Życie i przygody Wiktora Grüna
Jedną z najbardziej charakterystycznych cech natury ludzkiej jest radość z powodu nieszczęścia czy też upadku moralnego bliźniego. Uczucie to jest tak właściwe psychologii każdego przeciętnego człowieka, że przy zetknięciu się z nim nie budzi żadnego zdziwienia i uważanym jest za objaw zupełnie normalny, aczkolwiek przeczy ono zasadom, głoszonym przez wyraziciela etyki najwyższej - Chrystusa.
Ileż to razy, Czytelniku, możemy obserwować zjawisko bardzo smutne: oto komuś, skądinąd zasługującemu na powszechny szacunek, już to przez swój patriotyzm, pracę społeczną, czy też na niwie naukowej - nagle podwija się noga. Po prostu pewnego dnia popełnia fakt, który koliduje, powiedzmy, z etyką, a który w oczach niechętnych i zawistnych uchodzić może za czyn karygodny. Jak się do tego ustosunkowuje społeczeństwo? Logicznie rzecz biorąc, powinno wniknąć w powody, które "wykoleiły" tę jednostkę, "zepchnęły" ją z drogi prawej, a następnie w imię położonych zasług, rozgrzeszyć "winowajcę" i przejść nad wszystkim do porządku dziennego. Niestety - dzieje się tak jedynie w dziedzinie abstrakcji. W codziennym życiu sprawa ma się wręcz przeciwnie. Na wieść, że ten a ten popełnił czyn, który, nawiasem mówiąc, został wyolbrzymiony - szał radości ogarnia ludzi. Zewsząd dają się słyszeć głosy jak najsurowszego potępienia. Jak to? - wołają ludziska, zacierając w złośliwej uciesze ręce. - Taki rycerz bez skazy, który przez całe życie udawał świętoszka, wreszcie wpadł? Przez tyle lat tak zręcznie maskował się przed nami, aby teraz złapać się? Dobrze mu tak! Będzie miał na przyszłość nauczkę, że nie wolno bezkarnie drwić ze społeczeństwa!
Cała, jak najlepsza przeszłość ofiary zostaje przekreślona i zmazana, jego zasługi z zawrotną szybkością zostają zapomniane i delikwent po chwili leży położony na obie łopatki, oplwany, wzgardzony, wyśmiany. Lecz co dziwniejsze, że sędziami w podobnych wypadkach stają się ludzie, którzy na sumieniu mają setki popełnionych gałgaństw, szwindli i szwindelków, a którzy do niedawna udawali najserdeczniejszych przyjaciół ofiary.
Ze wszystkich narodów najbardziej w tym celują Słowianie, a z pośród tych ostatnich - my, Polacy. Czy pamiętasz, Czytelniku, jakiegokolwiek bądź z naszych wielkich ludzi, dowódców, ministrów, lub w ogóle jednostek, piastujących w społeczeństwie czołowe stanowisko, który by przy pierwszym uchybieniu życiowym, nie został pogrążony, zdeptany zupełnie w opinii. Chwilami mam wrażenie, że ludzi celowo wznosi się na piedestał, aby tym dotkliwszym było strącenie zeń i tym boleśniejszym poniżenie.
Jako człowiek, który przez całe życie miał do czynienia z wadami i ułomnościami ludzkimi, dziś łatwo mogę znaleźć wytłumaczenie tego ponurego zjawiska. Powodem tym jest w pierwszym rzędzie zazdrość, a w drugim? A w drugim fakt, że ludzi bez grzechu nie ma, że każdy człowiek gdzieś, na dnie sumienia, kryje mniejsze lub większe przewinienia życiowe, które go podświadomie gnębią. Skoro więc jednostka taka dowie się, iż jego bliźni popełnił jakiś czyn nieetyczny - cieszy się, raduje z całej duszy: - To nie ja jeden jestem grzeszny! Cóż znaczą przewinienia moje, przewinienia małego człowieka, skoro taki luminarz, zajmujący tak wysokie stanowisko, postępuje w ten sposób?
Tego rodzaju rozumowanie jest bezsprzecznie bardzo wygodne z egoistycznego punktu widzenia, lecz pytam się, czy na płaszczyźnie sprawiedliwości ogólnoludzkiej jest ono słuszne? Czy godne człowieka, mianującego się być królem stworzenia, istotę obdarzoną duszą i rozumem?
Wszystkie te mniej lub więcej smutne refleksje obudziło we mnie zetknięcie z pewnym b. przykrym faktem. Nie wiem, czy wielu z Czytelników pamięta jedną ze znanych postaci warszawskiego Urzędu Śledczego przed dwudziestu z górą laty? Postacią tą był niejaki Wiktor Grün, ówczesny zastępca naczelnika tegoż urzędu. Była to niepoślednia siła policyjna, z tego więc tytułu posiadał dużo wrogów. Przyznać jednak należy, że ten wybitny fachowiec miał wiele wad, być może znacznie więcej od przeciętnego śmiertelnika i to mu właśnie zjednało jak najgorszą opinię. Lecz na równi z wadami posiadał Grün wiele stron dodatnich, słuszną więc jest rzeczą, aby autorzy, pisząc jego biografię, jeśli nie chcą nawet przytrzymywać się zasady łacińskiej de mortuis nihil nisi bene, to winni chociażby uwzględnić obie strony medalu. Niestety u nas dzieje się wręcz przeciwnie - do opisywania działalności ludzi dawno zmarłych biorą się jednostki, które o życiu bohatera swej pracy nie mają zielonego pojęcia, oprócz kilku bajeczek, jakie dotarły do nich pocztą pantoflową, lub zaczerpniętych z opowiadań w maglu naszych Kaś i Marysiek. Twierdzenie moje opieram na następującym fakcie: niedawno wyszły z druku dwie broszurki, traktujące o Grünie i przytaczające szereg zdarzeń z życia tego człowieka. Ja Grüna znałem osobiście, stykałem się z nim przez szereg lat, więc biorąc rzecz logicznie, powinienem znać również czyny, przypisywane mu przez autorów obu broszur. Jednak z przykrością stwierdzić muszę, że większość tych czynów, to są fakty od a do z wyssane z palca, które nie tylko nigdy nie miały miejsca, lecz nie mogły z tych lub innych powodów istnieć, a zostały przez autorów stworzone gwoli pogoni za sensacją.
Nie chciałbym być fałszywie przez Czytelnika zrozumianym - zamiarem mym bowiem nie jest wybielanie Grüna, uniewinnianie go z zarzutów na nim ciążących. Raz jeszcze powtarzam, że Grün był człowiekiem o wielu, wielu wadach. Ponieważ znałem go lepiej, niż wszelkiego rodzaju domorośli historycy, więc nie od rzeczy jest, abym zabrał w tej materii głos i z całą bezstronnością i bez zatajania faktów, przed oczami Czytelnika roztoczył parę obrazów z życia tej legendarnej dziś, postaci.