ROZDZIAŁ 1
Duszący zapach Pani Walewskiej
- W końcu musisz mi przyznać rację! Tak się nie zachowują dorośli ludzie! - Witold Kostrzewski sapnął głośno i upił spory łyk przestygłej kawy. - Nawet ta filiżanka jest wybrakowana! - dodał po chwili, wpatrując się w wyszczerbioną porcelanę. - W tym domu wszystko chyli się ku upadkowi! Łącznie z zastawą!
- Witek, nie dramatyzuj jak stara baba nad własnym grobem! - prychnęła jego starsza siostra, poprawiając jedwabny żabot bluzki na specjalne okazje. - Sam żeś te skorupy z szafki naszej świętej pamięci mamusi, świeć Panie nad jej duszą, wyciągnął, krzycząc wszem wobec, że to niezwykle cenna porcelana. Wszystkie talerze i spodki pod lupę wziąłeś, szukając jakiejś tam tej... koafiury!
- Sygnatury, Eugenio, na litość boską! - zapowietrzył się Witold. - Sygnatury! To jest znak firmowy producenta, którym oznacza się każdy egzemplarz naczynia. Te tutaj, o... - wysiorbał szybko resztki kawy z filiżanki i odwrócił ją spodem do góry, z dumą prezentując przetarte już nieco symbole - pochodzą z manufaktury miśnieńskiej! Zwróć uwagę na te dwa skrzyżowane miecze, pomalowane podszkliwnym kobaltem...
- Jak zwał, tak zwał! - przerwała mu niecierpliwie Eugenia i już chciała dodać jakąś kąśliwą uwagę, ale nagle urwała i rozejrzała się uważnie.
W zazwyczaj na błysk wysprzątanym salonie Kostrzewskich panował teraz niezły rozgardiasz. Na kanapie poniewierały się jakieś męskie swetry i kobiece fatałaszki, szklana ława zastawiona była baterią brudnych kubków po bardzo mocnej herbacie, a na środku pokoju tkwiła rzucona niedbale na wpół rozbebeszona walizka Witolda.
- Nie mogłeś trochę ogarnąć tej stajni Augiasza? - rzuciła z wyrzutem w kierunku brata Eugenia. - Wszystko zawsze na głowie biednej Aurelii! A propos, gdzie ona jest? Jeszcze śpi?
- A jakże! W pokoju gościnnym! Wróciła zaledwie dwie godziny po mnie - rzucił z urazą w głosie Witold. - Nawet nie zdążyłem ust otworzyć, a od razu histerycznie na mnie wyskoczyła, żebym o nic nie pytał! Rozumiesz coś z tego?! Należą mi się w końcu jakieś wyjaśnienia, do cholery!
- Oczywiście, że się należą, Witoldzie. - Od strony korytarza dobiegł nagle łagodny kobiecy głos.
Głowy siedzących przy stole jak na komendę odwróciły się w kierunku, skąd dochodził. W drzwiach stała wyprostowana jak struna Aurelia. Uśmiechała się lekko, choć jej podkrążone jasne oczy pozostały poważne, wręcz smutne. Była ubrana w puchaty czerwony szlafrok, przewiązany ciasno w wąskiej talii. Jej włosy, zebrane w niedbały węzeł na czubku głowy, opadały łagodnymi pasmami na blade policzki. Aurelia podeszła do stołu, poprawiła machinalnie podwiniętą szydełkową serwetę leżącą na blacie i usiadła ciężko na krześle.
- Poza tym, gwoli ścisłości, prosiłam cię o chwilę oddechu wcale nie histerycznie, a błagalnie, mój drogi. Byłam wykończona.
- Jak mogłaś zostawić mnie na pastwę losu? Ja tu odchodziłem od zmysłów - szepnął z wyrzutem Witold i po sekundzie wahania położył swoją dużą kwadratową rękę na drobnej dłoni żony.
Eugenia już otwierała usta, żeby skomentować po swojemu tyradę brata, ale Aurelia uciszyła szwagierkę jednym szybkim i stanowczym spojrzeniem.
- Napisałam ci krótką wiadomość, że wracam za kilka dni - wyjaśniła cierpliwie. - Naprawdę musiałam zostać sama i przy okazji załatwić pewną ogromnie ważną sprawę. Nie miałam pojęcia, że zinterpretujesz moje słowa po swojemu i bez chwili namysłu ruszysz do Niny, do Holandii. Skąd ci to przyszło do głowy?
- A, czyli już wszystko wiesz! - Witold błyskawicznie cofnął rękę. - A co miałem sobie pomyśleć? To naturalne, że pierwszym, co mi przyszło na myśl w związku z twoim tajemniczym zniknięciem, było nasze dziecko.
- Czyli według ciebie w moim życiu istnieje tylko Nina? Nie mogę mieć już innych... swoich spraw, niezwiązanych z naszą rodziną?
- Bardzo was przepraszam, moi drodzy, ale chyba na mnie pora! - Eugenia odchrząknęła znacząco i z impetem odsunęła krzesło od stołu. - Nic tu po mnie. Nie pisałam się na rodzinnego mediatora i, szczerze mówiąc, nie mam ochoty opowiadać się po żadnej ze stron. Wolę pozostać NEUTRALNA.
- A to coś nowego - mruknęła pod nosem Aurelia.
Od kiedy pamiętała, szwagierka zawsze uwielbiała wsadzać nos w nie swoje sprawy, pytana, a raczej zdecydowanie częściej niepytana, wygłaszać swoje opinie i złote rady, a tu nagle taka zmiana!
- Mówiłaś coś, moja droga? - Eugenia nachyliła się nad Aurelią, roztaczając wokół nieco duszący zapach perfum Pani Walewska, których wiernie używała od lat. Twierdziła, że jako patriotce i wnuczce powstańca wielkopolskiego nie wypada jej stosować zagranicznych zapachowych odpowiedników, tym bardziej że Pani Walewska stanowiła znakomitą polską odpowiedź na zdecydowanie przereklamowaną francuską Chanel nr 5.
- Masz rację, droga Eugenio. Nie będę cię zatrzymywać - dyplomatycznie wybrnęła Aurelia, z całą mocą powstrzymując się od siarczystego kichnięcia. Pani Walewska wierciła ją w nosie, ale nie mogła w żaden sposób narazić się teraz Eugenii. Jeszcze, nie daj Boże, zmieniłaby zdanie, a Aurelia zdecydowanie wolała zostać z mężem sama. - Nie obrazisz się, jeżeli nie odprowadzimy cię do wyjścia? Mamy tu z Witoldem do pogadania...
- Oczywiście, już mnie nie ma - odezwała się szybko Eugenia.
Nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Po prawdzie miała cichą nadzieję, że Kostrzewscy zaprotestują i jednak poproszą ją o pozostanie i asystowanie przy rozmowie. Bądź co bądź miała za sobą lata doświadczeń w rodzinnych mediacjach, ale skoro nie, to nie. Bez łaski!
- Nie kłopoczcie się o mnie - dodała, a z jej słów powiało arktycznym chłodem. - Trafię do drzwi. Znam ten przybytek lepiej niż własną kieszeń. Tylko radzę, żebyście po tych waszych rozmowach trochę ogarnęli ten burdel, a przynajmniej uchylili okna, bo, pardon za bezpośredniość, siekierę tu można powiesić!
Kilka chwil potem solidne trzaśnięcie wrót głównych i energiczne stukanie obcasami po kamiennych schodach na zewnątrz niechybnie świadczyły o pozbyciu się, przynajmniej na jakiś czas, seniorki rodu. Zważywszy na dające wiele do zrozumienia huknięcie furtką, które zadźwięczało niczym wybuch z armaty, na zdecydowanie dłuższy czas.
Witold i Aurelia siedzieli przez chwilę w ciszy, a potem jak na zawołanie odezwali się w tym samym momencie:
- Ja...
- Chciałbym...
- Ty mów pierwsza - wspaniałomyślnie zezwolił Witold. - Ale najpierw odpowiedz mi na pytanie, gdzie się podziewałaś i dlaczego nie mogłaś mi po prostu o tym powiedzieć... Po co ta cała konspiracja, Relka?
Aurelia drgnęła i otworzyła szeroko oczy.
Relka... Reeelkaaa.... Już od tylu lat Witold tak do niej nie mówił. Tylko on nie przeciągał miękko samogłosek jak Emilka. To właśnie ona wymyśliła to zdrobnienie, wieki temu. Obie miały wtedy długie warkocze, słuchały Niemena i kochały się w charyzmatycznym amerykańskim Bobie Dylanie. A raczej to Aurelia się w nim kochała. Emilia miała już wówczas chłopaka. To była największa wspólna siostrzana tajemnica, okupiona przyrzeczeniem krwi. Mama nie mogła się o niczym dowiedzieć, bo od razu zrobiłaby karczemną awanturę. Obie siostry odnosiły wrażenie, że lubiła na nie krzyczeć i wiecznie je musztrować, tak jakby odreagowywała w ten sposób jakieś swoje niewyleczone traumy z przeszłości. Aurelia nie umiała sobie przypomnieć, czy Michalina Dobrzycka kiedykolwiek przytuliła którąś z córek. Tak po prostu, jak mama tuli do siebie swoje dziecko. Była szorstka, kostyczna i nigdy nie zmieniała raz podjętej decyzji. Świętym obowiązkiem panien Dobrzyckich były nauka, ślepe posłuszeństwo oraz kościół. Na ganianie za chłopakami miały jeszcze czas.
A przecież Emilka była prawie dorosła! Tego lata, kilka miesięcy po swoich siedemnastych urodzinach, po raz pierwszy pojechała nad morze, do Jelonkowa, razem z grupą młodych wiernych z kościelnej oazy. Mama zgodziła się na ten wypad tylko dlatego, że młodzież pojechała z księdzem Teofilem, który miał, podobnie jak ona, bardzo konserwatywne podejście do spraw świata i wiary. To właśnie na plaży w Jelonkowie Emilka całowała się po raz pierwszy. Miejscowy chłopak miał na imię Michał i mieszkał prawie przy samym morzu. Kilka tygodni temu Aurelia z czeluści pamięci wyszperała nazwę ulicy, o której wspominała kiedyś Emilia. A raczej nazwę cukierni, w której spotykali się młodzi zakochani. To właśnie tam pojechała w tajemnicy przed Witoldem, mając nadzieję, że ta cukiernia cały czas istnieje.