Życie nie jest sielanką - Bogusław Stachowski

Kup ebooka

42.00 zł
33.60 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TOM I

 

Tematy warte ocalenia od zapomnienia

 

 

 

 

 

 

Świętej pamięci Sylwii, Aleksandrze i Agacie,

które w tragicznych okolicznościach

w kwiecie wieku odeszły do Boga.

 

 

 

 

 

Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz.

Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada.

Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra.

Przy otwartych i zamkniętych drzwiach

To jest gra!

 

Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam.

Życie to nie tylko kolorowa maskarada.

Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest.

Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć!

(Edward Stachura, Życie to nie teatr)

1. Dzieje mojej miejscowości na przestrzeni wieków, ludzie i wydarzenia

Każdy normalnie funkcjonujący człowiek ma w swoim życiorysie miejsce, z którym jest serdecznie związany na całe swoje bytowanie na trzeciej planecie od Słońca.

To gniazda rodzinne usytuowane w małych wsiach lub dużych miastach; ich obraz sprzed lat pozostał w naszej pamięci na zawsze. I choć los niejednokrotnie bywa złośliwy, zmuszając do nieustannych wędrówek, myśl o nich łagodzi nastrój, prowadzi do uspokojenia i wyciszenia. Te małe ojczyzny mają za sobą ciekawą przeszłość, równie atrakcyjną teraźniejszość i niemniej intrygującą przyszłość. Gdzie warto wracać, należy wracać, a nawet trzeba wracać jak ptaki do swych siedlisk, koić chore nerwy, odzyskać spokój czy też po prostu naładować swój biologiczny akumulator pozytywną energią.

Dla mnie taką małą ojczyzną jest miejscowość Kamyk. To nie tylko mały punkt na mapie w skali 1:300 000, gdzieś w południowej Polsce, w środku województwa małopolskiego, na obrzeżach powiatu bocheńskiego i na północnym krańcu gminy Łapanów. To osada, gdzie historia, ta wielka i ta mała, zaznaczyły swoją obecność w różnych okresach dziejów Polski.

Jak można wywnioskować z dostępnych materiałów, nazwa wsi Kamyk ma charakter topograficzny, czyli ściśle związany z charakterystycznymi elementami obszaru, na którym osada została utworzona. A więc pokłady kamienia, przeważnie piaskowca, ale też innych form skalnych oraz nagromadzone liczne części skał, będące efektem aktywności przepływającej przez ten teren rzeki Stradomki, stały u podstaw nadania tej wsi takiej nazwy.

 

1.1. Początki osady. Europejskie korzenie miejscowości. Koligacje właścicieli Kamyka. Dzieje osady do końca XVII wieku

Pierwszymi prywatnymi właścicielami ziem, na których leży Kamyk, byli bracia z rodu Półkoziców – wyższy urzędnik do zleceń księcia Bolesława V Wstydliwego – Dzierżykraj – oraz wyższy duchowny katolicki – Wysz z Niegowici. Nadania tych tytułów w 1260 roku dokonał książę Bolesław V Wstydliwy (panował w latach 1243 – 1279).

Prawdopodobnie to właśnie oni położyli podwaliny pod wspaniałą na owe czasy budowlę, jaką stał się obronny rycerski zamek, posiadający murowaną wieżę, zwany fortalicjum Kamyk. Ulokowano go na wzgórzu, na lewym brzegu rzeki Stradomki, które otrzymało nazwę Góra Zamkowa lub po prostu Zamczysko. Wzniesienie było zalesione, a budowla została ulokowana na wysokości 274,5 metrów n.p.m. w widłach rzeki Stradomki i jej lewobrzeżnego dopływu o nazwie Kamionka. Gród usytuowano na cyplowatym zakończeniu grzbietu górskiego, ciągnącego się południkowo wzdłuż lewego brzegu rzeki. Zbocza grzbietu opadają stromo w kierunku północnym, południowym i wschodnim, jedynie od zachodu znajduje się dość łagodny dostęp do miejsca usytuowania grodu, gdzie teren lekko się wznosi. Te warunki ukształtowania powierzchni decydują o tym, że jest to płaskowyż, czyli obszar wysoko położony o płaskiej lub lekko falistej powierzchni, będący fragmentem większej formy ukształtowania terenu. Całość uzupełniają doliny i wyraźne odznaczanie się wśród otaczających go niższych obszarów. Wierzchołek wzgórza zamkowego tworzy nieregularny owal o wymiarach 28 na 23 metry, wydłużonego w kierunkach: północno-wschodnim i południowo-zachodnim. W wyniku badań archeologicznych odkryto ślady okrężnych wałów, szerokich nasypów ziemnych o kształcie trójkątnym i bastionów, tzn. podstawowych elementów fortyfikacyjnych umocnień wznoszonych na wysuniętych narożnikach twierdzy. Pierwsze prace wykopaliskowe w tym rejonie przeprowadził w latach 20. XX wieku prof. rolnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, również gospodarz pobliskiej Dąbrowicy, Jan Włodek. Znalazł kości i ułamki naczyń glinianych. Na podstawie systematycznych badań naukowych dokonanych w latach 1967 – 1968 ustalono, że najstarsze ślady osadnictwa na tym terenie pochodzą z drugiej połowy XIII wieku. Wśród znalezisk odnotowano: fragmenty obramienia otworu drzwiowego wykonane z piaskowca, a także grot bełtu kuszy. Pozwala to na stwierdzenie, że w XIII wieku znajdowała się w tym miejscu średniej wielkości osada, posiadająca znakomite naturalne warunki obronne. Przy odkryciach datowanych na XIV wiek ustalono, że w tym czasie nastąpił istotny rozwój i rozkwit grodu oraz jego znaczne powiększenie. Przypuszczalnie w zachodniej części wybudowano obronną wieżę z kamienia. Całość otoczono podwójnymi wałami okrężnymi, które posiadały wewnętrzną konstrukcję kamienno-ziemną wzmocnioną drewnianymi belkami. Środek wałów tworzyły duże kamienne piaskowce. Nad samą rzeką Stradomką, czyli z północno-wschodniej strony zamczyska, wały były połączone z wieżami wykonanymi z kamienia, drewna i ziemi, które wzniesiono na planie pięcioboku. Spełniały one przynajmniej dwie funkcje: wzmacniały fortyfikacje, a co za tym idzie obronę grodu, a także zapewniały dobrą widoczność oraz obserwację doliny rzeki. Wszystkie walory całej budowli przemawiają za tym, że wraz z podobnymi konstrukcjami zbudowanymi w bliskiej odległości w Sieradzce i Wieruszycach gród bronił wejścia do doliny rzeki Stradomki od strony północnej. Na przełomie wieków XIII i XIV odbywała się intensywna kolonizacja tych i odleglejszych terenów, łącznie z Beskidami, czyli znaczną częścią Karpat. Uzasadniony wydaje się wniosek, że gród stanowił pierwszy punkt osadniczy, z którego prowadzono dalszą akcję kolonizacyjną. Powolne, ale jednak wytyczanie dróg łączących znacznie odległe rejony sprzyjało takiemu rozwojowi osadnictwa, a także było impulsem do rozkwitu gospodarki, rzemiosła, handlu itp. Sam obiekt fortyfikacyjny zaczął stopniowo tracić swój blask przypuszczalnie pod koniec XIV wieku, kiedy duży pożar, wywołany prawdopodobnie przez warunki atmosferyczne, strawił zabudowania mieszkalne i obronne. Należy dodać, że istnieją również badania naukowe wskazujące na znacznie wcześniejszy okres pojawienia się na tym terenie potencjalnych budowniczych, które przesuwają datę powstania obiektu na okres od 600 do 1200 roku n.e. Do tej właśnie epoki nawiązuje Karol Bunsch, znakomity twórca między innymi cyklu powieści piastowskich, z wysuwającym się na pierwszy plan, wplecionym w historyczne wydarzenia z czasów panowania Mieszka I – "Dzikowym skarbem". Ten właśnie autor, zwłaszcza w rozdziałach: "Niespodzianka", "Dziedzic", "Zbrozło w Grodzisku" oraz "Zburzone gniazdo", umieszcza wartką akcję utworu na terenie zamku w Kamyku nad rzeką Stradomką i jego najbliższych okolicach. Według niego główny bohater powieści, rycerz Dzik, po wielu przygodach i perypetiach umiera od ran poniesionych w bitwie pod Cydzyną, zwaną też Cedynią, w 972 roku, podczas której mężnie walczył z Niemcami. Natomiast jedna z legend opowiada o jego zbójeckiej działalności, która skończyła się tragicznie w bagnie, w pobliżu Góry Zamkowej, gdzie Dzik miał zakończyć żywot, zanadto obciążony zrabowanym skarbem. Nie mniej interesujące są dalsze losy zamczyska, przechodzącego w kolejnych latach z rąk do rąk poszczególnych właścicieli. Na pewno wiadomo, że w pierwszej połowie XVI wieku (dokładnie w 1539 roku) obiekt został sprzedany za zgodą męża Sebastiana Wielogłowskiego, zwanego Nanajką, przez niejaką Jadwigę Wielogłowską wraz z częścią sąsiedniej miejscowości Chrostowa – Krzysztofowi Niewiarowskiemu. Góra Zamkowa otrzymała drugą oficjalną nazwę, zostając w pamięci współczesnych i następnych pokoleń – Chrostowską Górą. Tylko rzeka Stradomka nadal płynęła obok majestatycznie, zupełnie nie zwracając uwagi na zmieniających się właścicieli i nazwy. Do teraźniejszych czasów przetrwały tylko resztki zamczyska, stanowiące atrakcję turystyczną, miejsce spotkań harcerzy czy też będące terenem badań wykopaliskowych i tworzonych fantastycznych opowieści, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Któraś tam z kolei powiastka zapewnia o tym, że z tego właśnie grodu mają prowadzić podziemne przejścia do Wieruszyc, Sieradzki i Wiśnicza. Taką hipotezę mają potwierdzać bliskie związki z Bochnią, w której jak wiadomo od 1248 roku istniała pierwsza żupa solna, a więc drążenie w głąb ziemi szybów oraz przejść i komór podziemnych na różnych poziomach nie było niczym nadzwyczajnym dla ówczesnych ludzi. Istotny również wydaje się fakt dogodnego jak na tamte czasy połączenia z Bochnią. Już przed 1262 roku biegła tędy regionalna droga z Bochni przez Sobolów i Łapanów do Szczyrzyca, gdzie znajdowała się wówczas siedziba powiatu i zakonu cystersów. Wykorzystując takie połączenie, transportowano tędy z całego zalesionego obszaru drewno do bocheńskiej kopalni, a w przeciwnym kierunku – wydobytą na powierzchnię sól. Tak więc posiadano pewne rozeznanie w terenie i możliwość wytyczenia ewentualnych kierunków drążenia podziemnych przejść. Jedyną namacalną rzeczą, będącą pamiątką po rycerskim zamku, są metalowe, kute drzwi, stanowiące wyposażenie wschodniej ściany parafialnego kościoła pw. Wszystkich Świętych w Sobolowie. Według przekazu ludowego wspomniane drzwi były kilkakrotnie przenoszone przez parafian z zamku do kościoła, ale każdorazowo w niedających się wytłumaczyć okolicznościach wracały na teren zamku. Kres tym zagadkowym zjawiskom dała dopiero uroczysta procesja w święto Bożego Ciała, odbyta przez parafian na trasie kościół–zamek–kościół. Po tym zabiegu drzwi pozostały w świątyni na wieczne czasy.

Miejscowość Kamyk została lokowana, a więc założona na zalesionych obszarach.

Osada stopniowo powiększała areał swoich pól uprawnych poprzez intensywny karczunek, innymi słowy wydobycie pniaków z korzeniami po ściętych drzewach w celu przystosowania ziemi pod uprawę roli. Tak więc jego pierwotna zabudowa miała cechy wsi łanowej, zwanej też leśną lub łańcuchową. Ten typ wsi był rozpowszechniony w okresie średniowiecza w czasie kolonizacji Polski, między innymi również Małopolski. Kolonizacja była zasiedlaniem terenów bezludnych lub słabo zaludnionych przez jeńców wojennych lub brańców z wypraw rycerskich. Nie bez znaczenia pozostaje fakt znacznego odsetka ludności pochodzącej z rozpowszechnionego w tym okresie handlu ludźmi, którzy przeważnie w wyniku prowadzonych wojen stawali się własnością możnych. Od wieku XI stosowano także obyczaj tzw. wolnych gości, a od XII wieku również gości pochodzenia obcego, w tym niemieckiego. Lokacja na terenie, gdzie powstał Kamyk, miała co najmniej kilka uzasadnień. Wśród nich należy wymienić duże połacie lasów i pokładów skał piaskowca, a więc bezpośredni dostęp do podstawowego budulca. Rozmieszczenie i nie najgorsza jakość mozolnie uzyskiwanych gleb, układ sieci wodnej, o czym decydowała przepływająca rzeka i jej dopływy, to kolejne atuty. Las i rzeka oznaczają również swobodny dostęp do ich bogactw naturalnych, przynajmniej w początkach osadnictwa. Duże znaczenie miało także stosunkowo dobre ukształtowanie terenu, które sprzyjało prowadzeniu w miarę gromadnego życia. Wreszcie bardzo ważną rolę w systemie bezpieczeństwa odgrywał gród obronny, który chronił osadników przed grabieżami i najazdami obcych wojsk lub band rozbójniczych. Jak wynika z charakteru wsi łanowej, zagrody w Kamyku znajdowały się po obu stronach drogi, która przebiegała dnem ukształtowanej tutaj doliny. Każda zagroda była zbudowana na łanie wykarczowanego pola, który odchodził od głównej drogi, aby przejść w należący do tego samego gospodarstwa płat lasu. To decydowało o tym, że utrwaliło się również drugie określenie takiego typu wsi, jako leśno-łanowa. Łan stanowił największą jednostkę mierniczą związaną z przestrzenią, tzw. chłopski większy odpowiadał 43, a mniejszy 30 morgom. Ten ostatni równy był takiemu obszarowi ziemi, którą parobek (stały lub sezonowy robotnik najemny, pracujący na folwarku lub w gospodarstwie bogatego chłopa, ewentualnie służący w majątku dworskim) mógł do południa zaorać parą wołów (około 0,598 ha). Powszechnie panujący wtedy ustrój społeczno-polityczno-ekonomiczny, zwany feudalizmem, opierał się na zależności ziemskiej. Każdy chłop również w Kamyku podlegał właścicielowi ziemskiemu, ponieważ użytkował ziemię, która należała do tego właściciela.

Pojawienie się wśród kolonistów ludzi pochodzenia niemieckiego spowodowało, że Kamyk jeśli nie został założony, to na pewno przeszedł w systemie gospodarowania na prawo niemieckie. Wskazuje na to, oprócz już wymienionego łanu, funkcja sołtysa odnotowana w dokumentach z lat 1432, 1474 (wtedy tę funkcję pełnił kmieć o imieniu Jan), 1527, 1529. Wiadomo na pewno, że ten urząd funkcjonował w Polsce od XIII wieku za sprawą kolonizacji niemieckiej. Sołtys (niem. Schuldheiss, co oznaczało "śledzący winę") wypełniał na polskiej wsi czynności, które w mieście należały do wójta i burmistrza. Zakładał wieś, ściągał osadników, rządził gromadą, sądził wraz z ławnikami wybieranymi spośród gospodarzy wedle prawa obyczajowego. W zamian za to otrzymywał dziedzicznie kilka łanów w zależności od zakresu pracy, i jeśli występowały: karczmę i młyn. Również dochód z ław rzeźniczych, zwanych jatkami, z kuźni oraz 1/3 opłat sądowych (grzywien), a także okresowo posiadał wolność od podatków i danin. Był zobowiązany w razie potrzeby do konnej służby wojskowej wraz z pachołkiem (służącym). Pierwotne źródła pisane o Kamyku są datowane na 1390 rok. Wtedy była to villa Camyk, a w latach 1404 – 1413 Kamik, który przynależy do parafii Sobolów i powiatu szczyrzyckiego. Około roku 1432 następuje zmiana nazwy na Kamyk, który w latach 1470–1480, 1581, 1596 i 1629 należy do parafii w Niegowici (obecnie gmina Gdów, powiat wielicki). W średniowieczu jest najpierw własnością panujących (do około 1260 roku), by w wyniku nadań przejść w ręce szlachty. Na skutek koligacji rodzinnych należy do różnych właścicieli, przechodząc wielorakie podziały i połączenia na przestrzeni kolejnych wieków. Od końca XIV wieku i przez całe XV stulecie należy do rodziny Ligęzów Marszowskich z Marszowic (obecnie gmina Gdów, powiat wielicki). W latach 1426 – 1432 dziedzicem miejscowości jest Mikołaj z Marszowic. Przed rokiem 1443 Kamyk przeszedł w ręce syna Mikołaja, Jana, zwanego Chamieciem.

Rodzinne powiązania sprawiły, że na pewien czas osada dostała się w posiadanie rodziny Kostrzeckich. I tak w latach 1443–1457 dzierżawczynią Kamyka została Świętochna Kostrzecka, wdowa po Janie. Należy tu zaznaczyć, że dzierżawczyni to osoba, która na mocy umowy dzierżawy użytkuje cudzą rzecz ruchomą albo nieruchomą, przez co pobiera z tego tytułu dochody, płacąc jednocześnie określony czynsz. W roku 1475 niejaka Katarzyna, żona Piotra z Kostrzy (obecnie gmina Jodłownik, pow. limanowski), w wyniku zadłużenia się u Gotarda z Krakuszowic (obecnie gmina Gdów, pow. wielicki) jest zmuszona do ustanowienia zastawu, w skład którego wchodził między innymi Kamyk, w wysokości 100 grzywien na rzecz wyżej wymienionego. Było to zabezpieczenie powstałego długu na majątku dłużniczki. W owym czasie grzywna jako jednostka pieniężna stanowiła sztabkę srebra o stosownej wadze lub ustaloną ilość skór, traktowaną razem jako jeden element płatniczy (w związku z kłopotami z dostępem do kruszcu była równoprawną jednostką płatniczą).

Dla lepszego zrozumienia panujących wtedy stosunków własnościowych i obrotu towarowego warto pokrótce prześledzić przebieg kształtowania się tej formy płatności.

Od czasów Mieszka I, a więc włączenia państwa polskiego do kultury Zachodu, zaczęto wybijać w naszym kraju monety zwane denarami, które po obu stronach zawierały napisy w języku łacińskim, dotyczące imienia księcia lub króla oraz na przykład nazwy miejscowości. W początkowym okresie były to grube monety, i tak denar Bolesława Chrobrego (panował w latach 992 – 1025) ważył 1,5 grama. W wieku XII za panowania Bolesława Krzywoustego i jego czterech synów denar osiągnął wagę 0,23 grama. Psucie monety, czyli zmniejszanie ilości srebra w monecie, powodowało obniżenie wartości denara. Jednak w wielu przypadkach było celowym zabiegiem stosowanym przez większość władców, którzy posiadając prawo wybijania monety, dążyli do tego, by z grzywny srebra wybić jak najwięcej monet, przez co bogacili się i powiększali swój skarb. Doszło do tego, że z końcem XII wieku denary ustąpiły miejsca cienkim blaszkom jednostronnie bitym, tzw. brakteatom. Mieczysław Stary, zwany także Mieszkiem Starym (panował w latach 1138 – 1202), korzystając ze wzorów niemieckich, wprowadził je do użytku najpierw w Wielkopolsce, później na terenie całego kraju. Brakteat był wprawdzie większy od denara, ale cieniutki, co powodowało jego częstą łamliwość. Przyczyniło się to do wycofywania monety z obiegu i zastępowania jej nową. Napędzało to koniunkturę mincerzy (producentów monet) i urzędników książęcych. Pierwszą próbę naprawy pieniądza podjął Henryk Brodaty (panował w latach 1231 – 1238), wprowadzając grubszego denara.

Koniec XIII wieku charakteryzuje się początkiem wybijania kwartników, co wzmocniło wartość pieniądza i zdecydowanie wyhamowało jego częstą wymienialność. Pierwszy kwartnik był monetarnym odpowiednikiem kwarty, równej jednemu litrowi ciał sypkich lub płynnych. Stanowił 1/96 grzywny srebra, co przy wadze 183,5 grama tego kruszcu wynosiło 1,91 grama srebra. W wieku XIV Polacy, idąc za przykładem Czechów, którzy swoje masywne monety zaczęli nazywać groszami (łac. grossus = gruby), również wprowadzili taką nazwę dla monety równoważnej 3,82 grama srebra. Odpowiadało to 18 denarom. Sam system denarowy został zastąpiony przez groszowy. Denary pozostały w obiegu, ale stały się najdrobniejszą monetą, pozostając w użytku do XVII wieku.

Gruntowną reformę polskiej monety przeprowadził Kazimierz Wielki (panował w latach 1333 – 1370).

Przede wszystkim ustalono, że srebro użyte do produkcji monet będzie próby trzynastej (13 części czystego srebra i 3 części aliażu, czyli domieszki innych metali, na przykład miedzi). Grzywna miała ważyć około 200 gramów srebra próby trzynastej (162,5 grama czystego srebra i 37,5 grama domieszki), z czego wykonywano 48 groszy, co odpowiadało: 96 półgroszom, 96 kwartnikom, 864 denarom, 24 skojcom i 4 fertonom. Według takiego schematu do prowadzenia szybkiej, skutecznej i zrozumiałej dla szerokich mas społecznych rachunkowości, wprowadzono również monety liczalne, zwane inaczej rozrachunkowymi. W sumie dawało to dość przejrzysty sposób prowadzenia handlu.

Jeden ferton ważył 49,99 grama srebra, co odpowiadało 1/4 grzywny i nazywało się wiardunkiem (niem. Vierdung). Wiardunk był monetą liczalną.

Natomiast grzywna skórkowa składała się z cennych skór takich zwierząt, jak: kuny, sobole, wiewiórki itp. Przyjmuje się, że w okresie jej wprowadzania 40 takich skórek, nanizanych łebkami na sznurek, odpowiadało grzywnie kruszcowej. Również i ta forma płatności z biegiem lat traciła na wartości, by w XIV i XV wieku osiągnąć pułap pięciu sztuk równoważących jedną grzywnę srebrną. Koniec średniowiecza to powolne wycofywanie jej z użycia na rzecz grzywny kruszcowej.

Powracając do zastawu z roku 1475, jeśli nawet w wyniku dewaluacji wartość nabywcza denara spadała, to i tak była to bardzo duża kwota pieniędzy, sięgająca w przeliczeniu na polskie denary ponad 86 tysięcy, grosze – 4800, skojce – 2400. W przypadku grzywny skórkowej około 500 zestawów po 40 skórek każdy. W tym okresie cena krowy wahała się w granicach 48 – 50 skojcy, a beczka owsa o pojemności 132 litry (liczalna jednostka objętości, ówczesne 1,5 korca) około 12 denarów (1/3 skojca). Jak widać, wartość nabywcza monet tego okresu pozwalała na nabycie za podany wyżej zastaw odpowiednio: 48 – 50 krów lub 7200 beczek owsa o pojemności 1,5 korca.

W latach 1477 – 1478 następują kolejne zastawy dotyczące nieruchomości w Kamyku. Otóż w pierwszym przypadku Gotard z Krakuszowic uzyskany zastaw 100 grzywien odstąpił Mikołajowi ze Stradomii (obecnie Stradomka, gmina Bochnia, pow. bocheński). W roku 1478 Piotr z Kostrzy zastawił za 8 grzywien Andrzejowi, również ze Stradomii, swój młyn napędzany kołem wodnym, zlokalizowany na rzece Stradomce, naprzeciw leżącego na jej lewym brzegu placu, gdzie w późniejszym czasie osiedlili się panowie: Leon Maciuszek i Piotr Węglarz z rodzinami.

Jak wiele innych rzeczy, również młyny zostały rozpowszechnione w Polsce za przykładem niemieckim oraz czeskim. Udoskonaliło to zdecydowanie przerób zbóż między innymi na mąkę, kaszę, płatki i otręby. Początkowo prawo budowy młynów miał książę i osoby przez niego upoważnione. W wieku XV, a więc w okresie powstania młyna, w Kamyku prawo to przysługiwało już wszystkim dziedzicom. Wprawdzie zgodnie z przepisami społeczność sołecka w Kamyku posiadała prawo budowy między innymi młyna i karczmy, ale to właściciel młyna miał ustalone monopole: mlewny w przypadku młyna i propinacyjny w przypadku warzenia piwa i miodu, jeśli była karczma. I tak kmiecie i chłopi byli zobowiązani do korzystania z pańskiego młyna, nie wolno im było używać obcego. Sam właściciel wydzierżawiał młyn młynarzowi, zaliczanemu do arystokracji wiejskiej, który pobierał za mielenie zboża zapłatę w wysokości: od pana 1/3 zmielonego ziarna, a od chłopa pewną miarę od korca (w średniowieczu korzec krakowski jako jednostka objętości ciał sypkich wynosił 88 l). Od nazwy tej miary młyny średniej wydajności (1 – 2 koła napędzające) nazywano korzecznikami. Właśnie takowy młyn funkcjonował w Kamyku.

Głównym zajęciem mieszkającej w Kamyku ludności w latach 1415–1480 była produkcja rolna, a szczególnie uprawa zbóż. Na pierwszy plan wybijają się łany kmiece i to one stanowią o większości produkcji zboża. Kmieć w tym czasie był chłopem wolnym mającym własne gospodarstwo, przynajmniej jednołanowe. Oczywiście musiał płacić podatek w wysokości 12 groszy od łana, nazwany podatkiem łanowym.

Gdy w Kamyku władzę sprawował szlachcic Piotr Kostrzecki, na jego usługach byli między innymi następujący kmiecie: Jan Smarsz oraz nieznani z nazwiska Andrzej i Katarzyna. W krajobrazie uprawy ziemi dominowało zakorzenione już na dobre tzw. zmianowanie trójpolowe. Polegało ono na tym, że całość pól uprawnych dzielono trojako: jedną część obsiewano żytem, drugą zbożem jarym (przede wszystkim owsem) i lnem, a trzecia ugorowała, służąc wsi jako wspólne pastwisko. W roku następnym pierwszą część obsiewano zbożem jarym, druga część ugorowała, a na trzeciej siano żyto. Żyto, oprócz przemiału, w dużym procencie trafiało do browarów. Owies w średniowieczu przez długi okres był produktem płatniczym w tzw. naturaliach. Jeden denar odpowiadał dwóm mensurom owsa, co dawało 5–6 garncy ziarna tego zboża. Garniec był w tym czasie jednostką objętości. Jego nazwa pochodziła od naczynia i miała w Polsce różne, aczkolwiek przybliżone wartości. Na terenie Małopolski – również Kamyka – w użyciu był garniec krakowski odpowiadający 2,75 litra. Na korzec wchodziły 32 garnce, a na beczkę 48 garncy. Pola użyźniano popiołem powstałym z palenia ściernisk i chrustów oraz w małych ilościach nawozem organicznym. Do orki używano, w zależności od jakości gleby, radła, sochy oraz rozpowszechnionego już na dobre za przyczyną osadników niemieckich – pługa. Najprymitywniejsze radło ciągnione przez dwa woły nie nadawało się do ciężkich gruntów. Za pomocą metalowej radlicy wydobywało ziemię na wierzch, nie odwracało i nie odkładało skib. Po przeschnięciu ziemi, używając na wpół metalowej brony, niszczono i usuwano chwasty oraz spulchniano i wyrównywano po orce glebę, a także przykrywano nasiona wrzucone w ziemię w czasie siewu. Ulepszona wersja radła, czyli tania i lekka socha, nadawała się do orki na gruntach kamienistych albo uzyskanych po raz pierwszy z lasu. Rozwidlone lemiesze odwalały ziemię na boki. Socha była ciągnięta najczęściej przez konia. Częste usterki były dość sprawnie usuwane ze względu na prostą konstrukcję. Najbardziej zaawansowany technicznie pług doskonale radził sobie z ciężką ziemią. Jego konstrukcja przechodziła wszystkie stadia: od drewnianej, poprzez pół żelazną, aż do żelaznej. Za pomocą solidnego lemiesza pług odwracał i odkładał skiby. W skład wchodziły dwa kółka, które podtrzymywały konstrukcję pługa i poprawiały jakość poruszania całego zestawu, ciągniętego najlepiej przez dwa konie.

Jeśli chodzi o zbiór produktów rolnych, to zboże przez długi okres było ścinane sierpem, a trawę sieczono rozpowszechnioną już kosą.

Również w tym czasie, bo około połowy XV wieku, powstaje w Kamyku nowy dwór wraz z folwarkiem utworzonym na rolach chłopów użytkujących do tej pory gospodarstwa rolne. Z dostępnych informacji dotyczących odprowadzanej zgodnie z obowiązującym wtedy prawem dziesięciny snopowej z ról folwarcznych od sołtysa oraz mesznego (od kmieci z Kamyka dla plebana w Sobolowie) można wywnioskować, że wielkość folwarku wahała się w granicach od 50 do 52,5 hektara, co odpowiadało ówczesnym trzem łanom. Powstanie folwarku, czyli dużego gospodarstwa rolnego produkującego na zbyt, którego właścicielem był pan wsi i dworu, było podyktowane zmieniającymi się uwarunkowaniami gospodarczymi w kraju, a nade wszystko bardzo szybko rosnącym popytem na zboże. Jeśli w XIV wieku zapotrzebowanie na zboże było minimalne, to już początki następnego stulecia sygnalizowały zmiany, a od połowy XV wieku rosło bardzo szybko. Polska uporała się z zakonem krzyżackim, cała rzeka Wisła należała do naszego państwa. Do Gdańska spławiano coraz więcej towarów, w tym zboża. Również bardzo ważnym czynnikiem, może wręcz decydującym, był fakt zwolnienia folwarków pańskich od wszelkich podatków (małym wyjątkiem była dziesięcina snopowa dla kościoła parafialnego), co powiększało znacznie i tak już duży majątek pana. Te właśnie przyczyny leżą u podstaw zamiany, również w Kamyku, znacznej części gospodarstw czynszowych na folwarczne. Z reguły folwarki rozwijały się przede wszystkim tam, gdzie był łatwy zbyt zboża, a więc w pierwszej kolejności nad spławnymi rzekami. Tak było właśnie w Kamyku. Lepszych warunków od panujących po obu brzegach rzeki Stradomki, na jej odcinku w tej miejscowości, nie można było sobie wymarzyć. Gdyby nawet założyć, że z jakichś powodów rzeka nie była żeglowna, to zgodnie z ówczesnym prawem właściciel folwarku korzystał z chłopskiego sprzężaju, wykorzystując go na podwody, tj. przewóz dworskich ładunków na znaczne odległości. Tak więc dostęp do rzeki Raby czy nawet Wisły stał otworem.

Wszystkie prace polowe na folwarku wykonywali chłopi pańszczyźniani, stopniowo zmuszani do coraz większych obciążeń. Wiązało się to z postępującą utratą dotychczasowych uprawnień i przywilejów chłopów, co doprowadziło do wtórnego poddaństwa, czyli powrotu do stosunków poddańczych z okresu przed średniowiecznym osadnictwem. Należy zdecydowanie podkreślić, że zarówno panujący, jak i ówczesny sejm, nie oszczędzali chłopów. Dla przykładu Władysław Jagiełło (panował w latach 1386 – 1434) w 1423 roku zezwolił szlachcie na wykup przywilejów sołeckich, a sejm w 1496 roku uchwalił w ramach konstytucji przywiązanie chłopa do ziemi. Spowodowało to ograniczenie jego wolności osobistych, między innymi wymagana była zgoda pana na małżeństwo chłopa i opuszczenie przez niego wsi. Pan posiadał również prawo sądzenia chłopa. Zaostrzono warunki wydawania zbiegłych chłopów, zabroniono swobodnego wysyłania synów do miast na naukę i do rzemiosła oraz okresowo powiększano robociznę obowiązkową, tj. nieodpłatną. Robocizna ta była dostosowana do możliwości chłopów, i tak: gospodarstwa kmiece posiadające konie i woły (tzw. inwentarz pociągowy) oraz przeciętnie jednołanowy areał (około 16 ha) dostarczały pańszczyzny sprzężajnej gospodarstwa drobne, tj. zagrodnicze (do 4 ha), wykonywały pańszczyznę pieszą. Szacunkowo ustalono, że na jednym łanie folwarcznym pańszczyznę wykonywało około dziesięciu poddanych. W roku 1520 sejm ustalił wymiar pańszczyzny kmiecej (sprzężajnej) na jeden dzień tygodniowo z jednego łana, by w połowie XVI wieku podnieść ją do trzech dni tygodniowo. Za kolejne 100 lat wynosiła ona już od czterech do pięciu dni. Od wspomnianego 1520 roku na pieszy rodzaj pańszczyzny (jeden-dwa dni w tygodniu), oprócz zagrodników wychodzili również: chałupnicy (do 1 ha), komornicy (nieposiadający własnych domostw i ziemi) oraz karczmarze.

Choć pańszczyzna była największym obciążeniem, nie kończyły się na niej zobowiązania chłopskie, bo kmieć z dochodu, jaki uzyskiwał z własnego gospodarstwa, musiał płacić czynsz (w XV wieku wynosił on od 30 do 50 groszy z łana) za wydzieloną mu ziemię. Roczne daniny z jednego gospodarstwa chłopskiego na rzecz dworu wynosiły: 30 jaj, dwa kapłony (wykastrowane i specjalnie tuczone młode koguty o wadze od 2,5 do 5 kilogramów), dwa sery, dwa korce zboża oraz grzyby i runo leśne. Nie należy zapominać także o dziesięcinie snopowej dla kościoła parafialnego. Z tego, co zostało, utrzymywano rodzinę, konserwowano lub budowano nową chatę, oborę, stodołę czy chlew.

Aby iść z postępem, należało dokonywać zakupów narzędzi, w innym wypadku gospodarstwo przegrywało konkurencję z pańskim folwarkiem. W folwarku, podobnie jak u kmieci, uprawiano głównie żyto, owies i len, następnie jęczmień oraz w mniejszych ilościach pszenicę. Choć ziemie, na których był położony w Kamyku folwark (większa jego część bezpośrednio nad rzeką Stradomką), nadawały się do uprawy właśnie tego zboża chlebowego, jej produkcja nie była jeszcze odpowiednio rozpowszechniona. W zależności od koniunktury siano jeszcze proso, tatarkę (grykę), len, groch i rzepę. Zboże było na pierwszym miejscu i dochody z jego produkcji wielokrotnie przekraczały przychód z wszystkich innych działów gospodarstwa wiejskiego, ale logiczne wydaje się, że w tym czasie – wprawdzie w mniejszym stopniu – stawiano również na produkcję zwierzęcą, choćby z takich prozaicznych powodów, jak zabezpieczenie właściwego funkcjonowania folwarku. Woły wykorzystywano do ciągnięcia, konie do transportu i dla wojska, krowy dostarczały mleka, mięsa i produkowały nawóz organiczny, a świnie były źródłem mięsa i skór.

Wielkość folwarku w Kamyku jednoznacznie informuje o tym, że zarządzał nim sam właściciel, mając do pomocy osoby do ciągłego nadzoru oraz czeladź folwarczną, wykorzystywaną do pracy. Pierwszą grupę reprezentował włodarz, zwany również urzędnikiem – ekonomem. Był to chłop zwolniony ze wszystkich powinności chłopskich, nadzorował wykonywanie pańszczyzny i innych obowiązków przez chłopów i czeladź. Dla przykładu latem nadzorował roboty w polu, a zimą młockę zbóż. Ze względu na kojarzenie go z właścicielem folwarku, dla którego był dostarczycielem różnych informacji o społeczności wiejskiej, nie był osobą szczególnie lubianą.

Czeladź folwarczna (służba domowa i pracownicy najemni) była grupą, która zapewniała właściwe funkcjonowanie dworu i folwarku. Służba domowa mieszkała bezpośrednio na folwarku, nie posiadała majątku na wsi w postaci ziemi i gospodarstw, wywodziła się z członków rodzin kmieci i zagrodników.

Wśród pracowników najemnych, którzy byli zatrudniani w zależności od potrzeb, byli: fornale pracujący końmi, pasterze bydła i świń, oracze (tzw. rataje), którzy wykonywali orkę, woźnice oraz porobcy zatrudniani do wszelkich prac pieszych i wykonywanych sprzężajem.

Zatrudniano również kobiety, i tak na przykład dziewka folwarczna wykonywała lżejsze prace w kuchni, przy krowach, a także pieliła warzywa. Umowę o pracę zawierano na okres roku, czyniąc to zwyczajowo przed Bożym Narodzeniem. Wynagrodzenie wypłacano zainteresowanym częściowo w naturze (na przykład zbożem), a częściowo w groszach polskich. W skład folwarku oprócz własności ziemskiej wchodziły jeszcze budynki mieszkalne i gospodarcze. Stała służba folwarczna zamieszkiwała czworaki, czyli drewniany parterowy budynek kryty słomą, z czterema mieszkaniami, położony przy zabudowaniach gospodarczych. Wśród tych ostatnich na pierwszy plan wysuwało się gumno, bo tam gromadzono wszystkie zbiory oraz zapasy. Były to cztery stodoły wybudowane na bokach placu zbliżonego do kwadratu i połączone płotem. Całość uzupełniały: chlewy dla świń, obora dla bydła, stajnia dla koni i komórki dla pasterzy mieszkających wraz ze zwierzętami. Część produkcyjną reprezentował browar (właściciel posiadał monopol propinacyjny na warzenie piwa) i oddalony nieco od centrum folwarku młyn (nad rzeką Stradomką); którego funkcjonowanie sankcjonowało uprawnienie właściciela dworu do korzystania z monopolu mlewnego. Nad tym wszystkim górował dwór szlachecki, wiejski dom mieszkalny, stanowiący siedzibę pana dóbr. Był to parterowy budynek w kształcie prostokąta, wybudowany z solidnych bel drewnianych (sosnowych i jodłowych) na podmurówce z kamienia (łatwa dostępność materiałów budowlanych w najbliższym terenie). Dach wykonano również z tego drewna, pokrywając go specjalnie przygotowaną w tym celu żytnią słomą. Dwór usytuowano na lekkim podwyższeniu u podnóża wzniesienia, w otoczeniu wysokich drzew. Do budynku wchodziło się przez ganek, pokryty daszkiem opartym na słupkach. Wewnątrz dworu znajdowały się: sień, izba stołowa, zwana jadalną, pokoje gościnne, sypialnie i spiżarnia. Wyposażenie tych pomieszczeń stanowiły: ławy, stoły, stołki, zwane zydlami, szafy, kredensy czy skrzynie, a także ceglane i kamienne piece zdobione malowanymi kaflami. Podłoga była wykonana z tarcicy sosnowej i dębowej, a stropy z belek głównych, nazwanych sosrębami, które biegły w kierunku poprzecznym do pozostałych belek, o znacznie mniejszym przekroju poprzecznym. Okna oszklone były małymi szybkami, oprawionymi ołowiem.

Lokalizacja dworu i folwarku w takim miejscu skupiła na sobie rosnące zainteresowanie ludności tym terenem. Była w następnych latach i wiekach impulsem do osiedlania się w coraz większym promieniu od samego dworu. Na tyle ten trend okazał się istotny, że omawiany rejon stał się z czasem jedną z wydzielonych części Kamyka, przyjmując swoją nazwę "Pod Dworem" właśnie od protoplasty, jakim był szlachecki dwór. Na początku pierwszej dekady XVI wieku w wyniku dziedziczenia po zmarłej Ludmile Kostrzeckiej, dobra znajdujące się w Kamyku, a więc przedmioty i prawa, oraz: grunty ze zbożem na pniu, pobór czynszów, sumy ze sprzedaży tychże gruntów, domy i zabudowania gospodarcze oraz zwierzęta, a także sprzęt przeszły na spadkobierców. Ci zaś, tj. Mikołaj z Kunic (obecnie gmina Gdów, pow. wielicki), Adam z Niewiarowa (gmina Gdów, pow. wielicki) i Elżbieta Łapka, żona Zbigniewa z Kobylca (gmina Łapanów, pow. bocheński), dokonali krótkotrwałego ich wydzierżawienia.

W roku 1503 Adamowi z Niewiarowa (na rok od wtorku po Niedzieli Palmowej), a w 1504 roku Adamowi Marszowskiemu, pobierając za to w obydwu przypadkach odpowiedni czynsz. Na początku drugiej dekady tego wieku, w 1513 roku, wymienieni sukcesorzy (spadkobiercy) dokonali solidarnego podziału wsi Kamyk, każdemu po 1/3 dóbr.

W roku 1516 dziedzice z Kamyka, Zbigniew Łapka, jego żona Elżbieta i syn Mikołaj, w ramach posagu (wyprawy między innymi w pieniądzach dla wychodzącej za mąż córki od rodziców i brata) dla Anny wypłacili 200 florenów (złota moneta o masie 3,54 grama wywodząca się z Florencji we Włoszech, od XIV wieku naśladowana również w Polsce) Marcinowi Strzeleckiemu z Łąkty (gm. Żegocina, pow. bocheński). Ten zastrzegł sobie wwiązanie (wprowadzenie w posiadanie dóbr we wsi Kamyk, co jednocześnie przenosiło własność) i zgodnie z obowiązującym prawem przekazał małżonce Annie oprawę jej posagu w takiej samej wysokości na 1/2 swoich dóbr w Łąkcie. Anna zrzekła się na rzecz swojego ojca wszystkich dóbr dziedzicznych. W roku 1522 Fryderyk Łapka z Kobylca, dysponujący połową Kamyka, która mu się należała po matce w przypadku śmierci ojca Zbigniewa, oddał tę część dożywotnio dla swojej żony Róży. Jednakże Zbigniew wypłacił swojej synowej 230 florenów polskich oraz dodatkowo zapisał kosztowności, przez co mógł dysponować dobrami pochodzącymi z Kamyka, a przekazanymi jej przez męża Fryderyka. W wyniku tego Zbigniew mógł w tym samym roku zastawić za 180 florenów między innymi całą wieś Kamyk (z wyjątkiem obsianej w owym czasie roli, a także przypadających robocizn). Kolejny syn Zbigniewa, Jan, za zgodą ojca dokonał w 1535 r. przekazania między innymi swojej części Kamyka na rzecz Jana Słabosza, znanego jako Mężyk z Putnowic (gm. Wojsławice, pow. chełmski). Ponadto oddał mu 100 florenów, które ten miał otrzymać od braci Jana Łapki, Mikołaja i Fryderyka. Tenże Jan Słabosz oddał swe dobra w Kamyku wraz z wszystkimi prawami seniorowi rodu Łapków, Zbigniewowi na czas jego życia.

W roku 1539 doszło do wspomnianej już wcześniej transakcji, w wyniku czego część Kamyka, na której był wybudowany zamek, przeszła wraz z obiektem fortyfikacyjnym w ręce właściciela graniczącej z Kamykiem Chrostowy. Pod koniec pierwszej połowy XVI stulecia, dokładnie w roku 1550, wdowa po Janie Słaboszu, Katarzyna, wraz z najbliższą rodziną sprzedała za 600 florenów czynsz roczny w wysokości 24 florenów, między innymi ze wsi Kamyk, wykonawcom testamentu proboszcza kościoła św. Mikołaja w Krakowie, Marcina z Olkusza (woj. małopolskie). Wśród wykonawców testamentu byli: kanonik krakowski Jakub z Kleparza (dzielnica Krakowa, w latach 1366 – 1792 był samodzielnym miastem), proboszcz kościoła św. Mikołaja Jan z Sanoka (miasto powiatowe w woj. podkarpackim) oraz proboszcz kościoła św. Walentego Wawrzyniec ze Stawiszyna (gm. Stawiszyn, pow. kaliski).

W czasie czterolecia 1578 – 1582, gdy król Polski – pochodzący z Siedmiogrodu (centralna Rumunia) Stefan Batory (panował 1576 – 1586) – prowadził wojnę z Rosją o Inflanty (kraina nad wschodnim Bałtykiem, która w 1561 roku oddała się pod opiekę Rzeczypospolitej; obecnie tereny Estonii i Łotwy), właścicielem Kamyka był Jan Mężyk (Męzik). Należący do niego kmiecie posiadali trzy łany, a usługi wykonywało dwóch rzemieślników, w tym młynarz. Miał również trzech zagrodników z rolą (chłopów posiadających domy i niewielkie gospodarstwo, zobowiązani do pańszczyzny pieszej lub czynszu).

Kamyk w owym czasie należał do parafii w Niegowici i powiatu szczyrzyckiego, który został zlikwidowany po I rozbiorze Polski w roku 1772 przez władze austriackie.

Od lat 30. XVII wieku wieś należała do Piotra Borzykowskiego. Posiadał on młyn napędzany jednym kołem wodnym, zwany dorocznym z racji wydzierżawiania go na okres jednego roku. Młyn był również wyposażony w dodatkowe urządzenie zwane stępą lub walidłem, które służyło do podnoszenia jakości płócien, stanowiących przez całe średniowiecze podstawowy materiał do produkcji tkanin. Kmiecie są użytkownikami trzech łanów gruntów, a dwóch komorników służąc u pana, wypasało bydło. Komornicy byli chłopami bezrolnymi, za chatę do zamieszkiwania (komorę) odrabiali pańszczyznę pieszą. Usługi dla ówczesnych mieszkańców Kamyka wykonywało dwóch rzemieślników, w tym młynarz. Kamyk płacił wtedy nadzwyczajny podatek gruntowy, pobierany na podstawie uchwały sejmowej w zwielokrotnionej wysokości zwykłego podatku łanowego, zwany poborem, w wysokości 19 florenów i 26 groszy. Był to czas prowadzenia dalszego sporu polsko-szwedzkiego o Inflanty, za panowania w Polsce Zygmunta III Wazy (1587 – 1632).

Sam pobór został ustalony po raz pierwszy w 1404 roku na wykup od Krzyżaków ziemi dobrzyńskiej, coraz częściej wykonywany od przełomu XV i XVI wieku, a w latach 1562 – 1563 w związku z najazdami turecko-tatarskimi na Polskę został zreformowany, co znacznie zwiększyło wpływy.

Od roku 1563 (do wojny o Inflanty przeciw Polsce przyłączyła się Szwecja) skarbowi Rzeczypospolitej płacono kwartę (1/4 dochodów z dóbr ziemskich). Od roku 1578 jednostkę poboru, tzw. symplę, stanowiło 30 groszy z łanu, w razie potrzeby uchwalano jej wielokrotność (duplę, tryplę i tak dalej). W zamyśle miał być płacony przez kmieci, jednak wciąż rosnące potrzeby sprawiły, że płatnikami zostali: rzemieślnicy, młyn, a nawet komornicy.

Kamyk wciąż należał do parafii w Niegowici i powiatu szczyrzyckiego. Po upływie 50 lat właścicielem Kamyka został szlachcic Piotr Borzykowski, rządzący na tym terenie od początku 1680 roku. Z dużym prawdopodobieństwem graniczącym prawie z pewnością można przyjąć, że był to syn lub nawet wnuk poprzedniego właściciela. Wskazuje na to fakt, że średni wiek życia wśród szlachty w omawianym okresie wynosił 38 – 45 lat. Szlachcic Borzykowski posiada takie same składniki majątkowe z wyjątkiem komorników z bydłem, których było wówczas trzech. Drastycznie wzrosła suma poboru, która teraz wynosiła 188 florenów i 12 groszy. Jak wynika z porównania, jest ona dziesięciokrotnie wyższa od tej sprzed pół wieku.

Historia w zakamuflowany sposób okazała się bezlitosna dla miejscowości. Król Polski Jan III Sobieski (panował w latach 1674 – 1696) zrezygnował z udziału w prowadzonych przez siebie wojnach z pospolitego ruszenia na rzecz wojsk zaciężnych. Dominujący udział w tej armii miała jazda, piechota, artyleria i wojska saperskie. Ta zmiana wymagała nade wszystko bogatego skarbca Rzeczypospolitej, a wiec zwiększonego poboru monet. Pobór z 1680 roku prawdopodobnie został zarządzony na wojny z Turcją, przede wszystkim zaś na bitwę pod Wiedniem 12.09.1683 roku. Z Kamyka taką daninę na wyższe cele musieli złożyć: kmiecie – 108 florenów, komornicy z bydłem – 28 florenów i 24 grosze, młyn – 32 floreny i 12 groszy oraz rzemieślnicy – 19 florenów i 6 groszy. Na 17 ówczesnych miejscowości, wchodzących obecnie w skład gminy Łapanów, pod względem płacenia podatku poborowego Kamyk był na trzecim miejscu za Tarnawą i Kobylcem, co świadczyło o silnej pozycji kmieci i wielkości ich areału ziemskiego. Jest to także dowód na to, że w owym czasie na dobrym poziomie było rozwinięte rzemiosło wraz z usługami dla miejscowej ludności. Zmiany organizacyjne sprawiły, że Kamyk należał do parafii w Trzcianie (gmina Trzciana, pow. bocheński) i powiatu sądecko-czchowskiego. Natomiast w graniczącej z Kamykiem parafii sobolowskiej z siedzibą w Sobolowie urząd księdza zarządzającego parafią, zwany probostwem, sprawował ks. Albert Gilsa.

Przy bardzo dużym znaczeniu monet dla funkcjonowania zarówno wielkiego państwa, jak i każdej miejscowości, największą wartość stanowili jednak ludzie żyjący na stałe w Kamyku. Zarówno im, jak i mieszkańcom najbliższych okolic, nie było dane żyć spokojnie. Praca była przerywana ciągłymi niepokojami wynikającymi z wydarzeń historycznych.

Na początku drugiej połowy XVII wieku w 1655 roku te rejony postanowili opanować Szwedzi, w ramach kolejnej wojny polsko-szwedzkiej, zwanej potopem szwedzkim lub drugą wojną północną. Jak wynika z przekazów historycznych, w odległych o 4 kilometry na północny zachód od Kamyka Nieszkowicach Małych (gm. Bochnia, pow. bocheński) ich oddział został pokonany w lokalnej potyczce na gruntach tej miejscowości. W roku 1656 Szwedzi zamordowali mnichów z klasztoru Kanoników Regularnych od Pokuty w Libichowej (gm. Trzciana, pow. bocheński), plądrując i ograbiając klasztor. Wprawdzie w 1657 roku Szwedzi zostali wyparci z Krakowa (4 września król Jan Kazimierz powrócił na Wawel; panował w latach 1648 – 1668), ale wojna trwała nadal, formalnie zakończyła się podpisaniem pokoju w Oliwie 3.05.1660 roku.

Okres ten przyczynił się do zniszczenia Polski, między innymi cofnęła się kultura rolnicza, dotychczas uprawne pola zaczęły porastać lasami, znacznie spadł eksport zboża. Zanim doszło do podpisania układów pokojowych, sojusznik protestanckich Szwedów, książę Siedmiogrodu Jerzy II Rakoczy, dotarł ze swoją armią wspomaganą przez Kozaków na omawiane tereny, by 21.03.1657 roku zdobyć Tarnów. Po tym militarnym sukcesie rozpuścił około 3/4 swoich wojsk, by te zajęły się ograbianiem całej Małopolski, a sam ruszył w stronę Krakowa. Jego Kozacy w krótkim odstępie czasu po Szwedach po raz drugi dokonali grabieży i zniszczenia klasztoru w Libichowej oraz spustoszenia Bochni.

Od roku 1659 rozpoczął się na nowo konflikt polsko-moskiewski. Rosja, wykorzystując powstanie ludowe na Ukrainie, które wybuchło przeciw Polsce, wznawia walkę o kresy zachodnie i Ukrainę. W czasie tych działań trwających do 1667 roku zagony kozackie grabią Małopolskę, w 1662 roku niemal całkowicie niszczą Bochnię oraz dokonują rozbójniczych wypraw po okolicznych miejscowościach.

 

1.2. Kamyk w rękach zaborcy austriackiego. Relacje pan–chłop. Rabacja galicyjska. Rodzinne historie. Trudny początek XX wieku

Od roku 1700 do 1721 trwa III wojna północna pomiędzy koalicją państw skupionych wokół Rosji (liga północna) a Szwecją o ograniczenie hegemonii tej ostatniej w strefie Morza Bałtyckiego i odebranie jej spornych terenów, które zagarnęła w XVII wieku. Choć Rzeczpospolita formalnie pozostawała neutralna do 1704 roku, to jednak faktycznie już od samego początku znaczna część walk toczyła się na terytorium i kosztem Polski. W roku 1702 po zwycięstwie Szwedów w bitwie pod Kliszowem (obecnie gm. Kije, pow. pińczowski, woj. świętokrzyskie) 19 lipca i opanowaniu przez nich Krakowa, Bochnia i jej okolice, porównywalne z rejonem utworzonego później powiatu bocheńskiego, są terenem starć wojsk Augusta II Mocnego, ówczesnego króla Polski (panował po raz pierwszy w Polsce w latach 1697 – 1706) z oddziałami króla Szwecji, Karola XII.

Trzecia wojna północna zakończona oficjalnie podpisaniem pokoju 10.09.1721 roku w Nystad (obecnie Finlandia), przyniosła Polsce ogromne zniszczenia gospodarcze bez żadnych wymiernych korzyści. Szwecja z dotychczasowego mocarstwa stała się państwem o mniejszym znaczeniu, a Rosja utrwaliła swoją bardzo mocną pozycję we wschodniej Europie, zyskując przede wszystkim szeroki dostęp do Morza Bałtyckiego.

29.02.1768 roku w Barze na Podolu (miasto na Ukrainie) został zawiązany zbrojny związek polskiej szlachty w obronie wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej. Skierowano go przeciwko władzy króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego (panował w latach 1764 – 1795, właściwie od 1775 do 1795 roku był prezydentem Rzeczypospolitej) i popierających go wojsk rosyjskich. W wyniku podjętych działań zbrojnych (w okresie czterech lat stoczono około 50 większych i mniejszych bitew, między innymi w 1768 roku Bochnia i jej okolice przeszły w ręce konfederatów) nie udało się obronić niepodległości Polski. Wraz z I rozbiorem Polski (5.08.1772) rozpoczął się mroczny okres naszej historii, kiedy to Kamyk przez 146 lat był w posiadaniu innego państwa.

Po wypracowanym porozumieniu państw zaborczych Kamyk wraz z południową częścią województwa krakowskiego przeszedł aż do upadku monarchii austriacko-węgierskiej w 1918 roku pod panowanie Austrii. Ziemie anektowane przez Austrię w wyniku I, a potem III rozbioru Polski tworzą jeden z krajów potężnej monarchii Habsburgów, zwany Galicją.

Obszar Galicji ulegał zmianom w zależności od kolejnych zdobyczy terytorialnych, czy też ich utraty. Niemniej jednak na początku trzeciego dziesięciolecia XIX wieku obejmował terytorium o powierzchni 78,5 tys. km2 (25,10% powierzchni dzisiejszej Polski) i ludności przekraczającej 4,5 miliona osób. W roku 1815 zaborca według własnego uznania dokonał rozdziału Galicji na: a) Galicję Wschodnią, która zajmowała tereny na wschód od rzeki San, w większości zamieszkałe przez ludność ukraińską, b) Galicję Zachodnią – tereny położone na zachód od wymienionej rzeki i zamieszkałe w przewadze przez ludność narodowości polskiej. Siedzibą władz prowincjonalnych zostaje ustanowiony Lwów. Językiem urzędowym na całym terytorium był język niemiecki. Całą Galicją w imieniu panującego cesarza do 1848 roku zarządzał gubernator, przez kolejne dwa lata naczelnik kraju, a począwszy od drugiej połowy XIX wieku do 1918 roku urzędnik noszący rangę namiestnika. Od samego początku swego panowania Austriacy przystępują do zaprowadzania nowego porządku i podziałów administracyjnych zgodnych z ich racją stanu.

Przez dziesięć lat trwania zaborów tereny, na których leży Kamyk, były zaliczane do wielkiego obwodu wielickiego, jednak już w 1783 roku doszło do zmian administracyjnych, i to obwód bocheński jest teraz bliższy sercu mieszkańców Kamyka. W tym roku powstaje nowa jednostka administracji zaborczej, którą jest cyrkuł bocheński. Po zmianach terytorialnych cyrkuł bocheński za kolejne 84 lata stał się w 1867 roku podstawą utworzenia powiatu bocheńskiego, z którym Kamyk mimo licznych zmian zależnych od kolejnych administracji jest związany do dziś. Nie mniejsze, a wręcz zwielokrotnione zmiany zaszły również w organizacji struktur kościelnych na omawianym terenie.

Razem z przejętym terytorium zaborca austriacki zaanektował także część dotychczasowej diecezji krakowskiej. W wyniku tego parafia Sobolów, pod przewodnictwem proboszcza ks. Tadeusza Chronowskiego, należąca wtedy do dekanatu Lipnica Murowana, znalazła się w polu zainteresowania władz austriackich. Zaborca miał na celu reorganizację struktur kościelnych, aby przede wszystkim doprowadzić do zerwania z polskością tych terenów. W pierwszej kolejności przystąpił do dostosowania granic kościelnych do rejonów bezpośrednio objętych zaborem. Priorytetem stało się utworzenie samodzielnego biskupstwa w Tarnowie dla nowo pozyskanych ziem przez cesarstwo austriackie. Należy stanowczo podkreślić, że Rzeczpospolita w traktacie rozbiorowym zatwierdzonym przez sejm 30.09.1773 roku odstąpiła cesarzowi całą własność, suwerenność i niezależność w sprawach duchownych. Cesarz Austrii Józef II Habsburg (panował w latach 1780 – 1790) decyzją z 4.03.1783 roku utworzył diecezję tarnowską, w skład której wszedł również dekanat bocheński, zaś w jego granicach znalazły się między innymi parafie w Sobolowie, Łapanowie i Tarnawie. Kamyk w owym czasie został przyporządkowany do parafii w Łapanowie i należy podkreślić, że nie jest to jego ostatnie podporządkowanie pod daną parafię.

Po III rozbiorze Polski dokonanym 24.10.1795 roku zlikwidowano diecezję tarnowską i utworzono nową w Kielcach. W związku z powyższym dekanat bocheński powrócił na krótko do archidiakonatu krakowskiego. Gdy utworzono namiastkę państwa polskiego w postaci podporządkowanego Francji Księstwa Warszawskiego (istniało w latach 1807 – 1815), zarówno Kraków, jak i Kielce, weszły w jego skład. Dla ziem pozostałych nadal przy Austrii utworzono wikariat starosądecki, do którego trafiła również parafia w Sobolowie. Gdy w 1820 roku przeprowadzono spis mieszkańców sobolowskiej parafii doliczono się 1753 mieszkańców, z czego 1721 katolików. Nad parafią był ustanowiony patronat szlachecki, a obowiązki proboszcza nadal wykonywał ks. Tadeusz Chronowski. Od 20.09.1821 roku przez kolejne pięć lat parafia w Sobolowie wraz z bocheńskim dekanatem należała do diecezji w Tyńcu. W roku 1826 reaktywowano biskupstwo w Tarnowie, co automatycznie przywróciło stan przynależności parafii z siedzibą w Sobolowie według zmian z marca 1783 roku. W następnym roku odszedł do wieczności proboszcz parafii ks. Chronowski, pełniący te obowiązki przez 57 lat, co jest do dzisiaj niepobitym rekordem w historii parafii od 1680 roku. Probostwo po nim objął ks. Józef Zychoń, gdy bezpośrednio po tym kapłanie w 1866 roku na urzędzie zarządzającego parafią zasiadł ks. Józef Kufel, Kamyk był częścią składową sobolowskiej parafii. Jednak w latach 1880 – 1895 po kolejnych zmianach dokonywanych na terenie zaboru austriackiego, z 259 mieszkańcami, co stanowi 8,64% całej ludności ówczesnej łapanowskiej parafii, należy do jej struktur. Parafia Sobolów jeszcze w 1892 r. za sprawą biskupa tarnowskiego Ignacego Łobosa trafia do dekanatu lipnickiego, by pozostawać w jego strukturach do 1925 roku.

Następna zmiana zreorganizowała oraz wprowadziła parafię wraz z jej proboszczem, pełniącym tę funkcję od 1920 do 1962 r., ks. Michałem Jeżem, na łono dekanatu bocheńskiego, by pozostawać z nim na dobre i na złe do dzisiaj.

Zabór austriacki jako taki, podobnie zresztą jak i dwa pozostałe, był wielkim obciążeniem dla ludności, jej rozwoju, gospodarki i zachowania ciągłości tradycji. Niemniej jednak mimo ograniczeń życie musiało się dalej toczyć. Aby mieć pełne i w miarę aktualne rozeznanie w sytuacji demograficznej i gospodarczej zajętych terenów, władze austriackie dość często przeprowadzały spisy interesujących ich kategorii. Bardzo ciekawa wydaje się "Analiza areału i struktury gruntów, przeprowadzona w latach 1785 – 1787", obejmująca między innymi Kamyk i miejscowości, które są obecnie w granicach administracyjnych gminy Łapanów. Zgodnie z tym dokumentem, podającym powierzchnię areałów gruntów w morgach i sążniach, Kamyk zajmował powierzchnię 477 mórg i 479 sążni, co odpowiadało 285,42 ha (1 morga = 1600 sążni = około 0,598 ha) i plasował się na 8. miejscu wśród 17 miejscowości. Dwór posiadał 66 mórg i 344 sążnie gruntów ornych, 2 morgi 942 sążnie ogrodów, 6 mórg 740 sążni łąk, 4 morgi 1044 sążnie pastwisk i krzaków, a także 183 morgi 748 sążni lasów. Gromada była właścicielem 127 mórg i 1585 sążni gruntów ornych, 5 mórg 850 sążni ogrodów, 29 mórg 65 sążni łąk oraz 22 morgi 571 sążni pastwisk i krzaków. Nie posiadała lasów. 29 mórg zajmowały pozostałe grunty i stanowiły one część wspólną. Ogółem przypadało: na dwór – 263 morgi 608 sążni, co stanowiło 55,18% ogółu gruntów, a na gromadę 184 morgi 1471 sążni; odpowiadało to: 38,74% ogółu gruntów. Resztę, czyli 6,08%, stanowiła część wspólna. Jak widać, powierzchnia gruntów ornych folwarku zmniejszyła się nieco w stosunku do tej z połowy XV wieku, osiągając 40 ha; przypuszczalnie przeznaczono je na ogrody, łąki i pastwiska. Gromada niestety nie posiada lasów, w których zawsze drzemią ogromne pokłady ich naturalnego bogactwa. Dwór dysponuje powierzchnią 110 ha lasów, więc przy zachowaniu panujących wtedy stosunków społecznych jest niekwestionowanym panem i władcą tych terenów.

Kolejnych ciekawych informacji dostarcza dokument zwany "Wojskowym spisem Galicji z roku 1808". Wynika z niego, że w tym roku w Kamyku było 25 domów, odnotowano w nich 55 izb mieszkalnych, a zamieszkiwało je 219 osób. Statystyki te lokowały Kamyk pod względem domów i izb na 9. miejscu, a liczby ludności na 10. miejscu w przytaczanej już klasyfikacji poszczególnych miejscowości obecnej łapanowskiej jednostki terytorialnej. Niekwestionowany wydaje się być fakt bardzo dużego zagęszczenia mieszkańców przy takiej liczbie domostw. Przyjmując nawet pewną poprawkę na stałą służbę folwarczną mieszkającą na terenie folwarku i komorników, średnia liczba ośmiu osób przypadająca na ówczesny wiejski dom wydaje się być dość wysoka. Równie fascynujące są dane pochodzące z podobnych spisów dokonywanych w latach 1870 i 1880 – 1895. Otóż w 1870 roku właścicielem dworu w Kamyku był Klaudiusz Meysner, miejscowość liczyła 263 mieszkańców (wzrost w ciągu ostatnich 83 lat o 44 osoby). Mimo takiej zmiany przesunęło to osadę tylko o jedno miejsce z 10. na 9. w klasyfikacji miejscowości pod względem liczby zamieszkującej ją ludności. Po raz kolejny potwierdziła się teza o przeludnieniu wsi galicyjskich, w tym również Kamyka.

Według dostępnych danych znacznie powiększył się areał gruntów będących do dyspozycji tych 263 mieszkańców. I tak posiadali oni: 110,97 ha gruntów ornych (193 morgi austriackie) i 108,1 ha lasów (188 mórg austriackich). Istotne jest wyjaśnienie, że zaborca wprowadził na okupowane tereny również swoje jednostki miar powierzchni. Morga austriacka była mniejsza od morgi tradycyjnej o 226 m2 i wynosiła 0,5754 ha. Wprowadzało to pewne zamieszanie w rozliczeniach i wszelkich transakcjach, niemniej jednak jako dobro nabyte wraz z niechcianymi gośćmi musiało być egzekwowane w praktyce.

Jak już wcześniej wspomniałem, Kamyk należał w owym czasie do nowo powstałego powiatu bocheńskiego (od 1867 roku), ale co ciekawe i zastanawiające z dzisiejszego punktu widzenia, siedziby sądu powiatowego, notariatu i poczty znajdowały się w odległych o 20 kilometrów Dobczycach (miasto i gmina w pow. myślenickim).

Pod koniec XIX wieku odnotowano w Kamyku 259 mieszkańców, co było minimalnym spadkiem w stosunku do poprzednich lat i świadczyło o utrzymującej się tendencji przeludnienia wsi. Dwór w tym czasie należał do Karola Meysnera. Obydwa spisy łączy jedna zdecydowana zmiana w stosunkach społecznych.

Spadek po równi pochyłej, począwszy od drugiej połowy XVIII wieku, doprowadził do kryzysu i upadku gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej w pierwszej połowie XIX wieku. Po drugie 22.04.1848 roku w Galicji zniesiono pańszczyznę, co zwolniło chłopów od obowiązkowej pracy na pańskim polu, a właściciele gruntów byli zmuszeni do odpłatności za pracę (robocizna najemna i płatna). Po trzecie rozpoczęto reformę uwłaszczeniową, majątki obszarnicze od lat 60. XIX wieku zaczęły przechodzić w wyniku parcelacji w posiadanie chłopów. Ten ostatni, jakże pożądany postulat, nie był do końca zgodny z pierwotnymi oraz szczytnymi założeniami. Oficjalnie mówiło się o tym, że chłopi w Galicji otrzymają ziemię bezpłatnie, rzeczywistość jednak była bardziej skomplikowana. Uregulowanie stosunków między panem a chłopem po 1848 roku rozpoczęło się deklaracją rządu austriackiego o tym, że zniesienie poddaństwa i uwłaszczenie obejmuje wszystkich chłopów bez względu na wielkość ich dotychczasowego gospodarstwa. Nie podlegały uwłaszczeniu dzierżawione i użytkowane działki ziemi. Wprowadzono jednak wykup ziemi, czy to w formie podatków, czy odszkodowań. Władze anulowały kwoty sięgające około 1/3 wartości gruntu, a resztę po połowie spłacał chłop i rząd galicyjski. Jeśli w wyniku parcelacji powiększono tzw. gospodarstwa karłowate, to niestety przy uwłaszczeniu zupełnie pominięto biedotę bezrolną. Dokonano również zniesienia wspólnot gruntowych, leśnych, pastwiskowych, a także wodnych. Ziemia niby przechodziła w ręce chłopa, ale do pełnego szczęścia droga była jeszcze daleka, bo należało spłacić za nią zobowiązania finansowe. Nie mając zarobków poza rolnictwem, najprostszym rozwiązaniem przy dość dużym zaludnieniu galicyjskich wsi była częściowa sprzedaż ziemi. Jednak rozdrobnienie gospodarstw pogarszało sytuację ekonomiczną chłopów. W świetle tych uwarunkowań do pozytywów należy zaliczyć zmianę wielkości areału gruntów ornych (wzrost o 34,43 ha) oraz lasów (wzrost o 108,1 ha) na korzyść chłopów.

Zanim jednak doszło do jakichkolwiek zmian, Galicja przeszła w pierwszej połowie XIX wieku swoiste zatrzęsienie w posadach. Powstanie chłopskie z lutego 1846 roku, nazwane rabacją galicyjską, mające za zadanie wyzwolenie się chłopów spod panowania szlachty oraz wzięcie rewanżu za wielowiekowe ciemiężenie, doprowadziło do mordowania dziedziców i palenia dworów. Te dwie przyczyny nie były oczywiście jedynymi, oprócz tego nagromadziło się wiele innych. Nie bez wpływu pozostawały takie czynniki, jak: ciche przyzwolenie władz austriackich na podtrzymywanie i szerzenie zależności chłopów od panów, przy jednoczesnym przekonywaniu tych pierwszych, że to panowie sprzeciwiają się oswobodzeniu ich przez cesarza; często przegrywane przed austriackimi sądami procesy chłopów domagających się na przykład zwrotu gruntów; rozpuszczane przez władze austriackie pogłoski o ewentualnym zniesieniu pańszczyzny i planach mordowania chłopów przez panów; niekorzystne warunki atmosferyczne, jakie nawiedziły Galicję w dwóch kolejno następujących po sobie latach 1844 i 1845.

Słoty, powodzie i nieurodzaj doprowadziły do tego, że zapanował głód, zniszczeniu uległy zabudowania mieszkalne i gospodarcze, ludzie zostali zmuszeni do dramatycznego poszukiwania środków do życia. Trzeba z przykrością stwierdzić, że ani administracja austriacka, ani bliższa sercu polskiego chłopa warstwa posiadaczy ziemskich, nie potrafiły znaleźć skutecznego środka, aby zaradzić tym kłopotom.

Wśród przyczyn zewnętrznych można upatrywać kilka zdarzeń. Pośród ludu ciągle żywa była jeszcze legenda księcia Józefa Antoniego Poniatowskiego, który w kampanii 1809 roku w dniach 14 – 27 maja doprowadził do załamania się ofensywy armii austriackiej i opuszczenia przez nią Warszawy. Wprawdzie powstanie narodowe w zaborze rosyjskim, zwane listopadowym, rozpoczęte w nocy 29.11.1830 roku i trwające do października 1831 roku zakończyło się klęską, ale odpowiedziało przynajmniej na jedną zasadniczą kwestię. Bez rozwiązania kwestii chłopskiej – zresztą we wszystkich zaborach – nie ma co marzyć o skutecznym zaangażowaniu tej wielkiej siły w sprawy ogólnonarodowe.

Porażka powstania listopadowego zmusiła wielu Polaków do opuszczenia ojczyzny, co przyczyniło się do powstania poza granicami kraju Wielkiej Emigracji, która za nadrzędny cel przyjęła zbudowanie podstaw do podjęcia walki zbrojnej na terytorium wszystkich zaborów. 17.03.1832 roku w Paryżu utworzono Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Mając na uwadze powstanie państwa polskiego w granicach sprzed 1772 roku jako federacji narodów zamieszkujących jej terytorium, zaczęto intensywne przygotowania idące w kierunku realizacji tych zamierzeń. Od roku 1837 rozpoczęto wysyłanie emisariuszy na tereny objęte zaborami z zadaniem przygotowania ogólnonarodowego powstania. Naturalne było, że również tereny powiatu bocheńskiego stały się polem działalności emisariuszy, a ich hasła były na tyle sugestywne, przekonujące i zbieżne z celami warstwy chłopskiej, że podjęcie wspólnej walki wydawało się tylko kwestią czasu.

Niestety ambitne plany zakładające rozpoczęcie ogólnonarodowego powstania na terenach trzech zaborów w lutym 1846 roku z powodu wykrycia spisku i masowych aresztowań, spełzły na niczym. Natomiast władze austriackie, grając umiejętnie emocjami chłopów, zachęcały ich do rozprawy z panami. Chcąc się pozbyć niewygodnych dla nich obywateli polskich, urzędnicy austriaccy rozdawali chłopom pieniądze, a cyrkuł bocheński wystawił upoważnienia do jawnej rozprawy z panami. Ziemia łapanowska stała się areną masowych wystąpień od poniedziałku 23.02.1846 roku od ataku na dwór w Tarnawie. Wśród zaatakowanych znalazł się również dwór w graniczącej z Kamykiem od zachodu Chrostowie-Dąbrowicy.

Nie odnotowano żadnego starcia na terenie dworu w Kamyku, co może świadczyć o dobrych stosunkach panujących w relacjach: właściciel dworu – chłopi. Należy uznać to za wyjątek, gdyż w zasadzie w tamtym szczególnym czasie nie spotykano takich zachowań wśród warstw społecznych zamieszkujących wieś.

O fali nienawiści i rozgoryczenia chłopów świadczą zachowane opisy tych krwawych wydarzeń. Najczęściej zbuntowana gromada ludzi otaczała dwór, aby przeprowadzić rewizję. Po wtargnięciu na teren dworu w najlepszym wypadku wiązano mieszkańców. Najczęściej jednak rozszalałe tłumy młóciły cepami, kłuły widłami lub rozbijały głowy panów siekierami. Niszczono nieruchomości, w tym przede wszystkim palono akta kancelarii dworskich, a następnie ograbiano spichrze i magazyny, rabując wszystko, co znajdowało się w zasięgu wzroku napastników. Inwentarz żywy oczywiście też nie obronił się przed agresją, stając się często natychmiastowym posiłkiem dla korzystających z okazji do zjedzenia mięsnego pożywienia, którego byli pozbawieni na co dzień. Po dokonaniu dzieła zniszczenia gromada chłopów, często dodatkowo uzbrojona w sprzęt zdobyty w trakcie napadu na dwór, udawała się na sąsiedni dworski obiekt, korzystając ze zdobycznych wozów i koni.

Trudno dziś określić, czym kierowali się chłopi, dokonując wyboru takich, a nie innych osób, które następnie dostarczali za pomocą furmanek do starostwa powiatowego w Bochni, w celu odebrania obiecanych pieniędzy. W czasie takich podróży, nazwijmy je: szlakiem dworów, dochodziło do kolejnych scen bicia i maltretowania zatrzymanych osób, a nawet wrzucania ich do lodowatej wody. Do takiego wydarzenia doszło w chwili, gdy kolumna z pojmanymi osobami dotarła z Łapanowa przez Kobylec i Jaroszówkę do Chrostowej-Dąbrowicy. Zgromadzony tłum buntujących się chłopów dodatkowo pobił zatrzymanych, a "komendant" transportu zarządził w chwilę po wznowieniu dalszej jazdy w stronę Bochni przymusową kąpiel pechowców w Stradomce.

