdarzony mocnym uczuciem - użala się szukający złotego środka Kazimierz Brodziński - tylko w gwałtownych żądaniach znaleźć może swój żywioł!
- Wy, młodzi, jesteście ludźmi ognistej wyobraźni, namiętnego charakteru!
- Tak, po trzykroć tak - odpowiadają mu romantycy młodzi, tęskniący przede wszystkim do znalezienia odpowiedniego ujścia dla swych namiętności.
I oto mamy pierwsze modne wyrażenie, nie schodzące z ust młodego pokolenia. Oni wszystko czynią "namiętnie": fajki palą namiętnie, tańczą walca namiętnie, czytają poezję Mickiewicza namiętnie. Tego samego Mickiewicza, w którym "lada słówko obojętne obudzało wzruszenie namiętne". I daremnie stary, oświeconego stempla estetyk Stanisław Kostka Potocki ostrzega, że należy zachować spokój w namiętności, bo rozluźniona staje się kazicielką ideału. My młodzi raczej wolimy iść za lordem Byronem, którego poezja jest "najdzielniejszym obrazem namiętności wieku XIX". To prawda, że "namiętność" niszczy równowagę spokoju wewnętrznego człowieka i nabiera stopniowo naczelnej władzy nad wolą człowieka. Niech niszczy! Gardzimy wszelką równowagą czy umiarkowaniem w ruchach, mowie, uczynkach. Żądamy swobody w życiu - i w teatrze. "Publiczność - woła młodziutki Józef Korzeniowski w r. 1823 - szuka mocnych wzruszeń, gwałtownych namiętności, których teatr angielski i niemiecki tak obficie dostarcza".
Pragniemy żyć na co dzień w stanie ciągłej podniety, w kręgu imaginacji, postępować według natchnienia. Cóż to jest imaginacja? - Jest to "moc umysłu naszego, którą widzimy rzeczy nieprzytomnie" - objaśnia człowiek starej daty z przekąsem. Kajający się spiskowiec Wiktor Heltman2 oskarża przed sędzią śledczym swą imaginację, która od r. 1819 ukazywała mu śmiało dążenia wyzwoleńcze innych narodów, wzywając do ich naśladowania. Jako wyrażenie znalazła sympatię do czasu, gdy Alojzy Feliński3 zastąpił ją wyobraźnią, która przyjęła się powszechnie.
Ludzie starego stylu nienawidzą jej, przeklinają nawet. Generał Wincenty Krasiński4 pisze w r. 1838 o swym jedynaku: "Ta przeklęta imaginacja u niego jest bardziej zwariowana jak u wszystkich, co ci znam. Pisze mi, że pracuje, wolałbym wnuka nad te wszystkie jego drukowane potomstwo!".
Pragniemy działać, pisać i mścić się w natchnieniu. "Gdy chcę malować - woła Mickiewicz - za cóż myśli i natchnienia wyglądają z wyrazów jak zza krat więzienia?!"5. Ten sam Mickiewicz, który wyzna później: "Wiedzcie, że dla poety jedna tylko droga, w sercu szukać natchnienia i dążyć do Boga"6. - Słowacki zaś postawi u końca swej drogi taką ultraromantyczną tezę ekonomiczną:
Ani rola, ni handel, ni prac rozdzielenie
Nie jest źródłem bogactwa kraju,
Lecz - natchnienie7.
Jest jeszcze kilka ulubionych hasełek-komunałów, które kołują w języku zagorzalców romantyzmu. Dawniej mógł człowiek zagorzeć od swędu pieca, słońca gorącego - dziś gorzeje od egzaltacji, imaginacji, od szału narodowości i z rozkoszą popada w zawrót głowy. Pogardza ludźmi umiaru i zgody: Ustąpcie się, ludzie zgody, pędzi zapaleniec młody!
Każda choć najdrobniejsza o kraju przemowa
W oczach żar mu odradza i lica płomieni;
Tworzy wnioski z słów błahych, ciało tworzy z cieni.
Przewrotna - zawichrzona - bezzasadna głowa -
Jednym słowem, ludzie zgody
Zapaleniec jest to młody!8
Znamy doskonale jedno hasło sztandarowe, aż nadto boleśnie znamy je. Wszak stanie się wywieszką ideową dla całego stulecia, opłacane nie raz i nie dziesięć razy straszliwym haraczem: rozumni szałem - nie zdołamy jednak nigdy pojąć, jak wielki ładunek uczuciowy tkwił już w samym brzmieniu wyrazu. Szał rozpalał w wyobraźni młodych jakąś zwariowaną ekstazę. W przededniu krwawego sierpnia 18319 jeden z inicjatorów tej rewolty, czerwony kapłan ks. Pułaski10, wołał z kazalnicy w kościele Karmelitów: "Młodzież szałem walkę zaczęła, szał zatem powinien ją był dalej posuwać, bo dalsza wojna jest rozwiązaniem pierwszej myśli!". Młodzi przyjmą z dumą, gdy opozycja zaliczy ich do szkoły "szalonych", bo stanęli w jednym szeregu z Balzakiem i panią George Sand11 i pragną też zrewoltować umysły.
I jeszcze jedno hasło w potężnym ujęciu weszło w skład zasad wiary narodowej. Opowiada Liszt: "...siedzieliśmy w trójkę z Chopinem i jedną z wybitnych dam Paryża. Zwróciła się do mistrza, z zapytaniem, jak nazwać dziwne uczucie zawarte w jego kompozycjach, jakby popioły nieznane, zamknięte we wspaniałych urnach z alabastru. Wzruszony Chopin odpowiedział, że mógłby to określić tylko w ojczystym języku. Bo żaden inny naród nie posiada wyrażenia równoznacznego polskiemu: żal...". Wyraz dziwny, o tak różnym znaczeniu i dziwniejszej jeszcze filozofii. Zastosowany do wypadków 1831 r. wyraża całą pokorę rezygnacji, poddającej się wyrokom Opatrzności. Ale zawiera też ferment urazy, wymówki, b u n t, pragnienie zemsty, głuchą groźbę, drzemiącą na dnie serca w oczekiwaniu odwetu. "Polski żal" - to najlepsze, zdaniem Liszta, ujęcie w słowa muzyki Chopina.
Nowa frazeologia przenika szybko w obieg życia potocznego. Nie zawsze wszystkim zrozumiała, często obca, odstręczająca, budzi dreszcze emocji jak każda nowa moda. Język Ballad i Dziadów przyjmuje się bez trudności. Gorzej jest z prozą przedpowstaniową Mochnackiego i gazeciarzy bojów romantycznych. Naszpikowana mnóstwem terminów, załapanych z Schellinga12 czy Tiecka13, nie zyska nigdy popularności. Za to tajemna gwara spiskowców lub zachwycająca, obrazowa terminologia wolnomularzy!
Na tych pożywkach urasta pokolenie ludzi pierwszej połowy stulecia, a z tą hordą nowych brzmień, skojarzeń i znaczeń walczyć będą zaciekle "ludzie zgody", przerażeni słownictwem na równi z wynalazkami kawiarni czy fajki, litografii czy fortepianu, na równi z Odą do młodości czy Sonetami krymskimi, które, ich zdaniem, dopiero na język polski przetłumaczyć trzeba, aby stały się zrozumiałe dla wszystkich!
Na czoło nowych haseł wysunęły się dwa inne jeszcze nowe określenia, które wkrótce ogarnęły całą zbiorowość polską, ujmując istotę jej dążeń przez całe stulecie. Właściwie nie były to hasła nowe, życie im dał wiek oświecenia, lecz dopiero romantyzm nasycił je nowym, nieznanym dreszczem, tak że już samo brzmienie ich starczyło za program. W chwili gdy ginąca stara Rzeczpospolita stanęła w obliczu nieuchronnego upadku, zjawiło się grono patriotów, pracujących, by zachować i utrwalić jej niepodległość - pełnego dźwięku nabrały te oba hasła dopiero w nowym stuleciu.
Możemy z całą dokładnością wskazać dzień i okoliczności urodzin hasła: niepodległość. Użyto po raz pierwszy tego wyrażenia w protokole Generalności Barskiej; do słów tych nawiązała Konstytucja 3 maja, rozpoczynająca się od stwierdzenia, że "każdy naród wolny jest i niepodległy". Wkrótce potem Tadeusz Kościuszko w rocie przysięgi kosynierów, na pieczęciach, na czaprakach i obwieszczeniach głosić się będzie trójhasłem: Wolność - Całość - Niepodległość. Od tej pory naród wpisze te wyrazy święte jako drogowskaz postępowania w swym sercu.
Drugie zawołanie było stare jak Rzeczpospolita, przez ludzi wieku złotego krzewione. Nowej treści nabrał patriotyzm w epoce Sejmu Czteroletniego, by znowu rozszerzyć się w zakresie i upowszechnieniu pojęcia w pierwszej połowie nowego stulecia, gdy stało się ono wprost synonimem Polaka.
Jeśli jakie, to te dwa przede wszystkim zawołania jednoczyć będą naród i godzić przeciwstawne i wrogie, walczące wzajem z sobą odłamy społeczeństwa.
Wiek pary i elektryczności
W stuleciu XIX człowiek pokonał największego swego wroga - przestrzeń. Teraz dopiero poczuł się władcą globu ziemskiego i mógł rozpocząć jego eksploatację na wielką skalę.
W tym czasie, kiedy podchorążowie uderzali na Belweder, zaczęły na Zachodzie krążyć pierwsze pociągi kolei żelaznej14, na morzach pojawiły się pierwsze parostatki, w fabrykach tkackich - maszyny pędzone parą. Zaczęła się era stali i ognia, epoka bezsenności pracującego człowieka, przemoc fabrycznej cywilizacji. Zrodziły się pierwsze ruchy robotnicze i strajki.
Trzeci i czwarty dziesiątek XIX stulecia to czas zasadniczego przełomu w życiu nowoczesnym, to chwila gdy zmienia się stary, wiekami trwający porządek. Kolejno zachodzi szereg przemian i przewrotów zarówno w stosunkach międzyludzkich, jak i w codziennym obyczaju jednostki. Nie tylko duchowa - również materialna twarz rzeczywistości szybko się zmienia. Od Kongresu Wiedeńskiego po Wiosnę Ludów dokonały się przemiany, na które dawniej wieki całe składać się musiały.
Z położeniem pierwszych szyn kolei żelaznych, z otwarciem fabryk i młynów parowych zaczęła się era mechanizacji życia. Wygląd duchowy i fizyczny człowieka zmieniał się w oczach nieomal. Z istoty pędzącej puste życie na parkietach salonów przepoczwarzał się w nowoczesnego człowieka pracy. I musiał dostrzec obok siebie istotę, o której istnieniu w ogóle mógł dotąd nie wiedzieć, nie myśleć i nie kłopotać się nią: robotnika.
Człowiek XIX wieku musiał zakasać rękawy do ogromu pracy, jaka go czekała. Zrozumiał, że nie będzie mógł nadal istnieć jako pasożyt, jako truteń i wieszak bezużyteczny na kolorowe fatałachy. Przywdziać musiał bluzę robotniczą idących nowych czasów.
Nie wszyscy jednak wodzowie romantyzmu patrzyli na to wszystko bez zastrzeżeń. I to zastrzeżeń podstawowych, z głębi przekonania płynących.
Czy zbiorowość ludzka w dzisiejszym stanie upadku moralnego zasłużyła w ogóle, by dostąpić błogosławieństwa wynalazku kolei żelaznej bez żadnej ze swej strony ofiary?
Czy godzi się w ogóle pożywać owoce tej nowej, bezdusznej cywilizacji materialnej bez zadośćuczynienia duchowego?
Jeden tylko z wielkich, Adam Mickiewicz, żadnych lęków nie odczuwał. Przeciwnie. Potrafił godzić harmonijnie "prawdy żywe" towianizmu z nowymi wynalazkami. Cieszył się jak dziecko, wsiadając do pociągu na Gare du Nord15, tak prawie, jak cieszył się w r. 1829 w Kronsztadzie, gdy mógł odbyć podróż morską na zachód na pokładzie najnowszego wynalazku, statku parowego. Będzie zadziwiał współczesnych, a zdumiewał nie na żarty potomnych, przepowiadając wynalazek telefonu i radia, i obmyślając - w rozmowach z Aleksandrem Chodźką - ulepszenia w sterowaniu balonami.
Natomiast Juliusz Słowacki jest wprost przerażony wynalazkami fizyków francuskich, albowiem na drodze przyrodzonej usiłują przybliżyć ludzkości te tajemnice, które on pragnie jej objawić jako poczęte z ducha (jego ducha) i jego mistycznej kosmogonii. "Wszystko przez ducha i dla ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje!" - to była teza macierzysta twórcy Króla Ducha.
