Wstęp
Na skutek uwarunkowań historycznych proces kształtowania się
arystokracji w Polsce przebiegał nieco inaczej niż w pozostałej części
Europy. W początkach istnienia naszego państwa elitę narodu tworzyli
członkowie drużyn książęcych pierwszych Piastów, z czasem
przekształcając się w rycerstwo utrzymujące się z ziemi nadanej prawem
lennym. W dobie średniowiecza najwyższym urzędnikom w Polsce
przysługiwał tytuł komesa, przy czym nie był to tytuł dziedziczny, a więc nie przechodził automatycznie z ojca na syna. Wprawdzie z reguły
piastowali go kolejni członkowie danego rodu, i to przez kilka pokoleń,
ale przejęcie urzędu oraz związanego z nim tytułu każdorazowo wiązało
się z koniecznością potwierdzenia tego faktu przez władcę. Od XV wieku
tytuł nadawany był nie przez monarchę, ale przez sejm.
Ponieważ wśród polskiej szlachty panowała zasada równości, najtrafniej
zobrazowana przez popularne przysłowie: "Szlachcic na zagrodzie równy
wojewodzie", w Polsce nigdy nie wykształcił się zwyczaj nadawania
dziedzicznych tytułów arystokratycznych. Rolę arystokracji w Rzeczypospolitej odgrywała magnateria, najbogatsza, a zarazem najwyższa
warstwa szlachty, której członkowie mieli niejednokrotnie znacznie
większy wpływ na rządy krajem niż dysponujący dziedzicznymi tytułami
francuscy parowie czy angielscy lordowie. Nie znaczy to oczywiście, że
naszym magnatom nie marzyły się tytuły, ale ponieważ nie mogli ich
otrzymać w kraju, starali się je uzyskać od władców zagranicznych,
głównie od Habsburgów. W ten sposób książętami zostali: Radziwiłłowie,
Denhoffowie czy Lubomirscy. Wprawdzie poczynania te nie podobały się
reszcie szlacheckiej braci, ale stojący na szczycie drabiny społecznej
magnaci nie zaprzątali sobie takimi drobnostkami głowy. Zresztą w czasach panowania Sasów, gdy wraz z władcami z dynastii Wettinów do
Polski przybyli także sascy urzędnicy noszący tytuły arystokratyczne,
nadawanie tytułów przestało budzić kontrowersje. Jednak warstwa, którą
dziś nazywamy arystokracją, a więc słowem wywodzącym się z języka
starogreckiego, które powstało z połączenia dwóch wyrazów áristos -
najlepszy oraz kratós - władza, powstała w Polsce dopiero na przełomie
XVIII i XIX stulecia.
Jak słusznie zauważał francuski socjolog Maurice Halb-wachs: "Klasa
arystokratyczna przez długi czas była podporą pamięci zbiorowej [...]
nigdzie poza tym nie odnajdujemy takiej ciągłości życia i myśli, nigdzie
ranga rodziny nie jest tak określona przez to, co ona i inni wiedzą o jej przeszłości"1. Warto dodać, że polska arystokracja
odegrała w naszej historii ważką rolę, którą trudno przecenić - dzięki
wysiłkom członków tej warstwy przetrwała polska kultura, ponieważ to
właśnie oni zakładali i utrzymywali muzea, teatry, jak również inne
placówki kulturalne, sponsorując jednocześnie różnego rodzaju
organizacje społeczne, czy fundując stypendia dla uzdolnionych artystów
i młodych naukowców. Jednak arystokraci mieli też życie prywatne,
kochali się, żenili - wiedzeni porywami serca, dobrem rodziny lub głosem
rozsądku, rozchodzili, i jak zwyczajni zjadacze chleba, cierpieli z miłości. A społeczeństwo bardzo chętnie nastawiało ucha na wszelkie
wieści dotyczące ich życia, szczególnie przygód miłosnych, zwłaszcza gdy
chodziło o osoby zamożne, znane, a często także zaangażowane w działalność polityczną.
A było o czym mówić, zważywszy, że w XVIII wieku, gdy, jak już wcześniej
wspomniano, pojawiła się polska arystokracja, nastąpiła deprecjacja
instytucji małżeństwa. Duży wpływ na ten stan rzeczy miał powszechny
zwyczaj wstępowania w związek małżeński nie tyle z miłości, ile kierując
się dobrem dwóch rodów, z których wywodzili się młodzi, ale także
swobodne obyczaje i liberalizacja docierająca nad Wisłę z rozbawionej,
oświeceniowej Francji. Zdaniem ówczesnych moralistów winę ponosił także
ostatni koronowany władca Rzeczypospolitej Stanisław August Poniatowski,
który wiódł beztroski żywot kawalera i hurtowo uwodził damy, zarówno
panny, jak i mężatki. Nic zatem dziwnego, że Julian Ursyn Niemcewicz
odsądzał monarchę od czci i wiary, oskarżając go wręcz o "zdeptanie
wiary małżeńskiej". Wydaje się jednak, że bardziej od złego przykładu
króla Stasia na rozluźnienie obyczajów wpłynęła sytuacja ówczesnych
kobiet. Historycy żyjący w tamtych czasach zgodnie przyznają, że wiek
XVIII był epoką wszechwładzy płci pięknej, chociaż wówczas nikt nie
słyszał o emancypacji czy równouprawnieniu. Trzeba bowiem przyznać, iż w drugiej połowie XVIII wieku kobiety rządziły formalnie lub nieformalnie
przeważającą częścią Europy. W Austrii władzę sprawowała Maria Teresa, w Rosji cesarzowa Elżbieta, a po niej Katarzyna Wielka, obie słynące z rozwiązłego trybu życia, a polityką Francji kierowały królewskie
metresy.
