Życie. Piękna katastrofa. Mądrością ciała i umysłu możesz pokonać stres, choroby i ból - Jon Kabat-Zinn

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie do dru­giego wyda­nia

Witam Czy­tel­ni­ków nowego wyda­nia Życie, piękna kata­strofa. Gdy po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu pię­ciu lat zabra­łem się do przej­rze­nia tek­stu, zamie­rza­łem go odświe­żyć, a przede wszyst­kim, bio­rąc pod uwagę upływ czasu, dopra­co­wać i pogłę­bić instruk­cje medy­ta­cji oraz opis opar­tych na uważ­no­ści podejść do życia i cier­pie­nia. Uak­tu­al­nie­nie książki wyda­wało się nie­zbędne z uwagi na zaska­ku­jący roz­wój badań nauko­wych nad uważ­no­ścią i jej wpły­wem na zdro­wie oraz dobre samo­po­czu­cie. Jed­no­cze­śnie im bar­dziej zagłę­bia­łem się w tekst, tym sil­niej czu­łem, że pod­sta­wowe jego prze­sła­nie i treść powinny zostać zasad­ni­czo nie­zmie­nione, może tylko uwy­pu­klone i pogłę­bione w razie potrzeby. Choć było to kuszące, nie chcia­łem, by zalew nauko­wych dowo­dów prze­ma­wia­ją­cych za sku­tecz­no­ścią uważ­no­ści i jej zasto­so­wa­niami wziął górę nad wewnętrzną przy­godą i war­to­ścią, która kryje się w reduk­cji stresu opar­tej na uważ­no­ści (MSBR). Osta­tecz­nie książka zacho­wała postać, jaką miała mieć od początku - pozo­stała prak­tycz­nym prze­wod­ni­kiem uka­zu­ją­cym spo­soby kul­ty­wo­wa­nia uważ­no­ści i jej głę­boko opty­mi­styczny i prze­obra­ża­jący pogląd na ludzką naturę.

Od pierw­szego spo­tka­nia z prak­tyką uważ­no­ści byłem zasko­czony i pod­bu­do­wany jej ożyw­czym wpły­wem na moje życie. Ostat­nie z górą czter­dzie­ści pięć lat nie osła­biły tego poczu­cia. Pogłę­biło się ono nawet i stało bar­dziej wia­ry­godne, jak długa i solidna przy­jaźń, która jest wspar­ciem w naj­trud­niej­szych cza­sach, a jed­no­cze­śnie uczy nas ogrom­nej pokory.

* * *

Gdy pra­co­wa­łem nad pierw­szą wer­sją tej książki, mój wydawca zasu­ge­ro­wał, że uży­cie słowa "kata­strofa" w tytule nie będzie dobrym posu­nię­ciem. Mar­twił się, że może ono znie­chę­cić wielu poten­cjal­nych czy­tel­ni­ków. Sta­ra­łem się więc wymy­ślić inny tytuł. Myśla­łem o dzie­siąt­kach wer­sji, ale zre­zy­gno­wa­łem. Tytuł "Sku­pia­nie uwagi: lecząca moc uważ­no­ści" zaj­mo­wał wysoką pozy­cję na tej liście. Z mojego punktu widze­nia z pew­no­ścią wyra­żał to, o czym mówiła moja książka. Jed­nak myśl o tytule Życie, piękna kata­strofa cią­gle powra­cała.

Osta­tecz­nie wszystko dobrze się skoń­czyło. Do dziś pod­cho­dzą do mnie ludzie, mówiąc, że ta książka ura­to­wała im życie albo życie bli­skim czy przy­ja­cio­łom. Zda­rzyło się to znów na kon­fe­ren­cji Uważ­ność w Edu­ka­cji, w któ­rej bra­łem udział w Cam­bridge w sta­nie Mas­sa­chu­setts, i tydzień póź­niej na kon­fe­ren­cji na temat uważ­no­ści w angiel­skim Che­ster. Gdy chłonę to, co ludzie mówią mi o wpły­wie mojej książki na ich życie, jestem zawsze ogrom­nie wzru­szony, czę­sto aż trudno wyra­zić to sło­wami. Cza­sami bar­dzo ciężko słu­cha się tych opo­wie­ści, bo do prze­czy­ta­nia książki moich roz­mów­ców przy­wio­dło nie­wy­obra­żalne cier­pie­nie. A jed­nak taki był pier­wotny zamysł jej powsta­nia, mia­no­wi­cie wskrze­sze­nie owej szcze­gól­nej ludz­kiej wła­ści­wo­ści, naszej zdol­no­ści do przy­ję­cia zda­rzeń w ich rze­czy­wi­stej postaci - także wtedy, gdy wydaje się to zupeł­nie nie­moż­liwe - w spo­sób, który nas uzdra­wia i odmie­nia, nawet w obli­czu kom­plet­nej kata­strofy ludz­kiej kon­dy­cji. Bill Moy­ers, który przy­go­to­wał film o naszym pro­gra­mie dla cyklu tele­wi­zyj­nego Healing and the Mind, powie­dział mi, że gdy doku­men­to­wał pożar w Okla­ho­mie w 1991 roku, rok po uka­za­niu się książki, widział czło­wieka ści­ska­ją­cego pod pachą egzem­plarz wynie­siony z domu, który wła­śnie doszczęt­nie spło­nął. Jakimś cudem tytuł jest też natych­miast zro­zu­miały dla nowo­jor­czy­ków.

Taki odzew sta­nowi potwier­dze­nie mojego prze­czu­cia, które towa­rzy­szyło mi od samego początku pracy w Kli­nice Reduk­cji Stresu, gdy obser­wo­wa­łem skutki prak­tyki uważ­no­ści u naszych pacjen­tów. Wielu z nich tra­fiało w ślepe zaułki sys­temu opieki zdro­wot­nej, a różne tera­pie, któ­rym byli pod­da­wani, z powodu ich chro­nicz­nych dole­gli­wo­ści nie pro­wa­dziły do peł­nej poprawy ich stanu, o ile w ogóle mogła być mowa o popra­wie1. Było jasne, że w ćwi­cze­niu uważ­no­ści jest coś, co nas uzdra­wia i odmie­nia, co może nam pomóc "odzy­skać" wła­sne życie, i to nie w postaci jakichś roman­tycz­nych gru­szek na wierz­bie, lecz z powodu pro­stego faktu bycia czło­wie­kiem, ponie­waż, by zacy­to­wać Wil­liama Jamesa, ojca ame­ry­kań­skiej psy­cho­lo­gii, "wszy­scy posia­damy życiowe zasoby, o któ­rych wyko­rzy­sta­niu nawet nam się nie śniło".

Mówimy na przy­kład o towa­rzy­szą­cej nam przez całe życie zdol­no­ści ucze­nia się, roz­wi­ja­nia, uzdra­wia­nia i prze­kształ­ca­nia samych sie­bie, a więc o naszych wro­dzo­nych, głę­bo­kich, wewnętrz­nych zaso­bach, które jak wody głę­bi­nowe, złoża ropy czy mine­ra­łów w skal­nym wnę­trzu pla­nety mogą zostać odkryte, wydo­byte i wyko­rzy­stane. Jak taka trans­for­ma­cja może nastą­pić? Wynika ona bez­po­śred­nio z naszej umie­jęt­no­ści przy­ję­cia szer­szej per­spek­tywy, zro­zu­mie­nia, że jeste­śmy kimś wię­cej, niż nam się wydaje, wynika z roz­po­zna­nia peł­nego wymiaru naszego ist­nie­nia, z bycia tymi, któ­rymi naprawdę jeste­śmy. Oka­zuje się, że wszyst­kie owe wro­dzone wewnętrzne zasoby, które możemy odkryć w sobie na wła­sny uży­tek, pole­gają na zako­rze­nio­nej w ciele świa­do­mo­ści i umie­jęt­no­ści kul­ty­wo­wa­nia więzi z tą świa­do­mo­ścią. Do takiego odkry­wa­nia i kul­ty­wo­wa­nia więzi przy­stę­pu­jemy, anga­żu­jąc uwagę w pewien szcze­gólny spo­sób: umyśl­nie, tu i teraz, wolni od jakie­kol­wiek osą­dza­nia.

Pozna­łem tę sferę życia dzięki doświad­cze­niom medy­ta­cyj­nym na długo, zanim poja­wiła się nauka bada­jąca uważ­ność i gdyby nauka o uważ­no­ści ni­gdy nie powstała, medy­ta­cja pozo­sta­łaby dla mnie rów­nie ważna. Takie doświad­cze­nia same sta­no­wią swój odrębny, samo­dzielny świat. Posia­dają swoją wła­sną nie­od­partą logikę, swoją wła­sną empi­ryczną pra­wo­moc­ność i mądrość, którą można odna­leźć tylko od wewnątrz, poprzez jej celowe, świa­dome i sys­te­ma­tyczne pie­lę­gno­wa­nie we wła­snym życiu. Książka ta i pro­gram MBSR, który opi­suje, two­rzą pewne ramy i są swego rodzaju prze­wod­ni­kiem słu­żą­cym do wędrówki po czę­sto nie­zna­nym i cza­sem trud­nym tere­nie, aby nawi­ga­cja w jej trak­cie nie była pozba­wiona choćby dozy kla­row­no­ści i rów­no­wagi. Listę innych poten­cjal­nie pomoc­nych ksią­żek czy­tel­nik znaj­dzie w załącz­niku. Wspo­mi­namy o nich, by ta wędrówka, zwłasz­cza gdyby trwała całe życie, miała stałe, bogate, uroz­ma­icone wspar­cie. Dzięki niemu można w pełni wyko­rzy­stać róż­no­rod­ność obja­wia­ją­cych się po dro­dze per­spek­tyw, szans i wyzwań. Jest to bowiem wędrówka i przy­goda pole­ga­jąca na tym, by prze­żyć całe życie w pełni, albo jesz­cze lepiej, by prze­żyć je w pełni przy­tom­nie.

Żadna mapa nie zawiera kom­plet­nego opisu danego terenu. Aby go osta­tecz­nie poznać, poru­szać się w nim i sko­rzy­stać z jego wyjąt­ko­wych darów, musimy go bez­po­śred­nio doświad­czyć. Musimy go zasie­dlić albo przy­naj­mniej od czasu do czasu odwie­dzać, zysku­jąc szansę na bez­po­śred­nie pozna­nie, doświad­cze­nie z pierw­szej ręki. W przy­padku uważ­no­ści owo bez­po­śred­nie doświad­cze­nie to nic innego jak nie­zwy­kła przy­goda naszego wła­snego życia, które pły­nie na naszych oczach z chwili na chwilę, począw­szy od chwili obec­nej, tu i teraz, bez względu na to, w jak trud­nej czy wyma­ga­ją­cej sytu­acji się znaj­du­jemy. Jak zwy­kli­śmy mówić naszym pacjen­tom w Kli­nice Reduk­cji Stresu na pierw­szym spo­tka­niu:

...z naszego punktu widze­nia, dopóki oddy­chasz, wszystko jest z tobą w porządku bar­dziej niż nie w porządku, bez względu na to, co poszło źle. To, co jest w nas w porządku, prze­waż­nie pomi­jamy, uwa­żamy za oczy­wi­ste lub nie roz­wi­jamy w sobie w pełni. W ciągu następ­nych ośmiu tygo­dni wle­jemy w to ener­gię w postaci żywej uwagi i pozwo­limy leka­rzom, któ­rzy się tobą opie­kują, i innym przed­sta­wi­cie­lom sys­temu opieki zdro­wot­nej zająć się tym, co jest "nie w porządku". Zoba­czymy, co z tego wynik­nie.

W tym duchu uważ­ność, a zwłasz­cza pro­gram MBSR opi­sany w tej książce, jest zachętą do lep­szego pozna­nia wła­snego ciała, umy­słu, serca i wresz­cie życia poprzez anga­żo­wa­nie uwagi w nowy, bar­dziej meto­dyczny i prze­peł­niony miło­ścią spo­sób, co pozwala odkryć nowe obszary naszego życia, dotąd nie­zau­wa­żane czy też z jakie­goś powodu igno­ro­wane.

Anga­żo­wa­nie uwagi w nowy spo­sób jest bar­dzo zdrowe i poten­cjal­nie uzdra­wia­jące, jak­kol­wiek, jak się prze­ko­namy, nie cho­dzi tu w ogóle o dzia­ła­nie jako takie czy szu­ka­nie sobie nowego miej­sca. Cho­dzi w znacz­nie więk­szym stop­niu o bycie - o bycie tymi, któ­rymi już jeste­śmy, oraz odkry­wa­nie ogrom­nego poten­cjału kry­ją­cego się w tym podej­ściu. Co cie­kawe, ośmio­ty­go­dniowy pro­gram MBSR jest tak naprawdę tylko począt­kiem czy też nowym otwar­ciem. Praw­dziwą przy­godę sta­nowi i zawsze sta­nowiło całe nasze życie. W pew­nym sen­sie pro­gram MBSR jest tylko przy­stan­kiem i - mam nadzieję - plat­formą star­tową, od któ­rej roz­po­czyna się nowy roz­dział w naszym obco­wa­niu z rze­czami takimi, jakimi są naprawdę. Prak­tyka uważ­no­ści kryje w sobie poten­cjał, aby być naszym towa­rzy­szem i sojusz­ni­kiem na całe życie. Ponadto, nie­za­leż­nie od tego, czy czy­nimy to świa­do­mie, wkra­cza­jąc na ścieżkę uważ­no­ści, przy­łą­czamy się do obej­mu­ją­cej cały świat wspól­noty ludzi, któ­rzy poświę­cili się temu podej­ściu, temu spo­so­bowi obco­wa­nia z ist­nie­niem, życiem i świa­tem.

Nade wszystko jed­nak jest to książka o kul­ty­wo­wa­niu uważ­no­ści poprzez jej prak­ty­ko­wa­nie. Cho­dzi przy tym o zaan­ga­żo­wa­nie wypły­wa­jące z głę­bo­kiej deter­mi­na­cji, wcie­lane jed­no­cze­śnie w życie z całą moż­liwą sub­tel­no­ścią. Wszystko, o czym w tej książce mowa, zmie­rza do tego, by nas w tym zaan­ga­żo­wa­niu wspie­rać.

* * *

Oka­zuje się, że moja książka oraz praca Kli­niki Reduk­cji Stresu, o któ­rej opo­wiada, a więc o pro­gra­mie MBSR, ode­grały ogromną rolę - wraz z wysił­kiem wielu innych osób - w pro­mo­wa­niu nowego obszaru w medy­cy­nie, opiece zdro­wot­nej i psy­cho­lo­gii. Rów­nie ważne oka­zały się one dla szybko roz­wi­ja­ją­cych się badań nauko­wych uważ­no­ści oraz ich wpływu na nasze zdro­wie i samo­po­czu­cie na każ­dym pozio­mie naszego życia bio­lo­gicz­nego, psy­cho­lo­gicz­nego i spo­łecz­nego. Uważ­ność w coraz więk­szym stop­niu wywiera wpływ na wiele innych dzie­dzin, a więc na edu­ka­cję, prawo, biz­nes, tech­nikę, zarzą­dza­nie, sport, eko­no­mię, a nawet poli­tykę i spra­wo­wa­nie wła­dzy. Jej uzdra­wia­jący dla naszego świata poten­cjał spra­wia, że roz­wój wypad­ków jest bar­dzo obie­cu­jący.

W 2005 roku w lite­ra­tu­rze nauko­wej i medycz­nej ist­niało ponad sto arty­ku­łów na temat uważ­no­ści. Obec­nie, w roku 2013, jest ich ponad tysiąc pięć­set, nie mówiąc o rosną­cej licz­bie ksią­żek poświę­co­nych temu tema­towi. Powstało nawet nowe cza­so­pi­smo naukowe "Mind­ful­l­ness". Inne perio­dyki naukowe naśla­dują to, publi­ku­jąc wyda­nia spe­cjalne na temat uważ­no­ści albo poświę­ca­jąc jej osobne roz­działy. Wśród pro­fe­sjo­na­li­stów zain­te­re­so­wa­nie uważ­no­ścią, jej zasto­so­wa­niem w dzie­dzi­nie zdro­wia i samo­po­czu­cia oraz mecha­ni­zmami jej funk­cjo­no­wa­nia jest tak wiel­kie, że zakres badań nad nią rośnie w nie­zwy­kle szyb­kim tem­pie. Co wię­cej, odkry­cia naukowe i ich impli­ka­cje dla naszego samo­po­czu­cia i zro­zu­mie­nia związ­ków mię­dzy cia­łem a umy­słem, a także zro­zu­mie­nia mecha­ni­zmów stresu, bólu i cho­roby stają się z każ­dym dniem coraz bar­dziej intry­gu­jące.

Tak czy owak, dru­gie wyda­nie poświę­cone jest nie tyle zro­zu­mie­niu psy­cho­lo­gicz­nych mecha­ni­zmów i powią­zań neu­ro­nal­nych - jak­kol­wiek mogą być one inte­re­su­jące - dzięki któ­rym prak­ty­ko­wa­nie uważ­no­ści wywiera na nas wpływ, ile raczej sku­pia się na naszej zdol­no­ści zapa­no­wa­nia nad życiem i jego uwa­run­ko­wa­niami, a wszystko to z ogromną deli­kat­no­ścią i życz­li­wo­ścią wobec sie­bie samych. Cho­dzi więc o odda­nie spra­wie­dli­wo­ści peł­nemu, wie­lo­wy­mia­ro­wemu bogac­twu naszego ludz­kiego poten­cjału, pozwa­la­ją­cego nam wieść zdrowe, satys­fak­cjo­nu­jące i sen­sowne życie. Mam nadzieję, że nikt z nas nie będzie ćwi­czył uważ­no­ści tylko po to, by zdję­cia ska­nów mózgu były bar­dziej kolo­rowe, nawet jeśli uważ­ność może być sto­so­wana do osią­gnię­cia pozy­tyw­nych zmian nie tylko w aktyw­no­ści okre­ślo­nych obsza­rów mózgu, lecz rów­nież w samej jego struk­tu­rze i sieci połą­czeń oraz wywo­ły­wać inne poten­cjal­nie korzystne zmiany bio­lo­giczne, do czego odnie­siemy się w dal­szych czę­ściach. Takie korzy­ści docho­dzą do głosu na wła­snych zasa­dach. Dzięki prak­tyce medy­ta­cji poja­wiają się cał­ko­wi­cie natu­ral­nie. Jeśli zde­cy­du­jemy się obrać uważ­ność za życiową ścieżkę, nasza moty­wa­cja do prak­ty­ko­wa­nia musi być bar­dziej ele­men­tarna - może to być pro­wa­dze­nie bar­dziej spój­nego i satys­fak­cjo­nu­jącego życia, prze­ży­tego w lep­szym zdro­wiu, życia szczę­śliw­szego i mądrzej­szego. Inny rodzaj moty­wa­cji może zmie­rzać do sku­tecz­niej­szego i bar­dziej współ­czu­ją­cego mie­rze­nia się z cier­pie­niem wła­snym oraz cier­pie­niem ota­cza­ją­cych nas ludzi, ze stre­sem, bólem i cho­robą w naszym życiu - co nazy­wam kom­pletną kata­strofą ludz­kiej kon­dy­cji2. Może też cho­dzić o to, byśmy osią­gnęli pełną wewnętrzną spój­ność i inte­li­gen­cję emo­cjo­nalną, które od uro­dze­nia są w naszym zasięgu, ale cza­sem gubimy z nimi kon­takt.

* * *

W trak­cie wła­snej prak­tyki medy­ta­cyj­nej i pracy wyro­bi­łem sobie pogląd, że pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści to akt rady­kalny, akt rady­kal­nego zdro­wego roz­sądku, współ­czu­cia i - osta­tecz­nie - akt rady­kal­nej miło­ści. Jak zoba­czymy, cho­dzi o goto­wość, by cza­sem spo­tkać się z samym sobą, goto­wość do życia w więk­szym stop­niu w chwili obec­nej, cza­sem goto­wość do zatrzy­ma­nia się i przy­ję­cia przez moment postawy czy­sto egzy­sten­cjal­nej zamiast cią­głego wikła­nia się w aktyw­ność, przez co zapo­mi­namy, kto i dla­czego jest pod­mio­tem tego wszyst­kiego. Cho­dzi o to, by nie brać naszych myśli za prawdę o tym, jak rze­czy fak­tycz­nie się mają, by nie być tak bar­dzo podat­nym na pułapki emo­cjo­nal­nych zawi­ro­wań, zawi­ro­wań wywo­łu­ją­cych czę­sto jedy­nie ból i cier­pie­nie, zarówno nasze, jak i innych ludzi. Takie podej­ście do życia jest rze­czywiście aktem rady­kal­nej miło­ści na każ­dej płasz­czyź­nie. I jak zoba­czymy, jego piękno polega mię­dzy innymi na tym, że aby tak się stało, nie trzeba robić nic oprócz sku­pie­nia uwagi, pozo­sta­nia świa­do­mym i czuj­nym. Te obszary egzy­sten­cji są już w nas i to one prze­są­dzają o tym, kim jeste­śmy.

Jeśli nawet prak­tyka medy­ta­cji to raczej stan bycia niż dzia­ła­nie, może się to wyda­wać spo­rym przed­się­wzię­ciem i tak fak­tycz­nie jest. W końcu na prak­tykę musimy poświę­cić okre­ślony czas, a to, jak zoba­czymy, wymaga pew­nej celo­wej aktyw­no­ści i dys­cy­pliny. Zanim przyj­miemy osoby chętne do udziału w pro­gra­mie MBSR, przed­sta­wiamy im tę kwe­stię nastę­pu­jąco:

Nie musisz być fanem codzien­nego pro­gramu sesji medy­ta­cyj­nych, po pro­stu musisz wziąć w nich udział (na wyma­ga­jący roz­kład zajęć uczest­nicy zga­dzają się, skła­da­jąc pod­pis, a potem dają z sie­bie tyle, ile mogą). Póź­niej, po upły­wie ośmiu tygo­dni, możesz nam powie­dzieć, czy była to strata czasu, czy nie. Na razie jed­nak, nawet jeśli twój umysł pod­po­wiada ci wciąż, że to głu­pie zaję­cie będące stratą czasu, prak­ty­kuj bez względu na wszystko, z całym zaan­ga­żo­wa­niem, jakby od tego zale­żało twoje życie. Ponie­waż zależy - w więk­szym stop­niu, niż myślisz.

Nie­dawno w "Science", jed­nym z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych i wpły­wo­wych cza­so­pism nauko­wych, poja­wiło się nastę­pu­jące zda­nie: "Roz­pro­szony umysł to umysł nie­szczę­śliwy". Oto pierw­szy aka­pit tak zaty­tu­ło­wa­nego arty­kułu:

Ludzie, ina­czej niż zwie­rzęta, spę­dzają mnó­stwo czasu, myśląc o tym, co wcale się wokół nich nie dzieje, kon­tem­plu­jąc zda­rze­nia, które miały miej­sce w prze­szło­ści, czy te, które mogą się zda­rzyć w przy­szło­ści albo nie zda­rzą się ni­gdy. "Myśle­nie nie­za­leżne od bodź­ców" czy "zamy­ślony, roz­pro­szony umysł" zdaje się być domyśl­nym try­bem funk­cjo­no­wa­nia mózgu. Choć taka zdol­ność jest impo­nu­ją­cym osią­gnię­ciem ewo­lu­cyj­nym, które pozwala ludziom uczyć się, rozu­mo­wać i pla­no­wać, nie obywa się to bez kosz­tów emo­cjo­nal­nych. Wiele tra­dy­cji filo­zo­ficz­nych i reli­gij­nych naucza, że szczę­ście można odna­leźć tylko w chwili obec­nej, a ich adepci prze­cho­dzą tre­ning radze­nia sobie z roz­pro­sze­niem oraz "bycia tu i teraz". Tra­dy­cje te suge­rują, że roz­pro­szony umysł to umysł nie­szczę­śliwy. Czy mają rację?3

Har­wardzcy bada­cze doszli do wnio­sku, że - jak suge­ruje tytuł - fak­tycz­nie, owe pra­dawne tra­dy­cje, które pod­kre­ślają moc tkwiącą w chwili obec­nej i spo­soby jej kul­ty­wo­wa­nia, tra­fiły na wła­ściwy trop.

Wyniki tych badań mają inte­re­su­jące i poten­cjal­nie bar­dzo istotne następ­stwa dla nas wszyst­kich. Cho­dzi bowiem o pierw­sze w tak dużej skali bada­nia nad szczę­ściem w codzien­nym życiu. Aby bada­nie się udało, naukowcy opra­co­wali apli­ka­cję na iPhone'a, która od kil­ku­na­stu tysięcy osób pozy­ski­wała losowo wybrane odpo­wie­dzi na pyta­nia doty­czące szczę­ścia, tego, co w danym momen­cie robiły i czy popa­dały w zamy­śle­nie ("Czy myślisz o czymś, co nie jest zwią­zane z tym, co w tej chwili robisz?"). Oka­zało się, że badani przez nie­mal połowę czasu trwali w sta­nie zamy­śle­nia lub roz­pro­sze­nia. Według Mat­thew Kil­ling­swor­tha, jed­nego z auto­rów bada­nia, zamy­ślony umysł, zwłasz­cza umysł zaan­ga­żo­wany w roz­trzą­sa­nie nega­tyw­nych lub neu­tral­nych myśli, przy­czy­nia się do obni­że­nia poczu­cia szczę­ścia. Ogólna kon­klu­zja brzmiała nastę­pu­jąco: "Bez względu na to, co ludzie robią, są znacz­nie mniej szczę­śliwi, gdy są zamy­śleni niż wtedy, gdy są sku­pieni" i "powin­ni­śmy poświę­cać co naj­mniej tyle samo uwagi na to, gdzie kie­ru­jemy nasze myśli, ile poświę­camy jej na dzia­ła­nia wła­snego ciała, jed­nak w przy­padku więk­szo­ści z nas, sku­pienie nie wystę­puje w pla­nie dnia, (...) powin­ni­śmy (rów­nież) sta­wiać sobie pyta­nie: "Co zro­bię dziś ze swoim umy­słem?"4.

