Życie po ocaleniu. Testament Jurka - Katarina Bader

Reflow text when sidebars are open.
Jurkowi
Mówi się, że w umieraniu wszyscy są równi, ale to nieprawda. Oto w ciągu tygodnia przyszło mi pochować drugą kochaną osobę. Trudno mi teraz pozbierać myśli, ale wiem jedno: śmierć śmierci nierówna. Choć oboje byli już starzy - w zwyczajnym wieku umierania.
Moja cioteczna babka odeszła z tego świata w niewzruszonym przekonaniu, że po śmierci czeka nas życie. Była chora, a gdy poczuła zbliżający się kres, pożegnała się z rodzeństwem, dziećmi i wnukami; również ja się z nią pożegnałam. Gdy odwiedzałam ją po raz ostatni, w pokoju było pełno kwiatów. Przez okno świeciło słońce. Mąż, który opiekował się nią przez wiele lat, siedział teraz spokojnie przy jej łóżku. Moja cioteczna babka bardzo starannie się przygotowała. Na nocnym stoliku leżała teczka z napisem "Uroczystość pogrzebowa", a w środku znajdowały się zestaw pieśni oraz list, który zmarła sama dla nas napisała. Odczytano go na pogrzebie. Wiejski kościół zapełnił się ludźmi, a list był bardzo piękny. Odejście mojej ciotecznej babki można chyba nazwać godnym.
Jurek zakończył życie na podłodze swojej łazienki, a starsza kobieta we włóczkowym berecie twierdzi, że został zamordowany. Sama go tak znalazła. Dwadzieścia godzin po zgonie, leżącego w zaschniętej kałuży krwi.
Stoimy przed kaplicą na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie. Jest początek marca, szaruga, nagie drzewa, leży śnieg. Nie śliczny, biały śnieżek, tylko brunatna breja nasiąknięta błotem. Ziemia nie jest zamarznięta i nie ma mrozu, jest tylko mokro i zimno. Stoję tu od ponad pół godziny, bo nie wiedziałam, o której godzinie zaczyna się pogrzeb, a właściwie nie mam nawet pewności, czy dotarłam na właściwy cmentarz. Otrzymawszy telefoniczną wiadomość po prostu przyleciałam do Warszawy. I przyjechałam na cmentarz ewangelicki, gdyż powiedziano mi, że prawdopodobnie tutaj odbędzie się pochówek. Jerzy Hronowski zwany Jurkiem nie był wyznania ewangelickiego. Wiarę w Boga utracił dawno temu. Wystąpił z Kościoła katolickiego, a w Polsce nie będąc katolikiem nie tak łatwo znaleźć sobie miejsce na grób.
Poczekałam i w końcu zagadnęłam ową kobietę w brązowym berecie z włóczki, podobnie jak ja stojącą już od dłuższego czasu przed cmentarną kaplicą. Mówi, że również przyszła na pogrzeb Jerzego Hronowskiego, i dodaje:
- Na taką śmierć nikt nie zasłużył. Pan Hronowski też nie.
A więc to prawda. Miałam jeszcze nadzieję, że wszystko okaże się nieporozumieniem. Że Jurek, mój przyjaciel, umarł zupełnie normalnie. Że koszmar, z którego się uratował, nie doścignął go znowu - po tylu latach. Do oczu cisną mi się łzy. Kobieta mówi dalej, rozwlekłe opowiadając: jak to dwa razy w tygodniu przychodziła sprzątnąć mu mieszkanie, ugotować jedzenie i zrobić zakupy, bo on przecież nie miał nikogo. Dodaje, że o zmarłych nie powinno się mówić źle, ale łatwym człowiekiem to on nie był, ten pan Hronowski. Z jedzenia wciąż niezadowolony. Nie chciał jej nawet dać klucza do mieszkania, taki podejrzliwy. Tamtego ranka nie otworzył jej drzwi. Czekała i czekała, kilka godzin, aż w końcu wezwała policję.
- Och, mój Boże wszechmocny, nie był to przyjemny widok - mówi ze współczuciem w głosie, ale jest to raczej współczucie wobec siebie samej, że przyszło jej ten paskudny widok oglądać.
Podchodzi do nas jakiś mężczyzna. Spogląda z uwagą na kobietę we włóczkowym berecie i na mnie, zauważa w moich oczach łzy i pyta, czy jestem wnuczką Jerzego Hronowskiego. Pod jego ciemną zimową kurtką widzę pastorską befkę. Potrząsam głową przecząco, zagryzam dolną wargę i nie otwieram ust, bo wiem, że i tak nie będę teraz w stanie nic powiedzieć, mogę tylko płakać, a nie chcę płakać przy tej kobiecie.
- Może to synowa. Słyszałam, że jego syn ożenił się z młodą Amerykanką, a ta jakoś dziwnie mówi po polsku - snuje domysły właścicielka włóczkowego beretu. Lustruje mnie przy tym, jakby oglądała interesujący nieznany przedmiot. Zaczynam jej nienawidzić, bo bez przerwy gada, bo nie widać po niej żałoby, bo gapi się na mnie. Ale w gruncie rzeczy nienawidzę jej tylko dlatego, że potwierdziła, iż Jurek został zamordowany.
W końcu mówię:
- Nie, my byliśmy przyjaciółmi 1 - i spostrzegam, że niełatwo wyjaśnić, kim dokładnie był dla mnie Jerzy Hronowski.
Jurek był Polakiem, starszym ode mnie o sześćdziesiąt lat, obrabowanym przez Niemców z młodości. Ja zaś jestem Niemką, a poznając Jurka żyłam w najbezpieczniejszym świecie, jaki młodość w ogóle może sobie wyobrazić: na wsi w Szwabii, z miłymi, fajnymi rodzicami i licznym rodzeństwem. Od tamtego czasu minęło osiem lat, które przebiegłyby inaczej, gdyby nie Jurek. On zmienił moje życie. A teraz nie żyje.
- To ja go znalazłam, to znaczy razem z policją, wszędzie było pełno krwi, Boże wszechmocny, proszę księdza, i jeszcze ta rana na głowie - mówi kobieta we włóczkowym berecie, która odwróciła się już ode mnie, zwracając się ku pastorowi. Opowiada swoją historię od nowa i przerywa dopiero, gdy podchodzą do nas kolejne trzy ciemno ubrane osoby: niewysoki, dość przysadzisty mężczyzna, na oko po pięćdziesiątce, młodzieniec również silnie zbudowany, mniej więcej osiemnastoletni, oraz bardzo chuda dziewczyna, którą mimo grubej warstwy makijażu oceniam najwyżej na piętnaście lat. Mężczyzna podaje rękę pastorowi. Przedstawia się jako Tomek Hronowski, po czym spogląda na mnie i na moje łzy. Jego spojrzenie jest pytające i jakby zdziwione. Wiem, że jest synem Jurka i że powinnam mu teraz złożyć serdeczne kondolencje i wyjaśnić, kim jestem, lecz przekracza to moje siły. Podaję mu tylko rękę i wypowiadam swoje nazwisko. Po twarzy Tomka widzę, że nic mu ono nie mówi.
Tomek podaje także rękę kobiecie we włóczkowym berecie, a ta po raz kolejny snuje swą opowieść: brak klucza, drzwi, policja, kafelki, krew. Tomek słucha jej z kamienną miną, o nic nie pytając. Ma na sobie ciemną marynarkę; twarz pomarszczona, włosy czarne z wieloma zaczątkami siwizny.
Aha, więc to jest syn, o którym Jurek mówił dużo, lecz niewiele dobrego. On o mnie nie wie nic, natomiast ja o nim sporo. Wiem, że z ową Amerykanką dawno już się rozwiódł, że pracuje w Stanach jako kierowca ciężarówki - i że jest nicponiem; tak przynajmniej twierdził jego ojciec.
Ależ one wyrosły, te dzieci. Na zdjęciach, które stały u Jurka na nocnym stoliku, były jeszcze w wieku przedszkolnym. Oboje stoją bez słowa.
Chłopak robi wrażenie nerwowego, dziewczyna raz po raz wierci czubkiem kozaczka w śniegowym błocie. Nie rozumieją, o czym jest mowa po polsku.
- Na taką śmierć nikt sobie nie zasłużył - mówi kobieta już po raz trzeci, a pastor zaprasza nas do kościoła.
Jest to stara kaplica z białego piaskowca. Z przodu przy ołtarzu stoi zamknięta trumna z ciemnego drewna. Przyczepiono do niej niewielki stroik. Czerwone róże z dużą ilością białego przybrania. Na szerokiej plastikowej wstędze napisano "Jerzy Hronowski 2.4.1922-18.2.2006". Zatem Jurek nie żyje już od trzech tygodni; a ja dowiedziałam się o tym niecałe czterdzieści osiem godzin temu.
Mam ze sobą bukiet tulipanów, a w tym bukiecie kryje się tajemnica. Poza tym nie ma w kaplicy żadnych kwiatów. Tomek z dwojgiem nastoletnich pociech zajmuje miejsce w pierwszym rzędzie po prawej, kobieta we włóczkowym berecie - w drugim rzędzie po lewej, ja zaś - w trzecim rzędzie po prawej. Każdy siedzi osobno. Chcę ukryć przed Tomkiem łzy, płynące mi strumieniami po policzkach. Te moje łzy wydają mi się zuchwałe.
Gdy wszyscy już siedzą, wchodzi jeszcze dwoje ludzi - para w starszym wieku. Siadają za kobietą we włóczkowym berecie. Już ich kiedyś widziałam, lecz nie pamiętam kiedy ani gdzie. W pierwszych latach znajomości Jurek przedstawiał mi czasem swoich przyjaciół lub znajomych. W ostatnim okresie już tego nie robił. Słychać dzwony. Gdy kapłan zmierza już ku ołtarzowi, do kaplicy wchodzi jeszcze jeden mężczyzna w średnim wieku. To na pewno Leszek Szuster. Gdyby nie on, nie byłoby mnie tutaj. Kazał do mnie zadzwonić z wiadomością.
- Dzień dobry, dzwonię z Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu, czy rozmawiam z panią Katariną Bader?
- Tak, to ja.
- Mam do przekazania wiadomość. Jest pani zaprzyjaźniona z Jerzym Hronowskim, prawda?
- Tak.
- Otrzymaliśmy właśnie wiadomość o jego śmierci. Sprawa jest bardzo dziwna, wygląda na to, że prokuratura wszczęła dochodzenie. Podobno nie umarł w normalny sposób.
- Co znaczy: nie w normalny sposób?
- Nagłą śmiercią.
- Jurek popełnił samobójstwo?
- Nie, prawdopodobnie nie zabił się sam. Ale nie wiemy nic bliższego. Pogrzeb ma się odbyć w Warszawie. Na cmentarzu protestanckim, o ile nam wiadomo. Pojutrze po południu. Więcej nie wiem, ale dyrektor Szuster poprosił, żeby do pani zadzwonić. Jest teraz na konferencji w Berlinie, ale przyjedzie na pogrzeb. Bardzo nam wszystkim smutno. Pan Hronowski był u nas osobą bardzo cenioną.
Nigdy Leszka Szustera nie widziałam, jednak było mi wiadomo, jak bardzo Jurek go lubił, a on najwyraźniej wiedział, że ja bardzo lubiłam Jurka. Gdyby nie pan Szuster i jego koledzy, nie poznałabym się z Jurkiem - wtedy, przed ośmiu laty. Szuster ogląda się, kiwa mi głową na powitanie i siada w moim rzędzie. Od razu czuję się mniej osamotniona.
Pastor zaczyna przemowę. Bo jest to przemowa, nie kazanie. Nie ma w niej nic o Bogu, ale też Jurek nie życzyłby sobie Boga na swoim pogrzebie. Dziwne tylko, że w przemowie nie występuje również sam Jurek. Kapłan opisuje go jako polskiego bojownika o wolność, którego naziści wsadzili do obozu koncentracyjnego. Jako wiernego i troskliwego ojca rodziny, czułego dziadka, który spędziłby jeszcze wiele lat w kręgu kochającej rodziny, gdyby nie doszło do tego niewyjaśnionego, lecz z pewnością strasznego wydarzenia. Pastor dodaje, że Jurek dożył osiemdziesięciu trzech lat. Wiek Jurka, przemyka mi przez myśl, to chyba jedyna prawdziwa informacja w tej przemowie.
Naziści wsadzili Jurka do obozu koncentracyjnego, gdy był jeszcze prawie dzieckiem. Został aresztowany, ponieważ jego ojciec był polskim oficerem, a on sam - młodym instruktorem harcerskim, nie zaś dlatego, że stawiał najeźdźcom jakikolwiek opór. Dopiero w Oświęcimiu stał się bojownikiem. Wielokrotnie mi o tym opowiadał. Przez cztery lata toczył bój z chorobami i strachem, walczył o pół ziemniaka, ale także o resztkę dumy i ludzkiej godności. Ani na chwilę nie wolno mu było się poddać, inaczej by nie przeżył.
Po wyzwoleniu Jurek nie potrafił zaprzestać walki. Od połowy lat sześćdziesiątych walczył o pojednanie między Polakami a Niemcami, i jednocześnie przeciwko zapomnieniu. Zaczął nawiązywać z Niemcami przyjaźnie, pomagał organizować w Polsce pracę Aktion Sühnezeichen Friedensdienste, czyli Akcji Znaków Pokuty - Służby dla Pokoju. Oprowadzał grupy po obozie w Oświęcimiu, prowadził pogadanki z tysiącami niemieckich uczniów, następnie zaś współpracował z oświęcimskim Domem Spotkań Młodzieży, którego dyrektor Leszek Szuster siedzi teraz koło mnie. Przez czterdzieści lat Jurek zaszczepiał w ludziach ideę politycznego pojednania, jednak poróżnił się niemal ze wszystkimi bliskimi.
Miał charyzmę, poczucie humoru i bystry umysł - zjednywał sobie sympatię już przy pierwszym spotkaniu. Było jednak rzeczą niełatwą pozostawać z nim blisko przed dłuższy czas. Sama odczuwałam to wielokrotnie. Mimo to bardzo go kochałam, tego niełatwego starego człowieka.
Podchodzi czterech mężczyzn w czarnych strojach, biorą trumnę Jurka. Przed kaplicą stoi niewielki samochód, coś jakby ręczny wózek. Na nim kładą trumnę. Czarni panowie ruszają na czele konduktu. Tempo jest powolne, bo koła samochodu ślizgają się w śniegowym błocie. Idziemy za nimi. Jest nas zaledwie dziewięcioro, z czego troje nie znało Jurka, bo nie mogli go znać ani pastor, ani dwoje wnuków.
Dlaczego Tomek przywiózł swoje dzieci do Polski dopiero teraz, na pogrzeb? Dlaczego nie ma żadnego wieńca z Niemiec dla człowieka odznaczonego bądź co bądź niemieckim Krzyżem Zasługi? Dlaczego nie znalazł się mówca, który nad grobem Jurka opowiedziałby jako tako poprawnie biografię zmarłego, skoro Jurek na opowiadanie swej biografii poświęcił niemal całe swoje życie? Jak umarł Jurek? I dlaczego ja, Niemka młodsza od niego o sześćdziesiąt lat, jestem na tym cholernym pogrzebie jedyną osobą, która płacze?
Cmentarz jest stary, grób znajduje się daleko w głębi, blisko cmentarnego muru, pod dużym, bezlistnym kasztanowcem. Prowadzi tam jedynie bardzo wąska dróżka. Trumna nie zostaje opuszczona do grobu, tylko raczej wsunięta pod pokrywającą go już masywną, ciemną płytę z marmuru. Panowie w czerni odchodzą. Pastor pośpiesznie ściska dłoń Tomkowi i również odchodzi, nie mówiąc ani słowa więcej. Reszta przybyłych nadal stoi. Milcząc. Jak gdyby czekali na coś, co ma się jeszcze wydarzyć. Tomek stoi na samym przedzie, tylko częściowo zwrócony ku mogile, ale nie odsuwa się na bok, żeby przepuścić innych do grobu swego ojca. Patrzy nieruchomo. Jego dzieci stoją obok bez słowa, ale nie dotykają go. Milczy nawet kobieta we włóczkowym berecie. Nie ma tu już nic więcej do zrobienia, nie ma nawet ziemi, którą można by wrzucić do grobu. Nawet ten bukiet tulipanów, który wciąż trzymam w ręku, będę mogła co najwyżej położyć Jurkowi na marmurowej płycie. A chciałabym wrzucić go do grobu, bo ukryłam w nim kawałeczek szynki. Dobrej polskiej wędzonej szynki.
- Kupiłaś kwiaty, Kati?
- Tak. Na małym targu, blisko przy tramwajowym przystanku. Tulipany należą do Wielkanocy. Czy ty nie lubisz żadnych tulipanów, Jurku?
- No przecież wiesz, że już prawie w ogóle nie widzę. Mogłaś raczej kupić szynkę.
Podchodzi dwóch mężczyzn w strojach roboczych z wiadrem. Nieco poirytowani patrzą na skamieniałe towarzystwo, ale w końcu bez skrępowania zaczynają pracę. Boczny otwór grobu zasuwają płytą, po czym jeden z nich zaczyna wypełniać zaprawą szczeliny między płytami. Kielnią narzuca na szczelinę porcję zaprawy, po czym rozprowadza ją i wygładza. Odgłos drapania o kamień wydaje się strasznie głośny, bo poza tym panuje zupełna cisza. Zgromadzeni żałobnicy gapią się na robotników, jakby wykonywali oni czynność pełną znaczenia, wręcz mistyczną. Nagle daje się słyszeć inny odgłos: ciche szlochanie. Spoglądam w stronę rodziny Jurka. To płacze jego wnuk. Płacze młody Amerykanin, który nigdy nie poznał swojego dziadka. Wydaje się, jakby w ten sposób zdjął zaklęcie z grupki żałobników. Tomek odstępuje na bok i mocno obejmuje syna, kwiaty zostają w końcu złożone na nagrobnej płycie, następują uściśnięcia rąk. Tomek, który dotychczas prawie w ogóle się nie odzywał, zaprasza teraz wszystkich donośnym, mocnym głosem na poczęstunek do restauracji, w której dawno temu bywał z ojcem.
Pan Szuster nie skorzysta z zaproszenia. Wstał o piątej rano, przybył prosto z berlińskiej konferencji, a teraz czeka go jeszcze jedno nieprzesuwalne spotkanie.
- Niesamowite, jak wszyscy stali i patrzyli na tego człowieka z zaprawą - mówi do mnie, gdy się żegnamy. - Właściwie Jurek miał niewielkie potrzeby. Małe mieszkanie, niedużo pieniędzy. Potrzebował tylko czasu. Naszego czasu. Więcej niż mu dawaliśmy. Mam wrażenie, że my wszyscy chcieliśmy mu jeszcze na cmentarzu ofiarować swój czas, ale teraz jest już na to za późno.
Stypa odbywa się w "Gospodzie pod Kogutem", gdzie według Jurka serwują najlepsze w Warszawie placki ziemniaczane. Często tu razem zaglądaliśmy. "Najbardziej je lubię z sosem grzybowym", powtarzał zawsze. Teraz pijemy na jego cześć wódkę, a starsza kobieta, która nawet w restauracji nie zdejmuje z głowy swojego włóczkowego beretu, opowiada bez końca o policji i o krwi.
Moim rozmówcą przy stole jest Merek, wnuk Jurka. Ma ciemne, potargane włosy, duże, czarne oczy z długimi rzęsami i miłą, miękko zarysowaną twarz. Zupełnie nie pasuje do tej twarzy jego odrobinę zbyt tęgie, niezgrabne ciało.
- Znam cię z fotografii na nocnym stoliku u Jurka - zaczynam - ale byłeś tam jeszcze zupełnie mały.
Merek zaczyna opowiadać. Napisał do Jurka list, długi list, pół roku temu. Do listu dołączył zdjęcia: swoje własne, swojej dziewczyny, z balu maturalnego whigh school,i oczywiście swojej młodszej siostry Alyssy. Merek wysłał ten list, bo zrobiło mu się żal, że nie zna swojego dziadka mieszkającego po drugiej stronie Atlantyku. Nie mogli nawet porządnie rozmawiać przez telefon, bo Jurek słabo znał angielski, a Merek z kolei nie rozumie po polsku. I ten właśnie list, nierozerwany, Merek znalazł teraz u Jurka w mieszkaniu.
- Jurek był już prawie ślepy i nie był w stanie samodzielnie czytać korespondencji - wyjaśniam. - Gdyby wiedział, od kogo jest ten list, bardzo by się ucieszył.
Zdaję sobie jednak sprawę, że mizerna to pociecha. Przypominam sobie, jak bardzo Jurek w ostatnich latach czekał na sygnał życia od syna, i na jego dzieci, których fotografie miał na nocnym stoliku. Czekał, ale sam nie zrobił żadnego kroku, żeby poznać swoje wnuki. Był na to zbyt dumny.
Jurek był mężczyzną niskiego wzrostu, lecz o ruchach zdecydowanych i silnych. Chodził zawsze wyprostowany. Jak przystało na syna polskiego oficera. Nawet w domu, mając na sobie porozciągane spodnie od dresu, zachowywał lepszą postawę niż większość żołnierzy w wyjściowym mundurze.
Merek płacze, chciałabym go objąć, ale przecież w ogóle się nie znamy.
Dowiaduję się, że starsi państwo, którzy w kościele wydali mi się skądś znajomi, to sąsiedzi. Mieli kiedyś psa, cocker-spaniela, i gdy Jurek miał jeszcze swojego szpica, wychodzili niekiedy razem na spacer. Nie spotykali go już od prawie dwóch lat, a teraz dowiedzieli się o jego pogrzebie zupełnie przypadkowo, z sąsiedzkich plotek.
- O tej sprawie z policją zaczęło być głośno - mówi sąsiadka.
- W ostatnich latach stawał się coraz bardziej męczący - dodaje sąsiad.
- Komu mogłoby zależeć na zabiciu ubogiego emeryta? - zastanawia się sąsiadka, wypowiadając na głos myśl, która chodzi mi po głowie od wielu godzin. Jak to się mogło stać? Przecież Jurek prawie nic nie posiadał: malutkie mieszkanko własnościowe, kilka starych obrazów... Ale miewał napady lęku, czasem okropnego lęku. I nagle przypomina mi się to, co Jurek powtarzał co jakiś czas, gdy długo był sam.
- Kati, oni chcą mnie zabić. Próbują mnie jeszcze dorwać.
- Kto chce ciebie zabić?
Agent tajnych służb. Były agent. Mieszka nade mną. Podsłuchuje mnie. Robi hałas, żeby mnie doprowadzić do choroby umysłowej i potem zabrać moje rzeczy. Wywiercił dziurę w suficie mojego mieszkania i przez tę dziurę chce wpuszczać gaz, żeby mnie uśmiercić.
- Jurku, to jest przecież niewyobrażalne...
- To, że ty nie umiesz sobie tego wyobrazić, nie oznacza, że to jest niewyobrażalne. Czy może twierdzisz, że potrafisz sobie wyobrazić wszystko, co istnieje?
- Nie, oczywiście nie, ale to przecież nie da się zrobić, ja myślę: jak by to miało funkcjonować...
Z tymi lękami Jurka nie umiałam sobie poradzić. Nie pasowały do mądrego, racjonalnie myślącego i nieustraszonego człowieka, jakim zwykle był. Sądziłam, że lęki te miały źródło w przeszłości, a teraz ponownie odżyły, gdy stał się słabszy. Nie traktowałam ich poważnie, jednak obawiałam się, że Jurek to zauważy i pomyśli, że nie traktuję poważnie jego samego. A tego by mi nie wybaczył. Więc za każdym razem, gdy zaczynał mówić o swoich prześladowcach, kierowałam rozmowę na inne tematy i gdy pobyłam u niego chwilę, gdy wypiliśmy herbatę, zjedliśmy szynkę i pogawędziliśmy o tym i owym, okazywało się, że jego lęki znikały.
Usiłuję teraz przypomnieć sobie szczegóły Jurkowych teorii spiskowych. Czyż jego śmierć nie dowodzi, że jednak zdarzają się rzeczy, których nie potrafię sobie wyobrazić? Czy naprawdę miał wrogów? Dlaczego nie słuchałam go uważnie, gdy o tym mówił? Muszę sobie przypomnieć, kogo dokładnie Jurek się bał. Muszę to wszystko zrozumieć. W głowie zaczyna mi się wszystko kręcić.
- Tomek, czy wiadomo coś konkretnego o śmierci twojego ojca?
- Nie. Wszystkiego, co wiem, dowiedziałem się od tej kobiety, która mu prowadziła dom. Wezwano mnie na policję, ale nie potrafiłem im prawie nic powiedzieć. W ostatnich latach praktycznie ze sobą nie rozmawialiśmy.
- Wiem.
- Dawniej też nigdy ze sobą nie gadaliśmy. Nic o nim nie wiem. O jego życiu. Znasz Warszawę?
- Studiowałam tu.
- Pokażesz jutro moim dzieciom Starówkę? Nie znają Warszawy, a ja mam na głowie bardzo dużo spraw. Muszę pójść do notariusza i załatwić sprzedaż mieszkania Jurka.
Dziwnie rozmawia się z Tomkiem. Czuję, że powinnam mu wyjaśnić, kim jestem i kim byłam dla jego ojca. Ale Tomek nie zadaje w ogóle żadnych pytań.
Nazajutrz rano oprowadzam Mereka po Warszawie. Jego siostra Alyssa została w hotelu. Boli ją żołądek - Merek twierdzi, że ona nie może tego wszystkiego przetrawić. Pokazuję Merekowi ulubione miejsca jego dziadka: Muzeum Narodowe; reprezentacyjną ulicę Nowy Świat; odbudowaną po wojnie Starówkę; nowe centrum wokół Pałacu Kultury, gdzie pną się ku niebu drapacze chmur, a w olbrzymich galeriach handlowych sprzedaje się designerską odzież.
Jedziemy też kawałek tramwajem, uczę więc Mereka, jak powiedzieć po polsku: "Proszę jeden bilet jednorazowy".
Po drodze opowiadam mu o Jurku. O tym, jak bardzo Jurek kochał to miasto spustoszone przez wojnę, i ten kraj: góry na południu, renesansowe miasta nad Wisłą, krainę jezior na północy, ale również polską literaturę i język. Merek pyta, dlaczego ja interesuję się Polską. Więc opowiadam mu pewien epizod, który wiąże się z Jurkiem, a miał miejsce przed ośmiu laty w stołówce Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu.
Był środek nocy. Miałam wówczas osiemnaście lat, czyli tyle, co Merek obecnie. Mimo iż dopiero co zawarłam znajomość z Jurkiem, siedzieliśmy przy stole od dobrych kilku godzin, zatopieni w rozmowie poświęconej jego przeżyciom w Auschwitz, lecz również samochodom kempingowym marki Volkswagen, a także walorom smakowym letnich pomidorów. Jurek pytał o moje plany na przyszłość.
- Wie pan, chętnie nauczyłabym się polskiego. Dopiero tutaj po raz pierwszy przyszło mi to do głowy. Po maturze tak czy owak mam zamiar wyjechać za granicę. Więc właściwie mogłaby to być Polska. A widzę, że wielu Polaków mówi po niemiecku. Nawet pan, panie Hronowski, mimo pańskich przeżyć i tych wszystkich spraw.
- Z powodu.
- Słucham?
- Nie mimo, tylko z powodu tego. Nie znając niemieckiego, nie przeżyłbym. Ale konkretnie dlaczego chcesz się uczyć polskiego?
- No, ze względu na pojednanie i tak dalej... Bo nasze narody muszą się lepiej rozumieć. Jako sąsiedzi.
- Nie pozwolę na to.
- Co?
- Nie pozwolę, żebyś uczyła się polskiego z takich powodów. Ucz się naszego języka, żeby zyskać bogactwo i sławę. Dlatego że wierzysz w przyszłość Polski i żeby później czerpać korzyści ze znajomości języka, którego w Niemczech prawie nikt nie zna. W tym mogę ci pomóc. Mów mi Jurek. Po prostu Jurek.
Zaproponował, żebym u niego zamieszkała i zapisała się w Warszawie na kurs polskiego. Zwalił mnie z nóg tą propozycją. Starszy pan, którego znałam od niecałych siedmiu godzin.
Merekowi moja opowieść bardzo się podoba. Chce dokładnie wiedzieć, gdzie uczyłam się polskiego, ile czasu trzeba poświęcić na taką naukę. Pyta mnie, co jeszcze Jurek lubił jeść oprócz pomidorów, i dlaczego Warszawa w większej części wygląda takfucking new- bo jemu się zawsze wydawało, że w Europie wszystkie miasta są stare. Merek jest niczym sucha gąbka, która wchłania wszystko, a ja po prostu zalewam go opowieściami. Opowiadam, jak po maturze przeniosłam się do Krakowa, bo były tam najlepsze kursy polskiego. Ale w soboty i niedziele często odwiedzałam Jurka w Warszawie.
Wiedząc, że Jurek lubi dobrze zjeść, starałam się za każdym razem ugotować mu coś wyszukanego, aż w końcu zauważyłam, że najbardziej smakują mu potrawy najprostsze. Kiszone ogórki, grochówka, rolmopsy - specjały, które znał z dzieciństwa i za którymi tęsknił w Auschwitz. Ciemny chleb i szynka. O szynce rozmawialiśmy godzinami. "Ta szynka jest świetna", chwalił Jurek, żując pierwszy kęs. I dodawał: "Niemiecka szynka nie jest tak dobra jak polska". Był zawiedziony, gdy nie zareagowałam na prowokację. "Ale jeden raz owszem, jadłem w Niemczech doskonałą szynkę", ciągnął pojednawczo. "W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym, gdy miałem odczyt we Flensburgu. Ha, tam to mieli szynkę!".
Opowiadam Merekowi o powstaniu warszawskim, po którego stłumieniu w roku 1944 Niemcy w sposób metodyczny obrócili Warszawę w perzynę, aż nie został w mieście prawie żaden dom; i w ogóle o wszystkich powstaniach, które w ciągu stuleci miały miejsce w Polsce: o powstaniu listopadowym 1830, powstaniu styczniowym 1863 i tak dalej. Zadziwiające, że wnuk Jurka nie zna polskiej historii, skoro przecież całe życie dziadka wydawało się z nią splecione. Nawet gdy Jurek mówił o bitwie pod Grunwaldem z 1410 roku, to wydawało się, że widział ją na własne oczy. Daty, bohaterowie, tragedie. Jurek znał się na nich doskonale, a nigdy wszak nie studiował. Niemcy, jak to ujmował, "wyaresztowali go prosto z liceum". Dopóki jednak oczy mu służyły, całe dnie przesiadywał w Bibliotece Narodowej, zaczytując się lekturami z działu historycznego.
Opowiadam Merekowi również o rodzicach Jurka. O ojcu Jurka, oficerze, który podczas pierwszej wojny światowej walczył jeszcze w armii austro-węgierskiej, jako że Polska znajdowała się wtedy pod zaborami, a Galicja, z której Jurek pochodził, należała do c.k. monarchii. O tym, jak ojciec Jurka zdezerterował, aby przyłączyć się do walki o polską niepodległość. Opowiadam o matce Jurka, czyli prababce Mereka, damie zdecydowanej i wymagającej, która - mimo iż rodzina nie była zamożna - koniecznie chciała należeć do polskiejhigh societyw okresie między pierwszą a drugą wojną światową. I która z tego względu dwukrotnie zamówiła swój portret u najsłynniejszego ówcześnie malarza polskiego Stanisława Ignacego Witkiewicza. "Chodziliśmy spać z pustymi żołądkami", opowiadał Jurek, "ale co tam, obrazy musiała sobie zamówić".
Opowiadam Merekowi te same historie, które usłyszałam od Jurka. W jego kawalerce, przy okrągłym stole, przy którym siedzieliśmy popijając herbatę pod surowym okiem jego matki, spoglądającej z obu portretów wiszących na ścianie. Jeden z tych obrazów miał dziurę. Od kuli wystrzelonej przez gestapowca w dniu aresztowania Jurka.
Merek nie zna tych historii o swojej rodzinie, pragnie jednak poznać je wszystkie, stara się je zrozumieć i połączyć usłyszaną treść ze sobą i swoim życiem. "Zawsze sądziłem, że jestem w naszej rodzinie jedynym, który lubi czytać. Ale Alyssa w szkole też zawsze chce należeć do grona upper class". Merek formułuje swoją refleksję takim tonem, jak gdyby dokonał właśnie cudownego odkrycia, jakby znalazł klucz do niewyjaśnialnej dotąd zagadki. Nagle i ja zaczynam rozumieć: Jurek opowiadał mi to, co zwykle opowiada się swoim wnukom: historie, które zostawia się następnemu pokoleniu. Czy byłam dla niego zastępczą wnuczką? A może czymś w rodzaju żywego dyktafonu? Może miał nadzieję, że któregoś dnia będę spacerowała z Merekiem przez miasto? Po raz pierwszy, odkąd dostałam wiadomość o śmierci Jurka, nie czuję się zbędna, po raz pierwszy mam uczucie, że robię coś właściwego tryskając kolejnymi opowieściami niczym fontanna wodą.
Dzwoni komórka Mereka. Chłopak wybąkuje do słuchawki na przemian "Przykro mi" oraz "Nie ma problemu". Skończywszy rozmowę, wyjaśnia, że ojciec potrzebuje go teraz do złożenia podpisu u notariusza. Że Jurek wszystko, co miał, przekazał w spadku Alyssie i jemu. A Tomek jest wściekły, bo potrzebuje jego pełnomocnictwa dla załatwienia spraw związanych z mieszkaniem.
- Mam do ojca pełne zaufanie - mówi Merek i dodaje, że Tomek zawsze dba o to, żeby jemu i Alyssie nie działa się krzywda. - Odwala w swoim trucku masę godzin, żeby mieć na nasze wykształcenie i tak dalej.
Wyjaśnienie Mereka brzmi tak, jakby mu bardzo zależało, żeby ojca nie ukazać w złym świetle. Dodaje, że przy rozwodzie Tomek nie był skąpy, zostawił ich matce dom i właściwie wszystko. Ale właśnie dlatego Merek nie rozumie, skąd u niego nagle ta wściekłość w sprawie testamentu.
Milczę. Wolę się nie mieszać, a przede wszystkim nie chcę wzbudzić w Tomku wrażenia, że się mieszam do ich spraw. Tomek zaczyna mi się wydawać nieprzyjemnie dziwny: Jurka zamordowano, a syn wścieka się na testament.
Czekamy na Tomka w małej kawiarence. Merek powtarza wielokrotnie, że ufa ojcu i oczywiście wszystko podpisze. Potem jednak podpytuje, czy wiem coś o kłótni między jego ojcem a dziadkiem. Odpowiadam, że nic nie wiem, choć to nieprawda.
Wchodzi Tomek, podaje mi rękę i siada przy naszym stoliku. Sprawia wrażenie życzliwego i nagle dobrze usposobionego. Wylewnie dziękuje mi, że pokazałam miasto jego synowi.
- W końcu ja też tu się urodziłem - dodaje, po czym śmieje się, słysząc, jak Merek wymawia trzy polskie zwroty, których go nauczyłam. Pyta, czy może mi się jakoś zrewanżować, coś dla mnie zrobić.
Ja na to, że chętnie weszłabym jeszcze raz do mieszkania Jurka. Widzę, że Tomek nie jest moją prośbą zachwycony, ale mi nie odmówi.
- Ja sam byłem tam na razie tylko przez chwilę - mówi - bo policja zwolniła mieszkanie dopiero wczoraj rano.
Do umówionej wizyty u notariusza zostało jeszcze trochę czasu, więc jedziemy taksówką do mieszkania Jurka.
Merek i ja siedzimy z tyłu, Tomek z przodu, obok kierowcy. Merek relacjonuje, co zobaczył w Warszawie, po czym oświadcza nagle, że opowiedziałam mu o instytucie uniwersyteckim, w którym cudzoziemcy mogą się uczyć polskiego. Mówi z zapałem:
- To by byłocool. Zamieszkam na pół roku w mieszkaniu grandpa, zrobię ten kurs i będę rozumiał twój ojczysty język,dad.
Tomek odpowiada szorstko, że mieszkanie zostanie sprzedane, i żeby Merek z łaski swojej zechciał studiować coś porządnego:
- Nie po to wypruwam sobie żyły, żeby mój pan syn szlajał się gdzieś po zagranicy i chlał wódę.
Na uwagę Mereka, że bądź co bądź mieszkanie należy jeszcze do niego, Tomek gwałtownie odwraca się do nas i zaczyna na syna wrzeszczeć, normalnie wrzeszczeć. Że Merek nie ma zielonego pojęcia. Że w ogóle nie zna tego kraju. Że nie wie, jak tu niebezpiecznie. I żeby przejrzał na oczy. Otóż Jurek został zamordowany i on, Tomek, przenigdy nie zgodzi się, żeby Merek tu zamieszkał. Że Merek jest naiwny, a właściwie po prostu głupi. Że gdzież on się nauczy polskiego z tym swoim cholernym ptasim móżdżkiem, skoro w szkole nie poradził sobie nawet z francuskim.
Najchętniej wyskoczyłabym z tej taksówki. Nie chcę już mieć do czynienia z tą rodziną i z całym tym obłędem. Tkwię jednak na siedzeniu, sztywna i niema jak słup soli. Tomek i Merek w końcu też milkną, gdy skręcamy w ulicę, na której mieszkał Jurek: ulicę porośniętą drzewami, z kioskiem na rogu i trzypiętrowymi domami - zamiast typowych dla Warszawy olbrzymich bloków.