Fala buntu chłopskiego nie przyniosła żadnych swobód, obiecywanych przez administrację austriacką. Wręcz umożliwiła stłumienie przez wojska austriackiego zaborcy rewolucji krakowskiej (21.02 – 4.03.1846 roku), będącej małym fragmentem planowanego powstania i mającej na celu walkę z zaborcą, zrównanie wszystkich stanów, uwłaszczenie chłopów, przydział ziemi dla bezrolnych chłopów biorących udział w rewolucji, a także wprowadzenie opieki społecznej.

Decydujący wpływ na losy rewolucji krakowskiej miała bitwa pod Gdowem, rozegrana 26.02.1846 roku, gdzie wojska austriackie wspierane przez zbuntowanych chłopów rozbiły oddział powstańczy. Biorąc pod uwagę całą niedolę i dotychczasowe niesprawiedliwe traktowanie chłopów w ustawionej przez możnych hierarchii społecznej, a także poddaństwo i służebność chłopa wobec pana, należy podkreślić, że powstanie chłopskie było jawnym aktem zemsty, próbą rozprawy z panującym i niesprawiedliwym ustrojem, zlikwidowania folwarków oraz przejęcia ziemi w ręce chłopskie. Próba była daremna, ale zasiała ziarno, które w połączeniu z falą zmian, jaka powstała w wyniku ruchów rewolucyjnych Europy, nazwanych Wiosną Ludów, w niedalekiej przyszłości, bo w kwietniu 1848 roku na terenie Galicji przyniosło zlikwidowanie pańszczyzny.

Naturalnym ciągiem tych wydarzeń było wieloletnie dostosowywanie przez zaborcę austriackiego istniejących podziałów administracyjnych do nowo powstającej rzeczywistości. Wszelkie działania na terenie Galicji rozpoczęto w 1855 roku od wprowadzenia reformy, w ramach której zlikwidowano okręgi zwane cyrkułami, zastępując je powiatami. Na ich czele ustanowiono starostwa powiatowe. Ponieważ – jak wcześniej wykazano – cała Galicja, w tym i Galicja Zachodnia, do której zaliczał się cyrkuł bocheński, były dużymi organizmami, to i wprowadzanie zmian odwlekało się w czasie. Jednak ostatecznie w roku 1867 utworzono powiat bocheński. Rok wcześniej przeprowadzono reformę na najniższych szczeblach administracji samorządowej. Poszczególne sołectwa (w tym Kamyk) odłączono od obszarów dworskich i nazwano je gminami wiejskimi.

Gmina wiejska jako wspólnota osób zamieszkujących na jej terenie posiadała własną urzędową pieczęć, którą posługiwano się w przypadku sporządzania ważnych dokumentów dotyczących życia gminy lub zamieszkujących ją obywateli. Dotyczyło to na przykład poświadczenia przynależności danej osoby do konkretnej społeczności albo potwierdzenia adnotacji o wymeldowaniu i zameldowaniu. Tej drugiej czynności w przypadku mężczyzn dokonywano w książeczkach wojskowych (przypomnę tylko, że dowody osobiste jako nieobowiązkowe zaczęto wydawać w Polsce na żądanie zainteresowanej osoby w 1928 roku). Nie inaczej było w przypadku gminy Kamyk. Posiadała ona okrągłą urzędową pieczęć o średnicy 3 centymetrów, która pośrodku zawierała herb Kamyka (drzewo przypominające rozłożysty dąb szypułkowy, który rośnie na jednym ze wzniesień), a w otoku widniał napis: "Pieczęć Gromady Kamyckiej".

W naszym archiwum rodzinnym znajdują się dziś już historyczne dokumenty opatrzone tą pieczęcią, a wśród nich datowane na czwartek 18.11.1915 roku poświadczenie, wystawione przez naczelnika gminy, pana Króla, i potwierdzone następnego dnia przez urzędującego w Sobolowie proboszcza ks. Józefa Kosińskiego. W tym zaświadczeniu widnieje zapis: "Zwierzchność gminna w Kamyku, powiat Bochnia potwierdza, że moja babcia Katarzyna Bankowicz, wtedy lat 21 licząca, jest przynależna do gminy Kamyk, a przebywa w owym czasie na robotach w Niemczech (miejscowość Wörrstadt). W związku z powyższym jej mama, wdowa po Walentym (od 2.12.1901 roku), Regina Bankowicz z domu Koszmider, posiadająca małe gospodarstwo gruntowe, uprasza o wydanie zezwolenia jej córce Katarzynie do powrotu do gminy Kamyk, w celu udzielania pomocy przy gospodarstwie".

Poświadczenie okazało się na tyle skuteczne, że moja prababcia Regina doczekała się powrotu swojej córki do domu. Trzeba podkreślić, że w owym czasie nie było to takie oczywiste, gdyż od 28.07.1914 roku na europejskim teatrze dziejów karty rozdawali bogowie wojny i ognia: słowiański Światowit i węgierski Hadur.

Powracając do reformy organizacji gminnej z 1866 roku, należy podkreślić, że kolejnym szczeblem po gminach wiejskich ustanowiono gminy administracyjne i wydzielone obszary dworskie. Gminami administracyjnymi stawały się te, które w chwili wejścia w życie ustawy posiadały własny zarząd w postaci wójta lub burmistrza. Wraz z obszarami dworskimi, czyli odłączonymi od wsi posiadłościami ziemiaństwa, tworzyły wyższy szczebel podziału administracyjnego, nazwany powiatami sądowymi. W wyniku tych zmian niektóre miejscowości zyskiwały na znaczeniu, między innymi Łapanów uzyskał w roku 1891 prawa miejskie, co zdecydowanie podniosło jego rangę w powiecie bocheńskim, a także skutkowało w niedalekiej przyszłości aktywnością mieszkańców ziemi łapanowskiej na różnych odcinkach pracy i działalności społecznej.

Druga połowa XIX wieku na obszarze Galicji, mimo bardzo trudnej sytuacji gospodarczej, zwłaszcza na wsi, to niewątpliwie pierwsze odruchy nadziei na odzyskanie wolności. Sytuacja zmieniła się radykalnie po tym, jak Austria przegrała w 1859 roku wojnę z Francją i w 1866 roku z Prusami. Klęska polskiego powstania narodowego przeciw Rosji, zwanego styczniowym (od 22.01.1863 do jesieni 1864 roku), nie była wprawdzie okolicznością sprzyjającą, ale przywódcy wielkiego cesarstwa słusznie zauważyli, że może dojść do rozpadu monarchii austro-węgierskiej. Osłabienie Austrii sprawiło, że ożywiły się tendencje niepodległościowe i powstały możliwości walki o autonomię Galicji. W wyniku tego po wprowadzeniu dla Galicji statutu krajowego, od 1866 roku zaczęły powstawać autonomiczne organy przedstawicielskie, takie jak: Sejm Krajowy Galicji, powoływany przez niego parlamentarny organ wykonawczy, czyli Wydział Krajowy, oraz Rada Szkolna Krajowa. W ramach swoich kompetencji posiadały ograniczone, ale jednak uprawnienia w zakresie gospodarki, oświaty i kultury. Głównym mankamentem było to, że wszelkie ustawy Sejmu Krajowego Galicji wymagały aprobaty cesarza Austrii.

W następnym roku, po 95 latach język polski został przywrócony jako język urzędowy, co było wielkim przełomem, zwłaszcza dla mieszkańców Galicji Zachodniej. Te zmiany mają też swój wymiar w lokalnych społecznościach, zwłaszcza że życie, pomimo zniesienia pańszczyzny i uwłaszczenia chłopów, wcale nie należało do lżejszych, a co za tym idzie – trzeba było nadal zmagać się z nędzą galicyjską.

Mimo pozbywania się gruntów ornych przez właścicieli dworów poprzez sprzedaż lub parcelację, wśród chłopstwa nadal panował głód ziemi, choćby z prozaicznych przyczyn, jakimi były braki finansowe, ograniczające czy wręcz uniemożliwiające zakup. Przykładowo w 1884 roku morga austriacka gruntu była warta 200 złotych reńskich, krowa od 30 do 50 złotych, korzec żyta od 5 do 6 złotych, a pszenicy od 7 do 8 złotych. W tym czasie (lata 1857 – 1892) złoty reński, zwany guldenem austro-węgierskim, był srebrną monetą cesarstwa austriackiego, ważącą 12,34 grama srebra próby 900 (zawierającej 90% czystego srebra). Natomiast system monetarny cesarstwa wyglądał następująco: 1 talar = 1,5 guldena (złotego reńskiego), a 1 gulden (złoty reński) = 100 krajcarów.

Matka natura też nie sprzyjała rolnictwu, w tym miejscowym chłopom. Na terenie powiatu bocheńskiego anomalie pogodowe zaczęto obserwować od początku lat 80. XIX wieku. W lipcu 1883 roku doszło do dwukrotnego gradobicia, które kompletnie zniszczyło plony w 50 wsiach południowej części powiatu (między innymi gmina Kamyk). Minęło dokładnie 20 lat i w połowie lipca 1903 roku tereny powiatu nawiedziła duża powódź, a Stradomka, posiadająca zwłaszcza w górnej swej części charakter rzeki górskiej o średnim spadku 1,2%, na znacznej długości liczącej prawie 41 kilometrów rozlała swe wody po okolicznych polach uprawnych i skupiskach ludzkich. Nie po raz pierwszy (ani ostatni) wzburzone fale przenoszące bardzo duże ilości ziemi i kamieni pokazały swoją gigantyczną niszczącą moc. Oczywiście nie pozostały bezczynne również mniejsze dopływy tej rzeki, tworzące na obszarze 36 180 ha jej zlewnię, jak choćby prawobrzeżna Polanka (płynie przez rejon sobolowskiej parafii). Dla odmiany w kolejnym 1904 roku przytrafił się mieszkańcom powiatu bocheńskiego długotrwały brak opadów atmosferycznych, zwany posuchą. Charakteryzował się niską zawartością pary wodnej w powietrzu, co spowodowało zdecydowane podniesienie się temperatury powietrza. Taki stan doprowadził do wyczerpania się wilgoci w gruncie oraz wysychania wszelkich roślin, a stąd była już prosta droga do dużych strat w rolnictwie, sadach i ogrodach, a w konsekwencji do braku pożywienia dla ludzi i zwierząt.

Do krajobrazu zniszczenia po raz drugi przyczyniła się jeszcze w krótkim czasie, bo w 1908 roku, rzeka Stradomka, nawiedzając strapionych mieszkańców powodzią po intensywnych opadach. Wiele osób było zmuszonych emigrować z Galicji za pracą i pożywieniem, bo wyjałowiona ziemia nie dawała obfitych plonów, a ludzie byli niedożywieni. Wśród emigrujących na początku drugiego dziesięciolecia XX wieku była również moja babcia Katarzyna. O staraniach prababci Reginy, podjętych w sprawie powrotu jej córki do domu, napisałem wcześniej.

W takich okolicznościach bardzo pozytywne okazywały się inicjatywy lokalnych społeczności mające na celu polepszenie warunków życia.

W roku 1887 powstała w Łapanowie straż ogniowa, której głównym i w zasadzie jedynym na tamte czasy celem była walka z pożarami. Również w tym okresie, idąc za przykładem danym przez ks. Stanisława Stojałowskiego, organizatora kółek rolniczych na terenach zaboru austriackiego, na ziemi łapanowskiej powstają lokalne kółka rolnicze. Włączając się aktywnie w ich rozwój oraz powstawanie – niejako przy okazji – sklepów z artykułami pierwszej potrzeby, chłopi zaczynają konkurować z nie zawsze uczciwym, a bardzo aktywnym i rozpowszechnionym handlem prowadzonym przez polskich Żydów. Same kółka po powstaniu w 1882 roku Towarzystwa Kółek Rolniczych stawiają na rozwój działalności oświatowo-rolniczej i gospodarczo-handlowej. Aby zwiększyć dochody z gospodarstw, które były jedynym środkiem utrzymania rodzin, należało lepiej gospodarować, unowocześniać produkcję, stosować coraz nowsze rozwiązania techniczne i środki produkcji oraz wzajemnie wspierać się w potrzebie. Poprzez działalność oświatowo-rolniczą kółka prowadziły szeroką akcję uświadamiającą i wyjaśniającą potrzebę takich właśnie działań. Wskazywały także na konieczność popularyzacji spółdzielni oszczędnościowo-pożyczkowych jako formy ekonomicznej samoobrony chłopów. Mimo ogólnie trudnych warunków panujących na galicyjskiej wsi, kółka rolnicze wniosły duży wkład w rozwój wiejskiej społeczności, przede wszystkim przyczyniając się do ochrony interesów wsi, a rolnictwa szczególnie. Wymierne efekty tych działań widać na kilku płaszczyznach. W ramach postępu technicznego w ostatnim dwudziestoleciu XIX wieku rozpowszechniono na przykład młynki do oddzielania zboża od plew, zaczynając od polskich, pozbawionych sit, by dość szybko wprowadzić wersję niemiecką tego urządzenia już z zamontowanymi sitami. Z kolei skrzynki do rżnięcia sieczki zastąpiono maszynami rolniczymi służącymi do cięcia słomy, trawy, kukurydzy i innych roślin pastewnych, nazwanymi sieczkarniami. Były to stacjonarne urządzenia napędzane siłą ludzkich mięśni, zdecydowanie przyspieszające i ułatwiające pracę. Sama maszyna składała się z drewnianej podstawy w kształcie czworoboku umieszczonego na czterech nogach, której konstrukcja umożliwiała zamontowanie następujących elementów: drewnianego koryta do układania ciętych surowców, zespołu podającego surowiec, składającego się z dwóch walców o zębatej powierzchni, zespołu tnącego surowiec, w skład którego wchodziło od dwóch do czterech noży oraz mechanizm obrotowy wraz z osią, zespołu napędzającego, utworzonego w zależności od wersji urządzenia albo z dwóch kół zamachowych z korbami do ręcznego obracania przez ludzi, albo tylko z jednym kołem wyposażonym w korbę. Długość ciętej sieczki można było regulować w granicach od 0,5 do 8 centymetrów, stosując prosty zabieg polegający na zmianie ilości noży na zespole tnącym.

W rozdziale związanym z ekonomią godzi się wymienić duży wkład społeczności wiejskiej w powstanie i rozwój wiejskiej spółdzielczości oszczędnościowo-kredytowej, zwanej systemem Raiffeisena (niemiecki reformator społeczny). W tym dziele prym wiodła społeczność parafii w Sobolowie. To tutaj najwcześniej, bo 13.04.1901 roku, na ziemi łapanowskiej utworzono taką kasę. Swym zasięgiem objęła ona dziewięć wsi (w tym gminę Kamyk) i w szczytowym momencie swej działalności liczyła 310 członków. Przez okres 13 lat do wybuchu I wojny światowej pracami kasy kierowali po kolei: właściciel gospodarstwa gruntowego pan Henryk Pach, nauczyciel miejscowej szkoły pan Jan Głuś i proboszcz tutejszej parafii ks. Józef Kłosiński. Działalność kasy wychodziła naprzeciw potrzebom chłopów i przybliżała ideę oszczędzania oraz kredytowania obrotowego. A przecież w tamtym czasie uczciwe kredyty, będące jedną z form finansowania eksploatacyjnej działalności gospodarstw gruntowych na zakup sprzętu czy towaru w postaci materiału siewnego, były jak najbardziej pożądane.

Za pionierskim przykładem Sobolowa w roku 1904 poszła społeczność Łapanowa, a rok później Tarnawy, tworząc takie same kasy. W Polsce rozbiorowej podwaliny pod tego typu działalność położył urodzony w Bachowicach (gm. Spytkowice, pow. wadowicki) doktor Franciszek Stefczyk, zakładając w 1889 roku w Czernichowie k. Krakowa pierwszą na naszych ziemiach wiejską spółdzielnię oszczędnościowo-pożyczkową. Dla podkreślenia tych zasług, a także innych dokonań, między innymi prac pionierskich w zakresie spółdzielczości i szerokiej działalności państwowej dra Stefczyka, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę kasy zostały nazwane kasami Stefczyka.

Niejako pochodną możliwości zdobywania kredytów są zdolności do prowadzenia systemu gospodarowania polegającego na zaopatrywaniu się w potrzebne artykuły rolnicze. Naprzeciw tym oczekiwaniom wyszła w 1905 roku bocheńska spółka rolniczo-magazynowa. Aby rozszerzyć działalność, postawiła na zorganizowanie filii. Tutaj dużą aktywność znów wykazała społeczność Sobolowa, stając na czele dokonywanych zmian.

5.10.1905 roku doszło do otwarcia pierwszej filii, właśnie w Sobolowie. Prowadząc działalność handlowo-usługową na terenie wiejskich gmin wchodzących w skład parafii, spółka postawiła na skup od chłopów zboża i innych ziemiopłodów, sprowadzała dla nich nawozy sztuczne. W trudnych okresach związanych z kończeniem się zapasów żywności z poprzedniego roku w gospodarstwach chłopskich, zwykle na przełomie kalendarzowej zimy i wiosny, spółka zaopatrywała potrzebujących w mąkę i produkty niezbędne do nowego zasiewu. Wśród działań związanych z produkcją rolniczą spółka stawiała również na rozpowszechnienie idei rozwoju mleczarni, tuczarni czy na uprawę buraka cukrowego i tytoniu. Tym działaniom wydawał się sprzyjać wniosek o budowę linii kolejowej na trasie Bochnia – Łapanów–Tymbark, złożony 28.11.1907 roku w Wiedniu do parlamentu Austro-Węgier przez posła Ruebenbauera, połączonego rodzinnymi więzami z Kobylcem.

Wymieniona wyżej inwestycja znacznie skróciłaby drogę do Zakopanego, a nade wszystko ułatwiła transport wszelkich towarów, w tym związanych z rolnictwem, przemysłem, a także kopalin soli zalegającej pod powierzchnią Bochni. Argumentem "za" był również fakt usprawnienia wywozu drewna z licznych wtedy lasów rządowych porastających opisywany teren. Niestety wniosek nie uzyskał poparcia w Radzie Państwa, składającej się z 15 krajów koronnych (terytoriów składowych austriackiej części Austro-Węgier w latach 1867 – 1918), upadł. Upadła też szansa na dynamiczny rozwój regionu, a co za tym idzie polepszenie bytu zamieszkującej go ludności. Nawet trudno się dziwić takiej decyzji, bo co mogła obchodzić posłów księstwa Karyntii, Książęcego Hrabstwa Tyrolu czy królestwa Dalmacji budowa linii kolejowej w Królestwie Galicji i Lodomerii z Wielkim Księstwem Krakowskim, Oświęcimskim i Zatorskim? Naprawdę nic! Posunę się nawet do podejrzenia graniczącego z pewnością, że reprezentanci Karyntii, Tyrolu i Dalmacji nie mieli do końca świadomości, gdzie tak naprawdę znajduje się ten Łapanów. A już na pewno nie zależało im na tym, jaką trasą będzie wieziona sól z kopalni w Bochni do Zakopanego. Po co wydawać duże kwoty na nowe inwestycje gdzieś tam w Galicji Zachodniej? Ostatecznie można dojechać koleją z Bochni do Zakopanego trasą Tarnów – Stróże – Nowy Sącz – Tymbark – Chabówka, pokonując bagatela 285 kilometrów. Albo alternatywnie przez samodzielny jeszcze wtedy Płaszów, leżący na prawym brzegu Wisły na południowy wschód od Krakowa, dalej przez Skawinę, Kalwarię Zebrzydowską, Suchą Beskidzką i wspomnianą już Chabówkę. Nawet będzie bliżej, bo tylko 178 kilometrów. A jeśli nie, to równie dobrze można było wieźć tę sól z Bochni do Zakopanego przez Klagenfurt, Innsbruck i Zadar. A wtedy zarobiliby również lokalni przewoźnicy.

Wprawdzie Polacy wspominają o tym, że nowa linia kolejowa na planowanej trasie Bochnia – Łapanów – Tymbark – Zakopane to same korzyści, choćby z samego faktu kolosalnego skrócenia drogi przejazdu do 107 kilometrów, ale kwestia zasadnicza to finanse. Wydatków było wciąż dużo, a skarb cesarstwa przecież nie cierpiał na nadmiar guldenów czy – jak nazywali je na swój użytek Polacy – złotych reńskich. Ta trochę przewrotna teza świadczy tylko o tym, że już samo cesarstwo austriackie (nie wliczając Węgier) w tym czasie było molochem złożonym z bardzo wielu narodowości, liczącym 29,5 mln ludności i zajmującym powierzchnię prawie 3,7 razy większą od współczesnej Austrii. Wywalczenie czegokolwiek dla lokalnej społeczności na takim forum graniczyło z cudem, a i promocji we współczesnym tego słowa znaczeniu nie znano prawie wcale. Wprawdzie mieszkańcy terenów, przez które miała przebiegać planowana linia kolejowa, nie mieli żadnego wpływu na końcowe efekty negocjacji w tej sprawie, ale mogli przejawiać swą aktywność w kwestiach związanych z edukacją obywatelską, w tym również polityczną.

Naturalnym, ożywczym impulsem dla wsi okazał się być ruch ludowy. To właśnie Galicja nadała kształt i impet temu ruchowi. 3.07.1893 roku w Nowym Sączu, bracia Jan i Stanisław Potoczek zakładają pierwszą – jak się później okazuje nie tylko w Polsce, lecz także w Europie – partię chłopską pod nazwą Związek Stronnictwa Chłopskiego. Związek bezpośrednim działaniem objął region nowosądecki i limanowski, ale również wywarł znaczny wpływ na edukację polityczną chłopów w całej Galicji. Propagował zrównanie chłopów w prawach z innymi warstwami społecznymi, walczył o obronę własności chłopskiej, domagał się sprawiedliwego rozdziału podatków pomiędzy wszystkich użytkowników ziemi oraz ograniczenia obowiązków związanych z posiadaniem gospodarstw. Duży nacisk kładł na potrzebę szerzenia oświaty, dotyczącej głównie rolnictwa. Działacze związku włączyli się aktywnie do rozwoju kółek rolniczych. Zarzucano mu dużą lojalność wobec rządu austriackiego, co jednak nie było do końca niekorzystnym zjawiskiem, gdyż poszerzało perspektywy większego uzyskania swobód w kwestiach organizacyjnych i twórczych. Związek działał oficjalnie do 1908 roku, współtworząc w tym czasie galicyjskie Stronnictwo Ludowe, przystępując do Polskiego Centrum Ludowego, by w końcu zasilić szeregi Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Dokładnie dwa lata po powstaniu ZSCh, 28.07.1895 roku na zjeździe chłopskich przedstawicieli komitetów wyborczych w Rzeszowie, powstaje Stronnictwo Ludowe. Pierwszym prezesem nowo powstałego ugrupowania zostaje wybrany Karol Lewakowski. W jego szeregach rozpoczyna swoją bogatą działalność polityczną Wincenty Witos – pochodzący z Wierzchosławic k. Tarnowa, wybitny działacz i czołowy przywódca ruchu ludowego, przede wszystkim pełniący cztery razy urząd premiera Polski w okresie 10.06.1920 – 14.05.1926.

Stronnictwo Ludowe w 1903 roku zmieniło nazwę na Polskie Stronnictwo Ludowe. Głównym celem jego działalności była walka o uregulowanie świadczeń chłopskich, demokratyzację ordynacji wyborczej, a od 1903 roku o niepodległość Polski. Swoją walkę prowadziło na drodze konstytucyjnej, a przyznanie chłopom pełni praw obywatelskich i całkowite równouprawnienie narodowe, polityczne, ekonomiczne i cywilizacyjne było uzasadnione. Wszak chłopi byli najliczniejszą warstwą narodu, stanowiącą podstawę bytu państwa, żywili i bronili, a traktowani byli jak obywatele drugiej kategorii.

Po kilku latach działalności PSL stało się jedną z głównych sił politycznych w Galicji. Na skutek różnicy zdań na przełomie 1913 i 1914 roku dochodzi do rozłamu w stronnictwie na PSL Piast i PSL Lewica. Współzałożycielem i przywódcą, a od 1919 roku prezesem PSL Piast, został Wincenty Witos. Natomiast PSL Lewica pozostała pod przywództwem przeciwnika kleru i właścicieli dużych obszarów ziemskich, radykała Jana Stapińskiego. Wszystkie pozytywne działania, zarówno ZSCh, jak i SL, a potem PSL, trafiają na podatny grunt w rejonie związanym z ziemią łapanowską.

Na przełomie wieków XIX i XX chłopi zaczynają brać udział w życiu politycznym. Praca od podstaw doprowadza do tego, że znacznie zwiększa się udział ludowców w wyborach do samorządu gminnego, powiatowego, a także sejmu krajowego i Rady Państwa w Wiedniu. W roku 1902 ludowcy zdobywają wszystkie mandaty z kurii wiejskiej w wyborach do rady powiatowej w Bochni. Według obowiązującej na owe czasy ordynacji wyborczej, autonomiczna Galicja była podzielona na cztery kurie w zależności od statusu społecznego, wielkości płaconych podatków oraz zajęć, jakie wykonywali wyborcy. Kuria wiejska była czwarta, ostatnia według tego podziału, zrzeszała mniejsze miasta, miasteczka i gminy wiejskie (w tym Kamyk). Jesienią 1906 roku odbyły się wybory uzupełniające do rady powiatowej w Bochni. Mandaty radców zdobyli: Andrzej Galas z Kamyka i Stanisław Ochlust z Sobolowa. Należy zaznaczyć, że w ówczesnym czasie sfery konserwatywne bardzo niechętnie patrzyły na rosnące polityczne aspiracje chłopskie. A walka na szczeblu bocheńskiej rady powiatowej pomiędzy konserwatystami a posiadającym cały czas tendencje wzrostowe i będącym w opozycji PSL, przybierała na sile. Ciekawe jest to, że mimo dużej niechęci konserwatystów wobec ludowców, ci ostatni nie byli zwalczani przez właścicieli ziemskich. Znajdujące się na tym terenie dwory nie podejmowały specjalnych działań mających na celu świadome utrudnianie przedsięwzięć ludowców. Natomiast ruchy wewnątrz partii chłopskiej w naturalny sposób odzwierciedlały się natychmiast na terenach związanych z Łapanowem.

Po rozłamie w PSL, na przełomie lat 1913 i 1914, Łapanów znalazł się w szeregach PSL Piast, nie tylko dlatego, że na czele tej części ludowców stał Wincenty Witos, człowiek pochodzący z odległych od Łapanowa o niecałe 60 kilometrów Wierzchosławic.

PSL Lewica to partia, która cały czas przechodziła ewolucję ideową i organizacyjną, a ostateczne opowiedzenie się za sojuszem z Polską Partią Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska Cieszyńskiego, której nadrzędnym celem była odbudowa niepodległego państwa polskiego o ustroju socjalistycznym, nie było zgodne z aspiracjami ludowców ziemi łapanowskiej.

 

1.3. I wojna światowa. Bitwa galicyjska 1914 roku. Pięć minut Kamyka w wojennych zmaganiach. Służba wojskowa mieszkańców Kamyka w c.k. armii Austro-Węgier. Dziadkowie Katarzyna i Jan zawierają związek małżeński

Niestety spory polityczne, w tym również wewnątrz samych ludowców, okazały się niczym wobec grozy tlących się w tym czasie konfliktów międzynarodowych. To wojenne zarzewie w końcu doprowadziło do wydarzeń, jakie miały miejsce w stolicy anektowanej po kongresie berlińskim w 1878 roku przez Austro-Węgry Bośni i Hercegowiny – Sarajewie. Otóż odbywający podróż do tego nieprzychylnie nastawionego do władz austriackich miasta, pokojowo nastawiony austriacki następca tronu, arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg wraz z małżonką, czeską księżniczką Zofią von Chotek, stali się ofiarami serbskich separatystów. 28.06.1914 roku dokonano dwukrotnego zamachu na przemieszczający się konwój pojazdów arcyksięcia. Po pierwszym, nieudanym wrogim akcie wobec następcy tronu, w którym brało udział trzech zamachowców, a para książęca wyszła bez szwanku z całego wydarzenia, doszło do ponownej próby zamachu. Tym razem piąty zamachowiec, niejaki Gawriło Princip, zamiast bomby posłużył się skutecznie 7,65-milimetrowym pistoletem samopowtarzalnym Browning M1910, konstrukcji Johna Mosesa Browninga, wyprodukowanym przez belgijską firmę FN w Herstal (Fabrique Nationale d'Armes de Guerre). W wyniku odniesionych ran postrzałowych (zamachowiec miał do dyspozycji magazynek o pojemności 7 sztuk) para książęca wkrótce zmarła. Wobec braku zgody Serbii na przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie przez przedstawicieli Austrii na terenie Sarajewa, 28.07.1914 roku Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii.

Został uruchomiony łańcuch wydarzeń, którego żadną mocą nie dało się zatrzymać. Dla obrony i wsparcia Serbii Rosja przeprowadziła mobilizację swoich oddziałów, jej natomiast wypowiedziały wojnę Niemcy. Na te działania odpowiedziały Wielka Brytania i Francja, wypowiadając wojnę Niemcom. Doszło do otwartego konfliktu zbrojnego, nazwanego I wojną światową lub Wielką Wojną. W efekcie starły się ze sobą państwa zgrupowane na podstawie porozumienia nazwanego ententą (35 państw) i państwa połączone sojuszem określanym jako państwa centralne (Austro-Węgry oraz trzy kolejne kraje). W skład ententy wchodziły między innymi: Wielka Brytania, Francja, Rosja, Włochy, Serbia, Czarnogóra, Japonia, Stany Zjednoczone, Brazylia, a także 19 innych państw stanowiących dominia brytyjskie. Były to państwa podległe Wielkiej Brytanii, w których forma ustrojowa stanowiła coś pomiędzy samorządną kolonią a samodzielnym państwem. Po stronie państw centralnych oprócz Austro-Węgier opowiedziały się cesarstwo niemieckie, imperium osmańskie (Turcja) i Bułgaria. Konfliktem zostały objęte: Europa, Azja, Afryka oraz oceany: Atlantycki, Spokojny i Indyjski. Szacunkowe straty w ludziach wyniosły po stronie Ententy 5 525 000, a po stronie państw centralnych 4 386 000 osób. Polskie straty w tym konflikcie ocenia się na pół miliona zabitych i zmarłych, a także 900 tysięcy rannych. Czas pomiędzy 28.07.1914 a 11.11.1918 roku zyskał miano największego konfliktu zbrojnego na kontynencie europejskim od przełomu XVIII i XIX wieku, który zakończył się klęską państw centralnych, likwidacją mocarstw Świętego Przymierza (sojusz zawarty 26.09.1815 roku w Paryżu z inicjatywy cesarza Rosji Aleksandra I przez Cesarstwo Rosyjskie, cesarstwo austriackie i Królestwo Prus), a także powstaniem i przywróceniem w Europie Środkowej licznych państw narodowych (w tym odrodzenie Polski). Mimo gigantycznych i bezmiernych strat na wielu płaszczyznach (nade wszystko nieodwracalnych strat ludzkich), wojna ta nie rozwiązała zasadniczych problemów. W wyniku tego ludzkość w niedługim czasie stanęła w obliczu następnej wojny.

Bardzo szybko działania wojenne przeniosły się na tereny całej Galicji. Ponieważ wschodnia jej część (obecnie tereny Polski i Ukrainy) graniczyła z Imperium Rosyjskim, naturalną koleją rzeczy te właśnie tereny jako pierwsze stały się miejscem zaciekłych i krwawych walk. Okres pomiędzy 18 sierpnia a 11 września 1914 roku, w którym stoczono wiele bojów, został określony jako bitwa galicyjska. Austro-Węgry dowodzone przez gen. Conrada von Hőtzendorfa wystawiły do boju w początkowym okresie 31 dywizji piechoty i 10 dywizji kawalerii, które w krótkim czasie uzupełniono siedmioma dywizjami przerzuconymi znad granicy serbskiej. Razem dawało to około 1 mln żołnierzy. Strona przeciwna, dowodzona przez gen. Nikołaja Iwanowa, dysponowała 42 dywizjami piechoty i prawie 17 dywizjami kawalerii, które zgromadziły około 1,2 miliona żołnierzy. Należy wyjaśnić, że dywizja działa na polu walki przeważnie w składzie armii lub korpusu (niektóre zadania wykonuje samodzielnie), jest podstawowym związkiem taktycznym, składającym się z pułków lub brygad różnych rodzajów wojsk przeznaczonych do prowadzenia walki, oraz oddziałów i samodzielnych pododdziałów przeznaczonych do zabezpieczenia bojowego, zapewnienia zaopatrzenia materiałowego, a także utrzymania w gotowości bojowej sprzętu technicznego jednostek wchodzących w skład dywizji.

Armia Austro-Węgier składała się z trzech grup. Wojska liniowe (pierwszego rzutu) były wspólne dla obu części monarchii, wojska drugiego rzutu (obrona krajowa) dzieliły się na węgierski Honved i austriacką Landwehrę. W trzecim rzucie powoływano jednostki pospolitego ruszenia (Landsturm), przeważnie składające się ze starszych roczników poborowych. W skład jednej armii austro-węgierskiej wchodziły dwa lub cztery korpusy oraz jednostki pozakorpuśne, w tym na przykład dwie dywizje piechoty i trzy kawalerii.

Zmobilizowany korpus armii Austro-Węgier z okresu bitwy galicyjskiej składał się z dwóch liniowych dywizji piechoty, jednej dywizji Honvedu lub Landwehry (z drugiego rzutu), dywizjonu 150-milimetrowych haubic (2 baterie po 4 haubice), batalionu saperów oraz oddziałów: łączności, drutów kolczastych, sanitarnego, taborów, a także zaopatrzenia. W skład dywizji piechoty wchodziły dwie liniowe brygady piechoty, jeden pułk 76,5-milimetrowych armat, jeden dywizjon haubic (104 milimetry), jeden dywizjon rozpoznawczy kawalerii oraz oddziały: łączności, sanitarny i zaopatrzeniowy. Całość uzupełniała piekarnia, park amunicyjny i tabory. Brygada piechoty składała się z dwóch liniowych pułków piechoty, które składały się z trzech lub czterech batalionów piechoty takiej samej ilości oddziałów karabinów maszynowych (po dwa karabiny maszynowe na każdy batalion) i plutonów moździerzy. Batalion posiadał cztery kompanie piechoty i jeden pluton moździerzy.

Dywizja liniowa piechoty i dywizja Honvedu (Węgry) lub Landwehry (Austria) składała się z czterech pułków piechoty. Pułk artylerii dywizyjnej składał się z pięciu baterii armat, a dywizjon z dwóch baterii haubic. Pułk piechoty Honvedu lub Landwehry składał się z trzech batalionów.

Każdy batalion piechoty liczył tysiąc żołnierzy (bagnetów – tak w znaczeniu przenośnym określano liczbę żołnierzy piechoty danego związku taktycznego). Pułk w zależności od ilości batalionów liczył 3000 – 4000, brygada 6000 – 8000, dywizja 12 000 – 16 000, korpus 36 000 – 48 000, a armia 72 000 – 96 000 lub 144 000 – 192 000 żołnierzy piechoty (bagnetów). Skład narodowościowy armii Austro-Węgier był mieszanką złożoną z kilkunastu narodowości. Według statystycznych obliczeń na tysiąc żołnierzy przypadało: 267 Niemców, 223 Węgrów, 135 Czechów, 85 Polaków, 81 Rusinów, 67 Chorwatów i Serbów, 64 Rumunów, 38 Słowaków, 26 Słoweńców oraz 14 Włochów. Niemały odsetek w tym zestawieniu zajmowali Żydzi, ale w zależności od języka, jakim się posługiwali, byli zaliczani do grup: Polaków, Niemców, Słowaków itd. Według oficjalnych danych starano się zachowywać możliwie jednolity narodowo skład formacji, zwłaszcza do szczebla pułków, które były rekrutowane zgodnie z przynależnością terytorialną, aby łączyć ludzi tej samej narodowości. Do każdego pułku nabór prowadzono z tego samego okręgu uzupełnień. W zasadzie zawsze obowiązywała zasada kierowania jednostek etnicznych na odległe fronty. I tak na przykład pułki Galicji walczyły na froncie włoskim, a jednostki wywodzące się z południowej Austrii (narodowościowo dominowali Włosi) wykrwawiały się za cesarza na froncie wschodnim.

Powracając do pierwszej bitwy frontu wschodniego, zwanej galicyjską (18.08 – 11.09.1914 roku), zakończonej zwycięstwem Rosji, trzeba podkreślić mimo wszystko profesjonalne i przemyślane prowadzenie działań sztabu armii austriackiej. To nade wszystko większa siła w ludziach i sprzęcie stały u podstaw rozpędzenia rosyjskiej machiny wojennej, która o mały włos nie zatrzymała się w stolicy cesarstwa austro-węgierskiego, czyli w Wiedniu. Pewną skazą na honorze żołnierzy c.k. armii okazały się dość częste przypadki poddawania się żołnierzy pochodzenia słowiańskiego. Obliczono, że w czasie tej kampanii do niewoli rosyjskiej poddało się około 100 tysięcy żołnierzy austro-węgierskich (sami oficerowie uszczuplili swoje stany osobowe o 30%).

Założenia taktyczne głównodowodzącego armią, gen. Conrada von Hötzendorfa, zakładały, że główne zadanie, polegające na oskrzydleniu armii rosyjskiej skoncentrowanej między Wisłą a Bugiem, a także uderzenie na jej tyły wykonają: I Armia gen. Victora Dankla, prowadząc swoje działania w kierunku na Lublin, a także IV Armia gen. Moritza von Auffenberga, atakując wroga w kierunku północno-wschodnim na linii Zamość–Komarów.

Osłonę tych działań powierzono grupie armijnej gen. Heinricha Kummera von Falkenfelda, która miała opanować tereny Jury Krakowsko-Częstochowskiej oraz zapewnić współdziałanie z niemieckim korpusem Landwehry (obrony terytorialnej) gen. Remusa von Woyrscha, wykonującym swoje zadania na Górnym Śląsku.

Na prawym skrzydle wiązaniem reszty sił rosyjskich, obroną Lwowa i zabezpieczeniem skrzydła nacierających na północ własnych armii (I i IV) miały się zająć: III Armia gen. Rudolfa Brudermanna, grupa armijna gen. Hermana von Kovessa i II Armia Eduarda von Böhm-Ermolliego, będąca w drodze znad granicy serbskiej.

Na całość działań wojennych złożyły się mniejsze i większe potyczki oraz bitwy, intensywne przemieszczanie się wojsk i potężne, jak na krótki czas trwania bitwy (25 dni), straty w ludziach. Straty Austro-Węgier to 220 – 250 tysięcy zabitych i rannych, a Rosji 190 tysięcy zabitych i rannych oraz 40 tysięcy jeńców.

Najważniejszym rodzajem broni, w znaczeniu czysto zadaniowym, przeznaczonym do realizacji najgorszych zadań, a przez to narażonym na duże straty w okresie całej I wojny światowej, była piechota. Po przygotowaniu artyleryjskim dywizje piechoty ruszały naprzód, prowadząc ogień z broni strzeleckiej. Oczywiście strona przeciwna nie próżnowała i kolejne fale atakującego przeciwnika były niszczone gradem kul bardzo skutecznych karabinów maszynowych oraz ogniem artyleryjskim. Jeśli udało się atakującym osiągnąć okopy przeciwnej strony, walczono na bagnety mocowane na karabinkach. Sam atak na bagnety wywoływał często popłoch wśród broniących się, zwłaszcza wśród niedoświadczonych i niezaprawionych w bojach młodych żołnierzy. Bagnety służyły również do dobijania rannych żołnierzy, a także były alternatywą dla dużego zużywania się amunicji. Gdy warunki w okopach ograniczały możliwość używania zestawu broń – bagnet, walczono łopatkami piechoty, które wraz z pokrowcem były na wyposażeniu każdego żołnierza. Używano również ręcznych granatów. Priorytetowym uzbrojeniem dywizji piechoty wśród karabinków powtarzalnych poszczególnych armii były: austriackich – karabinek powtarzalny Mannlicher M95 (według ówczesnych ekspertów był najlepszym na świecie w swojej klasie); niemieckich – karabinek powtarzalny Mauser Gewehr 98, a rosyjskich – karabinek powtarzalny Mosin wzór 1891 (technicznie średniozaawansowany, jednak celny i nieczuły na zanieczyszczenia, a także obsługę nie najwyższej jakości).

Karabinek powtarzalny to rodzaj karabinu (broni palnej), w którym żołnierz (strzelec) każdorazowo po oddaniu strzału musi ręcznie dokonać przeładowania (repetacji) broni przez wykonanie odpowiednich ruchów zamkiem. W czasie tej czynności nabój jest podawany do komory nabojowej z magazynka. Jest formą pośrednią między karabinem jednostrzałowym a karabinem samopowtarzalnym. Natomiast jedna z części każdej broni palnej, zwana zamkiem, służy do zamykania i otwierania przewodu lufy od strony tylnej (wlotowej) w celu załadowania naboju. Jest również odpowiedzialny za odpalenie naboju, ryglowanie lufy, wyciągnięcie z przewodu lufy łuski po naboju i przeładowanie broni. Jest wyposażony w bezpiecznik i iglicę, która, uderzając w spłonkę naboju, inicjuje wybuch ładunku miotającego.

Wśród karabinów maszynowych, które zasłużyły na mało zaszczytne miano symbolu walki w okopach na frontach I wojny światowej (duże pole ostrzału, szybkostrzelność, a więc i skuteczne rażenie zarówno atakującej piechoty, jak i okopów wroga, a także jego umocnień), na pierwsze miejsce w tych samych dywizjach na europejskim teatrze działań wybijały się: austriackie ciężkie karabiny maszynowe Schwarzlose wz. 07/12, niemieckie ciężkie karabiny maszynowe Bergmann wz. 02 i rosyjskie ciężkie karabiny maszynowe Maxim wz. 1910.

Karabiny maszynowe to samoczynna (automatyczna), szybkostrzelna broń strzelecka, wyposażona w podstawę (dwu-, trójnożną lub dwukołową), przystosowana do nabojów karabinowych. W okresie I wojny światowej przeznaczona do masowego niszczenia grupowych celów żywych, środków ogniowych (między innymi gniazd karabinów maszynowych), zapór z drutów kolczastych i wszelkich innych lekkich umocnień inżynieryjnych (linii rowów strzeleckich, pól minowych i tak dalej). W czasie każdego ataku śmierć zbierała wielkie żniwo, bo karabiny maszynowe umożliwiały prowadzenie skutecznego, celnego ognia bezpośredniego na odległości od 1 do 2,5 tysięcy metrów. Każdy kilometr zdobywanego terenu był okupiony tysiącami zabitych i rannych.

Wymienione narzędzia wojennych zmagań z okresu I wojny światowej (między innymi bitwy galicyjskiej) oczywiście miały swoich ojców, bez których nie miałyby prawa zaistnieć na polach walki.

Austrię w tej dziedzinie reprezentowali: Ferdynand Mannlicher (1848 – 1904) – wynalazca i konstruktor broni strzeleckiej, między innymi karabinków powtarzalnych, a także amunicji karabinowej, i Andreas Schwarzlose (1867 – 1936) – wynalazca i konstruktor broni strzeleckiej, w tym karabinów maszynowych.

Niemcy natomiast korzystali z myśli technicznej następujących osób: Wilhelma Mausera (1834 – 1882) i Paula Mausera (1838 – 1914), braci konstruujących broń strzelecką, między innymi karabinki powtarzalne, a także Theodora Bergmanna (1850 – 1931) wynalazcy, konstruktora i producenta broni strzeleckiej, w tym karabinów maszynowych.

Rosjanie uzbrajali swoich żołnierzy dzięki wynalazkom: Siergieja Mosina (1849 – 1902) – konstruktora (między innymi karabinków powtarzalnych), technologa i organizatora produkcji broni strzeleckiej, oraz Hirama Stewensa Maxima (1840 – 1916) – wynalazcy i konstruktora broni strzeleckiej (między innymi karabinów maszynowych) oraz przedsiębiorcy amerykańskiego pochodzenia.

Austriacki 8-milimetrowy karabinek powtarzalny Mannlicher wz. 95 był też znany pod nazwą Mannlicher III (po M-1880 i M-1885). Zasilany był z magazynka pudełkowego wystającego z łoża. Łoże jednolite z chwytem półpistoletowym. Posiadał drewnianą nakładkę na lufę (zabezpieczała lufę przed zanieczyszczeniami w czasie intensywnych przemarszów, ćwiczeń, złych warunków atmosferycznych itp.). Wersja kbk była krótsza i lżejsza.

Niemiecki 7,92-milimetrowy Mauser Gewehr 98 był zasilany z dwurzędowego magazynka pudełkowego, ładowanego za pomocą tzw. stalowej łódki (umożliwiała jednoczesne załadowanie 5 szt. amunicji). Był wyposażony w kolbę z chwytem pistoletowym i drewnianą nakładkę na lufę. Bagnet był typu siecznego, o całkowitej długości 380 milimetrów. Bagnet, który stanowił przedłużenie karabinu, był przeznaczony w omawianym okresie przede wszystkim do walki wręcz. Wzór kbk 1898a był przeznaczony dla żołnierzy artylerii i kawalerii. Użyte skróty oznaczają: kb – karabin bojowy, kbk – krótki bojowy karabin.

Rosyjski 7,62-milimetrowy Mosin wz. 1891 posiadał drewniane łoże ze żłobieniami chwytowymi w przedniej części, zasilany z jednorzędowego magazynka, wystającego z łoża o pojemności czterech nabojów. Nowością było zamontowanie w magazynku rozdzielacza nabojów, który zapobiegał doniesieniu na linię dosyłania jednocześnie dwóch nabojów. Piąty nabój był ładowany bezpośrednio przez strzelca do komory nabojowej. W wersji z krótszą lufą i małymi uproszczeniami konstrukcyjnymi był używany przez dragonów (kawalerię), a także saperów. Bez bagnetu i z małymi zmianami używali go Kozacy, obsługa karabinów maszynowych, artylerzyści konni i żandarmeria.

Wszystkie karabiny maszynowe posiadały chłodzenie wodne lufy (pojemność specjalnego zbiornika – chłodnicy – wahała się w granicach od 3 do 5 litrów) oraz parciane taśmy amunicyjne. Były bronią samoczynno-powtarzalną, o różnych zasadach działania.

Austriacki 8-milimetrowy karabin maszynowy Schwarzlose wz. 07/12 był wyposażony w trójnożną regulowaną podstawę lufy. Używano go (oprócz pododdziałów piechoty) również w kawalerii i artylerii konnej. Działał na zasadzie odrzutu zamka półswobodnego. Posiadał donośnik nabojów bębnowy, wprowadzany w ruch zamkiem.

Niemiecki 7,92-milimetrowy Bergmann wz. 02 (podstawa trójnożna) i rosyjski 7,62-milimetrowy Maxim wz. 1910 (podstawa dwukołowa z ogonem rurowym w kształcie litery U) działały na zasadzie krótkiego odrzutu lufy. Wymienione karabinki powtarzalne i karabiny maszynowe po zakończeniu I wojny światowej i wojny polsko-sowieckiej (1919 – 1920) były używane przez wojsko polskie (zazwyczaj decydowało o tym przejęcie od byłych zaborców dużych ilości uzbrojenia i amunicji) w różnych okresach (na przykład karabin maszynowy Maxim wz. 1910 doczekał się w WP pierwszych lat po II wojnie światowej).

Tak więc uzbrojeni żołnierze wrogich armii: Austro-Węgier i ich sojuszników Niemiec stanęli naprzeciw armii Imperium Rosyjskiego i po raz pierwszy w czasie kampanii galicyjskiej starli się ze sobą w bitwie pod Kraśnikiem (23 – 25.08.1914 roku). Walcząca na głównym kierunku działań I Armia gen. Victora Dankla pokonała Rosjan, mimo strat (około 40 tysięcy zabitych i rannych). Żołnierze IV Armii gen. Moritza von Auffenberga (A.-W.) w dniach 25.08–2.09.1914 roku pokonali Rosjan w I bitwie pod Komarowem.

Niestety we wschodniej Galicji na kierunku lwowskim w tym samym czasie niezwykle intensywnie rozwijała się ofensywa armii rosyjskiej, to III Armia gen. Nikołaja Ruzskiego atakowała zaciekle pozycje III Armii A.-W. gen. Rudolfa Brudermanna na umownej linii rzek Gniła Lipa i Złota Lipa, co dało początek właściwej bitwie pod Lwowem. Odpowiednio w dniach 26 – 28.08 (Gniła Lipa) i 29.08 – 1.09.1914 roku (Złota Lipa) zwyciężyli Rosjanie. Podjęta próba kontrataku przez II Armię gen. von Böhm-Ermolliego, przybyłą z granicy serbskiej, zakończyła się fiaskiem i wojska prawego skrzydła armii austro-węgierskiej zostały zmuszone do odwrotu.

3.09.1914 roku Rosjanie wkroczyli do Lwowa. Jeszcze nie wszystko było stracone, toteż głównodowodzący siłami państw centralnych gen. Conrad von Hötzendorf przystąpił do kontrataku na tym odcinku siłami IV Armii gen. Moritza von Auffenberga, aby wesprzeć cofające się prawe skrzydło (II i III Armia) oraz spróbować pokonać Rosjan (armie generałów Ruzskiego i Brusiłowa). W ten sposób doszło do decydującej fazy bitwy pod Lwowem, nazwanej bitwą pod Gródkiem Jagiellońskim (6.09 – 11.09.1914 roku), położonym o kilka kilometrów na zachód od Lwowa.

Tymczasem osamotniona I Armia gen. Victora Dankla została zmuszona do odwrotu. To oraz zagrożenie okrążeniem pozostałych sił austriackich zmusiło gen. Conrada do podjęcia decyzji o przerwaniu 11.09.1914 roku bitwy pod Gródkiem Jagiellońskim i nakazania odwrotu swoim wojskom na całej linii, aż po rzekę San. Było to jednoznaczne z zakończeniem bitwy o Lwów i przyznaniem się do porażki w całej kampanii wschodniogalicyjskiej. Odwrót sił państw centralnych na linię rzeki San to okazja do przeformowań oraz opanowania nie najlepszego morale szerzącego się wśród żołnierzy, aby wycofując się przed spodziewanym atakiem Rosjan, skutecznie opóźniać ich poczynania.

Rosjanie w wyniku całkowitego opanowania sytuacji na tym odcinku przystąpili z dniem następnym do pościgu za wycofującymi się siłami koalicji Austro-Węgry – Niemcy. 16 września przystąpili do oblężenia twierdzy w Przemyślu, by w następnych dniach przesuwać front coraz dalej na zachód od Lwowa. Powoli, aczkolwiek systematycznie, zdobyli kolejne miejscowości na głównym "krakowskim" kierunku uderzenia oraz na skrzydłach. Bardzo trudną sytuację Twierdzy Przemyśl starało się ratować wojskowe lotnictwo armii austro-węgierskiej, które właśnie od początku I wojny światowej nad polami bitew rozpoczynało swój prawdziwy udział w niechlubnej i krwawej historii ludzkości.

Władze wojskowe Austro-Węgier doszły do słusznego wniosku, iż decydując się na konfrontację zbrojną z Rosją na terenach wschodnich rubieży Galicji, należy mieć zaplecze w postaci lotnictwa wojskowego. Takie zaplecze powstało w postaci kompleksu lotnisk polowych zlokalizowanych na bazie umownego trójkąta prostokątnego o wierzchołkach w postaci miejscowości: Jasień Brzeski – Okocim – Biadoliny Radłowskie. Dodatkowym atutem takiego rozwiązania był nieskrępowany dostęp zarówno do linii kolejowej, jak i traktu drogowego, łączących Tarnów z Krakowem. Personel techniczny i lotniczy do wykonywania zadań używał samolotów niemieckiej konstrukcji (inż. Ernsta Heinkela) Albatros B.I. Był to dwupłatowy samolot wielozadaniowy, o konstrukcji kadłuba kratownicowej drewnianej i płóciennym poszyciu, wykonujący misje rozpoznawczo-łącznikowe. Największym lotniskiem było to położone w Jasieniu Brzeskim; tutaj znajdowało schronienie najwięcej samolotów. Personel lotniczy albatrosów wśród wielu zadań związanych z rozpoznaniem sił nieprzyjaciela, wykonywaniem szkiców pola walki i kierowaniem ogniem własnej artylerii, również dostarczał, a także odbierał przesyłki kurierskie z oblężonej przez Rosjan Twierdzy Przemyśl. Odległość między Jasieniem Brzeskim a Przemyślem to w linii prostej około 165 kilometrów.

Biorąc pod uwagę różne nieprzewidziane sytuacje w czasie konfliktu zbrojnego i wynikające z tego powodu komplikacje prowadzące do wydłużenia trasy, samoloty Albatros dobrze sobie radziły z tymi wymogami, gdyż posiadały następujące osiągi: długotrwałość lotu 3,5 godziny, zasięg 350 km, pułap lotu 2500 m, prędkość przelotowa 100 km/h, prędkość wznoszenia 2,0 m/s.

Rosjanie zostawiając "na później" Przemyśl (ostatecznie zdobyli go 23.03.1915 roku), skoncentrowali swoje wysiłki na przesuwaniu linii frontu jak najdalej na zachód. Zadanie to powierzono w głównej mierze III Armii gen. Radko Dymitriewa (z pochodzenia Bułgara, który przeszedł na stronę Rosji) i VIII Armii gen. Aleksieja Brusiłowa. Ten pierwszy zamykał prawe skrzydło ataku, nacierając wzdłuż Wisły na zachód, by jak najszybciej znaleźć się w okolicach Krakowa, a drugi podjął się trudnej misji sforsowania Karpat na lewym skrzydle, w rejonie na południe od Gorlic i Nowego Sącza. Rosjanie, widząc powodzenie swoich wojsk, doszli do wniosku, że Małopolska, zwłaszcza jej południowa część, posłuży im jako doskonały rejon do późniejszego rozwinięcia wielkiej ofensywy w kierunku Śląska, aby przez Bramę Morawską wedrzeć się do Czech, a w końcu do stolicy cesarstwa austro-węgierskiego, czyli Wiednia. Oczywiście Rosjanie mieli rozeznanie w sytuacji i wiedzieli, że Kraków muszą albo zdobyć, albo po prostu obejść, a wtedy dalsza droga będzie stała przed nimi otworem. Przesuwające się konsekwentnie na zachód wojska rosyjskie znacznie wyprzedziła wieść o zbliżającym się niebezpieczeństwie.

Pod koniec września 1914 roku zagrożenie wojną było już widoczne w rejonie bocheńskim. W samej Bochni organizowano wojskowe kuchnie polowe i lazarety (polowe szpitale wojskowe). W mieście utworzono batalion ochotników, który wszedł w skład Legionów Polskich. Miejscowości wchodzące w skład powiatu (gminy wiejskie) opanował lęk i niepewność jutra w obliczu czyhających okropności związanych z konfliktem zbrojnym.

Władze austriackie zarządziły pobór do armii, obciążając odpowiedzialnością za to wójtów i naczelników gmin wiejskich. W Kamyku pobór i transport poborowych do miejsca werbunku organizował pan Król. Również w Łapanowie ludzie zgłaszali się do wojska; wiedli tu prym szczególnie członkowie paramilitarnego Towarzystwa Strzeleckiego, zakorzenionego w terenie od lutego 1913 roku.

Dominacja Rosjan na poszczególnych odcinkach zmagań (zwłaszcza po cyklu bitew stoczonych w dniach 28.09 – 8.11.1914 pod Warszawą i Dęblinem, wtedy Iwangorodem, zakończonych ostatecznym zwycięstwem Rosjan), doprowadziła do tego, że przesunęli kolejne linie frontu coraz bliżej Krakowa. 10.11.1914 roku w późnych godzinach popołudniowych ich pierwsze zagony kroczące od strony Pilzna (oddział etnicznych Czerkiesów pod komendą atamana Karaułowa) zdobyli Tarnów, a główne siły rosyjskie (X Korpus gen. Chełmickiego) przeszły przez to miasto następnego dnia.

Austriacy, wykorzystując drewniany i zadaszony drogowy most na rzece Biała Tarnowska (prawy dopływ Dunajca), wycofali się na zachód. Aby nieco spowolnić pościg, spalili most, niemniej jednak większość rosyjskich oddziałów III Armii przedostała się przez Dunajec, dokonując desantu na jego lewy brzeg. Następnie rozpoczęli marsz w kierunku odległego już o niecałe 80 kilometrów Krakowa, pierwsze patrole kozackie zbliżyły się szybko w okolice Bochni, co przybliżyło Rosjan o kolejne 40 kilometrów do Krakowa. Tuż po 20 listopada, nieposiadający pełnego ukompletowania XI Korpus austriacki, tzw. lwowski, pod komendą gen. Stefana Ljubicicia, został zmuszony do opuszczenia pozycji obronnych pod Bochnią od strony Tarnowa.

Ostatnie jego oddziały opuściły Bochnię 26 listopada. Odwrót był na tyle poważny, że zakończył się dopiero na przedpolach Starego Prokocimia (wtedy wsi leżącej na południowy wschód od Krakowa) na linii Brzegi – Wieliczka – Dobczyce. W tym samym dniu Bochnię zajęli Rosjanie. W mieście zainstalował się sztab wojsk rosyjskich gen. Sacharowa. Rosjanie bardzo szybko przystąpili do rabunkowej eksploatacji kopalni soli kamiennej, wysyłając z dworca kolejowego kolejne transporty bardzo cennego minerału, jakim jest chlorek sodu (halityt). Nie zwalniając tempa, żołnierze rosyjscy następnego dnia zajęli miejscowości leżące na terenie dzisiejszej łapanowskiej gminy (w tym Kamyk) oraz sam Łapanów. W ostatnim dniu miesiąca (był to poniedziałek, 30 listopada) czołowe rosyjskie oddziały osiągnęły linię Wieliczka – Dobczyce, a cały powiat bocheński znalazł się pod ich okupacją. W bezpośrednim niebezpieczeństwie znalazła się Twierdza Kraków, gdzie szykowano się do obrony miasta, ewakuując znaczną część ludności cywilnej.

Wysiłek armii rosyjskiej został okupiony dużymi stratami w ludziach i sprzęcie. Siłą rzeczy rozciągnęły się linie zaopatrzeniowe, logistyka zaczęła odczuwać poważne kłopoty, nastąpiło też fizyczne wyczerpanie żołnierzy. Przede wszystkim z tego względu Rosjanie podjęli decyzję o budowie silnych umocnień w rejonie Sobolowa, planując, że ten odcinek może w niedalekiej przyszłości pełnić ważną rolę czołowej linii obrony w razie niekorzystnego rozwoju sytuacji na tym odcinku frontu. W ten sposób do historii I wojny światowej został włączony również Kamyk.

Na 7.12.1914 roku linia rosyjskich okopów zbudowanych na okolicznych wzniesieniach, wzgórzach i wzdłuż wyodrębnionych dolin przebiegała przez następujące miejscowości wokół Sobolowa: Grabina, Buczyna, Stradomka, Wieniec, Chrostowa, Kamyk, Zonia, Wola Nieszkowska, Nieprześnia, tworząc nieregularny siedmiobok. W ten sposób Sobolów stał się umownym polowym fortem, który na swych wysuniętych rubieżach był broniony przez dziewięć obronnych baszt w postaci tych miejscowości, przy czym Kamyk był najdalej wysuniętym na południe i najbliżej położonym obiektem obronnym od strony Łapanowa.

Pomimo koszmarnych warunków atmosferycznych późną jesienią Rosjanie wykonali polowe fortyfikacje ziemne w postaci długich wąskich rowów, wykorzystując dogodne ukształtowanie terenu, tj. szczyty wzniesień, ściany lasów oraz skraje rzeki Stradomki i jej dopływy, takie jak rzeka Polanka i potok Kamionka. Okopy i rowy obronne połączono w zespoły, wzmacniając je drewnem, kamieniami oraz wszelkim dostępnym trwałym materiałem. Od frontu osłonięto je zasiekami z drutów kolczastych i polami minowymi. Każde wzgórze obsadzono gniazdami karabinów maszynowych, co tylko czyniło je bardziej niedostępnymi dla sił przeciwnika.

Wielkim atutem Rosjan była doskonała widoczność doliny rzeki Stradomki, aż do jej ujścia do Raby, oraz krótkiego odcinka samej rzeki Raby. W każdym razie obrońcy zalegający okopy w Kamyku, Chrostowie, Wieńcu i Stradomce kontrolowali wszelkie ruchy wojsk nieprzyjaciela na tym odcinku.

Wielką aktywność przejawiała także VIII Armia gen. Aleksieja Brusiłowa, atakując na odcinku w Karpatach pozycje III Armii austro-węgierskiej, dowodzonej od września 1914 roku przez feldmarszałka Svetozara Boroevića von Bojnę.

Kolejno zaczynając od wschodu, były toczone ciężkie walki na następujących przełęczach: Użockiej (853 metrów n.p.m. – oddziela Bieszczady Zachodnie od Wschodnich; dzisiaj stanowi granicę między Polską a Ukrainą), Łupkowskiej (640 m n.p.m. – oddziela Beskid Niski od Bieszczadów, a także Karpaty Zachodnie od Wschodnich; leży na granicy Polski i Słowacji) i Dukielskiej (500 m n.p.m. – znajduje się w centralnej części Beskidu Niskiego nad wsią Barwinek; współcześnie stanowi granicę Polski ze Słowacją). W ten właśnie sposób działania wojenne przeniosły się w Beskidy, a wojska rosyjskie w listopadzie 1914 roku zajęły Nowy Sącz.

Siły austriacko-węgierskie (IV Armia) wzmocnione niemiecką XLVII Rezerwową Dywizją Piechoty przyjęły pozycje wyczekujące w odległości 7,2 kilometra na południowy zachód od Łapanowa, organizując się wzdłuż linii Limanowa – Szyk – Raciechowice – Dobczyce, liczącej 32 kilometry. Po raz kolejny dzięki własnemu lotnictwu i prowadzonemu przez nie rozpoznaniu Austriacy mieli dość dobre rozeznanie o położeniu i ruchach rosyjskich wojsk na całym obszarze objętym działaniami zbrojnymi. Dowództwo austro-węgierskie, realizując swoje główne zadanie polegające na likwidacji zagrożenia Krakowa, podjęło w pierwszych dniach grudnia 1914 roku szeroko zakrojoną operację militarną. Austriacy, wykorzystując powstałą lukę między rosyjskimi armiami (III Armia gen. Dymitriewa i VIII Armia gen. Brusiłowa), uderzyli z rejonu Mszana Dolna–Dobra, liczącego około 14 kilometrów na Łapanów i Bochnię. Tereny objęte działaniami były widownią zaciekłych, zażartych i krwawych bojów, toczonych w trudnych warunkach terenowych (Pogórze Wiśnickie i Beskid Wyspowy) oraz atmosferycznych (koniec jesieni i początek zimy).

Operacja limanowsko-łapanowska rozpoczęła się 2 grudnia od ataku wojsk austro-węgierskich wzdłuż doliny rzeki Łososiny w kierunku Limanowej. Będąca na lewym skrzydle niemiecka XLVII RDP (w jej składzie było sporo Polaków) wszczęła natarcie w kierunku Łapanowa, Zbydniowa i Żegociny. W tym czasie o rejon mieszczący się w obrębie miejscowości: Żegocina, Rajbrot i najbliżej leżąca od Bochni Lipnica Murowana (około 8 km) toczyły się zażarte walki, gdyż otwierało to drogę koalicji państw centralnych w kierunku Nowy Wiśnicz–Bochnia. Strony konfliktu nie przebierały w środkach, na szeroką skalę stosowano pociski zapalające, w szturmach na pozycje nieprzyjaciela często walczono wręcz, bagnety zbierały obfite żniwo, a pola walk bardzo szybko pokryły się poległymi. Szczególne znaczenie miało w tym obszarze wzniesienie o nazwie Kobyły (631 metrów n.p.m.), które kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk, aż w końcu Rosjanie opuścili je 13 grudnia. Sama Limanowa, ze względu na bardzo ważne położenie strategiczne dla wszystkich uczestników konfliktu zbrojnego, była obiektem zaciekłych i krwawych starć, ze szczególnym nasileniem w okresie 7 – 14 grudnia. Rosjanie za cenę wielkich strat osobowych na kilka dni opanowali Limanową wraz z przyległym obszarem. Jednak zmasowane kontrataki koalicji austriacko-niemieckiej doprowadziły do wyparcia Rosjan 12 grudnia i przejęcia kontroli nad tą miejscowością.

Rejon ten to również miejsce działań zbrojnych polskich legionów I Brygady pod naczelną komendą Józefa Piłsudskiego. Szczególnie zaznaczyły one swój udział w walkach w okolicach miejscowości Bełdno i Łąkta (gmina Żegocina), a także pod Marcinkowicami (gmina Chełmiec k. Nowego Sącza), gdzie w dniach 5 – 6 grudnia stoczyły bitwę z Rosjanami.

Trzeci odcinek ofensywy wojsk państw centralnych, równie dramatyczny, jak poprzednie i okupiony kilkoma tysiącami ofiar po obydwu stronach konfliktu zbrojnego, zwany zachodnim, leżał w rejonie Sobolowa i doliny rzeki Stradomki (rosyjski polowy fort i dziewięć obronnych baszt). Przybierające wciąż na sile zmagania przeszły w gwałtowny bój w dniach 7–8 grudnia 1914 roku. Austriacka III Dywizja Piechoty z XIV Korpusu, przełamując w krwawym boju wysunięte linie rosyjskie (od południa – Zonia i od zachodu – Kamyk), a także forsując liczne przeszkody terenowe, w tym wąwozy, leśne ostępy i samą rzekę Stradomkę wraz z jej licznymi dopływami, zaatakowała Sobolów. Wczesnym świtem we wtorek 8 grudnia po bardzo uciążliwym natarciu, prowadzonym nocą w oblodzonym i zaśnieżonym terenie, do centrum miejscowości wkroczył LIX Pułk Piechoty Austro-Węgier im. księcia Erzherzoga Rainera pod komendą płk. Gustava Fischera. Jego skład w 97% stanowili żołnierze pochodzenia austriackiego. Pułk stacjonował przed rozpoczęciem I wojny światowej w Bregencji, Innsbrucku, Schwaz i Salzburgu (odpowiednio: dowództwo i I Batalion, II, III i IV Batalion). Po tym zwycięstwie, okupionym stratami w obydwu walczących armiach, żołnierze pułku ulokowali się na trzy kolejne dni również w okopach Zoni i Woli Nieszkowskiej.

Swoista pogoń za śmiercią wokół Sobolowa trwała nadal, przybierając zniekształcone obrazy, nie mające nic wspólnego z godnością człowieka. Nad polami lokalnych bitew w Nieprześni i całego rejonu wysuniętych baszt unosiły się: łomot bagnetów, straszne jęki rannych i konających żołnierzy, huki karabinowych wystrzałów oraz rozrywających się granatów i min. Często zdobyte pozycje w krótkim czasie przechodziły do rąk nieprzyjaciela, który jednak – wyczerpany fizycznie i psychicznie – pod osłoną nocy wycofywał się lub po prostu uciekał przed nadciągającymi siłami wroga. Obie strony konfliktu traciły nieodwracalnie swoich żołnierzy, obie zabijały wszystkich, którzy nie chcieli się poddawać, wreszcie obie brały do niewoli jeńców. Ponad pobojowiskami po opadnięciu wojennej wrzawy i nastaniu ciszy zaczynały swoje harce kruki i wrony, z zarośli pod osłoną nocy wychodziły na żer dzikie zwierzęta, a miejscowi (wprawdzie nieliczni, ale jednak!) mieszkańcy, pozbawieni sumienia, odzierali z butów i odzienia poległych żołnierzy (tzw. wojenna rzeczywistość, obecna we wszystkich zakątkach świata).

Po kilkudniowym boju Austriacy zdobyli i opanowali wszystkie pozycje rosyjskie na wcześniej wymienionych wzgórzach, doprowadzając do całkowitego wyparcia żołnierzy rosyjskich z miejscowości będących centralnymi punktami umownych baszt. Niestety taniec śmierci w tym rejonie trwał nadal! 10 grudnia wycofujący się już z rejonu Krakowa Rosjanie po obsadzeniu wzgórza w Gierczycach-Czyżyczce, co pozwalało na kontrolę dolin rzek: Raby i Stradomki oraz znacznej części linii kolejowej Kraków–Bochnia–Tarnów, mimo krwawych starań Austriaków, uderzyli od północy, przeprowadzając kontratak na Nieprześnię, Buczynę i Sobolów. W ten sposób odrzucili Austriaków za Stradomkę i prawy jej dopływ Polankę, pułki austriackie uległy rozproszeniu i dopiero 17 grudnia, tracąc około 50% swoich ludzi, skoncentrowali się w Cichawce (od północy poprzez las Wichras i Kaczą Górę graniczy z Sobolowem). Jednak wyczerpani, będący w ciągłym boju i tracący linie zaopatrzeniowe Rosjanie nie byli w stanie kontynuować kontrataku w trudnym terenie i przy uciążliwych warunkach atmosferycznych. Ten stan rzeczy wpłynął na rozwiązanie kryzysowej sytuacji po stronie austriackiej. Zbierające się w Cichawce oddziały miały przed sobą zaległego w okopach i nie podejmującego dalszych działań zbrojnych przeciwnika, a za sobą od południowej strony rozległe, wysokie i strome wzniesienie, które geograficznie jest naturalną granicą z sąsiednią miejscowością Trzcianą. Dla wojsk austriackich było symboliczną granicą, na której należało zebrać siły, by wkrótce przejść do ofensywy i odzyskać stracone pozycje. Równolegle do tych wydarzeń III Armia A.-W., wysunięta na wschód od terenów objętych operacją limanowsko-łapanowską, operująca w Beskidzie Niskim, rozpoczęła 7 grudnia ofensywę w kierunku Żmigrodu i Dukli, by po czterech dniach znaleźć się na przedpolach Nowego Sącza.

Rosjanie na dużym odcinku frontu znaleźli się w początkowej, ale jednak powoli postępującej fazie okrążenia. Armie austriackie (III i IV) z dużymi kłopotami parły do przodu, linie zaopatrzeniowe Rosjan zaczęły się dramatycznie kurczyć, wobec czego 12 grudnia w sztabie rosyjskim podjęto decyzję o stopniowym wycofywaniu swoich wojsk (Armie III i VIII) na wschód w stronę rzeki Dunajec. Cofający się Rosjanie ostatecznie 15 grudnia opuścili stanowiska bojowe w Chełmie k. Bochni. W tym samym dniu wojska austriackie wkroczyły do Bochni, co przyjęto uważać za zakończenie operacji limanowsko-łapanowskiej. W ciągu następnych pięciu dni III Armia rosyjska zmuszona do odwrotu na wschód, osiągnęła linię dolnego biegu Dunajca (od jego ujścia do Wisły w rejonie Opatowca po Tarnów) i jego prawego dopływu – rzeki Białej. Ostatecznie po 20.12.1914 roku front ustabilizował się na odcinku liczącym niespełna 80 kilometrów na umownej linii przebiegającej od Opatowca przez Zgłobice, Pleśną, Gromnik, Rzepiennik do Gorlic.

Operacja limanowsko-łapanowska pozostawiła po sobie w rejonie Sobolowa, jako niezaprzeczalny dowód zaciekłości walk, około sto miejsc (z tego sześć w Kamyku), w których dokonano prowizorycznych pochówków żołnierzy biorących udział w walkach. W warunkach wojennych i niesprzyjającej aurze dokonywano płytkich i przypadkowych pochówków, grzebiąc pośpiesznie poległych żołnierzy w mogiłach na terenie uprawnych pól, zagajników oraz w lasach.

Poprzez skażenie gleby, wód gruntowych i w efekcie całego systemu wodnego, wraz z nastaniem pierwszej ciepłej pory roku, istniała realna groźba wybuchu epidemii jednej z chorób zakaźnych, na przykład dezynterii (czerwonki bakteryjnej), czy choćby dyfterytu (błonicy). To właśnie czerwonka siała spustoszenie w 1917 roku w rejonie Łapanowa. W wyniku epidemii, której objawy sprowadzały się do zapalenia i owrzodzenia jelita grubego oraz biegunek połączonych z bolesnymi skurczami jelit, zmarło wiele osób. Ze względów praktycznych i z należnym szacunkiem dla człowieka, również po jego śmierci, pola zajęte przez mogiły poległych żołnierzy nie nadawały się do eksploatacji, a co za tym idzie uprawy zbóż chlebowych oraz innych roślin.

Pierwszy okres po przesunięciu się linii frontu z rejonu limanowsko-łapanowskiego na zachodnie rubieże Tarnowa był bardzo trudnym czasem dla wszystkich. W samym Łapanowie nie było już śladu po Rosjanach, a i sztab austriacki podążył w ślad za przesuwającym się frontem, ale na kwaterach pozostała aż do końca lutego 1915 roku część wojsk austriackich. Na fatalne wrażenie związane z wielkimi stratami wśród walczących żołnierzy nałożyły się bardzo duże straty materialne. Spalone domy i zabudowania gospodarcze, brak żywego inwentarza oraz żywności, które masowo rekwirowały zaborcze armie.

Poszczególne miejscowości zniszczone w wyniku rozrywających się wszelkiego rodzaju pocisków, a wokół kilometry okopów, transzei i innych umocnień fortyfikacyjnych. Zniszczenia w infrastrukturze drogowej, kolejowej, spalone mosty, zniszczone wały przeciwpowodziowe, przerwane linie telegraficzne oraz telefoniczne, zrujnowane budynki użyteczności publicznej.

Nie bez znaczenia pozostawał też fakt braku rąk do pracy, gdyż wojna trwała nadal i większość mężczyzn pozostawała z dala od swoich rodzin. Mimo mnożących się trudności potęgowanych panującym głodem i chorobami, począwszy od III kwartału 1915 roku dało się zauważyć lekkie ożywienie gospodarcze i powolną, ale jednak stopniową poprawę stopy życiowej ludności. Gdy w wyniku operacji gorlickiej udało się państwom centralnym zakończyć trwające prawie pół roku walki pozycyjne i w samej bitwie pod Gorlicami w dniach 2 – 5.05.1915 roku przełamać front rosyjski, co skutkowało odrzuceniem Rosjan za Dunajec, ziemie powiatu bocheńskiego przestały pełnić rolę zaplecza dla armii A.-W. i Niemiec. Na szczęście znalazły się fundusze, z których zaczęto odbudowywać zniszczone przez działania wojenne miasta i wsie. Władze austriackie podjęły też zbawienną decyzję o utworzeniu specjalnych oddziałów zajmujących się projektowaniem i zakładaniem cmentarzy wojennych, generalnym porządkowaniem pobojowisk poprzez ekshumację zwłok oraz ewidencję poległych żołnierzy, a także umieszczaniem ich w miejscach wiecznego spoczynku na godnym tego terenie.

3.11.1915 roku w Wiedniu utworzono Wydział Grobów Wojennych, który składał się z dziewięciu oddziałów (trzy działały na terenie Galicji). Galicję Zachodnią obsługiwał Oddział Grobów Wojennych C. i K. Komendantury Wojskowej z siedzibą w Krakowie. Podległy rejon podzielono na jedenaście okręgów cmentarnych, Bochni przydzielono nr 9. Okręg ten objął 46 cmentarzy (na ogólną liczbę ponad 400 powstałych w Galicji Zachodniej) i zgrupował rejon, na którym toczyły się walki związane z próbą opanowania przez Rosjan Krakowa.

Jak wiadomo, wszystkie walczące ze sobą armie były wielonarodowe, toteż ziemia okręgu bocheńskiego przyjęła na wieczny spoczynek żołnierzy poległych w bojach, a także zmarłych w wyniku odniesionych ran z: Austrii, Czech, Niemiec, Słowacji, Węgier, Rumuni, Włoch, Rosji i Polski. Ogólnie przyjęto zasadę lokalizacji cmentarzy w miejscach oddalonych od obszarów zabudowanych, wykorzystując w miarę możliwości rejony położone na wzgórzach. W wyniku pozytywnych pertraktacji prowadzonych z władzami kościelnymi, korzystano również z istniejących już cmentarzy parafialnych, zakładając na nich osobne kwatery (na przykład Sobolów, Łapanów). Do prac zaangażowano specjalistów różnych dziedzin, zarówno żołnierzy, jak i cywilów. W składzie oddziału pracowali również jeńcy rosyjscy. Wykorzystywano umiejętności: projektantów, architektów, kamieniarzy, cieśli, rzeźbiarzy, malarzy, rysowników, ogrodników, rzemieślników różnych specjalności. Wszystkimi pracami w okręgu kierował komendant posiadający stosowne wykształcenie inżynierskie lub artystyczne (krakowskim oddziałem dowodził major Rudolf Broch). Wedle obliczeń kierowany przez niego oddział dokonał ponad 60 tysięcy ekshumacji, przy czym zidentyfikowano na podstawie różnych dostępnych danych prawie 43 tysięcy poległych żołnierzy.

Mimo tych podjętych na szeroką skalę prac, porządkujących rejony walk z II połowy 1914 roku, uważny obserwator znajdzie jeszcze dziś na terenie Kamyka (między innymi rejon przysiółka Wierzchowina) pojedyncze mogiły nieznanych z imienia i nazwiska poległych żołnierzy.

Czas i przyroda leczą rany i blizny powstałe w krajobrazie, ale nawet po upływie prawie stu lat od tamtych wydarzeń są miejsca, gdzie zachowały się również fragmenty linii okopów (wzniesienie określane jako Dzioły). To jedni z niemych świadków tamtych czasów i namacalne dowody ludzkich dążeń do panowania nad światem, okupione kosztem rzuconych w te rejony obywateli Europy początków XX wieku.

Na wybudowanych wtedy cmentarzach wojennych żołnierzy poległych w czasie operacji limanowsko-łapanowskiej w rejonie Sobolowa pochowano łącznie 1524 osoby, w tym 826 obywateli Austro-Węgier i 698 Rosjan (w przypadku 458 osób ustalono dane personalne). Cmentarze zostały zlokalizowane w Grabinie (nr 337), gdzie pochowano 130 obywateli A.-W. i 85 Rosjan; Nieprześni (nr 338), odpowiednio 125 obywateli A.-W. i 1 Rosjanin; w Sobolowie (nr 339): 168 obywateli A.-W. i 146 Rosjan, a także w Zoni (nr 340): 178 obywateli A.-W. oraz 146 Rosjan; oraz w Woli Nieszkowskiej (nr 341): 227 obywateli A.-W. i 270 Rosjan. Cały okręg bocheński (46 cmentarzy wojennych) został ponumerowany od 299 (Lipnica Murowana) do 344 (Tarnawa).

Choć militarne zmagania wywołali obywatele innych nacji, Polacy zostali oczywiście czynnie zaangażowani w trwający konflikt, w większości walcząc w szeregach obcych armii (wyjątek stanowiły Legiony, ale one też były podporządkowane Austriakom), strzelając nawzajem do siebie, ginąc na różnych frontach, składając daninę krwi, nie mając większej nadziei na poprawę losu Polski, której oficjalnie nie było na żadnych mapach. Okupanci naturalnie składali mgliste obietnice, zwłaszcza wtedy, gdy potrzebny był kolejny zaciąg rekrutów do kolejnych zmagań w chwilach zagrożeń dziejowych.

Również moja rodzina, jako poddani cesarza austriackiego Franciszka Józefa, została zaangażowana w te wojenne wydarzenia, biorąc udział w rozgrywających się historycznych operacjach. Mój dziadek po kądzieli, Jan Dziedzic, urodzony 17.01.1889 roku w Wolicy k. Łapanowa, w 1911 roku został powołany do odbycia powszechnego obowiązku służby wojskowej w szeregach obrony krajowej (K.k. Landwehr), będącej częścią składową wojsk lądowych cesarsko-królewskiej armii. Mimo że obowiązująca na terenie cesarstwa od 1868 roku Ustawa o powszechnym obowiązku wojskowym (Wehrgesetz) nakładała na mojego przodka trzyletnią przygodę z austriackim mundurem; z wiadomych względów był zmuszony do przedłużenia sobie pobytu poza rodzinnym domem do 1918 roku.

W skład cesarsko-królewskich sił zbrojnych (K. und K. Wehrmacht), jak już nadmieniałem, wchodziły również wojska obrony krajowej (Landwehr), podlegające dowództwu armii (Armee Oberkommando). W ogólnym założeniu jednostki Landwehry nie mogły być używane poza granicami ich macierzystych krajów koronnych bez zgody ich izb niższych parlamentów. Podstawową jednostką terytorialną Landwehry była Komenda Obrony Krajowej. W austriackiej części cesarstwa Landwehra posiadała 37 jednostek wojskowych o randze regimentów (pułków). Los sprawił, że dziadkowi Janowi przypadła w udziale służba w jednej z takich jednostek. Zachowane w archiwach rodzinnych, zabytkowe już ze wszech miar dla mnie dokumenty (w tym książeczka wojskowa dziadka Jana), wystawiona przez polskie władze wojskowe (Powiatową Komendę Uzupełnień w Krakowie) z pierwszym zapisem z 21.09.1920 roku, jednoznacznie wskazuje na to, że w latach 1911–1918 mój przodek służył w obcej armii (byłej armii austriackiej), w strukturach obrony krajowej (Landwehr). Ponadto został powołany pod sztandar jednego z Regimentów, co organizacyjnie odpowiadałoby pułkowi WP, gdyby takie wtedy istniało, z którym w stopniu szeregowego piechoty (Infanterist) w latach 1914 – 1917 brał czynny udział w wojnie przeciw Rosji. Pobyt na froncie rozpoczął z tą formacją od samego początku wybuchu konfliktu zbrojnego między Austro-Węgrami a Rosją w I dekadzie sierpnia 1914 roku, kiedy to doszło do wkroczenia wojsk koalicyjnych na tereny zaboru rosyjskiego.

W okresie rozgrywania się obustronnych krwawych zmagań wojennych, nazwanych przez historyków bitwą o Lwów (24.08–11.09.1914 roku), które przyniosły klęskę c.k. armii, przy bardzo dużych obustronnych stratach w ludziach i sprzęcie, pułk dziadka Jana wziął czynny udział w tych przedsięwzięciach. Moje wcześniejsze, w miarę dogłębne analizowanie bitwy galicyjskiej oraz jej późniejszych następstw, w tym operacji limanowsko-łapanowskiej, poza istotnym znaczeniem dla losów I wojny światowej miało również osobiste uzasadnienie. Decydowały o tym właśnie czynniki ludzkie, uwidocznione w jednej części udziałem w tych zdarzeniach mojego przodka, a w drugiej przetoczenie się wojennego walca przez ziemię łapanowską, w tym przez sam Kamyk.

Los sprawił, że mimo trudów wojennych, udziałów w bitwach i potyczkach, pobytów w okopach, w czasie całej trzyletniej kampanii przeciw Rosji, mój przodek zachował życie, a także uniknął większych kontuzji oraz ran. W uznaniu zasług położonych na polach frontu wschodniego I wojny światowej został wyróżniony prestiżowym jak na korpus szeregowych cesarskiej armii odznaczeniem: brązowym Medalem Za Dzielność (Der Tapferkeit). Wracając szczęśliwie z wojennej tułaczki w rodzinne strony, uniknął tragicznego losu, jaki dotknął wielu jego kompanów.

Pierwsza wojna światowa pochłonęła bardzo dużo istnień ludzkich, niekoniecznie przekonanych o jej słuszności, zaangażowanych w jej działania na zasadzie przymusu. Swoją służbę w szeregach armii A.-W. w okresie I wojny światowej odbył również brat mojej babci Katarzyny, Walenty Bankowicz (front włoski).

Naturalnie Kamyk na służbę cesarzowi, kiedy ten rozgrywał wojenne szachy z carską Rosją i nie tylko, oddał więcej swoich obywateli. W jego siłach zbrojnych służyli między innymi:

najbliższy sąsiad moich krewnych, Katarzyny i Walentego, pan Jan Woźniak, walcząc na froncie włoskim w rejonie Alp włoskich (środkowa część Alp w północnej części Italii). Po rozpadzie monarchii, już jako żołnierz odrodzonego Wojska Polskiego, brał czynny udział w 1920 roku w wyprawie kijowskiej. Była to ofensywa wp pod wodzą marszałka Piłsudskiego (ten stopień otrzymał 19.03.1920 roku) i armii Ukraińskiej Republiki Ludowej na Kijów w dniach 25.04. – 7.05.1920 roku w ramach wojny z bolszewikami, zakończona tymczasowym opanowaniem tego miasta. Za wykazane męstwo i odwagę w czasie wojny polsko-bolszewickiej pan Jan Woźniak został odznaczony przez władze wojskowe;

pan Franciszek Kluba, podobnie jak mój przodek – uczestnik frontu wschodniego, ranny na początku 1915 roku, po wyleczeniu wojennych kontuzji w szpitalu w Pradze ponownie skierowany na front rosyjski, gdzie w okresie po 26.04.1915 roku (w krótkim czasie po opuszczeniu szpitala) zginął w czasie wykonywania patrolu w Czerwonce, w rejonie Sokołowa Podlaskiego (gm. Suchowola, pow. sokólski);

pan Stanisław Nowak, późniejszy działacz Stronnictwa Ludowego, sołtys Kamyka z okresu ii wojny światowej oraz organizator konspiracyjnych trójek wiejskich, czyli struktur mających na celu podjęcie czynnej walki z hitlerowskim okupantem i jego terrorem.

Przeznaczenie połączyło życiowe drogi Katarzyny i Jana, którzy w niedzielę 7.07.1918 roku zawarli związek małżeński w kościele parafialnym w Sobolowie, przyjmując sakrament małżeński z rąk ks. proboszcza Józefa Kosińskiego. Młoda para zamieszkała w domu babci w Kamyku pod numerem 35 (obecnie ta posesja nadal pozostaje własnością potomków moich pradziadków, Reginy z domu Koszmider i Walentego Bankowiczów), rozpoczynając wspólne 35-letnie pożycie małżeńskie (jak wykażą późniejsze wydarzenia związane z emigracją zarobkową dziadka Jana do Niemiec, a nade wszystko Argentyny – prawie 7 z tych 35 lat zabrał moim przodkom przewrotny los).

Również w lipcu 1918 roku rozpoczęła się sztafeta pokoleniowa, w wyniku której po kądzieli, jako jeden z sześciu wnuków i ośmiu wnuczek Katarzyny i Jana, ujrzałem światło dzienne tego świata. Dziadkowie doczekali się czterech córek: Marii (ur. 26.08.1919 roku), Józefy (ur. 9.03.1925 roku), Genowefy (ur. 16.12.1926 roku) i Antoniny – mojej mamy – (ur. 20.12.1935 roku) oraz trzech synów: Jana (ur. 29.09.1921 roku), Władysława (ur. 14.06. 1934 roku) i Stanisława (ur. 5.11.1937 roku). Do miejsca swego urodzenia będą mieć zawsze wielki sentyment – coś, co wielokrotnie, w różnych sytuacjach życiowych – niekoniecznie szczęśliwych! – kazało im zadawać to samo sakramentalne już dzisiaj pytanie: "A co tam słychać w naszym Kamyku?".

Powstanie nowej rodziny państwa Dziedziców zbiegło się w czasie z odrodzeniem się Polski. Już wkrótce po ich ślubie 11.11.1918 roku Polska odzyskała niepodległość po długich 123 latach niewoli (liczonych od III rozbioru Polski w 1795 roku, natomiast w przypadku Kamyka należy cofnąć się do I rozbioru, a więc 1772 roku).

W wyniku załamania potęgi Niemiec, rozpadu Austro-Węgier i zmian w Rosji, polegających na obaleniu panowania caratu oraz zbrojnego wysiłku Polaków, powstała Rzeczpospolita Polska. Również mieszkańcy Kamyka i okolic znaleźli się w jej granicach.

Wolność, wymarzona i wyśniona przez liczne pokolenia Polaków, nie trwała jednak długo, tak naprawdę to cały czas naród polski toczył zewnętrzne i wewnętrzne batalie o zachowanie suwerenności i niezależności.

Już 1.11.1918 roku wybuchły walki polsko-ukraińskie o Galicję Wschodnią, które trwały do 1.09.1919 roku. W lutym 1919 roku doszło do konfliktu zbrojnego między Polską a Rosyjską Federacją SRR, zwanego wojną polsko-radziecką, o sporne terytoria, które przed 1772 rokiem należały do Polski. Decydującymi w tej wojnie okazały się zwycięskie dla Polski bitwy: warszawska 13 – 25.08.1920 roku i niemeńska w III dekadzie września 1920 roku, które uratowały niepodległość Polski i uchroniły Europę przed inwazją komunizmu.

W bezsporny sposób doszło do zatrzymania pochodu rewolucji bolszewickiej na kraje europejskie i niedopuszczenia do zmiany losów całej Europy.

 

1.4. Lata 20., lata 30. XX wieku. Upodlenie polskiej wsi. Emigracja dziadka Jana. Budowa rodzinnego gniazda. II wojna światowa. Zmiany po 1945 roku niechcianym dobrem

Rozpoczyna się trudny proces tworzenia od podstaw państwa polskiego. Rząd podejmuje decyzję o przeprowadzeniu wyborów do Sejmu Ustawodawczego, ustalając termin na 26.01.1919 roku. Tereny związane z ziemią łapanowską niezmiennie udzielają poparcia w tych wyborach przedstawicielom ruchu ludowego, co wiąże się również z tym, że ruch wpisał się już na dobre w krajobraz tych terenów. Jeden z mandatów poselskich zdobywa Władysław Kiernik, bocheński adwokat od 1903 roku związany z PSL. Sejm uchwalił ustawę o reformie rolnej 15.07.1920 roku, jednak jej realizacja nigdy nie została ukończona, bo zapisy ustawy nie były zgodne z konstytucją marcową z 1921 roku (art. 99). Kwestie naszych zewnętrznych granic zostały ustalone poprzez odpowiednie traktaty. Traktat wersalski podpisany 28.06.1919 roku, wchodząc w życie w styczniu 1920 roku, wyznaczył Polsce granicę zachodnią; wschodnią unormował traktat ryski z 18.03.1921 roku.

Konstytucja marcowa uchwalona17.03.1921 roku przez Sejm Ustawodawczy RP określiła ustrój Polski, stwierdzając, że: "Władza zwierzchnia w RP należy do Narodu". Ten, mogłoby się wydawać stabilny, obraz naszego państwa, wyłaniający się z nowej rzeczywistości, niestety taki nie był.

Odrodzona Polska od samego początku miała do rozwiązania zasadnicze problemy społeczno-gospodarcze. Kolejne rządy nie potrafiły doprowadzić do stabilizacji gospodarki, rosła inflacja i niezadowolenie społeczeństwa.

Częściową równowagę gospodarczą przywróciła reforma walutowa Władysława Grabskiego w 1924 roku.

Brak wewnętrznej stabilizacji politycznej i gospodarczej oraz niekorzystne dla Polski ustalenia traktatów lokarneńskich z 1925 roku są bezpośrednią przyczyną przewrotu majowego, dokonanego przez Józefa Piłsudskiego w dniach 12–14.05.1926 roku. Zamach stanu doprowadził do walk zbrojnych w Warszawie, w wyniku których zginęło od 379 do 400 osób, w tym 164 to osoby cywilne, a około 1200 zostało rannych. Rząd RP podał się do dymisji, ze stanowiska ustąpił prezydent Stanisław Wojciechowski. Po wewnętrznych ustaleniach na czele państwa stanął Ignacy Mościcki 1.06.1926 roku, a 2.08.1926 roku sejm RP uchwalił zmiany w konstytucji, które wzmacniały pozycję prezydenta i rządu w państwie.

Jednak to Józef Piłsudski w dalszym ciągu miał duży wpływ na wszelkie decyzje, co coraz bardziej kształtowało system rządów autorytatywnych.

Po przewrocie majowym dochodzi do władzy obóz polityczny zwany sanacją, który pod hasłem uzdrowienia stosunków w kraju rządzi Polską do 1.09.1939 roku. Cały ten okres naznaczony jest walką polityczną, której towarzyszą zjawiska głębokiego kryzysu gospodarczego, nieznacznie opanowanego w połowie lat trzydziestych. Bezrobocie i pogarszające się warunki życia powodują bardzo duże niezadowolenie społeczne, w całym kraju dochodzi do strajków i licznych demonstracji.

Niekorzystne skutki upadku gospodarki szczególnie dotkliwie odczuli chłopi. Wewnętrzna polityka kolejnych rządów uczyniła ich obywatelami gorszej kategorii, a wieś została zepchnięta do ekonomicznej nędzy. Wielki skarb, jakim była dobrze uprawiana ziemia, staje się z biegiem czasu kamieniem u szyi, który tylko coraz bardziej utrudnia normalną egzystencję.

Cena ziemi gwałtownie spadła, uprawa stała się nieopłacalna, braki funduszy nie pozwalają na stosowanie nawozów sztucznych. Niezbędnego w każdym gospodarstwie inwentarza żywego z powodu braku paszy nie można utrzymać, a większość sprzętu jest niszczona przez naloty policji i popada w ruinę. Wszystko to powoduje nagłe pogorszenie warunków życia, podstawowe artykuły żywnościowe stają się przedmiotem reglamentacji wewnątrz wiejskich zagród. Każdy bochenek chleba jest głęboko chowany na dnie skrzyni, a porcje są wydawane przez głowę rodziny według ustalonych zasad. Cukier, sól, mąka, mięso to nieosiągalne na co dzień dobra, na które przeciętny chłop może sobie pozwolić tylko w szczególnych okazjach. Ludność wiejska nie ma obuwia, ubrań, bielizny, wykonuje w swoim zakresie drewniaki do chodzenia lub przerabia stare ubrania. Ciągły niedostatek staje się przyczyną wielu chorób, szczególnie gruźlicy, która zbiera obfite żniwo wśród najsłabszych, czyli młodego wiejskiego pokolenia.

Rządy sanacyjne na każdy przejaw protestu i oporu ze strony chłopów odpowiadają przemocą, represjami, zwiększeniem podatków i uciskiem, doprowadzając do częstych konfrontacji ludności wiejskiej z uzbrojonymi oddziałami policji i wojska. Mieszkańcy wsi, w tym również z ziemi łapanowskiej i Kamyka, decydują się na sezonowe lub stałe wyjazdy za granicę, aby tam szukać pracy i zdobyć środki pieniężne na utrzymanie swoich, często wielodzietnych, rodzin.

Wśród opuszczających swoje miejsce zamieszkania jest również mój dziadek, Jan Dziedzic, który najpierw w okresie 5.04 – 25.11.1926 roku udaje się na roboty rolne do Niemiec, by następnie wraz ze swoim młodszym bratem Nikodemem wybrać się w czerwcu 1927 roku w bardzo daleką podróż na kontynent południowoamerykański do Argentyny. Ameryka Południowa na przełomie XIX i XX wieku stała się miejscem docelowym dużej fali ludności europejskiej.

Oprócz Polaków osiedlają się tutaj czasowo, ale również i na stałe Włosi, Hiszpanie, Niemcy oraz emigranci z innych rejonów świata. Kontynent został odkryty dużo wcześniej – ziemie te, zamieszkiwane przez indiańskie plemiona, zostały podbite przez Hiszpanów i Portugalczyków na początku XVI wieku. Nowa fala emigracji przełomu XIX i XX wieku spowodowana była tym, że w latach 1890 – 1930 Argentyna należała do dziesięciu najbogatszych krajów świata. Kraj rozwijał się bardzo szybko, a szczególnie rolnictwo i infrastruktura, gdzie bardzo duży nacisk położono na rozbudowę sieci dróg, linii kolejowych, kanałów, dworców i portów morskich. Budowa tych wszystkich obiektów związanych z transportem była oparta głównie na kapitale europejskim, zwłaszcza brytyjskim. Mimo że były to kosztowne i trudne (ze względu na ukształtowanie powierzchni) inwestycje, bardzo szybko doprowadziły w tamtym czasie Argentynę do czołówki najbogatszych krajów świata. Dla przybyszów z odległych rejonów świata Ameryka Południowa stawała się miejscem poprawy swojego losu, ale okupionego wielkimi wyrzeczeniami, rozłąką z pozostawioną w ojczystym kraju rodziną i niejednokrotnie utratą zdrowia, a nawet życia.

Już samo dotarcie drogą morską z Polski do Argentyny i powrót zajmowały wędrowcom całe dwa miesiące, co przy fatalnych warunkach podróży nie należało do przyjemności. Jak wiadomo, byli to przeważnie biedni chłopi, których nie było stać na wykupienie biletów w I i II klasie. Linia morska wytyczona z Gdyni do Buenos Aires to w przybliżeniu około 7235 mil morskich, czyli 13 400 kilometrów. Po drodze zmiana kilku stref czasowych, przekraczanie zwrotnika Raka, równika i zwrotnika Koziorożca. Wszystko wiązało się z ciągłymi zmianami stref klimatycznych, warunków pogodowych, temperatury i ciśnienia atmosferycznego.

Polscy emigranci, przyzwyczajeni do klimatu umiarkowanego, wprawdzie odznaczającego się dużą niestabilnością pogody, wahaniami w przebiegu pór roku, ale mającego swój rytm temperatury poszczególnych miesięcy, byli przyzwyczajeni do tego, że najchłodniejszym miesiącem w Polsce jest styczeń, a najcieplejszym lipiec. Po dotarciu do Argentyny spotkali się dokładnie z sytuacją odwrotną. Teraz najcieplejszym miesiącem był styczeń, a najzimniejszym lipiec. Na przybyszów czekał klimat zwrotnikowy i podzwrotnikowy, które charakteryzują się przede wszystkim wysoką temperaturą. W klimacie zwrotnikowym przez cały prawie rok temperatura wynosi ponad 20 stopni Celsjusza, a w lecie osiąga wartości zbliżone do 50°C, przy bardzo dużych dobowych wahaniach i małej wilgotności powietrza. W strefie podzwrotnikowej wprawdzie wilgotność powietrza i opady są większe, ale i tak temperatury osiągają latem 30°C.

Argentyna to duży kraj, z północy na południe liczy 3700 kilometrów, ze wschodu na zachód 1400 kilometrów w najszerszym miejscu. Środkową i północno-zachodnią część stanowi nizinny i żyzny rejon, zwany Pampą, który od południa sąsiaduje z mocno pofałdowanym płaskowyżem Patagonii. Zachodnia część kraju to przedgórza oraz system górski Andów, w przypadku tego właśnie kraju zwanych Andami Patagońskimi. Znaczne rozpiętości terenu i jego zróżnicowane ukształtowanie powodują duże i istotne różnice pogodowe na terytorium kraju. Na północy Argentyny lata są bardzo gorące, a zimy umiarkowanie suche. W centrum lata są gorące i chłodne zimy, a na południu lata są ciepłe w odróżnieniu od zim, które zaskakują minusowymi temperaturami oraz dużymi opadami śniegu.

Z tymi wszystkimi rozbieżnościami musiał mieć do czynienia każdy przybysz, który postawił swoją nogę w tym kraju. Jeśli był to emigrant z Polski, tak jak mój dziadek, to był zmuszony do długiego i stopniowego aklimatyzowania się, aby móc funkcjonować w bardzo trudnych warunkach, przy wykonywaniu ciężkiej fizycznej pracy, nie mając jednak żadnej gwarancji na to, że organizm zdoła się do tego przystosować.

Jak wspomina moja mama, dziadek wraz z bratem pracowali w bardzo uciążliwych warunkach po 16 godzin na dobę, przy karczowaniu lasów oraz budowie linii kolejowych. Robotnicy często zapadali na różne choroby, a śmierć wśród nich zbierała obfite żniwo.

Jego sześcioletni pobyt na ziemi argentyńskiej uczynił duże spustoszenia w organizmie i po powrocie do Kamyka w lipcu 1933 roku był przyczyną znacznego pogorszenia się stanu zdrowia. Płacąc wysoką cenę za oceaniczne wojaże, dziadek miał świadomość, że to jedyna droga do polepszenia bytu własnej rodziny. Wypracowane środki finansowe pozwoliły na nabycie ziemi oraz realizację największego marzenia, jakim było wybudowanie domu, zabudowań gospodarczych i zamieszkanie na swoim. Tym "swoim" dziadek Jan mógł się cieszyć jedynie niecałe dwie dekady, bo zmarł zdecydowanie przedwcześnie 27.05.1953 roku.

Takie przykłady emigracji za chlebem w pojedynczych przypadkach polepszały sytuację mieszkańców wsi, niemniej jednak większość nadal pozostawała w skrajnej biedzie i niedostatku, co było bezpośrednią przyczyną upominania się chłopów o swoje prawa.

Po wielu smutnych doświadczeniach i w obliczu braku poprawy swojej egzystencji chłopi dochodzą do słusznego wniosku, że pojedynczo nie osiągną niczego, natomiast jeśli będą występować zjednoczeni, to jest szansa na osiągnięcie zmian na lepsze.

Na terenie gminy Łapanów dużą aktywność przejawiają ludzie zrzeszeni w rozbitym jeszcze na różne odłamy ruchu ludowym. Niemniej jednak w poszczególnych sołectwach, przy okazji choćby niedzielnych spotkań po mszach w kościołach parafialnych, coraz więcej mówi się o potrzebie stworzenia jednego ugrupowania, które skutecznie będzie mogło upominać się o lepsze jutro dla wsi. Ten oddolny ruch doprowadza do kongresu zjednoczeniowego na szczeblu centralnym, gdzie 15.03.1931 roku przedstawiciele Polskiego Stronnictwa Ludowego Piast, PSL Wyzwolenie i Stronnictwa Chłopskiego tworzą nową partię o nazwie Stronnictwo Ludowe. Takie same działania podejmowane są na niższych szczeblach. 17.05.1931 roku w Bochni odbywa się zjazd zjednoczeniowy partii ludowych z powiatu bocheńskiego. W wyniku podjętych ustaleń dochodzi do reorganizacji kół. Szczególną aktywność w tym względzie daje się zauważyć w rejonie łapanowskim, gdzie bardzo szybko liderem ruchu ludowego zostaje Bartłomiej Twaróg.

3.04.1932 roku Bochnia staje się miejscem powiatowego zjazdu statutowego Stronnictwa Ludowego, gdzie dochodzi do ostatecznego zakończenia procesu jednoczenia stronnictw chłopskich w powiecie. Prezesem Zarządu Powiatowego SL zostaje przedstawiciel Łapanowa, Bartłomiej Twaróg. Na 5.06.1932 roku, zgodnie z propozycją władz naczelnych SL motywowanych nadaniem większej mocy manifestacji, postanowiono zorganizować wspólnie przez trzy sąsiadujące ze sobą powiaty: bocheński, myślenicki i limanowski, obchody święta ludowego w Łapanowie. Starostwo powiatowe w Bochni (starosta dr Ludwik Freindl) początkowo wydało zgodę na przeprowadzenie obchodów, którą jednak widocznie pod wpływem nacisków rządzących cofnięto 3 czerwca, pod śmiesznym pretekstem wymyślonej epidemii groźnej zakaźnej choroby, zwanej płonicą. Ze względu na krótkie terminy organizatorzy nie mogli i nie byli w stanie odwołać wcześniej zaplanowanych uroczystości, a starosta konsekwentnie utrzymał zakaz organizacji, dodatkowo nakazując obstawienie policją dróg w rejonie Łapanowa.

Od samego rana w niedzielę 5.06.1932 roku w kierunku Łapanowa zaczęli podążać chłopi z wszystkich miejscowości leżących na terenie tych powiatów. Przemarsze odbywały się w atmosferze wielkiego święta, przy zachowaniu porządku i właściwego szyku przemieszczających się kolumn pieszych i wozów konnych, o co zadbali kierujący najmniejszymi komórkami stronnictwa na szczeblu poszczególnych wsi.

Mimo tego policja zachowywała się agresywnie. Do pierwszych prób zatrzymania jednego z pochodów doszło zaraz po jego wymarszu z miejscowości Grabie. Eskalacja zdarzeń nastąpiła w odległości dwóch kilometrów od Łapanowa w Wolicy, gdzie policja najpierw przepuściła jadące w kierunku Łapanowa wozy konne, a później pobiła bardzo dotkliwie pałkami i kolbami karabinów idące w strojach krakowskich dziewczęta i kobiety. Następnie, korzystając z zaprowadzonego zamieszania i chaosu, około 30 policjantów zajęło stanowiska po obu stronach drogi i rozpoczęło systematyczne ostrzeliwanie maszerującego tłumu. Po krótkim czasie liczba policjantów zwiększyła się znacznie, gdyż od strony Łapanowa nadjechały posiłki umundurowanych i uzbrojonych w broń palną policjantów granatowych. Ponownie otworzono ciągły ogień z broni do zupełnie zaskoczonych i zdezorientowanych chłopów.

W trakcie ciągłego ostrzału padło od kul 14 chłopów, uczestników przemarszu, z czego czterech zmarło na miejscu, a dziesięciu ciężko rannych po pewnym czasie ewakuowano do szpitala w Bochni.

W nierównej i skazanej od samego początku na porażkę walce o lepsze jutro polskiego chłopa życie oddali: Piotr Bugański z Rybia, Stanisław Ziółkowski i Franciszek Przeciszewski z Gruszowa oraz Sylwester Toboła ze Zbydniowa.

W ciągu następnych miesięcy od ran postrzałowych odniesionych w czasie starcia 5.06.1932 roku zmarło jeszcze trzech chłopów: Jan Włodarczyk, Tomasz Smaga i Jan Stach.

Liczbę lżej rannych tych tragicznych wydarzeń oblicza się według organizatorów manifestacji na 200 osób, a zgodnie z oficjalnymi rządowymi źródłami na 32 osoby, w tym 14 policjantów granatowych.

Po zakończeniu ostrzału maszerujących chłopów policja spiesznie wycofała się w kierunku Łapanowa, gdzie zaraz po przybyciu schowała się w pomieszczeniach miejscowego posterunku policji. Wzburzeni chłopi, niosąc ciała zabitych kolegów, również dotarli na planowane miejsce zgromadzenia, gdzie przybyło z różnych miejscowości wymienionych powiatów przeszło 10 tysięcy manifestantów.

Wieść o starciach i chłopskich ofiarach lotem błyskawicy obiegła szeregi zgromadzonych osób. Gdyby nie podjęte mediacje przedstawicieli władz centralnych SL, między innymi W. Kiernika i J. Madejczyka, którzy również przybyli już do Łapanowa wraz z kolejną grupą chłopów podążających od strony Ubrzeży, rozgniewany, znieważony i doprowadzony do granic wytrzymałości wielotysięczny tłum ludzi mógł dosłownie roznieść na swoich spracowanych rękach na wszystkie strony świata cały komisariat policji wraz z załogą i chroniącym się również w nim komisarzem starostwa powiatowego. Władze państwowe widząc, że sytuacja wymknęła im się spod kontroli, po krótkim namyśle zezwoliły telefonicznie Kiernikowi na przeprowadzenie zgromadzenia.

W czasie tego wiecu Kiernik w swoim wystąpieniu zdecydowanie potępił działania rządu i akcję policji, równocześnie jednak uspokajał zgromadzonych chłopów, nawołując ich do opuszczenia samego Łapanowa i rozejścia się do swoich domostw. Dobra wola ze strony ludowych przywódców i mas chłopskich nie spotkała się, jak można by przypuszczać, ze zrozumieniem ze strony władzy.

Już w nocy z 5.06 na 6.06.1932 roku policja granatowa rozpoczęła akcję pacyfikacyjną wśród mieszkańców Łapanowa i okolicznych wsi gminy, dokonując aresztowań około 30 chłopów, brutalnych i bestialskich pobić rodzin chłopskich, a także niszczenia zgromadzonego chłopskiego dobytku.

W ciągu następnych dni w każdej miejscowości gminy odnotowano interwencje i działania odwetowe policji, ukierunkowane na zastraszenie, a także wymuszenie posłuszeństwa. Wśród najbardziej poszkodowanych znalazło się pięciu mieszkańców Kobylca i jeden z Woli Wieruszyckiej, a więc miejscowości graniczących bezpośrednio z Kamykiem. W czasie przesłuchań aresztowanych chłopów w pobliskim bocheńskim więzieniu bardzo często dochodziło do znęcania się służby więziennej nad osadzonymi. Jak zwykle w takich przypadkach, dane o przyczynach tych krwawych wydarzeń różniły się znacznie w zależności od podającej je strony. Źródła rządowe bez żadnych zahamowań zgodnie twierdziły, że to chłopi, uzbrojeni w ostre narzędzia i broń palną, zachowywali się agresywnie, a także wystąpili czynnie przeciwko siłom porządkowym. Wobec tego organa porządkowe były zmuszone do użycia ostrej amunicji w celu zaprowadzenia ładu oraz niedopuszczenia do zebrania się tłumów chłopskich w Łapanowie. Jak łatwo się domyślić, była to bzdura propagandowa, żadne inne źródła nie potwierdziły tych informacji, toteż taką interpretację zdarzeń należy uznać jako nieudolną próbę usprawiedliwienia brutalnego postępowania organów porządkowych, będących na usługach panującej władzy.

W październiku 1933 roku, a więc 16 miesięcy od tamtych krwawych wydarzeń, rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Krakowie proces 16 oskarżonych o zajścia w Łapanowie, który zakończył się skazaniem 10 osób na kary więzienia od 6 do 15 miesięcy, utratą praw publicznych i zwrotem kosztów postępowania sądowego.

Oczywiście strona rządowa zrzuciła odpowiedzialność za zaistniałe wypadki na chłopów, nie wspominając nawet o przyczynach i ogólnie panującej sytuacji na wsi, co spotkało się ze zrozumiałym powszechnym oburzeniem opinii publicznej.

W efekcie złożonej apelacji 19.02.1934 roku przywrócono wszystkim skazanym prawa obywatelskie. Na mocy tej amnestii siedmiu osobom karę darowano, dwóm obniżono o połowę, natomiast wyrok wobec Franciszka Stochla utrzymano w całości. Wypadki łapanowskie, choć wyciszane przez oficjalne media, odbiły się szerokim echem w całej Polsce i były kolejnym czynnikiem decydującym o spadku zaufania do rządu, obozu sanacyjnego i prowadzonej przez niego niesprawiedliwej społecznej polityki.

Mimo że nie było żadnego formalnego sojuszu między chłopami a robotnikami, na znak solidarności z ciemiężoną wsią manifestowali robotnicy Limanowej, Bochni, Tarnowa i Krakowa. 26.06.1932 roku w całej Polsce odbyły się wiece i manifestacje poświęcone pamięci ofiar z Łapanowa, podczas których uchwalano rezolucje potępiające postępowanie policji oraz obarczające odpowiedzialnością za ofiary władze sanacyjne.

9.07.1932 roku w Niegowici odbywa się zjazd manifestacyjny chłopów z powiatów bocheńskiego, myślenickiego i krakowskiego z udziałem naczelnych władz SL z Wincentym Witosem na czele, w czasie którego w licznych przemówieniach powracano do krwawych wydarzeń czerwcowych w Łapanowie.

Oczy elit zwróciły się wreszcie w stronę niedoli przedstawicieli polskiej wsi.

Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Leon Marchlewski stanął na czele Komitetu Pomocy Ofiarom Łapanowa, który postawił sobie jasny cel do realizacji: gromadzenie, a także rozdział pomocy materialnej dla poszkodowanych oraz opieki nad rannymi pozostającymi w szpitalach i członkami ich rodzin.

Jednak walka polskiej wsi z panoszącą się dyktaturą sanacyjną trwała nadal, władze państwowe nie robiły nic, aby ulżyć niedoli chłopa, wręcz przeciwnie, do końca czerwca 1933 roku aresztowano kilka tysięcy osób, mieszkańców polskiej wsi, z czego kilkaset trafiło do więzienia. Masowe rewizje dokonywane przez policję zawsze kończyły się celowym niszczeniem dobytku chłopskiego oraz rekwirowaniem żywności, której i tak notorycznie w większości wiejskich chałup brakowało.

Seria procesów wytyczonych przeciwko chłopom kończy się pod koniec 1933 roku wyrokami skazującymi na kary do pięciu lat więzienia. Z kraju musi wyemigrować wiele osób, w tym przywódca ruchu ludowego Wincenty Witos, który znajduje schronienie w Czechosłowacji. Emigranci, w tym sam Witos, mający przykre doświadczenia z września 1930 roku, kiedy to na osobiste polecenie Józefa Piłsudskiego zostali aresztowani czołowi przywódcy Centrolewu i osadzeni w twierdzy brzeskiej nad Bugiem, wybierają opuszczenie kraju. Stronnictwem Ludowym w czasie nieobecności Witosa kieruje w latach 1934 – 1939 Maciej Rataj. Sanacja po rozbiciu głównego oponenta, jakim był od 1929 roku Centrolew (sojusz partii centrowych i lewicowych utworzony w celu neutralizacji, a także zwalczenia systemu rządów sanacji pod wodzą Piłsudskiego), mogła na swój sposób urządzać kraj. Jedną z istotnych zmian jest rezygnacja z istnienia gmin pojedynczych (gromad) na rzecz gmin zbiorowych.

Z początkiem sierpnia 1934 roku dotychczasowa gmina Kamyk zostaje na mocy ustawy podporządkowana większej gminie zbiorowej, naturalnie jest nią Łapanów. Tamci mieszkańcy już od prawie trzech pokoleń (jeśli uwzględnimy fakt, że kolejne pokolenie średnio rodzi się co 30 lat) przyzwyczaili się do poprzedniej struktury, toteż niechętnie ulegali toczącym się zmianom. Odnotowano wiele protestów na piśmie, wysyłanych do władz centralnych przez mieszkańców dotychczasowych gmin jednostkowych, skupionych wokół Łapanowa. Na niewiele się one zdały. Zreformowany samorząd lokalnych społeczności (ułożony według schematu: na najniższym szczeblu działają rady gromadzkie z sołtysem na czele, a szczeblem nadrzędnym zostają rady gminne, gdzie organem wykonawczym jest kierowany przez wójta zarząd gminy zbiorowej) rozpoczyna swoją działalność.

Kolejne posunięcie to uchwalenie 23.04.1935 roku głosami sanacyjnej większości, jak się powszechnie uważało, niedemokratycznej konstytucji nadającej szerokie uprawnienia i przywileje (prerogatywy) prezydentowi Ignacemu Mościckiemu.

Prezydent konstytucję podpisał w tym samym dniu, a już dnia następnego, czyli 24 kwietnia, weszła w życie. W ekspresowym tempie, bo już we wrześniu, odbywały się wybory do sejmu (8 września) i senatu (15 września).

Wieś będąca niejako na uboczu sanacyjnych politykierów, odczuwająca na własnej skórze degradację ekonomiczną, ogłosiła bojkot tych wyborów. Naturalnie protest miał różne oblicza w zależności od siły ruchu ludowego w danym regionie kraju. Średnia frekwencja w kraju wyniosła 46,5%, natomiast w rejonie łapanowskim, obejmującym swoim zasięgiem m.in. Kamyk – 12,4%. Na liczbę 1317 uprawnionych do głosowania w lokalach wyborczych stawiło się 170 wyborców.

Rok 1937 przynosi ponowne zaostrzenie formy walki chłopów z sanacją, strajk chłopski, organizowany prawie w całej Polsce znów ma najbardziej masowy i gwałtowny przebieg w Małopolsce. Na wsie tego regionu skierowano ostrze terroru, działania policji zarówno w czasie strajków, jak i akcji odwetowych są bardzo barbarzyńskie i okrutne. Jeśli wieś jest spokojna, to policja prowokuje zajścia, atakuje chłopów, bije ich kolbami karabinów i pałkami. W trakcie tych tyrańskich akcji nie są oszczędzani nawet starcy, kobiety i dzieci. Niszczony jest dobytek, narzędzia rolnicze, a także sprzęt domowy. Policja pod byle pretekstem używa broni palnej, strzelając bez ostrzeżenia, przeważnie do uciekających bądź wycofujących się ludzi. Odnotowuje się przypadki dobijania rannych chłopów bagnetami karabinów.

Ogółem w czasie strajków chłopskich w 1937 roku w wyniku nieuzasadnionego i niepotrzebnego użycia broni palnej przez policję ginie 44 chłopów, między innymi Wincenty Piechnik i Stanisław Święch, mieszkańcy bocheńskiej ziemi, którzy 5.08.1937 roku oddali swe życie za sprawę sprawiedliwości społecznej i lepszego jutra dla polskich chłopów. Liczby rannych nie udało się nigdy ustalić, odnotowano natomiast 700 przypadków zniszczonych zabudowań gospodarskich oraz 5 tysięcy aresztowań.

Ten oczywisty terror zastosowany wobec polskiego chłopa nie zmienił zupełnie jego zapatrywań politycznych. W czasie kolejnych wyborów do sejmu 6.11.1938 roku (ostatnich przed wybuchem II wojny światowej) sytuacja z bojkotem była identyczna jak ta z 1935 roku. W obwodzie wyborczym Sobolów (między innymi z Kamykiem) swoje głosy oddało tylko 109 osób (14,49% uprawnionych). Jeśli można użyć słowa "zemsta", to tym niewątpliwie były odbywające się na przełomie zimy i wiosny 1939 roku wybory do samorządu terytorialnego. Przedstawiciele ruchu ludowego całkowicie zdominowali rady gromadzkie i stanowiska sołtysów (w Kamyku na sołtysa wybrano pana Stanisława Nowaka). W łapanowskiej Radzie Gminy 13 mandatów należało do Stronnictwa Ludowego, a tylko trzy do sanacji. Stanowisko wójta objął pan Bartłomiej Twaróg, znany i ceniony na tym terenie przedstawiciel ruchu ludowego.

Wielki wysiłek polskiej wsi z 1937 roku i całej dekady, mimo że nie przyniósł wymiernych i spektakularnych sukcesów, nie poszedł zupełnie na marne. Zdecydowanie zahamował dążenia rządów sanacyjnych do dalszego ograniczenia praw demokratycznych i swobód obywatelskich w Polsce drugiej połowy lat trzydziestych. Pokazał również, że ruch ludowy może być zjednoczony pod jednym sztandarem (również dosłownie, na przykład koło SL w Sobolowie posiadało swój sztandar od 1938 roku) w walce o słuszne prawa, i że świadomość polityczna została zdecydowanie podniesiona na wyższy poziom.

Pamięć o tym wielkim zrywie chłopskim nie ginie. Z pokolenia na pokolenie są przekazywane te wiadomości, mijający czas niestety robi swoje i bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń jest coraz mniej. Na szczęście powstały obiekty, które upamiętniają tamte tragiczne wydarzenia polskiej wsi. W Łapanowie na rynku, gdzie miał miejsce wiec 5.06.1932 roku, rośnie okazały Dąb Wolności, który pamięta te trudne chwile, gdy życie bezbronnego polskiego chłopa zależało od uzbrojonego w broń palną policjanta, też Polaka, ale będącego zbrojnym ramieniem sanacyjnego państwa.

Nieopodal dębu wznosi się okazały pomnik z wmurowaną tablicą, na której wymieniono ofiary śmiertelne tych wydarzeń oraz zamieszczono cytat z wypowiedzi przywódcy ruchu ludowego z tamtego okresu, Wincentego Witosa. Społeczeństwo gminy Łapanów w ten sposób oddaje hołd ludziom, dla których walka o chłopskie prawa była jednym z najważniejszych życiowych celów, a wiara w sprawiedliwość społeczną pozwoliła tę walkę prowadzić.

Może dziwić natomiast fakt pomijania tych wydarzeń w oficjalnych podręcznikach historii, czy wręcz nieeksponowania ich na forum ogólnopolskim. Każda przelana krew polskiego obywatela w słusznej walce o poprawę sytuacji materialnej polskiego społeczeństwa, w tym przypadku mieszkańców polskiej wsi, jest bardzo doniosłym wydarzeniem, godnym powszechnego szacunku. Tym bardziej nasz kraj powinien być wdzięczny tym, którzy nie tylko żywili, ale też bronili, gdy była taka potrzeba, a polskie państwo dwudziestolecia międzywojennego nie potrafiło tego trudu docenić. Jeśli chcemy poznać całą prawdę o Polsce, nie uciekajmy również od tych tematów, bo ofiary polskiego narodu złożone na ołtarzu ojczyzny to także wynik sanacyjnych represji i ucisku polskiej wsi w odrodzonej po 123 latach niewoli Rzeczypospolitej Polskiej.

Nadchodzi dzień 1.09.1939 roku i wybucha II wojna światowa, Niemcy atakują Polskę, 17 września w zdradziecki sposób Armia Czerwona zajmuje ówczesne wschodnie obszary naszego kraju. 28.09.1939 roku Niemcy i ZSRR zawierają układ o granicach i przyjaźni, dokonując IV rozbioru Polski. Atmosfera przygnębienia wśród mieszkańców rejonu łapanowskiego zdecydowanie gęstnieje, gdy przez nasze miejscowości zaczynają przechodzić coraz większe zgromadzenia uciekającej ludności wraz ze swoim dobytkiem. Na tyle jest to istotne wydarzenie, że wywiera również presję na miejscowych mieszkańcach, którzy albo szukają schronienia w okolicznych lasach, albo podejmują decyzję o ucieczce tak naprawdę w nieznane, bez żadnej pewności znalezienia bezpiecznego schronienia. Jak wiadomo, poczynania cywilnej ludności zwiększały chaos na drogach i były doskonałym, bo nade wszystko bezbronnym celem dla niemieckich lotników. Ludzie, wiedzeni jednak instynktem przetrwania, ruszali przed siebie. Również w Kamyku kilka osób posiadających jakieś środki transportu zdecydowało się na podjęcie takiego wyzwania. Jak relacjonował to później uczestnik takiej eskapady, pan Józef Węglarz, była to próba z góry skazana na niepowodzenie. Po wyczerpującym kilkudniowym marszu w kierunku wschodnim i osiągnięciu okolic Tarnowa, w obliczu coraz większego zamieszania, a także braku perspektyw na pozytywne rozwiązania, ludzie podjęli decyzję o powrocie do własnych domów. Było to o tyle trudne, że "strumień" błądzących bez ładu i składu uciekinierów utrudniał przemarsze naszym wycofującym się wojskom.

6.09.1939 roku na teren gminy Łapanów, a więc i Kamyka, wkraczają wojska niemieckie. Mimo podejmowanych prób powstrzymania agresora przez pododdziały Wojska Polskiego, stacjonujące w rejonach alarmowych, bezpośrednio sąsiadujących z Kamykiem, na przykład w Cichawce lub znajdujących się w bliskiej odległości Stradomce, kolumny pancerne nieprzyjaciela bardzo szybko zdobywają kolejne miejscowości. Jeszcze w obrońcach tli się nadzieja, gdy 6.09.1939 roku XXIV Pułk Ułanów im. Hetmana Wielkiego Koronnego Stanisława Żółkiewskiego i dywizjon rozpoznawczy X Brygady Motorowej, walczącej pod dowództwem płk. Stanisława Maczka, dzielnie i skutecznie odpierają ataki Niemców w rejonie Sobolowa, Woli Nieszkowskiej i Leszczyny. Niestety pod naporem nieprzyjaciela, zagrożone okrążeniem i odcięciem dostaw materiałów pędnych oraz amunicji, zostają zmuszone do odwrotu i ewakuacji w stronę Dołuszyc i Bochni, a następnie po połączeniu się z pozostałymi siłami brygady, bocznymi drogami za linię rzeki Dunajec.

Zapada ciemna noc okupacji, naznaczona śmiercią, cierpieniami, głodem, nieustającym terrorem, wywózkami na przymusowe roboty do Niemiec. Te ostatnie realizowane na początku okupacji za pomocą ulicznych łapanek, dość szybko przerodziły się w metodyczne działania. Otóż władze okupacyjne w pierwszych miesiącach 1941 roku zarządziły spis ludności poszczególnych miejscowości, wzywając całe rodziny, aby na tej podstawie wyznaczać ilościowe kontyngenty ludności do przymusowej pracy w Niemczech.

Los robotnika budującego potęgę III Rzeszy dotknął również mieszkańców Kamyka. Daleko od swoich rodzinnych domów znaleźli się między innymi mój wujek Jan Dziedzic (od 1938 roku) oraz najbliżsi sąsiedzi moich dziadków, panowie: Wojciech Zdebski i Stanisław Baran.

Z wojennych dróg nigdy nie powrócili do Kamyka panowie: Wiktor Bułat, Konstanty Dragan, Kazimierz Skowronek oraz Józef Stachowicz. Zdarzały się też i szczęśliwe powroty! Po klęsce wrześniowej niektórym żołnierzom WP udawało się uniknąć niewoli. Jednym z nich był pan Władysław Rachwalski: wykorzystując ogólne zamieszanie i myląc czujność niemieckiego wartownika, zbiegł z tymczasowego obozu. Jak relacjonował to najbliższej rodzinie, łatwiej było uciec niż później przedostać się do rodzinnego domu. Trwało to dość długo, bo należało jakoś zdobyć ubranie cywilne, aby w końcu kluczyć między pilnującymi wszystkiego niemieckimi żołnierzami (obstawione mosty, węzły komunikacyjne, skrzyżowania dróg, o stacjach kolejowych nie wspominając). Po zakończeniu kampanii wrześniowej do domu powrócił także wspominany już wcześniej weteran I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej – Jan Woźniak.

Straty w ludziach to również efekt cynicznej postawy władz ZSRR, które w wyniku inwazji na Polskę 17.09.1939 roku wzięły do niewoli około 250 tysięcy naszych żołnierzy. Wśród nich znajdowało się przeszło 15 tysięcy oficerów służby czynnej i rezerwy, reprezentujących elitę polskiego narodu.

5.03.1940 roku Józef Stalin zatwierdził wniosek Ławrientija Berii w sprawie rozstrzelania polskich jeńców, znajdujących się w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, biorąc rewanż za osobiste upokorzenie doznane w czasie wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku.

Wczesną wiosną 1940 roku dochodzi do masowego mordu. Ofiarami komunistycznego systemu padają ludzie, których jedyną winą jest fakt bycia prawym obywatelem polskim. Golgota wschodu pochłania tysiące ofiar. Wśród zaginionych jest również mieszkaniec Kamyka – pan Józef Szewczyk, którego losy do tej pory nie są znane, oprócz tego, że dostał się do niewoli radzieckiej we wrześniu 1939 roku. Ta wiadomość była ostatnią dla najbliższej rodziny. Od tego czasu zaginiony nie dał żadnego znaku życia.

Jednym z wielu jeńców Kozielska, którzy zostali rozstrzelani w lesie katyńskim pod Smoleńskiem, jest ksiądz kapelan WP mjr Jan Leon Ziółkowski, urodzony w Woli Wieruszyckiej, miejscowości sąsiadującej z Kamykiem, którego najbliższa rodzina do czasów nam współczesnych mieszka w Kamyku. Ten, jak się później okazało, ostatni sługa boży obozu jenieckiego w Kozielsku w 1913 roku ukończył seminarium duchowne w Krakowie. Do lipca 1919 roku był duszpasterzem parafii w Babicach i Krakowie Podgórzu. Wtedy to został kapelanem WP. W stopniu kapitana brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej na froncie litewsko-białoruskim, na Łotwie oraz wyprawie pod Kijów, jak również w bitwach warszawskiej i niemeńskiej. Jako żołnierz i kapłan dawał wzór bohaterskiej postawy na polu walki, nigdy nie opuszczając swoich żołnierzy, udzielając im ostatniego namaszczenia, spowiadając ciężko rannych, błogosławiąc walczących. Po zakończeniu działań wojennych, awansowany do stopnia majora, w 1922 roku zostaje proboszczem I dywizji Legionów w Wilnie, od 1925 do 1930 roku jest proboszczem w Stanisławowie i kapelanem XLVIII Pułku Piechoty Strzelców Podhalańskich. W latach 1930 – 1937 służy w Korpusie Ochrony Pogranicza w Czortkowie, od maja 1937 roku obejmuje funkcję kapelana XXIV Dywizji Piechoty w Jarosławiu. Z tą właśnie dywizją, wchodzącą w skład armii "Karpaty", wyrusza na wojnę 1.09.1939 roku.

Z chwilą zbrojnego najazdu ZSRR na Polskę ksiądz major Ziółkowski zostaje wzięty do niewoli. Mając możliwość ucieczki, jeszcze raz daje dowód szlachetnej postawy, pozostaje wraz ze swymi żołnierzami, aby nadal służyć im duchową pomocą. Ta droga prowadzi go do Kozielska, gdzie w warunkach konspiracji organizuje życie religijne dla uwięzionych wraz z nim żołnierzy. W kwietniu 1940 roku razem z innymi oficerami zostaje przetransportowany do Katynia, gdzie już czekają na nich sowieccy oprawcy.

Po raz pierwszy w 1943 roku, a więc jeszcze w czasie trwania II wojny światowej, wychodzi na światło dzienne prawda o dokonaniu straszliwej zbrodni. Informację o tym podają Niemcy, niedawny sojusznik ZSRR w napaści na nasz kraj. Rewelacje podawane przez stronę niemiecką, jak się okazało były prawdziwe, niemniej jednak społeczeństwo polskie spotykające się na co dzień z bestialstwem niemieckim, masowymi zbrodniami, na samym początku przyjmowało z niedowierzaniem takie informacje. Całe zamieszanie wykorzystali Rosjanie, podając oczywiście swoją wersję wydarzeń. Sytuacja wcale nie uległa zmianie po zakończeniu II wojny światowej, w dotarciu do prawdy nie pomógł nam również zachód Europy i będące z nim w sojuszu Stany Zjednoczone, mimo wielkiego wysiłku zbrojnego włożonego przez naród Polski na wszystkich frontach tej wojny.

Przywódcy państw zachodnich, dokonując w Norymberdze przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w 1946 roku rozliczenia hitlerowskich Niemiec ze zbrodni ludobójstwa, popełnionych przeciw pokojowi i ludzkości, nie skierowali takich samych zarzutów wobec stalinowskiej Rosji, choć doskonale wiedzieli o skali dokonanych zbrodni przez Josifa Dżugaszwilego i kierowanego przez niego systemu, który pozbawił życia miliony istnień ludzkich, w tym obywateli naszego kraju.

Poddańcza uległość władz Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wobec sojusznika radzieckiego doprowadziła do ukrywania tajemnicy przez wiele lat, nakładając na społeczeństwo polskie przymus milczenia. Większość naszego narodu wiedziała, że oficjalna wersja wydarzeń nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Cisza była pozorna, bo przecież nie można było usunąć z pamięci utraconych mężów, ojców i braci. Katyń jako swoisty symbol wszystkich zamordowanych na Wschodzie Polaków w nieustalonych jeszcze do tej pory miejscach, żył w świadomości naszego narodu swoim specyficznym życiem.

Ponieważ w kraju było to niemożliwe, od końca lat 40. XX wieku na zachodzie Europy zaczęły ukazywać się wydawnictwa, w których ta straszliwa zbrodnia była ujawniana, nazywana po imieniu i potępiana. Oficjalnie trudno było je dostać, ale polskie społeczeństwo, zwłaszcza rodziny zamordowanych, robiło wszystko, aby zapoznać się z nimi.

Zdarzenia skazane przez władze PRL na zapomnienie, mimo różnych form represji, stworzenia barier, rozrzucenia gęstej zasłony niepamięci, po długich latach upokorzeń doczekały się po 1989 roku ujawnienia wszystkich odnalezionych do tej pory dokumentów.

Natomiast strona rosyjska, choć poczyniła pewne kroki zmierzające do wyjaśnienia "całej" prawdy, nadal nie ujawnia wszystkich dokumentów Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych, zwanego NKWD, oraz nie chce uznać tej okrutnej zbrodni za ludobójstwo.

Na szczęście okres w historii narodu polskiego, gdy temat Katynia był zakazany, już minął. Również i ja miałem okazję przekonać się o tym, jak wielka obłuda i kłamstwo opanowały umysły naszych wychowawców w mundurach; ludzi, którzy w latach 1977 – 1980 mieli za zadanie uczyć nas, adeptów sztuki wojskowej, historii Polski. Niestety uczyli historii nieprawdziwej, zakłamanej, a nade wszystko obciążonej "braterskim" przymierzem z ZSRR! Postaram się opisać to wydarzenie w III rozdziale niniejszych wspomnień.

Przez cały czas symbol Katynia ma również dużą wagę dla tych osób, które do dzisiaj nie wiedzą, gdzie jest miejsce wiecznego spoczynku ich najbliższych.

W tej grupie zaginionych są przede wszystkim więźniowie Starobielska i Ostaszkowa, ale i innych miejsc odosobnienia, deportacji, tłamszenia praw ludzkich, ofiar nieludzkiej ziemi.

Dzisiejsza Polska, choć jest to do końca niemożliwe, stara się nadrobić stracony czas w kwestii upamiętnienia i uhonorowania ludzi, którzy musieli tak długo czekać na uznanie ich postawy, ukazanie prawdy i symboliczne ukaranie winnych ich śmierci, poprzez wskazanie morderców, a także ich przełożonych oraz mocodawców.

29.07.2007 roku w Łapanowie odbyła się podniosła uroczystość religijno-patriotyczna, upamiętniająca żołnierzy zmarłych na Wschodzie. Ksiądz major Ziółkowski został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta RP Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

W drugiej połowie 2007 roku prezydent RP mianował pośmiertnie wszystkich zamordowanych wiosną 1940 roku na wyższe stopnie wojskowe, w tym ks. Jana Ziółkowskiego na stopień podpułkownika WP.

Sowiecki agresor unicestwił elitę polskiego narodu. W dziele zniszczenia nie ustępował mu ani na krok okupant niemiecki. W ramach sprzeciwu na terenach zajętych przez agresora niemieckiego rodzi się ruch partyzancki, ludzie zaczynają chwytać za broń, organizują czynny opór. W Kamyku również znajduje się grupa ludzi, którzy mimo różnej orientacji politycznej i przynależności do odmiennych konspiracyjnych organizacji dążą do odzyskania niepodległości. Długi okres wojny sprawił, że następowały reorganizacje, zmiany, przemianowania oraz podporządkowania poszczególnych osób zaangażowanych w wojnę partyzancką. Jednak należy stanowczo powiedzieć, że globalnie, mimo tych wszystkich zawirowań, powstały ruch oporu scalił w jeden szereg wszystkich, którym leżało na sercu dobro ojczyzny.

Niestety współpraca i jedność w ruchu oporu uległy załamaniu w połowie 1943 roku (śmierć w katastrofie lotniczej na Gibraltarze 4 lipca premiera polskiego rządu, gen. Władysława Eugeniusza Sikorskiego). Nadal walczono w tej samej sprawie, jednak z powodu różnic politycznych zaczęły narastać nieporozumienia, włącznie z wzajemnym zwalczaniem się.

Także w tym czasie rozpoczęła się walka o – będącą jeszcze tylko w wyobraźni – przyszłą władzę w powojennej Polsce. Pierwszych objawów działalności przeciwko okupantowi należy szukać zaraz po załamaniu się polskiej państwowości. Naturalną koleją rzeczy zaczęto zagospodarowywać porzuconą przez wojsko, a odnajdywaną w terenie broń i amunicję. Pospiesznie zakonserwowaną, ukrywano w równie pospiesznie przygotowywanych magazynach albo po prostu w zabudowaniach gospodarczych.

Konspiracja zaczęła powoli, acz systematycznie, rozwijać swoją działalność. Jeśli na początku wojny ze względu na silną pozycję wroga skupiano się na rozwijaniu struktur, to od drugiej połowy 1942 roku obserwuje się ożywienie działań typowo wojskowych. Logicznym i nade wszystko uzasadnionym wydaje się fakt oparcia tworzących się struktur na partiach politycznych działających przed wojną na terenie naszego kraju. Tak więc koła partyjne zamieniały się w zakonspirowaną strukturę wojskową. W związku z powyższym na terenie gminy Łapanów, a więc i Kamyka, Stronnictwo Ludowe przystąpiło pod koniec 1941 roku do tworzenia własnych trójek konspiracyjnych. Gminne przyjęły swojską nazwę leśniczówki; nadrzędnym ich zadaniem było zorganizowanie trójek wiejskich, konsekwentnie nazywanych gajówkami.

Okres jednego roku był potrzebny do tego, aby w każdej wsi zorganizować przynajmniej jedną trójkę SL. W Kamyku do gajówki, której przewodził sołtys wsi, Stanisław Nowak pseudonim organizacyjny Kania, należeli panowie: Jan Stachowicz, Piotr Ryba i Jakub Sionko. Jak wyliczono w zakonspirowanych strukturach SL, z terenu łapanowskiego znalazło się przeszło 400 osób. W czasie szkolenia kładziono duży nacisk na elementy musztry, wyszkolenia strzeleckiego i służby wartowniczej. Nieobce stawały się też zagadnienia: łączności, zwiadu, terenoznawstwa, a także zabezpieczenia marszu i postoju. Prowadzono kolportaż prasy, szkolono sanitariuszy, w tym kobiety. Po zmianach organizacja wojskowa SL (od III kwartału 1940 roku Chłopska Straż) przyjęła nazwę Bataliony Chłopskie. Do końca I półrocza 1940 roku w całym kraju członkowie ruchu ludowego wstępowali w szeregi Polskiego Związku Powstańczego (PZP) i Związku Walki Zbrojnej (ZWZ), bezpośrednich poprzedników Armii Krajowej.

Polski Związek Powstańczy rozpoczął swoją działalność jeszcze w czasie, gdy dogasały łuny pożarów kampanii wrześniowej. Na terenie gminy Łapanów jego początki sięgają kwietnia 1940 roku.

Po przemianowaniu 14.02.1942 roku, rozkazem gen. W. Sikorskiego, ZWZ na Armię Krajową, staje się ona magnesem skupiającym wokół siebie różne części pozostałych zbrojnych ugrupowań. W prostej linii prowadziło to do tego, że AK stała się dobrze zorganizowaną i najsilniejszą armią polskiego podziemia. Naturalne staje się, że zjawisko to zachodzi też w rejonie łapanowskim.

Oprócz BCh reprezentujących ruch ludowy, w krajobraz gminy na trwale wpisały się: Narodowa Organizacja Wojskowa (NOW), będąca zbrojnym ramieniem Stronnictwa Narodowego, które głosiło hasła solidarności wszystkich grup społecznych polskiego narodu i uznawało naród jako najwyższe dobro w sferze polityki (duże wpływy w Zbydniowiu, Łapanowie, Sobolowie, Kamyku i Chrostowie – tutaj wydawano konspiracyjne pismo NOW pod nazwą "Szczerbiec"); Obóz Polski Walczącej (OPW), siła zbrojna Obozu Zjednoczenia Narodowego, zwanego "Ozonem", bezpośredniego spadkobiercy sanacyjnego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem mogło być zjednoczenie tych organizacji, ale teoria przeważnie odbiega od praktyki, toteż realia były znacznie bardziej skomplikowane. W ten sposób, podporządkowując się częściowo AK, równocześnie dokonywano nowych podziałów, bo komuś akurat ze względów politycznych nie podobał się ten pomysł.

W skali całego kraju BCh wbrew rozkazom płynącym z Londynu (przywódca ludowców Stanisław Mikołajczyk – premier rządu RP na uchodźstwie w okresie lipiec 1943 – listopad 1944) częściowo ewoluowały ku komunistom, zasilając oddziały Ludowego Wojska Polskiego i Milicji Obywatelskiej (uznanie rządów Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego).

W NOW po podjęciu we wrześniu 1942 roku decyzji o połączeniu się z AK doszło do rozbicia na dwie grupy. Silniejsza, bo licząca około 70 tysięcy ludzi, rzeczywiście zasiliła AK, a pozostała w liczbie 30 tysięcy połączyła się ze Związkiem Jaszczurczym (przedstawiciel Obozu Narodowego, przeciwnika sanacji), tworząc Narodowe Siły Zbrojne (NSZ). Te z kolei w marcu 1944 roku uległy podziałowi, by jedną ze swoich części, związaną ze Stronnictwem Narodowym, odesłać na łono AK. Mimo tego NSZ cały czas prowadziły walkę partyzancką z Niemcami oraz polskimi komunistami zrzeszonymi w GL i AL. Jej kres nastąpił w 1948 roku, kiedy to walka podziemna z władzą komunistyczną w Polsce, w wielu przypadkach reprezentowaną przez mocodawców z Moskwy, zakończyła się rozbiciem struktur NSZ.

OPW w wyniku różnicy zdań na bieżące sprawy tylko częściowo od 1943 roku podporządkował się Armii Krajowej, natomiast w 1944 roku połączył się z Konwentem Organizacji Niepodległościowych. W lokalnych strukturach procesy te odbywały się z lekkim opóźnieniem, co było naturalną koleją rzeczy. W powiecie bocheńskim procesy scaleniowe z AK odbywały się od wczesnej jesieni 1943 roku (NOW) do przełomu 1943/1944 (BCh i OPW).

Działania ludzi z lasu miały na celu ochronę ludności przed terrorem okupacyjnym oraz eksploatacją gospodarczą, przejawiały się w wielu formach, jednak najbardziej charakterystyczne były inicjatywy polegające na: walce partyzanckiej, rozbrajaniu żołnierzy niemieckich, dywersji zbrojnej, sabotażu gospodarczym i przemysłowym, prowadzeniu wywiadu, wojnie psychologicznej z okupantem, działalności informacyjnej i propagandowej, roznoszeniu prasy konspiracyjnej oraz mobilizacji lokalnego społeczeństwa do oporu przeciw okupantowi, na przykład w formie nieoddawania kontyngentów żywnościowych w postaci żywego inwentarza oraz innych dóbr materialnych na wyznaczone miejsce w Łapanowie.

Kontyngenty zdecydowanie pogarszały sytuację żywnościową ludności, która starała się ukrywać mienie ruchome w każdym dogodnym do tego miejscu.

Życie ludzi musiało toczyć się mimo wojny, ale było ono obciążone wieloma obostrzeniami, z których przymusowa praca w anormalnych warunkach była tylko skromnym dodatkiem do całego taryfikatora wymyślnych obciążeń mieszkańców okupowanych terenów.

W całej złożoności realiów wojennego życia jednym z niewielu promyków nadziei była możliwość kontynuowania nauki na poziomie podstawowym i zasad religii przez najmłodszych mieszkańców ziemi łapanowskiej. Władze niemieckie, naturalnie pod pewnymi warunkami, zezwoliły na prowadzenie zajęć lekcyjnych od połowy października 1939 roku, usuwając z programów szkolnych historię i geografię. Szkoła w Kamyku kierowana przez panią Kazimierę Rudnicką w porozumieniu z sobolowską parafią, w której naukę religii prowadził proboszcz ks. Michał Jeż i jego wikariusz ks. Kazimierz Jarosz, korzystała z tego przywileju, organizując zajęcia dla licznej grupy dzieci.

Jednak na co dzień nie było już tak kolorowo. W szaleńczym tempie wzrastały ceny na podstawowe artykuły żywnościowe. Standardowym tego przykładem była różnica ceny owalnej bryłki masła, zwanej osełką (między 300 a 370 gramów). Wystarczy powiedzieć, że jej przedwojenna cena wzrosła o 6700% (z 3 do 200 złotych okupacyjnych, zwanych młynarkami lub krakowskimi, z racji ich emisji w Krakowie). Naturalna ochrona przed wszystkimi wynaturzeniami wojny, oprócz ciągłej obawy o swój los i dolę najbliższych, prowadziła również do takich rozwiązań, jak ucieczki (nie tylko młodych) mężczyzn do oddziałów partyzanckich, aby uniknąć aresztowań i deportacji.

Jednym z mieszkańców Kamyka, który musiał szukać schronienia w grupie partyzanckiej po ucieczce z obozu pracy w Krakowie, był pan Stanisław Węglarz, późniejszy długoletni kierownik sklepu spożywczego w Kamyku. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że okupant niemiecki sam prowokował zachowania, które w efekcie działały na jego niekorzyść.

W rezultacie działalność partyzancka podnosiła na duchu udręczonych mieszkańców, dodawała siły i wiary, tak bardzo potrzebnych do wytrwania i przeżycia okresu okupacji. Charakter działań oraz warunki konspiracji wymagały od partyzantów przede wszystkim wielkiej mobilności, aby nie narażać się na dekonspirację i mylić ewentualne pościgi sił niemieckich oraz granatowej policji (Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa – nazwa wywodzi się od granatowego koloru noszonych mundurów), będącej na niemieckim żołdzie (jedna z odmian kolaboracji). W rejonie łapanowskim w czasie okupacji niemieckiej posterunki granatowej policji znajdowały się między innymi w Kobylcu i Łapanowie. Dla oddania całej prawdy o tamtym mrocznym czasie należy powiedzieć również to, że odnotowywano przypadki współpracy granatowej policji z akowskim podziemiem. Logiczne stawało się operowanie poszczególnych oddziałów partyzanckich na terenie kilku powiatów. Dla przykładu oddział partyzancki "Chrobry I" (Narodowej Organizacji Wojskowej – AK), skupiający w swoich szeregach między innymi partyzantów wywodzących się z ziemi łapanowskiej (w sile około 40 osób) i dowodzony przez Józefa Lessera, pseudonim Jastrzębski, swoją działalność prowadził na terenach następujących powiatów: bocheńskiego, brzeskiego, limanowskiego, myślenickiego, niepołomickiego i nowosądeckiego.

Z ponad 90 akcji zbrojnych szerokim echem, nie tylko lokalnie, odbiły się następujące starcia bojowe z udziałem partyzantów z Kamyka:

Zgładzenie 28.11.1944 roku w okolicach dworu w Wieruszycach dowódcy jednej z jednostek niemieckich w stopniu generała ss i jego ochrony, udających się z miejsca stałego stacjonowania w Dąbrowicy na planowaną pacyfikację Zbydniowa (gmina Łapanów) i okolic. Niemcy spodziewali się zniszczyć zaplecze działających w tym rejonie dobrze zorganizowanych oddziałów partyzanckich. Ludzie z lasu po zdobyciu samochodu i niemieckich mundurów wraz z ciałem generała przejechali przez Łapanów, gdzie odebrali honory wojskowe, i przez nikogo niezatrzymywani dotarli do Krasnych-Lasosic k. Żerosławic. Tam na skraju lasu pogrzebano zwłoki generała. W trakcie kontynuowania jazdy dotarli do dworu w Żerosławicach. Przeciągające się oczekiwanie na przyjazd generała do szkoły w Zbydniowiu, gdzie przygotowano dla niego ucztę, wznieciło wśród Niemców niepokój, i wszczęto poszukiwania. W końcu za pomocą środków łączności ustalono podstawowe fakty, które doprowadziły Niemców w okolice żerosławickiego dworu. Pozostawione ślady opon samochodowych na śniegu w obrębie zabudowań dworskich oraz ich nieudolna próba usunięcia przez zaniepokojonych mieszkańców doprowadziły Niemców do ujawnienia całej kompromitującej prawdy i podjęcia kroków odwetowych.

Uwolnienie 15.01.1945 roku polskich więźniów (około 1500 osób) zamkniętych w kościele parafialnym w Sobolowie, a wykorzystywanych przez Niemców do robót ziemnych związanych z budową zapór przeciwczołgowych i rowów.

Atak 21.01.1945 roku na wycofujących się pod naporem Armii Czerwonej żołnierzy niemieckich w Grabinie w parafii sobolowskiej (bitwa pod Sobolowem). W wyniku bitwy zniszczono sprzęt niemiecki i zadano straty w ludziach (zginęło ośmiu żołnierzy niemieckich). Niestety poległo też pięciu żołnierzy ak.

Akcje w Wieruszycach i w Grabinie przyniosły również straty wśród osób cywilnych, niemających nic wspólnego z zaistniałymi wydarzeniami. Niemcy w odwecie za Wieruszyce 7.12.1944 roku spalili żywcem swoje ofiary w Żerosławicach. Wśród nich było sześciu mieszkańców Lasocic, sześciu mieszkańców Słupi i 40 więźniów przywiezionych na egzekucję z Krakowa. Tajemnicą do dziś nierozwiązaną pozostaje fakt zatrzymania się partyzantów po przeprowadzonej akcji w odległości około ośmiu kilometrów od Łapanowa i siedmiu kilometrów od Zbydniowa, a więc w rejonie nasyconym żołnierzami niemieckimi i granatową policją, ze względu na planowaną pacyfikację tej drugiej miejscowości (tym bardziej że dysponowali środkami transportu oraz posiadali przewagę polegającą na pełnym zaskoczeniu przeciwnika). Z wielu możliwych decyzji dowódca grupy partyzanckiej podjął najgorszą, co bezpośrednio przyczyniło się do tragicznej śmierci niewinnych osób. Pchanie się w paszczę lwa i zupełnie niepotrzebna brawura mogły wynikać jedynie z chęci popisania się przed innym oddziałem partyzanckim oraz ośmieszenia granatowej policji. To drugie akurat udało się w 100%, bo jak wynika z relacji naocznych świadków, posterunek policji granatowej w Łapanowie w pełnym rynsztunku i pod bronią oddawał honory niemieckiemu generałowi.

W Grabinie po odparciu ataku grupy partyzanckiej, która również popełniła błędy, między innymi słabo rozpoznając siły przeciwnika przed szturmem, Niemcy natychmiast dokonali pacyfikacji wioski, zabijając w przededniu odzyskania wolności przez tę miejscowość 18 cywili (mieszkańców Buczyny i Grabiny), w tym również dzieci.

W trakcie wojny częściej dochodziło do mniejszych potyczek i starć grup partyzanckich z nieprzyjacielem. W czasie organizowanych zasadzek niszczono niemiecki tabor samochodowy (na przykład w maju 1944 roku w okolicach mostu na Stradomce w Grabowcu), demolowano kancelarie niemieckiej administracji lub innych instytucji (na przykład w czerwcu 1944 roku akcja w Targowisku), urządzano zasadzki na żołnierzy niemieckich, którzy wyjątkowo gorliwie podchodzili do swoich obowiązków (na przykład w sierpniu 1944 roku zlikwidowano oficera niemieckiego na drodze łączącej Łapanów z Kobylcem). W sytuacjach gdy sprawą nadrzędną stawało się uzbrojenie i głównym celem było zdobycie broni wraz z amunicją, rozbrajano Niemców i gdy ci nie stawiali oporu, puszczano ich wolno (na przykład w kwietniu 1944 roku rozbrojenie kilku żołnierzy niemieckich, w czasie gdy ładowali oni żwir na środki transportu w okolicach drewnianego mostu na Stradomce w Sobolowie).

Wojenna rzeczywistość dostarczała również takich zdarzeń, jak to w Kamyku w styczniu 1945 roku, u państwa Węgrzynów mieszkających przy wiejskiej drodze przebiegającej tuż obok ich zabudowań, na skraju ówczesnej miejscowości (przyczyniało się to do częstych odwiedzin gospodarzy, zarówno przez Niemców, jak i partyzantów). Po ustaleniu przez ludzi z lasu faktu przebywania w tym domu dwóch żołnierzy niemieckich, dokonano nagłego wtargnięcia do pomieszczenia kuchennego, gdzie doszło do walki wręcz oraz użycia broni palnej, w wyniku czego żołnierze niemieccy zginęli na miejscu, a od ciężkich ran postrzałowych w okolice jamy brzusznej (zadanych – paradoks – przez kolegę z oddziału w trakcie szamotaniny i błyskawicznie zmieniającej się sytuacji) w kilka dni później zmarł jeden z partyzantów, pan Władysław Sechman. Należy zaznaczyć, że w tym przypadku partyzantów zgubiła zbytnia pewność siebie, brak wyobraźni w czasie użycia broni palnej w pomieszczeniu zamkniętym, zdecydowany opór jednego z broniących się Niemców oraz uderzający do głów wypity alkohol. Wprawdzie w warunkach wojny nie było to niczym nadzwyczajnym (zwłaszcza w czasie ostrej zimy), że każdy żołnierz, również żołnierz podziemia, otrzymywał przydział tego trunku, ale w tej konkretnej sytuacji alkohol okazał się zgubny dla obydwu stron. W przypadku zmarłego partyzanta nie bez znaczenia pozostawał fakt nieudzielenia mu w warunkach wojennych fachowej pomocy lekarskiej i niezastosowanie się do ścisłych wymagań dietetycznych związanych z tego typu ranami. Pomimo podjętych stosownych działań i próśb lekarz mieszkający w Bochni, R.T. (członek służby sanitarnej AK) odmówił ze względu na swoje bezpieczeństwo udziału w podróży do miejsca przebywania ciężko rannego, a transport chorego dostępnym środkiem lokomocji, jakim wtedy mogły być tylko sanie, nie wchodził w rachubę ze względu na pogarszający się stan zdrowia rannego i trudne warunki atmosferyczne (temperatury w granicach od –25 do –30°C).

Polska Walcząca, za czyn niegodny lekarza, w kilka miesięcy później wykonała na nim wyrok śmierci.

Wśród pozytywnych przykładów ludzi, którzy niejednokrotnie z narażeniem własnego życia dawali wzór właściwych postaw w czasie niemieckiej okupacji, niestety znajdowali się również denuncjatorzy, idący na współpracę z nieprzyjacielem. W imię ratowania własnej głowy, korzyści materialnych lub z powodu zwykłej ludzkiej zawiści, potrafili sprzedać sąsiada za judaszowe srebrniki. Również na terenie Kamyka uwidoczniła się aktywność tego typu, przynosząca ujmę lokalnej społeczności. W wyniku działań takiego zdrajcy, trudno bowiem przypuszczać, aby takiego czynu dokonał ktoś z zewnątrz, za ukrywanie na swojej posesji rodziny żydowskiej męczeńską śmierć poniósł pan Stanisław Kluba. Oprawcy niemieccy przez długi okres znęcali się nad swoją ofiarą, chcąc wymusić przyznanie się i ujawnienie miejsca ukrycia przechowywanych Żydów. W wyniku represji i błagalnych próśb małżonki poszkodowanego, niemogącej patrzeć na cierpienia męża, w chwili największego napięcia psychicznego, nie widząc sensu dalszego oporu, umęczony, będący u granic wytrzymałości Stanisław przyznał się oraz wskazał miejsce ukrycia.

Jak wynika z relacji rodziny będącej na miejscu rozgrywającej się tragedii, siepacze niemieccy byli doskonale zorientowani w całej sytuacji, przed przybyciem na miejsce znali rozkład pomieszczeń gospodarczych, łącznie z kryjówką Żydów. Los skatowanego Stanisława dopełnił się kilka kilometrów od jego miejsca zamieszkania, w Pogwizdowie, kiedy to przywiązany łańcuchami do wozu konnego i zmuszony do intensywnego za nim biegu, zmarł z powodu zadanych mu wcześniej ran i utraty sił.

Niemcy zastrzelili wszystkich obywateli pochodzenia żydowskiego mieszkających przed wojną w Kamyku, zezwalając na ich pochówek na terenie wsi i dokonując jednocześnie całkowitego zniszczenia ich dobytku.

Po zakończeniu wojny pozostała przy życiu dalsza rodzina ekshumowała poległych, przewożąc zwłoki na miejsce wiecznego spoczynku, w bardziej stosownym do tego miejscu. Do dziś przetrwała nazwa miejsca – Plac Żydowski – oraz zachowała się na nim piwnica zburzonego przez Niemców i nigdy nieodbudowanego domu mieszkalnego rodziny żydowskiej.

Wyzwolenie Kamyka spod okupacji hitlerowskiej albo – jak kto woli – rozpoczęcie walki o suwerenność Polski, tym razem z niechcianym przez większość społeczeństwa polskiego i narzuconym na siłę "wschodnim bratem", nastąpiło wraz z hukiem salw wyrzutni rakietowych pocisków artyleryjskich, pod koniec II dekady stycznia 1945 roku.

Bateria tych wyrzutni po zajęciu stanowisk bojowych na łące, przy skrzyżowaniu dróg w Kamyku (dzisiaj osiedle domków jednorodzinnych przy skrzyżowaniu drogi powiatowej nr 964 z drogą gminną – naprzeciw sklepu spożywczego) ostrzeliwała ogniem zaporowym umocnione pozycje niemieckie w Marszowicach, oddalonych o osiem kilometrów od Kamyka. Jak wspominają naoczni świadkowie tamtego wydarzenia, również moja mama, lecące kule ognia, podobne do rozgrzanych do czerwoności dużych wiader, sprawiały niedające się opisać, magiczne wrażenie, które było jeszcze spotęgowane efektami dźwiękowymi. Należy dodać, że 132-milimetrowe pociski artyleryjskie, zwane potocznie przez frontowych żołnierzy "organami Stalina", były montowane na samochodach, co znacznie zwiększało ich mobilność, a przy tym i skuteczność. Ludzie, którzy widzieli krajobraz po tym ostrzale, porównują zastane miejsca do obrazów opisywanych w Apokalipsie św. Jana lub też niedających się opisać ludzkim językiem scen związanych z całkowitą zagładą istnienia rodzaju ludzkiego.

Bezpośrednie walki na terenie gminy Łapanów związane z wyparciem Niemców przebiegały dwutorowo. Pierwsze zwiady czerwonoarmistów wkraczających od strony Bochni przez Sobolów – Kamyk – Kobylec znalazły się na terenie gminy w godzinach wczesnopołudniowych 19.01.1945 roku. Równolegle, jednak prawie z tygodniowym wyprzedzeniem, bo od 13 do 20 stycznia, trwały zaciekłe boje o Ubrzeż, położoną na południe od Kamyka w odległości około czterech kilometrów, a będącą kluczowym punktem oporu Niemców, po utracie którego droga do Łapanowa dla Rosjan stała otworem. W trakcie tych walk obydwie strony używały ciężkiego sprzętu pancernego, artyleryjskiego i lotnictwa. Po rozpoznaniu lotniczym i zlokalizowaniu stanowisk niemieckich dział w sile dwóch baterii na terenie Łapanowa, lotnictwo radzieckie w tym czasie trzy razy bombardowało tę miejscowość. Ostatecznie Niemcy rozpoczęli ewakuację z Łapanowa późnym piątkowym popołudniem 19 stycznia i zakończyli w nocy, cofając się w kierunku Gdowa. W związku z powyższym mroźna sobota 20.01.1945 roku była pierwszym dniem w łapanowskiej gminie bez obecności niemieckich żołnierzy.

Dzień 19.01.1945 roku okazał się być brzemienny w skutkach dla głównej siły polskiego podziemia, czyli AK. Otóż tego dnia w Częstochowie ówczesny dowódca tego ugrupowania, gen. Leopold Okulicki, pseudonim Kobra (syn ziemi bocheńskiej – ur. w Bratucicach k. Bochni), w obliczu zalewania kraju przez Armię Radziecką wydał rozkaz o rozwiązaniu AK i zwolnieniu wszystkich żołnierzy ze złożonej przysięgi, jednocześnie nakazując pozostanie w konspiracji. Głównym założeniem tego posunięcia było usunięcie argumentów do stosowania represji przez NKWD (Narodnyj Komissariat Wnutriennich Dieł – Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR) wobec żołnierzy akowskiego podziemia. Naturalnie gen. Okulicki opierał się na dyrektywach i instrukcji rządu RP na uchodźstwie. Jak pokazała przyszłość, były to naiwne życzenia, z którymi nie zamierzały się liczyć władze radzieckie.

Represje stalinowskie były na porządku dziennym jeszcze długo po zakończeniu wojny. W ich wyniku aresztowano i bezpodstawnie mordowano, zsyłano do obozów, wcielano na siłę do Armii Czerwonej i stosowano prowokacje wobec żołnierzy AK. Smutnym tego dowodem jest los ostatniego komendanta głównego AK, gen. Leopolda Okulickiego, który właśnie w wyniku prowokacji NKWD został ujęty w marcu 1945 roku i bestialsko rozstrzelany w Moskwie 24.12.1946 roku, gdzie odsiadywał wyrok 10 lat więzienia.

Jak wynikało z późniejszych relacji uczestników tamtych wydarzeń, dla większości żołnierzy AK (nie tylko szeregowych) powyższy rozkaz o rozwiązaniu struktur nie był do końca zrozumiały, nawet biorąc pod uwagę odwieczną maksymę: "O rozkazach przełożonych się nie dyskutuje, tylko się je wykonuje". Nade wszystko trwała jeszcze wojna! I choć naczelne władze uznały, że należy podjąć współpracę z czerwonymi na zasadzie współpartnerstwa, ci wcale nie zamierzali tego uczynić. W tych specyficznych warunkach wojny sam rozkaz też rozchodził się z pewnym opóźnieniem, a że był wyjątkowy, wymagał potwierdzeń, gdyż zachodziło prawdopodobieństwo przeinaczeń, innej interpretacji i wreszcie manipulacji właśnie ze strony sowieckich agentów. No i to zwolnienie z przysięgi, która zobowiązywała do "Wierności Ojczyźnie Rzeczypospolitej Polskiej, stania nieugięcie na straży Jej honoru i walki ze wszystkich sił o wyzwolenie Jej z niewoli – aż do ofiary życia".

Wszystko można było powiedzieć o tamtym czasie, ale na pewno spełniał on podstawowe kryteria tej przysięgi: jeszcze była wojna, była niewola i był wróg, a nawet dwóch. A fakty były wręcz okrutne dla każdego, komu przyszło zmierzyć się z tamtą rzeczywistością. Rosjanie w miastach powiatowych ustanawiali coraz to nowe wojskowe komendantury (najbliższa od Kamyka znajdowała się w Bochni). Nasza Milicja Obywatelska, choć ustanowiona do obrony ludności cywilnej, nie miała nic do powiedzenia w relacjach z tymi organami sowieckiej władzy, jak i samymi czerwonoarmistami, którzy uważali, że są jedynymi właścicielami wyzwolonych przez nich ziem, i panoszyli się w terenie.

Teren łapanowskiej gminy nie raz ani dwa doświadczył wyjątkowej gościnności tych wojaków, którzy dokonywali rabunków i zajęcia mienia, bo tak nakazywało im komunistyczne sumienie. Jeden z takich przypadków miał miejsce w Kamyku w czerwcu 1945 roku. Prawdopodobnie w wyniku lekkiej pomyłki i dezorientacji w terenie, nagle jak grom z jasnego nieba na podwórku państwa Wiktorii i Alojzego Kowalczyków (sąsiadów moich dziadków) pojawił się samochód ciężarowy z kilkoma czerwonoarmistami na pokładzie. Gospodarze zdawali sobie sprawę, że z tymi sałdatami nie ma żartów, udzielili gościny zgodnie z zasadą "czym chata bogata". Powiedzenia "Gość w dom, Bóg w dom" nie było sensu cytować, bo i tak goście by tego nie zrozumieli. Po wyjściu na zewnątrz budynku któryś z żołnierzy, używając migowego języka, zwrócił się do Alojzego, że ma pięknie obsypaną owocami czereśnię, zwaną czerwcówką z racji owocowania w czerwcu (w Kamyku nazywaną również trześnią). Pan Alojzy, uśmiechając się, a w skrytości ducha przeklinając całe towarzystwo, stwierdził "proszę bardzo", licząc na to, że każdy zerwie trochę owoców i cała grupa odjedzie. A tu najgorsze dopiero miało nadejść! Goście nie zamierzali zrywać owoców ze stojącego drzewa, lecz po wyjęciu z samochodu stalowej piły z dwoma uchwytami, zamierzali przystąpić do ścięcia czereśni i całkiem możliwe, że również załadowania jej na samochód, aby w trakcie jazdy przystąpić do obierania owoców. Naturalnie gospodarz zaczął protestować, na co zareagował radziecki komandir, przekładając swoją pepeszę (radziecki pistolet maszynowy kalibru 7,62 mm – PPSz wz. 41 Pulemiot Szpagina) z pozycji przez plecy do pozycji strzeleckiej, jednocześnie nakazując podwładnym wyprowadzenie reszty rodziny przed dom. Przed niechybną śmiercią, zapewne z powodu faszystowskich zapatrywań, uratował całą rodzinę zastępca dowódcy, posługujący się (jak się okazało) nieźle językiem polskim, w którym prawdopodobnie odezwały się piastowskie geny. Widząc zapłakaną i piekielnie wystraszoną rodzinę, uprosił swojego wodza, aby ten w zamian za okup w postaci dużej bańki wypełnionej samogonem (w tamtym czasie częsty i niekiedy jedyny środek płatniczy), odstąpił od pierwotnego zamiaru.

Na tym przykładzie widać, jak łatwo Rosjanie ferowali wyroki śmierci w zupełnie błahych sprawach, kładąc na szali życie kilku osób z jednej strony i kilkanaście litrów okowity z drugiej.

Przyszła wolność, ale jej oblicza szybko zweryfikowały początkowo entuzjastyczne reakcje na nią.

Duże zamieszanie w umysłach polskiego społeczeństwa wprowadziła w lipcu 1944 roku publikacja Manifestu PKWN (Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego). Dokument ten od początku do końca sterowany i faktycznie zatwierdzony oraz podpisany w Moskwie przez Józefa Stalina 20.07.1944 roku, był marchewką i kijem jednocześnie. W Polsce (Chełm) został opublikowany dopiero 26 lipca, a nie, jak chce tego komunistyczna historiografia, 22 lipca. Ta odezwa do polskiego narodu wzywała do walki z niemieckim okupantem, ustanawiała KRN (Krajową Radę Narodową) jako legalną władzę, nie uznawała Rządu RP w Londynie, zapowiadała utworzenie MO, ukaranie zbrodniarzy hitlerowskich (jakby tylko oni byli jedynymi zbrodniarzami na terenie tamtej Europy!) i repatriację Polaków przebywających na obczyźnie (sprytne usprawiedliwienie masowych wywózek obywateli polskich z terenów zajętych przez ZSRR!).

Nie można było nie zauważyć obietnic bezpłatnego szkolnictwa i służby zdrowia, pracy dla wszystkich oraz przydziału ziemi dla chłopów. Nie da się zaprzeczyć, nauka w szkołach była wznawiana wkrótce po odejściu Niemców (również w Kamyku siadali w ławkach obok siebie przedstawiciele różnych roczników, aby nadrabiać wojenne zaległości). Od marca 1945 roku przystąpiono do parcelacji (podziału na mniejsze działki) gruntów należących do dworów.

Szybko się okazało, że były to dobre złego początki, które dodatkowo zostały wzmocnione przez utworzenie na konferencji w Moskwie 28.06.1945 roku koalicyjnego Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Ministrem rolnictwa i jednocześnie wicepremierem został Stanisław Mikołajczyk, który po tym wydarzeniu powrócił do Polski. Nie zmieniając swoich politycznych poglądów i chcąc się zdystansować od ruchu ludowego powiązanego z komunistami (Stronnictwo Ludowe), w sierpniu tego roku doprowadził do wznowienia działalności PSL. W rejonie powiatu bocheńskiego zdecydowana większość ludowców opowiedziała się za Mikołajczykiem, a struktury gminne PSL na ziemi łapanowskiej odnotowały żywiołowy rozwój. Blok komunistyczny z PPR (Polską Partią Robotniczą) na czele naturalnie bez żadnego entuzjazmu przyjął te zachodzące procesy i przystąpił do kontrofensywy, opanowując wszelkie organy władzy. Dla Polski demokratycznej w wykonaniu Mikołajczyka w tym teatrze działań nie było miejsca. Legalna opozycja (PSL) w żaden sposób nie chciała legitymizować posunięć komunistów, w związku z czym narażała się na eliminację, z fizyczną włącznie (niewyjaśnione zabójstwa).

Uzależnienie dalszych losów Polski od ZSRR, przejmowanie władzy przez komunistów, a przede wszystkim obecność na stałe w Polsce Armii Czerwonej, stworzyły całkiem nową sytuację, w której trudno było odnaleźć się ludziom walczącym do tej pory o wolną i od nikogo niezależną Polskę. Mimo znikomych środków masowego przekazu, będących do dyspozycji ogółu ludności, do świadomości polskiego społeczeństwa bardzo szybko dotarł niezaprzeczalny fakt, który sprowadzał się do stwierdzenia, że w imię osiągnięcia nadrzędnych celów militarnych przedstawiciele Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii oddali sprawę polską Związkowi Radzieckiemu.

Konferencje pokojowe w Teheranie, Jałcie i Poczdamie tylko potwierdziły i zaakceptowały tę smutną dla większości obywateli Polski rzeczywistość.

Niezgodność w kwestii wizji Polski bardzo szybko zaowocowała konfrontacją między narzuconą oficjalną władzą, reprezentowaną przez komunistów i ugrupowaniami kierującymi się innymi wartościami.

Dążenie do niepodległego bytu państwowego oraz skrajne postawy antykomunistyczne zmusiły dużą grupę byłych żołnierzy podziemnego państwa polskiego do pozostania w ukryciu i prowadzenia dalszej walki.

Po maju 1945 roku Polska Partia Robotnicza, znacznie wzmocniona kadrami polskich komunistów przebywających w czasie wojny w ZSRR, będąca reprezentantem tylko części polskiego społeczeństwa, stała się faktycznie partią rządzącą i dyktującą warunki na krajowej scenie politycznej.

W grudniu 1945 roku odbył się I zjazd PPR, który zatwierdził program działania i ustalił zadania związane z utrwalaniem nowej władzy, czyli budowę demokracji ludowej, będącej niczym innym, jak tylko odmianą rządów totalitarnych w polskim państwie. Administracja państwowa, Rady Narodowe, Milicja Obywatelska, Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego przeszły w ręce członków PPR. Nad Polskę nadciągnął kolejny niemający nic wspólnego z demokracją totalitarny system.

Mając do dyspozycji cały aparat władzy, komuniści wprowadzają na szeroką skalę terror, aby zmusić do posłuszeństwa resztę narodu. Organizując wiece, spotkania i wszelkiego rodzaju agitację, prowadzą na szeroką skalę akcję uświadamiającą i przekonującą do jednego słusznego systemu.

Te i inne posunięcia nowej władzy niejako wymusiły reakcję ludzi podziemia. W przypadku powiatu bocheńskiego i ościennych uaktywniły się dobrze obeznane w terenie oddziały, które sprawiały duży kłopot czerwonym. Należy jasno podkreślić, że była to wojna domowa w pełnym tego słowa znaczeniu, do czego nigdy nie przyznali się posłańcy moskiewskiego szatana. Gmina Łapanów od wczesnej jesieni 1945 roku była terenem, na którym działał oddział NSZ, pod komendą kpt. Jana Dubaniowskiego, pseudonim Salwa, od czerwca tego roku pełniącego obowiązki komendanta bocheńskiego obszaru NSZ. Ten były żołnierz AK, używający wtedy pseudonimu Szarotka, stworzył kilkudziesięcioosobowy oddział, doskonale znający teren i obeznany w sztuce wojny partyzanckiej, zawsze wyprzedzający o jeden krok posunięcia władzy. Atakując konsekwentnie kolejne posterunki MO (na przykład styczeń 1946 – Trzciana, luty – Łapanów – uprowadzono i wkrótce rozstrzelano przypadkowo znajdujących się tam trzech funkcjonariuszy PUBP z Bochni) oraz likwidując przedstawicieli czerwonych (12 lutego w Gdowie, sekretarza POP PPR; 20 lutego w rejonie Buczyny, przedstawiciela PUBP z Bochni), dawał do zrozumienia, że tak łatwo władza nie wprowadzi swoich porządków. Ta ostatnia, mając na uwadze fakt, że należy pozbawić podziemie licznego zaplecza i wsparcia miejscowej ludności, organizowała publiczne wiece propagandowe. W marcu 1946 roku na posiedzeniu Powiatowej Komisji Międzypartyjnej w Bochni ustalono, że należy 31 marca (niedziela) przeprowadzić w Łapanowie uświadamianie informacyjno-propagandowe dla miejscowego społeczeństwa.

Na powracających do Bochni uczestników wiecu, reprezentujących stronnictwa komunistyczne, oraz ochraniających ich funkcjonariuszy MO i UB, czekał w zasadzce, w miejscu zwanym Grabowiec k. Łapanowa (na wysokości wsi Brzezowa i Kobylec), tuż obok drewnianego mostu na Stradomce, oddział "Salwy". Był to swego rodzaju rewanż za podobną zasadzkę, zorganizowaną przez siły bezpieczeństwa kilka dni wcześniej w rejonie Zbydniowa, w której zginął jeden z żołnierzy oddziału "Salwy" – Józef Truty, pseudonim Lis.

W tamtym czasie na terenie pow. bocheńskiego średnio raz na kwartał siły bezpieczeństwa organizowały kolejne akcje wymierzone przeciw partyzantom. Przeważnie żołnierze KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego) ruszali w teren w odpowiedzi na działania podziemia, jednak wykonywali także akcje profilaktycznie, aby zademonstrować swoją siłę. W wyniku takiej zasadzki zorganizowanej w Kamyku (rejon Kopalin), jesienią 1946 roku śmierć poniósł żołnierz "Salwy", Franciszek Michniak. Zupełny przypadek sprawił, że żołnierze podziemia uczestniczyli 31.03.1946 roku w porannym nabożeństwie odprawianym za duszę swojego kolegi (poległego pod Zbydniowem) w kościele parafialnym w Łapanowie. Logika prowadzonej konfrontacji nakazywała wykorzystać nadarzającą się okazję do przeprowadzenia ataku. W wyniku wymiany ognia zginęło ośmiu ludzi z obstawy, w tym komendant powiatowej MO w Bochni, a dziewięciu zostało rannych. W odwecie za poniesione straty od wczesnego ranka 1 kwietnia wsie łapanowskiej gminy zaatakowały pododdziały krakowskiego pułku KBW. W poszukiwaniu żołnierzy "Salwy" przeprowadzano rewizje, w następstwie czego więzienie bocheńskie zapełniło się aresztowanymi mieszkańcami z okolic Łapanowa, niesłusznie oskarżonymi o pomoc w zorganizowaniu zasadzki.

Zemsta została wymierzona w lokalnych działaczy PLS. Naturalnie oddział NSZ rozpłynął się we mgle, a raczej schronił w dobrze znanym sobie terenie, opatrując przy okazji rannych, którzy odnieśli obrażenia w zasadzce. Represje dotknęły ludzi zasłużonych dla Łapanowa i gminy, między innymi śmierć w kazamatach bocheńskiego PUBP (Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego) poniósł Jan Jarotek, pierwszy powojenny wójt gminy Łapanów, zakatowany w okrutny sposób, a po śmierci zakopany obok budynków UB.

Tak oto władza ludowa utrwalała swoje zdobycze socjalizmu na terenie powiatu bocheńskiego.

"Salwa" nie odpuścił i (ograniczę się tylko do samego Łapanowa) już 13 maja tego roku opanował urząd gminy, gdzie zniszczył zdobyte dokumenty, 19 września zajął posterunek MO, konfiskując mundury i broń, a 8 października pozbawił życia trzech milicjantów z tego posterunku, którzy wykazywali się zbytnią nadgorliwością wobec władzy. Już tylko to zestawienie świadczy o tym, że ta błędna karuzela, z której co chwilę odpadali przedstawiciele obydwu zwalczających się stron, nie mogła zakończyć w rozsądny sposób bratobójczej walki.

Wobec wzrastających sił komunistycznych, rozbiciu wielu ugrupowań partyzanckich na terenie całego kraju i dla ochrony własnych żołnierzy od całkowitej zagłady, kpt. Dubaniowski podjął decyzję o ujawnieniu się. 14.03.1947 roku wraz ze swoim sztabem zgłosił się do PUBP w Bochni, jednocześnie podpisując odezwę, w wyniku której ujawniło się prawie 100% jego podwładnych. Sam zamieszkał w Krakowie i tak jak pozostali jego żołnierze liczył na to, że władza dotrzyma danego słowa oraz pozwoli na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Jednak po raz kolejny okazało się, jak daremne były to nadzieje! Ujawnieni partyzanci w zasadzie od pierwszych dni zostali poddawani prześladowaniom, zapełniali areszty i więzienia (na przykład w Wiśniczu k. Bochni). Ale największym dyshonorem było zmuszanie ich do współpracy z UB i wymuszanie denuncjacji ukrywających się ludzi, a nawet tworzenia fikcyjnych ugrupowań niepodległościowych w celu szerzenia dezinformacji, a co za tym idzie fizycznej likwidacji przeciwników nowych porządków w kraju.

Po pięciu miesiącach od ujawnienia, w sierpniu 1947 roku kpt. Dubaniowski opuszcza Kraków i w Kłaju k. Bochni (gm. Wieliczka) organizuje zalążki nowego ugrupowania. Umykając przed tropiącym go UB, podejmuje decyzję o przebazowaniu swojego pododdziału w – jak się mu wydawało – bezpieczniejsze miejsce! Niestety w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności (w tym błędów taktycznych), jego kryjówka (melina) w Rudzie Kameralnej k. Czchowa (gm. Zakliczyn, pow. tarnowski), zostaje namierzona przez funkcjonariuszy PUBP z Brzeska. W nierównym boju 27.09.1947 roku ginie kpt. Jan Dubaniowski "Salwa", a wraz z nim odchodzi do przeszłości jego wizja powojennej Polski. Ci, którym udało się ujść cało z tej potyczki, podejmują przerwane dzieło, ale i oni ostatecznie muszą uznać wyższość komunistów. Aby zachować pozory wolności i demokracji, władze komunistyczne przeprowadzają 30.06.1946 roku referendum ludowe i 19.01.1947 roku wolne wybory do Sejmu Ustawodawczego. Żadne z nich nie było ani wolne, ani demokratyczne! W czasie referendum każdy mieszkaniec Polski miał odpowiedzieć na trzy pytania: Czy jesteś za zniesieniem senatu, utrwaleniem w przyszłości konstytucji ówczesnego ustroju gospodarczego (patrz: nacjonalizacja przemysłu, kolektywizacja rolnictwa, zakładanie spółdzielni produkcyjnych i PGR-ów) uznaniem zachodniej granicy Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej?

Blok komunistyczny (PPR, PPS, SD, i SL) agitował do głosowania 3 × TAK, natomiast PSL Stanisława Mikołajczyka namawiało do głosowania na NIE na pytanie numer 1 i TAK na pytania numer 2 i 3.

Działające konspiracyjnie Wolność i Niepodległość było za NIE na pytania nr 1 i 2 oraz TAK na pytanie 3, natomiast Narodowe Siły Zbrojne postulowały 3 × NIE.

Bardzo szybko jak na owe czasy, bo już 12 lipca tego roku, strona rządowa opublikowała oficjalne wyniki, które – jak podano – przy 85% frekwencji przedstawiały się następująco:

TAK na pytanie nr 1 – 68%,

TAK na pytanie nr 2 – 77%,

TAK na pytanie nr 3 – 91%.

Jak niezbicie dowiodły późniejsze badania historyków, referendum z 30.06.1946 roku zostało przez władze komunistyczne sfałszowane. Rzeczywistość była zupełnie inna i przedstawiała się następująco:

TAK na pytanie nr 1 – 27%,

TAK na pytanie nr 2 – 42%,

TAK na pytanie nr 3 – 67%.

Niestety wybory do Sejmu Ustawodawczego 19.01.1947 roku potwierdziły wielkie zakłamanie, fałsz i pełną kontrolę komunistów nad polską rzeczywistością drugiej połowy lat czterdziestych. Podane wyniki były tylko formalnością; "cud nad urną wyborczą" stał się faktem. W świat poszły wyniki spreparowane na użytek zdrajców Polski, posłusznych mocodawcom ze Wschodu.

Oficjalna propaganda triumfowała, podając, że startujące w wyborach ugrupowania uzyskały następujące rezultaty:

Blok Stronnictw Demokratycznych – 80% głosów,

PSL Stanisława Mikołajczyka – 10% głosów,

PSL Nowe Wyzwolenie – 3,5% głosów,

Pozostałe ugrupowania – 6,5% głosów.

Te dwa ewidentne fałszerstwa umożliwiły komunistom umocnienie swojej władzy w Polsce. A to, że z wolnymi i demokratycznymi wyborami nie miały nic wspólnego, zupełnie nie obchodziło nikogo, mimo tego, że ustalenia konferencji jałtańskiej gwarantowały naszemu krajowi wolne i demokratyczne wybory. W ramach tej wolności i demokracji Milicja Obywatelska wraz ze swoją przybudówką, Ochotniczymi Rezerwami Milicji Obywatelskiej, oraz wojskiem, deprecjonując kandydatów reprezentujących inne wartości niż podawane przez rządzących i nieustannie kontrolując lokale wyborcze, zepchnęła na margines kandydatów spoza układu komunistycznego, umożliwiając doprowadzenie do pełni władzy przedstawicieli ludu pracującego miast i wsi.

Ten sztuczny sukces wyborczy dał komunistom ogromną przewagę nad resztą ugrupowań politycznych. Pokonani w nieuczciwych wyborach, stali się z dnia na dzień wrogami ludu, współpracującymi z zachodnim wywiadem. Bardzo szybko zaczęto rozprawiać się z przeciwnikami politycznymi. Głównym wrogiem narodu stała się Armia Krajowa, nazwana "zaplutym karłem reakcji", której dopisywano cechy faszystowskie, umniejszano zasługi i rolę w walce o wyzwolenie ojczyzny.

Po sztucznie przegranych wyborach parlamentarnych kraj musiał opuścić Stanisław Mikołajczyk. Słusznie obawiając się represji i aresztowania, wybrał schronienie w Stanach Zjednoczonych. Sejm PRL bardzo szybko pozbawił go obywatelstwa naszego kraju. W październiku 1947 roku zawieszono działalność PSL, jednocześnie eliminując przedstawicieli tej partii z samorządów. Do granic możliwości rozbudowano system bezpieczeństwa, organizując siatkę UB na terenie całego kraju. Władza ludowa oprócz MO i ORMO miała do dyspozycji wojsko, które poprzez działania ówczesnego ministra obrony narodowej Konstantego Rokossowskiego, zostało poddane dowództwu radzieckiemu. Upartyjnienie i sowietyzacja polskiej armii, gdzie doradcy radzieccy zajmowali wysokie stanowiska w Wojsku Polskim, stały się faktem!

W grudniu 1948 roku z połączenia PPR i PPS powstaje Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, zmieniony system partyjny daje niczym nieograniczoną władzę komunistom, stalinizacja Polski nabiera rozpędu, pogrążając w otchłani niemocy patriotyczne nastawienia, budząc lęk i bezradność, a także przesuwając na niewiadomy czas marzenia o demokracji, wolności, samostanowieniu oraz decydowaniu o losach własnego kraju.

Większość uczestników ruchu oporu czasu II wojny światowej, związana z AK, chce zacząć nowe życie, ujawniają się, podejmują pracę, jeśli jest to niemożliwe na własnym terenie, ze względu na jawne prześladowania, opuszczają swoje domy, wyjeżdżają przeważnie na Dolny Śląsk, by tam spróbować na nowo przystosować się do panujących uwarunkowań.

Po chwilowej utracie nadziei znajdują się ludzie, którym honor i godność nie pozwalają poddać się tym wynaturzeniom, będąc świadomymi nieuchronnej przegranej, stają jednak po drugiej stronie barykady. Wydane rozkazy wzywają do powrotu wszystkich tych, którzy kiedyś złożyli przysięgę, że ojczyzny w potrzebie nie opuszczą. Już po raz drugi po zakończeniu wojny schodzą do podziemia. Ukryta wcześniej broń i amunicja oraz zachowane mundury zostają wydobyte na światło dzienne, a raczej nocne, bo ta pora jest najbardziej odpowiednia do działań, które będą przypominać panującej władzy o nadal działającym podziemiu.

Również w Kamyku rozpoczyna się swoisty wyścig z czasem: działania przypominające polowanie są na porządku dziennym, nie wiadomo tylko, kto jest zwierzyną, a kto myśliwym? Często dochodzi do zaskakujących nalotów znanych już dobrze pododdziałów KBW z Krakowa i milicji na posesje rodzin podejrzewanych o sprzyjanie podziemiu lub oskarżanych o udział w walce z oficjalną władzą. Brawurowych ucieczek partyzantów w przypadku prób pojmania, czy też udanych odskoków z okrążenia, gdy zaciskający się pierścień wojska wydawał się być nie do przerwania, trudno zliczyć! Jedno jest pewne – w tych wszystkich sytuacjach bardzo cenne było doświadczenie wyniesione z czasów wojny, odwaga, spryt, znajomość terenu i łut partyzanckiego szczęścia. Tak naprawdę nikt przecież nie zlikwidował skrytek, miejsc nadających się do ukrycia, tajnych przejść, ustalonych adresów i lokali konspiracyjnych. Zmienił się tylko przeciwnik, a ten najczęściej był nieobeznany z partyzanckimi metodami prowadzenia walki, brakowało mu doświadczenia i obycia ogniowego. Mimo tych różnic, wraz z przedłużającą się walką, po obydwu stronach zdarzały się niestety straty w ludziach. Dobrze, gdy kończyło się na kontuzjach, urazach będących widocznym znakiem używania w czasie ucieczek i pościgów kolb karabinowych, lub w najgorszym wypadku ranach postrzałowych.

Miałem w swoim życiu okazję znać osobiście jednego z uczestników tamtych wydarzeń, zaklasyfikowanego według komunistów do "zaplutych karłów", kpt. Olgierda K., pseudonim Iskrownik. Doprawdy trudno go było namówić na rozpamiętywanie przeszłości, ale jeśli już przełamywał w sobie niechęć do prześladowców i uruchamiał niewyczerpane pokłady osobistych przeżyć, niemożliwe było tego słuchać bez emocji. Trudno bowiem, aby było inaczej, gdy siedziało się naprzeciw człowieka, który nosił na sobie trwałe ślady konfrontacji z komunistami, a nade wszystko przebywał w celi śmierci, oczekując na wykonanie najwyższej i nieodwracalnej kary.

Jedną z ostatnich rozmów z byłym kapitanem zbrojnego podziemia przeprowadziłem trochę przez przypadek we wrześniu 1980 roku, gdy ten, poproszony przez swoich znajomych, wstawiał się u mnie w bardzo ważnej życiowej, aczkolwiek nieaktualnej już dla mnie sprawie. Byłem wtedy w Kamyku na urlopie, a że nigdy nie unikałem rozmów ze wszystkimi, którzy sobie tego życzyli, tym chętniej prowadziłem towarzyską dyskusję.

Wracając do czasów konfrontacji zbrojnego podziemia z władzą komunistyczną, trzeba zauważyć, że mieszkańcy Kamyka pozostający poza obydwoma nurtami politycznymi, ale mający określone zdanie, narażali się podwójnie. Z jednej strony, w ciągu dnia nieustannie przypominała o sobie oficjalna władza, aresztując i represjonując opornych, z drugiej – gdy zapadała głęboka noc, najczęściej niezapowiadaną wizytę składali ludzie z lasu. Nie zawsze takie wizyty kończyły się pomyślnie dla odwiedzanych mieszkańców, o czym świadczy uprowadzenie z domu i wykonanie wyroku śmierci na mieszkańcu Kamyka panu Leonie Parwie, w drugiej połowie 1945 roku, za słowne chwalenie poczynań komunistycznej władzy.

Za podobne postrzeganie rzeczywistości zbrojne podziemie wydało również wyroki śmierci na: sąsiada mojej rodziny, Władysława Rachwalskiego, i dalszego krewnego – Juliana Jeziorka. Po przypadkowym otrzymaniu informacji o tym fakcie od przedstawiciela Polski Walczącej, opuścili swoje miejsca zamieszkania. Znaleźli schronienie i pracę we Wrocławiu, ale przez dwa lata żyli w ciągłym strachu i niepokoju, ukrywając swoją tożsamość przed otoczeniem. To życie było pełne niespodzianek, zdziwienie budził tylko czasem fakt, że spotkany dzisiaj w karczmie znajomy z sąsiedniej miejscowości, można by rzec nawet serdeczny przyjaciel, był łudząco podobny do jegomościa, który w leśnym przebraniu złożył nieoczekiwaną wizytę minionej nocy, żądając informacji o ruchach UB z pobliskiej Bochni.

Mimo tych wszystkich niespodzianek i niepewności jutra, okoliczna ludność starała się nie utrudniać życia tym, którzy mieli odwagę powiedzieć stanowcze "nie" oraz sprzeciwić się wprowadzonemu na siłę ustrojowi. Zwykle byli to przecież znani im sąsiedzi, czasem bliżsi czy dalsi krewni. Nikt wprawdzie nie mógł przewidzieć, co przyniesie kolejny dzień, tydzień czy rok, ale każdy liczył się z tym, że tu, na tej właśnie ziemi, mimo zmieniających się warunków politycznych, wcześniej czy później przyjdzie im żyć obok siebie przez kolejne lata. To nie tylko lokalny patriotyzm, ale również świadomość strachu, jaki jest obecny w umyśle ciągle uciekającego i ukrywającego się człowieka, stały u podstaw darzenia mimo wszystko sympatią tych walczących ludzi.

Jak trzeba było, sąsiedzi udzielali schronienia, dawali żywność, obserwowali najbliższą okolicę, niekiedy pozorując pilne prace wokół domostw lub na przyległych polach, byli nieocenionym źródłem informacji dla walczących, gdy ci od czasu do czasu zaglądali do swoich rodzinnych domów. W tych obserwacjach najbliższej okolicy brała również udział moja mama, jako dwunastoletnia dziewczynka, na prośbę zainteresowanych, nie zdając sobie do końca sprawy z powagi sytuacji, często pod pozorem dziecinnej zabawy lub wykonywania pomocniczej pracy, śledziła ewentualne ruchy wojsk lub MO, czy też obcych ludzi, występujących w ubraniach cywilnych, bo i tacy byli na usługach komunistów. Teren jej ówczesnych obserwacji, zwłaszcza od strony wschodniej i północnej Kamyka, był wolny od zarośli, drzew i zalesień śródpolnych, całkowicie różniąc się od współczesnego krajobrazu. Teraz po latach mama wspomina tamten czas jako pewien rodzaj nieświadomego, ryzykownego, ale pozytywnego działania. Pomagała, jak mogła tym, którzy o to prosili, byli przecież sąsiadami jej rodziców, spokrewnionymi z jej przyjaciółmi z placów dziecięcych zabaw, a że tamta władza uważała ich za wrogów ludu, tego już nie mogła zmienić. Tym bardziej, że tak naprawdę nawet ludziom dorosłym często trudno było rozstrzygnąć, gdzie jest ta właściwa i sprawiedliwa władza. Na szczęście działalność mojej mamy skończyła się tylko na obserwacjach, nigdy nie musiała przekazywać informacji o zbliżającym się niebezpieczeństwie dla ukrywających się ludzi.

Oczywiście bezpieka miała również swoich informatorów, tym bardziej że ich siatka powiększała się z dnia na dzień. W wyniku takiej właśnie działalności dochodziło do zasadzek organizowanych przez UB na przemieszczających się lub przebywających na stałych kwaterach ludzi podziemia. Znów Polak strzelał do Polaka, przelewała się krew, ginęli ludzie.

Oprócz regularnych podchodów między władzą a podziemiem dochodziło do wydarzeń, które pochłonęły istnienia ludzkie, niejako przypadkowo wplątane w historię, choćby z racji wykonywanego zawodu.

Spośród wielu zdarzeń drugiej połowy lat 40. trzy są najbardziej charakterystyczne dla tamtej epoki. Był to napad na konwój pocztowy przewożący znaczną sumę pieniędzy w Nieznanowicach (gm. Gdów, pow. wielicki), tuż obok drewnianego wtedy mostu na rzece Rabie, który kończy się zagarnięciem mienia przez ludzi podziemia i bezsensowną śmiercią konwojenta próbującego podjąć walkę z góry skazaną na niepowodzenie.

W drugim przypadku uprowadzono dwóch funkcjonariuszy MO po ich interwencji w Sobolowie oraz wykonano na nich wyrok śmierci poprzez rozstrzelanie w lesie na Górze Zamkowej.

W trzecim dokonano zabójstwa w celach rabunkowych trzech mężczyzn, przybyłych na ten teren z zewnątrz w celu prowadzenia nielegalnego handlu mięsem.

To, że każda działalność związana jest z potrzebami finansowymi, również ta niepodległościowa, nie podlega dyskusji. Natomiast formy i sposoby zaspokajania tych potrzeb nie zawsze były zgodne nie tylko z przyjętymi zasadami współżycia, ale również ze zdrowym rozsądkiem. Trudno dziś zrozumieć tamte czasy, pełne złożonych i skomplikowanych sytuacji, nie zawsze dobrych rozwiązań, a także ludzkich dramatów, walki dobrego ze złym i wyborów życiowych, które mimo pozytywnych zamierzeń kończyły się porażką.

W tym dziejowym rozgardiaszu, słusznych i niesłusznych decyzjach, podejmowanych przez obydwie strony nabrzmiewającego konfliktu, nie zabrakło również pełnych napięcia wydarzeń dokonujących się na terenie Kamyka. To tu w okresie dwudziestolecia międzywojennego przyszło na świat trzech braci K. Cała złożoność lat 40. minionego wieku bardzo szybko naznaczyła ich młode życie. Dwóch z nich, idąc za przykładem seniora rodu (wśród niektórych obywateli miejscowości krążyła wieść, że zostali po trosze zmuszeni do podjęcia takich kroków, gdyż w przeciwnym wypadku umieszczono by ich na listach deportacyjnych na roboty do Niemiec), wraz z podobnie myślącymi mieszkańcami miejscowości, mimo różnic wynikających z politycznych zapatrywań, w połowie 1942 roku podjęło walkę z hitlerowskim okupantem w drużynach dywersji sabotażowo-bojowej.

Później ich życiowe drogi wiążą się z regularnym oddziałem do zadań bojowych (od marca 1944 roku oddział partyzancki "Chrobry I" pod dowództwem Józefa Lessera, pseudonim Jastrzębski). Po maju 1945 roku byli zdecydowani na rozpoczęcie normalnego życia. W wyniku nienormalnej sytuacji w państwie, po pewnym czasie spędzonym z dala od rodzinnego domu (Wrocław–Świdnica) przeszli do podziemia, aby tam przeciwstawiać się porządkom zaprowadzonym przez nową, niemającą nic wspólnego z demokracją, komunistyczną władzę. Zostali członkami oddziału "Groźny" Narodowej Organizacji Wojskowej pod dowództwem Gustawa Rachwalskiego, pseudonim Pogrom. Po zmianach organizacyjnych kontynuowali swoją działalność w grupie partyzanckiej noszącej nazwę "Iskra".

Władza rosła w siłę, systematycznie zatrzymując kolejnych ludzi podziemia, jeśli nie bezpośrednio w walce czy zasadzce lub w wyniku zdrady złamanego w czasie przesłuchań żołnierza podziemia, to za pomocą sprytnych metod operacyjnych, udoskonalanych przez okres swoistych szachów, rozgrywanych przez obie strony.

W taki właśnie sposób wpadli bracia K. na przełomie lat 1950/1951. Gdy zorientowali się, że grunt pali im się pod nogami, otrzymali rozkaz opuszczenia terenu działań (prowokacyjne działanie bezpieki) i udania się na bliżej nieokreślony czas w bezpieczne miejsce, co oznaczało w praktyce ziemie zachodnie, z późniejszą możliwością przerzutu do Berlina Zachodniego.

Niezwłocznie, po skrytym pożegnaniu się z najbliższą rodziną, udali się koleją w kierunku Wrocławia. Nie przewidzieli tylko jednego: że dosłownie każdy ich krok jest śledzony przez doskonale zamaskowanych agentów UB. Na stacji Katowice do ich przedziału wsiadło dwóch nierzucających się nikomu w oczy pracowników kolei. Po jakimś czasie bracia K., niepodejmujący dyskusji, zostali poczęstowani przez jednego z nich papierosami. Jak łatwo się domyślić, w międzyczasie wagon z obydwu stron został obstawiony agentami UB w cywilnych ubraniach. Bardzo szybko bracia zapadli w głęboki sen, obudzili się skuci kajdankami, a pociąg właśnie zatrzymał się na stacji Opole.

Wyprowadzeni w asyście licznych pracowników bezpieki, doświadczonych wcześniejszymi brawurowymi ucieczkami braci z największych tarapatów, trafiają do najbliższego UBP, potem do różnych więzień, by w końcu stanąć przed sądem. Rozpracowania i wprowadzenia w zasadzkę braci K. oraz członków ich oddziału dokonał człowiek o tajemniczej, a także mrocznej powojennej przeszłości, niejaki Marian Józef Strużyński, agent UB (były żołnierz AK), używający pseudonimu organizacyjnego kapitan Zbigniew. We wcześniejszych kontaktach z grupą przedstawiał się jako oficer pionu dywersji komendy okręgu, jak się później okazało, fikcyjnej organizacji niepodległościowej. Trudno dziś zrozumieć motywy, którymi kierowali się członkowie podziemia (Strużyński miał na sumieniu wiele istnień ludzkich, w tym Józefa Mikę, pseudonim Leszek i Franciszka Mroza, pseudonim Bóbr, przedstawicieli oddziału "Wiarusy"), idąc na współpracę z tym człowiekiem, nie dokonując wcześniejszego rozpoznania. Tej samej magii jego perswazji ulegli (prawdopodobnie w każdym przypadku potrzeba szukania dróg ratunku decydowała o tym, że dawano wciągać się w misternie zakładane zasadzki) przedstawiciele zbrojnego podziemia z Kamyka.

Najstarszy, Norbert, pseudonim Twardy, w 1951 roku za szeroko pojętą działalność antypaństwową – w rozumieniu tamtego prawa (w tym zarzut zmiany przemocą ustroju PRL, rozbrojenie Komendy Wojennej Armii Czerwonej oraz zlikwidowanie żołnierza tej armii) otrzymuje od ówczesnej, nielubianej przez niego władzy, największy wyrok: karę śmierci. Mimo próśb i apelacji wnoszonych przez zrozpaczoną rodzinę, prezydent Bierut nie korzysta z przysługującego mu prawa łaski. Wyrok zostaje wykonany w trzeciej dekadzie grudnia 1951 roku w krakowskim więzieniu Montelupich (nazwa pochodzi od nazwiska żyjących w XVI wieku właścicieli budynku, włoskiej rodziny kupiecko-bankierskiej: Montelupich). Wraz z Norbertem w tym samym czasie został jeszcze stracony jeden członek ścisłego kierownictwa ich oddziału o pseudonimie Węglarski.

Młodszy brat, Olgierd, pseudonim Iskrownik, oskarżany o te same przestępstwa, orzeczoną karę śmierci w wyniku wnoszonych rewizji wyroku i apelacji ma zmienioną na 15 i 10 lat więzienia.

Występujące po sobie burze dziejowe w historii naszego państwa, w tym wydarzenia czerwca 1956 roku i przywrócenie do władzy w październiku Władysława Gomułki, doprowadziły do zmiany polityki w stosunku do opozycji, w tym również wrogów ludu ze zbrojnego podziemia.

Warunkowe zwolnienie z odbycia reszty kary umożliwiło Olgierdowi powrót do normalnego życia, jeśli takowe było w ogóle możliwe. Zerwanie z przeszłością nie było takie proste, gdyż sama władza nie pozwalała na swobodne decydowanie o sobie i nieustannie przypominała o swoim istnieniu. Niespodziewanych kontroli w rodzinnym domu oraz wymuszonych osobistych wizyt na posterunku milicji w Łapanowie trudno zliczyć. Gdy wreszcie udaje mu się podjąć pracę zawodową w charakterze instruktora, pomimo wysokich kwalifikacji i dobrych wyników w pracy z młodzieżą, jest nieustannie kontrolowany, obserwowany i zmuszany do udowadniania swojej przydatności. Wilczy bilet człowieka, który kiedyś odważył się powiedzieć stanowcze "nie" panującej władzy, jeszcze długo znajduje się w jego aktach personalnych. O przywrócenie odebranych praw obywatelskich toczy kolejną, upokarzającą batalię!

Konstytucja PRL wzorowana na konstytucji sowieckiej, dawała duże możliwości ograniczania i łamania praw, z czego skwapliwie korzystali rządzący. Często w życiowych problemach z pomocą przychodzili zwykli ludzie. Gdy Olgierd K. był pozbawiony możliwości zarejestrowania na siebie motocykla junaka M10 (wersja z wózkiem bocznym typu WB1, montowanym po prawej stronie motocykla), czynności te wykonało kółko rolnicze w Kamyku. W prosty sposób ten czterosuwowy motocykl o pojemności 350 cm3, polskiej powojennej myśli technicznej (bezpośrednim producentem od 1957 roku była Szczecińska Fabryka Motocykli SFM), aby zaistnieć w Kamyku, omijał skomplikowane i nieżyciowe prawo.

Tymczasem agent będący na usługach wszelkich organów bezpieczeństwa naszego państwa, Marian Józef Strużyński, prowadzi dostatnie życie. Natura niespokojnego ducha prowadzi go – tak jak bezpośrednio po wojnie – do konfliktów z prawem. Jednak odpowiedni towarzysze nie pozwalają na to, aby stała mu się jakakolwiek krzywda. Po odkryciu w sobie talentu pisarskiego przyjmuje kolejny pseudonim, tym razem do celów literackich: Marian Reniak. Używając języka propagandy komunistycznej (która zadbała również o odpowiednią promocję jego książek), na podstawie swojej działalności opisuje niezwykle udane z punktu widzenia bezpieki rozprawy z wrogami władzy ludowej. Ile było w tym prawdy, a ile fikcji? Na pewno z perspektywy czasu można powiedzieć, że udało mu się przedstawić stronę przeciwną w czarnych barwach, a o to przecież jego mocodawcom chodziło!

Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałem kolejny odcinek "Człowieka Stamtąd", zamieszczony w styczniowym numerze "Gazety Rolnika Polskiego" z roku 1972. Tamta objawiona prawda od kilkunastu już lat nie wytrzymuje konfrontacji z ujawnionymi faktami, stawiając autora w niekorzystnym świetle (zdradził swoich byłych kolegów z Armii Krajowej). Zdecydowanej większości z nich nie było dane doczekać rehabilitacji, którą ogłoszono 13.05.1996 roku w wolnej i demokratycznej Polsce.

Natomiast najmłodszy z braci K. – Waldemar – po ukończeniu seminarium duchownego w Tarnowie zostaje katolickim księdzem, służąc przez długie lata Bogu i ludziom. Obecnie już cała trójka zakończyła ziemską wędrówkę, przechodząc do innego ze światów.

Nie chcę w tym miejscu występować w roli adwokata ani prokuratora, nie bronię, nie krytykuję, ani nie osądzam czynów dwóch pierwszych braci (13.05.1996 roku nastąpiła ich rehabilitacja wraz z innymi osobami represjonowanymi w PRL z powodów politycznych), skazanych przez historię na życie w nienormalnych czasach. Tylko nasz stwórca oceni sprawiedliwie postępowanie nas wszystkich. Chcę tylko ukazać jeden z przykładów i paradoksów dziejowych, jakie nie ominęły również mojej małej ojczyzny, między innymi w okresie wprowadzania w Polsce systemu zwanego socjalistycznym. Przedstawiciele tego właśnie systemu, aby wykazać jedyną słuszność i nieomylność wybranej przez komunistów drogi, notorycznie zmieniali fakty historyczne.

W palecie swoich działań władze państwowe szykanują Kościół i kler, nie cofając się przed umieszczaniem agentów w seminariach duchownych. Aby ograniczyć święcenia kapłańskie, likwidują seminaria, ograniczają budowanie obiektów sakralnych, konfiskują dobra kościelne, odbierają Kościołowi szpitale, zakłady opiekuńcze i przytułki.

Zerwanie konkordatu z Watykanem było tylko pochodną tych wszystkich represji i działań skierowanych przeciwko polskiemu Kościołowi katolickiemu.

Kiedy w 1950 roku doszło do porozumienia między panującą władzą a przedstawicielami Kościoła, w wyniku którego władza odstąpiła od jawnej wojny, a Kościół uznał władzę państwową, wydawało się, że nastąpi długofalowa normalizacja wzajemnych stosunków.

Niestety kolejne lata nadal były naznaczone wzajemną nieufnością, ale większość naszego społeczeństwa stanęła zdecydowanie za Kościołem, i to pozwoliło Polsce przetrwać najgorsze doświadczenia, szykany oraz wynaturzenia władzy.

Należy tutaj dodać, że Kamyk w drugiej połowie XX wieku oddał na służbę Bogu i wszystkim potrzebującym duchowej opieki czterech księży katolickich i jedną siostrę zakonną, z czego trzech księży podjęło się tej trudnej posługi w czasach uznawanych za nieludzkie i totalitarne.

Ja natomiast mam zaszczyt być starszym kolegą ze szkolnej ławy koleżanki Grażyny, która pod koniec lat 70. założyła habit siostry zakonnej, by powierzyć swe losy Bogu. Oprócz szkoły prowadziliśmy często wspólne rozmowy przy okazji wykonywania różnych obowiązków, które były niejako częścią składową życia wiejskiego dziecka.

Mam nadzieję, że nie obrazi się, jak przypomnę również nasze wspólne wypasanie krów. Tak się składało, że użytki zielone naszych rodzin sąsiadowały ze sobą przez miedzę.

Pochodzenie z Kamyka pięciu osób duchownych, ze względu na powierzchnię tej miejscowości, uwarunkowania polityczne i liczbę zamieszkującej w niej wówczas ludności, stanowi przypuszczalnie jeden z bardziej wyśrubowanych rekordów w przeliczeniu na stu mieszkańców.

Jak wykazały dalsze losy krajów demokracji ludowej, w tym przede wszystkim naszego, uzależnionych politycznie i gospodarczo od ZSRR, podjęta zaraz po II wojnie światowej walka Polaków, mimo wszystkich minusów i plusów miała swój sens. Następujące po sobie dekady lat 50., 60., 70. i 80. niosły ze sobą kolejne zrywy niepodległościowe, aż do rozpadu systemu komunistycznego w Europie Wschodniej i Środkowej. Bardzo szybko okazało się, że obiecywany przez komunistów raj na ziemi jest wielkim oszustwem. Jako pierwsza wśród krajów będących pod kuratelą ZSRR poważny kryzys i wstrząs polityczny w 1953 roku przeżyła Niemiecka Republika Demokratyczna, a więc zaledwie w cztery lata po swoim powstaniu, kiedy to Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec bez wyborów i pozwolenia swojego narodu utworzyła 7.10.1949 roku drugie państwo niemieckie.

Wystąpienia robotnicze miały różnorakie podłoże, ale główne żądania koncentrowały się wokół polityki, ekonomii i spraw socjalnych. Decyzje władz NRD zalecały zaostrzyć walkę klasową, zwalczać Kościół, przeprowadzać kolektywizację rolnictwa i rozwijać przemysł ciężki. Kryzys pogłębiał się również poprzez bardzo duże nakłady na zbrojenia, co było wykonywane z polecenia okupacyjnych władz radzieckich.

Obywatele NRD szybko pojęli, że ratunek można znaleźć w ucieczce do Berlina Zachodniego, a później do Niemieckiej Republiki Federalnej. Według oficjalnych obliczeń w pierwszej połowie 1953 roku z takiego rozwiązania skorzystało 250 tysięcy osób.

Można było również podjąć nierówną walkę. 16.06.1953 roku wybuchło powstanie narodowe, które swym zasięgiem objęło 373 miejscowości. Oprócz żądań związanych z ustąpieniem i usunięciem premiera oraz rządu, uwolnieniem więźniów politycznych, obywatele NRD mieli nadzieję na połączenie Niemiec. Niestety dowództwo radzieckich wojsk okupacyjnych już w następnym dniu wprowadziło stan wyjątkowy w Berlinie Wschodnim i na prawie całym obszarze NRD. Reszty dopełniły czołgi i wozy opancerzone z czerwonymi gwiazdami na pancerzach. W wyniku walk zginęło 24 obywateli NRD. Kolejnych 18 powstańców, skazanych przez radzieckie sądy wojskowe, rozstrzelano. Aresztowano około 1600 osób, które skazano na kary pozbawienia wolności. W Magdeburgu na karę śmierci skazano mieszkańca tego miasta, który w czasie powstania zastrzelił strażnika więziennego. Przy władzy pozostała SPJN, biorąc srogi rewanż na prowokatorach i prowodyrach czerwcowych wydarzeń.

Dokładnie trzy lata później 28.06.1956 roku dochodzi w PRL do pierwszego oficjalnego strajku generalnego i demonstracji ulicznych w Poznaniu, krwawo stłumionych przez MO i wojsko. Strajk wybuchł we wczesnych godzinach porannych w Zakładach Przemysłu Metalowego H. Cegielski, które w latach 1949–1956 nosiły nazwę "umiłowanego" przez naród polski Józefa Stalina, i był skierowany bezpośrednio przeciw totalitarnej władzy.

Choć był to już okres po śmierci Stalina (5.03.1953 roku), władze wprowadziły namiastkę demokratyzacji, zwaną przezwyciężaniem błędów i wypaczeń, a nowy przywódca ZSRR Nikita Chruszczow na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego wygłosił 14.02.1956 roku tajny referat potępiający kult jednostki, to jednak warunki życia robotników nadal nie ulegały poprawie, a wręcz się pogarszały. System zarządzania polską gospodarką był przestarzały, biurokracja sięgała zenitu, związki zawodowe mające chronić robotników zostały podporządkowane partii, a wskutek załamania się zapowiedzi poprawy warunków bytowych ludzi pracy władza polityczna traciła zaufanie społeczne.

Gdy prowadzone negocjacje w sprawie poprawy warunków pracy i płacy nie przyniosły żadnych rezultatów, a władza państwowa wycofała się z wcześniejszych uzgodnień zawartych w Warszawie, między delegacją reprezentującą robotników Poznania a Ministerstwem Przemysłu Maszynowego od wczesnych godzin porannych, 28.06.1956 roku doszło do wystąpień robotniczych.

Robotnicza demonstracja przekształciła się bardzo szybko w manifestację społeczeństwa Poznania. Oblicza się, że około 100 tysięcy osób wzięło udział w zgromadzeniu przed Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Poznaniu. Manifestanci domagali się, aby władze cofnęły narzucone i wyśrubowane normy pracy, obniżyły ceny i podwyższyły płace. Był to pokojowy okres manifestacji, kontrolowany przez robotników.

Władze Poznania, na czele z pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR i kierownikiem wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, chciały od godz. 9.00 wyprowadzić na ulicę miasta czołgi z poznańskiej szkoły pancernej, lecz do tego nie doszło.

Jednak Biuro Polityczne Komitetu Centralnego PZPR decyzję o użyciu oddziałów WP podjęło w czasie nadzwyczajnych obrad. Po godzinie 10.00 na wiadomość o aresztowaniu delegacji robotniczej, która przebywała od 26 czerwca na rozmowach w Warszawie, znacznie wzrosło napięcie wśród demonstrantów. Kilka tysięcy uczestników udało się pod więzienie, gdzie uwolniono aresztowanych oraz zniszczono akta więzienne.

Inna grupa opanowała gmachy prokuratury i sądu, zniszczono tam akta i zdemolowano sprzęt oraz dokonano zaboru broni palnej. Demonstranci ruszyli pod budynek Wojewódzkiego Urzędu BP, gdzie zostali przywitani strzałami z broni maszynowej.

Po południu władze skierowały do miasta regularne jednostki wojskowe, łącznie 10 300 żołnierzy, około 400 czołgów i ponad 30 transporterów opancerzonych, pod dowództwem wywodzącego się z Armii Czerwonej gen. Stanisława Popławskiego.

Cała ta militarna armada prowadziła walki uliczne z grupami cywilów uzbrojonych w 188 egzemplarzy broni palnej, w tym jeden ręczny karabin maszynowy oraz butelki z benzyną.

Powstańcy w trakcie walk zdobyli dwa czołgi, z których następnie ostrzelali gmachy znienawidzonego UB.

Komunistyczne władze wydały rozkaz uzbrojenia w bomby lotnicze, samoloty V Dywizji Lotnictwa Myśliwskiego, aby w ostateczności dokonać bezprecedensowego zbombardowania i masakry niespokojnego miasta. W późnych godzinach popołudniowych powstańcom udało się zdobyć obóz w Mrowinie k. Poznania oraz wyzwolić przetrzymywanych tam jeńców i polskich więźniów politycznych. Był to obóz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRR, zwanego NKWD, co było kolejnym już powodem do wątpliwej chwały niezatapialnych wtedy władz PRL. Niejako przy okazji wykorzystywało go UB, tym razem rodem z PRL. Obóz istniał tam od 1945 roku, a wypadki poznańskie przyczyniły się do jego likwidacji.

Wymiana ognia między powstańcami a władzą trwała na terenie miasta do 30.06.1956 roku. Walki i pacyfikacja zbuntowanego miasta pochłonęły od 57 do 70 istnień ludzkich, a około 600 osób odniosło obrażenia. Aresztowania i represje dotknęły 250 osób. W czasie śledztwa, połączonego z biciem i maltretowaniem podejrzanych, władza starała się udowodnić i wprowadzić do obiegu tezę, że sprawcami tych wydarzeń byli prowokatorzy z opozycyjnych nielegalnych organizacji oraz obca agentura. Było to kolejne kłamstwo i kompletna niedorzeczność jedynie słusznej władzy.

W jednym władza miała rację! Tak, mimo dobrobytu i świetlanej przyszłości w Polsce cały czas istniała opozycja.

Na czele komisji badającej przyczyny, przebieg i charakter wydarzeń w Poznaniu stanął ówczesny członek Biura Politycznego KC PZPR, towarzysz Edward Gierek. Jak pokazały późniejsze wydarzenia lat 70., niczego go te doświadczenia nie nauczyły.

Wydarzenia poznańskie, mimo całkowitego izolowania miasta od reszty kraju przez władze komunistyczne, odbiły się głośnym echem w Polsce i na świecie. Spowodowały przyspieszenie procesu lekkiej demokratyzacji życia w kraju nad Wisłą, miały wpływ na przewrót październikowy, który w odróżnieniu od Węgier miał bezkrwawy charakter.

Zmiany polityki wewnętrznej w PRL w drugiej połowie 1956 roku zwane "odwilżą październikową", połączone ze zmianą na czele władzy i częściową liberalizacją systemu politycznego, były następstwem kilku ważnych wydarzeń w kraju i u wschodniego sąsiada, tak nielubianego przez większość społeczeństwa. Przyczyniły się do tego różne wydarzenia, w tym: śmierć Stalina w marcu 1953 roku, a także wygłoszenie tajnego referatu potępiającego kult jednostki przez Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR w lutym 1956 roku; tajemnicza i nigdy niewyjaśniona nagła śmierć Bolesława Bieruta w Moskwie w marcu 1956 roku, który jako I sekretarz KC PZPR odpowiadał za zbrodnie stalinowskie w Polsce; ponadto wydarzenia poznańskie w czerwcu 1956 roku, doprowadziły do rozłamu w rządzącej w Polsce partii PZPR w październiku 1956 roku.

Do władzy w Polsce doszła nowa "stara" ekipa pod przywództwem Władysława Gomułki.

W czasie odbywających się od 19.10.1956 roku obrad VIII Plenum KC PZPR doszło do przywrócenia do władzy Gomułki i wybrania go na stanowisko I sekretarza KC PZPR. Należy dodać, że KC działał jak zwykle pod czujnym okiem sprawdzonych w boju towarzyszy radzieckich, którzy z okazji tego wydarzenia nie omieszkali przysłać do naszego kraju delegacji z Chruszczowem na czele. W razie bardzo niekorzystnego dla strony radzieckiej przebiegu obrad istniała realna groźba udzielenia bratniej pomocy w postaci zbrojnej interwencji Armii Czerwonej, stacjonującej od dawna w Polsce. Jej oddziały pod pretekstem ćwiczeń znacznie przybliżyły się do Warszawy. Część Wojska Polskiego podległa Komitetowi ds. Bezpieczeństwa Publicznego przygotowała się do oporu, natomiast Armia będąca pod dowództwem ministra obrony narodowej Konstantego Rokossowskiego miała zakaz podejmowania jakichkolwiek ruchów, które miałyby na celu stawianie przeszkód interweniującym oddziałom radzieckim.

Społeczeństwo Warszawy, jak i całego kraju, miało nadzieję na reformy, zwłaszcza że Gomułka w czasie wiecu na Placu Defilad 24.10.1956 roku potępił zdecydowanie stalinizm i potwierdził wprowadzenie w przyszłości reform mających na celu demokratyzację ustroju.

Jak się wszystkim wydawało, przed Polską stawała szansa zmniejszenia rygoru i wymogów systemu, zwiększenia wolności obyczajowej oraz ograniczenia terroru ze strony władz. Odwilż gomułkowska, wprawdzie nie na długo, ale jednak, doprowadziła do istotnych zmian, które kazały ludziom z optymizmem patrzeć w przyszłość. Po trzech latach obowiązywania narzuconej przez polskich komunistów, sługusów Moskwy, nazwy "Stalinogród" powróciła do swojej pierwotnej formy nazwa "Katowice". Zwolniono z więzienia bezprawnie przetrzymywanego prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego, oraz odnowiono umowę państwo–Kościół. Doszło do ukarania największych zbrodniarzy ówczesnego PRL-u, podopiecznych Moskwy, urzędników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Zniesiono zakaz posiadania przez obywateli złota i walorów. Ogłoszono oficjalne zaprzestanie zagłuszania audycji radiowych radiostacji zachodnich nadających w języku polskim, co nie było do końca prawdą. Mieszkańcy wsi poczuli się właścicielami swoich gospodarstw, gdyż wycofano się z planów całkowitej kolektywizacji rolnictwa. Zrehabilitowano około 1500 więźniów politycznych, a także uwolniono około 35 tysięcy niesłusznie więzionych osób. Do kraju wróciło około 29 tysięcy Polaków przebywających w ZSRR, a do ZSRR wyjechał znienawidzony marszałek Rokossowski oraz wielu innych podobnych mu oficerów radzieckich, służących do tej pory w siłach zbrojnych PRL. W związku z powyższym dokonano licznych zmian kadrowych w LWP.

Przyszłość pokazała, że Władysław Gomułka i nowe kierownictwo PZPR nie miało zamiaru realizować słusznych postulatów społeczeństwa, a złożone obietnice z października 1956 roku były tylko posunięciem wymuszonym przez skomplikowaną sytuację wewnętrzną kraju.

Polskie czerwcowe doświadczenia oraz październikowe dojście do władzy Gomułki, wbrew woli Moskwy i bez zbrojnej sowieckiej interwencji w naszym kraju, obudziły nadzieje patriotów węgierskich na podobne zmiany w ich kraju.

Węgierska Republika Ludowa była tak samo zależna od Moskwy, jak i inne kraje demokracji ludowej. Postępująca zapaść ekonomiczna, bardzo niska stopa życiowa, brak wolności obywatelskich, demokracji parlamentarnej i narodowej niepodległości, stały u podstaw wybuchu 23.10.1956 roku powstania węgierskiego. Sygnał do walki dali studenci politechniki w Budapeszcie, którzy uzyskali oficjalną zgodę władz na manifestację. Do nich masowo dołączyło społeczeństwo węgierskie w liczbie około 300 tysięcy osób.

Powstańcy uzyskali poparcie armii węgierskiej, które wyrażało się między innymi w dostarczeniu powstańcom broni i amunicji.

Uzbrojeni ludzie opanowują budynki węgierskiego radia. W następnym dniu powstanie rozszerza się na inne miasta i miejscowości, niemniej jednak głównym ośrodkiem walki pozostaje stolica Węgier.

Tymczasem do Budapesztu wkracza sześć tysięcy bardzo dobrze uzbrojonych żołnierzy radzieckich, wspieranych przez 200 czołgów. Następują zmiany na najwyższych szczeblach węgierskiej władzy, I sekretarzem węgierskiej partii zostaje Janos Kadar. Na polecenie rządu armia węgierska wstrzymuje działania przeciw powstańcom.

Po pięciu dniach od rozpoczęcia walk, na prośbę rządu węgierskiego akcję militarną zawiesza Armia Radziecka, wycofując swoje oddziały na odległość 20 km od Budapesztu. Mimo tego Sowieci, nie bacząc na podjęte rozmowy, w charakterystyczny dla siebie sposób przygotowują atak zbrojny na Węgry. Gdy 1.11.1956 roku Węgry ogłaszają wystąpienie ze struktur Układu Warszawskiego oraz decydują się na neutralność, biuro polityczne KPZR podejmuje decyzję o interwencji zbrojnej. Od 4 listopada, tym razem 58 tysięcy żołnierzy radzieckich przystępuje do pacyfikacji Węgier. Zacięte walki trwają do 10 listopada, a sporadyczne potyczki do końca 1956 roku.

Powstańcy pozbawieni centralnego dowodzenia, gorzej uzbrojeni i skazani na pożarcie przez brunatnego niedźwiedzia, ponieśli klęskę. W wyniku walk po stronie węgierskiej zginęło 2500 osób, ponad 20 tysięcy aresztowano lub internowano, a 200 tysięcy uciekło z kraju do Austrii i Jugosławii, a później do innych krajów Europy i innych kontynentów, wybierając wolność poza strefą wpływów komunistycznego tyrana.

Rosjanie oficjalnie przyznają się do 740 utraconych żołnierzy oraz 1540 rannych.

Dużo złego dla sprawy węgierskiej uczyniła postawa oficerów amerykańskich, którzy bezpośrednio przed powstaniem, jak i w czasie jego trwania, za pomocą sekcji węgierskiej Radia Wolna Europa obiecywali narodowi węgierskiemu militarną pomoc Zachodu, zachęcając do zbrojnego wystąpienia, a później do kontynuowania walki. Obietnice składane walczącym nie miały realnego potwierdzenia i nigdy nie zostały dotrzymane, a wręcz władze USA wykorzystały sprawę Węgier do realizacji swoich celów, między innymi skłócenia ZSRR z Jugosławią i Chinami. Znów czołgi i wozy opancerzone z czerwonymi gwiazdami na pancerzach rozjechały marzenia ludzi potrafiących myśleć inaczej.

Wydarzenia węgierskie spotkały się z bardzo dużym poparciem społeczeństwa polskiego, które po inwazji radzieckiej ruszyło na masową skalę z pomocą humanitarną. Poprzez transport lotniczy, drogowy i kolejowy dostarczono z Polski na Węgry tony medykamentów, materiałów pierwszej pomocy i duże ilości krwi, oddanej honorowo tylko na ten cel.

Na uwagę zasługuje niezaprzeczalny fakt, że pomoc społeczna z Polski, pochodząca od ludzi popierających słuszną walkę Węgrów, była znacznie większa niż pomoc udzielona przez rząd USA, który będąc motorem napędowym działań narodu węgierskiego, na pewnym etapie jego walki powinien się poczuwać do współodpowiedzialności i likwidacji powstałych szkód. Podjęta w 1956 roku próba zdobycia wolności, wyrwania się spod jarzma sowieckiego i stanowienia samym o sobie przez naród węgierski nie powiodła się, ale nie poszła też zupełnie na marne.

Po długich 33 latach blok państw socjalistycznych przestał istnieć, a Polska i Węgry wybiły się na niepodległość, również dzięki walce podjętej na małych odcinkach, takich jak ziemia łapanowska, i w dużych powstaniach, takich jak to węgierskie.

Pierwsze krople drążące skałę po 1945 roku przeszły w mżawkę w 1956 roku, nasilający się deszcz w latach 1968, 1970, 1976 i 1981, by w 1989 roku zamienić się w wielką ulewę, która zmiotła po drodze cały nieudolny system komunistyczny, jego tyranię, wszechwiedzę i uszczęśliwianie na siłę swoim pozornym dobrobytem nieakceptujących tego ludzi.