Jak zoba­czymy, prak­tyka uważ­no­ści spro­wa­dza się wła­śnie do uświa­da­mia­nia sobie z chwili na chwilę, co dzieje się w naszym umy­śle, i do obser­wa­cji, jak zmie­nia się nasze doświad­cze­nie, gdy to robimy; jest to rów­nież istota MBSR i o tym przede wszyst­kim opo­wiada ta książka. Dla porządku zazna­czę tylko, że ćwi­cze­nie uważ­no­ści nie polega na zmu­sza­niu umy­słu, by nie popa­dał w zamy­śle­nie. To byłaby tylko kolejna udręka. Cho­dzi raczej o to, byśmy uświa­da­miali sobie, kiedy umysł popada w zamy­śle­nie czy roz­pro­sze­nie, i byśmy - naj­le­piej jak potra­fimy - kie­ro­wali uwagę na powrót ku temu, co naj­istot­niej­sze i naj­waż­niej­sze dla nas w tej chwili, w "tu i teraz" na obec­nym eta­pie naszego życia.

Uważ­ność to umie­jęt­ność, którą można roz­wi­jać dzięki prak­tyce, tak samo jak inne umie­jęt­no­ści. Można też myśleć o niej tak, jak myślimy o mię­śniu. Mię­sień uważ­no­ści staje się sil­niej­szy, bar­dziej prężny i ela­styczny, gdy go uży­wamy. Podob­nie też jak mię­sień, uważ­ność roz­wija się naj­le­piej, gdy zwięk­sza­jąc w ten spo­sób swoją siłę, musi radzić sobie z pewną dozą oporu. Nasze ciało, umysł i stre­su­jąca codzien­ność z pew­no­ścią dostar­czają nam wystar­cza­jąco dużo "oporu", z któ­rym musimy sobie pora­dzić. Można powie­dzieć, że zapew­nią nam odpo­wied­nie warunki, w któ­rych możemy roz­wi­jać nasz wro­dzony poten­cjał pozna­nia wła­snego umy­słu i kształ­to­wa­nia umie­jęt­ność trwa­nia w świa­do­mo­ści, co jest naj­waż­niej­sze w naszym życiu, a robiąc to, odkry­wamy nowe wymiary dobrego samo­po­czu­cia, a nawet szczę­ścia, i to bez potrzeby zmie­nia­nia cze­go­kol­wiek.

Już to, że tego typu bada­nia, korzy­sta­jące z wyna­laz­ków tech­nicz­nych dla sze­ro­kiego kręgu odbior­ców, które pozwa­lają prób­ko­wać opi­nie bar­dzo dużych grup w cza­sie real­nym, są pro­wa­dzone z całą naukową sta­ran­no­ścią i publi­ko­wane w naj­lep­szych cza­so­pi­smach nauko­wych, sta­nowi nową epokę w nauce o umy­śle. Zro­zu­mie­nie, że to, co dzieje się w naszym umy­śle, może mieć więk­szy wpływ na nasze samo­po­czu­cie niż to, co w danym momen­cie robimy, ma ogromne kon­se­kwen­cje dla poj­mo­wa­nia naszego czło­wie­czeń­stwa i dla kształ­to­wa­nia - w bar­dzo prak­tyczny, a przy tym bar­dzo oso­bi­sty, wręcz intymny spo­sób - naszego rozu­mie­nia, na czym polega bycie czło­wie­kiem zdro­wym i auten­tycz­nie szczę­śli­wym. Owa intym­ność odnosi się oczy­wi­ście do nas samych. Na tym polega istota uważ­no­ści i istota jej kul­ty­wo­wa­nia poprzez pro­gram MBSR.

Wiele nur­tów w obrę­bie nauki - od geno­miki i pro­te­omiki po epi­ge­ne­tykę i neu­ro­naukę - ujaw­nia w nowy i bez­dy­sku­syjny spo­sób, że świat i postać łączą­cych nas z nim więzi wywie­rają poważny, zna­mienny wpływ na każdy poziom naszej egzy­sten­cji, w tym na nasze geny i chro­mo­somy, komórki i tkanki, wyspe­cja­li­zo­wane ośrodki ner­wowe mózgu, sieci neu­ro­nalne, które je łączą, jak rów­nież na nasze myśli, emo­cje i więzi spo­łeczne. Wszyst­kie te dyna­miczne ele­menty naszego życia, a także wiele innych pozio­mów w obrę­bie naszego ist­nie­nia, są ze sobą powią­zane. Łącz­nie decy­dują o tym, kim jeste­śmy, i defi­niują poziom naszej wol­no­ści, roz­wi­ja­jąc nasz pełny ludzki poten­cjał - zawsze nie­znany i zawsze pozo­sta­jący nie­skoń­cze­nie bli­sko.

To, co dla każ­dego z nas zna­czy bycie czło­wie­kiem, w połą­cze­niu z pyta­niem bada­czy z Harvardu "Co zamie­rzam zro­bić dziś z wła­snym umy­słem?", jest sed­nem uważ­no­ści jako spo­sobu ist­nie­nia. Tyle tylko że na nasz uży­tek chciał­bym nieco prze­for­mu­ło­wać to pyta­nie, uwy­pu­kla­jąc w nim czas teraź­niej­szy: "Co dzieje się w moim umy­śle w tej chwili?". Możemy też roz­sze­rzyć pyta­nie: "Co w tej chwili dzieje się w moim sercu?" i "Co w tej chwili dzieje się w moim ciele?". Nie musimy nawet do tego uży­wać myśli, ponie­waż potra­fimy czuć, co się dzieje w umy­śle, sercu i ciele - wła­śnie teraz. Takie odczu­wa­nie, takie uchwy­ce­nie wła­snego stanu jest innym pozio­mem wie­dzy, wykra­cza­ją­cym poza wie­dzę osa­dzoną w myślach. Wła­śnie to ozna­cza słowo "świa­do­mość". Się­ga­jąc po tę wewnętrzną zdol­ność, możemy w nie­zwy­kle wyzwa­la­jący spo­sób badać, docie­kać i chwy­tać to, co się dla nas w tym zakre­sie dzieje.

Pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści wymaga, byśmy anga­żo­wali uwagę i zamiesz­kali w chwili obec­nej oraz byśmy robili dobry uży­tek z tego, co widzimy, czu­jemy, wiemy i czego się uczymy w tym pro­ce­sie. Jak się okaże, robo­czo defi­niuję uważ­ność jako świa­do­mość, która wyła­nia się z celo­wego anga­żo­wa­nia uwagi w chwili obec­nej w spo­sób wolny od osą­dza­nia. Świa­do­mość to nie to samo co myśle­nie. Jest to kom­ple­men­tarna forma inte­li­gen­cji, spo­sób uzy­ski­wa­nia wie­dzy, który jest co naj­mniej tak samo wspa­niały i potężny - jeśli nie potęż­niej­szy - jak myśle­nie. Co wię­cej, możemy utrzy­my­wać nasze myśli w polu świa­do­mo­ści, przez co zysku­jemy zupeł­nie nowy punkt widze­nia na myśli jako takie oraz na ich treść. I tak samo, jak możemy udo­sko­na­lić i roz­wi­nąć myśle­nie, możemy udo­sko­na­lić i roz­wi­nąć świa­do­mość, choć z reguły wiemy nie­zwy­kle mało, jak to zro­bić, a nawet nie wiemy, czy w ogóle jest to moż­liwe. Świa­do­mość nato­miast może być roz­wi­jana poprzez ćwi­cze­nie zdol­no­ści sku­pia­nia uwagi i wni­kli­wo­ści.

Następ­nie, gdy mówimy o uważ­no­ści, trzeba pamię­tać, że rów­nie ważna jest uważ­ność serca. W języ­kach azja­tyc­kich słowo ozna­cza­jące "umysł" to zwy­kle to samo słowo, które ozna­cza rów­nież "serce". Jeśli więc tra­fiamy na słowo "uważ­ność", czyli mind­ful­ness, i nie czu­jemy lub nie sły­szymy w nim wibra­cji uważ­no­ści serca, to z dużym praw­do­po­do­bień­stwem jego istota nam umyka. Uważ­ność nie jest tylko jedną z kon­cep­cji czy dobrą ideą. Jest spo­so­bem ist­nie­nia. Jej syno­nim, świa­do­mość, to rodzaj wie­dzy, który po pro­stu wyra­sta ponad myśl i ofe­ruje nam wię­cej moż­li­wo­ści wyboru rela­cji łączą­cych nas z tym, co poja­wia się w naszym umy­śle, sercu, ciele i w ogóle w naszym życiu. To wie­dza głęb­sza niż myśle­nie oparte na poję­ciach. Bar­dziej przy­po­mina mądrość i bli­żej jej do wol­no­ści, która wyła­nia się w per­spek­ty­wie budo­wa­nej przez mądrość.

* * *

Jeśli idzie o pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści, to - jak się prze­ko­namy - sku­pia­nie uwagi na myślach i emo­cjach poja­wia­ją­cych się w danej chwili jest tylko frag­men­tem więk­szej cało­ści. Jest to jed­nak nie­zwy­kle ważny frag­ment. Nie­dawno opu­bli­ko­wana praca Elissy Epel i Eli­za­beth Black­burn wraz z zespo­łem z Uni­wer­sy­tetu Kali­for­nij­skiego w San Fran­ci­sco (Black­burn z kole­gami otrzy­mała w 2009 roku Nagrodę Nobla za odkry­cie telo­me­razy, enzymu spo­wal­nia­ją­cego sta­rze­nie) wyka­zuje, że nasze myśli i emo­cje, a zwłasz­cza myśli nała­do­wane stre­sem, w tym zmar­twie­nia doty­czące przy­szło­ści albo obse­syjne roz­my­śla­nia na temat prze­szło­ści, zdają się wpły­wać na tempo sta­rze­nia się aż po poziom komór­kowy i nasze telo­mery - wyspe­cja­li­zo­wane frag­menty DNA poło­żone na końcu chro­mo­so­mów, które peł­nią klu­czową rolę w pro­ce­sie podziału komór­ko­wego i z wie­kiem stają się coraz krót­sze. Epel i Black­burn wraz z kole­gami wyka­zały, że w warun­kach chro­nicz­nego stresu telo­mery skra­cają się znacz­nie szyb­ciej, ale też jed­no­cze­śnie zwró­ciły uwagę, że to spo­sób, w jaki ten stres postrze­gamy, decy­duje o tym, jak szybko telo­mery ule­gają degra­da­cji i skró­ce­niu. Róż­nica może być warta wiele lat życia. Co ważne, nie ozna­cza to, że musimy pozbyć się źró­deł naszego stresu. Od nie­któ­rych zresztą ni­gdy się nie uwol­nimy. Nie­mniej bada­nia poka­zują, że możemy zmie­nić swoje nasta­wie­nie, a tym samym zmie­nić nasz sto­su­nek do uwa­run­ko­wań, w któ­rych żyjemy, i to w spo­sób, który może wpły­nąć na nasze zdro­wie, samo­po­czu­cie i być może rów­nież dłu­gość życia.

W tej chwili dowody naukowe suge­rują, że dłuż­sze telo­mery są zwią­zane z róż­nicą mię­dzy pozio­mem naszej obec­no­ści tu i teraz ("Czy w minio­nym tygo­dniu mia­łeś chwile, gdy czu­łeś się cał­ko­wi­cie sku­piony czy zaan­ga­żo­wany w to, co w danej chwili robi­łeś?") a pozio­mem roz­pro­sze­nia czy zamy­śle­nia ("Opór wobec bycia tu i teraz czy robie­nia tego, co wła­śnie robimy"). Owa róż­nica wyli­czona we wska­za­niach doty­czą­cych tych dwu pytań, którą bada­cze nazwali robo­czo "sta­nem świa­do­mo­ści", jest bar­dzo ści­śle zwią­zana z uważ­no­ścią.

Inne bada­nia, które uwzględ­niały raczej poziom enzymu telo­me­razy niż dłu­gość telo­me­rów, suge­rują, że wpływ naszych myśli - zwłasz­cza gdy odbie­ramy daną sytu­ację jako zagra­ża­jącą naszej pomyśl­no­ści, nie­za­leż­nie od tego, czy tak jest rze­czy­wi­ście - może się­gać aż do poziomu tej wyjąt­ko­wej mole­kuły, mie­rzo­nego w komór­kach odpor­no­ścio­wych krą­żą­cych we krwi, co z kolei naj­wy­raź­niej ma wpływ na nasze zdro­wie, a nawet dłu­gość naszego życia. Kon­se­kwen­cje tych badań mogą nas skło­nić do tego, byśmy bar­dziej świa­do­mie i uważ­nie pod­cho­dzili do stresu w naszym życiu. Warto też, byśmy zadali sobie pyta­nie, jak pod­cho­dzić do stresu w spo­sób bar­dziej prze­my­ślany i mądry.

* * *

Jest to książka o tobie i twoim życiu. Opo­wiada o twoim umy­śle i ciele oraz o tym, jak naprawdę możesz nauczyć się stwo­rzyć z nimi mądrzej­szą rela­cję. Jest to zapro­sze­nie do pod­ję­cia eks­pe­ry­mentu prak­ty­ko­wa­nia uważ­no­ści i sto­so­wa­nia uważ­no­ści w życiu codzien­nym. Pier­wot­nie napi­sa­łem ją dla naszych pacjen­tów i ludzi podob­nych do nich na całym świe­cie - innymi słowy, książka powstała dla nor­mal­nych ludzi. Pod poję­ciem nor­mal­nych ludzi mam na myśli cie­bie i mnie, kogo­kol­wiek, każ­dego.

Jeśli odsu­niemy na bok histo­rię naszych wysił­ków i doko­nań i się­gniemy do esen­cji życia oraz koniecz­no­ści upo­ra­nia się z ogro­mem życio­wych wyzwań, jeste­śmy wszy­scy po pro­stu zwy­kłymi ludźmi, radzą­cymi sobie z tym trud­nym zada­niem naj­le­piej, jak potra­fimy. I nie mam na myśli tylko tego, co trudne czy nie­chciane w naszym życiu - cho­dzi o wszystko, co się w nim poja­wia: dobro, zło i szpe­totę.

Dobro przy tym jest ogromne - według mnie na tyle, by dać sobie radę z tym, co złe i brzyd­kie, z tym, co trudne i nie­moż­liwe. Można je zna­leźć nie tylko w świe­cie zewnętrz­nym, lecz rów­nież w sobie. Prak­tyka uważ­no­ści obej­muje odna­le­zie­nie, roz­po­zna­nie i zro­bie­nie użytku z tego, co już jest w porządku, co już jest piękne, co już jest kom­pletne z tego pro­stego powodu, że jeste­śmy ludźmi. Obej­muje też czer­pa­nie z tych zaso­bów, byśmy żyli tak, jak gdyby rze­czy­wi­ście liczył się nasz sto­su­nek do wszyst­kich zja­wisk w naszym życiu.

Z bie­giem lat coraz głę­biej uświa­da­mia­łem sobie, że w przy­padku uważ­no­ści cho­dzi w grun­cie rze­czy o rela­cyj­ność i o to, jak możemy nauczyć się żyć w każ­dym aspek­cie uczci­wie, z życz­li­wo­ścią wobec sie­bie i innych i wresz­cie mądrze. Pod poję­ciem rela­cyj­no­ści rozu­miem to, w jakiej rela­cji pozo­sta­jemy do wszyst­kiego, łącz­nie z naszym umy­słem, cia­łem, myślami, emo­cjami, naszą prze­szło­ścią i tym, co się wyda­rzyło i co dopro­wa­dziło nas, wciąż goto­wych do zaczerp­nię­cia następ­nego odde­chu, aż do tej chwili. Nie jest to łatwe. Tak naprawdę to naj­cięż­sze zada­nie na świe­cie. Bywa trudne i przy­kre, tak samo jak życie bywa trudne i przy­kre. Ale zatrzy­majmy się na chwilę i zasta­nówmy: czy mamy alter­na­tywę? Jakie kon­se­kwen­cje nas cze­kają, gdy nie obej­miemy w pełni wła­snego życia, gdy nie dopro­wa­dzimy do tego, by naszą była ta jedyna chwila, kiedy możemy go doświad­czyć? Jak wiel­kie wtedy będzie poczu­cie straty, żalu i cier­pie­nia?

* * *

Powra­ca­jąc do bada­nia szczę­ścia prze­pro­wa­dzo­nego za pomocy apli­ka­cji na iPhone'a, bada­cze z Harvardu zwró­cili uwagę na kwe­stie istotne dla każ­dego, kto zamie­rza roz­po­cząć przy­godę z uważ­no­ścią i MBSR:

Wiemy, że ludzie są naj­szczę­śliwsi, gdy stają wobec odpo­wied­nich wyzwań - a więc gdy pró­bują osią­gnąć cele, które są trudne do zre­ali­zo­wa­nia, ale pozo­stają w ich zasięgu. Wyzwa­nie i zagro­że­nie to nie to samo. Ludzie roz­kwi­tają w obli­czu wyzwań i więdną w obli­czu zagro­żeń.

MBSR sta­nowi nie­zwy­kle inten­sywne wyzwa­nie. Pod wie­loma wzglę­dami trwa­nie w chwili obec­nej, w sta­nie prze­strzen­nej uwagi skie­ro­wa­nej na prze­pływ wyda­rzeń może być dla nas, ludzi, naj­trud­niej­szym zada­niem. Jed­no­cze­śnie jest to rów­nież abso­lut­nie wyko­nalne i wiele osób na całym świe­cie się o tym prze­ko­nało, bio­rąc udział w pro­gra­mach MBSR i kon­ty­nu­ując prak­tykę oraz kul­ty­wo­wa­nie uważ­no­ści jako inte­gralną część swo­jego codzien­nego życia. Jak zoba­czymy, pie­lę­gno­wa­nie pogłę­bio­nej uważ­no­ści nie­sie w sobie nowe spo­soby pracy z tym, co uzna­jemy za zagro­że­nie, a także uczy, jak inte­li­gent­nie reago­wać na takie wyda­rze­nia, zamiast reago­wać odru­chowo, uru­cha­mia­jąc poten­cjal­nie nie­zdrowe kon­se­kwen­cje.

Gdy­bym miał roko­wać o twoim szczę­ściu i w tym celu dys­po­no­wał­bym tylko jedną infor­ma­cją na twój temat, nie chciał­bym znać two­jej płci, wyzna­nia, stanu zdro­wia ani poziomu docho­dów. Chciał­bym za to poznać sieć więzi spo­łecz­nych, któ­rej jesteś czę­ścią - chciał­bym dowie­dzieć się o two­ich przy­jaź­niach i rodzi­nie, a także o sile związ­ków, jakie cię z nimi łączą.

Powszech­nie wia­domo, że siła tych więzi jest ści­śle połą­czona z ogól­nym sta­nem zdro­wia i dobrym samo­po­czu­ciem. Dzięki uważ­no­ści dodat­kowo się one pogłę­biają, ponie­waż istotą uważ­no­ści, jak mie­li­śmy oka­zję stwier­dzić, jest rela­cyj­ność i uczest­ni­cze­nie w związ­kach - zarówno w odnie­sie­niu do nas samych, jak i ota­cza­ją­cych nas ludzi.

Wyobra­żamy sobie, że jedna czy dwie donio­słe sprawy będą miały zasad­ni­czy wpływ (na nasze szczę­ście). Wygląda jed­nak na to, że szczę­ście jest sumą setek dro­bia­zgów... Małe rze­czy mają zna­cze­nie.

Małe rze­czy nie tylko mają zna­cze­nie. Nie są rów­nież wcale takie małe. Oka­zuje się, że są wiel­kie. Drobne korekty punktu widze­nia, podej­ścia i sta­rań, by być tu i teraz, mogą mieć ogromny wpływ na nasze ciało, umysł i na ota­cza­jący nas świat. Nawet naj­drob­niej­szy objaw uważ­no­ści w każ­dej chwili może przy­czy­nić się do prze­bły­sku intu­icji czy wglądu, który dopro­wa­dzi do spo­rej prze­miany. Gdy owe wysiłki zmie­rza­jące do więk­szej uważ­no­ści są stale pona­wiane, mogą się roz­wi­nąć i prze­kształ­cić w nowy, solid­niej­szy i bar­dziej sta­bilny tryb bycia.

Na które spo­śród tych małych rze­czy mogą­cych zwięk­szyć nasze poczu­cie szczę­ścia i popra­wić samopoczu­cie powin­ni­śmy zwró­cić uwagę? Oto co mówi Dan Gil­bert, jeden z auto­rów bada­nia poświę­co­nego poczu­ciu szczę­ścia:

Do naj­waż­niej­szych rze­czy należy pod­ję­cie zobo­wią­zań w spra­wie pew­nych pro­stych zacho­wań - medy­ta­cji, ćwi­czeń rucho­wych, wystar­cza­ją­cej ilo­ści snu i prak­ty­ko­wa­nia altru­izmu... oraz wzmac­nia­nia swo­ich więzi spo­łecz­nych.

Jeśli to, co stwier­dzi­łem wcze­śniej na temat medy­ta­cji jako rady­kal­nego aktu miło­ści, jest prawdą, wów­czas medy­ta­cja sama w sobie jest rów­nież pod­sta­wo­wym altru­istycz­nym prze­ja­wem dobroci i akcep­ta­cji - zaczy­namy od sie­bie, ale do sie­bie się nie ogra­ni­czamy!

* * *

Od pierw­szego wyda­nia tej książki nasz świat zmie­nił się ogrom­nie, nie­wy­obra­żal­nie, być może bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej w ciągu dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Weźmy choćby lap­topy, smart­fony, inter­net, Google, Face­bo­oka, Twit­tera, wszech­obecny bez­prze­wo­dowy dostęp do infor­ma­cji i ludzi, wpływ tej zata­cza­ją­cej coraz szer­sze kręgi cyfro­wej rewo­lu­cji po pro­stu na wszystko, co robimy, coraz szyb­sze tempo naszego życia i zmiany w samym stylu życia sie­dem dni w tygo­dniu, nie mówiąc już o olbrzy­mich zmia­nach spo­łecz­nych, eko­no­micz­nych i poli­tycz­nych. Rosnące tempo zmian, z któ­rym mamy do czy­nie­nia obec­nie, raczej nie osłab­nie. Jego skutki będą coraz bar­dziej odczu­walne i coraz bar­dziej nie­unik­nione. Można powie­dzieć, że rewo­lu­cja naukowo-tech­niczna (i jej wpływ na nasze życie) ledwo się roz­po­częła. Stres zwią­zany z dosto­so­wa­niem się do niej w nad­cho­dzą­cych deka­dach z pew­no­ścią się zwięk­szy.

Książka ta i opi­sany w niej pro­gram MBSR są pomy­ślane jako sku­teczna prze­ciw­waga dla wszyst­kiego, co nas od sie­bie odciąga, i anti­do­tum na utratę kon­taktu z tym, co naprawdę ważne. Jeste­śmy tak skłonni do popa­da­nia w pośpiech w dzia­ła­niu, tak bar­dzo uwię­zieni we wła­snych myślach i opi­niach o tym, co uzna­jemy za ważne, że nie­zwy­kle łatwo wikłamy się w stan chro­nicz­nego napię­cia, nie­po­koju i cią­głego roz­pro­sze­nia, a to stale napę­dza nasze życie i staje się domyśl­nym try­bem naszego funk­cjo­no­wa­nia, naszym auto­pi­lo­tem. Stres jest jesz­cze bar­dziej zło­żony, gdy mamy do czy­nie­nia z poważną dole­gli­wo­ścią, chro­nicz­nym bólem czy chro­niczną cho­robą, która dotyka nas samych albo kogoś z bli­skich. Uważ­ność, jako sku­teczna i nie­za­wodna prze­ciw­waga wzmac­nia­jąca nasze zdro­wie, samo­po­czu­cie, a może nawet rów­no­wagę psy­chiczną, odgrywa więc coraz więk­szą rolę.

Iro­nia losu polega na tym, że gdy możemy korzy­stać z dobro­dziejstw łącz­no­ści z każ­dym wszę­dzie w dowol­nej chwili, kon­takt z samym sobą i wewnętrz­nym kra­jo­bra­zem naszego życia wydaje się trud­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek. Co wię­cej, możemy mieć poczu­cie, że na kon­takt z samym sobą bra­kuje czasu, mimo że codzien­nie mamy do dys­po­zy­cji wciąż te same dwa­dzie­ścia cztery godziny. Po pro­stu wypeł­niamy ten czas taką por­cją aktyw­no­ści, że ledwo mamy chwilę dla sie­bie czy na zaczerp­nię­cie odde­chu, dosłow­nie i w prze­no­śni, nie mówiąc już o cza­sie pozwa­la­ją­cym sobie uświa­do­mić, co robimy i dla­czego, gdy się czymś zaj­mu­jemy.

Pierw­szy roz­dział tej książki nosi tytuł "W życiu są tylko chwile". Jest to stwier­dze­nie faktu nie­bu­dzą­cego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Pod tym wzglę­dem w życiu nas wszyst­kich nic się nie zmieni bez względu na to, jak wiel­kiej cyfry­za­cji ule­gnie nasz świat. Nie­mniej jakże czę­sto nie mamy żad­nego kon­taktu z bogac­twem chwili obec­nej i z tym, że bar­dziej świa­dome jej prze­ży­wa­nie kształ­tuje następną chwilę. Gdy jed­nak udaje nam się pie­lę­gno­wać świa­domą postawę, nadaje ona nowy kształt naszej przy­szło­ści, a jakość naszego życia i związ­ków z innymi ludźmi zmie­nia się w spo­sób, któ­rego nie potra­fimy prze­wi­dzieć.

Jedy­nym spo­so­bem wpły­nię­cia na przy­szłość jest wzię­cie teraź­niej­szo­ści w ramiona, cokol­wiek o niej myślimy. Gdy zado­mo­wimy się w doświad­cza­nej przez nas chwili z pełną świa­do­mo­ścią, następna zupeł­nie się zmieni ze względu na naszą obec­ność w tej, która wła­śnie upływa. Może się wów­czas zda­rzyć, że odkry­jemy kre­atywne spo­soby życia peł­nią wła­śnie tego czasu, który został nam dany.

Czy możemy doświad­czać rado­ści i satys­fak­cji podob­nie jak cier­pie­nia? Może pośród życio­wych burz warto zado­mo­wić się bar­dziej we wła­snej skó­rze? Jak sma­kuje swo­boda dobrego samo­po­czu­cia albo nawet auten­tycz­nego szczę­ścia? Wła­śnie o tę stawkę toczy się gra. To jest wła­śnie skarb kry­jący się w chwili obec­nej, gdy utrzy­mu­jemy jej świa­do­mość, bez osą­dza­nia, z pewną dozą życz­li­wo­ści.

* * *

Zanim zaczniemy wspól­nie odkry­wać uważ­ność, czy­tel­nika może zain­te­re­so­wać, że sporo ostat­nich badań MBSR zakoń­czyło się nad­zwy­czaj inte­re­su­ją­cymi i obie­cu­ją­cymi wyni­kami. Pod­czas gdy, jak już stwier­dzi­li­śmy, uważ­ność rzą­dzi się wła­sną logiką, ma wła­sny język i ist­nieje wiele powo­dów, by wpi­sać ją w swój życiowy plan oraz sys­te­ma­tycz­nie pie­lę­gno­wać, opi­sane poni­żej odkry­cia naukowe, wraz z innymi usta­le­niami przed­sta­wio­nymi w dal­szych czę­ściach książki, mogą sta­no­wić dodat­kową zachętę do wdro­że­nia cur­ri­cu­lum MBSR.

Bada­cze Mas­sa­chu­setts Gene­ral Hospi­tal i Uni­wer­sy­tetu Harvarda, posłu­gu­jąc się funk­cjo­nal­nym rezo­nan­sem magne­tycz­nym, wyka­zali, że ośmio­ty­go­dniowy tre­ning MBSR przy­czy­nia się do roz­woju róż­nych ośrod­ków mózgu zwią­za­nych z ucze­niem się, pamię­cią, regu­la­cją emo­cji, poczu­ciem wła­snego ja i przyj­mo­wa­niem punktu widze­nia. Odkryli rów­nież, że ciało mig­da­ło­wate, ośro­dek poło­żony w głębi mózgu, odpo­wie­dzialny za ocenę i reak­cję na postrze­gane zagro­że­nie, po tre­ningu MBSR skur­czył się, a skala tej zmiany była powią­zana z poprawą poziomu odczu­wa­nego stresu5. Owe wstępne odkry­cia poka­zują, że przy­naj­mniej nie­które ośrodki mózgu reagują na tre­ning medy­ta­cji uważ­no­ści, reor­ga­ni­zu­jąc swoją struk­turę, co samo w sobie sta­nowi przy­kład zja­wi­ska zna­nego jako neu­ro­pla­stycz­ność. Poka­zują rów­nież, że funk­cje istotne dla naszego dobrego samo­po­czu­cia i jako­ści życia, takie jak przyj­mo­wa­nie per­spek­tywy, regu­la­cja uwagi, ucze­nie się i pamięć, regu­la­cja emo­cji i ocena zagro­że­nia dzięki tre­ningowi MBSR pod­dają się pozy­tyw­nemu wpły­wowi. Naukowcy z Uni­wer­sy­tetu Toronto, rów­nież uży­wa­jąc funk­cjo­nal­nego rezo­nansu magne­tycz­nego, odkryli, że osoby, które ukoń­czyły pro­gram MBSR, wyka­zy­wały pod­wyż­szoną aktyw­ność neu­ro­nalną w struk­tu­rze koja­rzo­nej z osa­dzo­nym w ciele doświad­cze­niem chwili obec­nej, a obni­żoną aktyw­ność w innej sieci połą­czeń neu­ro­nal­nych, zwią­za­nych z poczu­ciem ja doświad­cza­nym w stru­mie­niu czasu (opi­sy­wa­nym jako "sieć nar­ra­cyjna", ponie­waż zwy­kle jej dzia­ła­nie pociąga za sobą powsta­nie inter­pre­ta­cji, kim według sie­bie samych jeste­śmy). Ta druga sieć jest naj­czę­ściej zaan­ga­żo­wana w stan zamy­ślo­nego umy­słu, wła­ści­wość, od któ­rej - jak mogli­śmy się prze­ko­nać - w dużym stop­niu zależy, czy czu­jemy się szczę­śliwi tu i teraz. Bada­nie poka­zało także, że MBSR może roz­łą­czyć te dwie formy auto­re­fe­ren­cji, dzia­ła­jące zazwy­czaj wspól­nie6. Odkry­cia te ozna­czają, że jeśli nauczymy się nawią­zy­wać kon­takt z chwilą obecną i jeśli ta umie­jęt­ność zako­rzeni się w ciele, to będziemy potra­fili uni­kać nad­mier­nego uwi­kła­nia w dra­mat nar­ra­cyj­nej jaźni czy też zagu­bie­nia we wła­snych myślach. Jeśli już nato­miast do tego doj­dzie, zro­zu­miemy, co się dzieje i na powrót skie­ru­jemy uwagę na sprawy w danym momen­cie naj­waż­niej­sze. Bada­nia te suge­rują rów­nież, że uwol­niona od osą­dza­nia świa­do­mość naszego pogrą­żo­nego w myślach umy­słu może być drogą do więk­szego poczu­cia szczę­ścia i lep­szego samopoczu­cia w tej wła­śnie upły­wa­ją­cej chwili, bez żad­nej potrzeby zmie­nia­nia cze­go­kol­wiek. Odkry­cia te pocią­gają za sobą istotne kon­se­kwen­cje nie tylko dla ludzi cier­pią­cych na zabu­rze­nia nastroju, w tym dozna­nia nie­po­koju i depre­sji, lecz rów­nież dla nas wszyst­kich. Sta­no­wią rów­nież istotny krok ku wyja­śnie­niu, co psy­cho­lo­go­wie mają na myśli, uży­wa­jąc poję­cia "jaźń". Roz­róż­nie­nie mię­dzy tymi dwiema sie­ciami neu­ro­nal­nymi - jedną z nie­cich­nącą "opo­wie­ścią o mnie" i drugą bez tej opo­wie­ści - i poka­za­nie, jak ze sobą współ­dzia­łają i jak uważ­ność może zmie­nić ich wza­jemną rela­cję, rzuca być może tro­chę świa­tła na tajem­nicę, kim i czym w naszej opi­nii jeste­śmy oraz jak radzimy sobie z życiem i funk­cjo­no­wa­niem jako pełna, zin­te­gro­wana istota, osa­dzona co naj­mniej przez jakiś czas w samo­wie­dzy. Bada­cze z Uni­wer­sy­tetu Wiscon­sin wyka­zali, że tre­ning MBSR grupy zdro­wych osób zmniej­szył wpływ stresu psy­chicz­nego (zwią­za­nego z wygło­sze­niem wykładu przed grupą nie­zna­nych i obo­jęt­nych słu­cha­czy) na wywo­łany w warun­kach labo­ra­to­ryj­nych efekt stanu zapal­nego skóry skut­ku­jący opryszczką. Było to pierw­sze bada­nie, w któ­rym posłu­żono się sta­ran­nie opra­co­wa­nym porów­naw­czym zespo­łem warun­ków kon­tro­l­nych (HEP - Health Enhan­ce­ment Pro­gram), który odpo­wia­dał MBSR pod każ­dym wzglę­dem z wyjąt­kiem prak­tyki uważ­no­ści. Obie grupy były nie­roz­róż­nialne w zakre­sie samo­dziel­nego rapor­to­wa­nia wskaź­ni­ków zmian doty­czą­cych stresu psy­cho­lo­gicz­nego i symp­to­mów fizycz­nych zwią­za­nych z MBSR lub HEP. Nato­miast opryszczka była w spo­sób jed­no­rodny mniej­sza w gru­pie pod­da­nej tre­ningowi MBSR niż w gru­pie HEP. Co wię­cej, osoby, które spę­dzały wię­cej czasu na prak­tyce uważ­no­ści wyka­zy­wały sil­niej­szy efekt osło­nowy w odnie­sie­niu do stresu psy­cho­lo­gicz­nego zwią­za­nego z zapa­le­niem (wiel­kość opryszczki) niż te, które prak­ty­ko­wały mniej7. Auto­rzy odno­szą wyniki tych wstęp­nych badań nad tak zwa­nym zapa­le­niem neu­ro­gen­nym do wyni­ków, o któ­rych dono­si­li­śmy w przy­padku pacjen­tów cier­pią­cych na łusz­czycę, a więc scho­rze­nie będące rów­nież zapa­le­niem neu­ro­gen­nym. Bada­nie to, opi­sane w roz­dziale 13, wyka­zało, że osoby z łusz­czycą, które medy­to­wały w trak­cie zabie­gów naświe­tla­nia ultra­fio­le­tem, docho­dziły do zdro­wia cztery razy szyb­ciej niż osoby, które pod­dały się jedy­nie tera­pii naświe­tla­nia bez medy­ta­cji8. W bada­niu, przy któ­rym współ­pra­co­wa­li­śmy z tą samą grupą na Uni­wer­sy­te­cie Wiscon­sin, przy­glą­da­jąc się wpły­wowi MBSR w śro­do­wi­sku kor­po­ra­cyj­nym w godzi­nach pracy, w przy­padku zdro­wych lecz nara­żo­nych na stres pra­cow­ni­ków, stwier­dzi­li­śmy, że aktyw­ność elek­tryczna w pew­nych obsza­rach mózgu zna­nych z udziału w pro­ce­sie wyra­ża­nia emo­cji (w przed­czo­ło­wej korze mózgo­wej) zmie­niła wśród uczest­ni­ków pro­gramu MBSR umiej­sco­wie­nie (z pra­wo­stron­nego na lewo­stronne), co suge­ro­wało, że medy­tu­jący radzili sobie z emo­cjami takimi jak nie­po­kój i fru­stra­cja - w spo­sób, który możemy uznać za wyż­szy poziom inte­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej - sku­tecz­niej niż uczest­nicy z grupy kon­tro­l­nej. Ci ostatni ocze­ki­wali na udział w pro­gra­mie MBSR po zakoń­cze­niu bada­nia, nato­miast brali udział w testach labo­ra­to­ryj­nych według tego samego har­mo­no­gramu i w ten sam spo­sób jak grupa MBSR. Cztery mie­siące po zakoń­cze­niu pro­gramu prze­nie­sie­nie aktyw­no­ści bada­nego ośrodka z pra­wej strony mózgu na lewą było wciąż widoczne. Z bada­nia wyni­kało rów­nież, że gdy uczest­ni­kom obu grup podano pod koniec bada­nia szcze­pionkę prze­ciw gry­pie, grupa MBSR w następ­nych tygo­dniach wyka­zała się zna­cząco sil­niej­szym wzro­stem ilo­ści prze­ciwciał w sys­te­mie odpor­no­ścio­wym, niż odno­to­wano to w gru­pie kon­tro­l­nej uczest­ni­ków bada­nia z listy ocze­ku­ją­cych. Grupa MBSR cecho­wała się rów­nież kon­se­kwent­nym powią­za­niem zakresu zmiany aktyw­no­ści z lewej strony na prawą stronę mózgu oraz ilo­ścią anty­ciał wypro­du­ko­wa­nych w reak­cji na szcze­pionkę. Nie odna­le­ziono żad­nego śladu takiego powią­za­nia w gru­pie kon­tro­l­nej9. Było to pierw­sze bada­nie poka­zu­jące, że dzięki tre­nin­gowi MBSR można w ciągu ośmiu tygo­dni fak­tycz­nie zmie­nić róż­ni­cu­jący wskaź­nik aktyw­no­ści mózgu dwu stron przed­czo­ło­wej kory mózgo­wej, cha­rak­te­ry­stykę okre­ślo­nego stylu emo­cjo­nal­nego, wskaź­nik, który u doro­słych ucho­dził za sto­sun­kowo trwały i nie­zmienny "usta­lony para­metr". Było to rów­nież pierw­sze bada­nie MBSR ujaw­nia­jące zmiany w sys­te­mie odpor­no­ścio­wym. Bada­nie prze­pro­wa­dzone przez UCLA i Uni­wer­sy­tet Car­ne­gie Mel­lon odno­to­wało, że wśród uczest­ni­ków pro­gramu MBSR obni­żył się wskaź­nik samot­no­ści, która pod­nosi ryzyko pro­ble­mów zdro­wot­nych zwłasz­cza w póź­niej­szym wieku. Bada­nie prze­pro­wa­dzone wśród doro­słych w wieku od pięć­dzie­się­ciu pię­ciu do osiem­dzie­się­ciu pię­ciu lat wyka­zało ponadto, że poza zmniej­sze­niem samot­no­ści uczest­ni­ków, pro­gram obni­żył aktyw­ność genów zwią­za­nych ze sta­nami zapal­nymi, mie­rzoną w komór­kach odpor­no­ścio­wych pobra­nych z krwi. Kolej­nym skut­kiem było zmniej­sze­nie ilo­ści wskaź­nika zapa­leń zna­nego jako białko c-reak­tywne. Odkry­cia te mają poten­cjal­nie bar­dzo duże zna­cze­nie, ponie­waż stany zapalne są w coraz więk­szym stop­niu uzna­wane za klu­czowy ele­ment zapa­dal­no­ści na raka, na cho­roby ser­cowo-naczy­niowe, a także cho­robę Alzhe­imera10. Ponadto wiele róż­nych pro­gra­mów opra­co­wa­nych w celu ogra­ni­cze­nia spo­łecz­nej izo­la­cji zakoń­czyło się nie­po­wo­dze­niem.
* * *

Pod­su­mo­wu­jąc, uważ­ność nie jest jedy­nie faj­nym pomy­słem czy miłą filo­zo­fią. Jeśli ma sta­no­wić dla nas w ogóle jakąś war­tość, musimy ją wcie­lić w nasze życie codzienne w takiej mie­rze, w jakiej możemy to zro­bić bez zbęd­nego przy­musu. Innymi słowy, powin­ni­śmy się przy tym wyka­zać pewną lek­ko­ścią i łagod­no­ścią, pie­lę­gnu­jąc poczu­cie samo­ak­cep­ta­cji, dobroci i współ­czu­cia wobec samych sie­bie. Medy­ta­cja uważ­no­ści w coraz więk­szym stop­niu zado­ma­wia się zarówno w Ame­ryce, jak i na całym świe­cie. Wła­śnie z tą świa­do­mo­ścią, w tym kon­tek­ście i w tym duchu miło mi powi­tać czy­tel­ni­ków tego zmie­nio­nego i uak­tu­al­nio­nego wyda­nia Życie, piękna kata­strofa.

Oby wasza prak­tyka uważ­no­ści roz­wi­jała się, roz­kwi­tała i doda­wała wam sił w życiu w każ­dej jego chwili i każ­dego dnia.

Jon Kabat-Zinn

28 maja 2013 roku

Wstęp

Stres, ból i cho­roba: w obli­czu kom­plet­nej kata­strofy

Książka ta jest dla Czy­tel­nika swego rodzaju zapro­sze­niem do wyru­sze­nia w podróż drogą wła­snego roz­woju, odkry­wa­nia sie­bie, ucze­nia się i uzdro­wie­nia. Jej fun­da­ment to trzy­dzie­ści cztery lata doświad­czeń kli­nicz­nych z udzia­łem ponad dwu­dzie­stu tysięcy osób, które wyru­szyły w taką samą podróż dzięki udzia­łowi w ośmio­ty­go­dnio­wym kur­sie zna­nym jako Pro­gram Reduk­cji Stresu w Opar­ciu o Uważ­ność (MBSR od angiel­skiego Mind­ful­ness-Based Stress Reduc­tion), ofe­ro­wa­nym przez Kli­nikę Reduk­cji Stresu Cen­trum Medycz­nego Uni­wer­sy­tetu Mas­sa­chu­setts w Wor­ce­ster. Obec­nie, gdy piszę te słowa, w szpi­ta­lach, przy­chod­niach i kli­ni­kach w Sta­nach Zjed­no­czo­nych oraz na całym świe­cie działa ponad 720 wzo­ro­wa­nych na MBSR pro­gra­mów opie­ra­ją­cych się na uważ­no­ści. Na całym świe­cie wzięło w nich udział tysiące ludzi.

Od chwili zało­że­nia kli­niki w 1979 roku pro­gram MBSR nie­ustan­nie sty­mu­lo­wał roz­wój nowego nurtu w dzie­dzi­nie medy­cyny, psy­chia­trii i psy­cho­lo­gii, który naj­le­piej okre­ślić jako medy­cyna par­ty­cy­pa­cyjna. Pro­gramy opra­co­wane w opar­ciu o uważ­ność stały się dla uczest­ni­ków szansą na peł­niej­sze zaan­ga­żo­wa­nie na rzecz zdro­wia i dobrego samo­po­czu­cia, podróż uzu­peł­nia­jącą wszel­kie tera­pie medyczne. Oczy­wi­ście to zaan­ga­żo­wa­nie zaczyna się tam, gdzie pacjenci znaj­dują się aku­rat w chwili pod­ję­cia tego wyzwa­nia, pole­ga­ją­cego na tym, że zro­bią dla sie­bie coś, czego nikt inny dla nich nie zrobi.

W roku 1979 MBSR był nowym pro­gra­mem kli­nicz­nym w obrę­bie nowej gałęzi medy­cyny zna­nej jako medy­cyna beha­wio­ralna, okre­śla­nej dziś sze­rzej mia­nem medy­cyny ciała i umy­słu oraz medy­cyny inte­gra­cyj­nej. Z per­spek­tywy medy­cyny ciała i umy­słu czyn­niki men­talne i emo­cjo­nalne, spo­sób, w jaki myślimy i w jaki się zacho­wu­jemy, mogą mieć istotny wpływ, zarówno pozy­tywny, jak i nega­tywny, na nasze zdro­wie oraz zdol­no­ści rege­ne­ra­cyjne. Powią­zane są także z jako­ścią życia i satys­fak­cją z niego nawet w przy­padku prze­wle­kłej cho­roby, chro­nicz­nego bólu czy stresu.

Takie podej­ście, w 1979 roku uzna­wane za rady­kalne, dziś sta­nowi aksjo­mat w medy­cy­nie. Możemy więc po pro­stu stwier­dzić, że pro­gram MBSR to kolejny przy­kład prak­ty­ko­wa­nia dobrej medy­cyny. Obec­nie, jak się wła­śnie prze­ko­na­li­śmy, jego war­tość i zasto­so­wa­nia potwier­dzają prze­ko­nu­jące dowody naukowe. Nie było to takie oczy­wi­ste, gdy książka uka­zała się po raz pierw­szy. Wyda­nie to pod­su­mo­wuje naj­istot­niej­sze wyniki badań prze­ma­wia­jące za sto­so­wa­niem pro­gramów opar­tych na uważ­no­ści, a także dowody świad­czące o sku­tecz­no­ści tych pro­gramów w obni­ża­niu poziomu stresu, regu­la­cji obja­wów oraz w odzy­ska­niu rów­no­wagi emo­cjo­nal­nej dzięki roz­ma­itym podej­ściom, nie wspo­mi­na­jąc o wpły­wie na mózg i sys­tem odpor­no­ściowy. Jest rów­nież mowa o tym, jak tre­ning uważ­no­ści stał się inte­gralną czę­ścią zarówno dobrej prak­tyki medycz­nej, jak i sku­tecz­nej edu­ka­cji w tej dzie­dzi­nie.

Osoby, które dążą do samo­roz­woju, odkry­wa­nia samych sie­bie, ucze­nia się i uzdro­wie­nia, jakie umoż­li­wia MBSR, pra­gną odzy­skać kon­trolę nad swoim zdro­wiem i osią­gnąć względny spo­kój umy­słu. Poja­wiają się u nas ze skie­ro­wa­niem lekar­skim lub - coraz czę­ściej - z wła­snej woli, z powodu naj­roz­ma­it­szych pro­ble­mów życio­wych i medycz­nych, od bólu głowy, wyso­kiego ciśnie­nia, bólu ple­ców, po cho­roby serca, raka, AIDS i stany lękowe. Tra­fiają do nas ludzie mło­dzi, leciwi i w śred­nim wieku. Pod­czas tre­ningu MBSR uczą się, jak się o sie­bie zatrosz­czyć. Nie ma on jed­nak zastą­pić tera­pii medycz­nej, lecz być jej nie­zbęd­nym uzu­peł­nie­niem.

Pod­czas ośmio­ty­go­dnio­wego kursu, któ­rego istotą jest inten­sywny samo­dzielny pro­gram tre­nin­gowy poświę­cony sztuce świa­do­mego życia, nasi pacjenci dowia­dują się wię­cej niż przez lata docie­kań. Książka ta jest odpo­wie­dzią na ich pyta­nia. Ma być prak­tycz­nym prze­wod­ni­kiem dla każ­dego, w zdro­wiu czy w cho­ro­bie, w stre­sie czy w bólu, kto chciałby prze­kro­czyć wła­sne ogra­ni­cze­nia i popra­wić swoje zdro­wie i samo­po­czu­cie.

MBSR opiera się na suro­wym i sys­te­ma­tycz­nym tre­ningu uważ­no­ści, for­mie medy­ta­cji wywo­dzą­cej się z bud­dyj­skich tra­dy­cji Azji. Naj­pro­ściej rzecz ujmu­jąc, uważ­ność to wolna od osądu świa­do­mość każ­dej mija­ją­cej chwili. Kul­ty­wuje się ją poprzez inten­cjo­nalne nakie­ro­wa­nie uwagi na rze­czy, któ­rym zazwy­czaj nie przy­pi­suje się więk­szego zna­cze­nia. Jest to podej­ście sys­te­ma­tyczne, zmie­rza­jące do roz­wi­nię­cia nowych rodza­jów aktyw­no­ści, kon­troli i mądro­ści, w opar­ciu o naszą zdol­ność do anga­żo­wa­nia uwagi oraz w opar­ciu o świa­do­mość, wgląd i współ­czu­cie, które się wtedy rodzą.

Kli­nika Reduk­cji Stresu to nie pogo­to­wie ratun­kowe, w któ­rym pacjenci w spo­sób bierny otrzy­mują pomoc i wska­zówki tera­peu­tyczne. Pro­gram MBSR to for­muła aktyw­nego ucze­nia się, dzięki któ­rej uczest­nicy pro­gramu roz­wi­jają swoje natu­ralne zdol­no­ści i zaczy­nają robić dla sie­bie coś, co pro­wa­dzi do poprawy zdro­wia oraz samo­po­czu­cia.

Jak poka­za­li­śmy, w trak­cie tego pro­cesu zakła­damy, że dopóki oddy­chamy, wszystko jest z nami bar­dziej w porządku niż nie w porządku, choć w danej chwili możemy czuć się cho­rzy lub zde­spe­ro­wani. Jeśli jed­nak zamie­rzamy zmo­bi­li­zo­wać nasz poten­cjał roz­woju i samo­uz­dra­wia­nia, a także zyskać więk­szą kon­trolę nad swoim życiem, nie obę­dzie się bez wysiłku. Dla­tego też prze­strze­gamy naszych pacjen­tów, że udział w pro­gra­mie może się wią­zać ze stre­sem.

Cza­sem wyja­śniam to stwier­dze­niem, że zda­rzają się chwile, gdy trzeba roz­nie­cić ogień w jed­nym miej­scu, aby uga­sić go gdzie indziej. Żadne lekar­stwo samo w sobie nie uod­porni nas na stres czy ból, nie roz­wiąże w magiczny spo­sób naszych życio­wych pro­ble­mów ani nas nie uzdrowi. Na dro­dze do uzdro­wie­nia, osią­gnię­cia wewnętrz­nego spo­koju i dobrego samo­po­czu­cia, musimy pod­jąć świa­domy wysi­łek - pra­co­wać ze stre­sem i bólem, które są przy­czyną naszego cier­pie­nia.

W tych cza­sach stres wypeł­nia nasze życie tak wszech­obec­nie i pod­stęp­nie, że wielu ludzi podej­muje wysi­łek, by zro­zu­mieć lepiej jego dzia­ła­nie oraz zna­leźć kre­atywne anti­do­tum. Odnosi się to zwłasz­cza do tych aspek­tów stresu, któ­rych nie uda się pod­dać peł­nej kon­troli, ale które można prze­ży­wać ina­czej, jeśli umiemy osią­gnąć przy­naj­mniej chwi­lową rów­no­wagę i potra­fimy włą­czyć je w szer­szą stra­te­gię zdrow­szego spo­sobu życia. Osoby, które decy­dują się na tego typu pracę ze stre­sem, zaczy­nają rozu­mieć darem­ność ocze­ki­wa­nia, że pomoże ktoś z zewnątrz i wszystko naprawi. Takie oso­bi­ste zaan­ga­żo­wa­nie odgrywa jesz­cze więk­szą rolę, gdy cier­pimy na prze­wle­kłą cho­robę albo jeste­śmy dotknięci ułom­no­ścią, dodat­kowo pod­no­szącą poziom stresu, jakby i tak nie dość go było w naszej codzien­no­ści.

Pro­ble­ma­tyka stresu nie dopusz­cza naiw­nych czy pro­wi­zo­rycz­nych roz­wią­zań. U swo­ich pod­staw stres jest natu­ralną czę­ścią życia, od któ­rej nie ma ucieczki, tak jak nie ma jej od ludz­kiej kon­dy­cji jako takiej. Nie­któ­rzy jed­nak pró­bują uni­kać stresu, odgra­dza­jąc się od peł­nego prze­ży­wa­nia wła­snego życia. Inni, aby od niego uciec, znie­czu­lają się w ten czy inny spo­sób. Oczy­wi­ście uni­ka­nie nie­po­trzeb­nego bólu i uciąż­li­wo­ści można uznać wyłącz­nie za wyraz roz­sądku. Z pew­no­ścią wszy­scy musimy cza­sem nabrać dystansu do naszych pro­ble­mów. Jeśli jed­nak ucieczka i uni­ka­nie stają się nawy­ko­wym spo­so­bem radze­nia sobie z nimi, to pro­blemy się nawar­stwiają. Pro­blemy nie zni­kają za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Gdy prze­sta­jemy się w nie wsłu­chi­wać, gdy od nich ucie­kamy albo po pro­stu prze­sta­jemy reago­wać, znika lub zostaje stłu­miona nasza zdol­ność do wycią­ga­nia wnio­sków, do roz­woju i uzdro­wie­nia. W grun­cie rze­czy zmie­rze­nie się z pro­ble­mami jest zwy­kle jedy­nym spo­so­bem, by ode­szły w prze­szłość.

Śmiałe sta­wa­nie w obli­czu trud­no­ści może pro­wa­dzić do sku­tecz­nych roz­wią­zań oraz wewnętrz­nego spo­koju i har­mo­nii. Gdy potra­fimy umie­jęt­nie zmo­bi­li­zo­wać wewnętrzne zasoby, pozwa­la­jące nam sta­wić czoło pro­ble­mom, prze­ko­nu­jemy się, że jeste­śmy w sta­nie wyko­rzy­stać napór pro­blemu jako napęd, żeby się z niego wydo­stać, tak samo jak żeglarz usta­wia żagiel, by użyć siły wia­tru do napędu łodzi. Nie można żeglo­wać wprost pod wiatr, a jeśli umiemy żeglo­wać tylko z wia­trem wie­ją­cym w plecy, będziemy pły­nąć tylko w tę stronę, którą wiatr wybie­rze. Jeśli jed­nak wiemy, jaki zro­bić uży­tek z ener­gii wia­tru i jeste­śmy cier­pliwi, możemy dotrzeć wła­śnie tam, gdzie chcemy. Możemy mieć sytu­ację pod kon­trolą.