Tym przeobrażeniom towarzyszyły wspomniane wręcz rewolucyjne przemiany w sferze moralnej. Postępując zgodnie z zasadami oraz ideami głoszonymi
przez myślicieli, filozofów i pisarzy oświecenia, kobiety przestały
uważać za chlubę cnotę i wierność małżeńską, które, jeszcze niedawno
pożądane u płci pięknej, stały się wręcz obiektem drwin. Owej swobodzie
obyczajów sprzyjała w czasach późniejszych laicyzacja państwa,
rozpoczęta przez Napoleona Bonapartego, która wraz z powstaniem
namiastki polskiego państwa - Księstwa Warszawskiego - dotarła nad
Wisłę. Ponieważ na terenie tego kadłubkowatego państwa obowiązywał
kodeks Napoleona, który wprowadził rozwody, instytucja małżeństwa
jeszcze bardziej straciła na znaczeniu. Ówczesne polskie arystokratki
wzorowały się nie tylko na bohaterkach francuskich romansów, ale także
na partnerkach księcia Józefa Poniatowskiego - Henrietcie de Vauban,
którą z czasem u jego boku zastąpiła Polka, urodziwa Zofia z Potockich
Czosnowska.
Posiadanie kochanka, a najlepiej kilku, wciąż było w modzie. Mężowie
akceptowali taki stan rzeczy, wykazując się daleko idącą tolerancją
wobec swoich niewiernych małżonek, a nawet wzorem Adama Kazimierza
Czartoryskiego, męża uwodzicielskiej i bezpruderyjnej Izabeli, uznawali
za swoje dzieci będące owocem romansów żon. A kiedy nie chcieli tego
zrobić, ich połowice, jak chociażby Józefa Amalia z Mniszchów, druga
żona Stanisława Szczęsnego Potockiego, jednego z bohaterów tej
publikacji, znajdowały sposób, by ich do tego nakłonić. Bywało też, że
mężowie sami zachęcali swoje małżonki do flirtu i romansów, ponieważ
bogaci i wpływowi kochankowie ich żon chętnie pomagali w karierze tym,
którym za ich sprawą wyrosło na głowach obfite poroże. W owych czasach
zdarzało się, że już w dniu ślubu młoda para okazywała sobie obojętność,
a po z reguły nieudanej nocy poślubnej małżonkowie mieszkali oddzielnie,
każdy w swoim pałacu, znajdując szczęście w ramionach kochanek i kochanków. Co więcej, piękne damy wręcz rywalizowały między sobą o to,
która zaprosi do swojej alkowy młodszego i przystojniejszego mężczyznę.
Kawalerowie chętnie zaglądali do sypialń mężatek, bo odebranie cnoty
pannie mogło oznaczać przymuszenie do małżeństwa z ofiarą swoich
zapędów, dlatego woleli zamężne, bezpruderyjne damy. Pokutowała też
opinia, że młodzież męska nie powinna tłumić swoich seksualnych potrzeb
i zdobyć doświadczenie przed wstąpieniem w związek małżeński. Młodym
mężczyznom zalecano zatem, aby nie stronili od erotycznych przygód z kobietami publicznymi, jak wówczas nazywano prostytutki, czy aktorkami
lub tancerkami szukającymi sponsora i protektora. Ponieważ jednak
kawalerowie szukali też partnerki odpowiadającej im pod względem
intelektualnym, często decydowali się na przygodę z mężatką, dla której
romans był jedynie przerywnikiem jej monotonnej egzystencji. Ich mężowie
nierzadko robili po prostu dobrą minę do złej gry, udając, że ufają
swoim połowicom, i przymykali oko na ich erotyczne podboje. Korzystał z tego chociażby Wojciech Grzymała, bez przeszkód romansując ze słynącą z urody, którą udało się jej zachować do późnych lat, Aleksandrą
Zajączkową, żoną generała Józefa Zajączka. Pikanterii całej sprawie
dodawał fakt, że kochanek był młodszy od niej aż o czterdzieści lat.
Trzeba jednak przyznać, że nie wszystkich mężów stać było na taką
tolerancję jak generała. Konkurentów w sypialni swojej żony, Zuzanny z Jaworskich, nie tolerował chociażby książę Wincenty Woroniecki.
Dowiedziawszy się, że pod jego nieobecność Zuzannę odwiedza w wiadomych
celach mieszkający w sąsiedztwie przystojny kawaler, poprzysiągł mu
zemstę. Niespodziewanie wrócił do domu w środku nocy, prowadząc ze sobą
oddział kozaków. Amant pani Zuzanny, mając odciętą drogę odwrotu, sam
oddał się w ich ręce i wkrótce pożałował, że uległ wdziękowi nadobnej
Woronieckiej, bo ludzie księcia pobili go nahajkami i nieprzytomnego
zostawili na rozstaju dróg.
Liberalizacja obyczajów w sferze erotyki przyniosła jeszcze jedną
istotną zmianę: wcześniej to bogaci mężczyźni szukali przygód z kobietami z gminu, wieśniaczkami czy służącymi, a teraz również zamożne
damy nie gardziły młodymi partnerami, wprawdzie niedorównującym im
pozycją towarzyską, ale za to znacznie lepiej spisującymi się w łożu niż
ich poślubieni przed Bogiem i ludźmi mężowie. Niejeden lokaj zaznał
miłosnego upojenia w ramionach hrabianki czy księżnej pod nieobecność
jej małżonka. Znana dziewiętnastowieczna pamiętnikarka, Wirginia
Jezierska, wspomina o skandalu, jakim był romans żony "bogatego
obywatela Wołynia", niejakiego pana Złotnickiego, ze zwykłym furmanem. I nie było to krótkotrwałe zauroczenie, gdyż związek owej niedobranej pary
trwał całe trzy lata, a jurny woźnica zastępował swojego chlebodawcę w jego obowiązkach małżeńskich, gdy ten wyjeżdżał z domu w interesach. Nie
brakowało wprawdzie życzliwych, pragnących uświadomić Złotnickiego o poczynaniach jego rozpustnej małżonki, ale zakochany mężczyzna wszystkie
sugestie o jej niewierności traktował jako potwarz. Oczy otworzyły mu
dwa listy, w których anonimowy nadawca donosił, że furman nie tylko
romansuje z jego małżonką, ale też regularnie go okrada. Wówczas
postanowił się przekonać, ile jest prawdy w pogłoskach o niewierności
żony i udając, że wyjeżdża z domu, zaczaił się w krzakach pod oknem
sypialni. Ponoć gdy ujrzał, co się tam wyprawia pod jego nieobecność -
zemdlał. Kiedy oprzytomniał, kazał aresztować niecnego woźnicę, a ten
przyznał się do wszystkiego i zeznał, że tylko najstarszy potomek
Złotnickiego jest jego dzieckiem, co do średniego istnieją pewne
wątpliwości, a z całą pewnością wie, że jest ojcem najmłodszego.
