Życie pisane na piasku - Regina Calcaterra

-
Proszę czekać

Prolog

Od jedenastego września nie widziałam Nowego Jorku tak spokojnego. Dolny Manhattan wyglądał jak opuszczone miasto, nie latały samoloty, po East River nie pływały łodzie, w tunelach metra nie dudniły pociągi. Wall Street to na co dzień najludniejsza ulica na świecie, ale teraz, kiedy stałam na lądowisku dla helikopterów, byłam jedynym człowiekiem w okolicy.

Po drodze z Long Island na Manhattan nie dostrzegłam żadnego ruchu i początkowo sama czekałam w miejscu, z którego miał wystartować helikopter w pierwszy oficjalny lot po huraganie Sandy. Wkrótce pojawili się pozostali i zaczęli wysiadać z samochodów: gubernator stanu Nowy Jork, Andrew Cuomo, dwoje senatorów z Nowego Jorku, Chuck Schumer i Kirsten Gillibrand, wyżsi urzędnicy z gubernatorstwa oraz moi koledzy z hrabstw Nassau i Westchester. Przywitaliśmy się poważnie, ale serdecznie i poczyniliśmy uwagę, że tragedie nadają osobisty ton oficjalnym spotkaniom. Ubrani w dżinsy, wiatrówki i wysokie buty, wymienialiśmy informacje o stratach. Nasze intencje były jasne: musieliśmy uporządkować tę okolicę po zniszczeniach dokonanych przez Sandy.

Za chwilę przez mgłę przedarły się trzy wojskowe helikoptery, pewne i zwinne niczym orły. Na miejscu była już prasa i ochrona, więc w kilkadziesiąt osób staliśmy cicho, gdy śmigła smagały nasze gumowane kurtki. Śmigłowce wylądowały. Poczułam łączącą nas zbiorową świadomość, że nawet ryk silników nie jest w stanie przebić się przez ciężar tego poranka. To jedna z najdziwniejszych chwil w moim życiu: cisza była głośniejsza niż hałas.

Jako zastępczyni starosty hrabstwa Suffolk czekałam na swoją kolej do wejścia na pokład helikoptera i przypadkiem dostało mi się miejsce z dobrym widokiem na Long Island, dokąd polecieliśmy, oszacowawszy wcześniej zniszczenia w Nowym Jorku. Zgodnie z instrukcjami wojskowych pilotów włożyliśmy słuchawki. Kiedy helikopter odleciał w stronę Breezy Point w Queens, gdzie w czasie huraganu Sandy ogień strawił całe osiedla, znów zapadła cisza. Spłonęły szeregi domów. Rodziny straciły wszystko. Czym innym było słuchanie raportów o mieszkańcach Queens, którzy próbują uciec, a czym innym ujrzenie na własne oczy zniszczonych domów i zrujnowanych ludzi. Niewyobrażalna chwila.

Serce zabiło mi mocniej, gdy zbliżyliśmy się do Suffolk, i przygotowywałam się do przedstawienia grupie urzędników, których darzyłam wielkim szacunkiem, raportu na temat szkód w moim hrabstwie.

- Które miasto w Suffolk ucierpiało najbardziej? - zapytał jeden z nich.

Szybko wcisnęłam przycisk na słuchawkach, który uruchamiał mikrofon, tak jak pokazał nam pilot.

- Lindenhurst - odparłam.

Pokiwali głowami i odwrócili się z powrotem do okien, tak jakby rozumieli, że to miejsce ma dla mnie szczególne znaczenie: tutaj się urodziłam. Tutaj także, trzy dekady później, wiele się dowiedziałam o swoich korzeniach od rodziny, o której istnieniu nawet nie wiedziałam. Moja matka zostawiła za sobą zgliszcza, tak samo jak matka natura, która spustoszyła moją rodzinną wyspę. Przez lata hrabstwo Suffolk przywodziło mi na myśl tylko ból i mrok dziecinnych lat, które czwórka mojego rodzeństwa i ja przeżyliśmy, nie znając naszych ojców i pozostając pod opieką nieodpowiedzialnej matki. Teraz, kiedy patrzyłam na nie z góry, wzbierała we mnie miłość do tego miejsca. To, co tam przeżyłam, ukształtowało mnie. Byłam głęboko poruszona tym, że przebywam teraz w górze jako liderka grupy oceniającej zniszczenia po huraganie. Z tym miejscem wiązała się nie tylko miłość do rodzeństwa. Tu był nasz dom, który zrobił wszystko, żeby nas uchronić przed nieprzewidywalnym. Nigdy sobie nie wyobrażałam, że pewnego dnia będę mogła się odwzajemnić tym samym.

Do pracy urzędnika publicznego skłonił mnie podziw, jakim darzyłam zadanie rządu: organu, który decyduje, kto jakie otrzymuje wsparcie i w jakiej wysokości. Dzieciństwo na Long Island nauczyło mnie na własnym przykładzie, w jakim stopniu ludzie u władzy mogą wpływać na życie innych. Dorastając, zmagałam się z trudnościami, które poddałyby próbie siłę i wytrzymałość każdego dziecka. Jednak, jakimś cudem, dzięki optymistycznemu nastawieniu i determinacji, moje rodzeństwo i ja zawsze znajdowaliśmy kogoś, kto zechciał nam pomóc.

Ekipa rezolutnych bohaterów tej książki to moja starsza siostra Camille, która na zawsze pozostanie najbliższą mi przyjaciółką, oraz trójka naszego rodzeństwa: Cherie, najstarsza, która jako nastolatka wyszła za mąż i w ten sposób zdołała uciec, Norman, czwarty w kolejności, urodzony niedługo po mnie, i najmłodsza siostrzyczka, Rosie. Nasza dziarska gromadka bezdomnych dzieciaków wałęsających się po plażowych miejscowościach wymykała się czasem na Long Island Sound albo nad brzeg Atlantyku, w te dzikie, wietrzne miejsca, gdzie nie miało znaczenia, kim jesteśmy, co mamy na sobie i jak biednie wyglądamy. Gołymi rękami oraz używając muszli jako łopatek, budowaliśmy nad wodą zamki albo wypisywaliśmy na piasku nasze imiona.

Cherie Camille Regina Norman Rosie

Potem każde z nich braliśmy w serduszko. Uciekaliśmy z piskiem, kiedy ryczące fale wtaczały się na brzeg i w odgórnie wyznaczonym rytmie cofały się, bezdusznie niwecząc nasze dzieło. Wracaliśmy wtedy nad wodę i wypisywaliśmy je na nowo.

Nie wiedzieliśmy wówczas, że ten upór stanie się metaforą naszej przyszłości. Nie istniały osiągnięcia dokonane bez wysiłku, nie byłoby rozwoju bez bezwarunkowej miłości. Oto historia nadziei, dzięki której społeczeństwo wychowało dziecko, a także dzieje przyszłości tego dziecka, które mogło zrewanżować się nadzieją.

Ślady po komarach

Hrabstwo Suffolk, Long Island, Nowy Jorklato 1980

Mieszkamy pomiędzy cieniami rzucanymi przez finansowane kokainą, imponujące rezydencje Hamptons, a pełnym życia, tańczącym w rytm muzyki disco Nowym Jorkiem. Piosenki takie jak Whip it Devo czy Bad girls Donny Summer ryczą z głośników radia samochodowego, ustawionego na stację WABC Musicradio 77 AM. Benzyna jest etylizowana i powietrze cuchnie.

Na Long Island nie ma komunikacji miejskiej i żeby się dostać z miejsca na miejsce, trzeba mieć albo samochód, albo dobre buty. Nasze buty nie są najlepsze.

Ale samochód jest jeszcze gorszy.

Tłuste ramię matki spoczywa na oknie zardzewiałej, żłopiącej benzynę impali, którą można kupić za siedemdziesiąt pięć dolarów na złomowisku. Jej rozwichrzone włosy fruwają po samochodzie, a ona strzepuje papierosa prosto w lepkie powietrze lipcowego poranka. Popiół jak bumerang wpada z powrotem w moje okno i grozi, że wfrunie mi do oczu albo do ust, kiedy łapczywie chwytam powietrze. Zaciskam oczy i sznuruję usta, bo dobrze wiem, że o takich rzeczach nie mówi się głośno.

Moja siedmioletnia siostrzyczka Rosie, brat Norman, który co prawda ma dwanaście lat, ale kiedy wkradamy się do kina, zawsze udaje mu się wyglądać na ośmiolatka, oraz ja, Regina Marie Calcaterra, lat trzynaście (jestem przyzwyczajona do podawania swoich danych obcym osobom, na przykład pracownikom społecznym czy policji), siedzimy na tylnym siedzeniu ściśnięci jak sardynki. Jak zwykle samochód ma łyse opony i potłuczone lusterka, a z silnika wycieka olej. Gdybym podniosła dywaniki, przez dziury w podłodze zobaczyłabym popękaną nawierzchnię szosy.

Rzadko jeździmy głównymi drogami jak Southern State, Sunrise Highway czy Long Island Expressway. Cookie - tak nazywamy naszą mamę - uważa, że boczne drogi są bezpieczniejsze, bo unika policji. Ma na swoim koncie więcej listów gończych niż dzieci. A nas jest pięcioro.

Zarzuty? Od czego by tu zacząć: jest poszukiwana za jazdę po alkoholu, bez ważnego prawa jazdy oraz niezarejestrowanym autem z kradzionymi tablicami. Jest też winna pieniądze właścicielom domów, urzędom oraz sklepom monopolowym, w sumie setki dolarów. Okradała swoich pracodawców, jeśli raz na jakiś czas udawało jej się znaleźć pracę barmanki. Ciąży też na niej odpowiedzialność za nasze nieobecności w szkole. A gdyby karalne było posyłanie dzieci do szkoły z włosami rojącymi się od wszy, to też można by dodać do listy.

W samochodzie nie rozmawiamy. Nie z wyboru, po prostu impala ma zepsuty tłumik i tak ryczy, że nic nie słychać. Wstydzę się cuchnących wyziewów, więc kulę się na siedzeniu. Widzę, że moja najstarsza siostra, Camille, siedząca z przodu, obok Cookie, robi to samo. Jeśli jednak matka zwęszy nasze uprzedzenia, czekają nas paskudne sińce. Jedyna dobra strona jest taka, że każde z nas ma wygodne miejsce, nie tłoczymy się jedno na drugim jak przez całe lata. To dlatego, że nasza najstarsza siostra, Cherie, w wieku siedemnastu lat zdołała uciec: wyszła za mąż i spodziewa się dziecka.

Na tylnym siedzeniu Rosie, Norman i ja zajmujemy się drapaniem po kościstych, pokąsanych przez robaki nogach i porównywaniem, kto ma najwięcej bąbli i największe strupy. Pokazujemy je po kolei, a Rosie liczy na palcach. Nigdy nie ma zwycięzcy, wszyscy jesteśmy mocno pogryzieni.

Żadne z nas nie śmie spytać, dokąd jedziemy. W bagażniku, w workach na śmieci są wszystkie nasze rzeczy, więc wiemy, że jedziemy do nowego domu. Nasza najbliższa przyszłość może wyglądać różnie: przyczepa, schronisko dla bezdomnych, parking na tyłach supermarketu i kilka tygodni w samochodzie, piwnica w domu nowego chłopaka Cookie albo strych, może nawet, choć to marzenie ściętej głowy, mieszkanie albo dom. Wiemy, że lepiej nie oczekiwać za wiele. Dla nas woda bieżąca i kilka starych materacy to już dobre życie. Radziliśmy sobie w gorszych warunkach.

Większość dziewczynek w moim wieku idealizuje swoje szesnastoletnie siostry, ale Camille jest moją partnerką w kierowaniu dziełem przetrwania. To jedyna całkowicie przejrzysta osoba w moim życiu i za bardzo potrzebujemy siebie nawzajem, żeby pozwolić sobie na siostrzaną mistykę. Przez lata nauczyłyśmy się przystosowywać nowe miejsce do życia tak, żeby choć trochę kojarzyło się z domem, mimo że nigdy nie wiemy, jak długo tam zostaniemy. Po prostu łatwiej nam zasnąć ze świadomością, że młodsze dzieciaki śpią bezpiecznie. Razem. Bez Cookie. Jeśli udawało nam się to tak załatwić.

Cookie przerywa naszą milczącą grę domysłów, zatrzymując się na półokrągłym podjeździe. Żwir zgrzyta pod oponami. Naszym oczom ukazuje się szary, poważnie zapuszczony piętrowy dom kryty gontem i otoczony śmieciami, kurzem i chwastami. Nie ma krzaków, kwiatów ani innej zieleni, ale to wywołuje dochodzący z moich ust pisk radości:

- Nie ma trawy!

Rosie i Norman uśmiechają się i kiwają głowami, bo rozumieją, że to oznacza brak pracy zmianowej, którą Cookie nazywa "strzyżeniem trawnika". Musimy do niej używać starych nożyc do żywopłotu i ciąć trawę, przemieszczając się po niej na kolanach. Camille i ja zwykle bierzemy większość na siebie, żeby uchronić maluchy przed pęcherzami i bólem nadgarstków.

Cookie gasi silnik i kaszle suchym, skrzeczącym kaszlem palacza.

- Jesteśmy - ogłasza. - Dziwki i szmaty rozpakowują auto. - To powiedziawszy, wydaje z siebie głośny prostacki rechot, który kojarzy mi się z zepsutym karabinem maszynowym. Jak zwykle tylko ona uważa, że znieważanie swoich córek jest zabawne.

Spokojnie patrzę na dom. To dom. Nasz dom. Nawet jeśli tylko na kilka dni, czuję ulgę, że nie zostaniemy rozdzieleni.

W drzwiach auta nie ma wewnętrznych klamek, więc wysiadanie z samochodu zawsze jest krępujące. Odczytuję sygnał, kiedy Cookie wystawia prawą rękę przez okno i podnosi metalową zewnętrzną klamkę, a lewą ręką pcha od wewnątrz. Moje zadanie to wyjść z samochodu i pociągnąć drzwi do siebie, szczególnie kiedy jest zbyt pijana, żeby samej je otworzyć. Zwykle kończy się to tak, że upadam na kościsty tyłek, kiedy ciężkie stalowe drzwi nacierają na mnie pod wpływem siły matki. Szybko podrywam się na nogi, wyprostowana jak Nadia Comaneci na igrzyskach w Montrealu i ląduję na prostych nogach, z ramionami w górze. Patrzę na trójkę sędziów, którzy ocenią mój występ. Jak zawsze Rosie i Norman się chichrają, a Camille krzywi się, mówiąc bez słów: "Znam ten ból". Ma tak samo chudy tyłek jak ja.

Ponieważ mój występ nie jest zbyt oryginalny, oceny są zawsze takie same. Rosie cechuje największa szczodrość, bo pokazuje dziesięć wyprostowanych palców, Norman zawsze daje piątkę, a Camille pokazuje dwa kciuki, co w jej przypadku równa się dziesiątce.

Cookie zwykle parska w moją stronę, ale nie tym razem.

Tym razem jej się spieszy. Gramoli się zza kierownicy, a gdy schodzi z fotela, samochód się podnosi. Wszyscy obserwujemy, jak ta mierząca sto pięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i nosząca rozmiar 46 kobieta obchodzi maskę samochodu i rusza w stronę szarego domu, z sześciopakiem piwa Schiltz pod pachą. Kładę ręce na biodrach i rozglądam się, szczęśliwa, że nie widać sąsiadów.

Przepocony biały podkoszulek Hanes eksponuje jej gigantyczne piersi w rozmiarze poczwórne D. Ogromne niczym arbuzy ze wszystkich sił usiłują utrzymać się w miseczce stanika. Kiedy na nią patrzę, mam ochotę zakryć maluchom oczy, ale prawda jest taka, że widok prywatnych sfer matki nie jest szokujący. Co więcej, Norman i Rosie aż się trzęsą od tłumionego chichotu. Jej wizerunek dopełniają stare, obcięte dżinsy, które powinny być o piętnaście centymetrów dłuższe i szersze w udach. Zagląda do wnętrza domu przez okno, a potem popycha drzwi wejściowe, które najwyraźniej nie mają zamka. Odwraca się gwałtownie i macha do nas, co oznacza, że mamy szybko brać się do rozładowywania samochodu.

Młodsze rodzeństwo pozostaje na tylnym siedzeniu, a Camille przechyla się w bok z fotela pasażera, zagląda pod kierownicę i łapie kluczyki, które Cookie zostawiła w stacyjce. Patrzy na mnie i już rozumiemy, co to oznacza. Jak zwykle Cookie nie planuje zostać w nowym domu na dłużej.

Przystępujemy do akcji. Im szybciej rozładujemy auto, tym szybciej nasza matka wyruszy na kolejną popijawę. Pracujemy szybko, przy czym Cookie musi być przekonana, że naszą motywacją jest urządzanie domu. Stłukłaby nas do nieprzytomności, gdyby wiedziała, z jakim entuzjazmem się jej pozbywamy.

Przez tylne okno daję znaki Normanowi, który jest przyzwyczajony do mojej choreografii z okazji Dnia Przeprowadzki.

- Zabierz ją do środka - mówię mu. Pomaga Rosie wygramolić się z auta. Brązowe włosy ostrzyżone na pazia ma nieuczesane, a twarz spokojną. Camille i ja ciężko pracujemy nad wychowaniem ciekawskiego, beztroskiego dwunastolatka. Spod krzywo obciętej grzywki ledwie widać słodkie, skośne brązowe oczy, więc składam mu milczącą obietnicę: "Postaram się zdobyć nowe nożyczki". Od czasu do czasu tłumaczę sobie, że skoro muszę wychowywać dziecko zaledwie półtora roku młodsze ode mnie, mogę sobie pozwolić na ćwiczenie na nim zdolności fryzjerskich, ale fryzura na Dorothy Hamill na prawie nastolatku to okrucieństwo.

Norm idzie do domu z Rosie, która wciąż ma na sobie różową piżamę i idzie za nim krok w krok. Na chwilę przestaję rozładowywać samochód i patrzę na nią, na mały płomyczek życia, pląsający na bosaka na tle szarości. Jej niewinność rozrywa mi serce.

Kiedy są już w środku, Camille obchodzi samochód z kluczykami w ręce, otwiera bagażnik, a potem mi je przekazuje, żebym mogła je włożyć z powrotem do stacyjki.

Pilnujemy przebiegu procesu wprowadzania się, żeby nie wydarzyło się nic, co mogłoby zatrzymać naszą matkę na dłużej niż to absolutnie konieczne. Pewnie właśnie pije drinka, który może ją oszołomić na tyle, że nie będzie wiedziała, gdzie są kluczyki.

Bagażnik pełen jest zielonych worków na śmieci, które pakowaliśmy ja, Camille i dzieci: jest worek z naszymi ubraniami, niemal pusty z przyborami toaletowymi nas wszystkich (pół kostki mydła, stara szczoteczka do zębów, którą się dzielimy, butelka wody utlenionej i tępa, zardzewiała żyletka), torba pełna starych ręczników i worek z jedzeniem, które zabraliśmy z poprzedniego miejsca zamieszkania. Mamy jedną zasadę: każdy rozpakowuje tę torbę, którą trzyma w ręce. W ten sposób nie kłócimy się, kto rozpakowuje ubrania Cookie. Wiem, że ja mam worek z naszymi niezbędnikami, których pilnuję w czasie podróży: ocet, musztarda i keczup. Są tam też inne ważne rzeczy jak kawa, mąka, cukier i mleko w proszku. Po drugiej stronie bagażnika czuję łup Camille: cuchnie zatęchłymi papierosami. Camille krzywi się z rozpaczą.

- Znalezione, niekradzione - mówię jej. - Ja mam kuchnię, ty masz Cookie. Po prostu się ciesz, że ciebie lubi bardziej.

Nigdy nie było wątpliwości, że Cookie woli moje starsze siostry niż mnie. Ponieważ wszyscy mamy innych ojców, nasze nazwiska są równie malownicze jak imiona. Cherie miała najwięcej szczęścia. Dostała imię na cześć piosenki Sherry zespołu Four Seasons, która była na pierwszym miejscu listy "Billboardu" w 1962 roku, gdy przyszła na świat. (Cookie znalazła gdzieś francuską pisownię, "Cherie", którą uznała za bardziej wyrafinowaną. Miało jej to pomóc budować image). Drugą córkę nazwała swoim imieniem, Camille. Z zachwytem powtarza, że mnie nazwała Regina, bo to oznacza "monarchię" i okazało się, że miała rację, bo okazałam się pieprzoną księżniczką. Norman dostał imię na cześć swojego ojca, a Roseanne na cześć naszej prababci, Rosalii KunaGundy Maskewiez, której żadne z nas nie poznało.

Razem z Camille wnosimy worki do środka.

- Nie wierzę! - woła Camille. - Tu są meble!

Rosie wpakowała się na kanapę naprzeciwko okna w wykuszu i leży ze stopami wyciągniętymi jak najdalej, naśladując pozycję Cookie, które siedzi na kanapie po drugiej stronie pokoju.

- Jest nawet telewizor! - krzyczy Rosie i pokazuje duży odbiornik w kącie.

- Wow! - mówię, kucam przy niej i owijam sobie jej mysi ogonek na palec. - Próbowałaś go włączyć?

- Tak! Działa!

Koniec wersji demonstracyjnej.