Wprowadzenie
Pojawiłem się w Ameryce po raz pierwszy jeszcze jako student Akademii
Sztuk Pięknych w Warszawie. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat. Na ulicy
Nowy Świat w biurze podróży Cook Travel Office kupiłem za sto dolarów
ważny przez dwa miesiące bilet, upoważniający mnie do podróżowania z przystankami i przesiadkami autokarami linii Greyhound po terenie Stanów
Zjednoczonych i Kanady. Wylądowałem w Nowym Jorku i rozpocząłem moją
podróż na Zachód. Poruszałem się po mapie zygzakiem, starając się
zwiedzić jak najwięcej ciekawych miejsc. W ten sposób dotarłem do Los
Angeles, nie podejrzewając nawet, że w niedalekiej przyszłości to
miejsce stanie się moim przeznaczeniem. Z Los Angeles wróciłem samolotem
do Polski. Został mi ostatni rok studiów, rok dyplomowy.
Rok później, tydzień po zrobieniu dyplomu, wróciłem do Stanów razem z moim najlepszym przyjacielem, z którym już wcześniej podróżowałem po
świecie. Skończyłem studia, czekała mnie bliżej nieokreślona przyszłość.
Chyba "zaraziłem" mojego kumpla opowieściami z mojej zeszłorocznej
podróży po Ameryce, bo nie mając innych pomysłów na wakacje, dałem się
namówić na kolejny wyjazd, tym bardziej że miał on znajomych, których
mogliśmy odwiedzić, w Nowym Jorku i Chicago.
Wakacje przedłużyły nam się do tego stopnia, że doczekaliśmy w Ameryce
13 grudnia 1981 roku.
Oglądając w chicagowskiej telewizji rosyjskie czołgi na granicy z Polską, postanowiłem poczekać i zobaczyć, jak rozwinie się ta sytuacja.
Miałem świadomość, że jako jedyny z rodziny przebywam poza krajem i że
fakt ten może się w przyszłości okazać pomocny moim najbliższym w Polsce. I tak też się stało.
W miarę możliwości, jakie wtedy miałem, a były one bardzo ograniczone,
starałem się ich wspierać. Oni też rozumieli, że choć i mnie w tym
okresie nie było łatwo, to jednak dobrze się stało, że byłem poza
krajem.
Mój powtórny przyjazd do Stanów Zjednoczonych nie miał podłoża
politycznego ani ekonomicznego, przyjechałem tutaj na wakacje i nim
powrót do kraju zrobił się możliwy, już trochę się tutaj zadomowiłem. Po
prawie rocznym pobycie w Chicago zamieszkałem w Kalifornii, początkowo w Santa Ana, potem w Huntington Beach i Newport Beach, aż osiadłem w Los
Angeles. Ożeniłem się, kupiłem dom i urodziła mi się córeczka.
Dzisiaj, po ponad czterdziestu latach, w wywiadach, jakich czasem
udzielam, żartuję, że nie wiem, czy nadal jestem tutaj na wakacjach, czy
już na stałe.
Moja artystyczna przygoda trwała oczywiście już od studiów. W Kalifornii
zaczynałem od malowania reklam na wielkich bilboardach stojących przy
autostradach. Potem byłem naczelnym - bo jedynym - projektantem w firmie
dość prężnej, budującej i instalującej na budynkach napisy z neonów,
świecące liternictwo i znaki firmowe, elektroniczne reklamy, duże,
wolnostojące znaki reklamowo-informacyjne. Aż nadszedł czas odmiany...
Miałem ukończone wyższe studia artystyczne (wydział Architektury Wnętrz)
i fach w ręku. Postanowiłem pójść własną drogą. Malarstwo było
podstawowym przedmiotem na Akademii Sztuk Pięknych, nawet na wydziale
Architektury Wnętrz, a ponieważ miałem dodatkowo przeszkolenie z rysunku
architektonicznego na politechnice, często rysowałem i malowałem dla
własnej przyjemności. Ponieważ lubię zwierzęta, często przewijały się
one w mojej twórczości, szczególnie konie. Jako licealista uprawiałem
jeździectwo w klubie jeździeckim na Służewcu w Warszawie.
Nowy Jork, pierwsze dni pobytu w Stanach.
Od lewej strony Artur Okuniewski i ja - Zbigniew Nyczak
Hollywood Park, niewierny miliarder i dżokej wszech czasów
Pewnego dnia w towarzystwie kalifornijskich Szwedek, koleżanek mojej
żony, które przyjechały do Hollywood w poszukiwaniu bogatych mężów
(miały ułatwione zadanie ze względu na tytuły Miss Szwecji), pojawił się
pośrednik i doradca do spraw zakupu koni wyścigowych dla elit
pasjonujących się tym sportem Irlandczyk Billy McDonald.
Był to mężczyzna w średnim wieku i średniego wzrostu. Rudawy blondyn o pucułowatej twarzy, w garniturze o nieładnym odcieniu brązu. Był to
prosty człowiek i takież miał maniery. Nie bardzo pasował do urodziwych
Szwedek. Był jednak serdeczny i w swojej prostocie prawdziwy. Kiedy
dowiedział się, kim jestem, i zobaczył kilka moich szkiców koni,
poprosił mnie o namalowanie portretu konkretnego konia. Tak też
zrobiłem. Podejrzewam, że obraz ten posłużył mu do przeprowadzenia
jakiejś konnej transakcji.
Billy odwdzięczył mi się, wprowadzając mnie w towarzystwo ludzi
zarządzających wyścigami konnymi w Hollywood Park, uznanym wtedy za
najpiękniejszy obiekt wyścigowy w Ameryce Północnej. Okazało się, że
Billy jest jednym z największych ekspertów w swojej dziedzinie.
Wszyscy w Hollywood Park wiedzieli, kim jest Billy McDonald.
Pośredniczył on w handlu końmi - od amerykańskich hodowców poprzez
brytyjską rodzinę królewską do szejków z Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu.
Poza tym grał na wyścigach i prawie zawsze wygrywał. Mówiono, że urodził
się w stajni i dlatego umie rozmawiać z końmi. Miał ten dodatkowy zmysł.
Od małego, gdzieś tam w Irlandii, wychowywał się razem z tymi
zwierzętami. Powodziło mu się dobrze. Jak Billy'go nie było na
wyścigach, to znaczyło, że pływał ze swoimi klientami ich jachtem po
Morzu Śródziemnym.
Hollywood Park Race Track, choć ulokowany w innej części Los Angeles niż
Hollywood, zawdzięczał swoją nazwę gwiazdom filmowym, które często
bywały na wyścigach koni, co było wtedy niezwykle popularne i modne, a także studiom filmowym jak Warner Bros, Walt Disney czy
Metro-Goldwyn-Mayer, które miały udział w powstaniu tego obiektu.
Podczas drugiej wojny światowej służył on jako magazyn broni i sprzętu
wojskowego, głównie dla lotnictwa. Po wojnie podupadł i dopiero w latach
pięćdziesiątych odnowił swoją działalność.
W Hollywood Park miała swoje biura organizacja charytatywna, której
celem było niesienie pomocy rodzinom dżokejów w razie utraty ich zdrowia
wskutek nieszczęśliwego wypadku lub utraty życia. Była to Fundacja
Shoemakera. Kim był William Shoemaker, zwany Billem lub Shoe, opowiem za
chwilę.
Szefem tej fundacji i dyrektorem wykonawczym był przesympatyczny
Amerykanin serbskiego pochodzenia, Rod Pitts. Był to mój pierwszy
kontakt zawodowy poznany na wyścigach, który dość szybko zamienił się w przyjaźń i zaowocował latami współpracy. To on wprowadził mnie w sieć
układów i znajomości, które panowały w Hollywood Park, czego owocem były
serie wystaw moich obrazów, urządzanych prawie każdego sezonu konnych
gonitw. Zostałem zaakceptowany jako swój. Moje wystawy miały miejsce w Turf Club.
Trybuny, z których oglądało się gonitwy, były podzielone na sektory.
Panowała segregacja. Na parter można było wejść, kupując bilet za dwa
dolary, do którego jeszcze dorzucano darmowego hot-doga. Każde kolejne
piętro zamieniało się w coraz droższe i elegantsze miejsce. Ogólna
liczba gości mieszczących się na trybunach wynosiła trzydzieści tysięcy.
Na samej górze tej piramidy, z najlepszą widocznością torów wyścigowych,
mieścił się Turf Club.
Było to niezwykle eleganckie, ekskluzywne i elitarne miejsce, gdzie
można było dostać się tylko dzięki zaproszeniu. W związku z tym
przebywali tam głównie właściciele koni, trenerzy, biznesmeni związani z tym sportem i hodowlą oraz goście: celebryci, aktorzy i aktorki, znani
sportowcy, politycy, którzy zawsze byli tam mile widziani ze względów
oczywistych. Podnosili prestiż establishmentu.
Przy wejściu gości witały hostessy, był open bar z najwyższej jakości
trunkami, bufet z wyszukanymi daniami, jak na przykład kawior czy
homary. Wszystko za darmo, na koszt gospodarza - właściciela Hollywood
Park, człowieka o nazwisku R.D. Hubbard. Oczywiście obowiązywały
eleganckie stroje. Była ukryta winda, która woziła wtajemniczonych gości
prosto do klubu. Winda ta mogła zjechać prosto na padok, gdzie dżokeje
przygotowywali swoje konie tuż przed wyjściem na tor. Można było
przyjrzeć im się z bliska.
Tam właśnie, w Turf Club, początkowo dzięki poparciu Fundacji Shoemakera
i jego szefa Roda Pittsa, a później, kiedy byłem już rozpoznawalnym
artystą, z zamiłowaniem rozwieszałem swoje obrazy o tematyce koni
wyścigowych i wyścigów. Okazało się, że zarówno moje obrazy, jak i ja
sam staliśmy się swoistymi atrakcjami tego miejsca. Poznałem tam wielu
wpływowych ludzi. Miałem pewną taktykę. Było nią przychodzenie do klubu
codziennie podczas trwania mojej wystawy, czyli przez cały sezon
wyścigów. Ponieważ wystawa przyciągała zainteresowanych, miałem
ułatwioną możliwość zawierania znajomości. W skrócie odbywało się to
tak: kiedy w Turf Club pojawiał się jakiś celebryta, sławny aktor lub
aktorka, w ramach dodatkowej atrakcji byli prowadzeni do mnie, gdzie
prezentowałem swoją twórczość. Na ogół nawiązywała się miła rozmowa,
która czasami przenosiła się do baru, gdzie przy butelce szampana Dom
Perignon miała swoją kontynuację. Aktorzy lubią artystów i vice versa.
I tak siedząc codziennie w barze, pilnując się skutecznie, aby zachować
trzeźwość umysłu, a także reprezentować w godny sposób własną twórczość,
poznałem wiele ciekawych osób, interesujących końskich historii, układów
i układzików, zasad gier towarzyskich i biznesowych.
Stąd między innymi wzięły się moje późniejsze wyjazdy na zaproszenie
prezentacji moich "końskich" obrazów w Nowym Jorku, Kentucky czy Dubaju.
Poznałem ten konny biznes od podszewki.
Malowałem, sprzedawałem, przyjmowałem zlecenia. Hazard mnie nie
wciągnął, ponieważ nie grałem. Może postawiłem kilka razy na gonitwę,
aby zdobyć jakieś nowe doświadczenie i dla zabawy. Moja gra była
wygrana, kiedy hodowca konia obiecał mi, że jeśli koń z jego stajni,
biorący właśnie udział w wyścigu, wygra, to namaluję jego portret (konia
oczywiście). To był mój hazard. Hodowcy byli tak zakochani w swoich
ulubionych koniach, że mówiono o nich, iż prędzej zamówią portret konia
niż portret własnej żony.
Właścicielem Hollywood Park Racetrack był R.D. Hubbard. Nikt dokładnie
nie wiedział, co znaczyły litery RD. Domyślano się, że były to pierwsze
litery jego imion (Randall Dee), i zawsze mówiono o nim R.D.
Był to człowiek po pięćdziesiątce, który odniósł wielki sukces
finansowy. Urodzony w Kansas, zaczynał jako chłopak w małym rodzinnym
biznesie, gdzie produkowano i przechowywano lód, a skończył jako
miliarder. Był właścicielem firmy produkującej szklane okna-ściany do
budowy wieżowców. Stał na czele kilku torów wyścigów konnych, a także
wielu korporacji i kompanii jako ich główny beneficjent. Nigdy nie można
było się do niego dostać, choć biura, z których zarządzał, miał na
miejscu. Trudno było się przebić przez jego asystentki i sekretarzy.
Zawsze był otoczony świtą towarzyszących mu pracowników. Pamiętam, jak
kiedyś i ja znalazłem się w tej grupie. Przechodząc z budynku wyścigów
do kasyna, które wybudował na swoim terenie, przystanął na chwilę, gdyż
na eleganckim chodniku zauważył wdeptaną gumę do żucia. Wygłosił jakiś
komentarz i poszliśmy dalej. Kiedy po dwudziestu minutach wracaliśmy,
gumy już nie było, a chodnik lśnił czystością w blasku słońca. Był
wyrocznią i bogiem, wszystkim rządził i o wszystkim decydował.
Był dobrym gospodarzem i świetnym biznesmenem, o czym mogły świadczyć
jego pozycja, konto bankowe i zgromadzony majątek. Hollywood Park za
jego panowania osiągnął czas swojej największej świetności. To on
wprowadził jako innowację wieczorne gonitwy w piątki i soboty, które
poprzedzone były koncertami znanych grup rockowych lub piosenkarzy. To
on zadbał o to, żeby tereny otaczające trybuny wyglądały jak egzotyczny
park. To on pośrodku toru wyścigowego kazał stworzyć dla przyjemności
oka jeziorka z wodospadami, gdzie wpuścił wodne ptactwo włącznie z różowymi flamingami. To on wybudował kasyno na terenie, który
przynależał do Hollywood Park.
Tak na marginesie, to ja byłem projektantem ogromnych
dziesięciometrowych świecących liter CASINO, ułożonych na dachu kasyna
tak, aby pasażerowie lecący samolotami na LAX, lotnisko w Los Angeles,
mieli możliwość zauważenia reklamy tego miejsca. To była jedna z moich
ostatnich prac w firmie reklamowej, w której uprzednio pracowałem.
Przypadek?
R.D. Hubbard był też człowiekiem sztuki. Był założycielem The Hubbard
Museum of American West w Ruidoso Downs, w Nowym Meksyku, gdzie swój dom
i gdzie pomieszkiwał ze swoją żoną. Kiedyś nawet przeprowadził całą
akcję pokazania swoich zbiorów w Rosji, chyba za czasów Gorbaczowa.
Pokazał Rosjanom Dziki Zachód, Indian i kowbojów.
Innym razem kazał zorganizować wystawę prominentnych artystów
uprawiających sztukę nazywaną "Western American art" w salach
konferencyjnych wspomnianego już kasyna. Ściany tych sal były ruchome,
tak że można było dokonać dowolnej aranżacji ich ustawienia w celu
uporządkowania prezentacji obrazów.
Pojawiły się znakomite dzieła tego gatunku i ich twórcy, znane nazwiska.
Było ustawionych kilka barów z wybornymi alkoholami, przygrywał zespół
jazzowy, przy każdym obrazie stała hostessa opowiadająca o danym dziele
zainteresowanym. To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że pojawiło się
wielu osobników jakby obcych, spoza grona stałych bywalców. Nosili oni
kowbojskie kapelusze i buty, marynarki w stylu western. Patrzyli na
obrazy, ale jakby ich nie widzieli, byli czymś zaabsorbowani.
Zrozumiałem to dopiero później. Byli to ludzie z różnych korporacji,
których szefem był Hubbard. Zjechali się z Arizony, Nowego Meksyku czy
Teksasu na zaproszenie swojego bossa patronującego wystawie, z której
zyski postanowił przekazać na cele charytatywne. Oni mieli mu zapewnić
sukces przedsięwzięcia. Zaczęli kupować. Uczestniczyłem w różnych
wystawach, ale żeby dziewięćdziesiąt procent stanu zostało zakupione
podczas wernisażu, to zdarza się tylko w filmach.
Byli to wysoko ustawieni decydenci różnych korporacji, których - jak już
wspomniałem - szefem był Hubbard. Zapewne oczekiwali oni wizyty szefa w sprawach biznesowych, nie zawsze wystarczająco usatysfakcjonowanego z ich działań. I kiedy patrzyli na obrazy, zastanawiali się, który i za
ile kupić, aby przy nadchodzącym spotkaniu z szefem za bardzo mu nie
podpaść, szczególnie jeżeli mógł mieć powody, aby niezupełnie być
zadowolonym z wyników ich pracy. A obrazy były drogie. Od stu
pięćdziesięciu tysięcy dolarów do pół miliona. Poprawiali kapelusze,
drapali się w głowę, ale wyjmowali książeczki czekowe i wypisywali
czeki. Im większy problem w korporacji, tym droższy obraz. Żałuje, że
uczestniczyłem w tej wystawie jako gość, a nie jako artysta.
Hubbarda poznałem podczas mojej pierwszej wystawy. Przyszedł zobaczyć
obrazy. Ubrany wtedy byłem w piękny wełniany czarny garnitur w białe
prążki a la Al Capone z lat dwudziestych.
Kiedy Hubbard mnie zobaczył, przeżył zaskoczenie. Przyglądał mi się
badawczo przez sekundę. Był to moment, który zapamiętałem. Dopiero
później zrozumiałem jego błyskotliwą reakcję, kiedy któregoś dnia
zauważyłem kilku facetów zmierzających do jego biura. Wyglądali
dokładnie tak jak bohaterowie filmu Ojciec chrzestny. Nie chcę wdawać
się w szczegóły, ale wydaje mi się, że przy tak dużym biznesie
hazardowym i przepływie ogromnej gotówki miejsce takie ma swoje
tajemnice, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.
Garnitur pochodził z Mody Polskiej, kupił mi go w prezencie mój brat
podczas mojej wizyty w Warszawie.
Żona Hubbarda, Joan Dale McLain, była przystojną, wysoką, ładną
brunetką, zawsze bardzo gustownie ubraną. Robiła dobre wrażenie, miała
klasę. Nie znam się na damskiej modzie, ale ona zawsze wyróżniała się
wśród innych pań tą swoją elegancją, popartą zapachem pieniędzy. W jej
wyglądzie widać było dobrobyt, w jakim tkwiła.
Hubbard miał kochankę. Specjalnie się z tym nie ukrywał. Pamiętam, jak
na jednym z bali, które organizowała Fundacja Shoemakera, a której
prezesem był sam Hubbard, doszło do ciekawej sytuacji. Na początku balu
Hubbard przebywał w towarzystwie swojej żony, która w niedługim czasie
zniknęła. Okazało się, że Hubbard wysłał ją ich prywatnym samolotem do
domu do Ruidoso Downs w Nowym Meksyku. Ten sam samolot zdążył wrócić
przed końcem balu, przywożąc jego kochankę. Kochanka dobrego wrażenia
nie robiła, ale widocznie miała ukryte zalety.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki