ROZDZIAŁ III
w którym pan Ralf Nickleby otrzymuje smutne wieści o swoim bracie i znosi je ze szlachetnym spokojem, a czytelnik poznaje Nicholasa i dowiaduje się, jak to pan Ralf polubił bratanka i z jaką życzliwością postanowił natychmiast zająć się jego przyszłością i fortuną
Pan Ralf Nickleby wziął czynny udział w obiadowym posiedzeniu, wykazując rzutkość i energię, które to przymioty zaliczyć należy do najważniejszych, jakie posiadać może człowiek interesu. Potem pożegnał uprzejmie swoich doraźnych wspólników i w wyśmienitym humorze skierował kroki ku zachodniej dzielnicy miasta. Kiedy mijał katedrę Świętego Pawła, zboczył na chwilę w jakąś sień, żeby naregulować zegarek i przygotowując się do tej czynności stał z ręką na kluczyku i z wzrokiem utkwionym w tarczy katedralnego zegara, gdy nagle ktoś zatrzymał się przed nim. Był to Newman Noggs.
- A, Newman - powiedział pan Nickleby spoglądając wciąż w górę i nie przerywając swego zajęcia. Masz pewno list w sprawie hipoteki. Spodziewałem się tego.
- Myli się pan - odparł Newman.
- Co? ... I nikt nie przychodził? - spytał pan Nickleby i przestał nakręcać zegarek.
Noggs zaprzeczył ruchem głowy.
- Co zatem przyszło? - pytał dalej pan Nickleby.
- Ja - powiedział Newman.
- I cóż więcej? - dopytywał surowo chlebodawca.
- To - rzekł Newman, bez pośpiechu wyciągając z kieszeni zapieczętowany list. - Pieczęć poczty ze Strandu, czarny lak, czarna obwódka, kobiece pismo, C.N. w rogu koperty.
- Czarny lak? - rzekł pan Nickleby, rzuciwszy okiem na list. - Znam trochę ten charakter pisma, Newman! Wcale bym się nie zdziwił, gdybym się dowiedział, że mój brat nie żyje.
- Na pewno by się pan nie zdziwił - odparł spokojnie Noggs.
- A czemuż to, sir? - spytał pan Nickleby.
- Bo pan się nigdy nie dziwi - rzekł Newman. - To wszystko.
Pan Nickleby wyrwał kopertę z rąk swego podwładnego, zmierzył go lodowatym spojrzeniem, otworzył list, przeczytał, schował do kieszeni i naregulowawszy zegarek co do sekundy, zaczął go znowu nakręcać.
- Tak, Newman. Stało się to, czego się spodziewałem - mówił pan Nickleby, w dalszym ciągu nakręcając zegarek. - Rzeczywiście nie żyje. Mój Boże! To zupełnie niespodziewana historia. I któż by to pomyślał...
Wypowiedziawszy te pełne głębokiego żalu słowa, pan Nickleby umieścił zegarek w kieszonce kamizelki, a potem starannie naciągnął rękawiczki, założył ręce do tyłu i powoli ruszył w stronę zachodniej dzielnicy miasta.
- Dzieci żyją? - spytał Noggs dopędzając pana Ralfa.
- W tym sęk - odparł pan Nickleby, jakby o nich właśnie rozmyślał. - Żyją oboje.
- Oboje - powtórzył Newman cichym głosem.
- Wdowa również - dodał pan Nickleby. - I wszyscy są w Londynie! Niech ich diabli! Wszyscy troje są tutaj Newman.
Kancelista cofnął się za swego chlebodawcę, a twarz wykrzywił mu dziwaczny grymas; nikt jednak, prócz samego Newmana, nie umiałby powiedzieć, czy przyczyną tego był dawny atak paraliżu, smutek, czy też jakiś wewnętrzny śmiech. Gra ludzkiej twarzy jest na ogół wykładnikiem myśli czy tłumaczem słów, ale miny Newmana Noggsa stanowiły zazwyczaj problem nie do rozwiązania dla najbystrzejszego nawet obserwatora.
Kiedy przeszli tak kilkanaście kroków, pan Nickleby obejrzał się i powiedział: "Do domu!", tak, jakby jego kancelista był psem. Usłyszawszy te słowa Newman natychmiast rzucił się na drugą stronę ulicy, wmieszał się w tłum i zniknął w jednej chwili.
- Logiczne! Nie ma co mówić! - mruczał pan Nickleby spiesząc dalej. - Niesłychanie logiczne! Brat nigdy nic dla mnie nie zrobił, ja zresztą niczego się nie spodziewałem od niego, a teraz, ledwie wydał ostatnie tchnienie, mam uważać się za opiekuna i żywiciela zdrowej baby, dorosłego chłopaka i dziewczyny. Czymżeż oni są dla mnie? Nigdy ich nawet nie widziałem.
Pogrążony w takich rozmyślaniach, pan Nickleby podążał prosto na Strand, a wreszcie, rzuciwszy okiem na list jakby chciał sprawdzić numer poszukiwanego domu, zatrzymał się przed drzwiami kamieniczki stojącej mniej więcej w połowie tej ruchliwej arterii.
Musiał tam mieszkać jakiś miniaturzysta, bo do drzwi przyśrubowana była szeroka, złocona rama, w której na tle czarnego welwetu wystawiono dwa portrety ozdobionych lunetami marynarskich paradnych surdutów, z których wyglądały twarże; były tam również podobizny jakiegoś młodzieńca w niesłychanie szkarłatnym mundurze, dzierżącego zakrzywioną szablę, i naukowca z wysokim czołem, przedstawionego na tle kotary w otoczeniu sześciu książek, pióra i kałamarza. Ponadto znajdował się tam wzruszający wizerunek młodej damy, czytającej jakiś rękopis w głębi dziewiczego lasu, oraz uroczy portrecik siedzącego na taborecie wielkogłowego malca, którego zwisające nogi osiągnęły w skrócie perspektywicznym rozmiary łyżeczek do soli. Były tam również liczne głowy starszych pań i panów, którzy głupkowato uśmiechali się do siebie z niebieskiego lub brązowego tła, a prócz tych dzieł sztuki ceny wypisane ozdobnym pismem na eleganckiej karcie o wyzłacanych brzegach.
Pan Nickleby z pogardą spojrzał na te głupstewka, po czym dwukrotnie stuknął do drzwi. Za trzecim razem stukanie to wywabiło służącą o niezwykle brudnej twarzy.
- Pani Nickleby w domu? - spytał ostro pan Ralf.
- Pani nie nazywa się Nickleby - odpowiedziała dziewczyna. - Chciał pan pewnie powiedzieć: La Creevy.
Pan Nickleby spojrzał z niesłychanym oburzeniem na dziewczynę, która ośmieliła się go poprawić, i spytał surowo, co ona przez to rozumie. Służąca miała właśnie odpowiedzieć, kiedy kobiecy głos dochodzący ze stromych schodów przy końcu korytarza zapytał, o kogo chodzi.
- O panią Nickleby - rzekł pan Ralf.
- Na drugim piętrze, Hannah - odezwał się ten sam głos. - Jakiż głuptas z ciebie! Czy drugie piętro w domu?
Ktoś wychodził dopiero co, ale myślę, że to ten z facjatki, bo się dzisiaj mył - odpowiedziała służąca.
- Trzeba było patrzeć - ciągnęła niewidzialna osoba. - Pokaż panu, gdzie jest dzwonek, i powiedz mu, że gościom drugiego piętra nie wolno stukać długo, chyba że dzwonek się popsuje, a i wówczas zgadzam się tylko na dwa pojedyncze stuknięcia.
- Dobrze, dobrze! - rzucił pan Ralf i wszedł nie wdając się w dłuższe rozmowy. - Bardzo przepraszam, czy pani La... nie pamiętam, jak dalej?...
- Creevy... La Creevy - odezwał się głos i żółty stroik na głowę wychylił się zza poręczy schodów.
- Za pozwoleniem pani, chciałbym pomówić z nią chwilkę - rzekł pan Ralf.
Głos odpowiedział zapraszając na górę, ale pan Ralf już przedtem zdążył wejść na schody; na pierwszym piętrze został przyjęty przez właścicielkę żółtego stroiku na głowę, ubraną w szlafrok tej samej barwy i całą utrzymaną w bardzo zbliżonym kolorycie. Panna La Creevy była afektowaną osóbką w wieku lat pięćdziesięciu, a apartament jej wyglądał jak powiększona gablota w złoconej ramie umieszczona na dole, z tą tylko różnicą, iż był nieco brudniejszy.
- Hm... Hm... - odezwała się panna La Creevy pokasłując i osłaniając usta ręką w czarnej jedwabnej mitynce. - Miniaturka, jak tuszę! Rysy bardzo odpowiednie, niesłychanie wyraziste. Czy pozował pan kiedy?
- Myli się pani co do celu moich odwiedzin - odparł pan Ralf w swój zwykły, szorstki sposób. - Nie mam pieniędzy do wyrzucania na miniatury i, chwała Bogu, nie mam nikogo, komu mógłbym ofiarować coś takiego. Ale skoro zobaczyłem już panią na schodach, chciałbym zapytać o pewnych jej lokatorów.
Panna La Creevy zakasłała znowu - tym razem, by pokryć swe rozczarowanie - i powiedziała: - Ach! Doprawdy!
- Z jej rozmowy ze służącą wnoszę, że wyższe piętro również należy do pani - rzekł pan Nickleby.
Panna La Creevy przyznała, że górna część domostwa istotnie należy do niej, a ponieważ w obecnej chwili nie korzysta z apartamentu na drugim piętrze, odnajmuje go lokatorom. Obecnie mieszka tam pewna dama ze wsi wraz z dwojgiem swych dziatek.
- Wdowa, proszę pani? - spytał pan Ralf.
- Tak, dama ta jest wdową - odparła.
- Ubogą wdową, pani - powiedział pan Ralf, kładąc wielki nacisk na tym krótkim, a tak wiele mówiącym przymiotniku.
- Hm... Przypuszczam, że istotnie jest uboga - odrzekła panna La Creevy.
- Tak się składa, że ja wiem to z całą pewnością - ciągnął pan Ralf. - Ale proszę mi powiedzieć, co robi uboga wdową w takim jak ten domu?
- W samej rzeczy - przyznała dama, mile połechtana komplementem pod adresem jej apartamentów. - To najświętsza prawda.
- Ja, pani, znam dokładnie jej położenie - mówił pan Ralf. - Prawdę mówiąc, jestem spokrewniony z tą rodziną i radziłbym pani nie trzymać ich tutaj.
- Hm... - chrząknęła znowu panna La Creevy. - Mam nadzieję, że o ile będzie jej trudno wywiązać się ze zobowiązań pieniężnych, to rodzina tej damy zechce...
- Nie zechce, pani - przerwał jej szybko. - Proszę na to nie liczyć.
- Jeśli mam to przyjąć do wiadomości - powiedziała panna La Creevy - to sprawa przybiera wygląd zgoła odmienny.
- Powinna to pani przyjąć do wiadomości i odpowiednio postępować - odparł pan Ralf. - Ja jestem tą rodziną, pani, a przynajmniej żywię przekonanie, że jestem jedynym krewnym, jakiego mają. Uważam przeto, iż wypada mi powiadomić panią, że ja nie mogę płacić za ich rozrzutne upodobania. Na jak długo wynajęli pokoje?
- Umówiłyśmy się tygodniowo - odrzekła panna La Creevy. - Pani Nickleby z góry zapłaciła za pierwszy tydzień.
- W takim razie lepiej pozbyć się ich z końcem tego pierwszego tygodnia - mówił pan Ralf. - Najrozsądniej postąpią, pani, jeśli wrócą sobie na wieś, tutaj bowiem są wszystkim zawadą.
- Nie ulega wątpliwości - powiedziała panna La Creevy zacierając ręce - że jeśli pani Nickleby wynajęła apartament nie posiadając środków na uiszczenie czynszu, to nie postąpiła, jak przystało damie.
- Oczywiście, pani - potwierdził pan Ralf.
- I, naturalnie - ciągnęła panna La Creevy - ja, będąc chwilowo... hm... kobietą bez żadnej opieki, nie mogę sobie pozwolić na ponoszenie takich strat.
- Bez wątpienia, nie może pani - potwierdził znowu.
- A jednocześnie - dodała panna La Creevy, w której dobre serce wyraźnie walczyło z poczuciem interesu - nie mogę powiedzieć nic złego o tej damie. To bardzo miła i ujmująca osoba, choć, biedaczka, jest ogromnie przygnębiona. Nie mogę też nic zarzucić jej dzieciom, doprawdy, trudno o milszą i lepiej wychowaną młodzież.
- Doskonale! - rzekł pan Ralf odwracając się ku drzwiom, drażniły go bowiem te zachwyty nad biedotą. - Ja w każdym razie spełniłem swój obowiązek względem pani, a zapewne nawet więcej niż obowiązek. Oczywiście, nikt nie podziękuje mi za to.
- Ja przynajmniej jestem panu nad wyraz wdzięczna - powiedziała przymilnie panna La Creevy. - Czy zechce pan, z łaski swojej, spojrzeć na kilka malowanych przeze mnie portrecików?
- Bardzo to uprzejmie z pani strony - odparł pan Nickleby, spiesznie kierując się ku wyjściu - czeka mnie jednak wizyta o piętro wyżej, a czas mój jest nader cenny, doprawdy więc nie mogę służyć pani.
- Będzie mi bardzo miło, jeśli zechce pan wstąpić tutaj przy następnej okazji - mówiła panna La Creevy. - Czy pozwoli pan wręczyć sobie mój cennik? Bardzo dziękuję. Do widzenia panu.
- Do widzenia pani - rzucił pan Ralf, gwałtownie zamykając drzwi, by uniemożliwić wszelką dalszą rozmowę. - A teraz do bratowej. No!
Wspinając się na drugie piętro po niezwykle stromych schodach, pomysłowo zbudowanych z samych trójkątnych stopni, pan Ralf Nickleby zatrzymał się na półpiętrze, by zaczerpnąć tchu, i natknął się na służącą, wysłaną przez uprzejmą pannę La Creevy, żeby miał go kto zameldować. Od czasu niedawnej rozmowy dziewczyna podejmowała najwidoczniej bezskuteczne wysiłki, zmierzające do starcia brudu z twarzy jeszcze brudniejszym fartuchem.
- Kogo zameldować? - spytała.
- Nickleby - odparł pan Ralf.
- O! Pani Nickleby! - zawołała służąca, szeroko otwierając drzwi. - Przyszedł pan Nickleby.
Na widok pana Ralfa powstała z miejsca dama w ciężkiej żałobie; nie miała jednak widocznie dość sił, aby wyjść mu naprzeciw, natychmiast bowiem oparła się na ramieniu siedzącej obok drobnej, lecz bardzo pięknej panny, mniej więcej siedemnastoletniej. Do gościa zbliżył się młodzieniec wyglądający na starszego o rok lub dwa i powitał go nazywając stryjem.
- Aa... - warknął pan Ralf z nieprzyjazną miną. - Nicholas, jak sądzę.
- Tak mi na imię, stryju - odparł młodzieniec.
- Weź mój kapelusz! - rzucił rozkazująco pan Ralf i zwrócił się do bratowej. - Witam panią. Nie wolno poddawać się smutkom. Ja nie poddaję się im nigdy.
- Moja strata nie była zwyczajna - rzekła pani Nickleby przykładając chusteczkę do oczu.
- Nie była też nadzwyczajna, proszę pani - odpowiedział pan Ralf, obojętnie rozpinając spencer. - Mężowie umierają codziennie; umierają również żony.
- I bracia także - wtrącił Nicholas, z oburzeniem spoglądając na stryja.
- Tak, paniczu, i szczenięta, i mopsy tak samo - odrzekł stryj, sadowiąc się w fotelu. - Nie wspomniała pani w liście, na co cierpiał mój brat.
- Lekarze nie mogli stwierdzić żadnej określonej choroby - objaśniała zalana łzami wdowa. - My zaś mamy wiele podstaw do tego, by sądzić, że serce pękło mu z żalu.
- Eh!... - rzucił pan Ralf. - Takiej choroby nie ma! Mogę pojąć, że człowiek ginie z powodu pęknięcia kręgosłupa albo cierpi skutkiem pęknięcia kości ręki, nogi czy nosa, ale pęknięte serce! Nonsens! To tylko takie sobie modne dzisiaj powiedzenie. Jeśli ktoś nie może spłacić długów, serce mu pęka, a wdowa po nim staje się męczennicą.
- Są ludzie, którym serce nie może pęknąć, bo go nie posiadają - zauważył spokojnie Nicholas.
- Na miłość Boską! Ileż lat ma ten chłopak? - spytał pan Ralf cofając się wraz z fotelem i mierząc bratanka od stóp do głów spojrzeniem pełnym wzgardy.
- Nicholas skończy wkrótce dziewiętnaście - odrzekła wdowa.
- Aha! Dziewiętnaście! powiedział pan Ralf. - A jakże to panicz myśli zarabiać na chleb? Co?
- Nie mam zamiaru żyć z zasobów matki - odparł Nicholas z sercem wezbranym gniewem.
- Nie bardzo miałbyś z czego, gdybyś nawet miał taki zamiar - odrzekł stryj, pogardliwie spoglądając spod oka.
- Jakiekolwiek by one były - powiedział zarumieniony Nicholas - nie będę oglądał się na stryja, by te zasoby powiększyć.
- Nicholas! Opamiętaj się, drogi chłopcze - napominała pani Nickleby.
- Bardzo proszę, kochany Nicholasie - poparła matkę panienka.
- Milcz, paniczu! - krzyknął pan Ralf. - Ładny początek, pani bratowo! Doprawdy, śliczny początek!
Pani Nickleby nie odpowiedziała, tylko błagalnym ruchem ręki prosiła syna o milczenie, a stryj i bratanek przez parę sekund spoglądali na siebie bez słowa. Twarz starszego mężczyzny była surowa, twarda i odpychająca, twarz młodzieńca otwarta, przystojna i inteligentna. Z przenikliwych oczu starszego wyzierała chytrość i chciwość, z jasnych oczu młodego - bystrość i zapał. Nicholas był może zbyt szczupły, ale męski i dobrze zbudowany, a prócz całego wdzięku świeżości i urody z postawy jego i spojrzenia promieniowała siła młodego, gorącego serca; siła ta pokonała starszego mężczyznę.
Taki kontrast musi uderzyć każdego, ale nikt nie odczuje go nawet w połowie tak boleśnie, przejmująco i do głębi duszy jak ten, którego niższość bezlitośnie odsłania. Kontrast ten ugodził pana Ralfa w samo serce i od tej chwili znienawidził on Nicholasa.
Wzajemna obserwacja dobiegła wreszcie końca, gdyż pan Ralf spuścił wzrok i z wyraźną pogardą, nazwał bratanka "chłopcem". Słowa tego używają chętnie starsi panowie przemawiając karcącym tonem do młodszych, jakby chcieli w ten sposób oszukać wszystkich i wzbudzić przekonanie, iż nawet gdyby to było możliwe, za nic w świecie nie chcieliby zostać młodymi po raz wtóry.
- A zatem, pani bratowo - powiedział pan Ralf niecierpliwie - powiada pani, że wierzyciele zajęli się waszymi sprawami i nie zostawili wam nic.
- Nic - powtórzyła pani Nickleby.
- A pani wydała niewielką sumkę, jaka jej pozostała, na długą podróż do Londynu, po to tylko, żeby dowiedzieć się, co ja mogę dla was uczynić - ciągnął.
- Miałam nadzieję... - jąkała pani Nickleby - że znajdzie pan jakiś sposób, by okazać pomoc sierotom po bracie. W ostatnich słowach prosił, bym zwróciła się do pana w ich imieniu.
- Nie wiem, jak to się dzieje - mruczał pan Ralf chodząc tam i z powrotem po pokoju - ale ilekroć umiera ktoś, kto nie posiada własnego majątku, zawsze wyobraża sobie, że ma prawo dysponować cudzym. Cóż umie córka pani?
- Kate była starannie edukowana - łkała pani Nickleby. - Powiedz stryjowi, kochanie, jak dalece jesteś zaawansowana we francuskim i przedmiotach dodatkowych.
Biedne dziewczę zaczęło coś jąkać, ale stryj przerwał jej bez ceremonii.
- Musimy postarać się dla ciebie o praktykę na jakiejś pensji. Mam nadzieję, że nie rozpieszczono cię zanadto i nadasz się na wychowawczynię.
- Na pewno, stryju - odpowiedziała zapłakana Kate. - Chętnie spróbuję każdej pracy, która zapewni mi chleb i dach nad głową.
- No, no! - podjął pan Ralf ułagodzony trochę urodą czy strapieniem bratanicy (powiedzmy, że chodziło tylko o to drugie). - Musisz spróbować, a jeżeli będzie ci zbyt ciężko, może haft albo krawieczyzna przyjdą jakoś łatwiej. A ty? - zwrócił się do Nicholasa. - Pracowałeś już kiedy, paniczu?
- Nie! - odparł krótko Nicholas.
- Nie! - powtórzył pan Ralf. - Domyślałem się. W taki to sposób, pani, brat mój wychowywał dzieci!
- Nicholas uczęszczał niedawno do takich szkół, na jakie stać było jego biednego ojca - broniła go pani Nickleby - i zamierzał właśnie...
- Zostać czymś tam kiedyś tam - przerwał pan Ralf. - To znana historia: wiecznie zamierzać, a nigdy nic nie robić. Gdyby mój brat był człowiekiem czynu i rozsądku, byłaby pani teraz zamożną osobą. Gdyby zaś wyprawił swego syna z domu, jak mój ojciec mnie, kiedy miałem siedemnaście lat, to chłopak ten byłby teraz dla pani pomocą, a nie ciężarem, przysparzającym jej tylko zmartwień. Mój brat, pani, był człowiekiem lekkomyślnym i nierozważnym, a pewien jestem, że nikt nie miał więcej okazji niż pani, żeby to odczuć.
Pod wpływem tych słów wdowa zaczęła rozważać, że mogła była korzystniej ulokować swoje tysiąc funtów posagu, i zastanawiała się, jak wielkim ułatwieniem życia byłaby teraz taka suma. Smutne myśli przyspieszyły potok jej łez; w przypływie rozpaczy pani Nickleby (w gruncie rzeczy poczciwa, choć słaba kobieta) poczęła zrazu ubolewać nad swoim ciężkim losem, a następnie dowodzić wśród szlochów, że, prawdę rzekłszy, zawsze była niewolnicą biednego Nicholasa i często wypominała mu, iż mogła lepiej wyjść za mąż (rzeczywiście - wypominała mu to bardzo często), że nigdy za życia męża nie miała pojęcia, co on robi z pieniędzmi, ale gdyby nieboszczyk miał do niej zaufanie, pewnie zostawiłby rodzinę w znacznie lepszych warunkach. Snuła więc głośno żałosne rozważania, podobnie jak czyni to większość zamężnych dam za życia męża albo później, albo w obydwu tych okresach. Zakończyła ubolewaniem, że drogi zmarły nigdy nie chciał korzystać z jej rad prócz jednego, jedynego wypadku, co było zresztą najszczerszą prawdą, raz jeden bowiem postąpił zgodnie z jej radą i to doprowadziło go do ruiny.
Pan Ralf Nickleby słuchał tego wszystkiego z niewyraźnym uśmiechem, a kiedy wdowa skończyła, podjął rozmowę w tym samym miejscu, w którym została przerwana wyżej opisanym wybuchem rozpaczy.
- Czy chcesz pracować, paniczu? - zapytał spoglądając niechętnie na bratanka.
- Naturalnie, że chcę - odparł wyniośle Nicholas.
- A więc patrz - powiedział stryj. - Wpadło mi to w oczy dzisiaj rano i, doprawdy, powinieneś dziękować swej szczęśliwej gwieździe.
Wygłaszając taki wstęp, pan Ralf Nickleby dobył z kieszeni gazetę, rozłożył ją, przez chwilę szukał czegoś w ogłoszeniach iwreszcie odczytał, co następuje:
"Nauka i wychowanie - W Dotheboys Hall, wyższym zakładzie naukowym pana Wackforda Squeersa, położonym w uroczej wiosce Dotheboys, pod Greta Bridge w hrabstwie York - młodzież męska otrzymuje mieszkanie z utrzymaniem, ubranie, podręczniki, kieszonkowe i wszelkie niezbędne drobiazgi oraz jest kształcona we wszystkich językach żywych i martwych, matematyce, ortografii, geometrii, astronomii, trygonometrii, geografii, algebrze, fechtunku (na żądanie), kaligrafii, arytmetyce, znajomości fortyfikacji, a także we wszystkich dziedzinach literatury klasycznej. Czesne wynosi dwadzieścia gwinei per annum. Bez dodatkowych opłat. Bez wakacji. Niezrównana kuchnia. Pan Squeers jest w Londynie i przyjmuje codziennie od pierwszej do czwartej po południu w gospodzie Pod Głową Saracena, Snow Hill. - P. S. - Potrzebny zdolny nauczyciel. Roczne wynagrodzenie pięć funtów. Pożądane wyższe studia".
- No i co? - rzekł pan Ralf, starannie składając gazetę. - Niech mu się tylko uda zająć to stanowisko, a przyszłość ma zapewnioną.
- Ależ on nie ukończył wyższych studiów - powiedziała pani Nickleby.
- Z tym... - odparł pan Ralf - ...z tym, zdaje mi się, poradzimy sobie jakoś.
- Wynagrodzenie jest takie małe i to tak strasznie daleko, stryjku - szepnęła Kate.
- Cicho, Kate, kochanie - przerwała pani Nickleby. - Stryj sam wie najlepiej.
- Powiedziałem - podjął pan Ralf cierpko - niech tylko zajmie to stanowisko, a przyszłość ma zapewnioną. Jeśli to mu się nie podoba, niech sobie szuka czegoś innego. Jeżeli znajdzie zajęcie i stanie na własnych nogach w Londynie, nie posiadając znajomych, pieniędzy, listów polecających i żadnej wiedzy praktycznej, to dam mu tysiąc funtów... A przynajmniej - poprawił się pan Ralf Nickleby - dałbym mu, gdybym je miał.
- Biedak! - westchnęła panienka. - Ach, stryjku, czyż naprawdę musimy rozstać się tak prędko?
- Moja najmilsza, nie dręcz stryja pytaniami. On myśli, jak nam pomóc - powiedziała pani Nickleby. - Mój kochany Nicholasie, bardzo bym chciała, żebyś i ty zabrał głos w tej sprawie.
- Tak, tak, mamo - rzekł Nicholas, który milczał dotychczas, pogrążony we własnych myślach. - A jeżeli szczęście mi dopisze i otrzymam to zajęcie, mimo że jestem tak niedostatecznie przygotowany, cóż stanie się wówczas z tymi, które tu pozostawię?
- W takim wypadku, paniczu, ale nie w żadnym innym - odparł pan Ralf - twoją matką i siostrą zajmę się ja. Zapewnię im warunki, w których będą mogły uzyskać niezależność. Sprawie tej poświęcę się niezwłocznie i załatwię wszystko tak, aby po twoim wyjeździe nie pozostały w obecnej sytuacji ani tygodnia dłużej.
- W takim razie - zawołał Nicholas radośnie i uścisnął dłoń pana Ralfa - jestem gotów zrobić wszystko, czego sobie stryj życzy! Spróbujmy zaraz, jak nam się powiedzie z panem Squeersem, w najgorszym wypadku może nam odmówić.
- Nie zrobi tego - rzekł pan Ralf. - Chętnie cię przyjmie za moją rekomendacją. Staraj się tylko być mu użytecznym, a niedługo zostaniesz współwłaścicielem zakładu. Pomyśl tylko! Niech na przykład Squeers umrze. Na Boga! W jednej chwili robisz wówczas karierę!
- Tak, tak! Wyobrażam sobie - powiedział biedny Nicholas, zachwycony tysiącem olśniewających możliwości, które wyczarowało przed nim niedoświadczenie i optymizm. - Albo wyobraźmy sobie, stryju, że jakiś młody szlachcic, edukowany w Dotheboys Hall, polubi swego nauczyciela i skłoni ojca do zaangażowania mnie w charakterze opiekuna na czas podróży po ukończeniu studiów, kiedy zaś powrócimy z kontynentu, wynajdzie mi dobre stanowisko! Co, stryju?
- To bardzo możliwe! - drwiąco powiedział pan Ralf.
- I kto wie, może kiedyś mój uczeń przyjedzie do mnie, gdy już się jakoś urządzę (bo przecież odwiedzi mnie na pewno), może zakocha się w Kate, która będzie prowadziła mój dom, i... i... ożeni się z nią. Co, stryju? Kto wie?
- Rzeczywiście! Kto wie? - burknął pan Ralf.
- Jacyż będziemy szczęśliwi! - zawołał Nicholas pełen entuzjazmu. - Boleść rozłąki jest niczym wobec radości przyszłego spotkania! Kate będzie bardzo piękna. Wszyscy tak o niej będą mówić, a ja będę z tego ogromnie dumny! I mama będzie szczęśliwa, że znowu jest z nami! Zapomnimy o ciężkich chwilach i... i... - obraz był zbyt piękny, by można było myśleć o nim spokojnie, więc Nicholas uśmiechnął się tylko blado i wybuchnął płaczem.
Ta prostoduszna, prowincjonalna rodzina, zupełnie nie znająca tego, co nazywa się światem ("świat" - to konwencjonalne określenie, które w odpowiedniej interpretacji często oznacza wszystkich żyjących na ziemi łajdaków), poczęła wylewać łzy na myśl o pierwszej rozłące, a gdy już dała upust wzruszeniom, z całą świeżością niezawiedzionych nadziei poczęła rozprawiać na temat jasnej przyszłości. Pan Ralf napomknął wreszcie, że jeśli będą dłużej trwonić czas, jakiś szczęśliwszy kandydat może pozbawić Nicholasa pierwszego szczebla do fortuny, wskazanego przez ogłoszenie, i w ten sposób zburzyć wszystkie ich zamki na lodzie. Ta w samą porę rzucona uwaga położyła kres rozmowie. Nicholas starannie przepisał adres pana Squeersa, po czym stryj z bratankiem wyruszyli na poszukiwanie uczonego dżentelmena. Po drodze Nicholas uporczywie przekonywał samego siebie, że niechęcią powziętą od pierwszego spojrzenia wyrządził krewnemu niezasłużoną krzywdę, a w tym samym czasie pani Nickleby, odczuwając podobne wyrzuty, oświadczyła córce, iż jest głęboko przekonana, że stryj ma o wiele lepszy charakter, niż to się zrazu mogło wydawać, na co panna Nickleby przyznała posłusznie, że to zupełnie możliwe.
By powiedzieć całą prawdę, na taką opinię poczciwej damy wpłynęła w niemałym stopniu wzmianka szwagra o jej rozsądku oraz domniemane uznanie dla jej wybitnych zasług. Choć szczerze kochała męża, a dzieci wciąż jeszcze były treścią jej życia, pan Ralf tak zręcznie dotknął jednej z cieniutkich, lecz zgrzytliwych strun ludzkiego serca (znał on dokładnie jego najgorsze strony, choć nic nie wiedział o najlepszych), że biedna wdowa zaczęła na serio uważać się za godną współczucia i niesłusznie cierpiącą ofiarę nieoględności zmarłego małżonka.