Rozsierdzony Złotnicki odesłał żonę do klasztoru, a bękarta na wieś, pod
Moskwę, skąd pochodził jego biologiczny ojciec. Co ciekawe, opisująca
całą tę sytuację Jezierska nie współczuła bynajmniej zdradzanemu mężowi,
jej zdaniem cały incydent okrył "męża śmiesznością, gdyż on sam nikomu
nie oszczędził najskandaliczniejszych szczegółów". Pani Złotnicka miała
wyjątkowego pecha, że prawda o jej romansie i pochodzeniu dwójki
młodszych dzieci ujrzała światło dzienne, nie była bowiem jedyną, którą
pozamałżeńska przygoda wpędziła w kłopoty w postaci niechcianej ciąży. Z takim potomstwem radzono sobie dwojako: albo zostało uznane przez
prawowitego męża rozpustnej damy, albo oddawano je na wychowanie obcym
ludziom, wypłacając im sowite wynagrodzenie. Nierzadko potem owe dzieci
trafiały jednak do domu swoich biologicznych matek jako przygarnięte
przez nie sieroty. Taki los spotkał chociażby Cecylię Beydale, naturalną
córkę wspomnianej Izabeli Czartoryskiej, urodzoną w 1787 roku w Paryżu i oddaną na wychowanie nieznanej francuskiej rodzinie. Po rewolucji jej
biologiczna matka ściągnęła ją do siebie do Puław, gdzie jej wychowaniem
zajęła się najstarsza przyrodnia siostra, księżna Maria Wirtemberska,
notabene będąca owocem romansu księżnej z królem Stanisławem Augustem
Poniatowskim. Cecylia żyła w błogiej nieświadomości co do swego
pochodzenia do czasu, kiedy zakochała się z wzajemnością w Konstantym
Czartoryskim. Gdy młodzi postanowili się pobrać, ku rozpaczy dowiedzieli
się od księżnej, że nie mogą tego zrobić, bo są przyrodnim rodzeństwem.
Nierzadko bywało, że znudzeni sobą małżonkowie, wywodzący się z arystokracji, występowali o rozwód, a właściwie o unieważnienie swojego
związku. Wprawdzie sakrament małżeństwa nie podlega unieważnieniu, ale
prawo kościelne przewidywało jednak taką możliwość, a przyczyn mogących
do tego doprowadzić było wiele. Należały do nich chociażby: choroba
psychiczna, działanie pod wpływem błędu co do stanu psychicznego
małżonka, zawarcie małżeństwa pod przymusem czy impotencja. Jednak
znużone wspólnym życiem pary bardzo często występowały o unieważnienie,
mimo że nie było ku temu żadnych formalnych podstaw. Wówczas o pomyślnym
finale całej sprawy decydowała wysokość kwoty, za którą prawnicy gotowi
byli wynaleźć najróżniejsze sposoby na rozwiązanie związku małżeńskiego
swoich klientów i zwrócenie im upragnionej wolności.
Książka ta opowiada o romansach polskich arystokratów żyjących w XVIII i XIX stuleciu, jak również na początku XX. Poznajmy zatem perypetie
uczuciowe ludzi, których oglądamy na portretach w muzeach i o których
uczymy się w szkole na lekcjach historii czy języka polskiego i którzy,
podobnie jak my, przeżywali miłosne rozterki, nierzadko w cieniu
istotnych wydarzeń determinujących historię ich ojczyzny.
"Kobiety polityczne"
Wprawdzie osiemnastowieczni moraliści darli szaty nad upadkiem obyczajów
i znaczenia instytucji małżeństwa oraz moralną zgnilizną toczącą
społeczeństwo, to trzeba uczciwie przyznać, że poluzowanie norm
obyczajowych dało kobietom prawo do rozwijania swoich pasji i zainteresowań, jak również pozwoliło im zaistnieć w świecie polityki i odegrać pewną rolę w ówczesnej rzeczywistości. Dało się to zauważyć
również w Rzeczypospolitej, gdzie aż roi się od wybitnych
indywidualności w spódnicach, wystarczy wymienić tu: matkę ostatniego
króla Polski Konstancję z Czartoryskich Poniatowską, Izabelę z Czartoryskich Lubomirską, jej bratową Izabelę z Flemingów Czartoryską
czy Elżbietę z Branickich Sapieżynę.
Bez wątpienia jednak do swego rodzaju emancypacji kobiet przyczyniła się
już w XVII stuleciu królowa Ludwika Maria Gonzaga, która kolejno
poślubiła dwóch ostatnich królów z dynastii Wazów. Monarchini, ku
utrapieniu polskiej szlachty, z sukcesem parała się polityką. Wydatnie
wspierała w rządach swojego drugiego męża, Jana Kazimierza, którego,
zdaniem wielu, "wodziła niczym Etiopczyk słonia", ale też chęcią do
uczestniczenia w życiu publicznym zaraziła ówczesne kobiety. Wiadomo na
przykład, że w okresie bezkrólewia po śmierci Michała Korybuta
Wiśniowieckiego zagraniczni posłowie wyciągali wnioski na temat sytuacji
politycznej w Rzeczypospolitej niemal wyłącznie na podstawie... opinii
szlacheckich małżonek. Zdawano sobie sprawę, że to właśnie kobiety
nierzadko wpływały na zmianę stanowiska swoich mężów, przekonując ich do
udzielenia poparcia innemu kandydatowi na monarchę. Nawet Jan III
Sobieski wypytywał w listach swoją siostrę, o czym rozmawiają damy w Warszawie, uważał bowiem, że to istotne dla oceny aktualnej sytuacji
politycznej w państwie. Przełom XVII i XVIII stulecia w ówczesnej
Rzeczy-pospolitej niewątpliwie przyniósł zmiany kulturowe i obyczajowe,
które wpłynęły w znaczący sposób na sytuację ówczesnych kobiet. Z cichych, potulnych żon wiele z nich, zwłaszcza te żyjące na nieustannie
nękanych obcymi najazdami Kresach, przeistoczyło się w waleczne
bohaterki, jak Anna Dorota Chrzanowska, czy zarządczynie rozległych dóbr
jak Teofila Sobieska. A ich wiecznie nieobecni, walczący z wrogimi
wojskami mężowie, ojcowie i bracia siłą rzeczy przekazywali w ręce pań
nadzór nad domem, inwentarzem i majątkiem, z czym one doskonale sobie
radziły.
Co odważniejsze damy osobiście broniły swoich praw i to na forum
publicznym, jak chociażby niejaka Kunicka, która w 1672 roku poważyła
się nawet wtargnąć do izby senatorskiej z żądaniem natychmiastowego
usunięcia z niej wojewody sieradzkiego, Feliksa Potockiego, za to, iż
ten, pomimo wyroku sądowego, przetrzymywał dwóch chłopów zbiegłych z jej
majątku. Krewka niewiasta, nic sobie nie robiąc z gróźb senatorów,
doprowadziła do przerwania obrad, i to na dwie godziny, wojewoda
natomiast, rad nierad, musiał zapłacić jej dwa tysiące złotych w gotówce
tytułem rekompensaty. Nieoceniony Jan Chryzostom Pasek wspomina z kolei
o podwojewodzinie Sułkowskiej, która wyjątkowo dobitnie wyraziła swoją
antypatię wobec Jana Kazimierza, kiedy władca przyjechał w odwiedziny do
jej męża. Nie dość, że przywitała go gradem inwektyw, to jeszcze padła
na kolana, głośno modląc się do Boga, aby "tego króla wydziercę,
szarpacza, krwi niewinnej rozlewcę, pioruny strzaskały, żeby go ziemia
żywego pożarła, żeby go pierwsza kula nie minęła"2. W następnym
stuleciu Polki równie odważnie wyrażały swoje opinie, chociaż żadna nie
odważyła się wtargnąć na salę obrad. Pamiętnikarz Jędrzej Kitowicz
pisał, że w dobie Sejmu Czteroletniego "kobiety po całych sesjach
przesiadują na ganku w izbie sejmowej, dają znaki posłom i senatorom
przymileniem ust lub marszczeniem czoła, co im się podoba, a co nie
podoba"3.
Bez wątpienia jedną z najwybitniejszych "kobiet politycznych", jak
wówczas nazywano damy parające się polityką i mające wpływ na losy
Rzeczypospolitej, była Elżbieta z Lubomirskich Sieniawska, żyjąca na
przełomie XVII i XVIII stulecia. Ta niezwykła dama, obdarzona niebywale
silną indywidualnością, była bardzo energiczna i przedsiębiorcza, a pod
wieloma względami przewyższała ówczesnych mężczyzn, z własnym mężem na
czele. Bez wątpienia jej aktywność na polu polityki wynikała z urodzenia
i wychowania: jako córka senatora, ulubiona dwórka królowej Marii
Kazimiery, która niemalże jej matkowała, od wczesnych lat była
wprowadzona w meandry i kulisy władzy, co procentowało w jej późniejszym
życiu. Ta rozpolitykowana dama umiejętnie łączyła miłość z aktywnością
polityczną, czego przykładem jest jej "węgierski romans", będący tematem
tego rozdziału.
Dworskie intrygi i romanse
Nie znamy dokładnej daty przyjścia na świat Elżbiety Heleny z Lubomirskich Sieniawskiej; urodziła się w 1669 lub 1670 roku. Jej ojcem
był Stanisław Herakliusz Lubomirski, a matką Zofia z Opalińskich.
Wprawdzie historia rodu Lubomirskich, obecnie spokrewnionego niemal ze
wszystkimi dynastiami Europy, sięga początków polskiego państwa, ale do
grona magnaterii jego członkowie dołączyli dosyć późno, zwłaszcza w porównaniu do krewnych i przodków matki bohaterki naszej opowieści,
Tęczyńskich i Opalińskich. Podstawą fortuny rodziny było nie tylko
bardzo dochodowe starostwo spiskie, ale również dobra łańcuckie oraz
saliny. Stanisław Herakliusz, właściciel rezydencji w Puławach,
Czerniakowie oraz Ujazdowie, był człowiekiem nietuzinkowym i niebywale
uzdolnionym. Parał się literaturą i dziś uchodzi za prekursora baroku -
spod jego pióra wyszły traktaty polityczne i filozoficzne, jak również
kilka utworów dramatycznych. Ojcu Elżbiety Warszawa zawdzięcza Łazienki,
bo to właśnie on w miejscu, gdzie dziś stoi Pałac na Wodzie, zbudował w latach osiemdziesiątych XVII wieku barokowy, bogato dekorowany pawilon
Łaźni oraz Ermitaż, z założenia miejsce medytacji i relaksu.
Projektantem obu budowli był wybitny architekt Tylman z Gameren, któremu
powierzył także przebudowę swoich rodowych rezydencji. Równie dobrze
radził sobie w polityce - już jako dwudziestodziewięcioletni mężczyzna
sprawował urząd marszałka wielkiego koronnego, ówczesny odpowiednik
dzisiejszego stanowiska ministra spraw wewnętrznych. Jego intelekt
doceniali współcześni, nazywając go "mądrym marszałkiem" i "polskim
Salomonem".
O matce Elżbiety Heleny, Zofii z Opalińskich, w zasadzie nie możemy nic
bliższego powiedzieć, poza tym, że była jedną z najbardziej
wykształconych panien swoich czasów. Nie dane jej było jednak rozwinąć
skrzydeł, ponieważ żyła zbyt krótko - odeszła na zawsze w styczniu 1675
roku, po dwunastu latach małżeństwa, osierocając swoją jedyną córkę,
pięcio- lub sześcioletnią Elżbietę. W przeciwieństwie do Stanisława
Herakliusza nie wywarła zatem niemal żadnego wpływu na jej wychowanie.
