ROZDZIAŁ XXXIV
w którym pana Ralfa Nickleby odwiedzają osoby dobrze już czytelnikowi znane
- Diabelnie długo kazałeś mi pan dzwonić w ten przeklęty, stary, pęknięty garnek. Przecież na każdy taki dźwięk zdrowy chłop może dostać konwulsji, jak Boga kocham! A niech to diabli! - mówił pan Mantalini do Newmana Noggsa, wycierając buty o słomiankę pana Ralfa Nickleby.
- Słyszałem tylko jeden dzwonek - odparł Newman.
- Jesteś pan wobec tego straszliwie i haniebnie głuchy - rzekł pan Mantalini. - Głuchy jak piekielny pień.
Wcisnął się już na korytarz i zmierzał w stronę gabinetu pana Ralfa, lecz Newman zastąpił drogę bezceremonialnemu klientowi i tłumacząc, że pan Nickleby nie lubi, by mu przeszkadzano, zapytał, czy sprawa jest istotnie pilna.
- Tak, to piekielnie niezwykła sprawa - powiedział pan Mantalini. - Chodzi o przetopienie paru świstków brudnego papieru na świecącą, brzęczącą i dźwięczącą piekielną monetę.
Newman wydał znaczący pomruk i przyjąwszy podaną przez pana Mantalini kartę wizytową pokuśtykał do gabinetu chlebodawcy. Kiedy wsunął głowę przez uchylone drzwi, zobaczył, że pan Ralf siedzi wciąż w tej samej pełnej zadumy pozie, którą przyjął po otrzymaniu listu bratanka, i że zapewne znowu czyta ów list, trzyma bowiem w ręku rozłożoną ćwiartkę papieru. Lecz widok ten trwał krótko, bo lichwiarz szybko odwrócił się i zapytał o przyczynę wtargnięcia.
Nim Newman zdążył ją wyjaśnić, przyczyna sama wkroczyła do pokoju i nad wyraz wylewnie ściskając szorstkie dłonie gospodarza poczęła zapewniać, że nigdy w życiu nie widziała jeszcze, by wyglądał tak doskonale.
- Pańska piekielna twarz kwitnie po prostu - mówił pan Mantalini i siadając bez zaproszenia, poprawił czuprynę i faworyty. - Jak Boga kocham!... Wygląda pan młodzieńczo i promiennie.
- Jesteśmy sami - odparł gospodarz zgryźliwie. - Czego pan chce ode mnie?
- Dobre sobie! - roześmiał się szeroko pan Mantalini. - Czego chcę? Cha, cha, cha! Dobre sobie, doprawdy! Czego ja chcę? Cha, cha, cha! Niech to diabli!
- Czego pan chce, człowieku? - zapytał pan Ralf sucho.
- Przeklętego dyskonta - odparł z uśmiechem pan Mantalini i filuternie potrząsnął głową.
- Trudno dziś o pieniądze - rzekł pan Ralf.
- Pewnie, że diablo trudno, inaczej by mi ich nie brakowało - przerwał gość.
- Czasy są ciężkie i nie wiadomo właściwie, komu można ufać - ciągnął lichwiarz. - Nie chcę w tej chwili robić interesów... szczerze mówiąc, nie chcę... Ponieważ jednak jest pan moim dawnym znajomym... Ile pan ma weksli?
- Dwa - odparł Mantalini.
- Jaka suma?
- Diabelnie drobna... Siedemdziesiąt pięć.
- A terminy?
- Dwa i cztery miesiące.
- Załatwię do dla pana... uważa pan, tylko dla pana, bo wielu innym bym odmówił... Za... dwadzieścia pięć funtów - dodał pan Ralf z namysłem.
- A niech to diabli! - zawołał klient, któremu na tak korzystną propozycję twarz bardzo się wydłużyła.
- O co chodzi? I tak pozostanie panu pięćdziesiąt - odparł pan Ralf. - Ileż chciałby pan dostać? - Zobaczę jeszcze nazwiska.
- Piekielnie pan twardy, Nickleby - próbował opierać się pan Mantalini.
Zobaczę jeszcze nazwiska - powtórzył lichwiarz sięgając niecierpliwie po weksle. - No, nie są zupełnie pewne, ale dość bezpieczne. Czy zgadza się pan na warunki i bierze pieniądze? Mnie wcale na tym nie zależy. Wolałbym, żeby się pan nie zgodził.
- Do diabła, Nickleby, czy nie możesz pan... - zaczął klient.
- Nie! - przerwał pan Ralf. - Nie mogę. Bierze pan pieniądze, i to zaraz? Nie zgadzam się na zwłokę ani na chodzenie do City i udawanie, że pertraktuje pan z kimś innym, kto nie istnieje i nigdy nie istniał. Robimy interes albo nie robimy.
W tej chwili pan Ralf odsunął jakieś papiery i niby niechcący brzęknął niedbale kasetką na pieniądze. Było to zbyt wiele dla pana Mantalini, który zdecydował się w chwili, gdy dźwięk ów dobiegł jego uszu, wobec czego gospodarz wyliczył gotówkę na stół.
Zaledwie to uczynił i nim klient schował wszystkie mofiety, rozległ się dźwięk dzwonka i Newman wprowadził do gabinetu nie kogo innego, tylko samą Madame Mantalini. Na jej widok pan Mantalini bardzo się zmieszał i z niezwykłą szybkością zagarnął do kieszeni resztę pieniędzy.
- Ach, ty tutaj! - powiedziała Madame kiwając głową.
- Tak, moje życie, tak duszko, jestem tutaj - odparł małżonek upuszczając na kolana zabłąkany suweren i bawiąc się nim jak kot myszką. - Jestem tutaj, radości mej duszy, jestem w miejscu, gdzie pieniążki leżą po prostu na ziemi, i zbieram właśnie przeklęte złoto i srebro.
- Wstyd mi za ciebie - powiedziała Madame Mantalini z oburzeniem
- Wstyd ci?... Za mnie, moja najmilsza? - zdumiał się małżonek - Kochanie wie doskonale, że mówi diabelnie słodkie słówka, lecz zarazem i przeklęte bzdury. Kochanie wie, że nie wstyd jej za swego słodkiego chłopczyka.
Bez względu na to, jaki splot wydarzeń doprowadził do takich skutków, widać było jasno, że "słodki chłopczyk" przecenił tym razem uczucia swojej pani, gdyż Madame Mantalini odpowiedziała mu tylko pogardliwym spojrzeniem i zwracając się do pana Ralfa poprosiła, by zechciał wybaczyć najście, które, jak się wyraziła, "należy przypisać jedynie fatalnemu sprawowaniu się i karygodnym wybrykom pana Mantalini".
- Moim, o słodyczy ananasowego soku?
- Tak, twoim - odrzekła małżonka. - Nie pozwolę dłużej na coś podobnego. Nie zgodzę się, by wybryki i marnotrawstwo jakiegokolwiek mężczyzny doprowadzały mnie do ruiny. Wzywam pana Nickleby na świadka mojej decyzji, zamierzam bowiem zastosować wobec ciebie pewne środki.
- Bardzo panią proszę, by nie wzywała mnie na świadka czegokolwiek - rzekł pan Ralf. - Ustalcie państwo wszystko między sobą... Tak między sobą...
- Muszę jednak prosić - powiedziała Madame Mantalini - by zechciał pan wysłuchać moich słów, kiedy będę zawiadamiać męża o tym, co jest moim nieodwołalnym postanowieniem. Nieodwołalnym postanowieniem, mój panie! - powtórzyła, przeszywając małżonka gniewnym spojrzeniem.
- Czemu ona nazywa mnie "panem"?... - zawołał Mantalini. - Mnie, który kocha ją z tak szatańskim ogniem... ona, która spowiła mnie splotem swych czarów niby czysty, anielski grzechotnik?... Cóż to za cios dla moich uczuć! Do jak piekielnego przywiedzie mnie ona stanu?
- Nie mów nic o swoich uczuciach, mój panie, jeżeli nie szanujesz moich - ucięła Madame siadając i odwracając się tyłem do męża.
- Ja nie szanuję twoich uczuć, duszko? - wykrzyknął pan Mantalini.
- Nie - odparła małżonka.
I nadal, pomimo licznych zabiegów pana Mantalini, Madame Mantalini wciąż powtarzała "nie", i to z tak oczywistym i upartym gniewem, że pan Mantalini po prostu zbaraniał.
- Jego wybryki, panie Nickleby - mówiła zwracając się do pana Ralfa, który z rękoma splecionymi za plecami rozsiadł się w fotelu i spoglądał na miłą parę z uśmiechem najwyższej i niepohamowanej wzgardy - jego wybryki przechodzą wszelkie granice.
- Nigdy bym tego nie przypuszczał - odrzekł sarkastycznie lichwiarz.
- A jednak, zapewniam pana, panie Nickleby, że tak jest istotnie - mówiła pani Mantalini. Takie już moje szczęście! Żyję wśród ustawicznych obaw i ustawicznych trudności. Ale nie to jest najgorsze - ciągnęła ocierając oczy. - Dzisiaj rano zabrał z mojego biurka pewne wartościowe papiery, a uczynił to nie pytając mnie o pozwolenie.
Pan Mantalini jęknął słabo i zapiął kieszeń.
- Od czasu naszych ostatnich niepowodzeń - podjęła Madame - jestem zmuszona płacić pannie Knag poważne sumy za prowadzenie przedsiębiorstwa pod jej firmą i nie mogę pozwolić sobie na tolerowanie marnotrawstwa pana Mantalini. Ponieważ nie miałam wątpliwości, panie Nickleby, że przyjdzie on prosto tutaj, by zamienić na gotowiznę papiery, o których wspomniałam, gdy nieraz pan nam już pomagał w interesach tego rodzaju, pragnę zaznajomić pana z decyzją, do której powzięcia zmusiło mnie zachowanie męża.
Pan Mantalini raz jeszcze jęknął za kapeluszem małżonki i wsadziwszy suwerena w jedno oko mrugnął do pana Ralfa drugim, kiedy zaś zręcznie wykonał ową sztuczkę, wrzucił monetę do kieszeni i znowu jęknął z jeszcze większą skruchą.
- Postanowiłam zatem - ciągnęła Madame Mantalini, podczas gdy twarz pana Ralfa zaczęła zdradzać objawy zniecierpliwienia - postanowiłam go spensjonować.
- Co postanowiłaś, kochanie? - spytał małżonek, który, jak się zdaje, nie zrozumiał ostatniego słowa.
- Wyznaczyć mu stałą pensję - podjęła Madame Mantalini spoglądając na pana Ralfa i przezornie unikając wzroku męża, którego rozliczne wdzięki mogłyby zachwiać stałością jej postanowienia. - I twierdzę, że jeżeli na swe ubranie i drobne wydatki dostanie sto dwadzieścia funtów rocznie, będzie się mógł uważać za wybrańca losu.
Pan Mantalini nader taktownie czekał, by usłyszeć proponowaną sumę, kiedy jednak zabrzmiała w jego uszach, rzucił na podłogę cylinder i laskę i wyciągnąwszy z kieszeni chustkę do nosa, dał wyraz rozpaczy żałosnym zawodzeniem.
- Niechże to diabli! - zawołał wreszcie i wystawiając nerwy małżonki na ciężką próbę zerwał się nagle z krzesła i równie nagle padł na nie z powrotem. - Ach, nie! To szatański, straszny sen! To nie rzeczywistość! Nie!
Uspokoiwszy się tymi słowy, zamknął oczy i spokojnie czekał chwili przebudzenia.
- Bardzo rozumne postanowienie - rzekł pan Ralf z ironicznym uśmiechem - jeżeli oczywiście małżonek wytrwa, w co zresztą nie śmiem wątpić.
- Niechże to diabli! - wykrzyknął Mantalini otwierając oczy na dźwięk głosu gospodarza. - To straszna rzeczywistość! Moje kochanie siedzi tu przede mną. Oto wdzięczny zarys jej postaci. Tak! Nic nie da się z nim porównać. Nie ma mowy o pomyłce! Dwie hrabiny w ogóle nie miały zarysu, a zarys bogatej wdowy był bardzo lichym zarysem. Czemuż moje kochanie jest tak straszliwie piękne, że nawet teraz nie mogę się na nią gniewać?
- Sam doprowadziłeś do tego, Alfredzie - powiedziała Madame Mantalini tonem wymówki, lecz wymówki znacznie już łagodniejszej.
- Jestem piekielnym nędznikiem! - zawołał pan Mantalini tłukąc się w głowę. - Zamienię na półpensówki całego suwerena, napełnię nimi kieszenie i utopię się w Tamizie. Ale nawet wówczas nie będę się na nią gniewał i miejską pocztą za dwa pensy wyślę jej kartkę, w której napiszę, gdzie znaleźć można mojego trupa. Ona będzie śliczną wdową, ja będę trupem. Kilka pięknych kobiet popłacze, ona będzie się piekielnie śmiała.
- Alfredzie, ty okrutna, okrutna istoto! - jęknęła Madame szlochając na samą myśl o tym potwornym obrazie.
- Ona mnie nazywa okrutnym! Mnie! Mnie, który przez nią zostanie mokrym, ociekającym, diablo paskudnym trupem! - krzyknął pan Mantalini.
- Wiesz przecie, że samo słuchanie takich rzeczy po prostu łamie mi serce - skarżyła się Madame Mantalini.
- Czy mogę żyć, skoro ona mi nie ufa? - wolał małżonek. - Czy po to łamałem serce na niezliczoną ilość małych kawałeczków i wszystkie, jedne po drugich, dawałem tej samej małej, piekielnej, czarodziejskiej uwodzicielce? Czy mogę żyć, skoro ona mnie podejrzewa? Niechże to diabli! Nie mogę! Nie mogę!
- Spytaj pana Nickleby, czy wymieniona przeze mnie suma nie jest wystarczająca - tłumaczyła Madame.
- Nie chcę żadnej sumy - odparł niepocieszony małżonek. - Nie będzie mi potrzeba przeklętej pensji. Zostanę przecież trupem.
Wobec powtórzenia przez pana Mantalini jego okrutnej groźby, Madame Mantalini załamała ręce i zaczęła błagać o interwencję pana Ralfa Nickleby; po wielu zaś łzach i słowach oraz po kilkakrotnych usiłowaniach pana Mantalini, by dotrzeć do drzwi i w ten sposób przygotować się do niezwłocznego samobójstwa, z trudem namówiono wreszcie owego dżentelmena do złożenia obietnicy, iż nie zostanie trupem. Osiągnąwszy tak wielki sukces, Madame podjęła dyskusję nad sprawą pensji, co uczynił również i pan Mantalini, który skorzystał z okazji, by stwierdzić, iż z niepospolitym zadowoleniem może odżywiać się chlebem i wodą oraz chodzić odziany w łachmany, nie zdoła jednak znieść ciężaru życia, gdy przedmiot jego szczerej i bezinteresownej miłości odmówi mu zaufania. Wywołało to nowe łzy Madame Mantalini, której oczy tak niedawno zaczęły otwierać się nieco na rozmaite sprawki małżonka, lecz otworzyły się bardzo nieznacznie i łatwo było przymknąć je znowu. W rezultacie Madame Mantalini nie odstąpiła wprawdzie od sprawy pensji, lecz odłożyła ją do dalszego rozważenia, a pan Ralf widział zupełnie jasno, że Mantalini zyskał dalszy okres łatwego życia i na pewien przynajmniej czas odsunął swą klęskę i upadek.
"Nadejdą one, nadejdą niebawem - myślał lichwiarz. - Miłość szybko mija... hm... że też ja mówię o takich głupstwach... Chociaż miłość, której korzenie tkwią jedynie w uwielbieniu ozdobionej faworytami gęby, takiej, jak tego oto pawiana, winna trwać najdłużej, bierze bowiem początek w wielkim zaślepieniu, a karmi się próżnością. Tymczasem zaś ci szaleńcy znoszą ziarno do mojego młyna, niechaj więc żyją sobie szczęśliwie, a im dłużej, tym lepiej".
Te miłe uwagi nasunęły się panu Nickleby, gdy przedmioty jego rozważań zaczęły się niewinnie pieścić i czulić, co, ich zdaniem, miało ujść niepostrzeżenie.
- No, mój drogi - powiedziała Madame Mantalini - pożegnajmy się, jeżeli nie masz nic więcej do powiedzenia panu Nickleby, bo na pewno zajęliśmy już zbyt wiele jego cennego czasu.
Pan Mantalini odpowiedział, najpierw dając Madame Mantalini kilka lekkich szczutków w nos, następnie zaś już ludzką mową oznajmił, że nie ma nic więcej do powiedzenia.
- Ale! Niechże to diabli! Mam, mam! - dodał niemal w tej samej chwili i zaciągnął gospodarza w kąt pokoju. - Coś się przecie zdarzyło pańskiemu przyjacielowi sir Mulberry'emu! Taka diabelnie osobliwa, niezwykła historia, jak nigdy, co?
- O czym pan mówi? - zapytał pan Ralf.
- Nie wie pan? A niechże to diabli! - zdziwił się pan Mantalini.
- Czytałem w gazecie, że wczoraj wieczorem wypadł z kabrioletu, poważnie się zranił i że życiu jego zagraża pewne niebezpieczeństwo - odparł lichwiarz z niezmąconym spokojem. - Wypadek nie jest cudownym zdarzeniem, zwłaszcza jeśli ktoś wiedzie hulaszczy żywot i powozi po pijatyce.
- Fiu-fiu! - gwizdnął pan Mantalini długo i przeciągle. - To nie wie pan, jak tam było naprawdę?
- Nie, jeśli było inaczej, niż mówiłem, to nie wiem - odparł pan Ralf i obojętnie wzruszył ramionami, chcąc zapewne dać do zrozumienia, że temat ów nie interesuje go bliżej.
- Niechże to diabli! Zadziwiasz mnie pan! - zawołał pan Mantalini.
Pan Ralf znowu wzruszył ramionami, jak gdyby uważał, że niezbyt trudno zadziwić pana Mantalini, i spojrzał tęsknym wzrokiem na twarz Newmana Noggsa, która kilka razy ukazywała się za dwiema szybkami w drzwiach pokoju. Do obowiązków Newmana należało bowiem, między innymi, udawanie podczas odwiedzin osób mało ważnych, że zdawało mu się, jakoby wzywał go dzwonek, by wyprowadził już owych gości. Miało to im delikatnie przypominać, że pora zakończyć wizytę.
- Nie wie pan - ciągnął pan Mantalini chwytając gospodarza za guzik - że to wcale nie wypadek, lecz diabelna, szaleńcza, mordercza napaść pańskiego bratanka?
- Co takiego?! - wybuchnął pan Ralf śmiertelnie blednąc i zaciskając pięści.
- Do diabła, Nickleby, jesteś pan równie groźnym tygrysem jak twój bratanek - powiedział zaniepokojony tymi objawami informator.
- Prędzej! - krzyknął pan Nickleby. - Mów pan, co masz do powiedzenia. Co to za historia? Skąd pan ją znasz? Gadaj! - warczał. - Słyszysz pan?
- Jak Boga kocham, Nickleby - mówił pan Mantalini cofając się w kierunku żony - ależ z pana piekielnie wściekły stary szatan! Gotów pan wystraszyć moje życie, moją duszkę i doprowadzić ją do utraty jej słodkich rozkosznych zmysłów. Jak można wpadać od razu w tak płomienną, wariacką pasję, jakiej nigdy jeszcze nie widziałem? A niechże to diabli!
- Eee... - odparł pan Ralf zmuszając się do uśmiechu. - To tylko taki sposób bycia.
- Diablo niemiły sposób bycia; sposób bycia z prywatnego domu wariatów - powiedział pan Mantalini podnosząc z podłogi swoją laskę.
Pan Ralf znowu zmusił się do uśmiechu i jeszcze raz zapytał, od kogo pochodzą te wiadomości.
- Od Pyke'a - brzmiała odpowiedź. - Jaki to uroczy, miły, elegancki chłop! Diablo przyjemny, pierwsza klasa!
- I cóż on mówił? - spytał lichwiarz marszcząc brwi.
- Mówił, że było tak. Pański bratanek spotkał sir Mulberry'ego w kawiarni, napastował go tam jak wściekły, piekielny szaleniec, poszedł za nim do jego bryki, przysięgał, że pojedzie z nim do domu, choćby miał wsiąść na konia albo uczepić się końskiego ogona, rozbił mu gębę, która w normalnym stanie jest diabelnie urodziwą gębą, przestraszył kobyłę, wywrócił sir Mulberry'ego i siebie i...
- Zabił się! - dokończył pan Ralf i oczy mu rozbłysły. - Nie żyje, prawda?
Gość zaprzeczył ruchem głowy.
- Eee! - powiedział pan Ralf i z niesmakiem odwrócił wzrok. - W takim razie nic się nie stało. Czekaj pan! - dodał spoglądając znowu na pana Mantalini. - Może chociaż złamał rękę lub nogę, wybił sobie łopatkę, nadwerężył kark albo pogruchotał parę żeber? Uchronił głowę dla kata, ale zdobył jakąś bolesną i przewlekłą dolegliwość, co? Musiał pan chyba słyszeć przynajmniej coś takiego.
- Nie - odparł Mantalini i znowu pokręcił głową. - Jeżeli nie rozbił się na tak drobniutkie kawałeczki, że wiatr rozdmuchał je po świecie, to nie był ranny, bo poszedł sobie spokojnie i lekko, jak... jak... jak wszyscy diabli! - dokończył z braku odpowiedniego porównania.
- Aa... - powiedział gospodarz z lekkim wahaniem - ...a co było przyczyną kłótni?
- Piekielny z pana spryciarz! - odparł pan Mantalini pełnym podziwu tonem. - Przebiegły, cudaczny, najdoskonalszy stary lis! A niech to diabli! Udawać teraz, że nie wie pan, iż przyczyną była pańska błękitnooka bratanica, najśliczniejsza, najpiękniejsza, najsłodsza...
- Alfredzie! - przerwała Madame Mantalini.
- Ona zawsze ma rację - powiedział pan Mantalini pojednawczo - jeżeli więc mówi, że czas na nas, to czas i w tej chwili idziemy. A kiedy ona idzie po ulicy ze swym najmilszym tulipanikiem, kobiety muszą mówić z zazdrością, że ma piekielnie urodziwego mężusia, a mężczyźni muszą mówić ze złością, że on ma piekielnie urodziwą żonusię. A wszyscy będą mieli rację, tak, i nikt nie będzie się mylił, klnę się na mą duszę! A niechże to diabli!
Dodając wiele innych niemniej głębokich i związanych z przedmiotem rozmowy uwag, pan Mantalini przesłał całusa panu Ralfowi, podał ramię małżonce i nader uroczyście wyprowadził ją z pokoju.
- Tak, tak! - mruknął lichwiarz, opadając na swój fotel. - Ten czart jest znowu na wolności i na każdym kroku krzyżuje moje plany. Po to się chyba urodził. Zapowiedział mi, że wcześniej czy później nadejdzie dzień porachunku między nami. Postaram się uczynić zeń prawdziwego proroka, gdyż dzień ów musi nadejść niebawem.
- Czy jest pan w domu? - zapytał Newmana zaglądając nagle do pokoju.
- Nie - odrzekł pan Ralf bez wahania.
Newman cofnął się, lecz po chwili znowu wetknął głowę w szparę drzwi:
- Czy stanowczo nie ma pana w domu?
- Czego ten idiota tu chce? - zawołał lichwiarz ze złością.
- Czeka niemal od chwili, gdy przyszło tamtych dwoje, mógł więc był słyszeć pański głos - odparł Newman zacierając dłonie
- Kto czeka? - spytał pan Ralf w najwyższym stopniu zirytowany zarówno wiadomością, jak i wyzywającym tonem kancelisty.
Odpowiedź była zbędna, gdyż niespodziewanie zjawiła się strona trzecia - osobnik, o którym Newman mówił. Jegomość ów skierował na pana Ralfa jedno oko (miał bowiem tylko jedno), złożył kilka bardzo zamaszystych ukłonów i usadowił się na fotelu z dłońmi złożonymi na kolanach, a nogawice jego przykrótkich czarnych spodni zostały podciągnięte tak wysoko, że wyglądały spod nich prawie całe cholewy butów a la Wellington.
- A to niespodzianka! - powiedział pan Ralf spoglądając na gościa z uśmiechem i bacznie go obserwując. - Od razu powinienem poznać pańską twarz, panie Squeers.
- Ach! - odparł szanowny pedagog. - Poznałby ją pan łatwiej, gdyby nie było na niej wypisane wszystko, przez co ostatnio przeszedłem. Mój dobry człowieku - zwrócił się do Newmana - zdejm no ze stołka w kantorze tego chłopczyka, co tam siedzi, i powiedz mu, żeby przyszedł tutaj, dobrze? Oooo!... Chłopczyk zdjął się już sam. Mój syn, proszę pana, Wackford młodszy. Co myśli pan o nim jako o przykładzie odżywiania w Dotheboys Hall, hę? Czy nie wygląda na to, że lada chwila pęknie na nim ubranie, puszczą szwy i odlecą guziki? To jest ciało! - wołał obracając chłopcem i ku wielkiemu niezadowoleniu swego syna i dziedzica sprawdzając pulchność jego ciała przy pomocy szczypania i naciskania. - Ta sprężystość! Ta jędrność! Co pan chce, trudno to nawet chwycić w dwa palce!
Bez względu na swą znakomitą kondycję młody pan Squeers z całą pewnością nie posiadał aż tak nadzwyczajnej jędrności ciała, kiedy bowiem ojciec ilustrując swą końcową uwagę zacisnął dwa palce, chłopiec wrzasnął przeraźliwie i zaczął pocierać bolące miejsce w najbardziej naturalny sposób.
- No - powiedział zbity nieco z tropu Squeers - teraz uchwyciłem go jakoś! Ale to tylko dlatego, że wcześnie jedliśmy dzisiaj śniadanie, a biedak nie dostał jeszcze obiadu. Po kolacji jednak nie zdoła pan przyciąć we drzwiach ani kawałeczka jego skóry. Proszę tylko spojrzeć na te łzy! - ciągnął z triumfującą miną, gdy młody Wackford ocierał oczy rękawem kubraka. - Czysta oliwa, co?
- Doprawdy, synek wygląda znakomicie - przyznał pan Ralf, który dla jakichś własnych celów pragnął widocznie zjednać pedagoga. - A jakże się miewa pani Squeers i jak pańskie zdrowie?
- Pani Squeers, proszę pana - odparł właściciel Dotheboys Hall - jest tym, czym była zawsze; matką dla chłopców, a dla wszystkich, którzy ją znają, błogosławieństwem, pociechą i radością. Jeden z naszych uczniów napchał się flakami, jak to oni zawsze robią, i zachorował, a potem zrobił mu się w zeszłym tygodniu wrzód. Trzeba było widzieć, jak operowała go zwyczajnym scyzorykiem! Wielki Boże! - westchnął i pokiwał głową. - Jakimż odpowiedzialnym członkiem społeczeństwa jest ta kobieta!
Pan Squeers pozwolił sobie na trwające pół minuty pełne zadumy spojrzenie, jak gdyby wzmianka o doskonałościach małżonki powiodła jego myśli wprost do spokojnej wioski Dotheboys pod Greta Bridge w Yorkshire, a następnie zerknął na pana Ralfa i zdawał się oczekiwać, że teraz on z kolei coś powie.
- Czy zupełnie przyszedł pan już do siebie po napaści tego łotra? - spytał gospodarz.
- Dopiero co wyzdrowiałem. Teraz czuję się już lepiej - odrzekł Squeers. - Byłem jednym straszliwym sińcem stąd dotąd, proszę pana - dodał dotykając najprzód swych włosów, a potem nosów obuwia. - Ocet i gruby papier, ocet i gruby papier, od rana do nocy. Sądzę, że od początku do końca kuracji zużyto dla mnie jakie pół ryzy grubego papieru. Kiedy jak Łazarz leżałem w kuchni, owinięty na wszystkie strony, pomyślałby pan, że jestem paczką bolesnych jęków zawiniętą w gruby papier. Czy głośno jęczałem, Wackfordzie, czy też jęczałem cicho? - zwrócił się z pytaniem do syna.
- Głośno - odpowiedział Wackford.
- Czy chłopcy byli zmartwieni, że widzą mnie w tak opłakanym stanie, Wackfordzie, czy też byli zadowoleni? - dopytywał dalej z przejęciem.
- Zado...
- Co takiego?! - przerwał ojciec odwracając się gwałtownie.
- Zmartwieni - odpowiedział synalek.
- Aha! - rzekł Squeers, wprawnie targając go za ucho. - No to wyjmij ręce z kieszeni, nie jąkaj się, kiedy cię o coś pytają i w ogóle nie hałasuj, smarkaczu, w gabinecie tego dżentelmena, bo ucieknę od rodziny i nigdy już nie wrócę. A co się wówczas stanie z tymi wszystkimi kochanymi, nieszczęśliwymi chłopcami, którzy samopas pójdą w świat bez swego najlepszego przyjaciela i przewodnika!
- Czy był pan zmuszony korzystać z pomocy lekarskiej? - zapytał pan Ralf.
- Pewnie, że tak! - odparł Squeers. - I lekarz wystawił niezgorszy rachunek. Zapłaciłem, mimo wszystko.
Pan Ralf podniósł brwi w sposób, który, zależnie od życzenia rozmówcy, mógł wyrażać dobrze współczucie, jak zdziwienie.
- Tak! Zapłaciłem do ostatniej ćwiartki pensa - podjął pan Squeers, zbyt dobrze widać znający człowieka, z którym miał do czynienia, by przypuszczać, że gmatwając sprawę skłoni go do udziału w swych wydatkach. - Ale i tak pieniądze nie wyszły z mojej kieszeni.
- Doprawdy? - zdziwił się lichwiarz.
- Ani pół pensa - odparł Squeers. - Prawdę mówiąc liczymy naszym chłopcom tylko jedną dodatkową opłatę, a mianowicie, w razie potrzeby, za doktora. Ale wzywamy go tylko wtedy, kiedy jesteśmy pewni płatników. Rozumie pan?
- Rozumiem - odpowiedział pan Ralf.
- Doskonale! - ciągnął Squeers. - Kiedy więc spadł na nas ten rachunek, wybraliśmy synów wypłacalnych drobnych kupców, pięciu chłopców, którzy nigdy nie chorowali na szkarlatynę i jednego z nich wsadziliśmy do chałupy, gdzie była ta choroba. Chłopiec zaraził się oczyście, a potem pozostałych czterech położyliśmy z nim w jednym łóżku. Wszyscy pochorowali się również, przyszedł więc lekarz i za jednym zamachem udzielił im pomocy, a my podzieliliśmy całą należność za mnie, dodaliśmy ją do ich drobnych rachunków i rodzice wszystko zapłacili. Cha, cha, cha!
- To niezły pomysł - powiedział pan Ralf spoglądając spod oka na pedagoga.
- No pewnie! - odrzekł Squeers. - Zawsze tak postępujemy. Co pan chce, kiedy pani Squeers rodziła tego oto Wackforda, zaraziliśmy kokluszem pół tuzina uczniów i rozdzieliliśmy między nich wszystkie jej wydatki z miesięcznym wynagrodzeniem pielęgniarki włącznie! Cha, cha, cha!
Pan Ralf nie śmiał się nigdy, lecz przy tej sposobności zdobył się na coś najbardziej zbliżonego do uśmiechu i pozwoliwszy pedagogowi nacieszyć się do syta wspomnieniem tej dowcipnej sztuczki, zapytał, co go sprowadza do Londynu.
- Niemiła sprawa sądowa - odrzekł Squeers skrobiąc się w głowę - związana z zarzutem, który nazywają ciężkim zaniedbaniem opieki nad wychowankiem. Ale nic mi chyba nie zrobią. Chłopiec ów miał najlepsze pastwisko, jakie znajduje się w naszym sąsiedztwie.
Pan Ralf spojrzał, jak gdyby niezupełnie pojął sens ostatniego zdania.
- Miał najlepsze pastwisko - powtórzył Squeers głośniej, sądząc zapewne, że gospodarz musi być głuchawy, jeżeli tego nie rozumie. - Gdy jakiś chłopiec słabnie albo zaczyna niedomagać i nie kwapi się do zwykłego jadła, stosujemy zmianę diety. Codziennie wypędzamy go na mniej więcej godzinę na zasadzone rzepą pole sąsiada (a czasami, w poważniejszych wypadkach, na pole rzepy i zagon marchwi na zmianę) i pozwalamy mu jeść, ile tylko zechce. W całym hrabstwie nie ma lepszego gruntu jak ten, na który chodził ów przewrotny chłopak, a mimo to wciąż przeziębiał się albo dostawał niestrawności i Bóg wie czego. A teraz jego rodzina mnie wytacza sprawę, mnie! I któż by przypuszczał - dodał szurając niecierpliwie fotelem z miną człowieka pokrzywdzonego - że ludzka niewdzięczność może posunąć się aż tak daleko.
- Przykra historia, doprawdy przykra - wtrącił pan Ralf.
- To szczera prawda - podjął pedagog. - Nie chodzi chyba po ziemi człowiek, który by kochał młodzież tak, jak ja... W Dotheboys Hall mamy teraz młodzieży za całe osiemset funtów rocznie. Gdybym zaś mógł zdobyć więcej chłopców, przyjąłbym ich chętnie nawet za szesnaście setek i każde dwadzieścia funtów kochałbym tak bardzo, że niczego na świecie nie można by z tym porównać.
- Czy zatrzymał się pan w swej dawnej gospodzie? - zapytał pan Ralf.
- Tak, stoimy Pod Głową Saracena - odparł Squeers - a że niewiele brak już do końca półrocza, zostaniemy tam, dopóki nie zbierzemy należności i, jak się spodziewam, garstki nowych chłopców. Umyślnie przywiozłem małego Wackforda, żeby pokazywać go rodzicom i opiekunom. Tym razem zamieszczę jego podobiznę w ogłoszeniach. Spójrzcie na tego chłopca! To nasz wychowanek, a zarazem okaz doskonałego odżywiania!
- Chciałbym zamienić z panem parę słów - rzekł pan Ralf, który od jakiegoś czasu zajęty własnymi myślami przestał słuchać i odpowiadać.
- Tyle słów, ile tylko pan zechce, proszę pana - odparł Squeers. - Wackford, idź sobie i pobaw się w kantorze od podwórka, ale nie kręć się zanadto, bo schudniesz, a tego nam wcale nie trzeba. Ma pan pewnie przy sobie taki drobiazg jak dwa pensy, panie Nickleby, co? - dodał pobrzękując w kieszeni pęczkiem kluczy i mamrocząc coś, że to samo srebro.
- Sądzę... że... mam... - odrzekł lichwiarz bardzo powoli i po długich poszukiwaniach w jakiejś starej szufladzie dobył stamtąd jednego pensa, jedną półpensówkę i dwie ćwierćpensówki.
- Bardzo dziękuję - powiedział pedagog wręczając synowi monety. - Masz. Idź i kup sobie za to kawałek tortu. Służący pana Nickleby pokaże ci, gdzie go dostaniesz. Pamiętaj tylko, żebyś kupił pulchny. Od ciast - dodał zamykając drzwi za małym Wackfordem - cera jego nabiera pięknego połysku, co w oczach rodziców i opiekunów uchodzi za oznakę zdrowia.
Pan Squeers uzupełnił to wyjaśnienie wymownym spojrzeniem znawcy, a potem zaczął przesuwać swój fotel, ustawił go tuż obok pana Ralfa i usiadł.
- Uważaj pan - rozpoczął pan Ralf i pochylił się do przodu.
Squeers skinął głową.
- Nie należy chyba podejrzewać - podjął gospodarz - że jest pan głupcem, który wybaczy lub łatwo puści w niepamięć napaść na siebie albo związane z nią koszty?
- Nie, do diabła! - rzucił Squeers szorstko.
- Albo też pominie sposobność odpłaty z nawiązką, jeśli sposobność taka się nadarzy? - ciągnął pan Ralf.
- Niech no mi pan pokaże taką sposobność, a zobaczymy -odparł pedagog.
- I w tym celu przyszedł pan do mnie, prawda? - zapytał pan Ralf podnosząc wzrok ku twarzy swego gościa.
- N-n-iee... Nie myślałem o tym - odpowiedział tamten. - Sądziłem tylko, że gdyby pan mógł udzielić mi, prócz tej śmiesznej sumki, którą dostałem, jakiegoś innego zadośćuczynienia, to...
- Ach! - przerwał pan Ralf. - Może pan nie mówić nic więcej.
Po dłuższej przerwie, w czasie której wydawał się zajęty własnymi myślami, gospodarz odezwał się znowu.
- Co to za chłopak, ten, którego on zabrał?
Squeers wymienił imię zbiega.
- Mały czy duży, zdrowy czy chorowity, uległy czy krnąbrny? Mów pan, człowieku! - dopytywał pan Ralf.
- Cóż... Nie jest on bardzo mały... - odpowiedział gość - ...to znaczy, rozumie pan... nie jest mały jak na chłopca...
- To znaczy, przypuszczam, że w ogóle nie jest już chłopcem, co? - przerwał pan Ralf.
- No... - odparł żywo Squeers, jak gdyby domysł ten przyniósł mu ulgę. - Może mieć jakieś dwadzieścia lat, ale nikt by mu tyle nie dał, bo brak mu trochę tutaj - Squeers dotknął swego czoła. - Widzi pan, jeśli stukać gdzieś zbyt często, to wreszcie nie zastanie się nikogo w domu.
- A pan, jak się spodziewam, stukał bardzo często! - mruknął pan Ralf.
- Z całą pewnością - przyznał pedagog z uśmiechem.
- Kiedy pisał pan do mnie, żeby potwierdzić odbiór tego co pan nazywa śmieszną sumką - mówił pan Ralf - wspomniał pan, iż krewni dawno już przestali interesować się tym chłopcem i że brak panu wszelkiego śladu i najmniejszej wskazówki, by ustalić, kim on jest. Czy to prawda?
- Tak jest, niestety - odpowiedział Squeers, który stawał się coraz swobodniejszy i bardziej poufały, w miarę jak pan Ralf dopytywał z mniejszą rezerwą. - Czternaście lat temu, zgodnie z zapiskami w mojej księdze, jakiś nieznajomy mężczyzna przyprowadził go pewnej jesiennej nocy i zostawił u mnie płacąc pięć funtów i pięć szylingów z góry za pierwszy kwartał. Mógł on mieć wówczas pięć albo sześć lat.
- I cóż pan więcej o nim wie?
- Bardzo mi przykro, ale diablo mało - odparł Squeers. - Opłaty za niego wpływały przez sześć czy osiem lat, a później się urwały. Chłopiec podał jakiś adres w Londynie, ale oczywiście, jak przyszło co do czego, nikt tam o nim nic nie wiedział. A więc trzymałem malca z... z...
- Może z litości? - podpowiedział gospodarz sucho.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.