Wstęp
O niektórych artystach można pisać w sposób chronologiczny, porządkując daty, tytuły płyt, miejsca koncertów i nazwiska współpracowników. Jednak są też tacy, przy których sam porządek wydarzeń to zbyt mało, bo chociaż wszystko można wpisać w kalendarium, to najważniejsze i tak wymyka się linii czasu. Stanisław Sojka należał do tych drugich artystów. Jego życie miało oczywiście swoją chronologię: Żory, Gliwice, Katowice, chór, skrzypce, organy, Filharmonia Narodowa, jazz, Blublula, Acoustic, Tolerancja, sonety Shakespeare'a, Miłosz, Leśmian, Osiecka, Niemen, kolejne sceny, kolejne płyty, kolejne przeboje. Jednak gdybym napisała książkę wyłącznie o tych punktach jego życia i kariery, miałabym poczucie, że dotknęłam tylko powierzchni.
Napisałam tę książkę, ponieważ od dawna podziwiam Stanisława Sojkę. Podziwiam jego głos, ale nie tylko głos rozumiany jako instrument. Podziwiam głos jako sposób bycia w świecie - nieoczywisty, osobny, rozpoznawalny po kilku dźwiękach, a jednocześnie niezamknięty w jednej formule. Podziwiam artystę, który potrafił śpiewać standard jazzowy, pieśń wielkopostną, sonet Shakespeare'a, wiersz Miłosza, piosenkę Osieckiej i własny tekst tak, jakby za każdym razem chodziło o sprawę osobistą. Podziwiam także człowieka, który nie uciekał od trudnych pytań o wiarę, winę, miłość, rodzinę, starzenie się, cierpienie, odpowiedzialność i śmierć. Nie był pomnikiem bez rysy. Był kimś ciekawszym. Był człowiekiem wielkiego talentu, ogromnej pracy i niespotykanej wrażliwości, który doskonale wiedział, że życie nie składa się wyłącznie ze szczęśliwych chwil.
Ta książka jest próbą zbliżenia się do Stanisława Sojki z kilku stron. Nie chciałam pisać wyłącznie biografii i analizować płyt, chociaż oczywiście są one ważne. Nie chciałam też tworzyć jedynie opowieści o sukcesach, nagrodach, koncertach i wydarzeniach, chociaż bez nich nie można zrozumieć jego miejsca w polskiej kulturze. Interesował mnie Sojka jako artysta i jako człowiek - ten, który śpiewa, komponuje, popełnia błędy, ale nie unika odpowiedzialności, powraca, szuka słów, rozmawia z Bogiem, wspomina rodziców, mówi o synach, boi się ciszy, ale wie, że właśnie w ciszy odzywa się sumienie. Interesował mnie człowiek, który przez muzykę opowiadał o świecie, a przez rozmowy pozwalał zobaczyć, z jakiego doświadczenia ta muzyka wyrastała.
Dlatego konstrukcja książki jest nietypowa. Pierwsza część prowadzi czytelnika przez życie i twórczość Stanisława Sojki w porządku zbliżonym do kalendarium, ale nie jest suchym spisem faktów. To opowieść o drodze - od śląskiego domu, rodzinnego śpiewu, chóru katedralnego i szkoły muzycznej, przez pierwsze nagrania radiowe, płyty jazzowe, współpracę z wielkimi muzykami, zdobycie popularności, projekty poetyckie i duchowe, aż po ostatnie lata, pożegnanie i późniejsze gesty pamięci. Chciałam, by czytelnik zobaczył, że każda data coś otwiera, każda płyta wynika z konkretnych doświadczeń, a każde miejsce dopowiada coś o artyście i wpływa na jego dojrzałość.
Druga część książki oddaje głos samemu Sojce. Przyglądam się w niej temu, co w wywiadach mówił o sprawach ważnych i najważniejszych - o dzieciństwie, domu rodzinnym, muzyce, Bogu, religii, miłości, poezji, rodzinie, Śląsku, przyjaźni, pomaganiu, życiowych zakrętach, cierpieniu i śmierci. To część szczególnie istotna, bo pozwala odejść od myślenia o artyście wyłącznie przez pryzmat sceny. Sojka nie tylko śpiewał o świecie. On ten świat komentował, próbował go zrozumieć, czasem się z nim spierał, czasem pochylał się nad nim z czułością. W tych rozmowach widać jego sposób opisywania świata, hierarchię wartości, odpowiedzialność za każde wypowiedziane słowo, wdzięczność i potrzebę dialogu z drugim człowiekiem.
Trzecia część przynosi wspomnienia rodziny, przyjaciół, współpracowników i znajomych. To ostatni rozdział tej opowieści, bo żaden człowiek nie mieści się wyłącznie we własnej biografii. Istniejemy także w pamięci innych - w czyimś zdaniu, geście, wspólnym wieczorze, próbie, rozmowie, nagraniu, w tym, jak ktoś po latach wymawia nasze imię. W tych wywiadach Stanisław Sojka pojawia się nie jako postać posągowa, ale jako człowiek z krwi i kości. Dla jednych był ukochanym bratem, dla innych - mistrzem oraz kolegą ze sceny, dla jeszcze innych - wrażliwym i ambitnym uczniem, osobą, z którą dobrze się rozmawiało, która miała w sobie muzykę, ciepło, profesjonalizm, skupienie i wyjątkową osobowość.
Pisałam tę książkę z poczuciem wdzięczności. Nie tylko wobec artysty, którego głos towarzyszył kilku pokoleniom słuchaczy, ale także wobec człowieka, który zostawił po sobie coś więcej niż nagrania. Zostawił nam sposób słuchania słowa. Sposób przypominania, że talent bez pracy pozostaje jedynie pewnym potencjałem, a sztuka bez człowieczeństwa nie istnieje i łatwo staje się popisem, ponieważ brakuje jej emocji, doświadczenia, wrażliwości, intencji i osobistej perspektywy. Jeśli ta książka ma jeden najważniejszy cel, to właśnie taki: pokazać Stanisława Sojkę możliwie szeroko, wielowymiarowo. Zacząć od faktów, przejść przez jego własne słowa, a potem pozwolić mówić tym, którzy go znali, byli z nim blisko. Dopiero z tych trzech perspektyw wyłania się portret najpełniejszy - obraz artysty, który był głosem wyjątkowym, i obraz człowieka, którego głos zostanie z nami na długo.
Rozdział 1Jak dzieci śnić1
Stanisław Joachim Sojka przyszedł na świat 26 kwietnia 1959 roku w Żorach, chociaż dom jego rodziców znajdował się w Gliwicach. Żorski początek był skutkiem przypadku - Maria przebywała wtedy u swojej matki w Wiśle Małej. Gdy nadeszła chwila rozwiązania, wybrano szpital w Żorach, bo tamtejsza porodówka miała dobrą opinię. Do Gliwic Maria wróciła już więc ze swoim synem i to tu, w bliskim sąsiedztwie Katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła, spędził swoje dzieciństwo przyszły muzyk.
Rodzice należeli do śląskiego świata pracy i domowego porządku. Alfons Sojka był cenionym mistrzem budowlanym, Maria zaś prowadziła dom. Ich kuchnia, utrwalona po latach w teledysku do Tanga Memento Vitae, była miejscem rodzinnej codzienności ze stołem, kredensem i rytmem spotkań, do których dorosły już syn wracał podczas wizyt u rodziców. W tym mieszkaniu dorastał mały Staś, potem Staszek, najstarszy z czterech braci. Pozostali to Jerzy, Ryszard i Leszek.
Rodzina Sojków miała swoje bliższe i dalsze adresy na ziemi pszczyńskiej. Tata wywodził się ze Studzionki, mama - z Wisły Małej, a wakacje w dzieciństwie Stanisław spędzał właśnie w tych miejscowościach. Ten śląski krąg obejmował Gliwice, Wisłę Małą, Studzionkę, Pszczynę i Żory. W domu mówiło się po śląsku, a sam Sojka po latach podkreślał, że z rodzicami i ze Ślązakami godoł. Z rodzinnego domu wyniósł zasady, do których później bardzo często się odnosił: rzetelność, obowiązkowość, przyzwoitość i szacunek wobec pracy. Mówił też, że ukształtowali go rodzice, śląskie normy, nauczyciele i księża.
W domu Sojków muzyka była obecna jeszcze przed szkołą muzyczną, przed sceną i przed zawodowymi planami Stanisława. Rodzice nie mieli wykształcenia muzycznego, ale oboje lubili śpiewać. To była ich wielka pasja. Tata śpiewał basem, mama podśpiewywała podczas domowych zajęć, a głosy ciotek, wujów i dziadków wypełniały rodzinne spotkania. Dla małego Stasia głos nie był więc odległym instrumentem scenicznym, lecz czymś słyszanym z bliska - przy pracy, przy stole, w kuchni, wśród krewnych.
Najważniejszą postacią muzyczną w rodzinnej pamięci pozostał Józef Janko, dziadek od strony matki. Był on samoukiem, grał ze słuchu na fisharmonii, a później pełnił funkcję organisty w kościele w Wiśle Małej. Stanisław jako chłopiec obserwował go przy organach, siadał obok niego i śpiewał podczas nabożeństw. W rodzinnych wspomnieniach dziadek zachował się jako człowiek systematyczny - w tygodniu wstawał wcześnie do pracy przy gospodarstwie, a w niedzielę zakładał czarny garnitur i szedł grać do kościoła.
To Józef namówił Marię, aby posłała synów na naukę muzyki. Nie był jedynym źródłem domowego śpiewania, ale stał się pierwszym wyraźnym znakiem tego, że muzyka może wymagać regularności, pamięci, słuchu i wiedzy. Dla rodziny był kimś, kto pokazywał, że talent dziecka nie powinien zostać tylko domową ciekawostką, lecz zasługuje na prowadzenie i cierpliwą pracę. Właśnie z takiego przekonania wyrastała decyzja, by muzyczne predyspozycje synów Marii i Alfonsa traktować poważnie, zanim jeszcze stały się planem na zawodową przyszłość.