Z całą pewnością natomiast przyszła pani Sieniawska przebywała w domu
rodzinnym, we wniesionej przez jej matkę w posagu Końskowoli, ale po
śmierci Zofii zapewne wychowywała się na dworze stryja, Hieronima
Augustyna, w Łańcucie, bo przez całe życie łączyły ją z nim równie
serdeczne relacje jak z ojcem. Dwór Stanisława Herakliusza nie był zbyt
odpowiednim miejscem dla dziecka, ponieważ panowały na nim dość swobodne
obyczaje, Lubomirski bowiem, po śmierci żony, szukał pocieszenia w ramionach licznych dam o podejrzanej konduicie. Bywał też częstym
gościem w Rzeszowie u swego kuzyna Józefa Karola Lubomirskiego,
wiodącego hulaszczy tryb życia. Sam też miał mu do zaoferowania wiele
osobliwych atrakcji i rozrywek "WMPana z sobą na melonowe bomby i na
brzoskwiniowe kule zapraszam, a w ostatku i na kartacze gronowinne,
których we Lwowie nie będzie tak wiele, proszę i na niedźwiedzie ze psy,
i na łaźnie drużbackie, i na przejażdżkę na Tatry propter curiositatem
(z ciekawości), i na węgiersko-niemieckie dzieweczki, bo i ImP
Rostworowski takowym alarmem poruszony na Spisz ze mną obrócić się
deklarował"4 - pisał w liście do kuzyna.
Na szczęście obok towarzystwa rozmaitych dzieweczek ojciec Elżbiety
Heleny lubił też towarzystwo ksiąg, a jego rozległe zainteresowania
pozwalają przypuszczać, że zapewnił swojej jedynaczce bardzo dobre
wykształcenie. Z relacji z epoki wiemy, że jak na pannę z wyższych sfer
przystało biegle władała francuskim, jak również doskonale radziła sobie
z rachunkami, co bez wątpienia ułatwiało jej później administrowanie
rozległymi dobrami czy planowanie ambitnych inwestycji jak zakup,
renowacja i odbudowa Wilanowa. Po ojcu odziedziczyła zamiłowanie do
myślistwa, przedkładała nawet polowania nad tańce, mimo że była
doskonałą tancerką. Utrzymywała sforę chartów przeznaczonych do łowów na
dziką zwierzynę, jej stadniny koni w Kawczym Kącie, Starym Siole i Niezacicach należały do najznamienitszych w Europie. Sama była doskonałą
amazonką i świetnie strzelała; do jej popisowych numerów należało
strzelanie do podrzuconej w powietrze monety.
Po roku 1676, kiedy Stanisław Herakliusz postanowił wreszcie się
ustatkować i wstąpić w kolejny związek małżeński, żeniąc się z Elżbietą
z Denhoffów, jego córka najpierw została wysłana na warszawską pensję
Panien Wizytek, by po trzech latach trafić na dwór królowej Marysieńki,
co z pewnością wywarło wpływ na jej późniejsze poczynania. Maria
Kazimiera bardzo się do dziewczynki przywiązała i traktowała ją jak
własną córkę, a królewski dwór był jedyną w swoim rodzaju szkołą życia
dla wszystkich panien, którym dane było tam trafić. Tym bardziej że
ówczesna edukacja płci pięknej nie była zbyt ambitna: młode panienki
uczono wprawdzie czytania i pisania, jak również rachunków, ale znacznie
więcej miejsca poświęcano robótkom i wpajaniu zasad wiary, gdyż miały
być dobrymi żonami, matkami i paniami domu. Tymczasem pod czujnym okiem
bywałej w świecie monarchini nie tylko nabierały ogłady towarzyskiej,
ale także uczyły się języków obcych, dobrych manier i sztuki
konwersacji, a przy okazji - umiejętności flirtowania, co znacznie
ułatwiało im znalezienie kandydata na męża.
Elżbieta zaliczała się do grona powiernic Marysieńki, której
towarzyszyła nawet podczas narad królowej z obcymi posłami. Żona Jana
III Sobieskiego wzorem swojej protektorki i poprzedniczki na tronie,
Ludwiki Marii Gonzagi, starała się wychować spośród grona dwórek
przyszłe sojuszniczki, narzędzie swojej polityki. Niestety, poniosła na
tym polu całkowitą klęskę - większość zamiast sprzyjać swojej
protektorce z czasem obróciła się przeciwko niej, popierając mężów
stojących po stronie opozycji wobec Sobieskich. Inne, podobnie jak ich
rodziny, nie odegrały w życiu politycznym kraju żadnej roli. W okresie
bezkrólewia, kiedy Marysieńka walczyła o poparcie dla swoich planów
osadzenia na tronie jednego z synów, w zasadzie mogła liczyć wyłącznie
na trwającą wiernie u jej boku Sieniawską. Pobyt na dworze królewskim
był z pewnością cenną lekcją dla Elżbiety, która nabrała doświadczenia,
nauczyła się trafnie oceniać ludzi i wydarzenia, co okazało się
przydatne w niełatwych czasach panowania Augusta II Mocnego.
Trudno powiedzieć, czy Elżbieta wyrosła na ładną pannę, relacje z epoki
różnie oceniają jej urodę, a zachowane portrety raczej nie wprawiają w zachwyt. Z pewnością była wysoka i postawna, a jej styl bycia,
umiejętność konwersacji, inteligencja i cięty dowcip sprawiały, że
podobała się płci przeciwnej. Mimo to nie zachowały się wzmianki o adoratorach kręcących się wokół niej, gdy była jeszcze panienką, a przecież chociażby z racji swojej pozycji i majątku, który wnosiła w posagu, była bardzo atrakcyjną partią. Jedynym starającym się, o którym
wspominają relacje i listy, był starosta lwowski Adam Mikołaj
Sieniawski, syn Cecylii Marii z Radziwiłłów i Mikołaja Hieronima
Sieniawskiego, marszałka nadwornego i hetmana polnego koronnego.