Niecierpliwsi skłonni będą upatrywać symbol zadośćuczynnego odkupienia w jakimś drobnym z pozoru wydarzeniu. Oto w r. 1858 inżynier emigrant Jan Gajewski16 zginął podczas eksplozji kotła parowego. Z tego powodu napisał mu Cyprian Norwid poetycki nekrolog, pełen myśli zasadniczych, wśród których czytamy:
Tak, Epopeją gdy machina zgniotła,
Zgorzałych mózgów i serc objął krater,
Potrzebaż było, by nie jak bohater
Zacny Gajewski Jan zginął od kotła!...
Lecz nie! Śmierć jego nie była dla zysku -
Ciał różnych ciało z jednym legło licem
Na ziemi obcej: wyrobnik z szlachcicem,
Z Ofiary-synem Synowie-ucisku...
Inne zaś duże dzieci, zwane romantykami, którym latarnia magiczna wydawała się szczytem pomysłowości ludzkiej, nie ogarniając wielkości wynalazków i doniosłości przewrotu, przecierały oczy z niedowierzaniem. Jeszcze do niedawna największym dziwem wieku wydawał się im. pośpieszny dyliżans. W październiku 1826 całe miasto Tarnów cisnęło się przed urzędem pocztowym około północy w sobotę, aby na własne oczy ujrzeć cud: karetkę pocztową, która wyjechała ze Lwowa w piątek przed południem. "Już teraz nie ma rzeczy niemożliwych" - zapewnia swą matkę Juliusz Słowacki, ujrzawszy w Londynie w r. 1831 "powozy, do których z pary uwiane zakładają konie, co zamiast owsa węgle ziemne jedzą!". W tym czasie filozof angielski i historyk cywilizacji Buckle17 fantazjował sobie pogodnie: "Lokomotywa uczyniła więcej dla zjednoczenia ludzkości niż wszyscy razem wzięci filozofowie, poeci i prorocy od początku świata!".
W kraju ogarnięci Nocą Listopadową Polacy musieli siedzieć na razie bezczynnie. "Wynalezienie machin parowych najwięcej przynosi chwały dowcipowi ludzkiemu!" - woła rząd powstańczy 1831 roku na wieść, że pierwszy u nas młyn parowy na Solcu wypieka 3700 bochenków chleba dziennie. Lecz się na tym młynie i bochenkach kończy. Bo w chwili kiedy wstrząsa światem zamiana pracy ręcznej na mechaniczną w fabrykach, wiele tysięcy najdzielniejszych pracowników, oficerów i szeregowców, szlachty i rzemieślników, zmuszonych do opuszczenia ojczyzny, podejmuje na emigracji pracę nad odbudową Polski - idealnej, fikcji wypieszczonej w sercach. By ją "dźwignąć, uszczęśliwić, by nią cały świat zadziwić" - w marzeniach. Albowiem los i samobójcza polityka nie pozwoliły na realizację żadnego z zapalistych haseł romantyzmu. Tylko w Polsce mógł powstać osobliwy typ filozofa-inżyniera. Fenomen, niepokojący Europę swymi pomysłami: Hoene-Wroński. Jedna ręka spisuje olśniewające fantasmagorie mesjaniczne, druga oblicza, konstruuje. Poczynił szereg odkryć, ulepszeń technicznych w dziedzinie kolejnictwa i próbował je realizować przy pomocy Antoniego Bukatego18, swego wyznawcy i adiutanta technicznego, który zdobył na emigracji wiedzę fachową. Przedstawił on Adamowi Czartoryskiemu projekt zastosowania lokomocji parowej w przyszłej wojnie ludów o Polskę, coś w rodzaju dzisiejszego czołgu lub samochodu pancernego: parowóz uzbrojony w dwa działka, posuwający się po drodze zwyczajnej, albo pomysł szyn ruchomych, złączonych z lokomotywą itp.
Palili się Polacy do współudziału w budowie nowego świata jak chyba żaden wówczas naród na kontynencie. Ileż energii, wynalazczości, pomysłowości polskiej dało się poznać w europejskim przemyśle maszynowym pierwszej połowy stulecia! Ileż zamysłów najwspanialszych uwiędło w opornych, często nienawistnych warunkach wygnania! Na Zachodzie i na Wschodzie, we Francji głównie, ale też w Belgii, nawet w Anglii, dalej w Bułgarii, Turcji, Algierze i za oceanem, w Australii itd., itd.
Nie tylko w portfelu magnata Branickiego19 na emigracji znalazł się spory pakiet akcji kolejowych francuskich (na których też Słowacki z powodzeniem spekulował), ale cała administracja i eksploatacja roi się od pracowników polskich. Maszyniści, konduktorzy, zawiadowcy węzłów, technicy, werkmistrze, nadzorcy, buchalterzy. Zdziwił się wielce Krasiński, podróżujący wygodnie w karecie własnej, zawagonowanej na platformę pociągu pośpiesznego, gdy konduktor Polak zaczął go nawracać na... towianizm!
Nie trzeba też lekceważyć wysiłków znakomitego inżyniera generała Bema, który w założonym przez się Towarzystwie Politechnicznym w Paryżu20 dużo inicjatywy rzucił, obiecując, gdy wrócimy do kraju, tworzyć "fabryki machin parowych, gisernie żelaza..., przesadzać na ziemię polską to wszystko, co się może przyczynić do podniesienia w kraju... kunsztów i rzemiosła" - i tysiąc innych projektów, z których wynikło w praktyce umieszczenie kilkunastu uczniów po fabrykach i szkołach zawodowych we Francji.
Gdyby zajrzeć do historii kolejnictwa francuskiego, okazałoby się, że u jego początków stoją wszędzie emigranci polscy. Nad Bosforem tym więcej było do roboty. Urządzali wszakże "bisurmańcy" życie nowoczesne w azjatyckiej Turcji, obsadzając wszystkie stanowiska przy budowie szos, linii kolejowych i telefonów.
Olbrzymi szmat ziemi polskiej pod tym względem leży zupełnym odłogiem. Ani Petersburg, ani Berlin, ani Wiedeń nie spieszą się. Polak podróżujący w kraju szczęśliwy się czuje, jeśli osiągnie 15 km na godzinę w "sztajnkelerce"21 warszawsko-sandomierskiej czy w c.k. "ajlwagenie"22. Dopiero pod sam koniec romantyzmu pojawiają się na Mazowszu pierwsze konie "z pary uwiane". Własnym wysiłkiem społeczeństwa zbudowana, powstanie w r. 1844 kolej warszawsko-wiedeńska.
Rodzi się idea narodowości
Nowy wiek rzucił nowe, niewinne z pozoru słówko, mające dać początek wielu zasadniczym przemianom: narodowość. Rozwinęła się ona niebawem w nacjonalizm, z czasem wyrodziła w drapieżny imperializm, który eksplodował kataklizmami, prowadził wojny niesprawiedliwe, uzbroił bestię germańską, stał się głównym wrogiem pokoju świata.
Jakże jednak ogół miał odczuć od razu wagę i groźbę narodowości, skoro nie dostrzegli jej przebiegli politycy Kongresu Wiedeńskiego? Nacjonalizm mało zakłóciwszy spokoju wiekowi ubiegłemu, spotęgowany przez tryumfującego Napoleona, stał się ulubionym konikiem do harców politycznych Aleksandra I. "Zgodzono się, aby narodowość braci naszych... oddana była pod pieczołowitą rękojmię rządów właściwych!" - wołał w swym manifeście, mamiącym ewentualnością połączenia w jedno trzech zaborów. "Polacy otrzymają instytucje, które zapewnią im zachowanie narodowości" - obiecywało oficjalne orędzie Kongresu. "Vivat Aleksander!" - wołali liczni entuzjaści "anioła pokoju", masoni nasi czcili odtąd jego pamięć jako "odnowiciela narodowości".
Niemoc i bankructwo, w jakich znalazła się od razu Kongresówka, uważano niejako za "okup odzyskanej narodowości". Usprawiedliwiając się w liście do prezesa senatu Ostrowskiego23 z oczywistej klapy swych planów, pisał Aleksander: "to jednak starałem się przynajmniej złagodzić, ile możności, rygory rozdziału i wyjednać Polakom wszędzie korzystanie z praw narodowości" (jouissance de leur nationalit"). Szydził słusznie brat cara, Konstanty: "Skoro durzył Polaków ciągle, cóż dziwnego, że zakręciło się im w głowie na tym punkcie. Myśleli, że sprawa jest pozytywna. Któż by na ich miejscu nie życzył sobie tego samego?". Młodziutki Mickiewicz w programie dla tajnego związku Filomatów wileńskich zalecał: 1) rozszerzyć gruntownie oświecenie, 2) ugruntować niezachwianie narodowości.
Lecz cóż to jest ta wciąż dyskutowana narodowość? O definicję uznaną i dostępną dla wszystkich - nie było łatwo. Mieszano ją zrazu z miłością ojczyzny, z tradycją domową, stawiając nawet ponad niepodległością. Racjonalista Staszic zaliczał do narodowości "rzeczy nietykalne, jako te: rodowitość, język, urzędowanie, sprawowane przez rodaków w ojczystym języku, ziemię, muzykę, strój". Dopiero młodzież krzyknęła mocno: "narodowością są cechy właściwe, różniące jeden naród od drugiego!". Mochnacki zaś zdefiniował bystro, choć nieco kunsztownie: "Istotą narodu nie jest zbiór ludzi, zamieszkałych na pewnej przestrzeni, ale raczej zbiór ich własnych wyobrażeń, uczuć i myśli".
Były to określenia przytrudne np. dla wojskowych spiskowców majora Łukasińskiego. Więc Ludwik Nabielak w przedmowie do swego przekładu "Królodworskiego rękopisu"24 łopatą do głowy wbijał trzy główne źródła narodowości: 1) podania i pieśni gminu, 2) badanie dziejów przeszłych i położenia obecnego, wreszcie 3) starożytne zabytki pokoleń słowiańskich. Za czym rozkochano się bez pamięci w tej lubej, najdroższej idei. Publiczność w teatrach szukała w "scenicznym omamieniu jej pamiątki". Poezja musi się stać narodową w całości.
W ślady Mickiewicza dążą poeci "obowiązani wnikać w najgłębsze tajnie indywidualizmu narodów, dawać portretowe podobieństwo ludów i ich zwyczajów" - jak pisał w r. 1830 Michał Grabowski25. Młody Juliusz Słowacki dodał słusznie: "Lecz myli się, kto sądzi, że narodowość poezji zależy na opisywaniu narodowych wypadków; one są tylko szatą, pod którą trzeba szukać duszy narodowej lub duszy świata".
Starając się wnikać w tajniki geniuszu Chopina, pisał w r. 1834 znakomity kompozytor Robert Schumann: "Do korzystnego zbiegu czasu i okoliczności dodał los jeszcze coś, czym się Chopin wyróżnia od innych i co czyni go zajmującym, tj. dał mu potężną i odrębną narodowość, mianowicie narodowość polską. Dzieło Chopina to armaty ukryte wśród kwiatów".
Doktrynerzy "ducha narodowego" na emigracji po r. 1831, poddając galopem rewizji literaturę i przeszłość naszą, odsądzili od czci i wiary dwie czołowe chluby geniuszu narodowego: Jana Kochanowskiego i Aleksandra Fredrę. Kochanowskiemu zarzucali dość powszechnie romantycy, że wzgardził pierwocinami poezji swojskiej i związawszy swoją twórczość z wzorami klasycznymi, pchnął poezję naszą w objęcia obczyzny. Dopiero Mickiewicz z katedry Coll?ge de France sprostował wierutne głupstwo, wykazując w porywający sposób, że Jan z Czarnolasu miał, jak nikt inny, intuicję ducha narodowego i jego dróg dziejowych. Odosobniony był głos lewicowca romantyzmu, Seweryna Goszczyńskiego, który w r. 1834 gromko zarzucił twórcy Zemsty i Ślubów panieńskich zupełny brak narodowości, gdyż tworzywem pisarza jest wyłącznie świat kontuszowo-szlachecki, natomiast nie ma drobnej szlachty, wówczas rewolucyjnie usposobionej; proletariat miejski, zupełnie jeszcze nie uświadomiony, nie mógł wchodzić w rachubę. W dwa lata później na emigracji polistopadowej jeszcze ostrzej postawiono sprawę w manifeście "Gromady Grudziąż"26. "Szlachecka narodowość Polski w trumnie na wieki spoczęła, bo szlachta własną domordowała ją dłonią. Teraz więc do ludu polskiego, do kmieci należy wyrobić inne pojęcie narodowości dla naszej ojczyzny".
Marzenia snute w mrokach konspiracji wydobywa na jaw i krystalizuje Wiosna Ludów. Mickiewicz, który poczuł w piersi siłę Konrada, zrywa się do czynu konkretnego, niby Farys przez chwilę zwycięski: "Idea narodowości jest wyrokiem śmierci dla Austrii... Istnienie tego cesarstwa - woła na mityngu w Bolonii w r. 1848 - nie da się pogodzić z istnieniem narodowości, które się podnoszą!".
W ciągu stulecia Polacy śledzili czujnie i odpierali zakusy i ataki z zewnątrz i wewnątrz; Edward hr. Raczyński wołał na sejmie pruskim wiosną 1843 r.: "Nowy król pruski27 nie może Polakom zaprzeczać narodowości, którą im zapewnił ojciec jego, który, gdy orły pruskie przybijano w tym kraju, powiedział, że nas szanuje za nasze przywiązanie do narodowości. O jakiejże to narodowości mówił? Czy o pruskiej?!". Równocześnie potępiono ostro brata mecenasa, Atanazego Raczyńskiego28, który obraziwszy się na swe społeczeństwo, został ochotnie - Niemcem.
Gorszym, bo aktywnym objawem niewiary była dobrowolna apostazja świetnego pisarza, autora Listopada i Pamiątek Soplicy - Henryka hr. Rzewuskiego29. Uciekł on od poczucia narodowego, ulegając dla kariery potężnej fali rusyfikacji oraz niewierze w przyszłość Polski, która musi, zdaniem jego, umrzeć tak, jak umiera starzec. Jedynym ratunkiem - zasymilować się i zespolić szczepowo z Rosją! Powstał ten program w dziesięć lat po napisaniu Dziadów, Nie-Boskiej i Pana Tadeusza. Rzewuski uważał te arcydzieła za ostatni rozbłysk świecy, pożegnalny gest umierającej Polski!... A ona nie tylko nie umierała, ale zielenić się poczynała nowymi pędami, które, zdawało się, od wieków uschnięte i martwe, zerwały się nagle, krzycząc, że żyją i są. Ks. Szafranek, zgłaszając w sejmie pruskim (1848) postulat uznania praw języka polskiego w życiu publicznym, powoływał się na żądania dwustu gmin górnośląskich, zamieszkanych przez pół miliona ludności. A wszyscy żądali, jako "prawi dziedzice zamieszkujący tę ziemię od wieków, aby nasza narodowość nam przyznaną była".
Tymczasem naród wzmagał się i krzepnął. Upowszechniło się nowe pojęcie patriotyzmu, oparte na miłości całego narodu, na obowiązku "niesienia kagańca oświaty" w masy, na pielęgnowaniu czynników szczepowo-kulturalnej odrębności i rodzimości.
Jak walczyć z zaborcami, w jaki sposób unaradawiać szkoły, instytucje publiczne, literaturę i sztukę - będzie główną treścią dążeń działaczy w ciągu stulecia.
Kolęda cementem narodowości
Naród w znacznym odsetku niepiśmienny łączyła wspólna mowa, obyczaj i pieśń. Wśród ostatnich na pierwszym miejscu kolęda wigilijna i pastorałka. Stała się ona w dobie niewoli najcenniejszym łącznikiem, dającym uświadomienie szczepowe. Żaden inny naród nie może się pochlubić takim bogactwem pieśni bożonarodzeniowych o szerokiej skali nastroju, od hymnów polonezowych (Bóg się rodzi) do skocznych mazurków, rubasznych, tryskających humorem pastorałek.
Stulecia przeglądają się w naszej kolędzie. Od średniowiecznego Anioł pasterzom mówił po siedemnastowieczną, barokową kołysankę: Lulajże, Jezuniu, którą zeuropeizował Chopin w kilku taktach swej etiudy30.
W czasach niewoli politycznej kolęda nasza przeżywała chwałę odrodzenia, jakie nie było jej udziałem w starej Rzeczypospolitej. Łączyła nie tylko rozdarte kordonami ziemie polskie, towarzyszyła zesłańcom do tajg Sybiru, rozrzewniała emigrantów polistopadowych i postyczniowych rozproszonych po obu półkulach, zagrzewała do wytrwania więźniów cytadeli warszawskiej, karmelitów lwowskich, łączyła twierdze Kufsteinu, Spielbergu, Szpandawy, Moabitu31. Wszyscy czuli się z jej słowem i nutą dziećmi jednego narodu. Zwiększyło się jej bogactwo. Wyszły na jaw nie znane ogółowi kolędy ludowe, przypomniano dawne, napisano nowe. Przepiękną stworzył w Złotej czaszce Słowacki:
Chrystus Pan się narodził...
Świat się cały odmłodził
Et mentes.
Nad sianem, nad żłobeczkiem,
Aniołek z aniołeczkiem
Ridentes.
Nastrój epoki styczniowej (1861-1870) odtwarza najtrafniej kolęda Zygmunta Noskowskiego: Hej, kolęda, kolęda! z charakterystycznym zgrzytem mollowym w kadencji.
Nowy czynnik społeczny: opinia publiczna
Co myślą, jak reagują masy, doły społeczne, tzw. gmin wiejski czy motłoch w miastach - to nie obchodziło dotychczas nikogo, bo nie miało żadnego znaczenia ani wpływu na bieg wypadków. Opinię narzucały dwory i rządy, urabiając ją, sterując nią i kneblując wedle woli i potrzeby. Dopiero Wielka Rewolucja ujawniła olbrzymią potęgę tego instrumentu. Doszły do władzy i głosu ulice, zgromadzenia publiczne, kawiarnie, gazety. Lotem strzały szerzyć się poczęły niepożądane dla władców nowinki. Już w parę dni po ogłoszeniu Manifestu połanieckiego Kościuszki wiedzieli o nim chłopi na Opolszczyźnie i przestali wychodzić na pańskie, domagając się zniesienia pańszczyzny. Gdy pani Zamoyska32 w Warszawie przy otwartych oknach Pałacu Błękitnego zagrała na klawikordzie ostatnią nadesłaną z Włoch nowość: Mazurka Dąbrowskiego, a motłoch stołeczny w lot podchwycił słowa i melodię, nie wszyscy zrozumieli, że ulica zabrała głos po raz pierwszy i że wielką moc kryje w sobie ten nowy czynnik. Zrozumiał jego znaczenie student wileński, Mickiewicz, zalecając w r. 1819 już w pierwszych instrukcjach dla filomatów: "formować, poprawiać, ustalać opinię publiczną".
Ulica, stragan, szynkownia, magiel i sklep, kawiarnie stołeczne i gazety, a na prowincji jarmarki i odpusty - oto majdany, gdzie mogły się formować pierwsze zalążki opinii publicznej. Rządy zaborcze czyniły gorliwie wszystko, by w samym zarodku nałożyć kaganiec. Na palcach policzyć w pierwszej połowie stulecia chwile swobodnego bujania opinii: parę miesięcy po proklamowaniu Królestwa Kongresowego w r. 1815, parę również w pierwszych miesiącach powstania listopadowego i wreszcie początkowy zryw entuzjazmu w czasie Wiosny Ludów, więc krótkie chwile, w których naród mógł w swoich sprawach przemówić bez kagańca cenzury pruskiej, austriackiej czy carskiej. Do ludu wiejskiego, do robotnika nie dotarła jeszcze idea zgromadzeń publicznych. Dopiero pod koniec stulecia zbudzi się uśpiona i usypiana wola mas. Spętana w uścisku policji zaborczej nie istniała w wieku romantyzmu niezależna, swobodna opinia publiczna.
Zmiany i przesunięcia w ustroju społecznym
Przemiany w ustroju społecznym wprowadza wiek XIX powoli, z rosnącym w miarę przeszkód uporem. Rady możnowładców straciły prymat, który przeszedł na biurokrację zaborców. Przed nimi teraz korzy się i płaszczy większość szlachty, stanowiącej około 15% ludności na ziemiach naszych (we Francji tylko 2%!). Szlachta polska nie nauczyła się niczego, starając się wszelkimi środkami utrzymać stan posiadania. Gdy w r. 1818 zaproszono na katedrę ekonomii politycznej w Uniwersytecie Warszawskim Fryderyka Skarbka - a był jedynym kandydatem ze studiami i poleceniami fachowców zagranicznych - teść jego, jaśnie wielmożny pan Gzowski z Osięcin na Kujawach, zdecydował, że jego zięć nie może hańbić się pracą, nawet uniwersytecką, i namawiał córkę33, by czym prędzej zdrajcę porzuciła! Takich obłąkanych głuptasów były dziesiątki tysięcy. Proces ich likwidacji powolnej zaobserwował młodziutki Bolesław Prus w latach sześćdziesiątych XIX stulecia: "O północy, w chwili kiedy w salonach Resursy w Warszawie wnoszono szampana, do przedziału służbowego w ośnieżonym pociągu towarowo-osobowym wszedł nadkonduktor i telegrafista, odkorkowując butelkę zwyczajnej wódki.
- Pięknie zaczynamy Nowy Rok. Psy nie miałyby czego nam zazdrościć!
- Tylko nie narzekać... A pamiętasz, jak to było lat temu dziesięć w Resursie?... Było nas tam z 80 osób. Stary węgrzyn i szampan. A ja miałem jeszcze moją czwórkę kasztanków. Kto by dziś uwierzył, że tak było...".
Na rozpadlinach ustroju szlacheckiego nowa klasa burżuazyjna rozpędza się szybko z impetem ogarniającym wszystkie dziedziny życia. Z bezrolnej, bo zbankrutowanej szlachty jedno - i więcej dworczej, z elementów mieszczańskich i wyjątkowo chłopskich powstaje inteligencja (choć jeszcze bez tej nazwy) i zdobędzie w połowie stulecia wybitne, z czasem dominujące stanowisko. Ze wszech stron pchają się ludzie nowi, bez herbów i tradycji, zbrojni w mocne łokcie lub pieniądz, i głośno będzie o nich na wszystkich polach osiągnięć. Chudopachołkowie, plebejusze zalegają biura, kantory, magistraty i sklepy, gryzipiórkując na początek za lichy grosik. W udręczonej terrorem Paskiewicza Kongresówce pójdzie ten proces powoli, opornie; w karnej, posłusznej pozytywizmowi Marcinkowskiego Wielkopolsce - gładko. W Galicji wytworzył się liczniejszy niż gdzie indziej stan średni, istny proletariat inteligencji urzędniczej. Stworzyli go zubożeni dzierżawcy, oficjaliści prywatni, młodzież mieszczańska, pośrednicy i dependenci.
Nową klasę zasiliła obficie imigracja Niemców. W zaborze rosyjskim przybysze z Niemiec, już zasiedziali, byli spolszczeni i zbogaceni, do Galicji przywędrowali po zaborze kraju wielką gromadą w chęci zrobienia kariery urzędniczej. I jedni, i drudzy asymilują się przeważnie w ciągu jednego pokolenia, dając często przykład twórczego patriotyzmu. Steinkellery i Kolbergi w Kongresówce, Estreichery w Krakowie, Libelty, Krauthofery w Wielkopolsce, Pillery, Dietle, Lamy we Lwowie. Te wszystkie oddane dzieci matki Polki stoją w pierwszym szeregu walczących z niemieckim najeźdźcą.
Upadek mieszczaństwa w szlacheckiej Rzeczpospolitej był na rękę interesom okupantów. Austria i carska Rosja niszczyły je dalej systematycznie. Austriacki trafikant miał na oku jedynie groźbę konkurencji gospodarczej, dźwigało się z wolna kupiectwo zaboru rosyjskiego. Jeden tylko Prusak zrozumiał, że dobrobyt miast zagarniętych - jest jego dobrobytem.
Mizerny stan przemysłu, mimo świetnych początków u progu stulecia, znikoma w porównaniu z innymi krajami ilość fabryk i kopalń w Kongresówce z jednej strony, tamowanie wszelkiej inicjatywy w tej mierze przez Wiedeń i Berlin z drugiej sprawiły, że zaogniona w zachodniej Europie w latach trzydziestych kwestia robotnicza u nas prawie nie istnieje do połowy stulecia. Poważne zasilenie powstającego przemysłu tkackiego, narodziny Łodzi i jej wielkiego przemysłu dokonało się dzięki przybyłej z Niemiec gromadzie majstrów. Zdawało się, że rząd Kongresówki popełnił krok nieopatrzny, ściągając "kolonistów" jak ongi Piastowie śląscy. Minister Lubecki dał w r. 1824 wyraz przekonaniu, że przybysze ulegną szybko asymilacji i "już w drugim pokoleniu zabiją w nich polskie serca". I miał rację, choć na spełnienie tej przepowiedni nieco dłużej czekać wypadło.
Zdeklasowana, w części na bruk miejski rzucona warstwa ziemiaństwa szlacheckiego zmuszona zostaje zmienić dawne "życie ułatwione" na "wytężone", przystępuje wespół z nowymi żywiołami do zmontowania nowego stanu inteligencji. Ma jednak świadomość, że koniec jej wpływów już nieuchronny, choć może nie za pasem jeszcze. W przededniu Wiosny Ludów daje temu wyraz przedstawicielka tej skazanej na zagładę kasty. Sydonia Szumlańska, anonimowa, lecz bystra autorka Listów damy polskiej34, wyznaje wprost: "Upadek szlachty konieczny jest, aby można było podnieść lud wzwyż. Przyśpiesza go jeszcze zjawisko odstępstwa narodowego w obozie szlacheckim. Niechże wolno będzie szlachciance wyrazić żal i oburzenie z powodu wypadków tego odstępstwa".
Nurtująca wszystkie umysły postępowe od zarania stulecia idea przebudowy stosunków w myśli sprawiedliwości społecznej rozszerza się po katastrofie imperializmu napoleońskiego w żądzę przebudowy świata, której świetnym programem jest manifest Mickiewicza: Oda do młodości. Tylko wówczas zdoła młodzież przeniknąć ogromy ludzkości, gdy uzbroi się w entuzjazm, rozkocha w pracy dla szczęścia wszystkich, stanie się silna jednością i rozumna szałem, jeśli gwałt odciskać będzie gwałtem. Pod tymi warunkami, niełatwymi do realizacji, udać się jej może pchnięcie starego spleśniałego świata na nowe tory. Program ten, napisany w r. 1820, dopiero w dziesięć lat później stał się własnością czytającego ogółu. Był naszą Deklaracją Praw Człowieka. Postępowi Polacy XIX stulecia będą usiłowali program ten poetycki wprowadzić w życie realne, mierząc najczęściej siły na zamiary...
Chłop wyszedł najgorzej
Artykuł czwarty konstytucji Księstwa Warszawskiego postanowił: poddaństwo znosi się (le servage est aboli). Pozornie Napoleon poszedł dalej niż Ustawa majowa. Zniesiono na papierze niewolę chłopa, dano wolność osobistą, możność osiedlania się, gdzie chce, równość wobec prawa i sądów, usunięto władzę patrymonialną dziedzica nad chłopem. Ale pan zostawał nadal właścicielem gruntu, którego chłop był tylko użytkownikiem dzierżawcą. Chłopi zostali definitywnie wolni i definitywnie... wywłaszczeni. Dekrety określały tę wolność po myśli wielkiej własności. Oszołomieni zrazu przemianą chłopi spostrzegli wkrótce, że niewiele się zmieniło. Gdy pewnemu użytkownikowi zawaliła się chałupa, szlachcic posłał kilku robotników dla remontu; chłop prosił o dalszą pomoc w otynkowaniu chałupy, pan wyrzucał mu, że "jest leniem, skoro tak małej rzeczy dla własnego mieszkania wykonać nie chce". "Jaśnie panie, odpowiedział chłop, a czy ja po roku zostanę tu jeszcze?". Albowiem dana była obszarnikowi całkowita władza usuwania chłopów z ziemi, która już teraz była bez zastrzeżeń jego własnością; pozbawiony korzyści z władzy patrymonialnej, korzystał z prawa rugowania chłopów z gospodarstw zajmowanych dotychczas od pokoleń przez chłopów. Wyzutych z gruntu przyjmowano z powrotem na ten sam spłacheć gruntu, ale już tylko w charakterze dzierżawców na podstawie nowej umowy, z reguły tak niekorzystnej, że położenie tych pariasów było często gorsze niż przed napoleońską konstytucją.
Nie należały wcale do wyjątków takie typy dziedziców, jak brat Marii Walewskiej35. Oto co o nim pisze Aleksander Walewski36, syn poboczny Napoleona I: "Mój wuj, Łączyński, człowiek miły dla równych mu urodzeniem, był niezwykle surowy dla swych poddanych. Nie tylko skazywał na kary, najchętniej bił własnoręcznie. Z małymi wyjątkami wszyscy właściciele ziemscy w Polsce postępowali tak samo, co mnie, wychowanego za krajem, oburzało do żywego". Gorzej było w latyfundiach kresowych. Młode kobiety wywożono z Białorusi na sprzedaż po 200 franków od sztuki, co nawet Mickiewicz piętnował w Dziadach. Jeśli na Ukrainie pan był ludzki, a pańszczyźniak akuratny, kara cielesna ograniczała się do "pomiarkowania" (100 nahajów), oporny podlegał "subiekcji" (300-500 nahajów). Upojona szarżą Kozietulskiego w Hiszpanii szlachta zjednoczyła się w haśle: czym ułan bez lancy, tym szlachcic bez chłopstwa. Chłopi, przeszedłszy z deszczu pod rynnę, mruczeli nieufnie, złowrogo: "Ojcyzna, ojcyzna i cóz nam z ty ojcyzny? Jedyn pan przedaje nas drugimu, a król ten cy ów nic nam nie zelzy".
Na Śląsku i w Galicji chłop aż do Wiosny Ludów traktowany był jak bydlę pociągowe, tylko gorzej żywione. Urbarium37 jednej wsi w powiecie rybnickim postanawiało: "Jeśli braknie koni, muszą pracownicy dworscy na żądanie dominium dać się zaprząc do pługa i uprawiać rolę pańską". W majątku Donnersmarcka38 wprzęgnięty do pługa chłop skonał pod batogami. Na sejmie wiedeńskim roku 1848 poseł chłopski Kapuszczak39 z Bohorodczan wołał: "Panowie więcej od nas wymagają, niż przepis o pańszczyźnie pozwalał! Zamiast 100 dni odrabialiśmy w roku 300 dni, często trzy-cztery dni robocizny, czasem i tydzień liczony był nam za jeden dzień roboczy. W niedziele i święta nakładano nam kajdany i wrzucano pomiędzy bydło w oborze, byśmy w przyszłym tygodniu gorliwiej pracowali. Obchodzono się z nami nie jak z ludźmi, lecz jak z machinami. W oddaleniu 300 kroków od pańskiego pałacu musieliśmy stać z odkrytą głową, nie mógł chłop wejść na schody, bo śmierdział, a pan smrodu nie znosił. Często klucze od kościoła zastawione były u karczmarza, który je wydawał po wypiciu oksefta40 wódki".
Naliczyć by się dało w całej Polsce kilkudziesięciu ludzi innego pokroju w legionie obszarników. Ożywieni byli ideowym humanitaryzmem, postępowi w słowach i czynach. Ale to nie usprawiedliwia koszmarnego obrazu całości.
Gdy Napoleon nie tylko "zdjął chłopom kajdany z nóg, ale i buty z nich ściągnął", to była potworność ostatecznie zrozumiała, gorzej, że elementy tak postępowe jak wolnomularze narodowi z majorem Łukasińskim na czele nie liczyły się z chłopami w ogóle, ani nie liczyły - na nich. Jedyną orędownicą okazała się poezja romantyczna. Postępowi romantycy dostrzegali od razu przepaść między zmyśleniem literackim a rzeczywistością; okłamał czytelników poeta serca Franciszek Karpiński, bający w swych sielankach o poczciwych kmiotkach, zawiódł nawet autor Wiesława, Brodziński, choć nie był obszarnikiem, lecz żołnierzem i profesorem. Zorientowany doskonale młodziutki Mickiewicz czuje trudność poprawy potwornych stosunków i w młodzieńczym poemacie Kartofla zapowiada, że zmiany doczekamy się dopiero w XX wieku, gdy stara Europa pójdzie w diabły, gdy śladu nie zostanie po Paryżach, Londynach i Wilnach...
Wtenczas nad Światem Nowym swobód gwiazda błyśnie,
Cnota się i nauka pod jej promyk ciśnie.
Mnisze więzy, despotów złamią się postrachy,
Złoty Kapitol wolne utkwi w niebie dachy,
Przed nim naród zdumionych ziemian na twarz padnie,
A Lud-Król berłem równym uległych zawładnie.
Do stóp swoich tyrany staroświeckie pognie
I z wolnej skry w Europie nowe wznieci ognie.
Ta zdumiewająca przepowiednia przeleżała w rękopisie nieznana aż do naszych czasów41. Mickiewicz natomiast wstrząsnął współczesnych swych czytelników ponurym widmem dziedzica w Dziadach wileńskich, który był wiernym odtworem panujących stosunków. Nie tylko filomaci wileńscy stanęli po stronie uciśnionego nad wszelką miarę pańszczyźniaka. Satyryk "Wiadomości Brukowych"42 w ostrym felietonie pt. Machina do bicia chłopów pisał w r. 1817: "Łagodność, namowa i przekonanie rozumne nie ma władzy nad pojęciem chłopa. Bić go potrzeba, żeby uczuł, bić do śmierci, by doprowadzić na drogę kierującej nim woli, bić ustawicznie, żeby mieć zeń cokolwiek pożytecznego".
Nie lepiej działo się na Mazowszu i na kresach południowych. Trzynastoletni Zygmuś Krasiński wyznaje w liście do ojca ordynata z całą szczerością: "...chłop ruski często zamożniejszy od mazowieckiego, ale uciśniony przez panów nie śmie podnieść głowy. Każdy pan jest królikiem u siebie despotycznym. Otoczony kozakami patrzy bez litości na męki zadawane z jego rozkazu włościanom, a ludzkość upodlona wygląda zbawiciela...". Gdzieś w tym samym czasie starszy odeń Julek Słowacki zahukany przez mamusię43 jedzie z nią powozem przez błota pińskie i widzi mnóstwo wychudłych z głodu chłopów, pożerających skwapliwie nenufary wodne.
To wspomnienie dziecka da później autorowi Lilli Wenedy pomysł do pięknego poetyckiego obrazu córki żywiącej gnijącego z głodu króla Wenedów, Derwida. Jaka szkoda, że wspomnienie dziecinne Krasińskiego zatarło się, gdy wyrósł i przeszedł na stanowisko reakcji społecznej, stając się wrogiem wyzwolenia ludu z niewoli pańszczyźnianej!
Gromada tępych oczu i pokornych karków
Już autor Ody do młodości piętnował samolubów, którzy takie widzą świata koło, jakie tępymi zakreślają oczyma. Odsetek ich, zależnie od napięcia duchowego ogółu, bywał rozmaity, wahał się w dość szerokiej rozpiętości, umniejszając zawsze nieliczny poczet aktywnych pracowników. W postawie tej części społeczeństwa brały górę cechy raczej rzadkie w naszym temperamencie narodowym, należała do nich bierność, przechodząca chwilami w stan absolutnej obojętności na wszystko, co działo się poza obrębem własnego nosa, podwórka, interesów. Nie mogli się zasłonić wygodnisiowskim zawołaniem poety wieku złotego44: "Niech się drudzy za łby wodzą, a ja się dziwuję!" - bo ciemni byli i nieuczeni. Odznaczały się typy takie zasadą bezwzględnej uległości. Poszukując spokoju za wszelką cenę, wykonywali skwapliwie wszelkie nakazy władz zaborczych. Byle nacisk starczył, by miękkoszyjnych bezkręgowców skłonić do posłuchu, często i do zaprzaństwa, o ile nęciło korzyściami. Wyrzuty sumienia pokrywano zasadą "złotego środka", nieodzownego jakoby w naszym wyjątkowym położeniu. "Spokój - pierwszy obowiązek obywatela!" - wołano, wykręcając się od udziału w czymkolwiek, co mogłoby rzucić cień na ich wzorową lojalność i posłuszeństwo wobec władzy zaborczej.
Nie dziw, że skłonny był do takiego pojmowania swych obowiązków ciemny, ogłupiały od stuleci chłop pańszczyźniany. Gorzej nierównie, gdy tak samo postępował oskorupiony grubą warstwą rozmaitych przesądów szlachcic jednowioskowy, zatykający uszy na wszelkie nowinki, jakie nawet pod jego dach, do nie wietrzonych komnatek wnosił wiek XIX. Wszyscy, nie mówiąc już o warstwie rządzącej, pomnażali rojowisko trutniów niezdałych, nieprzydatnych, szkodliwych w pracy zbiorowej. Nie było ich właściwie...
Usadowiła się od pokoleń pewna cecha fatalna w usposobieniu Polaków: cudzo-biesie. Znaczy to chętka wrodzona do małpowania, naśladowania, słuchania obcych. Położenie geograficzne z jednej strony, wielkość odrębnych elementów etnicznych ze wschodu i południa, czynnych u nas w każdej epoce dziejów - z drugiej, sprawiły, że to znamię wysunęło się na czoło, nie myśląc ustąpić nawet wówczas, gdy obcy przybysz, pomawiany przez lud słusznie o posiadanie "czarnego podniebienia", mamił już nie tylko nowym świecidełkiem mody czy fatałachem osobliwego obyczaju czy snobizmu - lecz przybył z nie tajonym zamiarem, by ujarzmić i zniszczyć naród. Zastraszająca potulność wobec zaborców była prawowitym dzieckiem tej cechy usposobienia polskiego. Występowała stale pod mianem bardzo elastycznej, opacznie pojmowanej lojalności. Jak owce wełnę rolnikowi, tak szlachcic bez szemrania jął oddawać posłuszeństwo najeźdźcom wszystkich trzech zaborów. Niektórzy czynili to jedynie w pierwszym stadium ogłuszenia i rozpaczy po katastrofie, porażeni wiarą w śmierć narodu, u innych nastrój potulnej służebności pozostał, przechodząc z ojca na syna. Ani dziesiątej części tych świadczeń nie byłby dał swemu rządowi, jakie teraz składał skwapliwie. Jeden na tysiąc trafił się rezolut, podobny dziedzicowi z I tomu Popiołów Żeromskiego, który na powitania komisarza Niemca w harcapie popisywał się najpierw długo celnością swych strzałów w komnacie, wbrew jego zakazowi polecił obić poddanego, który włamał się do lamusa.
Z ojca na syna
Z ojca na syna przechodziła pokoleniami tradycja, szczepowa najpierw, polityczno-społeczna potem.
Najłatwiej, najpowszechniej dziedziczyły się w stanie szlacheckim, który przecie tworzył opinię publiczną, tradycje szkodliwe. Automatycznie, od kołyski nasiąkał szlachcic nawet jednowioskowy spuścizną czasów saskich; poczciwy, oskoru-piony przesądami, pielęgnował wsteczne nawyki kastowe. Zatykał przeważnie uszy na dochodzące doń zawołania nowego wieku.
Solidarnie ofiarni, gdy ojczyzna zawołała, przelewają dziad, syn i wnuk krew na polu walki - od Somosierry (1808), Berezyny (1812), poprzez Grochów i Stoczek (1831) do Miechowa i Kobylanki (1863). Biją się jak diabły, budząc słuszny podziw świata. Ale równie solidarnie spychają z dziada na wnuka spełnienie obowiązku sprawiedliwości społecznej wobec chłopa, póki ich nie wyręczą rządy zaborcze. Na palcach zliczyć można rodziny, dziedziczące ideały nowsze, postępowe. W takiej atmosferze przyszła na świat opera narodowa Halka, twórca jej bowiem odziedziczył po swym szlachetnym stryju umiłowanie haseł wolności-równości-braterstwa45.
W mieszczaństwie trwały długo tradycjonalny marazm i niemoc wydobycia się z pęt, narzuconych przez ustrój dawnej Rzeczypospolitej; upadek, uniemożliwiający mu rozwój i znośną chociażby egzystencję. Tam, gdzie znalazło ono ofiarnych, energicznych przywódców i dobre wzory do naśladowania, jak w Wielkopolsce, dźwignęło się w ciągu jednego pokolenia z zadziwiającą szybkością - i dobrze zbrojne w zalety organizacji przedsiębiorczości rzemieślniczej i kupieckiej, mogło z czasem jako mocny stan trzeci stanąć do pracy narodowej. Organizator przemysłu w Kongresówce, Steinkeller, napotkał zrazu znaczne opory rodzime na tym polu.
Chłop trwał w niemalże niezmienionej nieświadomości. Nowe tradycje wyzwoleńcze nierychło zdołają się zakrzewić. Był tak uparty i oporny, jak - jego dziedzic.
Regułą jest - rzecz jasna - przechodzenie warsztatu produkcyjnego czy przedsiębiorstwa z ojca na syna; jeśli rzadkie, to dlatego, że warsztatów tych było w Polsce jak na lekarstwo w początkach stulecia. Szalka i waga, pogardzane przez szlachtę i grożące jej utratą klejnotu szlacheckiego, zostawały w ręku warstw mało energicznych, do czynu na większą skalę niezdolnych, nie mających ani kapitału, ani umiejętności wytworzenia go.
Umiłowania zawodowe dziedziczą się często, rzadziej występuje zjawisko dziedziczenia talentu. W dziedzinie twórczości artystycznej nie brak usiłowań, aby talent przekazać potomnym, co wszakże zdarza się nieczęsto. Geniusz ma swe prawa, dziedziczeniu nie podlega.
Zdarza się dziedzictwo w sztuce i literaturze. Jest Fredro ojciec i Fredro syn46, Dobrzańscy - ojciec z synem47, i wyjątkowa dynastia Kossaków48. W historiografii odznaczyli się Bartoszewicze - Julian ojciec i syn Kazimierz49. W publicystyce i w ogóle w aktywności kulturalnej wybiły się trzy pokolenia Koźmianów50. W polityce i dyplomacji dali się poznać dziad, ojciec i syn Czartoryscy51, dalej Zamoyscy52, wreszcie Wielopolski margrabia i usiłujący iść jego śladami syn53.
Imponującą długodystansowość, sięgającą w prawnuki, a więc najdłuższą wykaże w nowym stuleciu teatr. Otwiera ją ojciec sceny naszej, Wojciech Bogusławski, którego dzieci, wnuki, prawnuki - oddawały się z powodzeniem aktorstwu i pisarstwu dramatycznemu54. Za nimi cały poczet świetny: Żółkowscy - ojciec i syn, obaj w swoim zakresie i popularności znakomici55, dalej Rapaccy56, Leszczyńscy57, Aszpergerowie58, Trapszowie59, Kamińscy60. Wszyscy, wyrastając w świetle kinkietów, nie umieli się oprzeć ich czarowi.
Terror rodziców wobec dzieci
Zjawiskiem hamującym porozumienie między pokoleniami, przeszkodą w sensie społecznym ciężką jak kłoda w poprzek drogi, był odwieczny rozłam-konflikt między ojcem i synem. Cecha nie wyłącznie staroszlachecka, skoro we wszystkich warstwach społecznych istniała. Zdaniem każdego ojca - hrabiego, młynarza czy drobnego szlachcica było strzec pilnie przepaści, unikać porozumienia z synem, gdy skończył jakieś 7 lat. Syn stawał niemal na baczność na widok rodziciela. Rozmowy suche, protokolarne, jak w hiszpańskim ceremoniale.
Z tysięcy ojców zwrócimy uwagę na dwóch - z przeciwnych krańców: ojciec Zygmunta Krasińskiego i ojciec Ignacego Daszyńskiego61. W pierwszym wypadku walka przybrała formy ostre i dramatyczne: syn - genialny poeta, ojciec - genialnie uparty autokrata, terroryzujący miękką, uległą duszę neurastenika. Ojca wodza proletariatu poznajemy z oszczędnych kilkunastu słów syna, uczciwy i prawy człowiek, z musu urzędnik austriacki, nie odzywa się do dzieci w ogóle: "Absolutne milczenie w towarzystwie ojca było koniecznym obyczajem... chłopi i Żydzi zachowali przez długie lata bardzo miłą pamięć o moim ojcu jako urzędniku". A dzieci?... "Żałowałem, że stary, niemądry sposób wychowywania dzieci nie pozwolił mi nigdy zbliżyć się serdecznie do ojca. Nauczyłem się dopiero później cenić jego czysty i piękny charakter".
Nic się więc nie zmieniło od lat kilkuset, kiedy szlachecka młódź musiała bez protestu znosić pogębki od swych rodzicieli, uczyć się lub nie uczyć, żenić się z tą - nie inną, wedle ich kaprysu i nieodwołanego rozkazu. Romantyzm jak burza czy huragan zwalał przeróżne przeszkody; przed tą najsilniejszą zatrzymał się długo, bezsilny.
Zgoła inną, odwrotną postać tego zagadnienia przedstawia osobistość margrabiego, jak nazywano głośnego w epoce lat 1861-1863 Aleksandra Wielopolskiego. Dziecko rasy zdegenerowanej do cna. Ojciec62, kretyn niedołężny, podpisywał się z wielką trudnością, pozwolił sobie wydrzeć olbrzymie dobra ordynacji Gonzagów-Myszkowskich, matka - inteligentna, nieopanowana neurasteniczka z rodu63, który wydał komediopisarza Fredrę. "Bukiem popędzono ją przed ołtarz z kretynem". I z takiego związku wyszła jedna z najbardziej rogatych indywidualności, jakie zna nowoczesna historia polska. Uparty, zaczepny, nie dbający o popularność, wciąż uparcie zdążający do celu przeciwnego oczekiwaniom ogółu, mimo ciosów i klęsk, niezłomny margrabia. Nie zaznawszy mocnej ręki we własnym dzieciństwie, tym żarliwiej terroryzował zbiorowość swego narodu. A klęski raczej go podżegały, niż hamowały w postępowaniu.
Wielopolski nie był wyjątkiem regułę potwierdzającym. We wszystkich warstwach społeczeństwa zdarzały się jednostki wyjątkowo twarde, takim witalizmem uzbrojone, że wyrastały bez trudu ponad wolę, ponad głowy rodzicieli. Oto dwóch synów organistów wiejskich z końca wieku. Jeden Mazur - Reymont, drugi Czerwonorus - Fałat, nie boją się kańczugów, obficie stosowanych przez ojców, idą mężnie swoją drogą ku wielkości.
O dzieci nikt się nie troszczył, tylko młodzieży poświęcano wiele uwagi. Ubierano je cudacznie i niehigienicznie, istne małpki naśladujące starszych. Paplać po francusku od niemowlęcia, grać na fortepianie i haftować, co kto żąda, od muchy aż do wielbłąda. Oto cały program wychowania dzieci w sferach posiadających, materialnie niezależnych. Mało kto wiedział, nikt prawie nie stosował się do uwag o fizycznym wychowaniu dzieci, ogłoszonych już w r. 1807 w "Dzienniku Wileńskim" przez Jędrzeja Śniadeckiego, który błagał daremnie, by zaprzestać wysyłania w życie istot ułomnych, słabowitych, nerwowych i udzielał zdrowych, nowoczesnych rad. Nieco więcej posłuchu znaleźli Klementyna Hoffmanowa, autorka "Rozrywek dla dzieci"64 i bajkopis Stanisław Jachowicz65, którzy nie pozwolili krzywdzić dalej wrażliwości dziecięcej.
Cieniem wręcz ponurym kładzie się na te i na następne epoki stulecia brak troski o analfabetyzm milionowych rzesz mieszkańców miast, wsi, miasteczek. Szlachta odnosiła się do idei uczenia dzieci chłopskich obojętnie lub wręcz wrogo, w obawie, że znający litery pańszczyźniak będzie pracował gorzej, bo mu się w głowie przewróci. Słomiany zapał panienek ze dwora, wysiłki młodych zapaleńców, "Kmiotek" Anczyca66, "Dzwonek" Bielawskiego i Starkla67 zwiędły wkrótce z braku poparcia. Należało czekać do końca stulecia, by padło hasło Marii Konopnickiej: "Pójdź, dziecię, ja cię uczyć każę!".
Brud i zaduch obowiązują
Pamiętamy, ile to bieganiny było w Soplicowie, gdy Zosia miała pierwszy raz wyjść do gości. Całą konewkę wody wylano do srebrnego naczynia, służebne mydliły ciało dziewczyny, przepocone, dawno nie myte wonnym roztworem, aby zamiast wszystkich innych, nabrało zapachu miłego. Miniaturowa miedniczka cioci Telimeny po raz pierwszy okazała się za mała. Gdy w Fantazym Słowackiego Baszkir porwał nieszczęsną Rzecznicką, mąż jej rozkazuje pokojówce zobaczyć, czy wanna wreszcie nagotowana, i zadaje sobie kłopot, jaki nawet w pańskim domu sprawiał zamiar użycia grzanej kąpieli, przewidzianej chyba w okresie karnawału lub wypadku choroby. Na samą wzmiankę o kąpielach rzecznych szlachcic przeżegnałby się z taką samą grozą, jak jego ciemny pańszczyźniak.
Zabobonnie wprost unikano świeżego powietrza, otwierania okien w komnatach pańskich czy lepiankach chłopskich. W izbach chorych, w szpitalach panował wstrętny zaduch, zabijany dymem jałowcowym i kadzidłami, które brały pierwsze miejsce w apteczkach domowych; to jeden z powodów, że nasze zdroje tak późno zaczęły się rozwijać. Higieny, balneologii nie znano zupełnie.
Po saskiej ciemnocie, po modzie Oświecenia, uświęcającej nakazem medycyny unikanie wody - wziął wiek XIX w spadku niechlujstwo fizyczne, zamiłowanie w brudzie. Chyba Żydzi lub nieliczni mahometanie pozostali wierni łaźni, która w średniowieczu była najbardziej uczęszczanym miejscem zebrań. Nawet w okresach, kiedy kobieta szczególnie kąpieli potrzebuje, unikały jej damy zarówno "kuchciane", jak "walterskotki", że użyjemy określeń Słowackiego. Nie wolno, nie wypada używać wody i mydła, zabraniała tego i tradycja ludowa, i szlachecka. Perfumy usuwały odór potu i brud, płyn gumowy do włosów zabijał insekty równie dobrze, jak dawniej specjalne młoteczki. Damy z najwyższej arystokracji polskiej słynęły do końca stulecia z osobistego niechlujstwa.
Najpopularniejszy, a więc bezimienny
Najbardziej znanym poetą w XIX stuleciu był ten, którego wiersze powtarzało z pamięci całe społeczeństwo rano i wieczorem, którego pieśni miłosne śpiewano powszechnie z równym zapałem i przyjemnością. Nie był jednak najczęściej znany z imienia i nazwiska. Najgorliwsze śpiewaczki nie wiedziały w ogóle, że istniał. Albowiem zapłacić musiał i on za rozgłos tę najwyższą lichwiarską cenę, która zowie się - bezimiennością. Podobnie jak pieśń ludowa ogarnia cały lud, który ją śpiewa i przechowuje, nie troszcząc się o autora, tak jego utwory rozpowszechnione były anonimowo w całej zbiorowości polskiej, trafiały bowiem łatwo w gust powszechny.
Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły
I coś tam klaszcze za borem.
Pewnie mnie czeka mój Filon miły
Pod umówionym jaworem.
Zaśpiewywały się dziewczęta wiejskie, kobiety i panienki, młodzi i starzy w dworkach szlacheckich czy pod słomianą strzechą. I nie wiedzieli najczęściej, że to sielanka z końca XVIII wieku. Modlono się w cywilu i w wojsku słowami: Kiedy ranne wstają zorze, dzień kończono nutą: Wszystkie nasze dzienne sprawy. A raz do roku, w dniu najuroczystszym, też same usta niewolne i wolne, w kaźni i na polu bitwy błagały Dziecinę, by podniosła rączkę do błogosławieństwa wioskom i miastom.
Wszystkie te pieśni ułożył ubogi człowiek na Pokuciu - Franciszek Karpiński, urodzony w roku 1741, a zmarły w 1825.
"Wszyscy ludzie wolni są braćmi"
Trzecie hasło rewolucji francuskiej: równość, najmniej miało u nas popularności. Większość przeważna społeczeństwa szlacheckiego ani słyszeć nie chciała o zrównaniu się z chłopem i mieszczanem. Zwolenników Staszica, Kołłątaja na palcach liczono. Nie chcąc zrywać z większością, Kościuszko pominął żądanie równości w swym programie. Ogłoszono je po raz pierwszy na ziemi obcej w legiach generała Jana Henryka Dąbrowskiego. Konwencja zawarta pomiędzy nim a zarządem generalnym Lombardii w styczniu 1797 roku gwarantowała odrębność narodową Polaków, zapewniała ubiór i znaki zbliżone jak najwięcej do zwyczajów polskich, noszono szlify z napisem włoskim i polskim: "Wszyscy ludzie wolni są braćmi", które też widnieją wyhaftowane na zachowanych do dziś sztandarach. Z tym hasłem wyrytym w sercach powróciła większość legionistów do ojczyzny, ale nie było udziałem ich pokolenia wprowadzić je w czyn. Nie mogli się nawet chwalić nim. Ogół społeczeństwa godził się raczej z postawą, której wyraz da później Gerwazy w Panu Tadeuszu. Najlepiej zrównać lud ze szlachtą w ten sposób, by chłopów. uszlachcić! Nie mogli też wprowadzić w czyn zaleceń, które kładł im w serca ukochany wódz: "Gdy do ojczyzny wrócimy, staniemy się dla niej bardziej użyteczni niż dawni bracia nasi pielgrzymujący po świecie. A zarazem podamy w ohydę i wytępimy zniewieściałości, marnotrawstwo i rozpustę, jaką ci jaśniepańscy wojażerowie z uciemiężeniem ziomków swoich ubogich do Polski sprowadzali!".
Dnia 3 maja 1798 roku, napierając trojgiem bram, zajęli legioniści Dąbrowskiego Kapitol w Rzymie. Wódz stanął u stóp posągu Marka Aureliusza i przemówił: "Stanęliście na szczycie, na którym błyszczy sława tylu wieków. Pomnijcie, w jakim dniu to stoicie. Niech miłość kraju z godłem sławy utkwi na zawsze w sercach waszych!". Niestety, daleka Polska nie rychło dowiedziała się o tym chrobrym wyczynie. Nie było żadnej łączności wśród ziem rozszarpanych. I gazet nie było z nowymi wiadomościami. Młodziutkiej opinii publicznej umieli zaborcy zawczasu nałożyć kagańce milczenia.
Grecjo-Polska generała Dąbrowskiego
Jeszcze się Grekom nie śniło o powstaniu, które miało wybuchnąć w 1821 r., jeszcze Aleksander Ypsilantis68, przyszły jego wódz, dosługiwał się szlif generalskich w armii rosyjskiej, jeszcze nie myślał o Grecji lord Byron, ten sławny romantyk angielski, co miał zorganizować całą wyprawę wyzwoleńczą, wydać na nią krocie funtów, nasprawiać wiele kolorowych mundurów i wreszcie tuż po wylądowaniu życie w Missolunghi zakończyć.
Nie z romantycznych porywów myślał o Grecji człowiek bardzo trzeźwy i konkretny jako żołnierz i organizator, słowem generał Dąbrowski, twórca Legionów włoskich. W chwili gdy zorientował się, że ukochane jego dzieło kruszy się i rozpada bez ratunku, że marnieje i demoralizuje się żołnierz Legionów, błysnęła mu myśl: Grecja! Posłuchajmy, co o tym pisze oficer sztabowy generała, Franciszek Morawski: "Miałem zaszczyt pełnienia po dwakroć służby szefa sztabu głównego przy Dąbrowskim, tak na nocnym koczowisku pod Berezyną, jak i później w marszu na bitwę pod Hanau. Mówił mi Dąbrowski, że gdy już legie polskie rozbierano, na obce przemieniając je wojska, za morze wreszcie posyłano na wieczną stratę, on powiązał myśl zabrania co by mógł z tychże legii na okrętach, z którymi się już był porozumiał, udania się do Grecji. Tam, łącząc dwa nieszczęśliwe, ojczyzny pozbawione ludy, chciał założyć nowy naród pod nazwą: Grecjo-Polska. Zawiązał już był nawet w tej mierze korespondencję i umowę z celniejszymi Grekami i już był projekt zupełnie do wykonania dojrzały, kiedy rząd francuski, ostrzeżony o jakimś skrytym zamiarze Dąbrowskiego, przyśpieszył nagłym rozkazem wyprawę Polaków na San Domingo, tak iż o spełnieniu projektu ani myśleć było podobna".
Sprawa jest dotąd nie zbadana. Nie wiemy, jak daleko i z jakimi przywódcami Greków pertraktował. Nie wchodząc w ocenę samego projektu, stwierdzić należy, że ujawnił się tu realizm myślenia Dąbrowskiego i troska o żołnierzy. Była to utopia. Zapewne. Ale czy nie stokroć lepiej stałoby się, gdyby niedobitki walecznych i sławą okrytych wojowników znalazły trochę wczasu na wyspach Dodekanezu aniżeli zarazę żółtej febry wśród Murzynów?
Jeden z nielicznych, ocalałych do czasu, San-Domińczyk pisał w r. 1803: "Powietrze jest tu bardzo niezdrowe, osobliwie od czasu zbuntowania się czarnych, to jest od lat 12. Wszystkie wojska tu przysłane wymarły, od dwu lat do 40 000, z wojska tu z Europy przysyłanego. My od siedmiu miesięcy tu przybyli, straciliśmy do dwóch tysięcy ludzi i wszystkich prawie oficerów. Nie spodziewam się, abym mógł kiedyżkolwiek wrócić".
Znalazły się w tym piekle klimatu i stosunków dwie półbrygady żołnierzy naszych, zesłane pod wodzą Grabińskiego69 i Aksamitowskiego70. Postawę zajęły godną: pozorując narzuconą im walkę z wyswobadzającym się ludem czarnym, zjednali sobie przychylność tubylców do tego stopnia, że gdy w r. 1804 wybuchła rzeź białych na San Domingo - Polacy zostali od niej wyłączeni i ocaleli. Osiedliwszy się na wyspie, weszli w stosunki z ludnością. I stali się jej ojcami nowego pokolenia mieszkańców czarno-białych "kwarteronów"71, odznaczających się niebieskimi oczami i wybitną urodą.
Jeszcze Polska nie umarła!...
Piorun trzeciego rozbioru, uderzający w chwili, gdy po insurekcji Kościuszki otwierały się świetne widoki rozwoju przed narodem i państwem - wywołał panikę ducha, depresję powszechną, która u wrażliwszych kończyła się ostrą melancholią lub obłędem. Uważano, że wszystko stracone, wołano:
Gdzież się teraz podziejem, sieroty zbłąkane,
Jak pszczoły bez macierzy z ula rozsypane?
Nowych panów pomiotło, knechty, posługacze,
Wzgardzeni w kraju własnym, a w obcych tułacze!
Identyfikowano błędnie katastrofę państwa z zagładą narodu, który rzekomo zginąć musiał z upadkiem bytu politycznego. "Ta, co od morza aż do morza władała, kawałka ziemi nie ma na mogiłę" - płacze sentymentalny śpiewak pieśni 0 Filonie. "Enfin tout est fini...72 nie masz już Polski - pisze dzielna współpracownica kosynierów Kościuszki - nic nam nie zostało, chyba tylko bezużyteczne żale, wspomnienia duszę rozdzierające i rozpacz...".
Nieprawda! - protestuje w skocznym rytmie pieśń Legionów, urodzona w lecie 1797 w Mediolanie, która lotem strzały przyjęła się w ciągu kilku lat na całym obszarze mowy polskiej. Czemu przypisać tę szybkość błyskawiczną? Czy samym słowom? Nie tylko. Jak zawsze, melodia ważyła więcej. Był nią znany powszechnie mazurek, bezimienny jak wszelka twórczość ludowa. Podłożone pod popularną nutę słowa wsiąknęły od razu w chciwą a wysuszoną glebę. Miarą wartości naszego hymnu może być jego popularność w całej Słowiańszczyźnie. Już w r. 1834 Samuel Tomasik73, poeta i działacz słowacki, napisał pod jej wpływem utwór: Hej Slovane powszechnie znany i do dziś śpiewany na polską melodię w Czechosłowacji. Istnieją też utwory chorwackie i łużyckie na nutę Mazurka Dąbrowskiego napisane.
Dziarska piosenka w rytmie marszowym przeszła długą ewolucję w króciutkim czasie: śpiew frontowy, przedostawszy się przez kordony, stał się pieśnią jednoczącą rozszarpane dzielnice, jak ongiś w średniowieczu kult św. Stanisława zjednoczył i scalił podzielone fałszywym testamentem dzielnice piastowskiej monarchii. Mało na tym! Mazurek Dąbrowskiego nadał kierunek myślenia ożałobionej gromadzie rozbitków, którzy chwyciwszy się symplistycznych słów jak tonący deski ratunkowej ogłosili je podświadomie jako program działania.
Wyścig współzawodnictwa ogarniać będzie i wprost zarażać wszystkie następne pokolenia. Będą one kolejno udowadniać światu, że żyją i pracują, a więc, że tym samym Ona nie umarła! Prosta piosenka rzuciła najlepszy jednoczący całą zbiorowość program pracy nad odbudową.
Z uderzeniem nowego stulecia wystrzelają na smętnych zdawałoby się ugorach i ruinach mocne pędy nowego życia. Oto kilka zasadniczych osiągnięć:
Rok 1800: powstaje w Warszawie Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Oderwani nagle od warsztatów pracy kulturalnej młodzi działacze okresu stanisławowskiego, bracia Śniadeccy, filozof Jan i chemik Jędrzej, myśliciel Staszic, poeta i publicysta Niemcewicz podejmują - na przekór grząskiej, niewiadomej przyszłości - przemyślaną, systematyczną robotę: biegną zabezpieczyć, rozbudowywać szkolnictwo średnie i powszechne, stworzone przez Komisję Edukacyjną w końcu ubiegłego stulecia, scalają wysiłki jednostek, inaugurują wydawnictwa, działają żywym słowem. Sesje publiczne, mowy na tematy uczone, odczyty, recytacje wywołują obok żywego oddźwięku także i chęć naśladowania w całym kraju.
W roku 1816 powstaje fundacja Hrubieszowska. Pada pierwszy, na długie lata jedyny promień światła w dziedzinę od wieków ponurą i ciemną, nie rozjaśnioną dostatecznie ani przez Ustawę majową, ani przez Manifest połaniecki Kościuszki. Szlachetny reformator Stanisław Staszic, dążąc do ideału sprawiedliwości społecznej, osadza dla przykładu na działkach w Hrubieszowie na Wołyniu (od kilku do kilkudziesięciu hektarów każda) kilkuset chłopów, kilku mieszczan, kilkudziesięciu szlachciców pod przewodem dziedzicznego prezesa. "Jedyna to próba - stwierdzi później historyk marksista - stworzenia nowej osady gospodarczej w ustroju solidarności i stanowego zbratania" (H. Grynwaser).
Rok 1802: gdy przekopano ośmiokilometrowy "przekop berezyński", łączący Dniepr z Dźwiną zachodnią, a więc Morze Czarne z Bałtykiem, powstaje w Warszawie kompania handlowa Czacki, Drzewiecki i Ska, z portem w Odessie74, najmłodszym w Europie. 9 VII 1803 wypływa z Odessy pierwszy po tylu wiekach okręt handlowy "Tadeusz Czacki" z ładunkiem zboża ukraińskiego.
Rok 1803: reorganizacja uniwersytetu w Wilnie z siecią szkolnictwa powszechnego i średniego pod zarządem uniwersytetu, dzieło wytężonej pracy organizacyjnej Adama Czartoryskiego, wyzyskującego swą przyjaźń z Aleksandrem I. Znaczenie tej akcji, trwającej do roku 1830, uznano już współcześnie w słowach: "gdyby światło nie zapaliło się w Wilnie, zgasłoby w Polsce całej".
Rok 1805: Tadeusz Czacki zakłada na Wołyniu w Krzemieńcu liceum. Nowoczesny i postępowy program, starannie przemyślane metody wychowania wysuwały tę uczelnię na czoło ówczesnego szkolnictwa polskiego. Dwie ostatnie klasy dorównują uniwersytetowi. Czacki kładzie nacisk na równomierność wychowania umysłowego i fizycznego, a duchowieństwo polskie na Wołyniu okłada się na potrzeby liceum stałą roczną dziesięciną.
Marazm społeczeństwa, apatia, trudności wojenne i polityczne nie dają się na razie opanować w innych dzielnicach. U tych trzech ognisk rośnie, grzeje się i podciąga młodzież ze wszystkich stron kraju. Poznań, Kraków, Lwów - staną później do współzawodniczącej roboty.
Mimo rozdzielenia kordonami, mimo przymusowego włączenia w trzy odrębne organizmy państwowe działają czynniki zespalające rozdarte dzielnice: tradycja dziejowa, pamięć utraconego, zawzięta chęć tworzenia nowych wartości ducha, przystosowanych do nowych warunków i potrzeb.
Pieśń i słownik - Wybicki i Linde
"Można powiedzieć - zauważył raz Mickiewicz - że cała historia nasza aż do rewolucji 30 roku zawiera się w kilku zwrotkach pieśni Legionów". Lecz i on nie przypuszczał, że te zwrotki w ciągu stu lat urosną do wyżyn hymnu narodowego. "Słowa te tak są konieczne - dodaje myśliciel z końca XIX wieku Stanisław Witkiewicz - tak z nami zrośnięte, iż zdaje się, że każdy je sam widział, że już sam zanim żyć począł, wypowiedział, że nie było i nie ma wiadomego człowieka, który je wymówił pierwszy...".
Tym pierwszym wiadomym człowiekiem był Pomorzanin, Józef Wybicki75, z rodziny osiadłej od dawna na przymorskich kresach Rzeczypospolitej. Zasłużył się jako tęgi pracownik za czasów stanisławowskich, był współpracownikiem gen. Dąbrowskiego, wychowawcą jego legionistów. Dla odrodzenia narodowego znoił się sumiennie przez dobrych lat pięćdziesiąt.
Przybyszem natomiast, ale od pokoleń zasiedziałym w Toruniu, był Samuel Bogumił Linde76. Ojczyzną jego przodków była Dala w Szwecji, rozsławiona po świecie opowiadaniami Selmy Lagerlof. W przededniu Kongresu Wiedeńskiego, który przywrócił na mapie nazwę Królestwo Polskie, wyszedł z druku Słownik języka polskiego. Jest to biblia i arka mowy polskiej. Linde uczynił sam jeden to, nad czym gdzie indziej pracowały zastępy uczonych, kolegia i akademie. Spisał alfabetycznie wszystkie wyrażenia polskie z trzech wieków ich istnienia, objaśnił ich rozwój od Jagiellonów po rozbiory, dołączył synonimy, zwroty, cytaty z wybitnych autorów. Pokoleniu niewolnemu przypominał bogactwo mowy bieżącej, zaznajamiał go z językiem przeszłości, którego przeciętny obywatel nie znał i znać nie mógł. Służył pisarzom, mówcom, kaznodziejom, wpływał na rozwój cywilizacji polskiej jako księga podręczna, doradcza. Słownik wydany po raz pierwszy w r. 1814, po raz drugi rozszerzony do sześciu wielkich tomów in quarto w r. 1860. Cieszył się wielką poczytnością: do poduszki kazał go sobie odczytywać Józef Poniatowski w Jabłonnie, radził się go Mickiewicz, tworzący Dziadów część III, wertował komediopisarz Fredro i Henryk Sienkiewicz, woził się z tłumokiem sześciu tomów Stefan Żeromski. Wszyscy rozczytywali się w tym alfabetycznym inwentarzu słów, tak zmyślnie ułożonym, że daje się czytać wprost jak romans.
Pieśń Wybickiego pocieszała naród w niewoli, Słownik Lindego uczył czystości języka, niszczonego, koślawionego przez zaborców i uległą im biurokrację. Jeśli nie z imienia, to z owoców pracy znani byli całej zborowości naszej ci dwaj kresowcy pomorscy, zaliczani słusznie do najzasłużeńszych wychowawców narodu.
Aby dobrze, poprawnie władać językiem, nie wystarczy go tylko używać, koniecznie należy poznać jego ustrój i reguły nim rządzące. Niecierpliwi, pośpieszni Polacy byli temu od wieków niechętni. Z zakorzenionym przesądem, że wystarczy kierować się własnym uznaniem i słuchem, podjął walkę Wielkopolanin, który pierwszy opracował gramatykę polską, Onufry Kopczyński77. Jak Krzysztof Kluk78 rośliny, tak on ponazywał części mowy i części zdania. Z jego pomysłu weszły w powszechne użycie zaswojone odtąd terminy: zaimki, imiesłowy, przysłówki, spójniki itd. Ponadto wprowadził do pisowni polskiej nową, nie używaną dotychczas literę J, co wywołało zrazu protesty i zastrzeżenia. "Możnaż - wołał słusznie w r. 1804 pan Onufry - znać język, nie znając nauki jego?... Język jest ojcem, gospodarzem i sędzią nauk wszystkich!" Kopczyński był trzecim zasłużonym nauczycielem narodu, pochodzącym z jego najstarszych zachodnich ziem.
Ojczyzna ukryta w starej księdze
- Gdzie jest teraz ojczyzna twoja? - pyta wizytator ucznia liceum Czackiego w Krzemieńcu.
- W pamiątkach lubej przeszłości, w kościach przodków, w starej księdze zachowana jest dziś ojczyzna moja - recytuje smyk z zapałem.
Istotnie kryła się w starej księdze. Taki foliant z czasów złotych, zygmuntowskich, wydaje się pogrobowcom symbolem utraconego państwa, a więc talizmanem godnym ofiar wysokich i wyrzeczeń. Nigdy przedtem i nigdy potem nie płacono tak wysokich cen za starodruki. Jak gdyby powróciły czasy pierwszych kosztownie iluminowanych ksiąg średniowiecza. Aby zajrzeć, aby dotknąć Psałterza Wróbla z r. 156779, podejmuje młodziutki Joachim Lelewel umyślną podróż z Wilna do Krzemieńca - 80 mil z czubem! Później tłucze się 60 mil po bezdrożach między Warszawą a Wilnem, aż wreszcie w starym klasztorze w Przasnyszu pieści się z utęsknionym starodrukiem jak z kochanką.
Takie mistyczne ujmowanie znaczenia książki krzepi ich, ludzi trzeźwego racjonalizmu, i podnosi na duchu. Ogromne ożywienie na rynku antykwarskim wprowadziła kasata klasztorów, gdy niepoliczone krocie skarbów bibliotecznych rzucono w bezładnych stertach na dziedzińcach i podwórzach. Jeśli zaś cały skarbiec dawnej produkcji książkowej nie zniszczał, to dzięki temu, że w Galicji i w Poznańskiem zdołał on przejść spod władzy szczurów i myszy w klasztorach do bibliotek publicznych w Krakowie, Poznaniu, Lwowie. Stara księga umie budzić uśpioną świadomość narodową. Ekonomczuk Kamiński80 z Kutkorza nad Pełtwią, grzebiąc w tych szpargałach, poczuł wolę do pracy nad śniętą polskością własną i swych rodaków. Syn śląskiego kramarza z Oleśna Lompa81 zasmakował podobnie w zrzucanych na stertę księgach poklasztornych.
Zaboru rosyjskiego na razie nikt oficjalnie nie wzywał do zbierania skarbów dawnej kultury. Jedynie Tadeusz Czacki dla swej książnicy w Porycku wyciągał czapką i papką z zakamarków franciszkańskich, cysterskich, bernardyńskich wspaniale zachowane pierwodruki Reja, Kochanowskiego, Modrzewskiego. Choć jeszcze grały armaty napoleońskie, ożywiła się akcja kulturalna na wszystkich polach. Stara księga dokonała cudu. Ogarnęła całe społeczeństwo szlachetna żądza ratowania zabytków przeszłości od niepamięci, zatraty, wywozu za granicę. Jak niegdyś Załuski pierwszą bibliotekę publiczną, tak Izabela Czartoryska w Puławach zakłada pierwsze narodowe muzeum historyczne. Na klęczkach, jakby do narodowej komunii zbliżają się wybrańcy do hebanowej, złotem kutej skrzyni, na której błyszczy napis brylantami sadzony: "Pamiątki polskie zebrała Izabela Czartoryska, 1800". We wnętrzu tego skarbczyka przechowywano: włosy, łańcuch i pierścień Zygmunta Starego, sztuciec koralowy Barbary Radziwiłłówny, bogaty łańcuch złoty Anny Jagiellonki, pierścień Władysława IV i wiele innych pamiątek po królach.
Najpiękniejsze fundacje wynikają z tej ambicji ratowania książki naszej. Józef Maksymilian Ossoliński funduje we Lwowie w r. 1817 wiekopomną instytucję, która jako Ossolineum będzie przez dwa pokolenia jedyną ostoją polskości i ducha narodowego na Ziemi Czerwieńskiej. Tym śladem podążą Edward Raczyński w Poznaniu, Joachim Lelewel w Wilnie, Konstanty Świdziński w Warszawie, Tytus Działyński w Kórniku, aby zabezpieczyć i przechowywać następnym pokoleniom czterowiekowy dorobek cywilizacji polskiej82.
Dokonywa się to w opłakanych warunkach, na gruzach dawnego porządku. Oto jak w r. 1805 wyglądała Biblioteka Jagiellońska w Krakowie: "Najcenniejsze wydania dzieł kosztownych zrzucone na podłogę, zapaskudzone, nadjedzone przez myszy i szczury, że ich do rąk wziąć nie można, by się nie powalać, kosztowne miedzioryty zwalone na brudny stół, nad księgami w szafach pilne prząśniczki zasnuły tkaninę tak gęstą i zakurzoną, że trudno cośkolwiek rozpoznać". Z nikłych początków kilkutysięcznej zbieraniny tworzy się Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie, ale gdy lądem i wodą zaczną zbiegać się ofiarne dary, urośnie szybko do 50 000 tomów.
Po piętnastu latach gorączkowego rozkwitu 1815-1830 - nowy grom, nowe cofnięcie się, niewola i nierychłe widoki odbudowy. Na emigracji siedząc, na beznadzieję patrząc, woła w r. 1847 filozof Trentowski: "Gdzież zatem dla nas źródło nauki? gdzie jasełka własnego rozumu? Tylko w księdze niepodległej, za granicą napisanej i wydanej!".
Na szczęście nie było aż tak źle. Kraj zbudził się. Młodziutka warstwa nowych pracowników z nowej klasy narodu, inteligencji, zakasała rękawy, stanęła do pracy kulturalnej mimo ciężkich warunków we wszystkich trzech zaborach.
Wstrzymał Słońce - ruszył Ziemię!
Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię... ale dwa wieki przeminąć musiały, by świat uznał, że "polskie wydało go plemię". Wiek XIX usiłował naprawić to kompromitujące zaniedbanie. Młodzi racjonaliści nasi, wychowankowie szkoły stanisławowskiej, okrzyknęli Kopernika patronem swoim orędującym ich pracom kulturalnym. Filozof Jan Śniadecki zajął się najgorliwiej propagandą i już w r. 1802 ogłosił rozprawę o Koperniku, a Warszawskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk poświęciło mu sesję uroczystą. "Tysięczne usta powtarzają twe imię ze czcią - pisał Tadeusz Czacki do Śniadeckiego - dzień wczorajszy był jednym z dni pięknych narodu. Cztery godziny trwało posiedzenie, mnich i elegantka, uczony i prostak równie słuchali, równie się rozrzewniali...". Uchwalono jednogłośnie wysłać 20 egzemplarzy rozprawy Śniadeckiego do Fromborka, aby na grobie Kopernika złożone były. Czy to nie znamienny objaw, że trzeźwi racjonaliści ulegają nagle odruchowi sentymentalizmu? Napoleon w czasie pobytu w Toruniu zwiedza pamiątki po wielkim astronomie, ubolewając nad nikłym echem jego imienia w Polsce. Wkrótce Ludwik Osiński pisze ku chwale wielkiego rodaka wspaniałą, patetyczną Odę, mnoży się literatura naukowa i popularna, której rezultatem będzie odsłonięcie pomnika dłuta Thorvaldsena. Związane z tym koszta poniósł ofiarny działacz społeczny i pierwszy obrońca praw ludu, Stanisław Staszic. Mniej efektowną, skupioną więcej była praca w drugiej połowie stulecia. Odszukano dokumenty dowodzące jego polskości, wykazano ścisłą łączność rozwoju uczonego z Uniwersytetem Krakowskim, ogłoszono dokumenty o wrogiej postawie wobec krzyżactwa. Mistrz Matejko w kilku kompozycjach uświetnił doskonałość osoby i odkrycia. Bezsilna wściekłość Niemców dowodziła najlepiej słuszności tezy polskiej. Zasługą XIX stulecia było, że powróciło ono Polsce najświetniejszego z jej obywateli.
Gdyby Słowianie chcieli się zjednoczyć
Gdyby Słowianie chcieli się zjednoczyć, toby cały świat podbili. "Złączajcie się z sobą - woła poeta Woronicz w r. 1807 - a świat roztrącicie. Krawędź dwóch światów zbudujecie!".
Szeroko zakrojoną akcję podejmuje warszawskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, nawiązując kontakt z pisarzami rosyjskimi: Dzierżawinem83 i Karamzinem84, podając rękę budzącym się z wielowiekowego snu Czechom (Dobrovsky85 i Hanka86). Podróżnik po ziemiach jugosłowiańskich, Aleksander Sapieha87, uważał w r. 1811, że "związki między narodami słowiańskimi obojętnymi być nie mogą dobremu Polakowi, jak rodzina nie jest obcą dobremu synowi. Więcej jeszcze! Tu źródło do odrodzenia nie tylko Polski, ale i Europy całej".
Już u progu stulecia dyszą młodzi zapaleńcy żądzą poznania Słowiańszczyzny prastarej, przedchrześcijańskiej. Ziemia słowiańska pokryta czarodziejskimi ziołami, kryjąca tajemnicze uroczyska jest kluczem do tajemnic odwiecznej duszy ludu, jest jednym, żywym słownikiem. Odczytać ten słownik można przez głębokie, bezpośrednie zżycie się z ludem dzisiejszym.
Autorem tego równie urzekającego jak fałszywego programu jest Zorian Dołęga-Chodakowski88. Rozkopuje kurhany i uroczyska, gromadzi pamiątki, znaleziska, notuje pieśni, obrzędy, zabobony. Zwolennicy Zoriana idealizują w sposób przesadny cywilizację dawnych Słowian i swoistość budownictwa, piękno miast, wysoki poziom rzemiosł. Po dyletancku, bez ścisłości naukowej. Słowianofile-poeci nie wiedzą kierowani, lecz uczuciem.
Pierwszym poetyckim ujęciem idei słowiańskiej w naszej literaturze jest Widzenie w górach karpackich89 Kazimierza Brodzińskiego. Chmury na wycieczce w Tatrach upodabniają się w oczach poety do postaci ludzkich, z gromadką bardów słowiańskich na czele. Wódz bardów, Bojan, wieści o przyszłości Słowian, dla których zbliża się epoka rozkwitu. Niech utrzymują dawne, przyrodzone cnoty: łagodność, prostotę, miłość pokoju, niech się strzegą żądzy zaborów, wtedy wezmą prym w Europie.
Widzenie ukazało się w roku Ballad i romansów. Było też swego rodzaju manifestem rewolucyjnym.
Te pacyfistyczne, naiwne, bez kontaktu z gruntem realnym mrzonki - nie mogły się podobać Świętemu Przymierzu ani Rosji carskiej, która planowała zgoła inny, imperialistyczny panslawizm. Zwalczana srogo idea ucieka do związków tajnych. W latach 1823-1826 powstaje we Lwowie tajne Towarzystwo Zwolenników Słowiańszczyzny pod przewodem Ludwika Nabielaka, później belwederczyka. Żywe sympatie dla ruchu dekabrystów patronują związkowi. "Świeże, choć nieszczęśliwe usiłowanie Pestla i Murawjewa91 natchnęły nas duchem słowiańskim, obiecującym wiele dla kraju korzyści" - pisał Nabielak.
Dalej szedł August Bielowski92, z czasem znakomity historyk, który w r. 1830 pragnął unarodowić poezję polską przez skąpanie jej w słowiańskim zdroju. Powrócą dawne bogi i dzieje ojczyste, niewola zarumieni się życiem, świat wyda się rajem, jeśli nasza brać poetycka zabrzmi pieśnią słowiańską po świecie.
Z tego uroczego wielosłowia trudno wyłuskać jakiś program. I byliby w kłopocie zapaleńcy, zapytani o konkreta. Wiedzieli tyle, że dążą do zjednoczenia pokrewnych sobie grup słowiańskich pod przewodem Polski, którą sama geografia powołuje do roli kierowniczej w odbudowie bratnich plemion.
Najbardziej jeszcze do twarzy było maksymalnym frazesom w piosence żołnierskiej; powstańcy-opozycjoniści, idąc w bój pod hasłem "za naszą i waszą wolność", śpiewali:
Niech dobra sprawa powstanie,
To nasz cel jedyny,
Łączcie się z nami, Słowianie,
Od Odry do Dźwiny!
Ujęcie trzeźwiejsze, rzeczowe, znalazło się dopiero po roku 1831, na emigracji. Nie mrzonki bez pokrycia, rozsądna robota zbieracka jest hasłem: ratować stare wierzenia religijne, tradycje domowe Słowian, folklor. I wreszcie próba programu. Rzucają w r. 1841 myśliciel, Bronisław Trentowski w Chowannie: "Niechaj powstanie rzesza wszechsłowiańska, zespół potężny na zewnątrz, wolny na wewnątrz, federacja ludów wolnych i niepodległych". Projektodawca czyni też zastrzeżenia. Pierwsze: "Nie wszyscy Słowianie są ze wszech miar nasi bracia. Wiele szczepów nie walczyło nigdy za wolność i okazują się po dziś dzień obojętnymi, jeden zaś ciągle walczy za niewolą i zagraża swobodzie Europy". Drugie zastrzeżenie mocne: "Polski ludu, wyrzecz się jednak idei skojarzenia wszechsłowiańskiego, skoroby w niej ojczyzna, udzielność i narodowość twoja rozpłynąć się miała!... Tylko w ojczyźnie jest Słowiańszczyzna nasza!".
Postępowcy polscy przytaknęli w tym wypadku konserwatyście Trentowskiemu. Czując, że carska Rosja nie da sobie łatwo wydrzeć z rąk idei panslawizmu imperialistycznego, odrzucali a limine "prymat despotycznego państwa", uznając celowość zrzeszeń między grupami Słowian, spokrewnionymi językiem i kulturą. W artykule dyskusyjnym o panslawizmie (1844) wołał na emigracji, bliski już męczeństwa we Lwowie, Teofil Wiśniowski93: "Posłannictwem Polski jest narzucać innym Słowianom świadomość wolności i dążenia do uzyskania swobodnego rozwoju pod każdym względem. Polska winna przewodniczyć w wyzwoleniu innych Słowian. Ona jedna ma z wątku historycznego, z położenia swego - warunki do wypełnienia tego obowiązku. I żaden inny naród słowiański w tym względzie Polaków wyręczyć nie potrafi!".
Inni słowianofile emigracyjni podejmują akcję dyplomatyczną na Bałkanach, przedmiot wieloletnich wysiłków ks. Adama Czartoryskiego. Historyk Joachim Lelewel opiera swój program odrodzenia społecznego w przyszłości na zasadzie słowiańskiego "gminowładztwa", które jest oznaką najbardziej demokratycznego ustroju.
Idylliczni mrzonkarze, których tak świetnie przekpił Mickiewicz w III części Dziadów ("Sławianie, my lubim sielanki"), nie ucichli. Pieją w dalszym ciągu kredytowane hymny na cześć wspaniałej, pierwotnej kultury Słowian. Dla odmiany szukają jej w języku. A więc - jak pisał Wacław Aleksander Maciejowski94 - że imiona zakończone na "bog, dar, sław, mir" odsłaniają naczelne cechy charakteru naszych prapraojców; że w mowie dawnych Słowian tkwią niezwykłe wartości emocjonalne, "głoski tajemnicze" ml, mł: mgła, mleko, młodość, albo "głoski ponuro-żałobne": mróz, mrok, mara, śmierć - jak twierdził Aleksander Tyszyński95.
Brak jakiegokolwiek przygotowania lingwistycznego uwiódł nawet tak poważnego filozofa, jak August Cieszkowski, który do podparcia tezy - może i słusznej - że "kultura słowiańska wyrosła na podłożu potężnej afirmacji życia", użył argumentu lingwistycznego - uważając, że świadczy o tym używanie wyrazów: świat, świetny, światło.
I Mickiewicz lubił też snuć dowolne pomysły etymologiczne, np.: Nebukadnezar - Ne bog odno car. Inni wieszczowie też. Trudno winić ich za to w epoce, kiedy lingwistyka porównawcza była w pieluchach. A któż by czytał przedmowę do Słownika Lindego?...
Czując niebezpieczeństwo podobnych dysput, rząd carski postarał się zawczasu o swoich adherentów w obozie polskim. Jako pierwszy, ku żalowi i obrzydzeniu całego społeczeństwa, wystąpił w kraju Henryk hr. Rzewuski. Wzywał otwarcie cały naród do dobrowolnego "obrusienia". "My - wołał w Mieszaninach obyczajowych96 -zostawszy z wyroków Boskich częścią potężnego stowarzyszenia Rosjan, wnośmy nasze wyroby do wspólnej skarbnicy, zjednoczeni z naszymi pobratymcami!..."
Całe szczęście, że cyniczny apostata, sługus Paskiewicza, dopowiedział myśli od razu do końca: Samoistną twórczość pożegnać najlepiej. W ogóle przestańmy mówić po polsku, sam nasz temperament przyczyni się do "usunięcia z literatury rosyjskiej monotonicznej cechy". Lokalną odrębność prowincjonalną mamy zapewnioną.
Drugi renegat, Michał Grabowski, był mniej maksymalny. Ongiś żarliwy bojowiec na rzecz narodowości, teraz (r. 1842) rezygnuje całkowicie z samodzielności politycznej, "godząc się z losem i przemocą". Domaga się jednak utrzymania kulturalnej niezależności, wierzy bowiem, że w nowej, potężnej Słowiańszczyźnie ostoi się i narodowość, i twórczość Polaków.
Po renegatach zabrał głos odważny mąż stanu, dalekosiężny dyplomata. Nielubiany w Polsce ("dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami nic zgoła!"), więc popularny nad Newą. Margrabia Aleksander Wielopolski ogłosił w r. 1846 swój słynny "List otwarty do kanclerza Metternicha". Twardo i jasno wyrąbał szereg prawd ku przerażeniu pokolenia, które nienawiść do caratu wyssało z mlekiem matki: Jak rola Grecji w cesarstwie rzymskim, taka będzie rola Polski w imperium Wszechrosji. Nastąpi to z chwilą przezwyciężenia walki bratobójczej przez wielką ideę jedności słowiańskiej. Polska swym wpływem na Rosję doprowadzi do powstania nowej, wyższej i wspanialszej społeczności słowiańskiej, która pociągnie za sobą Słowian zachodnich i południowych. Sztandar Słowiańszczyzny zatkniemy w Konstantynopolu. Naród polski, zamiast wlec się w ogonie dogasającej kultury zachodniej, stanie wraz z rosyjskim na czele nowej cywilizacji słowiańskiej - ale wpierw trzeba się pogodzić z Mikołajem i wspomóc go w wojnie z Austrią.
Przemyślany program margrabiego miał jedną słabą stronę: opierał się na bazie wiary w dobrą wolę carskiej Rosji i w możność harmonijnego współżycia obu kultur. Tę słabiznę jego rozważań w rok później odsłonił w anonimowej "Odpowiedzi na list szlachcica polskiego do Metternicha" głośny ongi sztabowiec i pisarz, Franciszek Morawski97. Poddał panslawizm carski druzgocącej krytyce, odsłonił absolutną nicość jego rzekomych wartości: "Rosja carska zachowywała się zawsze destrukcyjnie wobec wszelkich twórczych pierwiastków Słowiańszczyzny. To kłamstwo, że Polska wcielona do Rosji stanie na czele cywilizacji słowiańskiej. Projekt margrabiego wtrąca nas w przepaść i prowadzi do zguby! Dopóki Bóg sam nie okaże się na błękicie i głosem piorunu nie ogłosi naszej zguby - wierzyć będę w przyszłość Polski!"...