Również trzej bracia Stanisława związali życie z muzyką - jeden został skrzypkiem, dwóch grało na flecie. W dzieciństwie tworzyli jednak przede wszystkim domowy krąg, do którego docierały melodie kościelne, rodzinne śpiewy i opowieści z Wisły Małej oraz Studzionki. W takim otoczeniu pierwsze muzyczne słyszenie świata odbywało się przez ludzkie głosy - matki, ojca, braci, krewnych i dziadka przy organach.
Rozdział 2I aby żyć, siebie samego trzeba dać2
Jako siedmiolatek Stanisław Sojka rozpoczął publiczne występy w gliwickiej parafii. Był ministrantem, a podczas jednej z Mszy Świętych zaśpiewał psalm. Usłyszał go katedralny organista i po nabożeństwie zwrócił się do jego ojca z prośbą, aby przyprowadził syna na spotkanie chóru. Chłopiec chciał śpiewać. Tak rozpoczął się okres, który po latach Sojka nazywał jednym z doświadczeń formujących go muzycznie3.
W chórze katedralnym przy parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła śpiewał już ojciec Stanisława. Nie był to zespół dziecięcy, lecz mieszany, z wyznaczonymi głosami, próbami i repertuarem wymagającym skupienia. Mały Stanisław zaczynał w sopranach. Z czasem przeszedł do altów, a w latach dojrzewania do tenorów, ucząc się prowadzenia własnej partii i nabierając muzycznego doświadczenia.
W chórze wykonywał repertuar, który wymagał nie tylko mocnego głosu, ale także słuchania innych. Wspominał później nazwiska kompozytorów poznawanych już jako dziecko - Georga Friedricha Händla, Giovanniego Pierluigiego da Palestriny, Johanna Sebastiana Bacha i Giuseppe Verdiego. Jako dziewięciolatek wchodził już w ten repertuar, musiał słyszeć sąsiednie głosy, stroić się z nimi i pilnować, aby wspólne brzmienie pozostało harmonijne.
Występy w chórze różniły się od domowego śpiewania. Były długie próby, pulpit nutowy, wskazania prowadzącego i dyscyplina zespołu. Sojka zapamiętał chór jako szkołę bycia "w środku muzyki" - każdy głos miał własne zadanie, ale żaden nie mógł istnieć osobno. W takim układzie uczył się frazy, oddechu i odpowiedzialności za cudze brzmienie, zanim jeszcze pomyślał o samodzielnym występowaniu na scenie. Wtedy Sojka zrozumiał, że muzyka jest jego życiem4.
Równolegle pojawiły się skrzypce. Jako sześciolatek rozpoczął naukę w gliwickiej szkole muzycznej, właśnie w klasie skrzypiec. Instrument szybko pokazał mu inną stronę muzyki niż śpiew. Głos reagował od razu, a skrzypce wymagały długiej, cierpliwej pracy, zanim zabrzmiały dźwiękiem, który sam uznawał za naprawdę muzyczny. Stanisław wcześnie czytał nuty i miał łatwość śpiewu, lecz przy instrumencie trzeba było budować sprawność krok po kroku.
W tamtych latach te dwie drogi istniały obok siebie. Śpiew przynosił natychmiastowy kontakt z muzyką, a skrzypce stawiały opór. Ćwiczenie gam i etiud przegrywało czasem z dziecięcą potrzebą ruchu, ale instrument pozostał częścią jego pierwszego muzycznego wykształcenia. To na skrzypcach uczył się porządku zapisu, intonacji i codziennego powracania do tych samych trudnych muzycznych miejsc.
W wieku czternastu lat został organistą kościelnym. Ten obowiązek przenosił go z chóralnego szeregu na miejsce, z którego trzeba było prowadzić śpiew i czuwać nad muzyczną oprawą liturgii. Nie chodziło już wyłącznie o wykonanie własnej partii. Przy organach potrzebne były pamięć, znajomość pieśni, opanowanie instrumentu i punktualność. Zaczynał od zastępstwa przy organach. Nastoletni Sojka zapewniał oprawę muzyczną niedzielnych Mszy Świętych, grając części stałe i zmienne. Po latach wspominał, że jednego dnia musiał zagrać aż na sześciu nabożeństwach5. Organy wymagały znajomości klawiatury, rejestrów i mechanizmu instrumentu. Młody muzyk zaglądał do ich wnętrza i uczył się ich możliwości od kościelnego organisty, pana Wacka.
W tym samym okresie był związany z ruchem oazowym jako animator muzyczny i kantor. Śpiew nie kończył się więc na próbach chóru. Pojawiał się podczas nabożeństw, spotkań i młodzieżowych form życia parafialnego, w których muzyka miała porządkować modlitwę i integrować wspólnotę.
Pierwsze kościelne obowiązki dawały mu także pierwsze zarobione pieniądze. Grał na ślubach, a po jednej z sobót przyniósł do domu kwotę równą jednej czwartej miesięcznej pensji ojca. To zmieniło sposób patrzenia Alfonsa Sojki na muzyczne aktywności syna. Wcześniej uważał, że mężczyzna powinien mieć w ręku solidny fach, teraz zobaczył, że muzyka także może stać się pracą wymagającą umiejętności, odpowiedzialności i zaufania ludzi.
Przed nastoletnim Stanisławem były jeszcze kolejne szkoły, zespoły i sceny, lecz pierwsze publiczne występy miały miejsce właśnie w Gliwicach. Z tych doświadczeń wyrastał młody muzyk osłuchany z wielogłosem, nauczony nut, liturgicznego porządku i pracy wykonywanej w wyznaczonym czasie.
Rozdział 3Póki każdy wysiłek w miłość się obraca6
Stanisław Sojka kontynuował naukę w kolejnych klasach szkoły muzycznej w Gliwicach przy ulicy Wieczorka. Coraz lepiej radził sobie z wymaganiami, jakie stawiał przed nim instrument muzyczny. Skrzypce wymuszały inny rodzaj skupienia niż śpiew. Ćwiczenie palców, intonacja, smyczek i zapis nutowy porządkowały muzykę w codziennych zadaniach. Sojka wcześnie czytał nuty, a szkolna praca z instrumentem dawała mu podstawy potrzebne nie tylko skrzypkowi, lecz także przyszłemu wokaliście, pianiście i kompozytorowi. W tej edukacji głos pozostawał naturalnym narzędziem, ale skrzypce pilnowały dyscypliny dźwięku.
Gliwicki etap nie ograniczał się jednak do lekcji instrumentu. Szkoła muzyczna wprowadzała Sojkę w regularny rytm ćwiczeń, sprawdzianów, przesłuchań i czytania nut, a równocześnie pozostawiała w codziennym kontakcie z parafialnym śpiewem. Między szkolną salą, domem i kościołem powstawał porządek dnia, w którym muzyka miała już kilka różnych języków - jeden należał do chóru, drugi do skrzypiec, trzeci do organów, czwarty do szkolnych przedmiotów teoretycznych.
Kolejnym miejscem nauki było liceum muzyczne w Katowicach. Dojazdy z rodzinnego domu prowadziły go w stronę miasta, które razem z Gliwicami tworzyło najważniejszy obszar jego młodości. Po latach mówił, że właśnie Gliwice i Katowice, gdzie spędził pierwszych osiemnaście lat życia, uformowały go jako człowieka i artystę. W liceum kontynuował naukę w klasie skrzypiec, poszerzając szkolny warsztat o przedmioty i umiejętności (oprócz dodatkowych godzin ćwiczeń były także dodatkowe przedmioty szkolne) potrzebne przyszłemu zawodowemu muzykowi.
Katowicka szkoła oznaczała wejście w środowisko rówieśników wybierających podobną drogę. Nauka gry pozostawała ważna, lecz coraz większe znaczenie miało przygotowanie ogólnomuzyczne - obycie z harmonią, słuchanie wielogłosu, czytanie zapisu nutowego i poruszanie się między repertuarem klasycznym a muzyką, którą Stanisław poznawał poza szkolną rutyną.
Po liceum przyszedł czas na Akademię Muzyczną im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Sojka wybrał kierunek związany z aranżacją i kompozycją. Był to krok od wykonywania cudzych partii do rozumienia, jak buduje się muzyczną całość - jak rozpisuje się głosy, prowadzi harmonię, układa brzmienie zespołu i jak myśli się o formie utworu. Akademia dawała narzędzia potrzebne muzykowi, który nie chciał pozostawać wyłącznie wykonawcą.
Katowicka uczelnia miała wówczas własne środowisko muzyki rozrywkowej i jazzowej. Big-band Akademii Muzycznej działał od 1972 roku na ówczesnym Wydziale Muzyki Rozrywkowej, a dla studentów był praktycznym warsztatem gry zespołowej, aranżacji i kontaktu z dużym składem instrumentalnym. W takim otoczeniu Sojka mógł łączyć wiedzę wynoszoną z zajęć z doświadczeniem żywego zespołu.
W czasie studiów został wokalistą big-bandu Puls. Nie stał już tylko przed nutami zapisanymi na szkolne potrzeby. Musiał wejść w pracę dużej formacji, w której sekcja rytmiczna, instrumenty dęte, aranżacje i partie solowe wymagały precyzyjnego porozumienia. Wokalista w big-bandzie nie był dodatkiem do orkiestry. Jego wejścia, oddechy i frazy musiały znaleźć miejsce w gotowej konstrukcji brzmieniowej.
Z Pulsu wyszły pierwsze nagrania Sojki dla Polskiego Radia w Katowicach. To było ważne doświadczenie, ponieważ śpiew rejestrowany w studiu zostawiał inny ślad niż próba, lekcja czy występ w kościele. Mikrofon i zapis radiowy wymagały powtarzalności, kontroli nad dynamiką i pewności frazy. Młody wokalista trafiał w ten sposób do świata profesjonalnych nagrań jeszcze przed pełnym wejściem na ogólnopolską scenę.
Rozdział 4Kariera, sława, blaski7
W listopadzie 1979 roku Stanisław Sojka stanął przed warszawską publicznością w Filharmonii Narodowej. Miał za sobą śląskie szkoły, chóralne doświadczenie, pracę przy organach, studia i pierwsze radiowe nagrania, ale dopiero ten recital stał się jego zawodowym wejściem na dużą scenę. W programie znalazła się muzyka bluesowa i gospel, a także utwory Raya Charlesa, Carole King i zespołu The Beatles. Sojka swobodnie przechodził między pieśnią religijną, standardem jazzowym, soulem i piosenką znaną z anglosaskiego repertuaru. W jego programie pojawiły się między innymi You've Got a Friend, Let It Be, Summertime, Amazing Grace oraz Isn't She Lovely.
Recital został zarejestrowany, a jego zapis trafił na pierwszą płytę Sojki zatytułowaną Don't You Cry. Album ukazał się w 1979 roku nakładem Poljazzu. Na okładce widniało jeszcze nazwisko "Sojka", bez późniejszej, częściej używanej formy "Soyka". Płyta miała charakter koncertowy i zachowywała brzmienie młodego wokalisty uchwyconego w chwili pierwszej ogólnopolskiej prezentacji.
Dwa lata później, w 1981 roku, ukazała się płyta Blublula nagrana z triem Wojciecha Karolaka. W składzie zespołu znaleźli się Wojciech Karolak, Zbigniew Wegehaupt i Czesław Bartkowski. Album wydały Polskie Nagrania "Muza", a tytuł szybko stał się jednym z najważniejszych punktów wczesnej dyskografii Sojki.
Na Blubluli Sojka wszedł głębiej w język jazzu. Płyta zawierała między innymi I'm Just a Lucky So and So Duke'a Ellingtona i Macka Davida, Satin Doll Duke'a Ellingtona, Johnny'ego Mercera i Billy'ego Strayhorna, Blue Monk Theloniousa Monka, Doxy Sonny'ego Rollinsa, P.S. (All Blues) Milesa Davisa oraz Naimę Johna Coltrane'a. Wokal młodego artysty spotykał się tu z doświadczonym triem, które nadało standardom zwartą, klubową formę.
Wojciech Karolak miał już mocną pozycję w polskim jazzie jako pianista, muzyk grający na organach Hammonda, kompozytor i aranżer. Zbigniew Wegehaupt należał do ważnych kontrabasistów młodszego pokolenia, a Czesław Bartkowski był perkusistą obecnym w wielu czołowych składach jazzowych. W takim zespole Sojka nie występował już tylko jako obiecujący głos po debiucie, lecz jako partner w rozmowie z muzykami o dużym doświadczeniu scenicznym i studyjnym.
Blublula przyniosła Stanisławowi Sojce sukces znacznie szerszy niż uznanie środowiska skupionego wokół pierwszej płyty. Album został uznany za Jazzową Płytę Roku 1981 i rozszedł się w "złotym nakładzie"8. Wśród utworów szczególnie zapamiętanych z tego wydawnictwa znalazły się interpretacje standardów, które pozwalały słuchaczom usłyszeć Sojkę zarówno jako wokalistę jazzowego, jak i muzyka swobodnie poruszającego się w rytmie, harmonii i improwizacyjnej energii zespołu.
W tym samym okresie na Sojkę zwrócił uwagę Willis Conover, amerykański prezenter radiowy i krytyk jazzowy, przez lata związany z audycjami jazzowymi rozgłośni Voice of America. Conover, obecny w Polsce podczas Jazz Jamboree, po usłyszeniu Sojki miał nazwać go "najlepiej strzeżonym sekretem muzyki polskiej"9.
Po Don't You Cry i Blubluli nazwisko Sojki było już związane nie tylko ze śląską drogą edukacji i pierwszymi nagraniami radiowymi, lecz także z ogólnopolską sceną jazzową. W ciągu krótkiego czasu od debiutu w Filharmonii Narodowej powstały dwa wydawnictwa, które utrwaliły jego głos - pierwsze jako zapis warszawskiego recitalu, drugie jako spotkanie z triem Wojciecha Karolaka i klasycznym repertuarem jazzowym.
Rozdział 5To twoja droga10
W 1982 roku ukazała się płyta Soyka Sings Ellington wydana przez Helicon. Na okładce i w katalogowym zapisie tego albumu pojawiła się już forma "Soyka", która z czasem stała się jego rozpoznawalnym pseudonimem artystycznym, używanym obok metrykalnego nazwiska Sojka. Nie oznaczała zerwania z własnym nazwiskiem, lecz wejście w obieg sceniczny i płytowy, w którym anglojęzyczny repertuar, zagraniczne festiwale i międzynarodowe kontakty coraz mocniej wyznaczały kierunek pierwszej połowy lat osiemdziesiątych.
Album poświęcony był muzyce Duke'a Ellingtona. Na płycie znalazły się utwory: Do Nothing Till You Hear From Me, Lost In Meditation, I Never Felt This Way Before, Come Sunday, Don't Get Around Much Anymore i Love You Madly. Sojce towarzyszyli Włodzimierz Nahorny przy fortepianie, Andrzej Przybielski na trąbce i Jacek Sobek na perkusji. Nagrania powstały w Krakowie, w Studiu Teatru STU, na przełomie marca i kwietnia. Był to czas stanu wojennego. Drogę między Hotelem Orbis "Cracovia" a Teatrem STU pokonywano dzięki specjalnym przepustkom, pozwalającym poruszać się po mieście podczas godziny policyjnej. W takich okolicznościach powstał album z repertuarem jednego z najważniejszych kompozytorów amerykańskiego jazzu.
Po Soyka Sings Ellington pozycja Sojki jako wokalisty jazzowego była już mocna. W kolejnych latach występował na festiwalach w Polsce i za granicą. Wśród miejsc wymienianych w biografiach pojawiały się All Stars Jazz Fest w Sztokholmie, Umbria Jazz Festival w Perugii i Nancy Jazz Pulsations. Scena, na której występował Sojka, stawała się międzynarodowa. Koncerty układały się w rytm wyjazdów, prób, podróży, hoteli i lotnisk, a nazwisko Soyka zaczęło funkcjonować poza polskim obiegiem muzycznym.
Ten czas nie zamknął się jednak wyłącznie w jazzowej formule. W latach osiemdziesiątych Sojka sięgał również po rock i jazz-rock. Współpracował z grupami Extra Ball i Sun Ship, a w 1984 roku został wokalistą efemerycznej formacji Svora. W zespole grali między innymi Janusz "Yanina" Iwański, Antoni Gralak oraz Mateusz i Marcin Pospieszalscy. Ze Svorą Sojka wystąpił na festiwalu w Jarocinie, wchodząc na scenę kojarzoną z inną energią niż sale jazzowe czy filharmoniczne.
W 1986 roku Stanisław Sojka podpisał kontrakt z zachodnioniemieckim oddziałem wytwórni RCA. Dla tej firmy nagrał album zatytułowany Stanisław Soyka, określany później jako jego pierwsza autorska płyta nagrana w Anglii z muzykami angielskimi i amerykańskimi. W nagraniach uczestniczyli Geoff Dugmore, Steve Greetham, Chris Jarrett, Jim Dvorak, Harrison Smith, Zbigniew Brysiak i Annabel Lamb. Na płycie znalazły się piosenki Fade Away, Slow It Down, Never Fear, It's Raining, Love Is Crazy, Bat An Eye, Heaven, Fellow Man i Father's Lullaby (Jacob's Song).
Dwa lata później pojawił się singiel The Spirit Of The West, również wydany przez RCA, a imię i nazwisko artysty zapisano tam jako Stan Soyka. Producentem nagrania był Harold Faltermeyer. Ten epizod należał do międzynarodowego rozdziału kariery, w którym artysta funkcjonował w realiach zachodniej wytwórni, promocji i pracy podporządkowanej rynkowi fonograficznemu.
Z czasem Sojka coraz wyraźniej odczuwał różnicę między nagrywaniem i promowaniem płyty za granicą a graniem dla publiczności. W wywiadzie dla "Playboya" wspominał: "Jedyną bolączką było to, że miałem niezwykle mało okazji do grania na żywo. Grywałem w radiach, programach telewizyjnych. Życie koncertowe było całkowicie podporządkowane kampaniom promocyjnym"11. Pod koniec 1987 roku zdecydował, że musi wrócić do Polski.
Rozdział 6Budować ściany wokół siebie - marna sztuka12
W 1988 roku Stanisław Sojka rozpoczął współpracę z Januszem "Yaniną" Iwańskim, gitarzystą jazz-rockowej grupy Tie Break. Po latach nagrywania i koncertowania w różnych składach wszedł w duet, który był początkiem długiej i owocnej współpracy. Obok Stanisława Sojki i Janusza Iwańskiego pojawiali się tam muzycy związani z kręgiem Tie Breaku, a kolejne nagrania układały się w osobny etap jego działalności scenicznej i fonograficznej.
Ta współpraca nie miała charakteru krótkiego spotkania dwóch muzyków przy jednym projekcie. Sojka śpiewał, grał na fortepianie, gitarze i skrzypcach, "Yanina" prowadził partie gitarowe, a wokół nich pojawiał się skład zdolny łączyć piosenkę, jazz, rockowe doświadczenie i akustyczne brzmienie. Album koncertowy In Concert z 1989 roku rozpoczął ponad sześcioletni okres obecności duetu Soyka-Yanina na polskiej scenie.
Najważniejszym albumem tamtego czasu stał się Acoustic. Materiał zrealizowano w sierpniu 1991 roku w Studiu Wisła. W nagraniach uczestniczyli między innymi Janusz "Yanina" Iwański, Witold E. Rek, Jerzy Piotrowski, Bernard Maseli, Antoni Gralak, Mateusz Pospieszalski, Jacek Wąsowski, Jan Pilch, Radek Nowakowski i Jan Kanty Pawluśkiewicz. Na płycie znalazły się utwory: One Hundred Years Krzysztofa Komedy, I Never Felt This Before, Take It Home, Mr Cool, No Place for Poetry, Cud niepamięci, Play It Again, Railway Hotel, All About You, Tak jak w kinie i Hard to Part. Sojka wystąpił jako wokalista oraz instrumentalista grający na fortepianie, gitarze i skrzypcach.
Album Acoustic szybko stał się jednym z najważniejszych w dorobku Stanisława Sojki. Artysta przy okazji rozmów o tej płycie wspominał mecenat Dietera Meiera z grupy Yello, niezależne wydanie przez Zic Zac, ponad czterysta tysięcy legalnie sprzedanych egzemplarzy i przełom, jaki album przyniósł w jego karierze. Dodawał też, że tym akustycznym nagraniem przypadkowo wyprzedził modę na koncerty unplugged. W późniejszych opisach reedycji wskazywano Cud niepamięci i Play It Again jako utwory, które na stałe weszły do historii polskiej muzyki popowej.
W lutym 1991 roku w Warszawie odbył się koncert Tolerancja zorganizowany na rzecz osób chorujących na AIDS. Z inicjatywą jego powstania wyszedł ksiądz Arkadiusz Nowak, a gospodarzami wydarzenia zostali Stanisław Sojka i Janusz "Yanina" Iwański. Akcję wsparli również inni artyści, między innymi Kora, Czesław Niemen, Marek Grechuta i Halina Frąckowiak. Na potrzeby tego koncertu powstała kultowa piosenka Tolerancja/ Na miły Bóg. Utwór ten stanowił muzyczną klamrę akcji ze względu na przesłanie - nie tylko inicjatywy, lecz także samej Tolerancji. Sojka nie tylko stworzył tę piosenkę, ale również odwiedzał chorych na AIDS w ośrodkach, między innymi w Konstancinie. Utwór więc scalał przesłanie koncertu i akcji, zwracając uwagę na to, jak ważna jest odwaga, pokora, ale też szacunek wobec drugiego człowieka, zwłaszcza chorego. Sojka opowiadał później, że napisał utwór szybko, w domowych warunkach, wśród dzieci i gości13.
W 1992 roku ukazał się album Neopositive nagrany w studiu położonym wysoko w górach. Płytę otwierała tradycyjna przyśpiewka tatrzańska Hej kiebyś miała..., a zaraz po niej pojawiała się Tolerancja. Na płycie znalazły się także Like a Rolling Stone Boba Dylana, Kiedy jesteś taka bliska, Abstract Uno, Złe sny, Handwriting on the Wall, Pay Attention, Love in Vain, Disappear oraz Moja Ojczyzna Czesława Niemena do słów Cypriana Kamila Norwida.
Na Neopositive Sojka śpiewał, grał na pianinie, gitarze akustycznej i skrzypcach. Janusz "Yanina" Iwański odpowiadał za gitarę akustyczną i elektryczną, Mateusz Pospieszalski za saksofony altowy i sopranowy, a Piotr "Jackson" Wolski za instrumenty perkusyjne. Utwór Tolerancja stał się nie tylko ogromnym przebojem, ale także kultowym hymnem, który już zawsze będzie znakiem rozpoznawczym Stanisława Sojki.
Rozdział 7Miłość potrafi przecież wielkie rany bliźnić14
Rok 1991 przyniósł Stanisławowi Sojce z jednej strony coraz mocniejszą obecność na scenie, z drugiej - coraz większe napięcie w życiu prywatnym. Był już artystą rozpoznawanym poza środowiskiem jazzowym, między innymi po sukcesie albumu Acoustic i piosenek, które wyniosły go na szczyt popularności. W tym samym czasie trwało jego małżeństwo z Iwoną Suwarą, skrzypaczką poznaną w latach młodości, jeszcze przed największym natężeniem koncertów, nagrań i wyjazdów.
Z Iwoną miał już dwóch synów: Jakuba, urodzonego w 1981 roku, oraz Antoniego, który przyszedł na świat trzy lata później. Rodzina dojrzewała obok kariery, która wymagała od Sojki coraz częstszej pracy poza domem. W 1992 roku do starszych braci dołączyli bliźniacy, Marcin i Jan. Czterech synów stało się później jednym z najważniejszych punktów odniesienia w wypowiedziach Sojki o odpowiedzialności, honorze i granicach własnych błędów.
W 1991 roku Sojka nie ograniczał się do tworzenia autorskich płyt. Wydał świąteczny album Kolędy polskie, a dla Grażyny Łobaszewskiej skomponował piosenkę Wszystko, co złe, omija mnie. Utwór napisany do słów Waldemara Chylińskiego zdobył pierwszą nagrodę w konkursie Premiery podczas 28. Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, ex aequo z piosenką Sobą być Zbigniewa Wodeckiego i Janusza Terakowskiego. W tym samym roku ukazał się także zbiór wierszy Sojki zatytułowany Fracha.
Początek lat dziewięćdziesiątych przyniósł również spotkanie z Grażyną Trelą. Ta aktorka teatralna i filmowa poznała Sojkę w 1991 roku na jednej z muzycznych imprez w Krakowie. Ich romantyczna relacja szybko stała się tematem plotek, ponieważ artysta miał wówczas dwoje dzieci i żonę, która spodziewała się bliźniaków. Romans z Trelą doprowadził do rozpadu małżeństwa.
W 1992 roku Sojka był u szczytu popularności. Został krajową Gwiazdą Roku w plebiscycie czytelników młodzieżowego magazynu "Popcorn", a na festiwalu sopockim zdobył Bursztynowego Słowika.
W życiu rodzinnym ten sam czas oznaczał rozstanie, którego skutki Sojka po latach opisywał bez łagodzenia własnej odpowiedzialności. Mówił, że odszedł od żony i synów, a związek z Grażyną Trelą przyniósł "niewyobrażalne turbulencje" w jego życiu rodzinnym15. W późniejszych rozmowach wracał do kwestii winy, potrzeby dialogu i przekonania, że nie chciał opuścić dzieci ani zerwać dobrych relacji z ich matką.
W 1993 roku ukazał się koncertowy album Soyka, Yanina & Kompania Live, w późniejszych biogramach wymieniany także jako Live z Yaniną. Wydawnictwo dokumentowało występ telewizyjny z 1992 roku, a obok Sojki i Janusza "Yaniny" Iwańskiego pojawili się Marcin Pospieszalski oraz Piotr "Jackson" Wolski. Na płycie znalazły się takie utwory jak: Kiedy jesteś taka bliska, Cud niepamięci, Play It Again i Tolerancja.
Związek z Grażyną Trelą trwał około sześciu lat. Po jego zakończeniu Sojka przez pewien czas pozostawał sam, przekonany, że nie ułoży już sobie życia z żadną kobietą. Później poznał jednak Ewę Żmijewską, która została jego żoną i menedżerką. U jej boku porządkował życie po wcześniejszych rozstaniach, zachowując więzi z synami i kontynuując pracę sceniczną.
1 Cytat z piosenki Stanisława Sojki Jak dzieci.
2 Cytat z piosenki Stanisława Sojki Tolerancja.
3 S. Sojka, Grał w kościele na organach, odśnieżał podwórka za mamę dozorczynię... Sekrety dzieciństwa Staszka Soyki w wywiadzie, którego udzielił w rodzinnych Gliwicach, rozm. przepr. K. Przybyszewska-Ortonowska, VIVA!, 22.08.2025, https://gwiazdy.viva.pl/rozrywka/gral-w-kosciele-na-organach-odsniezal-podworka-za-mame-dozorczynie-sekrety-dziecinstwa-staszka-soyki-w-wywiadzie-ktorego-udzielil-w-rodzinnych-gliwicach/ [dostęp: 2.06.2026].
4 Tamże.
5 Tamże.
6 Cytat z piosenki Stanisława Sojki Życie to krótki sen.
7 Cytat z piosenki Stanisława Sojki Są na tym świecie rzeczy.
8 "Złoty nakład" otrzymują albumy, których sprzedaż przekroczyła określony próg liczby egzemplarzy. Blublulę wydano w ogromnym, jak na płytę jazzową, nakładzie stu tysięcy egzemplarzy [przyp. red.].
9 Biografia. Wokalista jazzowy, pianista, kompozytor..., Soyka.pl, https://soyka.pl/?akt=29&cat=0 [dostęp: 2.06.2026].
10 Cytat z piosenki Stanisława Sojki To twoja droga.
11 S. Sojka, Stanisław Soyka, rozm. przepr. R. Księżyk. Wywiadowcy.pl, przedruk z "Playboya" nr 2/2010, https://wywiadowcy.pl/stanislaw-soyka/ [dostęp: 2.06.2026].
12 Cytat z piosenki Stanisława Sojki Tolerancja.
13 Zob. W. Figiel, "Tolerancja" była największym przebojem Stanisława Soyki. Spełniła jego artystyczne marzenie, Interia Muzyka, 22.08.2025, https://muzyka.interia.pl/pop/news-tolerancja-byla-najwiekszym-przebojem-stanislawa-soyki-speln,nId,22176978 [dostęp: 2.06.2026].
14 Cytat z piosenki Stanisława Sojki Zależy mi.
15 Zob. A. Święcicka, Rozpalała wyobraźnię milionów mężczyzn. Dla niej Sojka porzucił ciężarną żonę i synów, Plejada, 29.06.2024, https://plejada.pl/newsy/grazyna-trela-seksbomba-dla-ktorej-sojka-porzucil-ciezarna-zone/0tkn8pe [dostęp: 2.06.2026].