Jeśli w taki wła­śnie spo­sób chcie­li­by­śmy wyko­rzy­stać siłę napę­dową pro­ble­mów, musimy się odpo­wied­nio dostroić, podob­nie jak żeglarz dostroił się do swego jachtu, wód, wia­tru i obra­nego kursu. Musimy się nauczyć, jak radzić sobie z roz­ma­itymi stre­su­ją­cymi oko­licz­no­ściami, nie tylko przy dobrej pogo­dzie i nie tylko wtedy, gdy wiatr wieje w pożą­da­nym przez nas kie­runku.

Wszy­scy wiemy, że nikt nie kon­tro­luje pogody. Wprawni żegla­rze uczą się, jak sta­ran­nie odczy­ty­wać wysy­łane przez nią sygnały i sza­no­wać jej potężną siłę. Jeśli to moż­liwe, sta­rają się uni­kać sztor­mów, ale jeśli znajdą się w środku burzy, wie­dzą, jak opu­ścić żagle, zabez­pie­czyć sta­tek i szczę­śli­wie prze­cze­kać, a więc kon­tro­lują to, co można kon­tro­lo­wać, nie zaj­mu­jąc się resztą. Trzeba wprawy, prak­tyki i mnó­stwa bez­po­śred­niego doświad­cze­nia z wszel­kimi warun­kami pogo­do­wymi, by roz­wi­nąć umie­jęt­no­ści, któ­rych można użyć, gdy jeste­śmy w potrze­bie. Mówiąc o sztuce świa­do­mego życia, mamy na myśli roz­wi­nię­cie umie­jęt­no­ści i ela­stycz­no­ści w radze­niu sobie i nawi­go­wa­niu przez codzien­ność w róż­nych "warun­kach pogo­do­wych".

W zma­ga­niu się z pro­ble­mami i stre­sem klu­czowa jest kwe­stia kon­troli. W świe­cie, w któ­rym żyjemy, działa wiele sił pozo­sta­ją­cych zupeł­nie poza naszym wpły­wem, ale są też takie, które błęd­nie uzna­jemy za nie­za­leżne od nas. W dużym stop­niu zdol­ność do wpły­wa­nia na oko­licz­no­ści naszego życia zależy od spo­sobu widze­nia świata. Nasze prze­ko­na­nia doty­czące nas samych, naszych umie­jęt­no­ści, jak rów­nież tego, jak postrze­gamy świat i aktywne w nim siły, kształ­tują nasz obraz tego, co jest moż­liwe, a co nie. Nasz ogląd świata decy­duje o tym, ile mamy ener­gii i jak ją pożyt­ku­jemy.

Na przy­kład w chwi­lach, gdy czu­jemy się zupeł­nie przy­tło­czeni pre­sją zda­rzeń, a nasze wysiłki wydają się daremne, bar­dzo łatwo popaść w sza­blo­nowe przy­gnę­bia­jące roz­my­śla­nia; natłok bez­re­flek­syj­nych myśli wywo­łuje coraz sil­niej­sze poczu­cie, że bieg wypad­ków nas prze­ra­sta i jeste­śmy bez­radni. Wszystko zdaje się wymy­kać z rąk, a próby zmiany tego stanu rze­czy są nie­warte zachodu. Nato­miast gdy odbie­ramy świat jako źró­dło zagro­że­nia i nie ocze­ku­jemy nic oprócz tego, że nas przy­tło­czy, mogą prze­wa­żać uczu­cia nie­pew­no­ści i nie­po­koju, wpę­dza­jąc nas w nie­ustanne zamar­twie­nie się wszyst­kim, co uzna­jemy za zagro­że­nie dla nas lub naszego poczu­cia kon­troli. Zagro­że­nie może być praw­dziwe lub wyima­gi­no­wane - dla stresu, który odczu­wamy, i jego skut­ków w naszym życiu róż­nica jest nie­mal bez zna­cze­nia.

Poczu­cie zagro­że­nia może pro­wa­dzić do zło­ści i nie­chęci, a dalej do agre­syw­nych zacho­wań, napę­dza­nych drze­mią­cym w nas głę­boko instynk­tem obron­nym i chę­cią zacho­wa­nia kon­troli. Kiedy mamy poczu­cie, że panu­jemy nad sytu­acją, możemy przez chwilę odczu­wać satys­fak­cję. Kiedy jed­nak znów tra­cimy to poczu­cie albo nam się wydaje, że zupeł­nie stra­ci­li­śmy kon­trolę, może dojść do głosu naj­głę­biej ukry­wany brak poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Być może zacho­wamy się w spo­sób auto­de­struk­cyjny i szko­dliwy dla innych. Pry­ska zado­wo­le­nie i wewnętrzny spo­kój.

Gdy zapa­damy na chro­niczną cho­robę albo dotyka nas jakieś upo­śle­dze­nie, odbie­ra­jące nam moż­li­wość funk­cjo­no­wa­nia w dotych­cza­sowy spo­sób, kon­tro­lo­wany przez nas obszar życia mocno się kur­czy. Gdy odczu­wamy fizyczny ból, a lecze­nie far­ma­ko­lo­giczne nie pomaga, odczu­wany stres może zostać spo­tę­go­wany przez chaos emo­cjo­nalny wywo­łany świa­do­mo­ścią, że nawet leka­rze nie mają wpływu na nasz stan.

Nasze tro­ski doty­czące zacho­wa­nia kon­troli nie ogra­ni­czają się do pod­sta­wo­wych pro­ble­mów życio­wych. Cza­sem silne napię­cie zwią­zane jest z reak­cjami na naj­drob­niej­sze, naj­bar­dziej ulotne zda­rze­nia, sta­no­wiące w ten czy inny spo­sób zagro­że­nie dla naszego poczu­cia kon­troli: samo­chód psuje się wtedy, gdy mamy do zała­twie­nia coś waż­nego, dzieci igno­rują nasze pole­ce­nia po raz dzie­siąty w ciągu dzie­się­ciu minut, sto­imy w dłu­giej kolejce do kasy w cen­trum han­dlo­wym.

* * *

Nie­ła­two zna­leźć jedno słowo czy wyra­że­nie, które odda sze­roki wachlarz życio­wych doświad­czeń wywo­łu­ją­cych w nas udrękę, ból, powo­du­ją­cych pod­skórny lęk, nie­pew­ność oraz utratę kon­troli. Gdy­by­śmy mieli spo­rzą­dzić ich listę, z pew­no­ścią zna­la­złyby się na niej nasze słabe punkty, rany wewnętrzne, a także to, że nie będziemy żyć wiecz­nie. Taka lista mogłaby także zawie­rać naszą zbio­rową zdol­ność do okru­cień­stwa i prze­mocy, jak rów­nież olbrzy­mie pokłady igno­ran­cji, pazer­no­ści, złu­dzeń i fał­szu, które napę­dzają zarówno nas, jak i cały świat. Jak mogli­by­śmy okre­ślić osta­teczną sumę naszych sła­bych punk­tów i bra­ków, ogra­ni­czeń, wad, cho­rób, ura­zów i ułom­no­ści, z któ­rymi musimy żyć, oso­bi­stych pora­żek i nie­po­wo­dzeń, które prze­ży­li­śmy albo któ­rych oba­wiamy się w przy­szło­ści, nie­spra­wie­dli­wo­ści i wyzy­sku, które zno­si­li­śmy albo któ­rych się boimy, i wresz­cie utraty naj­bliż­szych, a prę­dzej czy póź­niej utraty wła­snego ciała? Musia­łaby to być jakaś meta­fora wolna od ckli­wo­ści, nio­sąca w sobie rów­nież zro­zu­mie­nie, że to, że czu­jemy lęk i cier­pimy, nie ozna­cza, że życie jest kata­strofą. Musia­łaby ona zawie­rać świa­do­mość, że oprócz cier­pie­nia ist­nieje radość, oprócz roz­pa­czy nadzieja, oprócz roz­draż­nie­nia spo­kój, oprócz nie­na­wi­ści miłość, a oprócz cho­roby zdro­wie.

Gdy szu­kam opisu tego aspektu ludz­kiej kon­dy­cji, któ­remu pacjenci naszej kli­niki - a w grun­cie rze­czy pew­nego dnia wszy­scy z nas - muszą sta­wić czoło i wyrwać się z jego ogra­ni­czeń, cią­gle powra­cam do pew­nego zda­nia z filmu Grek Zorba, ekra­ni­za­cji powie­ści Nikosa Kazan­dza­kisa. W któ­rymś momen­cie młody towa­rzysz Zorby (Alan Bates) zwraca się do niego z pyta­niem: "Zorba, czy mia­łeś kie­dyś żonę?". Na co Zorba (grany przez wspa­nia­łego Anthony'ego Quinna) odpo­wiada pomru­kiem (tro­chę para­fra­zu­jąc): "A czy nie jestem męż­czy­zną? Oczy­wi­ście, że mia­łem żonę. Żonę, dom, dzieci... całą tę kata­strofę!".

Nie miał to być lament. Mieć żonę i dzieci nie ozna­cza kata­strofy. Odpo­wiedź Zorby zawiera naj­wyż­szy poziom zro­zu­mie­nia bogac­twa życia i nie­uchron­no­ści wszyst­kich jego dyle­ma­tów, zgry­zot, traum, tra­ge­dii i iro­nii. Jego droga przez zawie­ru­chę tej kom­plet­nej kata­strofy to "taniec", świę­to­wa­nie życia. Zorba śmieje się z niego, ale i z sie­bie, nawet w obli­czu oso­bi­stej klę­ski i prze­gra­nej. Dzięki takiemu podej­ściu nie jest ni­gdy przy­tło­czony zbyt długo, ni­gdy nie ponosi osta­tecz­nej klę­ski w walce ze świa­tem albo wła­snym, nie­ma­łym prze­cież sza­leń­stwem.

Każdy, kto zna książkę Kazan­dza­kisa, może sobie bez trudu wyobra­zić, jaką "kom­pletną kata­strofą" dla jego żony i dzieci musiało być życie z Zorbą. Nie­rzadko boha­ter podzi­wiany przez innych w sfe­rze publicz­nej powo­duje dużo bólu w życiu pry­wat­nym. Jed­nak gdy usły­sza­łem te słowa po raz pierw­szy, mia­łem poczu­cie, że "kom­pletna kata­strofa" ujmuje coś pozy­tyw­nego na temat zdol­no­ści ludz­kiego ducha do upo­ra­nia się z tym, co w życiu naj­trud­niej­sze, oraz do roz­wi­ja­nia siły i mądro­ści. Dla mnie sta­nię­cie w obli­czu kom­plet­nej kata­strofy ozna­cza pogo­dze­nie się z tym, co naj­głęb­sze i naj­lep­sze, a osta­tecz­nie z tym, co jest w nas naj­bar­dziej ludz­kie. Na całym świe­cie nie ma ani jed­nej osoby, która nie pozna­łaby swo­jej wła­snej wer­sji kom­plet­nej kata­strofy.

Kata­strofa nie ozna­cza nie­szczę­ścia. Ozna­cza raczej doj­mu­jący bez­miar naszego życio­wego doświad­cze­nia. Obej­muje kry­zys i klę­skę, nie­wia­ry­godną i trudną do zaak­cep­to­wa­nia, ale ozna­cza też wszyst­kie drobne, kumu­lu­jące się nie­po­wo­dze­nia. Wyra­że­nie to przy­po­mina nam, że życie nie­ustan­nie się zmie­nia, że wszystko, co uzna­jemy za trwałe, jest w rze­czy­wi­sto­ści tym­cza­sowe i zmienne. Doty­czy to także naszych celów, opi­nii, związ­ków, pracy, stanu posia­da­nia, owo­ców naszych wysił­ków, naszego ciała, doty­czy wszyst­kiego.

W książce tej będziemy się wpra­wiać w sztuce bra­nia kom­plet­nej kata­strofy w ramiona. Podej­dziemy do tego w spo­sób, dzięki któ­remu życiowe burze nas nie znisz­czą, nie odbiorą sił ani ostat­niej nadziei, lecz nas wzmoc­nią, udzielą nam lek­cji, jak żyć, roz­wi­jać się i wró­cić do zdro­wia w świe­cie cią­głych zmian, a cza­sem ogrom­nego bólu. Nauczymy się widzieć samych sie­bie i ota­cza­jący nas świat w zupeł­nie nowy spo­sób, pra­co­wać z naszym cia­łem, myślami, uczu­ciami i dozna­niami, nauczymy się, jak tro­chę czę­ściej się śmiać, także z sie­bie, gdy dajemy z sie­bie wszystko, by odna­leźć lub zacho­wać rów­no­wagę.

W naszych cza­sach kom­pletna kata­strofa jest widoczna na wszyst­kich fron­tach. Krótka lek­tura poran­nej gazety uzmy­sła­wia nam, że na tym świe­cie mamy do czy­nie­nia z nie­koń­czą­cym się cią­giem ludz­kiego cier­pie­nia i nie­szczęść, a więk­szość z nich to nie­szczę­ścia, któ­rych ludzie doświad­czają z powodu innych ludzi. Jeśli uważ­nie wsłu­chamy się w wia­do­mo­ści, stwier­dzimy, że codzien­nie jeste­śmy bom­bar­do­wani lawiną strasz­nych, roz­dzie­ra­ją­cych histo­rii o ludz­kiej prze­mocy i nie­szczę­ściu, prze­ka­zy­wa­nych zawsze bez­na­mięt­nym tonem wytraw­nego dzien­ni­kar­stwa, jak gdyby cier­pie­nie i śmierć ludzi w Syrii, Afga­ni­sta­nie, Iraku, Dar­fu­rze, Repu­blice Środ­ko­wo­afry­kań­skiej, Zim­ba­bwe, Afryce Połu­dnio­wej, Libii, Egip­cie, Kam­bo­dży, Sal­wa­do­rze, Irlan­dii Pół­noc­nej, Chile, Nika­ra­gui, Boli­wii, Etio­pii, na Fili­pi­nach, w Stre­fie Gazy czy Jero­zo­li­mie, w Paryżu, Peki­nie, Bosto­nie i Tuc­son, Auro­rze albo New­town czy w jakim­kol­wiek innym miej­scu - a lista ta zdaje się, nie­stety, nie mieć końca - były po pro­stu czę­ścią nada­wa­nej zaraz potem pro­gnozy pogody, pre­zen­to­wa­nej w tym samym rze­czo­wym tonie. Jeśli nawet nie słu­chamy i nie oglą­damy wia­do­mo­ści, kom­pletna kata­strofa i tak jest na wycią­gnię­cie ręki. Pre­sja, którą czu­jemy w domu i w pracy, pro­blemy, fru­stra­cja, balan­so­wa­nie na linie, żon­glerka, którą musimy upra­wiać, żeby utrzy­mać się na powierzchni tego gna­ją­cego przed sie­bie świata, są czę­ścią tej kata­strofy. Do listy Zorby, zawie­ra­ją­cej już żony, mężów, domy i dzieci, możemy dodać także pracę, rachunki, rodzi­ców, kochan­ków, teściów, śmierć, stratę, ubó­stwo, cho­robę, urazy, nie­spra­wie­dli­wość, gniew, winę, lęk, nie­uczci­wość, zagu­bie­nie i tak dalej, i tak dalej. Lista stre­su­ją­cych sytu­acji w naszym życiu i naszych reak­cji na te sytu­acje jest bar­dzo długa. Ponadto cią­gle się posze­rza, bo poja­wiają się nowe nie­ocze­ki­wane zda­rze­nia wyma­ga­jące jakiejś reak­cji.

Nikt, kto pra­cuje w szpi­talu, nie pozo­staje nie­wzru­szony w obli­czu nie­zli­czo­nych prze­ja­wów kom­plet­nej kata­strofy, z któ­rymi styka się codzien­nie. Każda osoba, która poja­wia się w Kli­nice Reduk­cji Stresu, jest przy­kła­dem swo­jej wła­snej uni­ka­to­wej wer­sji, tak samo jak wszy­scy pra­cow­nicy szpi­tala. Cho­ciaż nasi pacjenci są kie­ro­wani na tre­ning MBSR ze względu na kon­kretne pro­blemy zdro­wotne, takie jak cho­roby serca i płuc, nowo­twory, nad­ci­śnie­nie, bóle głowy, zabu­rze­nia snu, ataki paniki i nie­po­koju, pro­blemy tra­wienne zwią­zane ze stre­sem, pro­blemy skórne i wiele innych, dia­gno­styczne ety­kiety, z któ­rymi przy­cho­dzą, wię­cej o nich jako ludziach ukry­wają, niż ujaw­niają. Kom­pletna kata­strofa to skom­pli­ko­wany splot minio­nych i obec­nych doświad­czeń i rela­cji, nadziei i lęków oraz poglą­dów na to, co nam się przy­da­rzyło. Każda osoba bez wyjątku posiada wła­sną histo­rię, która nadaje zna­cze­nie i spój­ność jej per­cep­cji życia, cho­roby i bólu, jak rów­nież temu, co uważa za moż­liwe.

Histo­rie te są czę­sto nie­zwy­kle poru­sza­jące. Nasi pacjenci tra­fiają do nas nie­rzadko z poczu­ciem, że utra­cili kon­trolę nie tylko nad swoim cia­łem, lecz rów­nież nad całym swoim życiem. Czują się przy­tło­czeni lękami i zmar­twie­niami, czę­sto spo­wo­do­wa­nymi albo spo­tę­go­wa­nymi przez bole­sne prze­ży­cia i rela­cje rodzinne, a także przez poczu­cie głę­bo­kiej straty. Sły­szymy histo­rie o cier­pie­niu fizycz­nym i emo­cjo­nal­nym, o roz­cza­ro­wa­niach spo­wo­do­wa­nych nie­wy­dol­no­ścią opieki zdro­wot­nej, pozna­jemy poru­sza­jące histo­rie ludzi przy­gnie­cio­nych gnie­wem lub poczu­ciem winy, cza­sem ponie­wie­ra­nych przez życie od naj­młod­szych lat i dla­tego pozba­wio­nych wiary we wła­sne siły i wła­sną war­tość. Cza­sem spo­ty­kamy ludzi zła­ma­nych, dosłow­nie zdru­zgo­ta­nych poni­ża­niem fizycz­nym lub psy­chicz­nym.

Mimo wie­lo­let­niej tera­pii medycz­nej wielu pacjen­tów Kli­niki Reduk­cji Stresu nie zauwa­żyło żad­nej poprawy swo­jego stanu. Nie wie­dzą już nawet, gdzie mogą uzy­skać dodat­kową pomoc i trak­tują kli­nikę jako swoją ostat­nią szansę. Czę­sto są scep­tyczni, ale gotowi na wszystko, by poczuć cho­ciaż odro­binę ulgi.

A jed­nak po kil­ku­ty­go­dnio­wym uczest­nic­twie w naszym pro­gra­mie więk­szość z nich robi ogromne postępy, jeśli cho­dzi o zmianę nasta­wie­nia do swo­jego ciała, umy­słu i wła­snych pro­ble­mów. Każdy tydzień przy­nosi zauwa­żalną zmianę w ich twa­rzach i cia­łach. Po ośmiu tygo­dniach, gdy pro­gram dobiega końca, uśmiech i głęb­szy poziom roz­luź­nie­nia w ciele robią wra­że­nie nawet na zupeł­nie przy­pad­ko­wych obser­wa­to­rach. Cho­ciaż pier­wot­nie zostali skie­ro­wani do kli­niki, by nauczyć się roz­luź­niać w sytu­acji stresu i w ogóle lepiej radzić sobie ze stre­sem, jest oczy­wi­ste, że uzy­skali znacz­nie wię­cej. Nasze wie­lo­let­nie bada­nia sku­tecz­no­ści pro­gramu, jak rów­nież cząst­kowe rela­cje uczest­ni­ków poka­zują, że pacjenci wra­cają do domu uwol­nieni od nie­któ­rych dokucz­li­wych symp­to­mów, a także z wiarą w swoje moż­li­wo­ści, z więk­szym opty­mi­zmem i aser­tyw­no­ścią. Mają do sie­bie wię­cej cier­pli­wo­ści, łatwiej także akcep­tują samych sie­bie, swoje ogra­ni­cze­nia i ułom­no­ści. Pokła­dają więk­szą ufność w swoją zdol­ność radze­nia sobie z bólem fizycz­nym i emo­cjo­nal­nym oraz innymi czyn­ni­kami wpły­wa­ją­cymi na ich życie. Prze­ży­wają rów­nież mniej nie­po­koju, przy­gnę­bie­nia i gniewu. Mają poczu­cie więk­szej kon­troli, nawet w sytu­acjach zwią­za­nych z dużym napię­ciem, które wcze­śniej wytrą­ci­łyby ich z rów­no­wagi. Krótko mówiąc, o wiele lepiej radzą sobie z "kom­pletną kata­strofą" wła­snego życia, z całą gamą życio­wych doświad­czeń, a w nie­któ­rych wypad­kach także z nad­cią­ga­jącą nie­uchron­nie śmier­cią.

Jeden z uczest­ni­ków pro­gramu prze­żył zawał serca, który zmu­sił go do porzu­ce­nia pracy. Przez czter­dzie­ści lat był wła­ści­cie­lem dużej firmy i miesz­kał w jej bez­po­śred­nim sąsiedz­twie. Z jego rela­cji wynika, że pra­co­wał każ­dego dnia przez czter­dzie­ści lat, nie mając waka­cji. Kochał swoją pracę. Kar­dio­log wysłał go na kurs reduk­cji stresu po zabiegu cew­ni­ko­wa­nia serca (dia­gno­zu­ją­cym arte­rio­skle­rozę), angio­pla­styce (zabiegu posze­rza­nia tęt­nicy wień­co­wej) i po zakoń­cze­niu pro­gramu reha­bi­li­ta­cji kar­dio­lo­gicz­nej. Gdy mija­łem go w pocze­kalni, zoba­czy­łem w jego twa­rzy abso­lutną roz­pacz i zagu­bie­nie. Wyglą­dał, jakby za chwilę miał się roz­pła­kać. Przy­jął go mój kolega, Saki San­to­relli, ale od tego czło­wieka bił taki smu­tek, że usia­dłem obok i zaczą­łem z nim roz­ma­wiać. Wtedy ni to do mnie, ni to do nikogo rzekł, że nie chce już dłu­żej żyć, że nie ma poję­cia, co robi w Kli­nice Reduk­cji Stresu, że jego życie jest skoń­czone - nie widzi już w nim żad­nego sensu, nic już nie spra­wia mu rado­ści, nawet czas spę­dzany z żoną i dziećmi, więc nie chce już nic robić.

Po ośmiu tygo­dniach jego oczy znów lśniły życiem. Kiedy spo­tka­łem go po zakoń­cze­niu pro­gramu MBSR, powie­dział mi, że praca pochło­nęła całe jego życie, pra­wie go zabiła, a on nawet nie zauwa­żył, co mu umyka. Opo­wia­dał, jak dotarło do niego, że ni­gdy nie powie­dział swoim dora­sta­ją­cym dzie­ciom, że je kocha, ale zamie­rza robić to teraz, dopóki ma jesz­cze szansę. Był pełen entu­zja­zmu i nadziei wobec życia i po raz pierw­szy przy­szła mu do głowy myśl o sprze­da­niu firmy. Żegna­jąc się, ser­decz­nie mnie uści­skał. Praw­do­po­dob­nie pierw­szy raz w życiu uści­skał wtedy innego męż­czy­znę.

Czło­wiek ów nie pozbył się cho­roby serca - cier­piał na nią w takim samym stop­niu jak na początku tre­ningu, ale wtedy uzna­wał sie­bie za czło­wieka cho­rego. Był pogrą­żo­nym w depre­sji pacjen­tem kar­dio­lo­gicz­nym. W ciągu ośmiu tygo­dni stał się zdrow­szy i szczę­śliw­szy. Pod­cho­dził teraz do życia z entu­zja­zmem, cho­ciaż wciąż miał chore serce i sporo życio­wych pro­ble­mów. W swoim wła­snym umy­śle prze­stał jed­nak uzna­wać sie­bie za pacjenta cho­ru­ją­cego na serce i zoba­czył w sobie znów peł­nego czło­wieka.

Co dopro­wa­dziło do tak wiel­kiej prze­miany? Nie wiemy tego z cał­ko­witą pew­no­ścią. Miało na nią wpływ wiele czyn­ni­ków. Wziął jed­nak w tym okre­sie udział w pro­gra­mie MBSR i potrak­to­wał go poważ­nie. Począt­kowo myśla­łem, że odpad­nie po tygo­dniu, ponie­waż - poza wszyst­kim innym - żeby dotrzeć do szpi­tala, musiał codzien­nie poko­ny­wać osiem­dzie­siąt kilo­me­trów, a nie jest to łatwe w sta­nie depre­sji. Mimo to został i wyko­nał pracę, któ­rej od niego wyma­ga­li­śmy, choć w pierw­szych dniach wąt­pił w jej sens.

Inny męż­czy­zna, nie­wiele po sie­dem­dzie­siątce, poja­wił się w kli­nice z dotkli­wym bólem stóp. Na pierw­szych zaję­ciach sie­dział na wózku inwa­lidz­kim. Na każde zaję­cia przy­jeż­dżała z nim żona, która sie­działa przed salą przez dwie i pół godziny. Pierw­szego dnia męż­czy­zna powie­dział swo­jej gru­pie, że ból jest tak wielki, że chciałby sobie po pro­stu uciąć stopy. Nie rozu­miał, jak medy­ta­cja mia­łaby mu pomóc, ale sprawy miały się tak źle, że był gotów spró­bo­wać wszyst­kiego. Wszy­scy głę­boko mu współ­czuli.

Coś musiało go bar­dzo poru­szyć w cza­sie tych pierw­szych zajęć, ponie­waż czło­wiek ów w kolej­nych tygo­dniach wyka­zał się nad­zwy­czajną deter­mi­na­cją w pracy ze swoim bólem. Na dru­gie zaję­cia przy­szedł o kulach. Wszy­scy byli­śmy pod ogrom­nym wra­że­niem, gdy obser­wo­wa­li­śmy, jak z tygo­dnia na tydzień zamie­nia wózek inwa­lidzki na kule, a potem na laskę. Pod koniec pro­gramu powie­dział, że ból nie zła­god­niał zna­cząco, nato­miast bar­dzo się zmie­nił jego sto­su­nek do bólu. Jego zda­niem odkąd zaczął medy­to­wać, ból był bar­dziej zno­śny, a pod koniec pro­gramu stan stóp sta­no­wił po pro­stu mniej­szy pro­blem. Po ośmiu tygo­dniach jego żona potwier­dziła, że był szczę­śliw­szy i bar­dziej aktywny.

Kolej­nym przy­kła­dem akcep­ta­cji kom­plet­nej kata­strofy jest histo­ria pew­nej mło­dej lekarki. Została skie­ro­wana na nasz pro­gram z powodu nad­ci­śnie­nia krwi i bar­dzo sil­nych sta­nów lęko­wych. Prze­cho­dziła przez trudny okres w swoim życiu, pełen gniewu, depre­sji i skłon­no­ści auto­de­struk­cyj­nych. Przy­je­chała z innej czę­ści kraju, by dokoń­czyć staż. Czuła się odizo­lo­wana i wypa­lona. Jej lekarz nale­gał, by spró­bo­wała MBSR, mówiąc, że "prze­cież nie może zaszko­dzić". Dziew­czyna miała jed­nak sporo wąt­pli­wo­ści i z lek­ce­wa­że­niem odno­siła się do pro­gramu, który w grun­cie rze­czy nic "nie pomaga". Co gor­sza, oka­zało się, że pro­gram obej­muje ćwi­cze­nia medy­ta­cji. Na pierw­szych zaję­ciach się nie poja­wiła, ale Kathy Brady z sekre­ta­riatu kli­niki, która przed laty sama wzięła udział w pro­gramie jako pacjentka, zadzwo­niła do niej, by dowie­dzieć się o powody nie­obec­no­ści. Była dla niej tak miła, a w jej gło­sie przez tele­fon było tyle tro­ski, że zakło­po­tana pacjentka przy­szła na inne zaję­cia naza­jutrz.

Czę­ścią pracy mło­dej dok­tor było lata­nie heli­kop­te­rem przy­chodni do wypad­ków i przy­wo­że­nie ciężko ran­nych pacjen­tów. Nie cier­piała tego heli­kop­tera. Prze­ra­żał ją, a w cza­sie lotu zawsze miała mdło­ści. Jed­nak pod koniec ósmego tygo­dnia w Kli­nice Reduk­cji Stresu była już w sta­nie latać śmi­głow­cem bez odczu­wa­nia mdło­ści. Cią­gle go nie zno­siła, ale go tole­ro­wała i mogła wyko­ny­wać swoją pracę. Ciśnie­nie krwi obni­żyło się do tego stop­nia, że samo­dziel­nie zre­zy­gno­wała z dal­szego przyj­mo­wa­nia leków, by zoba­czyć, czy poziom się utrzyma (leka­rze mogą sobie na to pozwo­lić) i tak wła­śnie się stało. Jed­no­cze­śnie były to ostat­nie mie­siące jej stażu i przez więk­szość czasu czuła się wyczer­pana. Na doda­tek była wciąż emo­cjo­nal­nie nad­wraż­liwa i pobu­dliwa. A zara­zem znacz­nie bar­dziej świa­doma swo­ich zmien­nych sta­nów psy­cho­fi­zycz­nych. Posta­no­wiła powtó­rzyć kurs, ponie­waż miała poczu­cie, że dopiero pod koniec naprawdę się wcią­gnęła. Tak też zro­biła i kon­ty­nu­owała prak­tykę medy­ta­cyjną przez wiele lat.

Doświad­cze­nia w Kli­nice Reduk­cji Stresu spra­wiły, że lekarka na nowo odkryła sza­cu­nek do pacjen­tów w ogóle, a do swo­ich pacjen­tów w szcze­gól­no­ści. W każ­dym tygo­dniu trwa­nia pro­gramu towa­rzy­szyli jej w zaję­ciach inni pacjenci, a wśród nich nie wystę­po­wała w swo­jej zwy­kłej roli "pani dok­tor", lecz jako kolejna osoba z wła­snymi pro­ble­mami. Tydzień po tygo­dniu robiła te same rze­czy co reszta. Słu­chała, jak opo­wia­dają o swo­ich doświad­cze­niach z prak­tyką medy­ta­cji, i obser­wo­wała poja­wia­jące przez ten czas zmiany. Stwier­dziła, że była zdu­miona, jak wiele cier­pień pacjenci zno­sili i jak wiele byli w sta­nie zro­bić dla sie­bie dzięki odro­bi­nie zachęty i tre­nin­gowi. Zaczęła także dostrze­gać war­tość medy­ta­cji, bo swoje wyobra­że­nia skon­fron­to­wała z rze­czywistością. W grun­cie rze­czy zaczęła rozu­mieć, że nie różni się od innych uczest­ni­ków zajęć.

Prze­miany podobne do doświad­czeń tych trzech osób zda­rzają się w Kli­nice Reduk­cji Stresu czę­sto. Zwy­kle sta­no­wią fun­da­men­talny punkt zwrotny w życiu pacjen­tów, ponie­waż znacz­nie posze­rza się zakres tego, co uwa­żają za sferę swo­ich moż­li­wo­ści.

Zwy­kle pacjenci opusz­czają pro­gram, dzię­ku­jąc nam za swoje postępy. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak poprawa ich stanu w cało­ści zależy od ich wła­snego wysiłku. Tak naprawdę dzię­kują nam za spo­sob­ność nawią­za­nia kon­taktu z wła­sną siłą wewnętrzną i moż­li­wo­ściami, a także za wiarę, jaką w nich pokła­da­li­śmy, za to, że w pracy z nimi nie dali­śmy za wygraną i poka­za­li­śmy im narzę­dzia umoż­li­wia­jące taką trans­for­ma­cję.

Zwra­ca­nie pacjen­tom uwagi na to, że ukoń­cze­nie pro­gramu wymaga wiary w sie­bie, spra­wia nam przy­jem­ność. To oni muszą chcieć sta­wić czoło kom­plet­nej kata­stro­fie wła­snego życia, zarówno w oko­licz­no­ściach przy­jem­nych, jak i nieprzy­jem­nych, gdy sprawy idą po ich myśli i gdy jest ina­czej, gdy mają poczu­cie, że kon­tro­lują wła­sne życie i gdy im się ono wymyka; to oni muszą spo­żyt­ko­wać te same doświad­cze­nia oraz wła­sne myśli i uczu­cia jako surowy mate­riał pomocny w powro­cie do zdro­wia. Gdy zaczy­nali, towa­rzy­szyło temu prze­ko­na­nie, że pro­gram być może okaże się pomocny albo że praw­do­po­dob­nie zakoń­czy się fia­skiem. Odkryli jed­nak, że mogą zro­bić dla sie­bie coś bar­dzo waż­nego i nikt inny nie mógłby ich wyrę­czyć.

Każda osoba z powyż­szych przy­kła­dów przy­jęła wyzwa­nie, by trak­to­wać życie, jakby każda chwila miała zna­cze­nie, jakby każda chwila się liczyła i dawała oka­zję do pracy nad sobą, nawet jeśli była to chwila bólu, smutku, roz­pa­czy albo lęku. Owa "praca" wymaga przede wszyst­kim regu­lar­nej, zdy­scy­pli­no­wa­nej pie­lę­gna­cji świa­do­mo­ści każ­dej następ­nej chwili, jej waż­no­ści, więc uważ­no­ści - cał­ko­wi­tego "wzię­cia w posia­da­nie" i "zamiesz­ka­nia" w każ­dym momen­cie naszego doświad­cze­nia, dobrego, złego czy ohyd­nego. Na tym polega istota życia w obli­czu kom­plet­nej kata­strofy.

* * *

Każdy z nas potrafi być uważny. W tym celu nie trzeba robić nic poza zwró­ce­niem uwagi na chwilę obecną i poha­mo­wa­niem skłon­no­ści do osą­dza­nia albo przy­naj­mniej uświa­do­mie­niem sobie, jak wiele ener­gii poświę­camy osą­dza­niu. Pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści odgrywa zasad­ni­czą rolę w dopro­wa­dze­niu do zmian, jakich doświad­czają pacjenci Kli­niki Reduk­cji Stresu. Jed­nym ze spo­so­bów myśle­nia o typo­wym dla uważ­no­ści pro­ce­sie prze­miany jest wyobra­że­nie sobie, że uważ­ność to soczewka, która sku­pia roz­pro­szoną, reak­tywną ener­gię umy­słu w spójne źró­dło ener­gii słu­żą­cej życiu, roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów i odzy­ski­wa­niu zdro­wia.

Ruty­nowo, bez­wied­nie mar­nu­jemy ogromne ilo­ści ener­gii, auto­ma­tycz­nie i nie­świa­do­mie reagu­jąc na świat zewnętrzny i wła­sne wewnętrzne prze­ży­cia. Pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści ozna­cza wyko­rzy­sty­wa­nie i sku­pie­nie naszej wła­snej mar­no­wa­nej ener­gii. Czy­niąc to, uczymy się osią­gać poziom spo­koju, który pozwala nam na głę­boki wgląd i trwa­nie w chwili dobrego samo­po­czu­cia i roz­luź­nie­nia, pozwala odczuć peł­nię i doświad­czać sie­bie jako osoby w pełni zin­te­gro­wa­nej. Dostrze­że­nie i wzię­cie w posia­da­nie naszej inte­gral­no­ści dodaje nam sił, odbu­do­wuje ciało i umysł. Jed­no­cze­śnie uła­twia nam zro­zu­mie­nie spo­sobu, w jaki rze­czy­wi­ście pod­cho­dzimy do życia, a tym samym zro­zu­mie­nie, jakich zmian musimy doko­nać, by było zdrow­sze i lep­sze. Na doda­tek pomaga nam sku­tecz­niej kie­ro­wać wła­sną ener­gią w stre­su­ją­cych sytu­acjach lub gdy czu­jemy się zagro­żeni czy bez­radni. Ener­gia ta pocho­dzi z naszego wnę­trza, jest zatem zawsze dostępna i zawsze możemy ją mądrze wyko­rzy­stać, zwłasz­cza gdy pie­lę­gnu­jemy ją poprzez tre­ning i oso­bi­stą prak­tykę.

Pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści może nas dopro­wa­dzić do odkry­cia w sobie głę­bo­kich pokła­dów dobrego samo­po­czu­cia, spo­koju, kla­row­no­ści i wglądu. Przy­po­mina to odkry­cie nowego tery­to­rium, nie­zna­nego wcze­śniej albo jedy­nie mgli­ście prze­czu­wa­nego, tery­to­rium posia­da­ją­cego praw­dziwe źró­dło pozy­tyw­nej ener­gii pomoc­nej w zro­zu­mie­niu i uzdro­wie­niu sie­bie. Co wię­cej, łatwo się z nim oswoić i wyro­bić w sobie nawyk częst­szych tam wypa­dów. W każ­dej chwili może nas tam zapro­wa­dzić ścieżka wio­dąca przez wła­sne ciało, umysł i oddech. Ów wymiar czy­stego ist­nie­nia, wymiar prze­bu­dze­nia, jest zawsze dostępny. Pozo­staje na wycią­gnię­cie ręki nie­za­leż­nie od naszych pro­ble­mów. Bez względu na to, czy sta­jemy w obli­czu cho­roby serca, nowo­tworu, bólu czy po pro­stu bar­dzo stre­su­ją­cego życia, ta ener­gia może przyjść nam z pomocą.

* * *

Sys­te­ma­tyczne pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści jest uzna­wane za sedno medy­ta­cji bud­dyj­skiej. Roz­wi­jała się ona w ciągu ostat­nich dwóch tysięcy sze­ściu­set lat zarówno w klasz­to­rach, jak i w śro­do­wi­skach świec­kich w wielu kra­jach Azji. W latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych na całym świe­cie ten typ medy­ta­cji zyskał znaczną popu­lar­ność. Po czę­ści było to spo­wo­do­wane chiń­ską inwa­zją na Tybet i dzie­się­cio­le­ciami wojny w Azji Połu­dniowo-Wschod­niej, ponie­waż wielu bud­dyj­skich mni­chów i nauczy­cieli musiało emi­gro­wać. Po czę­ści zawdzię­czamy to mło­dym ludziom z Zachodu, któ­rzy jeź­dzili do Azji uczyć się i prak­ty­ko­wać medy­ta­cję, aby po powro­cie zostać nauczy­cie­lami. Wresz­cie mieli na to wpływ mistrzo­wie zen i inni nauczy­ciele medy­ta­cji, któ­rzy przy­jeż­dżali na Zachód, by nauczać, przy­cią­gnięci nie­zwy­kłym w kra­jach zachod­nich zain­te­re­so­wa­niem prak­tyką medy­ta­cyjną. W ciągu ostat­nich trzy­dzie­stu lat trend ów tylko się wzmoc­nił.

Cho­ciaż do nie­dawna medy­ta­cję uważ­no­ści naj­czę­ściej nauczano i prak­ty­ko­wano w ramach bud­dy­zmu, jej istota jest i zawsze była uni­wer­salna. W naszych cza­sach medy­ta­cja uważ­no­ści coraz czę­ściej toruje sobie drogę do głów­nego nurtu glo­bal­nej spo­łecz­no­ści; w tej chwili dzieje się to w naprawdę ogrom­nym tem­pie. I bar­dzo dobrze, jeśli wziąć pod uwagę obecny stan świata. Można powie­dzieć, że nasz świat roz­pacz­li­wie potrze­buje medy­ta­cji uważ­no­ści, zarówno dosłow­nie, jak i w prze­no­śni. Pogłę­bimy ten temat w roz­dziale 32, w któ­rym zaj­miemy się tym, co nazy­wamy stre­sem wywo­ła­nym przez stan świata.

Zasad­ni­czo rzecz bio­rąc, uważ­ność jest szcze­gól­nym spo­so­bem anga­żo­wa­nia uwagi i świa­do­mo­ścią, która wyła­nia się z tego pro­cesu. To spo­sób głę­bo­kiego wglądu w sie­bie w duchu samo­po­zna­nia i zro­zu­mie­nia wła­snej osoby. Dla­tego też można się tego nauczyć i można ten wgląd prak­ty­ko­wać. Na tym polega istota pro­gra­mów opar­tych na uważ­no­ści, orga­ni­zo­wa­nych na całym świe­cie bez odwo­ły­wa­nia się do azja­tyc­kiej kul­tury czy auto­ry­te­tów bud­dyj­skich w celu wzbo­ga­ce­nia samej prak­tyki i jej uwia­ry­god­nie­nia. Uważ­ność jest w tym zakre­sie zupeł­nie samo­dziel­nym, potęż­nym narzę­dziem zro­zu­mie­nia oraz uzdro­wie­nia sie­bie samego. Jed­nym z naj­moc­niej­szych punk­tów MBSR oraz wszyst­kich innych spe­cja­li­stycz­nych pro­gra­mów pro­pa­gu­ją­cych uważ­ność, takich jak na przy­kład tera­pia poznaw­cza oparta na uważ­no­ści (MBCT), jest to, że nie zależą one od żad­nego sys­temu wie­rzeń czy ide­olo­gii. Poten­cjalne korzy­ści, jakie można z nich wynieść, są więc dostępne dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych. Zara­zem nie­przy­pad­kowo uważ­ność wywo­dzi się wła­śnie z bud­dy­zmu, któ­rego nad­rzędną tro­ską jest ulga w cier­pie­niu i usu­nię­cie złu­dzeń. Kon­se­kwen­cjami tego związku zaj­miemy się w posło­wiu.

Książce tej przy­świeca zamysł, by czy­tel­nik uzy­skał pełny dostęp do tre­ningu MBSR w tej postaci, którą nasi pacjenci prak­ty­kują w Kli­nice Reduk­cji Stresu. Nade wszystko jed­nak jest to pod­ręcz­nik, który ma pomóc w roz­wi­nię­ciu naszej wła­snej prak­tyki medy­ta­cyj­nej i nauczyć nas uży­wa­nia uważ­no­ści, aby odzy­skać zdro­wie i uzdro­wić wła­sne życie. Część I, "Prak­tyka uważ­no­ści", opi­suje, co dzieje się w cza­sie tre­ningu MBSR oraz prze­ży­cia jego uczest­ni­ków. Jest prze­wod­ni­kiem po naj­waż­niej­szych prak­ty­kach medy­ta­cji, które sto­su­jemy w kli­nice, oraz pre­zen­tuje jasne, przy­stępne wska­zówki, jak uczy­nić z nich prak­tyczny uży­tek w życiu codzien­nym i jak włą­czyć uważ­ność w nasze zacho­wa­nia. Zawiera rów­nież szcze­gó­łowy ośmio­ty­go­dniowy pro­gram prak­tyki, by osoby zain­te­re­so­wane tym podej­ściem mogły sko­rzy­stać z takiego samego cur­ri­cu­lum MBSR, z jakiego korzy­stają nasi pacjenci. Lek­tura pozo­sta­łych roz­dzia­łów ma wzmoc­nić i pogłę­bić nasze doświad­cze­nie bez­po­śred­nio poprzez prak­tykę uważ­no­ści. Jed­no­cze­śnie zawie­rają one nasza zale­ce­nia, jak podejść do przed­sta­wio­nego mate­riału.

Część II, "Para­dyg­mat", to pro­ste, ale odkryw­cze spoj­rze­nie na nie­które naj­now­sze odkry­cia w dzie­dzi­nie medy­cyny, psy­cho­lo­gii i neu­ro­nauki, sta­no­wiące tło dla zro­zu­mie­nia, jak prak­tyka uważ­no­ści wiąże się ze zdro­wiem fizycz­nym i psy­chicz­nym. Część ta przed­sta­wia ogólną "filo­zo­fię zdro­wia" opartą na poję­ciach takich jak "peł­nia" i "wza­jemne powią­za­nia", a także wnio­ski, jakie nauka i medy­cyna wycią­gają na temat związku umy­słu ze zdro­wiem i pro­ce­sem uzdro­wie­nia.

W czę­ści zaty­tu­ło­wa­nej po pro­stu "Stres", czyli w czę­ści III, oma­wiamy zja­wi­sko stresu i to, jak świa­do­mość i zro­zu­mie­nie mogą nam pomóc roz­po­znać stres oraz radzić sobie lepiej w cza­sach, gdy czę­sto trudno dotrwać do końca dnia w coraz bar­dziej zło­żo­nym i zago­nio­nym spo­łe­czeń­stwie. Część ta zawiera model pozwa­la­jący zro­zu­mieć war­tość świa­do­mo­ści obej­mu­ją­cej każdą kolejną chwilę w sytu­acji stresu, dzięki czemu radzimy sobie sku­tecz­niej, jed­no­cze­śnie mini­ma­li­zu­jąc koszty i przy­słu­gu­jąc się wła­snemu zdro­wiu i samo­po­czu­ciu.

Część IV, "Zasto­so­wa­nia", dostar­cza szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji oraz służy za prze­wod­nik wspo­ma­ga­jący wyko­rzy­sta­nie uważ­no­ści w róż­nych obsza­rach, które wiążą się z wyso­kim pozio­mem cier­pie­nia, a więc w przy­padku obja­wów cho­roby, bólu fizycz­nego i emo­cjo­nal­nego, nie­po­koju i paniki, pre­sji czasu, związ­ków, pracy zawo­do­wej, pro­ble­mów pokar­mo­wych i róż­nych zda­rzeń w świe­cie zewnętrz­nym.

Ostat­nia, piąta część, "Droga świa­do­mo­ści", zawiera prak­tyczne rady, jak po opa­no­wa­niu pod­staw i po roz­po­czę­ciu prak­tyki zacho­wać cią­głość prak­tyki medy­ta­cyj­nej, a także jak sku­tecz­nie wpleść uważ­ność we wszyst­kie aspekty życia codzien­nego. Zawiera rów­nież infor­ma­cje, jak odna­leźć grupy, z któ­rymi można prak­ty­ko­wać, oraz szpi­tale i inne insty­tu­cje w spo­łecz­no­ściach lokal­nych pro­wa­dzące pro­gramy pro­mu­jące świa­do­mość medy­ta­cyjną. Załącz­nik zawiera opi­sane wcze­śniej kalen­da­rze świa­do­mo­ści, bogatą listę lek­tur, które mogą pomóc w regu­lar­nej prak­tyce oraz w głęb­szym zro­zu­mie­niu uważ­no­ści, a także krót­kie zesta­wie­nie uży­tecz­nych źró­deł i stron inter­ne­to­wych słu­żące temu samemu celowi.

Jeśli chcesz zmie­nić swoje podej­ście do stresu, bólu i chro­nicz­nej cho­roby, w pełni anga­żu­jąc się w pro­gram MBSR - czy to w ciągu ośmiu tygo­dni, czy według innego har­mo­no­gramu - zachę­cam do pracy z książką sko­or­dy­no­wa­nej z Serią 1 płyt CD, zawie­ra­ją­cych prak­tyki medy­ta­cyjne z komen­ta­rzem (www.mind­ful­nes­scds.com). Pacjenci na moich zaję­ciach uży­wają tych płyt, by ćwi­czyć tech­niki medy­ta­cyjne opi­sane w książce. Pra­wie każdy, kto po raz pierw­szy podej­muje codzienną prak­tykę medy­ta­cji, uważa, że na począt­ko­wych eta­pach łatwiej jest słu­chać i "dać się popro­wa­dzić" przez nagrane na płytę wska­zówki instruk­tora, niż pró­bo­wać podą­żać za instruk­cjami w książce, nie­za­leż­nie od tego, jak kla­row­nie i szcze­gó­łowo została napi­sana. Płyty CD są istot­nym ele­men­tem cur­ri­cu­lum MBSR i krzy­wej ucze­nia się. Znacz­nie zwięk­szają szanse na pod­ję­cie poważ­nej próby roz­po­czę­cie for­mal­nej prak­tyki medy­ta­cyjnej, co zasad­ni­czo ozna­cza codzienne ćwi­cze­nie przez osiem tygo­dni. To samo odnosi się do wyko­rzy­sta­nia dzięki nim szansy na pozna­nie istoty uważ­no­ści. Oczy­wi­ście z chwilą gdy masz jasne wyobra­że­nie, jak to robić, możesz zawsze prak­ty­ko­wać bez moich wska­zó­wek. Część pacjen­tów tak wła­śnie robi. Zawsze jestem głę­boko wzru­szony, gdy długo po ukoń­cze­niu ośmiotygo­dniowego cur­ri­cu­lum MBSR jego uczest­nicy kon­tak­tują się i opo­wia­dają, jak różne formy prak­tyki odmie­niły ich życie.

Nato­miast nie­za­leż­nie od tego, czy będziemy uży­wać płyt z nagra­niami, czy nie (są one dostępne także jako pliki do ścią­gnię­cia i apli­ka­cje na smart­fony), każdy zain­te­re­so­wany doświad­cze­niem tego rodzaju zasad­ni­czej zmiany, jaką osiąga więk­szość uczest­ni­ków pro­gramu MBSR w Kli­nice Reduk­cji Stresu Uni­wer­sy­tetu Mas­sa­chu­setts, powi­nien zro­zu­mieć, że pacjenci i inni uczest­nicy pro­gramu podej­mują poważne zobo­wią­za­nie codzien­nego zaan­ga­żo­wa­nia w for­malną prak­tykę uważ­no­ści opi­saną w tej książce. Już samo wygo­spo­da­ro­wa­nie czasu na tre­ning cur­ri­cu­lum MBSR wymaga zmiany stylu życia. Ocze­ku­jemy, że nasi pacjenci, wspo­ma­ga­jąc się nagra­niami na pły­tach CD, będą prak­ty­ko­wali czter­dzie­ści pięć minut dzien­nie, sześć dni w tygo­dniu, przez osiem tygo­dni. Z badań uzu­peł­nia­ją­cych wiemy, że więk­szość z nich kon­ty­nu­uje prak­tykę na wła­sną rękę długo po zakoń­cze­niu tre­ningu. Dla wielu z nich uważ­ność szybko staje się nie­od­łączną czę­ścią życia.

Podej­mu­jąc wędrówkę ku samo­roz­wo­jowi i odkry­wa­niu wewnętrz­nych zaso­bów wspo­ma­ga­ją­cych uzdro­wie­nie i zapa­no­wa­nie nad kom­pletną kata­strofą, jaką jest życie, należy tym­cza­sowo zawie­sić wszel­kie osądy i nie przy­wią­zy­wać się do upra­gnio­nych owo­ców podej­mo­wa­nych sta­rań. Po pro­stu z pełną dys­cy­pliną oddać się prak­tyce i obser­wo­wać, co się będzie działo. Wszystko, czego się nauczymy, będzie pocho­dzić przede wszyst­kim z wła­snego wnę­trza, z doświad­cze­nia kolej­nych chwil wła­snego życia, a nie od zewnętrz­nego auto­ry­tetu, nauczy­ciela czy sys­temu wie­rzeń. To ty jesteś eks­per­tem w dzie­dzi­nie wła­snego życia, ciała i umy­słu, a przy­naj­mniej możesz nim zostać, o ile będziesz się uważ­nie obser­wo­wał. Pod­czas przy­gody, jaką jest medy­ta­cja, trak­tu­jemy sie­bie jak labo­ra­to­rium, w któ­rym odkry­wamy, kim jeste­śmy i jaki jest nasz poten­cjał. Jak zgrab­nie ujął to legen­darny łapacz nowo­jor­skich Jan­ke­sów, Yogi Berra, "Aby wiele zauwa­żyć, wystar­czy patrzeć".

1

W życiu są tylko chwile

O tak, mia­łam swoje chwile i gdy­bym mogła zacząć wszystko od początku, mia­ła­bym ich jesz­cze wię­cej. Ne pró­bo­wa­ła­bym niczego innego. Tylko chwile, jedną po dru­giej, zamiast tych wszyst­kich lat napie­ra­ją­cych na mnie każ­dego dnia.

Nad­ine Stair, 85 lat

Louisville, Ken­tucky, USA

Przy­glą­dam się nowej gru­pie liczą­cej około trzy­dzie­stu osób, które poja­wiły się na pierw­szych zaję­ciach w Kli­nice Reduk­cji Stresu i jestem pod­eks­cy­to­wany tym, co nas czeka. Myślę, że wszyst­kim prze­mknęła też dziś przez głowę myśl, co tu, u licha, robią w obcym miej­scu, z obcymi ludźmi. Widzę roz­pro­mie­nioną twarz Edwarda i zasta­na­wiam się, przez co codzien­nie prze­cho­dzi. Ma trzy­dzie­ści cztery lata, pra­cuje w branży ubez­pie­cze­nio­wej na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku i cho­ruje na AIDS. Widzę Petera, czter­dzie­sto­sied­mio­let­niego biz­nes­mena, który pół­tora roku temu miał zawał i przy­szedł tu nauczyć się sztuki roz­luź­nia­nia, by unik­nąć następ­nego. Obok Petera sie­dzi Beverly, inte­li­gentna, wesoła, roz­mowna. Dalej sie­dzi jej mąż. W wieku czter­dzie­stu dwóch lat życie Beverly dra­ma­tycz­nie się zmie­niło - w wyniku pęk­nię­cia tęt­niaka utra­ciła poczu­cie toż­sa­mo­ści. Jest też czter­dzie­stocz­te­ro­let­nia Marge, skie­ro­wana tu przez ośro­dek tera­pii bólu. Była pie­lę­gniarką na oddziale onko­lo­gicz­nym, ale kilka lat temu doznała urazu ple­ców i obu kolan, ratu­jąc pacjenta przed upad­kiem. Prze­żywa teraz tak wielki ból, że nie może pra­co­wać i cho­dzi o lasce, i to z wiel­kim tru­dem. Prze­szła już ope­ra­cję kolana, a teraz czeka ją jesz­cze ope­ra­cja guza w jamie brzusz­nej. Leka­rze nie są pewni dia­gnozy. Wypa­dek był dla niej szo­kiem, z któ­rego nie zdo­łała się jesz­cze otrzą­snąć. Jest napięta do gra­nic moż­li­wo­ści i wybu­cha z naj­błah­szych powo­dów.

Dalej sie­dzi Arthur, pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­letni poli­cjant, cier­piący na ostre bóle migre­nowe i ataki paniki. Obok niego Mar­ga­ret, sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­let­nia eme­ry­to­wana nauczy­cielka z zabu­rze­niami snu. Przy niej Phil, fran­cu­sko­ję­zyczny Kana­dyj­czyk, kie­rowca cię­ża­rówki. Został do nas skie­ro­wany rów­nież przez ośro­dek tera­pii bólu. Odniósł uraz krę­go­słupa, pod­no­sząc paletę, i teraz chro­niczny ból ple­ców unie­moż­li­wia mu nor­malne funk­cjo­no­wa­nie. Nie usią­dzie już za kie­row­nicą cię­ża­rówki, musi zna­leźć nową pracę, by utrzy­mać żonę i czwórkę dzieci, oraz nauczyć się radze­nia sobie z bólem.

Obok Phila sie­dzi Roger, trzy­dzie­sto­trzy­letni sto­larz. Pod­czas pracy naba­wił się kon­tu­zji ple­ców i rów­nież ma pro­blem z bólem. Jego żona twier­dzi, że Roger od lat nad­używa leków prze­ciw­bó­lo­wych. Sama zapi­sała się do innej grupy. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że to Roger jest główną przy­czyną jej stresu. Jest u kresu wytrzy­ma­ło­ści i myśli o roz­wo­dzie. Patrząc na niego, zasta­na­wiam się, czy zdoła wypro­wa­dzić swoje życie na pro­stą.

Naprze­ciwko, po dru­giej stro­nie sali, sie­dzi Hec­tor. Przez dłu­gie lata był zawo­do­wym zapa­śni­kiem w Por­to­ryko i jest z nami, ponie­waż ma kło­poty z utrzy­ma­niem ner­wów na wodzy, czego kon­se­kwen­cją są napady agre­sji i bóle w klatce pier­sio­wej. Jego potężna syl­wetka domi­nuje w sali.

Leka­rze skie­ro­wali ich do nas w celu obni­że­nia poziomu stresu, a my popro­si­li­śmy ich, by przy­cho­dzili do naszej przy­chodni raz w tygo­dniu przez następne dwa mie­siące zajęć. Ale tak naprawdę, po co? Sam zadaję sobie to pyta­nie, gdy roz­glą­dam się po sali. Uczest­nicy zajęć rów­nież tego nie wie­dzą, ale suma cier­pie­nia w pomiesz­cze­niu jest ogromna dziś rano. Nie da się ukryć, że jest to spo­tka­nie ludzi, któ­rzy doświad­czyli w życiu kom­plet­nej kata­strofy, powo­du­ją­cej cier­pie­nie fizyczne i emo­cjo­nalne.

Zanim zaję­cia się roz­poczną, pozwa­lam sobie na chwilę zadumy nad tym, co nas tu wszyst­kich przy­wio­dło. Łapię się na roz­my­śla­niu, co możemy zro­bić dla osób zebra­nych tu dzi­siej­szego ranka i dla stu dwu­dzie­stu innych, które w tym tygo­dniu zaczy­nają tre­ning MBSR w róż­nych gru­pach - mło­dych i star­szych, samot­nych, w związ­kach, roz­wie­dzio­nych, pra­cu­ją­cych i takich, które ode­szły z pracy z powodu inwa­lidz­twa, żyją­cych z zasiłku i boga­tych. Jaki mamy wpływ na życie choćby jed­nej z nich? Co możemy zro­bić dla tych ludzi w ciągu ośmiu krót­kich tygo­dni?

Inte­re­su­jące w tej pracy jest to, że w rze­czy­wi­sto­ści nie robimy dla nich nic. Gdy­by­śmy pró­bo­wali, pew­nie ponie­śli­by­śmy sro­motną klę­skę. Zamiast tego zachę­camy ich, by zro­bili dla sie­bie samych coś rady­kal­nie nowego, a mia­no­wi­cie, by żyli świa­do­mie w każ­dej kolej­nej chwili. Kie­dyś pewna dzien­ni­karka powie­działa w roz­mo­wie ze mną: "Aha, ma pan na myśli życie chwilą". "Nie, nie o to cho­dzi - odpar­łem. - W ten spo­sób brzmi to jak mak­syma hedo­ni­sty. Cho­dzi mi o życie w danej chwili".

Z pozoru praca w Kli­nice Reduk­cji Stresu jest łatwa, do tego stop­nia, że trudno uchwy­cić, o co w niej fak­tycz­nie cho­dzi, dopóki się w nią nie zaan­ga­żu­jemy. Punk­tem wyj­ścia jest dla nas sytu­acja pacjenta w danej chwili, jaka­kol­wiek by była. Wyra­żamy chęć pomocy, jeśli są gotowi do pod­ję­cia pracy nad sobą. I ni­gdy nie dajemy za wygraną, nawet wtedy, gdy któ­ryś z naszych pacjen­tów popada w znie­chę­ce­nie, robi krok w tył albo w swo­ich wła­snych oczach ponosi porażkę. Każdą chwilę uzna­jemy za nowy począ­tek, nową szansę, by zacząć wszystko od zera, by się dostroić, odbu­do­wać nasze więzi.

W zasa­dzie nasza rola ogra­ni­cza się do zachę­ce­nia pod­opiecz­nych, by żyli każdą chwilą w pełni, do cna, i dostar­cze­nia im narzę­dzi, by zabrali się do tego meto­dycz­nie. Wpro­wa­dzamy ich w tech­niki, któ­rych mogą użyć do wsłu­cha­nia się we wła­sne ciało i umysł, aby bar­dziej zaufać wła­snemu doświad­cze­niu. Pro­po­nu­jemy naszym pacjen­tom per­spek­tywę, z któ­rej widać nowy spo­sób ist­nie­nia, trak­to­wa­nia pro­ble­mów i akcep­ta­cji kom­plet­nej kata­strofy, dzięki któ­remu mogą zyskać pewną kon­trolę nad swoim życiem, a ono samo sta­nie się bogat­sze i bar­dziej rado­sne. Taki styl życia nazy­wamy ścieżką świa­do­mo­ści albo ścieżką uważ­no­ści. Obecni tutaj dzi­siej­szego ranka poznają ów nowy styl życia i postrze­ga­nia, wyru­sza­jąc w podróż ku reduk­cji stresu opar­tej na uważ­no­ści. Razem z nimi oraz z pozo­sta­łymi uczest­ni­kami pro­gramu spo­tkamy się na ścieżce odkry­wa­nia uważ­no­ści i uzdro­wie­nia, na którą sami teraz też wkra­czamy.

Gdy­by­ście zaj­rzeli na nasze zaję­cia w szpi­talu, praw­do­po­dob­nie zasta­li­by­ście nas sie­dzą­cych spo­koj­nie albo leżą­cych bez ruchu na pod­ło­dze z zamknię­tymi oczami. Może to trwać bez prze­rwy od dzie­się­ciu do czter­dzie­stu pię­ciu minut.

Patrzą­cemu z zewnątrz takie zacho­wa­nie może wydać się dziwne, a nawet tro­chę sza­lone - jakby nic się działo. I w pew­nym sen­sie tak jest. Jest to jed­nak bar­dzo bogate i zło­żone nic. Ci ludzie nie spę­dzają po pro­stu czasu, śpiąc albo śniąc na jawie. Choć tego nie widzimy, w rze­czy­wi­sto­ści ciężko pra­cują. Prak­ty­kują nic nie­ro­bie­nie. Aktyw­nie zestra­jają się z każdą chwilą, cały czas sta­ra­jąc się zacho­wać przy­tom­ność i świa­do­mość. Prak­ty­kują uważ­ność.

Ujmu­jąc to w inny spo­sób, można powie­dzieć, że "prak­ty­kują bycie". Celowo porzu­cają wszel­kie dzia­ła­nie zwią­zane z ich życiem i roz­luź­niają się w teraź­niej­szo­ści, nie sta­ra­jąc się jej niczym wypeł­nić. Pozwa­lają ciału i umy­słowi spo­cząć w danej chwili, nie­za­leż­nie od ich kon­dy­cji. Zestra­jają się z ele­men­tar­nymi doświad­cze­niami życia. Po pro­stu dają sobie moż­li­wość trwa­nia w danej chwili, zosta­wia­jąc wszystko, jakim jest, nie podej­mu­jąc prób zmie­nia­nia cze­go­kol­wiek.

Aby zostać przy­ję­tym do naszej kli­niki, należy pod­jąć oso­bi­ste zobo­wią­za­nie, że każ­dego dnia znaj­dzie się czas na prak­ty­ko­wa­nie "po pro­stu bycia". Cho­dzi o to, by w morzu usta­wicz­nej aktyw­no­ści, w któ­rym zwy­kle zanu­rzone jest nasze życie, odna­leźć wyspę bycia, czas, w któ­rym ustaje wszel­kie dzia­ła­nie.

Nauczyć się, jak poha­mo­wać dzia­ła­nie i prze­łą­czyć się na tryb bycia, jak wygo­spo­da­ro­wać czas dla sie­bie, jak zwol­nić tempo i pogłę­bić w sobie spo­kój i samo­ak­cep­ta­cję, nauczyć się obser­wo­wa­nia, na co w każ­dej upły­wa­ją­cej chwili jest skie­ro­wany nasz umysł, jak widzieć swoje myśli i jak je "puścić", nie będąc uwi­kła­nym, rozu­mieć, jak zbu­do­wać prze­strzeń dla nowych spo­so­bów widze­nia sta­rych pro­ble­mów i dostrze­ga­nia wza­jem­nych więzi róż­nych rze­czy - oto nie­które z lek­cji na temat uważ­no­ści. Ten rodzaj nauki wymaga, byśmy zwró­cili się ku chwi­lom czy­stego bycia i zado­mo­wili się w nich, po pro­stu pie­lę­gnu­jąc świa­do­mość.

Im sys­te­ma­tycz­niej prak­ty­ku­jemy, tym głęb­szą uważ­ność roz­wi­jamy i tym wię­cej dzięki niej zyskamy. Książka ta jest pomy­ślana jako prze­wod­nik po tym pro­ce­sie, a coty­go­dniowe zaję­cia są swego rodzaju dro­go­wska­zem dla osób, które za namową swo­ich leka­rzy tra­fiają do naszej kli­niki.

Jak wia­domo, mapa to nie tery­to­rium. Podob­nie nie należy mylić lek­tury tej książki z fak­tycz­nym wyru­sze­niem w podróż. Trzeba ją prze­żyć oso­bi­ście, pie­lę­gnu­jąc uważ­ność we wła­snym życiu.

Dla­cze­góż bowiem mia­łoby być ina­czej? Kto miałby wyko­nać tę pracę w twoim imie­niu? Twój lekarz? Twoi bli­scy albo przy­ja­ciele? Bez względu na to, jak bar­dzo inni ludzie chcie­liby ci pomóc w tru­dach wznie­sie­nia się na wyż­szy poziom zdro­wia i dobrego samo­po­czu­cia, fun­da­men­talny wysi­łek musisz wyko­nać sam. Nikt prze­cież nie prze­żyje two­jego życia za cie­bie i sam musisz zadbać o swoje dobro.

Pod tym wzglę­dem pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści nie różni się zbyt­nio od jedze­nia. Absur­dem byłoby pro­sić, by ktoś zjadł twój posi­łek za cie­bie. W restau­ra­cji nie pała­szu­jesz karty dań, myląc ją z posił­kiem, ani nie nasy­cisz głodu kuli­nar­nymi opo­wie­ściami kel­nera. Musisz sam zjeść danie. Podob­nie musisz rze­czy­wi­ście prak­ty­ko­wać uważ­ność, czyli sys­te­ma­tycz­nie pie­lę­gno­wać ją we wła­snym życiu, jeśli chcesz zebrać plon jej korzy­ści i zro­zu­mieć jej war­tość.

Nawet jeśli zamó­wisz płyty z nagra­niami albo ścią­gniesz pliki z medy­ta­cjami, to i tak musisz użyć ich w rze­czy­wi­stej prak­tyce. Płyty CD wyglą­dają ład­nie na pół­kach, zbie­ra­jąc kurz. Nie­wy­słu­chane pliki audio mogą sobie cze­kać latami. Nie zadzia­łają w jakiś magiczny spo­sób. Słu­cha­nie ich od czasu do czasu przy­nie­sie zni­kome efekty, cho­ciaż może oka­zać się relak­su­jące. Aby wynieść korzyść z tej pracy, należy prze­ro­bić zawar­tość tych nagrań, a nie po pro­stu ich wysłu­chać. Jeśli gdzieś w tym wszyst­kim jest magia, to w tobie, a nie na pły­cie CD czy w jakiejś kon­kret­nej prak­tyce.

Do nie­dawna u wielu ludzi samo słowo "medy­ta­cja" powo­do­wało unie­sie­nie brwi, koja­rząc się z misty­cy­zmem i kuglar­skimi sztucz­kami. Po czę­ści było tak dla­tego, że nie rozu­miano, iż istotą medy­ta­cji jest sku­pia­nie uwagi. Teraz ta wie­dza się upo­wszech­niła. A ponie­waż wszy­scy sku­piamy uwagę, przy­naj­mniej cza­sami, medy­ta­cja nie jest nam tak obca, jak mogłoby się wyda­wać.

Jeśli jed­nak przyj­rzymy się temu, jak działa nasz umysł, tak jak robimy to w cza­sie medy­ta­cji, praw­do­po­dob­nie odkry­jemy, że przez więk­szość czasu bar­dziej zaj­muje się prze­szło­ścią albo przy­szło­ścią niż teraź­niej­szo­ścią. Na tym polega wszech­obecne roz­pro­sze­nie, które zostało wzięte pod lupę w har­wardz­kim bada­niu poziomu szczę­ścia, wyko­rzy­stu­ją­cego apli­ka­cję na iPhone'a. Oka­zało się, że w danej chwili mamy tylko czę­ściową świa­do­mość rze­czy­wi­ście nastę­pu­ją­cych zda­rzeń. Prze­ga­piamy wiele z tego, co mogłoby się skła­dać na nasze fak­tyczne doświad­cze­nie, ponie­waż nie jeste­śmy w pełni obecni. Doty­czy to nie tylko medy­ta­cji. Nieświa­do­mość może domi­no­wać umysł przez cały czas i wpły­wać na wszyst­kie nasze poczy­na­nia. Może się oka­zać, że naj­czę­ściej jeste­śmy prze­łą­czeni na auto­ma­tycz­nego pilota, funk­cjo­nu­jąc mecha­nicz­nie, bez peł­nej świa­do­mo­ści tego, co robimy i czego wła­śnie doświad­czamy. To tak, jakby długo nie było nas w domu, albo, innymi słowy, jak­by­śmy żyli tylko w poło­wie na jawie.

Możesz spraw­dzić, czy ten opis doty­czy two­jego umy­słu, gdy następ­nym razem będziesz pro­wa­dzić samo­chód. Bar­dzo czę­sto zda­rza się, że docie­ramy do jakie­goś miej­sca, nie pamię­ta­jąc zbyt wiele - o ile w ogóle cokol­wiek - z tego, co widzie­li­śmy po dro­dze. Dzieje się tak dla­tego, że jedziemy na auto­ma­tycz­nym pilo­cie, bez poczu­cia peł­nej obec­no­ści, choć na szczę­ście prze­waż­nie mamy jej dość, by pro­wa­dzić samo­chód bez­piecz­nie i unik­nąć wypadku.

Nawet gdy pró­bu­jemy kon­cen­tro­wać się na kon­kret­nym zada­niu, czy na pro­wa­dze­niu samo­chodu, czy czym­kol­wiek innym, prze­ko­namy się, jak trudno utrzy­mać sku­pie­nie w chwili obec­nej. Gene­ral­nie nasza uwaga bar­dzo łatwo ulega roz­pro­sze­niu. Umysł ma skłon­ność do popa­da­nia w dekon­cen­tra­cję. Wpada w dryf pogrą­że­nia w myślach i śnie­nia na jawie.

Nasze myśli mają na nas tak prze­możny wpływ, zwłasz­cza w chwi­lach kry­zysu albo emo­cjo­nal­nego wzbu­rze­nia, że łatwo prze­sła­niają nam świa­do­mość teraź­niej­szo­ści. Potra­fią się uak­tyw­nić nawet wtedy, gdy jeste­śmy odprę­żeni i mogą porwać za sobą nasze zmy­sły. Na przy­kład pod­czas pro­wa­dze­nia samo­chodu łapiemy się na tym, że jeste­śmy pochło­nięci myślami o czymś, co dawno minę­li­śmy, zamiast skon­cen­tro­wać się na dro­dze przed nami. Przez ten czas w grun­cie rze­czy nie kie­ro­wa­li­śmy samo­cho­dem. Byli­śmy prze­łą­czeni na auto­pi­lota. Umysł został usi­dlony przez dozna­nia zmy­słowe - obraz, dźwięk, coś, co przy­cią­gnęło naszą uwagę - i roz­pro­szony został przy kro­wie, mija­nej lawe­cie czy czym­kol­wiek innym, co go zaab­sor­bo­wało. W rezul­ta­cie w cza­sie, gdy nasza uwaga była pochło­nięta, byli­śmy dosłow­nie "zagu­bieni" w naszych myślach i nie­świa­domi innych doznań zmy­sło­wych.

Czyż nie tak wła­śnie zacho­wuje się nasz umysł przez więk­szość czasu, cokol­wiek robimy? Zaob­ser­wuj, jak myśli odry­wają naszą świa­do­mość od chwili obec­nej, bez względu na oko­licz­no­ści. Zwróć uwagę, jak długo w ciągu dnia myślisz o prze­szło­ści albo przy­szło­ści. Pod­su­mo­wa­nie może się oka­zać szo­ku­jące.

Jeśli chcesz się prze­ko­nać, jak myślący umysł zaprzęga twoją uważ­ność, prze­pro­wadź nastę­pu­jący eks­pe­ry­ment. Usiądź z wypro­sto­wa­nymi, ale nie usztyw­nio­nymi ple­cami, zamknij oczy i skie­ruj świa­do­mość na oddech. Nie pró­buj go kon­tro­lo­wać. Po pro­stu pozwól mu pły­nąć i bądź go świa­dom, poczuj go i podą­żaj za wde­chem i wyde­chem. Posta­raj się obser­wo­wać go w ten spo­sób przez trzy minuty.

Jeśli w pew­nej chwili pomy­ślisz, że takie sie­dze­nie w miej­scu i obser­wo­wa­nie odde­chu jest głu­pie albo nudne, zauważ, że to tylko myśl, osąd sfor­mu­ło­wany przez umysł. Wtedy po pro­stu puść ją i ponow­nie skup się na odde­chu. Jeśli to odczu­cie jest bar­dzo silne, wyko­naj nastę­pu­jący dodat­kowy eks­pe­ry­ment: zaci­śnij mocno palec wska­zu­jący i kciuk jed­nej ręki na nosie i nie otwie­raj ust. Zoba­czysz, że bar­dzo szybko twój oddech sta­nie się sprawą naj­wyż­szej wagi!

Po trzech minu­tach przy­glą­da­nia się wde­chowi i wyde­chowi zasta­nów się, jak się czu­łeś przez ten czas i w jakim stop­niu twój umysł tra­cił kon­takt z odde­chem. Jak sądzisz, co by się stało, gdy­byś kon­ty­nu­ował ćwi­cze­nie przez pięć albo dzie­sięć minut, albo przez pół godziny, a nawet godzinę?

Więk­szość z nas łatwo się roz­pra­sza i co chwila prze­kie­ro­wuje uwagę z jed­nej rze­czy na inną. Dla­tego też mamy trud­no­ści z utrzy­ma­niem sku­pie­nia na odde­chu przez okre­ślony czas, o ile nie ćwi­czymy usta­bi­li­zo­wa­nia i uspo­ko­je­nia umy­słu. Ten drobny trzy­mi­nu­towy eks­pe­ry­ment da ci przed­smak tego, czym jest medy­ta­cja, a jest to świa­doma obser­wa­cja ciała i umy­słu, decy­zja, by pozwo­lić naszym doświad­cze­niom pły­nąć swo­bod­nie i akcep­to­wać je takimi, jakie są. Nie ma tu miej­sca na odrzu­ca­nie myśli, kon­tro­lo­wa­nie ich czy tłu­mie­nie - kon­tro­lu­jemy tylko naszą uwagę.

Jed­nak uzna­nie medy­ta­cji za pro­ces pasywny byłoby pomyłką. Regu­lo­wa­nie uwagi i trwa­nie w auten­tycz­nym spo­koju, wol­nym od odre­ago­wy­wa­nia, pochła­nia mnó­stwo ener­gii i wysiłku. Mimo to, para­dok­sal­nie, uważ­ność nie wiąże się z podej­mo­wa­niem prób osią­ga­nia czy odczu­wa­nia cze­goś wyjąt­ko­wego. Jest to raczej przy­zwo­le­nie na trwa­nie w miej­scu, w któ­rym już się znaj­du­jemy, otwo­rze­nie się na auten­tyczne prze­ży­wa­nie tego, co się naprawdę dzieje. Nie martw się więc, jeśli przez te trzy minuty nie udało ci się jakoś nad­zwy­czaj­nie zre­lak­so­wać, a pomysł, by obser­wo­wać oddech, wyda­wał ci się absur­dalny. Roz­luź­nie­nie i poczu­cie zado­mo­wie­nia we wła­snej skó­rze pojawi się z cza­sem, jeśli będziesz kon­ty­nu­ował prak­tykę. W powyż­szym ćwi­cze­niu cho­dziło po pro­stu o to, byś sku­pił uwagę na odde­chu i zaob­ser­wo­wał, co się wtedy sta­nie. Roz­luź­nie­nie nie było celem. Odprę­że­nie, rów­no­waga, dobre samopoczu­cie poja­wiają się same z sie­bie, gdy jeste­śmy w sta­nie peł­nej uważ­no­ści.

Jeśli zaczniesz zwra­cać uwagę, gdzie w każ­dej kolej­nej chwili dnia znaj­duje się twój umysł, co, jak suge­rują auto­rzy bada­nia przy uży­ciu apli­ka­cji na iPhone'a, może mieć decy­du­jący wpływ na jakość życia, być może prze­ko­nasz się, ile czasu i ener­gii wydat­ku­jesz na lgnię­cie do wspo­mnień, sny na jawie i żal za tym, co minęło. Pew­nie odkry­jesz rów­nież, że tyle samo albo jesz­cze wię­cej ener­gii poświę­casz prze­wi­dy­wa­niu, pla­no­wa­niu, fan­ta­zjo­wa­niu na temat przy­szło­ści i mar­twie­niu się o nią.

Z powodu tej nie­usta­ją­cej wewnętrz­nej krzą­ta­niny, bywamy ślepi na nie­które aspekty naszych życio­wych doświad­czeń albo nie doce­niamy ich war­to­ści i zna­cze­nia. Powiedzmy, że zna­la­złeś chwilę, by obej­rzeć zachódu słońca i jesteś ocza­ro­wany grą świa­tła i kolo­rów wśród chmur. Przez tę chwilę jesteś po pro­stu obecny tu i teraz, podzi­wiasz ten widok, chło­niesz go, naprawdę go widzisz. Potem jed­nak uak­tyw­nia się myśle­nie i być może powiesz coś do swo­jego towa­rzy­sza na temat zachodu słońca i jego piękna albo cze­goś, co ci przy­po­mniał. Wypo­wia­da­jąc te słowa, zakłó­casz bez­po­śred­nie doświad­cza­nie chwili. Zosta­łeś odcią­gnięty od słońca, nieba i świa­tła. Schwy­tała cię twoja wła­sna myśl i odruch, by ją zwer­ba­li­zo­wać. Twój komen­tarz prze­rwał ciszę. A nawet jeśli nic nie powie­dzia­łeś, to ta sama myśl czy wspo­mnie­nie już w pew­nym stop­niu odcią­gnęły cię od praw­dzi­wego słońca zacho­dzą­cego w tej wła­śnie chwili. Teraz tak naprawdę roz­ko­szu­jesz się raczej zacho­dem słońca we wła­snej gło­wie, a nie tym rze­czy­wi­stym. Może ci się wyda­wać, że cie­szysz się samym zacho­dem słońca, ale w isto­cie postrze­gasz go przez zasłonę wła­snych ozdob­ni­ków w postaci minio­nych zacho­dów słońca oraz innych wspo­mnień i wyobra­żeń, które ten praw­dziwy w tobie uru­cho­mił. Wszystko to może roze­grać się pod powierzch­nią świa­do­mo­ści. Co wię­cej, całe zda­rze­nie może trwać zale­d­wie chwilę. Szybko zbled­nie i prze­mi­nie, gdy poja­wią się następne.

Przez długi czas daje się unik­nąć przy­krych kon­se­kwen­cji takiej roz­pro­szo­nej świa­do­mo­ści. Przy­naj­mniej tak sądzimy. Ale to, co nam się wymyka, jest waż­niej­sze, niż nam się wydaje. Jeśli całymi latami nie mamy peł­nej świa­do­mo­ści, jeśli nawy­kowo pędzimy przez dane nam chwile, nie będąc w nich w pełni obecni, prze­ga­pimy naj­cen­niej­sze doświad­cze­nia w naszym życiu, takie jak więź z bli­skimi albo zachody słońca czy rześ­kie powie­trze o poranku.

Dla­czego? Ponie­waż byli­śmy "zbyt zajęci", a nasz umysł zbyt obcią­żony tym, co uzna­wa­li­śmy za waż­niej­sze od zwró­ce­nia uwagi na oto­cze­nie. Być może zbyt się spie­szy­li­śmy, żeby doce­nić kon­takt wzro­kowy, dotyk, poczu­cie obec­no­ści we wła­snym ciele. Jeśli funk­cjo­nu­jemy w takim try­bie, może się zda­rzyć, że będziemy jeść, nie sma­ku­jąc, patrzeć, nie­wiele widząc, słu­chać, nie sły­sząc, doty­kać, nie czu­jąc, i mówić, nie wie­dząc, co w rze­czy­wi­sto­ści mówimy. W przy­padku zaś pro­wa­dze­nia samo­chodu, jeśli wasz umysł wymel­duje się w nie­od­po­wied­niej chwili, kon­se­kwen­cje takiej nieobec­no­ści mogą być nie­for­tunne i dra­ma­tyczne.

Zatem w pie­lę­gno­wa­niu uważ­no­ści nie cho­dzi jedy­nie o naj­więk­szą satys­fak­cję z zacho­dów słońca. Gdy umysł jest pogrą­żony w nie­świa­do­mo­ści, doty­czy to wszyst­kich naszych decy­zji i dzia­łań. Nie­świa­do­mość może zerwać nasz kon­takt z wła­snym cia­łem, z pły­ną­cymi z niego sygna­łami i infor­ma­cjami. To z kolei może stać się przy­czyną wielu pro­ble­mów soma­tycz­nych - nie zda­jemy sobie nawet sprawy, że wywo­łu­jemy je sami. Żyjąc w chro­nicz­nym sta­nie nie­świa­do­mo­ści, prze­ga­piamy to, co naj­pięk­niej­sze i naj­bar­dziej zna­czące i w kon­se­kwen­cji jeste­śmy mniej szczę­śliwi, niż byśmy mogli być. Co wię­cej, podob­nie jak w przy­kła­dzie pro­wa­dze­nia samo­chodu, w przy­padku pra­co­ho­li­zmu czy nad­uży­wa­nia alko­holu i nar­ko­ty­ków, nasza skłon­ność do dry­fo­wa­nia w nie­świa­do­mo­ści może oka­zać się zabój­cza, uni­ce­stwia­jąc nas powoli lub w mgnie­niu oka.

* * *

Gdy przyj­rzymy się naszemu umy­słowi, praw­do­po­dob­nie odkry­jemy, że duża część aktyw­no­ści men­tal­nej i emo­cjo­nal­nej prze­biega pod powierzch­nią. Ten nie­prze­rwany stru­mień myśli i uczuć może kosz­to­wać nas mnó­stwo ener­gii i być prze­szkodą w prze­ży­wa­niu choćby krót­kich momen­tów spo­koju i zado­wo­le­nia.

Gdy umysł jest zdo­mi­no­wany przez nie­za­do­wo­le­nie i nie­świa­do­mość, a ma to miej­sce zna­cze­nie czę­ściej, niż więk­szość z nas byłaby gotowa przy­znać, trudno jest poczuć spo­kój i roz­luź­nie­nie. Zamiast tego pogrą­żamy się w wewnętrz­nej nie­spój­no­ści i obse­sjach. Myślimy o tym i tam­tym, chcemy tego i tam­tego, czę­sto rze­czy sprzecz­nych. Taki stan umy­słu może dotkli­wie wpły­nąć na naszą zdol­ność do dzia­ła­nia, a nawet kla­row­nego oglądu sytu­acji. W takich chwi­lach nie wiemy, co myślimy, czu­jemy i robimy. Możemy sądzić, że wiemy. Jed­nak w naj­lep­szym wypadku jest to wie­dza nie­pełna. W rze­czywistości napę­dzają nas sym­pa­tie i anty­pa­tie, jeste­śmy cał­ko­wi­cie nie­świa­domi tyra­nii wła­snych myśli i auto­de­struk­cyj­nych zacho­wań, któ­rymi te czę­sto skut­kują.

Słynna dewiza Sokra­tesa brzmi: "Poznaj samego sie­bie". Podobno jeden z jego uczniów zwró­cił się do niego w te słowa: "Sokra­te­sie, cho­dzisz w koło i mówisz wszyst­kim: poznaj samego sie­bie, ale czy ty sam sie­bie pozna­łeś?". Na co Sokra­tes odparł: "Nie, ale coś z tej nie­wie­dzy zro­zu­mia­łem".

Jeśli roz­po­czy­namy wła­sną prak­tykę uważ­no­ści, dowiemy się któ­re­goś dnia wię­cej o swo­jej nie­wie­dzy. Rzecz nie w tym, że uważ­ność jest odpo­wie­dzią na wszyst­kie życiowe pro­blemy. Raczej wszyst­kie życiowe pro­blemy mogą być postrze­gane kla­row­niej dzięki soczewce przy­tom­nego umy­słu. Już sama świa­do­mość stanu umy­słu, który sądzi, że zawsze wie, co się dzieje, jest wiel­kim kro­kiem w stronę naucze­nia się, jak widzieć świat na wskroś przez wła­sne opi­nie oraz jak postrze­gać rze­czy w ich fak­tycz­nej postaci.

* * *

Bar­dzo waż­nym ele­men­tem naszego życia i doświad­cze­nia, ele­men­tem, który mamy skłon­ność pomi­jać, igno­ro­wać i tra­cić nad nim kon­trolę wsku­tek dzia­ła­nia w try­bie auto­ma­tycz­nego pilota, jest nasze ciało. Być może mamy z nim słaby kon­takt i przez więk­szość czasu nie wiemy, jak ono się czuje. W rezul­ta­cie możemy stać się nie­wraż­liwi na to, jak na nasze ciało wpływa oto­cze­nie, nasze dzia­ła­nia, a nawet nasze myśli i emo­cje. Jeśli nie mamy świa­do­mo­ści ist­nie­nia tych związ­ków, możemy z łatwo­ścią uznać, że ciało znaj­duje się poza naszą kon­trolą. Jak zoba­czymy w roz­dziale 21, symp­tomy fizyczne to "wia­do­mo­ści", które ciało prze­ka­zuje nam, byśmy wie­dzieli, w jakiej jest kon­dy­cji i jakie są jego potrzeby. Gdy wsku­tek sys­te­ma­tycz­nego anga­żo­wa­nia uwagi nasz kon­takt z cia­łem się poprawi, będziemy znacz­nie lepiej dostro­jeni do odczy­ty­wa­nia jego sygna­łów oraz lepiej przy­go­to­wani do odpo­wied­niej reak­cji. Zro­zu­mie­nie, jak słu­chać wła­snego ciała, jest nie­zbędne dla popra­wie­nia stanu zdro­wia i jako­ści naszego życia.

Nawet coś tak pro­stego jak roz­luź­nie­nie może się oka­zać zada­niem ponad nasze siły, jeśli jeste­śmy nie­świa­domi swo­jego ciała. Stres codzien­no­ści czę­sto wywo­łuje napię­cie, które ma skłon­ność do zagnież­dża­nia się w kon­kret­nych par­tiach mię­śni, takich jak ramiona, szczęka czy czoło. Aby to napię­cie roz­ła­do­wać, musimy naj­pierw wie­dzieć, że się tam poja­wiło. Musimy czuć. Następ­nie musimy wie­dzieć, jak wyłą­czyć auto­ma­tycz­nego pilota oraz jak prze­jąć stery wła­snego ciała i umy­słu. Jak zoba­czymy póź­niej, wymaga to przyj­rze­nia się ciału za pomocą sku­pio­nego umy­słu, doświad­cza­nia odczuć docie­ra­ją­cych z wewnątrz mię­śni i wysy­ła­nia im sygna­łów, by uwol­niły to napię­cie. Można to zro­bić w chwili, gdy napię­cie się gro­ma­dzi, o ile jeste­śmy na tyle uważni, że to widzimy. Nie ma potrzeby cze­kać do momentu, gdy napię­cie uro­śnie tak bar­dzo, że będziemy sztywni jak drew­niany kloc. Jeśli w porę nie zare­agu­jemy, napię­cie może się zako­rze­nić do tego stop­nia, że zapo­mnimy, co zna­czy relaks, i możemy stra­cić nadzieję na to, że jesz­cze naprawdę się roz­luź­nimy.

Pewien wete­ran wojenny, który poja­wił się w kli­nice z powodu pro­ble­mów z bólem ple­ców, ujął ten dyle­mat w krót­kich żoł­nier­skich sło­wach. Kiedy bada­łem gib­kość i rucho­mość sta­wów, zauwa­ży­łem, że jest bar­dzo spięty, a jego nogi są twarde jak skała nawet, gdy już popro­si­łem go, żeby je roz­luź­nił. Były w takim sta­nie, odkąd odniósł ranę po nadep­nię­ciu na pułapkę minową w Wiet­na­mie. Kiedy lekarz powie­dział mu, że musi się roz­luź­nić, odparł: "Dok­to­rze, powie­dze­nie mi, żebym się roz­luź­nił, jest mniej wię­cej tak samo pomocne, jak powie­dze­nie mi, żebym został chi­rur­giem".

Z przy­ka­zań, żeby się roz­luź­nił, nic nie wyni­kało. Wete­ran wie­dział, że powi­nien się odprę­żyć, ale tego musiał się dopiero nauczyć. Musiał doświad­czyć pro­cesu "pusz­cza­nia" napię­cia we wła­snym ciele i umy­śle. Kiedy zaczął medy­to­wać, nauczył się odprę­ża­nia, a jego nogi w końcu odzy­skały zdrowy tonus.

Kiedy coś złego dzieje się z naszym cia­łem albo umy­słem, ocze­ku­jemy, że medy­cyna może to napra­wić i czę­sto tak jest. Ale jak zoba­czymy w dal­szych roz­dzia­łach, nasza aktywna współ­praca jest decy­du­jąca w nie­mal wszyst­kich for­mach tera­pii medycz­nej. Szcze­gól­nie ważna oka­zuje się w przy­padku scho­rzeń chro­nicz­nych albo cho­rób, na które medy­cyna nie zna lekar­stwa. W takich przy­pad­kach jakość naszego życia może w dużym stop­niu zale­żeć od zdol­no­ści pozna­nia wła­snego ciała i umy­słu, by pra­co­wać nad poprawą zdro­wia w - zawsze nie­zna­nym - zakre­sie tego, co moż­liwe. Bez względu na wiek, wzię­cie odpo­wie­dzial­no­ści za lep­sze pozna­nie wła­snego ciała dzięki sta­ran­nemu wsłu­chi­wa­niu się w jego sygnały oraz poprzez pie­lę­gno­wa­nie wewnętrz­nych sił uzdra­wia­nia i pod­trzy­my­wa­nia zdro­wia to naj­lep­szy spo­sób, w jaki możemy współpra­co­wać z leka­rzami i medy­cyną. Tu wła­śnie roz­po­czyna się rola prak­tyki medy­ta­cyj­nej. To z niej czer­piemy siłę i treść takich wysił­ków. To ona jest kata­li­za­to­rem dzieła uzdra­wia­nia.

* * *

Pierw­sze wpro­wa­dze­nie do prak­tyki medy­ta­cyj­nej MBSR jest dla naszych pacjen­tów zasko­cze­niem. Sto­sun­kowo czę­sto sądzą oni, że medy­ta­cja to zaję­cie nie­zwy­kłe, mistyczne i prze­kra­cza­jące nor­mal­ność albo że to w osta­tecz­no­ści forma roz­luź­nie­nia. Aby natych­miast uwol­nić ich od tych ocze­ki­wań, dajemy każ­demu trzy rodzynki i wspól­nie zja­damy jedną po dru­giej, zwra­ca­jąc uwagę na to, co w danej chwili robimy i czego z chwili na chwilę doświad­czamy. Czy­tel­nik sam może wyko­nać to ćwi­cze­nie.

Naj­pierw z uwagą przy­glą­damy się rodzyn­kom, obser­wu­jemy je sta­ran­nie, jak­by­śmy ni­gdy dotąd nie widzieli cze­goś podob­nego. Sta­ramy się poczuć ich fak­turę, gdy trzy­mamy je mię­dzy pal­cami, zauwa­żyć kolor i poczuć wła­ści­wo­ści skórki. Sta­ramy się rów­nież mieć świa­do­mość wszel­kich myśli, które mogą nam przyjść do głowy na temat rodzy­nek i jedze­nia w ogóle. Odno­to­wu­jemy myśli i odczu­cia poja­wia­jące się w trak­cie obser­wa­cji. Potem wąchamy rodzynki przez chwilę i wresz­cie świa­do­mie pod­no­simy je do ust, zwra­ca­jąc uwagę na ruch ramie­nia, zmie­rza­jący do tego, by dłoń umie­ściła rodzynkę w ustach; zwra­camy też uwagę na poja­wie­nie się śliny, gdy umysł i ciało spo­dzie­wają się, że zaraz zaczniemy ją jeść. Cały pro­ces trwa, gdy bie­rzemy rodzynkę do ust, powoli ją prze­żu­wamy, odczu­wa­jąc jej rze­czy­wi­sty smak. A kiedy jeste­śmy gotowi ją połknąć, obser­wu­jemy poja­wia­jący się odruch poły­ka­nia, nawet gdy jest odczu­wany świa­do­mie. Wyobra­żamy sobie nawet, albo "czu­jemy", że teraz nasze ciała są cięż­sze o tę jedną rodzynkę. Potem powta­rzamy całe ćwi­cze­nie z drugą rodzynką bez żad­nego komen­ta­rza, w mil­cze­niu. A potem jesz­cze raz, z trze­cią.

Odzew po tym ćwi­cze­niu jest zawsze pozy­tywny, nawet ze strony osób, które rodzy­nek nie lubią. Ludzie mówią nam, że takie podej­ście do jedze­nia jest przy­jemne choćby dla samej odmiany, bo odkąd pamię­tają, w grun­cie rze­czy poczuli po raz pierw­szy, jak sma­kuje rodzynka i nawet zje­dze­nie jed­nej rodzynki może być satys­fak­cjo­nu­jące. Czę­sto poja­wia się wnio­sek, że gdy­by­śmy zawsze jedli w ten spo­sób, jedli­by­śmy mniej, a nasze doświad­cze­nia zwią­zane z jedze­niem byłyby bar­dziej przy­jemne i satys­fak­cjo­nu­jące. Nie­któ­rzy pacjenci stwier­dzają, że przy­ła­pali się na auto­ma­tycz­nym się­ga­niu po kolejne rodzynki, zanim zje­dli tę, którą mieli w ustach - w tym momen­cie orien­to­wali się, że w taki spo­sób zazwy­czaj jedzą.

Wielu z nas wyko­rzy­stuje jedze­nie do osią­gnię­cia emo­cjo­nal­nego zaspo­ko­je­nia, zwłasz­cza gdy czu­jemy nie­po­kój, przy­gnę­bie­nie albo zwy­czajną nudę, dla­tego to pro­ste ćwi­cze­nie pole­ga­jące na zwol­nie­niu tempa i zwra­ca­niu bacz­nej uwagi na to, co robimy, poka­zuje, jak silne, nie­kon­tro­lo­wane i szko­dliwe bywają nasze odru­chy, gdy w grę wcho­dzi jedze­nie. Oraz że pro­ste czyn­no­ści mogą nam dawać dużo satys­fak­cji, gdy nasze dzia­ła­nie jest świa­dome.

Gdy zaczniemy anga­żo­wać uwagę w ten spo­sób, nasza rela­cja z rze­czami się zmieni. Widzimy wię­cej i jest to widze­nie głęb­sze i kla­row­niej­sze. Możemy zacząć dostrze­gać wewnętrzny porzą­dek i sieć powią­zań mię­dzy róż­nymi rze­czami, co przed­tem nie było tak oczy­wi­ste. Możesz więc zauwa­żyć związki mię­dzy odru­chami wyła­nia­ją­cymi się z głębi umy­słu oraz zorien­to­wać się, że się prze­ja­damy i baga­te­li­zu­jemy sygnały wysy­łane przez ciało. Gdy anga­żu­jemy uwagę, sta­jemy się bar­dziej przy­tomni. Uwal­niamy się od zwy­kłego spo­sobu postrze­ga­nia ota­cza­ją­cego nas świata i auto­ma­tycz­nego dzia­ła­nia, bez peł­nej świa­do­mo­ści. Kiedy jemy uważ­nie, mamy kon­takt ze swoim posił­kiem, ponie­waż umysł nie jest roz­pro­szony albo przy­naj­mniej jest mniej roz­pro­szony. Dla­tego, że nie myślimy wtedy o innych spra­wach. Zaj­mu­jemy się jedze­niem. Kiedy patrzymy na rodzynkę, rze­czy­wi­ście ją widzimy. Kiedy ją prze­żu­wamy, naprawdę czu­jemy smak.

Istotą prak­tyki uważ­no­ści jest to, że wiemy, co robimy, gdy to robimy. Ta wie­dza jest wie­dzą nie­kon­cep­cyjną albo wie­dzą wyra­sta­jącą ponad wie­dzę kon­cep­cyjną. Jest to świa­do­mość sama w sobie. To zdol­ność, którą już posia­damy. Z tego powodu ćwi­cze­nie z rodzyn­kami nazy­wamy "medy­ta­cją jedze­nia". Dla­tego pamię­tajmy: w medy­ta­cji czy uważ­no­ści nie ma nic szcze­gól­nie nad­zwy­czaj­nego ani mistycz­nego. Medy­ta­cja wymaga tylko sku­pie­nia uwagi na wła­snych prze­ży­ciach w każ­dej kolej­nej chwili. Pro­wa­dzi nas to bez­po­śred­nio do nowego spo­sobu postrze­ga­nia i nowego stylu życia, ponie­waż chwila obecna, jeśli tylko jest roz­po­znana i doce­niona, ujaw­nia bar­dzo nie­zwy­kłą, magiczną moc: jest to jedyny czas, który każdy z nas ma do dys­po­zy­cji. Teraź­niej­szość to jedyny moment, kiedy możemy coś poznać. To jedyny czas, by coś dostrzec, cze­goś się nauczyć, cze­goś doko­nać, coś zmie­nić, coś uzdro­wić i kogoś kochać. Z tego wła­śnie powodu tak bar­dzo cenimy świa­do­mość towa­rzy­szącą każ­dej kolej­nej chwili. Sami musimy się nauczyć, jak ugrun­to­wać w sobie tę zdol­ność umy­słu, zara­zem podej­mo­wany wysi­łek jest celem samym w sobie. To dzięki niemu nasze doświad­cze­nia stają się wyra­zist­sze, a życie bar­dziej realne.

* * *

Jak zoba­czymy w następ­nym roz­dziale, gdy chcemy wkro­czyć na ścieżkę prak­ty­ko­wa­nia medy­ta­cji uważ­no­ści, warto umyśl­nie wło­żyć w życie pewną dawkę pro­stoty. Można to zro­bić, prze­zna­cza­jąc jakiś czas w ciągu dnia na chwilę ciszy i spo­koju, chwilę, którą możemy wyko­rzy­stać na sku­pie­nie się na pod­sta­wo­wych dozna­niach zwią­za­nych z byciem żywą istotą, takich jak oddech, na odczu­ciach wyła­nia­ją­cych się z ciała i stru­mie­nia myśli. Wkrótce taka for­malna prak­tyka medy­ta­cji "roz­lewa się" na całe nasze codzienne życie, przyj­mu­jąc postać celo­wego anga­żo­wa­nia więk­szej uwagi nie­za­leż­nie od tego, co aku­rat robimy. Możemy odkryć, że spon­ta­nicz­nie zwra­camy teraz wię­cej uwagi na różne rze­czy - nie dzieje się tak tylko wtedy, gdy "medy­tu­jemy".

Prak­ty­ku­jemy uważ­ność, sta­ra­jąc się pamię­tać, by zacho­wać przy­tom­ność we wszyst­kich chwi­lach poza noc­nym odpo­czyn­kiem - sta­ra­nie ozna­cza, że robimy to zarówno ze sporą życz­li­wo­ścią wobec sie­bie, jak i z pewną sta­now­czo­ścią i dys­cy­pliną. Możemy prak­ty­ko­wać, uważ­nie wyno­sząc śmieci, uważ­nie jedząc i pro­wa­dząc samo­chód. Możemy prak­ty­ko­wać, prze­ży­wa­jąc wszyst­kie wzloty i upadki, możemy prak­ty­ko­wać w obli­czy zmian w naszym ciele i umy­śle, w cza­sie życio­wych burz. Uczymy się świa­do­mo­ści naszych lęków i bólu, a jed­no­cze­śnie jeste­śmy bar­dziej usta­bi­li­zo­wani i mamy wię­cej wiary we wła­sne siły dzięki więzi z głęb­szym wymia­rem w swoim wnę­trzu, z roz­róż­nia­jącą mądro­ścią, która pomaga nam prze­nik­nąć i prze­kro­czyć lęk i ból oraz odkryć spo­kój i nadzieję w naszym poło­że­niu - nie­za­leż­nie od ewen­tu­al­nych trud­no­ści.

Uży­wamy słowa "prak­tyka" w pew­nym szcze­gól­nym sen­sie. Prak­tyka nie ozna­cza dla nas wiel­kiej próby przed wystę­pem ani dosko­na­le­nia umie­jęt­no­ści, byśmy mogli posłu­żyć się nią kiedy indziej. W kon­tek­ście medy­ta­cji prak­tyka ozna­cza "celowe trwa­nie w teraź­niej­szo­ści". Środki, któ­rymi posłu­gu­jemy się w obrę­bie medy­ta­cji, oraz jej cel są toż­same. Nie pró­bu­jemy niczego osią­gać. Pra­cu­jemy jedy­nie nad tym, aby być tu, gdzie już jeste­śmy, i być w pełni. Nasza prak­tyka medy­ta­cyjna może się pogłę­bić w ciągu kolej­nych lat jej kon­ty­nu­owa­nia, ale w rze­czy­wi­sto­ści nie prak­ty­ku­jemy po to, by do tego dopro­wa­dzić. Nasza wędrówka ku lep­szemu zdro­wiu i samo­po­czu­ciu to natu­ralna ewo­lu­cja. Świa­do­mość, wgląd i zdro­wie doj­rze­wają samo­dziel­nie, gdy jeste­śmy gotowi do anga­żo­wa­nia uwagi w każdą mija­jącą chwilę i gdy pamię­tamy, że w życiu mamy wła­śnie tylko chwile do dys­po­zy­cji.

2

Pod­stawy prak­tyki uważ­no­ści: zasady i zaan­ga­żo­wa­nie w prak­tykę

Pie­lę­gna­cja uzdra­wia­ją­cej siły uważ­no­ści wymaga cze­goś wię­cej niż mecha­nicz­nego trzy­ma­nia się pew­nej recepty czy zestawu instruk­cji. Praw­dziwy pro­ces ucze­nia się wygląda ina­czej. Ucze­nie się, rozu­mie­nie i zmiana są moż­liwe tylko wtedy, gdy umysł jest otwarty i chłonny. W prak­ty­ko­wa­nie uważ­no­ści musimy zaan­ga­żo­wać się całym ser­cem. Nie możemy po pro­stu przy­jąć pozy­cji medy­ta­cyj­nej i ocze­ki­wać, że coś w magiczny spo­sób sta­nie się samo. Nie możemy włą­czyć płyty CD z nagra­niami instruk­cji i ocze­ki­wać, że płyta "coś zrobi".

Decy­duje nasze podej­ście do prak­tyki sku­pia­nia uwagi i obec­no­ści tu i teraz. To gleba, na któ­rej będziemy kul­ty­wo­wać zdol­ność uspo­ko­je­nia umy­słu i odprę­ża­nia ciała, zdol­ność kon­cen­tra­cji i bar­dziej kla­row­nego postrze­ga­nia. Jeśli gleba jest jałowa, to zna­czy, jeśli nasza ener­gia i zaan­ga­żo­wa­nie w prak­tykę są nie­wiel­kie, trudno będzie roz­wi­jać spo­kój i roz­luź­nie­nie z odpo­wied­nią kon­se­kwen­cją. Jeśli gleba jest ska­żona, to zna­czy, jeśli pró­bu­jemy zmu­sić się do roz­luź­nie­nia, żądamy od sie­bie, by "coś się stało", nic w ogóle nie wyro­śnie i szybko doj­dziemy do wnio­sku, że "medy­ta­cja nie skut­kuje".

Pie­lę­gno­wa­nie świa­do­mo­ści medy­ta­cyj­nej wymaga zupeł­nie nowego spoj­rze­nia na pro­ces ucze­nia się. Prze­ko­na­nie, że wiemy, czego nam trzeba i gdzie możemy to uzy­skać, jest tak mocno zako­rze­nione w naszych umy­słach, że możemy łatwo wpaść w pułapkę obse­syj­nego kon­tro­lo­wa­nia prze­biegu zda­rzeń, a więc sta­rań, by sprawy poto­czyły się "po naszej myśli", zgod­nie z naszym życze­niem. To podej­ście jest jed­nak sprzeczne ze spo­so­bem dzia­ła­nia świa­do­mo­ści i pro­cesu uzdra­wia­nia. Świa­do­mość wymaga jedy­nie, byśmy sku­piali uwagę i widzieli rze­czy takimi, jakie są naprawdę. Nie wymaga nato­miast, byśmy cokol­wiek zmie­niali na siłę. Uzdra­wia­nie wymaga wraż­li­wo­ści i akcep­ta­cji, dostro­je­nia się do sieci powią­zań i wymiaru holi­stycz­nego. Nie da się zro­bić tego na siłę, tak samo jak nie da się na siłę zasnąć. Musimy zadbać o odpo­wied­nie warunki sprzy­ja­jące zasy­pia­niu, a potem musimy się roz­luź­nić. Ta pra­wi­dło­wość odnosi się do roz­luź­nie­nia medy­ta­cyj­nego. Nie można do niego dopro­wa­dzić siłą woli. Takie próby wywo­łają jedy­nie napię­cie i fru­stra­cję.

Jeśli zaczy­namy prak­tykę medy­ta­cyjną, myśląc: "Nic z tego nie będzie, ale i tak spró­buję", zapewne nie będzie z niej wiel­kiego pożytku. Kiedy po raz pierw­szy poczu­jemy ból lub dys­kom­fort, będziemy mogli powie­dzieć: "No pro­szę, wie­dzia­łem, że ból nie znik­nie" albo "Wie­dzia­łem, że nie uda mi się sku­pić", a to potwier­dzi tylko nasze podej­rze­nie, że prak­tyka nie skut­kuje, więc zre­zy­gnu­jemy. Jeśli zabie­ramy się do medy­ta­cji jak "praw­dziwy wyznawca", czu­jąc pew­ność, że ta ścieżka jest prze­zna­czona dla nas, że uważ­ność to "wła­ściwe roz­wią­za­nie", praw­do­po­dob­nie wkrótce poczu­jemy roz­cza­ro­wa­nie. Gdy tylko stwier­dzimy, że jeste­śmy tą samą osobą, którą zawsze byli­śmy, i że ta praca wymaga wysiłku i kon­se­kwen­cji, a nie po pro­stu roman­tycz­nej wiary w war­tość medy­ta­cji, roz­luź­nie­nia czy uważ­no­ści, być może odnaj­dziemy w sobie dużo mniej entu­zja­zmu niż wcze­śniej.

W Kli­nice Reduk­cji Stresu prze­ko­na­li­śmy się, że osoby scep­tyczne, ale o otwar­tym umy­śle mają naj­więk­sze szanse. Ich podej­ście jest nastę­pu­jące: "Nie wiem, czy to skut­kuje, czy nie, mam wąt­pli­wo­ści, ale zamie­rzam dać z sie­bie wszystko i wtedy zoba­czę, co z tego wynik­nie".

Zatem nasze podej­ście do prak­tyki uważ­no­ści w dużym stop­niu zade­cy­duje o jej dłu­go­fa­lo­wej war­to­ści - w naszych oczach. Z tego względu świa­dome pie­lę­gno­wa­nie pew­nych zasad może przy­czy­nić się do opty­mal­nego wyko­rzy­sta­nia medy­ta­cji. To inten­cje przy­go­to­wują grunt pod to, co jest moż­liwe. To one w każ­dej chwili przy­po­mi­nają, dla­czego w ogóle prak­ty­ku­jemy. Przy­ję­cie w umy­śle okre­ślo­nej postawy, opar­tej na pew­nych zasa­dach, jest de facto czę­ścią samego tre­ningu, spo­so­bem efek­tyw­nego kie­ro­wa­nia wła­sną ener­gią, by dopro­wa­dzić do roz­woju i uzdro­wie­nia.

Sie­dem zasad doty­czą­cych postawy sta­nowi naj­waż­niej­sze filary prak­tyki uważ­no­ści naucza­nej przez nas w ramach tre­ningu MBSR. Są to: nie­osą­dza­nie, cier­pli­wość, umysł począt­ku­ją­cego, zaufa­nie, bez­wy­sił­ko­wość, akcep­ta­cja i "pusz­cza­nie". Te aspekty podej­ścia do prak­tyki należy świa­do­mie pie­lę­gno­wać. Nie są one od sie­bie nie­za­leżne. Każdy z nich wiąże się z pozo­sta­łymi i ma wpływ na ich ugrun­to­wy­wa­nie. Praca nad jed­nym aspek­tem szybko dopro­wa­dzi nas do kolej­nych. Wspól­nie two­rzą fun­da­ment, na któ­rym będziemy mogli oprzeć solidną prak­tykę medy­ta­cyjną, dla­tego przed­sta­wiamy je już teraz. Gdy roz­pocz­niemy wła­ściwą prak­tykę, roz­dział ten warto prze­czy­tać ponow­nie dla przy­po­mnie­nia sobie, jak użyź­niać glebę naszego nasta­wie­nia, aby prak­tyka uważ­no­ści się roz­wi­jała.

ZASADY DOTY­CZĄCE PODEJ­ŚCIA DO PRAK­TYKI - FUN­DA­MENT PRAK­TYKI UWAŻ­NO­ŚCI

1. Nie­osą­dza­nie

Uważ­ność pie­lę­gnu­jemy, poświę­ca­jąc uwagę każ­dej kolej­nej chwili życia, sta­ra­jąc się nie wikłać we wła­sne kon­cep­cje, opi­nie, sym­pa­tie i anty­pa­tie. Takie nasta­wie­nie pozwala nam widzieć rze­czy w ich praw­dzi­wej postaci, a nie w for­mie znie­kształ­co­nej przez nasze poglądy i plany. Aby wyro­bić w sobie takie nasta­wie­nie do wła­snych doświad­czeń, musimy dostrzec, że zwy­kle jeste­śmy uwi­kłani w nie­prze­rwany stru­mień osą­dów i reak­cji na dozna­nia wewnętrzne i zewnętrzne. Wtedy możemy nauczyć się uwal­niać z tych sideł. Gdy zaczy­namy sku­piać uwagę na aktyw­no­ści umy­słu, zwy­kle odkry­wamy ze zdu­mie­niem, że bez ustanku osą­dzamy wła­sne prze­ży­cia. Umysł ety­kie­tuje i dzieli na poszcze­gólne kate­go­rie nie­mal wszystko, czego doświad­czamy. Na wszystko reagu­jemy, opie­ra­jąc się na war­to­ści, jaką dla nas dana rzecz posiada. Nie­któ­rzy ludzie, rze­czy i wyda­rze­nia są przez nas oce­niane jako "dobre", ponie­waż spra­wiają, że czu­jemy się dobrze. Inne rów­nie szybko są uzna­wane za "złe", ponie­waż spra­wiają, że jest nam źle. Resztę pod­cią­gamy pod kate­go­rię rze­czy "neu­tral­nych", ponie­waż nie sądzimy, by miała dla nas zna­cze­nie. Ludzie, rze­czy i zda­rze­nia uznane za neu­tralne zostają nie­mal kom­plet­nie wyeli­mi­no­wane ze świa­do­mo­ści. Zwy­kle uzna­jemy, że poświę­ce­nie im uwagi jest nudne.

Nawyk kate­go­ry­zo­wa­nia i osą­dza­nia naszych prze­żyć zamyka nas w auto­ma­tycz­nych reak­cjach, któ­rych nawet sobie nie uświa­da­miamy i które czę­sto nie mają obiek­tyw­nych pod­staw. Takie osądy nie­rzadko domi­nują nad naszym umy­słem, utrud­nia­jąc odna­le­zie­nie wewnętrz­nego spo­koju czy roze­zna­nia, co się rze­czy­wi­ście dzieje. Można odnieść wra­że­nie, że nasz umysł funk­cjo­nuje jak jo-jo, podą­ża­jąc cały dzień w górę i w dół na sznurku naszych osą­dza­ją­cych myśli. Jeśli taki opis umy­słu nas nie prze­ko­nuje, po pro­stu zwróćmy uwagę przez naj­bliż­sze dzie­sięć minut, jak bar­dzo jeste­śmy pochło­nięci wyda­wa­niem ocen - apro­bata/dezapro­bata - w sto­sunku do wszyst­kiego, co robimy.

Jeśli chcemy zna­leźć sku­tecz­niej­szy spo­sób radze­nia sobie ze stre­sem, naj­pierw musimy uświa­do­mić sobie ist­nie­nie tych auto­ma­tycz­nych osą­dów, byśmy mogli przej­rzeć wła­sne nie­uświa­do­mione uprze­dze­nia i lęki oraz uwol­nić się od ich tyra­nii.

Gdy prak­ty­ku­jemy uważ­ność, powin­ni­śmy roz­po­znać ową osą­dza­jącą wła­ści­wość umy­słu, gdy tylko się poja­wia i przy­jąć szer­szą per­spek­tywę, celowo rezy­gnu­jąc z osą­dza­nia. Przyj­mu­jemy wów­czas postawę bez­stronną, przy­po­mi­na­jąc sobie, byśmy - naj­le­piej, jak potra­fimy - po pro­stu obser­wo­wali, co się dzieje, łącz­nie z naszymi reak­cjami na roz­wój wypad­ków. Gdy orien­tu­jemy się, że nasz umysł znów pogrą­żył się w osą­dza­niu, nie należy go przed tym powstrzy­my­wać, zresztą podej­mo­wa­nie takiej próby byłoby błę­dem. Wystar­czy być świa­do­mym, że to się dzieje. Nie ma potrzeby osą­dzać i dodat­kowo wszystko kom­pli­ko­wać.

Powiedzmy, że prak­ty­ku­jemy obser­wa­cję odde­chu zgod­nie z opi­sem w poprzed­nim roz­dziale - wró­cimy zresztą do tego ćwi­cze­nia w znacz­nie szer­szym zakre­sie w roz­dziale następ­nym. Może się zda­rzyć, że w pew­nej chwili usły­szymy w swo­jej gło­wie coś w rodzaju: "Ale nudy" albo "Nic z tego nie będzie", albo "Nie dam rady". To osądy. Kiedy poja­wiają się w umy­śle, bar­dzo ważne jest, byśmy je roz­po­znali, przy­po­mnieli sobie, że prak­tyka wiąże się z zawie­sze­niem osą­dza­nia, a potem po pro­stu kon­ty­nu­owali obser­wa­cję wszyst­kiego, co się poja­wia, włącz­nie z wła­snymi osą­dza­ją­cymi myślami - bez podą­ża­nia za nimi czy wpły­wa­nia na nie w jaki­kol­wiek spo­sób. Następ­nie z pełną świa­do­mo­ścią pod­dajmy się ryt­mowi odde­chu.

2. Cier­pli­wość

Cier­pli­wość jest obja­wem mądro­ści. Uka­zuje nasze zro­zu­mie­nie i akcep­ta­cję tego, że cza­sem wypadki toczą się zgod­nie z ich wła­snym zega­rem. Dziecko może sta­rać się pomóc poczwarce motyla wydo­stać się z kokonu. Dla motyla jed­nak zwy­kle koń­czy się to źle. Każdy doro­sły wie, że motyl może wydo­stać się z kokonu tylko we wła­ści­wej chwili i że nie można tego przy­śpie­szyć.

W podobny spo­sób, gdy prak­ty­ku­jemy uważ­ność, pie­lę­gnu­jemy cier­pli­wość wobec wła­snego umy­słu i ciała. Celowo przy­po­mi­namy sobie, że nie ma powodu do znie­cier­pli­wie­nia, gdy odkry­wamy, że nasz umysł cią­gle coś osą­dza albo jeste­śmy spięci, roz­draż­nieni lub prze­stra­szeni, albo mimo prak­ty­ko­wa­nia przez jakiś czas nie odno­to­wa­li­śmy żad­nych postę­pów. Zosta­wiamy sobie prze­strzeń na takie doświad­cze­nia. Dla­czego? Bo i tak są! Kiedy się poja­wiają, stają się czę­ścią naszej rze­czy­wi­sto­ści, są czę­ścią naszego życia toczą­cego się wła­śnie w tym momen­cie. Trak­tu­jemy więc sie­bie z taką samą cier­pli­wo­ścią, jak potrak­to­wa­li­by­śmy motyla. Dla­czego mamy gnać przez jedne chwile, by dotrzeć do innych, tych "lep­szych"? W końcu każda z nich jest chwilą naszego życia wtedy, gdy upływa.

Kiedy podej­mu­jemy prak­tykę bycia w taki spo­sób, z pew­no­ścią odkry­jemy, że umysł ma swój "wła­sny rozum". W roz­dziale 1 była już mowa o tym, że jed­nym z ulu­bio­nych zajęć umy­słu są wędrówki po prze­szło­ści i przy­szło­ści oraz zatra­ce­nie się w myśle­niu. Nie­które myśli są przy­jemne, inne bole­sne i wywo­łu­jące nie­po­kój. W obu przy­pad­kach myśle­nie z dużą siłą prze­ciąga naszą świa­do­mość na swoją stronę, przy­ćmie­wa­jąc ją. Przez więk­szość czasu nasze myśli tłu­mią dozna­nie obec­nej chwili. Mogą spra­wić, że cał­ko­wi­cie stra­cimy kon­takt z teraź­niej­szo­ścią.

Cier­pli­wość może być zba­wienna zwłasz­cza wtedy, gdy umysł jest wzbu­rzony. Może nam pomóc zaak­cep­to­wać tę skłon­ność umy­słu do wędró­wek, przy­po­mnieć, że nie musimy być pochło­nięci tymi mean­drami. Prak­ty­ko­wa­nie cier­pli­wo­ści przy­po­mina nam, że bogac­two chwil nie polega na wypeł­nia­niu ich aktyw­no­ścią czy jesz­cze więk­szą dawką myśle­nia. W rze­czy­wi­sto­ści cier­pli­wość uzmy­sła­wia nam, że jest wręcz odwrot­nie. Cier­pli­wość ozna­cza po pro­stu cał­ko­witą otwar­tość wobec każ­dej chwili, akcep­to­wa­nie jej w pełni, ozna­cza wie­dzę, że tak samo jak poczwarka motyla wszystko może roz­wi­jać się tylko we wła­snym tem­pie.

3. Umysł począt­ku­ją­cego

Bogac­two doświad­cza­nia chwili obec­nej jest bogac­twem samego życia. Zbyt czę­sto pozwa­lamy naszemu myśle­niu i prze­ko­na­niom prze­sła­niać nam widze­nie rze­czy w ich praw­dzi­wej postaci. Zanie­dbu­jemy to, co zwy­czajne, i nie potra­fimy uchwy­cić nad­zwy­czaj­no­ści zwy­czaj­no­ści. Aby dostrzec bogac­two chwili obec­nej, musimy pie­lę­gno­wać postawę zwaną "umy­słem począt­ku­ją­cego"; to nasta­wie­nie umy­słu, który jest gotowy widzieć wszystko, jakby widział to po raz pierw­szy.

Podej­ście takie będzie szcze­gól­nie ważne, gdy podej­miemy for­malną prak­tykę medy­ta­cji opi­saną w następ­nych roz­dzia­łach. Bez względu na ćwi­czoną tech­nikę, ska­no­wa­nie ciała, medy­ta­cję na sie­dząco czy jogę, możemy posta­no­wić, że za każ­dym razem wple­ciemy w nią nasz umysł począt­ku­ją­cego, by uwol­nić się od ocze­ki­wań opar­tych na minio­nych doświad­cze­niach. Otwarty umysł, umysł "począt­ku­ją­cego" pozwala nam zacho­wać chłon­ność wobec nowych moż­li­wo­ści i nie pozwala, byśmy utknęli w kole­inach wła­snych kom­pe­ten­cji, zbu­do­wa­nych czę­sto na prze­ko­na­niu, że wiemy wię­cej niż w rze­czy­wi­sto­ści. Żadna chwila nie jest taka sama jak inna. Każda jest wyjąt­kowa i każda kryje w sobie wyjąt­kowe moż­li­wo­ści. Umysł począt­ku­ją­cego przy­po­mina nam tę pro­stą prawdę.

Możemy posta­rać się pie­lę­gno­wać umysł począt­ku­ją­cego na co dzień w for­mie eks­pe­ry­mentu. Gdy następ­nym razem zoba­czymy kogoś zna­jo­mego, zadajmy sobie pyta­nie, czy widzimy tę osobę "na świeżo", a więc zgod­nie z tym, jak ona rze­czy­wi­ście się obja­wia, czy może widzimy jedy­nie odbi­cie wła­snych myśli i uczuć. Wypró­bujmy to ćwi­cze­nie na swo­ich dzie­ciach, part­ne­rze, przy­ja­ciółce, kole­gach z pracy, a nawet na psie albo kocie. Spró­bujmy tego, gdy poja­wiają się pro­blemy, gdy prze­by­wamy na łonie natury. Czy potra­fimy widzieć niebo, gwiazdy, drzewa, wodę i skały takimi, jakimi są w tej chwili, widzieć z kla­row­nym i "nie­za­śmie­co­nym" umy­słem? Czy może widzimy je tylko poprzez zasłonę swo­ich myśli, opi­nii i emo­cji?

4. Ufność

Roz­wi­nię­cie ele­men­tar­nej wiary w sie­bie i swoje uczu­cia to inte­gralna część tre­ningu medy­ta­cji. Dużo lepiej zaufać swo­jej intu­icji i swo­jemu wła­snemu auto­ry­te­towi - nawet jeśli zda­rzają nam się "pomyłki" na ścieżce - niż zawsze poszu­ki­wać rady gdzie indziej. Gdy w danej chwili coś wydaje się nie w porządku, dla­czego masz nie usza­no­wać swo­ich uczuć? Dla­czego miał­byś obni­żać ich war­tość albo je igno­ro­wać jako nie­ważne tylko dla­tego, że jakiś auto­ry­tet czy grupa ludzi mówi albo myśli co innego? Ufność w sie­bie, we wła­sną pod­sta­wową mądrość i dobroć, jest bar­dzo ważna we wszyst­kich aspek­tach prak­tyki medy­ta­cyj­nej. Będzie ona szcze­gól­nie istotna w przy­padku jogi. Prak­ty­ku­jąc jogę, będziesz musiał sza­no­wać swoje odczu­cia, bo ciało będzie pod­po­wia­dało, byś się zatrzy­mał albo zre­zy­gno­wał z jakie­goś ćwi­cze­nia. Jeśli nie będziesz słu­chał, możesz po pro­stu zro­bić sobie krzywdę.

Nie­któ­rzy medy­tu­jący są tak prze­jęci repu­ta­cją i auto­ry­te­tem swo­ich nauczy­cieli, że nie sza­nują wła­snych uczuć i intu­icji. Są prze­ko­nani, że nauczy­ciel jest osobą znacz­nie mądrzej­szą i bar­dziej zaawan­so­waną, więc sądzą, że powinni ota­czać go czcią jako wzór dosko­na­łej mądro­ści, a także bez waha­nia robić dokład­nie to, co im kazano. Taka postawa stoi w sprzecz­no­ści z duchem medy­ta­cji - z byciem sobą oraz rozu­mie­niem, co to zna­czy. Gdy ślepo naśla­du­jemy - nie­ważne kogo - zmie­rzamy w złym kie­runku.

Sta­nie się kimś na podo­bień­stwo innej osoby jest nie­moż­liwe. Jedyną nadzieją jest być sobą jesz­cze peł­niej. To przede wszyst­kim powód, by prak­ty­ko­wać medy­ta­cję. Nauczy­ciele, książki, płyty CD i apli­ka­cje mogą słu­żyć jedy­nie jako pomoce, wska­zówki i suge­stie. Zacho­wa­nie otwar­to­ści i chłon­nego umy­słu, który będzie potra­fił uczyć się z innych źró­deł, jest ważne, ale osta­tecz­nie cią­gle musimy żyć wła­snym życiem, każdą jego chwilą. Prak­ty­ku­jąc uważ­ność, prak­ty­ku­jemy odpo­wie­dzial­ność za bycie sobą i ucze­nie się, jak ufać wła­snemu ist­nie­niu. Im bar­dziej pie­lę­gnu­jemy w sobie tę ufność, tym łatwiej będzie nam pokła­dać więk­szą ufność w innych ludziach, tym łatwiej też dostrze­żemy w nich ich wła­sną pod­sta­wową dobroć.

5. Bez­wy­sił­ko­wość

Nie­mal wszyst­kie nasze dzia­ła­nia mają na celu, byśmy coś zdo­byli lub gdzieś dotarli. W medy­ta­cji taka postawa jest praw­dziwą prze­szkodą. Bo medy­ta­cja różni się od wszyst­kich innych form ludz­kiej aktyw­no­ści. Choć wymaga sporo pracy i ener­gii, osta­tecz­nie jest nie-dzia­ła­niem. Nie ma w niej innego celu, niż być sobą. Iro­nia polega na tym, że sobą już jeste­śmy. Brzmi to para­dok­sal­nie i tro­chę dziw­nie. Jed­nak para­doks ten i swego rodzaju sza­leń­stwo może wska­zać nowy spo­sób widze­nia sie­bie, pole­ga­jący na tym, by mniej pró­bo­wać, a bar­dziej być. Wynika to ze świa­do­mego pie­lę­gno­wa­nia bez­wy­sił­ko­wego podej­ścia.

Na przy­kład gdy sia­damy do medy­ta­cji, myśląc: "Teraz cał­ko­wi­cie się zre­lak­suję albo osią­gnę oświe­ce­nie, albo opa­nuję ból, albo stanę się lep­szą osobą", wpro­wa­dzamy do umy­słu kon­cep­cję, co należy osią­gnąć, a razem z nią poja­wia się zało­że­nie, że nie wszystko jest z nami w porządku w tej chwili. "Gdy­bym tylko stał się bar­dziej wyci­szony, inte­li­gent­niej­szy, cię­żej pra­co­wał albo był bar­dziej taki czy inny, gdyby tylko moje serce było zdrow­sze, gdyby moje kolano było w lep­szym sta­nie, wtedy byłoby ze mną wszystko w porządku. Ale tak nie jest".

Takie podej­ście nie sprzyja roz­wi­ja­niu uważ­no­ści, która polega na zwy­kłym anga­żo­wa­niu uwagi w bie­żące zda­rze­nia. Jeśli czu­jemy napię­cie, po pro­stu skie­rujmy uwagę na to dozna­nie. Jeśli doskwiera nam ból, bądźmy z tym bólem naj­le­piej, jak potra­fimy. Kiedy kry­ty­ku­jemy sie­bie, obser­wujmy dzia­ła­nie osą­dza­ją­cego umy­słu. Po pro­stu przy­glą­dajmy się. Pamię­tajmy, że powin­ni­śmy pozwa­lać, aby wszystko, czego doświad­czamy w każ­dej kolej­nej chwili, było obecne; cokol­wiek to jest - i tak już się poja­wiło. Ta prak­tyka to zachęta, by to przy­jąć i utrzy­mać w świa­do­mo­ści. Nie ma potrzeby cze­goś z tym robić.

Pacjenci tra­fiają do Kli­niki Reduk­cji Stresu skie­ro­wani przez leka­rzy albo sami nas odnaj­dują, ponie­waż w ich życiu dzieje się coś nie­po­ko­ją­cego. W cza­sie pierw­szej wizyty pro­simy ich, by okre­ślili trzy cele, które chcą osią­gnąć w ramach pro­gramu. Następ­nie, czę­sto ku ich zasko­cze­niu, zachę­camy, by w ciągu następ­nych ośmiu tygo­dni nie sta­rali się doko­nać jakich­kol­wiek postę­pów w związku z tymi celami. Zwłasz­cza gdy celem jest obni­że­nie ciśnie­nia krwi, zmniej­sze­nie bólu czy lęku, pacjent otrzy­muje instruk­cję, by nie pró­bo­wał obni­żać ciśnie­nia, nie pró­bo­wał pozbyć się bólu czy lęku, lecz po pro­stu trwał w chwili obec­nej, prze­strze­ga­jąc wska­zó­wek doty­czą­cych danej tech­niki medy­ta­cyj­nej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Kli­nika została zało­żona, by słu­żyć szpi­ta­lowi jako swego rodzaju siatka ase­ku­ra­cyjna, by wyła­py­wać osoby wpa­da­jące w luki sys­temu opieki zdro­wot­nej. Jej zada­niem było rów­nież skło­nie­nie takich pacjen­tów, aby w uzu­peł­nie­niu tera­pii oraz zabie­gów sto­so­wa­nych przez leka­rzy i per­so­nel medyczny sami zro­bili coś dla swo­jego zdro­wia. Obec­nie dawne luki w sys­te­mie zamie­niły się w praw­dziwe czarne dziury. Poważne zarzuty co do obec­nego stanu naszego sys­temu opieki zdro­wot­nej (w rze­czy­wi­sto­ści opieki cho­rej) oraz argu­menty na rzecz prze­kształ­ce­nia go w sys­tem bar­dziej zorien­to­wany na pacjenta w opar­ciu o podej­ście holi­styczne, zawiera zre­ali­zo­wany w 2013 r. przez CNN doku­ment pt. Escape Fire. [wróć]

Czy­tel­nik znaj­dzie obja­śnie­nie tego wyra­że­nia we wpro­wa­dze­niu. [wróć]

Kil­ling­sworth M.A., Gil­bert D.T., A wan­de­ring mind is an unhappy mind, "Science", 2010; s. 330-932. [wróć]

"Harvard Busi­ness Review", sty­czeń-luty 2012, s. 88. [wróć]

Hölzel B.K., Car­mody J., Van­gel M., Con­gle­ton C., Yer­ram­setti S.M., Gard T., Lazar S.W., Mind­ful­ness prac­tice leads to incre­ases in regio­nal brain gray mat­ter den­sity, "Psy­chia­try Rese­arch: Neu­ro­ima­ging", 2010, doi:10.1016/j.psy­chre­sns.2010.08.006; Hölzel B.K., Car­mody J., Evans K.C., Hoge E.A., Dusek J.A., Mor­gan L., Pit­man R., Lazar S.W., Stress reduc­tion cor­re­la­tes with struc­tu­ral chan­ges in the amyg­dala, "Social Cogni­tive and Affec­tive Neu­ro­scien­ces Advan­ces", 2010;5(1):11-17. [wróć]

Farb N.A.S., Segal Z.V., May­berg H., Bean J., McKeon D., Fatima Z., Ander­son A.K., Atten­ding to the pre­sent: mind­ful­ness medi­ta­tion reve­als distinct neu­ral modes of sel­fre­fe­rence, "Social Cogni­tive and Affec­tive Neu­ro­science", 2007;2:313-322. [wróć]

Rosen­kranz M.A., David­son R.J., Mac­Coon D.G., She­ri­dan J.F., Kalin N.H., Lutz A., A com­pa­ri­son of mind­ful­ness-based stress reduc­tion and an active con­trol in modu­la­tion of neu­ro­ge­nic inflam­ma­tion. "Brain, Beha­vior, and Immu­nity", 2013;27:174-184. [wróć]

Kabat-Zinn J., Whe­eler E., Light T., Skil­lings A., Scharf M., Cro­pley T.C., Hosmer D., Bern­hard J., Influ­ence of a mind­ful­ness-based stress reduc­tion inte­rven­tion on rates of skin cle­aring in patients with mode­rate to severe pso­ria­sis under­go­ing pho­to­the­rapy (UVB) and pho­to­che­mo­the­rapy (PUVA). "Psy­cho­so­ma­tic Medi­cine", 1998;60: 625-632. [wróć]

David­son R.J., Kabat-Zinn J., Schu­ma­cher J., Rosen­kranz M.A., Mul­ler D., San­to­relli S.F., Urba­now­ski R., Har­ring­ton A., Bonus K., She­ri­dan J.F., Alte­ra­tions in brain and immune func­tion pro­du­ced by mind­ful­ness medi­ta­tion, Psy­cho­so­ma­tic Medi­cine, 2003;65:564- 570. [wróć]

Cre­swell J.D., Irwin M.R., Bur­klund L.J., Lie­ber­man M.D., Are­valo J.M.G., Ma J., Breen E.C., Cole S.W., Mind­ful­ness-Based Stress Reduc­tion tra­ining redu­ces lone­li­ness and pro­in­flam­ma­tory gene expres­sion in older adults: A small ran­do­mi­zed con­trol­led trial. "Brain, Beha­vior, and Immu­nity", 2012;26:1095- 1101. [wróć]