Obiektywnie biorąc, z pewnością trudno go uznać za atrakcyjnego, gdyż
był niski, krępy, miał obrzmiałą twarz i wyłupiaste oczy. W dzieciństwie
i we wczesnej młodości sprawiał duże kłopoty wychowawcze i niezbyt
przykładał się do nauki, skoro ojciec zalecał w liście do żony: "Dla
Boga, niech się uczy ten chłopiec, bo nic z niego nie będzie, bij go i sama, i bić każ"5. Surowe wychowanie jednak nie przełożyło się na
postępy w nauce niesfornego i zdaje się niezbyt lotnego Adama, którego w październiku 1681 roku wysłano na studia na Uniwersytecie Krakowskim.
Uzupełnieniem jego edukacji była podróż, w którą udał się w 1684 roku
już po śmierci obojga rodziców. Przez Pragę dotarł do Paryża, gdzie
kontynuował naukę, ucząc się francuskiego, rysunku, tańca i fechtunku,
jak również gry na flecie, był też przyjmowany w Wersalu. Wróciwszy do
kraju, w 1686 roku rozpoczął służbę wojskową.
Pozornie wydawałoby się, że jest wręcz idealnym kandydatem na męża panny
Lubomirskiej, ale czas pokazał, że nie dorównywał jej pod względem
intelektualnym, poza tym, pomimo kształcących podróży i bytności w Wersalu, życie dworskie, do którego była przyzwyczajona Elżbieta,
zupełnie go nie pociągało. Najlepiej czuł się w swojej brzeżańskiej
twierdzy, gdzie wraz z kompanami spędzał czas przy kielichu. Miał jednak
zaletę, która, przynajmniej zdaniem Lubomirskiego, skutecznie niwelowała
wady Sieniawskiego jako kandydata na zięcia - był dziedzicem ogromnego
kompleksu dóbr ruskich. Na projekt mariażu Sieniawskiego z Lubomirską
przychylnym okiem spoglądała także Marysieńka, pomna na profrancuskie
sympatie jego zmarłego ojca. Królowa wprawdzie bardzo szybko
zorientowała się, że Sieniawski nie przejawia żadnego zmysłu
politycznego i nie poraża intelektem, ale liczyła, że w rękach
inteligentnej i sprytnej Elżbiety przerodzi się w zwolennika polityki
Sobieskich. Zdania kandydatki na narzeczoną nikt oczywiście nie brał pod
uwagę.
Wobec takiego stanu rzeczy małżeństwo było z góry przesądzone, a konkury
trwały bardzo krótko, co później wypomni mężowi Elżbieta, pisząc w liście do niego "Prawda, że ja amurów nie miała, bośmy się krótko
zalicali"6. Para pobrała się 6 lipca 1687 roku w Warszawie, w kaplicy króla Władysława IV, mieszczącej się w kolegiacie pijarów.
Ceremonię celebrował prymas Michał Radziejowski. Panna młoda wnosiła w posagu 100 tysięcy złotych gotówką i warte tyle samo dobra Poręba w województwie krakowskim, które przynosiły 30 tysięcy rocznego dochodu.
Ponoć górująca wzrostem nad Adamem Elżbieta, nie chcąc wprawiać w zakłopotanie pana młodego, zdjęła w kościele buty na obcasie i szła do
ślubu boso, czego na szczęście nikt nie zauważył.
Po ślubie świeżo upieczona pani Sieniawska osiadła wraz z mężem w jego
rodowym zamku w Brzeżanach, czasem pomieszkując w podkarpackich
Oleszycach. Zdaje się, że Elżbieta nie bardzo odnalazła się w roli żony
i zwyczajnie się przy nim nudziła, tęskniąc za życiem, do którego
przywykła w Warszawie na królewskim dworze. Dlatego, gdy tylko mogła,
wyjeżdżała do stolicy, odwiedzić swoją protektorkę lub ojca w jego
rezydencji w Ujazdowie i niezbyt spieszyło się jej z powrotem do męża.
Kiedy zniecierpliwiony małżonek słał list za listem, wzywając ją do
Brzeżan, Elżbieta wymyślała rozliczne preteksty, żeby przedłużyć swój
pobyt w stolicy. Najczęściej symulowała jakąś chorobę, która skutecznie
uniemożliwiała jej podróż, co, ze zrozumiałych względów, powodowało
niesnaski między małżonkami. Zdesperowany Sieniawski, nie mogąc sobie
poradzić z nieposłuszną żoną, skarżył się nawet teściowi, ale Lubomirski
zawsze brał stronę córki. Doszło nawet do tego, że Adam osobiście
pojechał do Warszawy po małżonkę, ale po krótkim pobycie w stolicy
wracał do domu sam, bo Elżbieta znowu jakoś wykręciła się od wyjazdu.
Nieszczęsny Sieniawski zdążył wydać na królewskim dworze wystawną ucztę,
która niemało go kosztowała. Ale nawet on musiał przyznać, że jego
wiecznie nieobecna żona dba w stolicy o jego interesy: dzięki jej
staraniom w 1692 roku otrzymał tytuł wojewody bełskiego oraz związaną z nim godność senatora Rzeczypospolitej Korony Polskiej i Wielkiego
Księstwa Litewskiego. Pewnie sobie tłumaczył, że skoro Elżbiecie leży na
sercu jego dobro, to nie jest jej obojętny.
Złudzeń pozbył się w 1694 roku, kiedy wybuchł skandal, o którym mówiono
w całym kraju - Elżbieta wdała się w romans z synem ówczesnego hetmana
wielkiego koronnego Stanisława Jabłonowskiego, Janem Stanisławem. A przynajmniej tak twierdzili "życzliwi" i o wszystkim poinformowali
Sieniawskiego, który wówczas brał udział w kampanii bukowińskiej,
dostarczając mu podobno listy rzekomych kochanków. Sprawa jednak nie
jest tak jednoznaczna, gdyż Elżbieta i Jan Stanisław przyjaźnili się od
dziecka i zdaniem wielu po prostu ze sobą flirtowali, i to dość
niewinnie, nie pozwalając sobie na nic więcej. Mówiono, że młodych
pchnęła ku sobie królowa, chcąc pozyskać do swoich celów Jabłonowskich,
co byłoby o tyle dziwne, że Jan Stanisław rok wcześniej poślubił
siostrzenicę Marii Kazimiery! Niewykluczone też, że Elżbieta padła
ofiarą zmyślnie uknutej intrygi autorstwa łowczego wielkiego koronnego
Stefana Potockiego, który, żywiąc urazy do Jabłonowskich, rozpuszczał
pogłoski o romansie. Elżbieta zaś naraziła mu się, sprzeciwiając się
jego małżeństwu ze starszą siostrą Adama Sieniawskiego, Joanną. Chcąc
zdyskredytować Potockiego w oczach rodziny męża, rozsiewała wyssane z palca plotki, jakoby Stefan był synem Wołocha i Ormianki, adoptowanym
przez ludzi uchodzących za jego rodziców. Zirytowany łowczy ogłosił w odwecie wszem wobec listę domniemanych kochanków Sieniawskiej, która,
chcąc uniknąć skandalu, czym prędzej wyjechała do Oleszyc.
I być może o wszystkim wkrótce by zapomniano, gdyby nie interwencja wuja
Sieniawskiego, starosty żytomierskiego Jana Prokopa Granowskiego. To
właśnie on miał przechwycić korespondencję Elżbiety z Jabłonowskim i dostarczyć Sieniawskiemu, który postanowił pozbyć się niewiernej żony i wystąpić o rozwód. Sieniawska wyjechała do Warszawy pod opiekuńcze
skrzydła Marysieńki Sobieskiej, a do akcji wkroczył Lubomirski, który
dołożył wszelkich starań, aby pogodzić małżonków, bynajmniej nie ze
względu na sympatię dla zięcia, ale raczej z powodu jego majątków. Poza
tym zależało mu na obronie dobrego imienia córki, dlatego gorąco
namawiał Adama do pogodzenia się z żoną, broniąc jak lew niewinności
Elżbiety. Ją zaś przekonywał: "Jeśli kto pisał do WMMPani przy tym wina
zostaje, który pisał, i on nie WMMPani sprawiaćeś się z tego
powinna"7. Jednak tym razem Sieniawski był uparty i nawet nie
chciał słyszeć o zgodzie. Zdesperowany Lubomirski poprosił o interwencję
parę królewską i dopiero wówczas udało się ułagodzić zięcia, który po
kilku miesiącach przymusowej rozłąki wezwał żonę do siebie, na zachętę
wysyłając jej sporą kwotę pieniędzy. Elżbieta, która wcale się tą
awanturą nie zmartwiła, bawiąc się w najlepsze na dworze lub podróżując
z królową, łaskawie wróciła do stęsknionego małżonka. Przez kilka
miesięcy grała rolę posłusznej i uległej małżonki tylko po to, by móc
bez przeszkód wrócić do Warszawy, co jej się ostatecznie udało.
Zaledwie przycichł skandal wywołany jej rzekomym romansem z Jabłonowskim, Elżbieta wpakowała się w kolejną miłosną awanturę. Tym
razem jednak sprawa była poważniejsza, gdyż pani Sieniawska zadurzyła
się w królewiczu Aleksandrze Sobieskim, którego, podobnie jak
Jabłonowskiego, znała od dziecka. Według niej przystojny, elegancki
młodzieniec, hołdujący francuskiej modzie i kochający sztukę, był
ideałem mężczyzny. W dodatku, co z uporem podkreślała, wyjątkowo dobrze
wyglądał w peruce, w przeciwieństwie do jej małżonka, unikającego
zarówno peruk, jak i zachodnich strojów. Królowa Marysieńka patrzyła na
rozkwitający u jej boku romans przez palce, bo wprawdzie nie widziała w Sieniawskiej swojej synowej, ale zdawała sobie sprawę, że dzięki niej
może zyskać poparcie całego rodu Lubomirskich w jej staraniach o tron
dla Aleksandra. Bo to właśnie jego, a nie najstarszego Jakuba, z którym
się skonfliktowała, widziała jako przyszłego monarchę.
Przyszłość jednak przyniosła Sobieskiej gorzkie rozczarowanie, gdyż po
śmierci Jana III Sobieskiego, który opuścił świat doczesny 17 czerwca
1696 roku, żaden z jej synów nie został obwołany królem. Owdowiała
królowa wdała się w spór z najstarszym królewiczem. Po jej stronie
stanęli młodsi synowie, ale swary w rodzinie poważnie zdyskredytowały
królewiczów jako potencjalnych kandydatów do korony, zresztą sama
Sobieska, obrażona na Jakuba, ostatecznie poparła kandydaturę księcia
Conti. Sieniawska, która wiernie stała przy boku królowej wdowy, jako
jej wysłanniczka witała nawet Burbona w Gdańsku, ale okazało się, że
francuski książę na próżno przybył do Polski: po wielu perturbacjach
kolejnym królem obrano niespodziewanie Fryderyka Augusta z władającej
Saksonią dynastii Wettinów. I to właśnie on 15 września 1697 roku
zwieńczył swoje skronie koroną.
Elżbieta choć wciąż zaliczała się do topniejącego już wówczas grona
przyjaciół Marysieńki i wciąż była związana z Sobieskim, zmyślnie
ukrywając swój romans przed mężem, postanowiła poznać nowego monarchę.
Spotkała go na balu maskowym w Warszawie i z miejsca znalazła się pod
jego urokiem. I nic dziwnego, August był bowiem mężczyzną przystojnym,
postawnym, miał maniery światowca i cenił sobie towarzystwo kobiet.
Elżbieta jednak nie dołączyła do licznego grona kochanek władcy, bo nie
lubiła dzielić się swoimi mężczyznami, a królewski donżuan do wiernych w miłości nie należał. Wykorzystała za to swój urok osobisty dla dobra
małżonka, który wcześniej razem z innymi zwolennikami księcia Conti
dołączył do rokoszu łowickiego w 1697 roku, chociaż żona usiłowała go od
tego odwieść. Mało tego, ku rozpaczy Elżbiety sprzedał rodową porcelanę,
by uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczyć na potrzeby rokoszan.
Sprytna Elżbieta na wspomnianym balu wręczyła królowi akt mężowskiej
kapitulacji, a przy okazji wytargowała od króla 40 tysięcy w zamian za
poparcie go przez Sieniawskiego. Do ostatecznego pojednania
antykrólewskiej opozycji z Augustem II Mocnym, bo właśnie pod tym
imieniem i przydomkiem następny król po Sobieskim figuruje w polskiej
historiografii, doszło na sejmie pacyfikacyjnym w 1699 roku.
Zabawiwszy nieco dłużej niż zwykle u boku męża w Oleszycach, pani
Sieniawska wyruszyła do Warszawy, by pożegnać opuszczającą Polskę Marię
Kazimierę. Wprawdzie mąż nie dał jej na to pozwolenia, ale Elżbieta nie
wyobrażała sobie, by jej protektorka wyjechała, nie pożegnawszy się z nią, tym bardziej że Sobieska poleciła jej pieczę nad swoim majątkiem.
Sieniawska odprowadziła królową do granicy i pożegnała się z nią ze
łzami, obdarowawszy wspaniałym zaprzęgiem konnym. Początkowo miała
zamiar towarzyszyć Marysieńce aż do Rzymu, gdzie owdowiała królowa
chciała osiąść na stałe, planowała nawet spędzić tam jakiś czas, ale jej
małżonek nie chciał nawet o tym słyszeć. Tym razem Elżbieta go
posłuchała, zwłaszcza że nie czuła się za dobrze: z zachowanych listów
pisanych w tym czasie do męża wynika, że dokuczały jej wymioty i krwotoki z nosa, co na szczęście nie było oznaką żadnej groźnej choroby,
ale osłabienia, a być może anemii, będącej wynikiem ciąży. Z powiększenia rodziny cieszył się nie tylko Sieniawski, ale także jego
teść, podobnie zresztą jak królowa, która wysłała do swojej wychowanki
jednego ze swoich cyrulików. Marysieńka zażyczyła sobie, aby Elżbieta
nie tylko powiadomiła ją o narodzinach dziecka, ale także informowała
regularnie o rozwoju maleństwa.
Sieniawska, wróciwszy do domu, znowu wyrywała się do Warszawy, ale tym
razem Adam, w trosce o jej zdrowie i zdrowie mającego przyjść na świat
dziecka, stanowczo zabronił wyjazdu z Brzeżan. Tam 15 kwietnia 1699 roku
Elżbieta powiła córkę, której na chrzcie nadano imiona Maria Zofia,
pierwsze oczywiście na cześć królowej Marysieńki, a drugie po matce
Elżbiety. Panna Sieniawska ostatecznie będzie używać drugiego z nich.
Dziewczynka rosła zdrowo i nie sprawiała żadnych problemów, a jej mama,
tak jak obiecała, w listach do Sobieskiej pisała o wszystkim, co
dotyczyło dziecka. Stąd wiemy, że zadbała o najlepszych nauczycieli dla
dziewczynki, a odpowiedniego tancmistrza dla niej szukano w całej
Rzeczypospolitej!
Narodziny dziecka nie sprawiły jednak, że zapomniała o Aleksandrze, z którym wciąż korespondowała i z którym zamierzała się spotkać w Warszawie, dokąd pojechała w czerwcu 1699 roku. Zabawiła w stolicy do
listopada i wreszcie wróciła do domu na wezwanie stęsknionego małżonka.
Kres jej miłosnej przygodzie z królewiczem położyła niegdysiejsza
metresa Augusta II Mocnego, hrabina Anna Aloysia Esterle, w której
zadurzył się młody Sobieski. Podobno całą intrygę uknuł jego starszy
brat Jakub, niezadowolony z bliskich relacji łączących Aleksandra z Sieniawską. Marysieńka, która wcześniej nie martwiła się romansem
średniego syna z Elżbietą, tym razem była zrozpaczona, wyznając w liście
do Sieniawskiej, że królewicz, wiążąc się z, jak się wyraziła, "kobietą
po królu", przydaje jej zmartwienia i "nie przedłuża jej dni"8,
wręcz wpędzając do grobu. Na dodatek uznała to za spisek samego
monarchy. A tak nawiasem mówiąc, młody Sobieski miał jakąś dziwną
skłonność do metres Augusta II, skoro po rozstaniu ze wspomnianą hrabiną
związał się z kolejną królewską kochanką, Urszulą z Bokumów Lubomirską.
A może obu panów po prostu pociągał ten sam typ kobiet?
Elżbieta z pewnością przeżyła rozstanie z Aleksandrem, zwłaszcza że
porzucił ją dla innej. Wkrótce jednak znalazła pocieszenie w ramionach
przystojnego i nietuzinkowego mężczyzny, przy którym na dobre
zapomniała o niestałym królewiczu.
Książę, powstaniec z Węgier
Kolejny mężczyzna, który zawrócił w głowie Elżbiecie Sieniawskiej,
pojawił się w jej życiu w 1701 roku. Tym razem jednak był to romans
polityczny, wiązał się bowiem z poparciem powstania na Węgrzech
skierowanego przeciwko Habsburgom.
Wiedeńska wiktoria Jana III Sobieskiego w 1683 roku wprawdzie wyzwoliła
Węgry spod panowania tureckiego, ale w wyniku pokoju karłowickiego z 1699 roku państwo zostało zjednoczone pod berłem Habsburgów. Doradca
cesarza Wenzel Lobkovitz otwarcie głosił, że należy uczynić "Węgry
niemieckimi, ubogimi i katolickimi"9, a cesarz
konsekwentnie wcielał ten plan w życie, co wiązało się z uciskiem
gospodarczym i prześladowaniami politycznymi. W efekcie Węgrzy stali się
we własnym kraju obywatelami drugiej kategorii. Taka sytuacja
doprowadziła do rozruchów społecznych i masowych powstań chłopskich,
początkowo na terenie górnych Węgier, a więc współczesnej Słowacji, ale
w 1701 roku antyhabsburskie zamieszki ogarnęły cały kraj. Sytuacja
sprzyjała powstańcom, gdyż Austria w 1702 roku zaangażowała się na
dwanaście lat w wojnę o sukcesję hiszpańską, wycofując z tego powodu
wojska z terenu Węgier, gdzie pozostały jedynie nieliczne załogi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki