Przedsłowie
Moja ostatnia książka, za pośrednictwem której "chcę się podzielić z podobnymi do mnie stworzeniami naszego
wspólnego ojca prawie wszystkimi ukrytymi do tej pory i nieoczekiwanie poznanymi przeze mnie tajemnicami wewnętrznego świata
człowieka...".
Gurdżijew napisał te słowa 6 listopada 1934 roku i od razu zabrał się do
pracy. Przez kilka następnych miesięcy całkowicie poświęcił się
przygotowywaniu materiału do niniejszej książki.
Potem nagle, 2 kwietnia 1935, bezpowrotnie przestał pisać.
Nieuchronnie pojawia się pytanie: dlaczego właśnie w tym punkcie
porzucił to przedsięwzięcie i już nigdy do niego nie powrócił?
Dlaczego nie dokończył trzeciego cyklu swoich pism i - jak można
przypuszczać - zrezygnował z opublikowania go?
Nie da się odpowiedzieć na te pytania, jeśli samemu nie uczestniczyło
się w intensywnej pracy, którą Gurdżijew prowadził z grupą wychowanków
przez ostatnie piętnaście lat swego życia, codziennie tworząc dla nich
niezbędne warunki do bezpośredniego i praktycznego poznawania jego idei.
Zresztą na ostatniej stronie Opowieści Belzebuba dla wnuka dał jasno
do zrozumienia, że Trzeci cykl będzie przeznaczony wyłącznie dla osób
wybranych - zdolnych pojąć "autentyczne obiektywne prawdy", które
postanowił naświetlić w tej książce.
Gurdżijew zwraca się do człowieka epoki współczesnej, to znaczy do
kogoś, kto nie umie już rozpoznać prawdy objawianej mu w różnych
postaciach od zarania dziejów, do człowieka w głębi niespełnionego,
który czuje się osamotniony, czuje, że życie nie ma sensu.
Jak zatem można rozbudzić w nim inteligencję zdolną odróżnić to, co
realne, od tego, co złudne?
Według Gurdżijewa do prawdy można się zbliżyć jedynie wtedy, gdy na
wszystkie części stanowiące istotę ludzką - myśl, uczucie i ciało -
oddziałuje ta sama siła w szczególny, właściwy dla każdej z nich sposób
- w przeciwnym razie rozwój będzie zawsze jednostronny i wcześniej czy
później skazany na zahamowanie.
Jeśli nie zrozumie się w pełni tej zasady, wszelka praca nad sobą
poprowadzi na manowce. Człowiek będzie błędnie pojmował podstawowe
zasady i rezultatem okaże się mechaniczne powtarzanie samych tylko form
wysiłku, które nigdy nie pozwolą na wyjście ponad przeciętność.
Gurdżijew umiał wykorzystać każdą okoliczność, żeby pomóc ludziom odczuć
prawdę.
Widziałam go w działaniu, jak wnikliwie szacował możliwości rozumienia w różnych prowadzonych przez siebie grupach i brał pod uwagę subiektywne
trudności każdego z jej członków. Widziałam, jak celowo kładł akcent na
jakiś szczególny aspekt wiedzy, potem na inny, zgodnie z bardzo
precyzyjnym planem - czasami czyniąc to za pomocą myśli, która potrafiła
tak pobudzić intelekt, że otwierała się zupełnie nowa perspektywa, innym
znów razem poprzez uczucie, które domagało się porzucenia wszelkiej
obłudy na korzyść natychmiastowej i całkowitej szczerości, a jeszcze
kiedy indziej rozbudzając i wprawiając w ruch ciało, które stawało się
spolegliwe, gotowe poświęcić się każdej wymaganej pracy.
Jaki więc cel przyświecał mu, kiedy pisał Trzeci cykl?
Rola, którą według Gurdżijewa miała odegrać ta książka, była
nierozerwalnie związana z jego sposobem nauczania. W odpowiedniej
chwili, gdy dostrzegał taką potrzebę, prosił, żeby przeczytano na głos w jego obecności wybrany rozdział lub fragment zawierający sugestie bądź
obrazy, które nagle stawiały jego wychowanków w obliczu samych siebie i ich wewnętrznych sprzeczności.
Była to droga, która nie izolowała ich od życia, lecz przez nie biegła;
droga, która uwzględniała "tak" i "nie" - wszystkie sprzeczności,
wszystkie przeciwstawne siły - droga, która pomagała im zrozumieć, że
muszą podjąć trud wzniesienia się ponad toczącą się walkę, pozostając
jednocześnie uczestnikami zmagań.
Staliśmy na progu, który trzeba było przekroczyć, i po raz pierwszy
czuliśmy, że wymaga się od nas bezwzględnej szczerości. Mogło się
zdawać, że przestąpienie go jest rzeczą trudną, ale to, co
pozostawialiśmy za sobą, traciło już siłę przyciągania. Gdy pojawiało
się w nas jakieś wahanie, Gurdżijew służył za przykład i miernik tego,
co należało dać z siebie i z czego zrezygnować, aby nie zboczyć z drogi.
Wtedy nie chodziło już o nauczanie doktryny, lecz o wcielony akt
poznania.
Trzeci cykl, choć niepełny i nieukończony, ujawnia działanie mistrza -
kogoś, kto samą swoją obecnością zobowiązuje nas do tego, żeby się
określić, żeby wiedzieć, czego się chce.
Przed śmiercią Gurdżijew wezwał mnie do siebie i powiedział, jak
ogólnie widzi sytuację, a także przekazał mi pewne instrukcje:
"Opublikuj moje pisma, gdy będziesz pewna, że nadszedł odpowiedni
moment. Opublikuj Pierwszy i Drugi cykl. Ale to, co esencjalne, co
najważniejsze, to przygotowanie wąskiej grupy składającej się z ludzi
zdolnych sprostać wymaganiu, które się pojawi.
Dopóki nie wyłoni się taki odpowiedzialny podstawowy zespół, działanie
tych idei nie przekroczy pewnego progu.
To zajmie trochę... nawet bardzo dużo czasu.
Opublikowanie Trzeciego cyklu nie jest rzeczą konieczną.
On powstał w innym celu.
Jeśli jednak w przyszłości uznasz, że powinnaś go opublikować - zrób
to".
Zadanie stało się jasne: z chwilą ukazania się Pierwszego cyklu
należało bez wytchnienia oddać się pracy, aby stworzyć wąską grupę,
zdolną - dzięki swojemu poziomowi obiektywności, poświęcenia i stawianym
sobie wymaganiom - podtrzymać ów żywy prąd, który się narodził.
jeanne de salzmann
Prolog
Ja jestem..?! Gdzie się podziało to pełne doznanie całego siebie,
którego zawsze doświadczałem, kiedy takie zawołanie rozbrzmiewało we
mnie w chwili pamiętania siebie?
Jak to możliwe, żeby ta cechująca mnie właściwość, której nabrałem
dzięki ogromowi samowyrzeczeń i częstym samoumartwieniom, teraz, kiedy
jej oddziaływanie jest bardziej niezbędne mojemu byciu niż powietrze,
zniknęła bez śladu?
Nie... To niemożliwe...
Coś tu się nie zgadza...
Bo jeśli rzeczywiście tak ma być, to znaczy, że w sferze rozumu
wszystko jest nielogiczne.
Przecież jeszcze niezupełnie zanikła we mnie moc urzeczywistniania
świadomego wysiłku i zamierzonego cierpienia...
Cała przeszłość stanowi dowód na to, że na pewno muszę wciąż być.
Ja chcę! Ja jeszcze będę!
Zwłaszcza że moje bycie potrzebne jest nie tylko po to, żeby służyć
mojemu egoizmowi, lecz także dla dobra całej ludzkości.
Moje bycie rzeczywiście jest potrzebne wszystkim ludziom bardziej niż
ich materialna pomyślność i ich dzisiejsze szczęście.
Ja chcę wciąż być... Ja wciąż jestem!
W zgodzie z niezgłębionymi prawami skojarzeń myślowych, właśnie w tej
chwili, czyli jeszcze zanim zabiorę się do pisania niniejszego tomu,
który będzie ostatnim w trzecim, instruktażowym cyklu moich pism - i w ogóle ostatnim - i za pośrednictwem którego chcę się podzielić z podobnymi do mnie stworzeniami naszego
wspólnego ojca prawie wszystkimi ukrytymi do tej pory i nieoczekiwanie poznanymi przeze mnie tajemnicami wewnętrznego świata
człowieka, stanęło mi w pamięci to przytoczone powyżej przemyśliwanie,
które przebiegało we mnie, gdy byłem niemal w malignie równo siedem lat
temu i nawet, jak mi się zdaje, dokładnie o tej samej porze.
To zdumiewające rozumowanie toczyło się we mnie wcześnie rano 6
listopada 1927 roku w jednej z nocnych kawiarni na Montmartrze w Paryżu,
kiedy to zupełnie wyczerpany napływem czarnych myśli zbierałem się do
wyjścia, żeby pojechać do domu i tam jeszcze raz spróbować choć na
chwilę zasnąć.
Mój stan zdrowia był wtedy generalnie bardzo kiepski, ale tamtego ranka
czułem się wyjątkowo podle. Ten mój podły stan był spowodowany także
tym, że w ciągu ostatnich dwóch-trzech tygodni spałem nie więcej niż
godzinę lub dwie na dobę, a poprzedniej nocy w ogóle nie zmrużyłem oka.
Podstawową przyczyną takiej bezsenności i ogólnego - w tamtym czasie
zgoła przesadnego - rozstroju prawie wszystkich istotnych funkcji mojego
organizmu były nieprzerwanie płynące w mojej świadomości "ciężkie"
myśli, spowodowane tym, że niespodzianie znalazłem się wtedy w sytuacji
niemal bez wyjścia.
Aby móc choć w przybliżeniu wyjaśnić, na czym polegała ta moja
"bezwyjściowa sytuacja", powinienem wpierw powiedzieć, co następuje:
Przez prawie trzy lata pod ciągłym wewnętrznym przymusem pracowałem
dzień i noc nad książkami, które postanowiłem opublikować.
Taki nieustanny wewnętrzny przymus był niezbędny, ponieważ wskutek
kraksy samochodowej, której padłem ofiarą tuż przed tym, jak miałem się
zabrać do pisania wspomnianych książek, zapadłem na zdrowiu i byłem
bardzo osłabiony, co oznaczało, że tylko z wielkim trudem potrafiłem
podjąć jakąkolwiek intensywną działalność.
Jednakże nie oszczędzałem siebie i nawet w takim stanie potrafiłem
oddawać się ciężkiej pracy, a to głównie dzięki czynnikom, które po owym
wypadku zaczęły się gromadzić w mojej świadomości od chwili, gdy
uprzytomniłem sobie, w jakiej znalazłem się sytuacji, i które
doprowadziły do powstania następującej idée fixe:
"Skoro kiedy byłem w pełni sił i zdrowia, nie zdołałem w praktyce
urzeczywistnić w życiu ludzi dobroczynnych prawd, które im wykładałem,
to za wszelką cenę muszę zdążyć przed moją śmiercią uczynić to choćby w teorii".
Najpierw przez rok tworzyłem zarys materiału, który postanowiłem
opublikować, a na początku drugiego roku zdecydowałem, że napiszę trzy
cykle książek.
Za pośrednictwem pierwszego cyklu zamierzałem zniszczyć w świadomości i uczuciach ludzi głęboko zakorzenione przekonania, według mnie błędne i całkowicie sprzeczne z rzeczywistością.
Za pośrednictwem drugiego cyklu pragnąłem udowodnić istnienie innych
dróg, prowadzących do postrzegania i uświadomienia sobie rzeczywistości,
i na te drogi nakierować.
Natomiast za pośrednictwem trzeciego cyklu chciałem się podzielić
poznanymi przez siebie możliwościami nawiązywania kontaktu z rzeczywistością i, jeśli się tego zapragnie, nawet zespolenia się z nią.
Właśnie te cele przyświecały mi, gdy w trakcie drugiego roku pracy
zacząłem układać z tak naszkicowanego materiału poszczególne książki,
tym razem już w ogólnie zrozumiałej formie.
Parę miesięcy przed opisywanymi tutaj wydarzeniami skończyłem wszystkie
tomy pierwszego cyklu i przystąpiłem do pracy nad książkami drugiego
cyklu.
Ze względu na to, że całość pierwszego cyklu zamierzałem opublikować już
w nadchodzącym roku, postanowiłem, że równolegle z pracą nad książkami
drugiego cyklu będę organizować częste publiczne lektury książek
należących do pierwszego.
Powziąłem taką decyzję, żeby jeszcze raz "przejrzeć" je przed oddaniem
do druku, a konkretnie chciałem sprawdzić, jakie wrażenia wywołają
rozmaite fragmenty, napisane w zaproponowanej przeze mnie formie, na
ludziach różnego typu i o różnym stopniu intelektualnego rozwoju.
W tym celu zacząłem zapraszać do mojego mieszkania w mieście różnych
znajomych, których indywidualność odpowiadała treści wybranego do
"przeglądu" rozdziału, i tam w ich obecności ktoś czytał ów rozdział na
głos.
Wprawdzie w owym czasie główna siedziba zarówno moja, jak i całej mojej
rodziny znajdowała się w Fontainebleau, jednakże częste wizyty w Paryżu
zmusiły mnie do wynajęcia tam mieszkania.
Podczas tych wspólnych lektur, gdy obserwowałem licznych słuchaczy
reprezentujących różne ludzkie typy, słuchając zarazem gotowych już do
publikacji moich pism, zacząłem zauważać i stopniowo nader wyraźnie i bez cienia wątpliwości ustaliłem rzecz następującą:
Formę przedstawienia moich myśli w tych pismach mogą należycie zrozumieć
wyłącznie ci czytelnicy, którzy w taki czy inny sposób zaznajomili się
już ze szczególną formą mojego myślenia.
Natomiast wszyscy pozostali - ci, dla których, szczerze mówiąc,
umartwiałem się dzień i noc przez cały ten czas - nie zrozumieją prawie
nic.
Dodam jeszcze, że dopiero w trakcie takich wspólnych lektur po raz
pierwszy jasno uświadomiłem sobie, w jakiej dokładnie formie trzeba tę
całość napisać, aby mógł ją zrozumieć każdy człowiek.
I właśnie wtedy, gdy zdołałem to wszystko sobie uprzytomnić, stanęła
przede mną w całym blasku i majestacie kwestia mojego zdrowia.
Najpierw zaczęły płynąć w mojej świadomości następujące myśli:
Gdybym to wszystko, co przez trzy lata pisałem niemal nieprzerwanie
przez dzień i noc, miał teraz napisać od nowa - tym razem w formie
przystępnej dla każdego - zajęłoby mi to co najmniej tyle samo czasu.
Oprócz tego potrzebuję czasu, żeby zredagować drugi i trzeci cykl. Tak
samo przecież potrzebuję go, żeby w praktyce urzeczywistnić w życiu
ludzi esencję moich pism...
A skąd tu wziąć tyle czasu...?
Oczywiście, gdyby czas, którym dysponuję, zależał tylko ode mnie,
napisałbym wszystko od nowa, tym bardziej że od razu odzyskałbym wiarę w to, że będę mógł spokojnie umrzeć, ponieważ, wiedząc już, w jaki sposób
powinienem pisać, nabrałbym pełnego przekonania, że - choćby po mojej
śmierci - podstawowy cel mojego życia zostanie osiągnięty.
Jednakże samoczynnie manifestujące się obecnie okoliczności mojego życia
sprawiły, że czas, jaki mi dano, nie zależy już ode mnie, lecz wyłącznie
od kapryśnego Archanioła Gabriela...
Bo przecież został mi rok lub dwa, a w najlepszym razie może trzy lata
życia...
To zaś, że już niedługo umrę, może potwierdzić każdy z kilkudziesięciu
znających mnie lekarzy specjalistów.
Zresztą nie na próżno uznawano mnie dawniej za ponadprzeciętnego
diagnostę i nie na darmo w ciągu całego życia przeprowadziłem wiele
rozmów z tysiącami kandydatów do szybkiego odejścia z tego świata...
Szczerze mówiąc, byłoby to nawet sprzeczne z naturą, gdyby się okazało,
że jest inaczej. Wszak zawsze, zarówno w przeszłości, jak i w ciągu
ostatnich lat, procesy inwolucji mojego zdrowia przebiegały o wiele
szybciej i z większym natężeniem niż procesy ewolucji.
Faktycznie, wszystkie funkcje mojego organizmu, które wcześniej - jak
mówili moi towarzysze - "były ze stali", stopniowo pod wpływem ciągłego
przeciążenia pracą tak się zużyły, że obecnie już żadna z nich nie
działa choćby w miarę prawidłowo.
I nie ma w tym nic dziwnego... Pomijając nawet wiele całkiem niezwykłych
dla współczesnych ludzi wydarzeń, które miały miejsce w moim, przez
przypadek wyjątkowo układającym się życiu, wystarczy, że wspomnę tylko o tym ciążącym na mnie zdumiewającym i niezrozumiałym fatum, które
spowodowało, że trzykrotnie - za każdym razem w zupełnie odmiennych
okolicznościach - byłem raniony, i to niemal śmiertelnie, przez
zabłąkaną kulę.
Już tylko skutki tych trzech zdarzeń, które odcisnęły na mnie niezatarte
piętno, wystarczyłyby, żebym dawno temu wyzionął ducha.
Pierwszemu z tych niepojętych i fatalnych wypadków ulegam w 1896 roku na
Krecie, rok przed wybuchem wojny grecko-tureckiej.
Stamtąd, gdy wciąż jestem nieprzytomny, jacyś nieznani Grecy przewożą
mnie, nie wiedzieć dlaczego, do Jerozolimy.
Z Jerozolimy, po odzyskaniu w pełni przytomności, ale z ciągle
szwankującym zdrowiem, wyruszam do Rosji w towarzystwie takich samych
jak ja młodych "poszukiwaczy pereł w stercie gnoju", i to nie drogą,
jaką przystoi podróżować normalnym ludziom, czyli wodną, lecz lądową -
na piechotę.
Ta prawie czteromiesięczna podróż przez miejsca praktycznie niedostępne,
gdy mój organizm jest wciąż osłabiony, musi oczywiście przyczynić się do
wytworzenia w nim na całe moje życie pewnych "chronicznie
przejawiających się" szkodliwych dla zdrowia czynników.
Co więcej, w czasie tego szaleństwa ten mój organizm "uszczęśliwia"
swoimi dość długimi wizytami kilka specyficznych miejscowych "cudów",
spośród których mam zaszczyt gościć słynny "kurdyjski szkorbut", nie
mniej słynną "ormiańską dyzenterię", no i oczywiście prawdziwą
"ulubienicę", damę noszącą niejedno imię, zwaną również "hiszpanką".
Potem rad nierad muszę spędzić parę miesięcy na Zakaukaziu bez
możliwości opuszczania domu, a następnie - oczywiście jak zwykle
inspirowany idée fixe mojego świata wewnętrznego - wyruszam w nowe
podróże po różnych bezdrożach i pustkowiach.
Znowu zaczynają się najrozmaitsze nietypowe dla normalnego ludzkiego
organizmu napięcia i wyczerpujące próby i ponownie swoimi długimi
wizytami "uszczęśliwia" ów nieszczęsny organizm wiele różnych
miejscowych "cudów".
Wśród tych nowych "gości" raczą zawitać "aszchabadzka biedinka" i "bucharska malaria", "tybetański obrzęk", "beludżystańska dyzenteria" i inne przybyszki, które lubią zostawiać po swoich odwiedzinach
wiecznotrwałe wizytówki.
Wprawdzie w następnych latach mój organizm uodparnia się na te wszystkie
miejscowe "cuda", jednak z powodu ciągle towarzyszącego mi napięcia nie
udaje się całkowicie zatrzeć śladów ich wcześniejszych wizyt.
Pod znakiem takiego nieustannego napięcia mija kilka lat, aż nadchodzi
drugi fatalny rok dla mojego niefortunnego fizycznego ciała - rok 1903,
kiedy to wpada do niego druga zabłąkana kula.
Miejscem tego wydarzenia są majestatyczne góry Tybetu niecały rok przed
wybuchem wojny angielsko-tybetańskiej.
Także tym razem los "spudłował" i darował życie mojemu niefortunnemu
fizycznemu ciału, a to dzięki temu, że towarzyszyła mi wtedy piątka
dobrych lekarzy: trzech wykształconych w Europie i dwóch specjalistów
medycyny tybetańskiej, którzy wszyscy darzyli mnie szczerą sympatią.
Niedługo po tym drugim zranieniu, na skutek którego przez trzy-cztery
miesiące znajdowałem się w stanie nieprzytomności, moje aktywne życie -
znowu pełne fizycznych napięć i niezwykłych psychicznych pułapek - staje
się jeszcze raz ofiarą fatalnego zbiegu okoliczności: trzeciej
zabłąkanej kuli.
Owo wydarzenie miało miejsce pod koniec 1904 roku na Zakaukaziu, opodal
tunelu w Czatiurze.
Przywołując na pamięć tę trzecią zabłąkaną kulę, nie mogę się
powstrzymać i powiem otwarcie - sprawiając przyjemność niektórym z moich
obecnych znajomych i nieprzyjemność innym - że ową kulę "wsadził" we
mnie, oczywiście nieświadomie, jakiś "przemiły człowiek" należący do
jednej z dwóch grup ludzi, którzy znaleźli się albo pod wpływem
"rewolucyjnej psychozy", albo apodyktycznych przełożonych, "mimowolnych
parweniuszy", i którzy wspólnie kładli wtedy, oczywiście także
nieświadomie, kamienie węgielne pod budowę teraz już naprawdę "Wielkiej
Rosji".
Doszło tam wówczas do strzelaniny między tak zwanymi wojskami
rosyjskimi, składającymi się głównie z Kozaków, i tak zwanymi
Gurijczykami.
Ze względu na to, że niektóre wydarzenia, które miały miejsce w trakcie
mego życia, poczynając od tego trzeciego ciężkiego zranienia i kończąc
na dniu dzisiejszym, łączy, co niedawno zauważyłem, nader dziwna i zarazem wyraźnie określona więź: jakby wszystkie podlegały jednemu
fizycznemu prawu, pragnę szczegółowo opisać te z nich, które okazały się
najbardziej znaczące.
Zanim jednak to zrobię, muszę koniecznie zaznaczyć, że wieczorem 6
listopada 1927 roku, kiedy w końcu się wyspałem i zacząłem znowu
zastanawiać nad swoją sytuacją, przez moją świadomość przemknęła pewna
idea, która nawiasem mówiąc, wydawała mi się wtedy zupełnie absurdalna,
ale którą teraz - po tym, jak nieoczekiwanie skonstatowałem różne
poznane przeze mnie w ciągu ostatnich siedmiu lat nieznane mi wcześniej
fakty - bez cienia wątpliwości uważam za słuszną.
Tak więc kiedy po raz trzeci zostaję ranny, jest przy mnie tylko jeden i do tego bardzo cherlawy człowiek. To właśnie on - o czym dowiedziałem
się dopiero później - gdy zdał sobie sprawę, że zaistniała sytuacja i towarzyszące jej okoliczności mogą mieć dla mnie bardzo niepożądane
skutki, znajduje gdzieś naprędce osła, na którego kładzie mnie wciąż
zupełnie nieprzytomnego, a następnie szybko wyprowadza daleko w góry.
Tam zostawia mnie w pierwszej napotkanej jaskini, a potem rusza szukać
pomocy.
Znajduje jakiegoś miejscowego felczera i późnym wieczorem, po zdobyciu
potrzebnych opatrunków, wraca razem z nim.
W jaskini nie zastają nikogo, co wprowadza ich w osłupienie, ponieważ
jest rzeczą niemożliwą, żebym sam gdzieś poszedł lub żeby ktoś obcy mógł
tam dotrzeć, a jeśli chodzi o dzikie zwierzęta, to obaj dobrze wiedzą,
że na tym obszarze żyją tylko jelenie, kozy i daniele.
Natrafiają na ślady krwi, ale nie mogą iść ich tropem, ponieważ zapadła
już noc.
Dopiero rano, kiedy zaczyna świtać, cali w nerwach po nocy spędzonej na
daremnym "przetrząsaniu" lasu, znajdują mnie gdzieś pośród skał wciąż
żywego i na pozór śpiącego słodkim snem.
Felczer szybko rusza na poszukiwanie jakichś korzeni i następnie robi mi
z nich pierwszy okład, a potem, wytłumaczywszy mojemu cherlawemu
przyjacielowi, co ów ma czynić, od razu udaje się w drogę.
Późnym wieczorem wraca w towarzystwie dwóch przyjaciół Chewsurów z dwukółką zaprzężoną w parę mułów.
Tego samego wieczoru wywożą mnie jeszcze wyżej w góry i znowu
umieszczają w jaskini, tym razem o wiele większej, połączonej z inną
ogromną pieczarą, w której, jak się później okazało, siedziało i półleżało, najwyraźniej kontemplując życie ludzkie w minionych i przyszłych stuleciach, kilkudziesięciu chewsurskich nieboszczyków.
W owej jaskini - gdzie zostaję zakwaterowany i gdzie nieustannie czuwają
nade mną wspomniany rachityczny człowiek, felczer oraz jeszcze jeden
młody Chewsur - przez dwa tygodnie toczy się we mnie walka na życie i śmierć.
Potem zaś w takim tempie zaczynam wracać do zdrowia, że już po tygodniu
całkowicie odzyskuję świadomość i z czyjąś pomocą mogę się poruszać,
podpierając się kijem; dwa razy odwiedzam nawet "tajemne zgromadzenie"
moich "nieśmiertelnych" sąsiadów.
Tymczasem okazuje się, że w dolinie w trakcie "procesu wojny domowej",
jak to się mówi, "górę wzięły" wojska rosyjskie i że wszędzie grasują
teraz Kozacy, którzy aresztują każdego "podejrzanego" i generalnie
wszystkich zamiejscowych.
Ja, będąc właśnie nietutejszym i świadom tego, jakie względy kierują
ludźmi znajdującymi się pod wpływem "rewolucyjnej psychozy", decyduję
się jak najszybciej opuścić to miejsce.
Rozpatrzywszy sytuację na całym Zakaukaziu, a także moje osobiste widoki
na przyszłość, postanawiam pojechać do obwodu zakaspijskiego.
Kosztem niewyobrażalnych cierpień fizycznych przedostaję się tam razem z moim słabowitym przyjacielem.
Tych niewyobrażalnych fizycznych cierpień doświadczałem zresztą także
dlatego, że przez całą drogę musiałam zachować wygląd niewzbudzający
żadnego podejrzenia.
Taki niewzbudzający podejrzeń wygląd potrzebny był po to, żeby nie paść
ofiarą nie tylko "politycznej", lecz też "narodowej psychozy".
Rzecz w tym, że w miejscach, przez które prowadziła trakcja kolejowa,
całkiem niedawno doszło do "nader jaskrawego przejawu" owej narodowej
psychozy - w tym przypadku między Tatarami i Ormianami - i siłą rozpędu
wciąż dawano tam upust niektórym osobliwościom takiej ludzkiej zarazy.
Tym razem moje nieszczęście polegało na tym, że mam tak zwaną
uniwersalną fizjonomię i dla Ormian wyglądałem jak "czystej krwi Tatar",
a dla Tatarów jak "czystej krwi Ormianin".
Koniec końców, chwytając się wszelkich możliwych sposobów i korzystając
z pomocy "harmonijki ustnej", docieram wraz z moim słabowitym
przyjacielem do obwodu zakaspijskiego.
Harmonijka przez przypadek znalazła się w kieszeni mojego palta i ten
malutki instrument muzyczny wyświadczył nam wtedy ogromną przysługę.
Muszę przyznać, że na tym oryginalnym instrumencie grałem całkiem
nieźle, choć znałem tylko dwa kawałki: Na wzgórzach Mandżurii i walc
Oczekiwanie.
W obwodzie zakaspijskim postanawiamy, że najpierw zatrzymamy się w mieście Aszchabad.
Wynajmujemy tam dwa przestronne pokoje w willi z pięknym ogrodem, potem
urządzamy się w nich i dopiero wtedy mogę się spokojnie położyć.
Pierwszego ranka naszego pobytu mój jedyny towarzysz wyrusza do apteki,
żeby zakupić potrzebne lekarstwa i potem długo nie wraca.
Mijają godziny, a jego wciąż nie ma.
Zaczynam się niepokoić, ponieważ wiem, że jest tu pierwszy raz i nikogo
jeszcze nie zna.
Zapada noc. Tracę cierpliwość, wstaję i ruszam na jego poszukiwanie.
Ale dokąd? Najpierw idę do apteki. Tam nikt nic nie wie...
Nagle przysłuchujący się moim pytaniom pomocnik aptekarza mówi, że rano
widział na pobliskiej ulicy, jak żandarmi zatrzymali i odprowadzili
gdzieś młodego człowieka, który był wcześniej w aptece.
Co robić? Dokąd iść? Nie znam tutaj nikogo, a przede wszystkim ledwo
stoję na nogach, ponieważ przez kilka ostatnich dni zupełnie opadłem z sił.
Wychodzę z apteki. Na ulicy panuje już noc.
Szczęśliwym trafem przejeżdża wolna dorożka. Zatrzymuję ją i każę się
zawieźć do centrum miasta, na rynek, gdzie po zamknięciu sklepów wciąż
toczy się życie.
Mam nadzieję, że w którejś z kafejek lub czajchan uda mi się spotkać
jakąś znajomą osobę.
Ledwo wlokę się po uliczkach, ale natrafiam tylko na aszchany, czyli
małe lokale, w których siedzą wyłącznie miejscowi Turkmeni z plemienia
Tekke.
Coraz bardziej słabnę i zaczynam się bać, że stracę przytomność.
W końcu siadam na tarasie pierwszej napotkanej czajchany i zamawiam
zieloną herbatę.
Chwała Bogu, powoli dochodzę do siebie i popijając herbatę, rozglądam
się wokół, obserwując jednocześnie przechodniów w bladym świetle
latarni.
Widzę dostojnego wysokiego mężczyznę z długą bujną brodą, ubranego po
europejsku.
Twarz wydaje mi się znajoma. Wpatruję się w niego. On także uważnie mi
się przygląda, ale się nie zatrzymuje.
Idzie dalej, dwa razy jednak ogląda się za siebie i znowu patrzy na
mnie.
Próbując szczęścia, wołam do niego po ormiańsku: "Albo ja pana znam,
albo to pan mnie zna!".
On zatrzymuje się i wpatrując się we mnie, wznosi nagle okrzyk: "Czarny
czort!" - i zawraca w moją stronę.
Kiedy usłyszałem jego głos, od razu go rozpoznałem.
Był to mój daleki krewny, zatrudniony dawniej w moich rodzinnych
stronach jako tłumacz na posterunku żandarmerii.
Wiedziałem, że kilka lat wcześniej został odesłany do obwodu
zakaspijskiego, ale nie miałem pojęcia dokładnie dokąd.
Wiedziałem również, że główną przyczyną tego wygnania było to, że odbił
kochankę komendantowi żandarmerii.
Czy możecie sobie wyobrazić, jak głęboką radość sprawiło mi to
spotkanie?
Nie będę się rozwodził nad tym, w jakiej atmosferze i o czym
rozmawialiśmy, popijając zieloną herbatę na tarasie małej czajchany.
Powiem tylko, że następnego ranka mój daleki krewny, były pracownik
żandarmerii, odwiedził mnie w towarzystwie swojego kolegi, porucznika
miejscowej policji.
Dowiedziałem się od nich, że nic poważnego nie grozi mojemu słabowitemu
przyjacielowi.
Zatrzymano go wyłącznie dlatego, że znalazł się tu po raz pierwszy i nikt go tutaj nigdy wcześniej nie widział.
Należało więc tylko ustalić jego tożsamość, ponieważ wszędzie roiło się
teraz od niebezpiecznych rewolucjonistów.
Po chwili, z drwiną w głosie, mój krewny dodał: "To całkiem proste.
Trzeba będzie napisać do miejsca, w którym wydano mu paszport, i poprosić o świadectwo jego prawomyślności. A że tymczasem przyjdzie mu
miło spędzać czas w towarzystwie pcheł i wszy... no cóż, później w życiu
takie doświadczenie może się okazać bardzo przydatne".
Na koniec dodał, że w pobliżu mają teraz do załatwienia jakąś sprawę,
ale że on sam szybko wróci i pójdziemy wtedy zwiedzać miasto.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki