Prolog
Karolina
Wielu spośród jej znajomych marzyło o tym, by obchodzić urodziny w maju. Kwiecie ścieli się gdzie okiem sięgnąć, świeża zieleń trawy zachęca, by piknikować bez końca i te zapachy! Bez, konwalie, czeremcha - odurzające aromaty, które pobudzają do szaleństw i wybryków. To wszystko tworzy idealne warunki, by na łonie natury zorganizować najlepszą imprezę. Który osiemnastolatek nie poszedłby na taki scenariusz? A jednak...
Karolina nie chciała żadnej fety z okazji swoich urodzin. Maj, od kiedy sięgała pamięcią, kojarzył się jej jednoznacznie. I to niestety jednoznacznie źle. Owszem, we wczesnym dzieciństwie przeżyła kilka radosnych chwil przy urodzinowym torcie. Może nie tyle pamiętała, co znała z fotografii sceny z udziałem małej Karolci i jej uśmiechniętych rodziców, dumnych jak najokazalsze pawie ze swojej słodkiej dwu-, trzy-, czteroletniej córeczki, swojego oczka w głowie. No właśnie. I tu zaczynają się puste strony w rodzinnym albumie ze zdjęciami. Banalny scenariusz, jaki Marczewskim napisało życie, wydaje się wręcz nieprawdopodobny.
Czwarte urodziny Karoliny miały być niezapomniane. Pierwszy raz na imprezę zaproszone zostały dzieci inne niż te będące członkami rodziny. Obecność koleżanek i kolegów z przedszkola uczyniła to przyjęcie, czwarte w jej krótkim życiu, absolutnie wyjątkowym. Niestety nie był to jedyny element, który sprawił, że nikt z obecnych nigdy nie zapomni tego spotkania.
Tuż po uroczystym pokrojeniu tortu do domu solenizantki miał wkroczyć pracownik firmy eventowej z olbrzymią, kolorową piniatą w kształcie jednorożca. Coś jednak nie wypaliło i atrakcja nie dojechała. Matka Karolci nie mogła pozwolić, by jeden z ważniejszych punktów urodzin nie został zrealizowany. Wsiadła więc w samochód i pognała do siedziby firmy, by osobiście odebrać barwny wór na cukierki i dostarczyć go rozbawionym dzieciakom. To była jednak najgorsza, a na pewno ostatnia decyzja, którą kobieta podjęła. Emocje, pośpiech i niestrzeżony przejazd kolejowy - ta kombinacja okazała się dla Anety Marczewskiej tragiczna w skutkach. A dla jej rodziny stała się początkiem rozkładu, powolnego, cichego umierania. Mała, radosna dziewczynka miała tego dnia zniknąć, rozpłynąć się tak samo nagle, jak radość z urodzinowego przyjęcia; jak mama, która przed chwilą tuliła ją w ciepłych ramionach, a teraz jej po prostu nie było; jak ojciec, dotąd czuły i obecny, który naraz stracił zainteresowanie córką, domem, całym swoim życiem.
Marek
Kiedyś tak bardzo kochał maj. To właśnie w tym najpiękniejszym miesiącu, w którym wszystko budzi się do życia, na świat przyszła jego córka. Przez pierwsze lata jej życia Marek nie potrafił sobie wyobrazić, by kiedykolwiek coś przyćmiło radość, która eksplodowała tamtego dnia w jego sercu. Urodziny Karolinki obchodzili huczniej niż jakiekolwiek inne święta. Dziś już nie potrafił z taką mocą cieszyć się rocznicą jej narodzin. Nie potrafił, od kiedy dzień ten stał się rocznicą podwójną, w której wielkie szczęście miesza się z najgorszą tragedią.
We wspomnieniach Marka nieustannie przewijał się obraz Anety, jego ukochanej żony. Piętnaście wspólnych lat, podczas których nie zważając na szalejące wokół burze, szli ramię w ramię, będąc dla siebie wsparciem i największą miłością. Wiele par przeżywa kryzys, gdy w ich świecie pojawia się dziecko. Oni zdawali się łamać wszelkie schematy, także ten. Gdy urodziła się Karolina mieli wrażenie, że ich relacja weszła na jeszcze głębszy poziom, umocniła się, wręcz scementowała. Mijały lata pełne codziennej rutyny, szarego życia, a oni wciąż z buzującą energią brnęli w przyszłość, starając się widzieć tęczę tam, gdzie inni dostrzegają jedynie gradowe chmury. Wszystko wydawało się układać idealnie, aż podejrzanie zbyt zgodnie z planem, jaki Marek wymyślił na swoje życie, będąc jeszcze nastolatkiem.
Czwarte urodziny małej Karolinki zbzikowani na jej punkcie rodzice urządzili z największą pompą, jaka mogła się pojawić w ich wyobrażeniach. Ozdoby zamawiane przez internet z dwumiesięcznym wyprzedzeniem zapierały dech. Mnóstwo balonów i stoły zastawione kolorowymi, wymyślnymi smakołykami wzbudzały zachwyt wśród zaproszonych dzieciaków, a niejeden rodzic natychmiast prosił o namiary na wykonawcę tych urodzinowych cudów. Wszystko szło świetnie, dopóki nie okazało się, że jedna z najbardziej wyczekiwanych atrakcji popołudnia - rozbijanie wypełnionej słodkościami piniaty - może nie dojść do skutku przez zaniedbanie ze strony dostawcy. Aby nie popsuć przyjęcia Karolinie, rodzice musieli odebrać papierowego jednorożca osobiście z siedziby firmy. Samochód Marka trafił na weekend do warsztatu. Mężczyzna z pewnością by go tam nie oddał, gdyby wiedział, jak tragicznie skończy się ten dzień. Po piniatę pojechała Aneta i niestety miała już nigdy z tego wyjazdu nie wrócić.
Droga do siedziby firmy eventowej w sobotę mogła zająć piętnaście, góra dwadzieścia minut. Razem z odebraniem gadżetu i powrotem żona powinna zamknąć się z podróżą maksymalnie w godzinie. Kiedy więc po dziewięćdziesięciu minutach nie pojawiła się w domu, Marek zaczął się niepokoić. W obniżeniu napięcia nie pomagał wyłączony telefon Anety. Wśród dzieci i rodziców rosło zniecierpliwienie, a maluchy wykazywały nasilające się z chwili na chwilę objawy znudzenia. Coraz bardziej pochmurną atmosferę przerwał dźwięk telefonu. Niestety nie dzwoniła mama solenizantki z przeprosinami za dłuższy poślizg. Gdy Marek odebrał połączenie i usłyszał męski, opanowany głos próbujący potwierdzić jego tożsamość, już wiedział, że ten piękny majowy dzień na zawsze pozostanie w jego pamięci jako największy koszmar. "Pana żona była uczestnikiem wypadku" - to jedno zdanie wystarczyło, by świat Marka zawalił się niczym domek z kart. Wszystko przestało istnieć, nawet najważniejsze sprawy straciły znaczenie. Została tylko olbrzymia czarna dziura, z której od tego dnia nieustannie miała sączyć się rozpacz.
Kacper
Od kiedy sięgał pamięcią, nie miał łatwości w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami. Jakby spojrzeć na jego życie obiektywnie, nie można by dopatrzeć się żadnych powodów takiego problemu. Nikt nie podkopywał jego poczucia własnej wartości. Nikt nie przeszkadzał mu w zdobywaniu świata. Jednak Kacper od lat gdzieś głęboko w sobie czuł niewyjaśnioną obawę. Jakby z tyłu głowy ktoś nieustannie wyświetlał mu neon z napisem "Nie przywiązuj się, bo się rozczarujesz". Jedynymi osobami, z którymi potrafił utrzymywać głębokie relacje, byli jego rodzice. Chociaż w mglistych już wspomnieniach osiemnastolatka pojawiał się cień postaci, z którą czuł jakąś niezrozumiałą, irracjonalną wręcz więź...
Z Karoliną znał się od czasów przedszkolnych. Choć słowo "znał" jest tu nieco przesadzone. Ich drogi skrzyżowały się, kiedy oboje mieli po trzy latka i trafili do tej samej grupy maluchów w jednym z warszawskich przedszkoli. Przez rok niemalże codziennych spotkań dzieci nawiązały bliską relację, a spotkania te coraz częściej z samej placówki przenosiły się do rodzinnych domów. Rodzice obojga wyraźnie znaleźli wspólny język, co sprzyjało podtrzymywaniu relacji na płaszczyźnie prywatnej.
Kontakt Karoliny i Kacpra urwał się nagle. Od dnia, kiedy przyjęcie urodzinowe dziewczynki zbombardowała wieść o tragicznej śmierci jej matki, rodzina Marczewskich jakby zapadła się pod ziemię. Ostatni raz dzieci widziały się na pogrzebie. Wtedy jednak zrozpaczona czterolatka wtulała się w spódnicę zapłakanej babci i nie zwracała najmniejszej uwagi na znajome twarze. Po tych smutnych wydarzeniach ojciec Karoliny popadł podobno w skrajne załamanie. Samodzielne zajmowanie się córką stało się dla niego niemożliwe, więc oboje zmuszeni byli do wyjazdu ze stolicy. Zamieszkali w niewielkiej miejscowości pod Łodzią, gdzie z dnia na dzień, pomalutku leczyli rany pod czułą opieką teściowej Marka.
Kacper tymczasem, nie do końca potrafiąc zrozumieć, dlaczego najlepsza przyjaciółka nagle bez pożegnania zniknęła z jego życia, przyjął bez słowa oględne wyjaśnienie rodziców. W jego małej główce złość na okrutny los, który tak bardzo skrzywdził Karolinkę, mieszała się z żalem nad sobą samym. On też był przecież zaledwie kilkuletnim chłopcem, który nagle stracił jedną z bardzo bliskich mu osób. W dodatku jako dziecko nie miał żadnego wpływu na to, jak potoczą się ich dalsze losy. Dlaczego jego rodzice nie zadbali o to, by mimo fizycznej rozłąki pielęgnować relację dzieci? Dlaczego ojciec i babka dziewczynki nie pozwolili jej od czasu do czasu przyjechać do kolegi?
Tego typu pytania dręczyły go całymi miesiącami. Odpowiedzi na nie miał jednak poznać dopiero po wielu latach.
Małgosia i Klara
Gośka, jak na dziewiętnastolatkę, przeszła już naprawdę sporo. Jej życie rodzinne było dalekie od ideału. Przemocowy ojciec odcisnął na psychice dziewczyny niemałe piętno. Matka, typowa uzależniona od relacji z oprawcą ofiara, mimo świadomości, jak destrukcyjnie cała sytuacja wpływa na dziecko, nie potrafiła podjąć decyzji o uwolnieniu się od tyrana. Niestety tkwienie w tak chorym układzie rodzinnym poskutkowało problemami Małgosi, zarówno w szkole, jak i w kontaktach z rówieśnikami.
Czwarta klasa liceum była dla nastolatki okresem nieustannej, wewnętrznej walki. Miotając się między miłością do matki a narastającym z dnia na dzień rozżaleniem, że rodzicielka nie próbuje zawalczyć dla nich o lepszy los, odstawiła naukę na dalszy plan. Całe dnie spędzała, włócząc się po mieście, przesiadując z książką w ręku nad Wisłą lub, w razie niepogody, na przystankach autobusowych, byle tylko przeczekać czas do końca lekcji. O dziwo, przez długie tygodnie matka nie miała pojęcia o poczynaniach dziewczyny. Gdy szkolny pedagog, zaniepokojony przedłużającą się nieobecnością uczennicy, wreszcie skontaktował się z Klarą, na uratowanie sytuacji Małgosi w bieżącym semestrze było już za późno. Nie miała szans w krótkim czasie, który pozostał do zakończenia roku szkolnego, nadrobić zaległości. Tląca się jeszcze do niedawna w jej sercu wizja zdania matury i ucieczki z rodzinnego piekiełka pękła niczym bańka mydlana.
Zmiana przyszła dopiero wraz z poważnym wstrząsem. Czterdziestotrzyletnia Klara po kolejnej awanturze nieprzytomna wylądowała w szpitalu. Gdy doszła do siebie, dotarło do niej, że przez swoje tchórzostwo marnuje życie nie tylko własne, ale i nastoletniej córki. Pobyt w szpitalu i porażka Małgosi w szkole stały się wystarczającym bodźcem, by kobieta wreszcie spróbowała coś zmienić. Choć wyrwanie się z toksycznego związku kosztowało ją bardzo wiele, z pomocą przychylnych jej osób znalazła w sobie siłę, by postawić pierwszy krok ku wolności. Złożyła w sądzie papiery rozwodowe, spakowała walizki i wraz z córką wróciła do rodzinnej Warszawy, z której przed laty wyjechała popychana miłością do męża. Kobiecie, z racji wykształcenia i wieloletniego doświadczenia w zawodzie, bez większego problemu udało się znaleźć pracę w miejskiej bibliotece. Co prawda w okresie próbnym tylko na pół etatu, ale to wystarczyło, by pokryć podstawowe potrzeby. Decyzja o tymczasowym zamieszkaniu z matką pozwoliła jej bowiem zminimalizować koszty utrzymania, ratując ją przed koniecznością wynajmowania mieszkania.
Małgosia przez okres wakacji miała złapać oddech i odzyskać utraconą energię do życia, by od września, z czystą kartą, rozpocząć naukę w czwartej klasie w warszawskim liceum. Nie podobała jej się wizja powtarzania klasy, jednak wszystko było lepsze niż dalsze życie w domu pełnym krzyków, alkoholu i przemocy. Postanowiła dać szansę nowej sytuacji, pokładając nadzieję w matce i w swojej wewnętrznej sile.