Rozdział 1
Magdalena
Zamknęłam się w pokoju lekarzy i próbowałam dojść do siebie. Kończyłam pracę za jakąś godzinę i chciałam jeszcze zajrzeć do kilku pacjentów, ale nadal nie byłam w stanie. Musiałam się trochę uspokoić.
Ktoś zapukał do drzwi, a potem wszedł bez czekania na pozwolenie.
Drgnęłam zaniepokojona, ale kiedy zobaczyłam Anetę, odetchnęłam z ulgą.
- Rozmawiałam z ordynatorem. Możesz wyjść dziś wcześniej. I tak od samego rana operowałaś. - Uśmiechnęła się do mnie. - Zawsze jesteś tu pierwsza i wychodzisz ostatnia. Dziś chyba jest dobry moment, żebyś zrobiła sobie wolne i trochę odetchnęła.
- Nie wiem, czy to się uda. - Zacisnęłam powieki.
- Uda się. Mam dzisiaj dyżur. Gdyby coś się działo, będę trzymała rękę na pulsie. - Puściła do mnie oko. - A tym facetem się nie przejmuj. Nie on pierwszy musiał wykrzyczeć swoje niezadowolenie. Chyba nie ma osoby, która uważałaby, że polski system opieki zdrowotnej działa dobrze... Akurat tym razem trafiło na ciebie.
Pokiwałam głową, choć obie dobrze wiedziałyśmy, że on nie miał pretensji do systemu opieki zdrowotnej. Jemu chodziło konkretnie o mnie.
- Zupełnie go nie pamiętam. Nie wiem, czyj to krewny.
Aneta wzięła krzesło i usiadła obok mnie.
- Ja nie pamiętam, żeby były jakieś większe problemy z twoimi pacjentami. W ostatnich miesiącach było dość spokojnie, prawda?
Potwierdziłam. W ciągu minionego roku zmarła tylko dwójka dzieci, które operowałam. Ale znałam ich rodziny od dawna. Najbliżsi wiedzieli, jakie ryzyko podejmowaliśmy. Zatem to musiał być ktoś sprzed roku. Aż tak dobrej pamięci nie miałam...
Zdjęłam kitel i narzuciłam na ramiona kurtkę. Zamierzałam szybko przebiec przez parking i schronić się w samochodzie. Miałam na dziś dość kontaktów z ludźmi. Potrzebowałam samotności. Chłopaka już dawno nie było w budynku, ale ja nadal cała się trzęsłam z nerwów. A jeśli czekał na mnie na zewnątrz? Nietrudno było znaleźć parking personelu. A tam nie było ochroniarzy...
Zanim wyszłam ze szpitala, rozejrzałam się po placu zastawionym samochodami. W dłoni ściskałam kluczyki. Na zewnątrz kropiło. Otworzyłam drzwi i pobiegłam w stronę swojego auta.
Nikt na mnie nie czekał, mimo to zablokowałam drzwi od środka. Przekręciłam kluczyk, czekając na znajomy dźwięk silnika, ale usłyszałam coś, czego się nie spodziewałam. Samochód nie chciał odpalić. Wydawało mi się, że już prawie zaskoczył, ale w końcu zakaszlał i musiałam odpuścić.
Zdenerwowana położyłam ręce na kierownicy i wsparłam na nich czoło. Co za koszmarny dzień!
Nie wiem, jak długo tak siedziałam. Pewnie powinnam zadzwonić do swojego mechanika i poprosić o holowanie do warsztatu, doszłam jednak do wniosku, że to może poczekać kilka minut, a nawet kilka godzin.
Kiedy ktoś zastukał w szybę mojego auta, podskoczyłam jak oparzona. To musiał być ten chłopak. Nawet na niego nie spojrzałam, tylko nerwowo wyszarpnęłam komórkę z torebki. Już miałam dzwonić na policję, gdy usłyszałam głos:
- Nic się pani nie stało?
Głos nie należał do chłopaka awanturującego się na oddziale. Zerknęłam na mężczyznę, który mógł być w podobnym wieku co ja. Mimo szpakowatych włosów miał całkiem przystojną twarz.
Opuściłam szybę.
- Dziękuję, ze mną wszystko w porządku.
Uśmiechnął się.
- Cieszę się. A z samochodem?
- Trochę gorzej - przyznałam.
- Mogę zerknąć?
Przez chwilę wpatrywałam się w niego, nie wiedząc, jak zareagować. Przez moją głowę przewinęła się lista podejrzanych powodów tego, dlaczego jakiś mężczyzna chciałby mi pomóc. Może był zboczeńcem czyhającym na samotne kobiety? Albo chciał wyłudzić ode mnie pieniądze?
Musiał dostrzec moją konsternację.
- Proszę tylko otworzyć maskę.
Nie poruszyłam się, choć mężczyzna zdawał się nie mieć złych zamiarów.
Sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął z portfela wizytówkę i podał mi ją.
"Hubert Kowalski - mechanika samochodowa".
Odetchnęłam głęboko, ale na tyle dyskretnie, żeby tego nie zauważył. Sięgnęłam do dźwigni otwierającej maskę. Mężczyzna znów się do mnie uśmiechnął i ruszył zajrzeć do mojego samochodu.
Kilka minut później poczułam się na tyle pewnie, żeby wysiąść. Deszcz przestał padać, nieśmiało wyszło słońce i nagle zrobiło się całkiem przyjemnie.
Podeszłam do mężczyzny.
- Zbyt wiele tu nie wskóram - oznajmił. - Spróbuj zapalić, chciałbym posłuchać, co tam się dzieje.
Spełniłam jego polecenie, ale zaraz kazał mi przestać.
- Świecą się jakieś kontrolki?
Zerknęłam na deskę.
- Tak.
Podszedł do mnie i pokiwał głową.
- Mam pomysł, co mogło się stać, ale samochód musi trafić do warsztatu.
Nie powiedział niczego, czego bym się nie spodziewała.
- Jeśli się zgodzisz, to wszystkim się zajmę i wieczorem będzie gotowy.
Teraz mnie zaskoczył.
- Powiedz, że nie jesteś poszukiwaczem frajerek, którym kradniesz samochody, a w najlepszym wypadku naciągasz na kosztowną naprawę.
Zrobił zdziwioną minę.
- Skąd taka myśl?
- Mój samochód działa bez zarzutu, aż tu nagle się psuje, a ty pojawiasz się znikąd i chcesz mi pomóc.
- Faktycznie. - Podrapał się po głowie. - Nie będę ci się narzucał. Zadzwoń do swojego mechanika. Niestety będziesz też musiała zamówić taksówkę.
Pokiwałam głową, ale z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie ruszyłam się z miejsca. Mężczyzna też nie.
- Słuchaj - zaczął niepewnie. - Rozumiem, że z samochodem poradzisz sobie sama, ale może kiedyś dałabyś się zaprosić na kawę lub... - Przygryzł wargę. Całkiem apetycznie wyglądającą wargę.
Nie umawiałam się z nikim od... bardzo dawna. Nie wiedziałabym nawet, jak się zachować.
Milczałam przez dłuższą chwilę, rozważając jego propozycję. W normalnych okolicznościach od razu bym odmówiła. Nie potrzebowałam więcej kłopotów. Ale w Hubercie było coś takiego, co mnie do niego przyciągało. Podobał mi się. Tak zwyczajnie. I poczułam się nagle tak, jakbym miała o dwadzieścia lat mniej.
- Przepraszam - powiedział, źle interpretując moje milczenie. - Wiem, że to głupio zabrzmiało, ale czuję, że miło spędzilibyśmy czas. Nie będę ci się więcej narzucał. Jeśli pozwolisz, poczekam, aż przyjedzie twoja taksówka.
Chciał dopilnować, żeby nic mi się nie stało. Nie sądziłam, że tacy mężczyźni jeszcze istnieją.
Zadzwoniłam najpierw do warsztatu samochodowego. Mój mechanik powiedział, że dopiero jutro może odholować samochód, a zajmie się nim najwcześniej za kilka dni. W dodatku nie potrafiłam mu wytłumaczyć, co się stało. Hubert dał mi znak, żebym przekazała mu komórkę. Zaczął opisywać usterkę, a po chwili się roześmiał. Wyglądało na to, że mężczyźni się znają.
- Powinieneś się cieszyć, że masz tak lojalną klientkę - powiedział. - Ja zrobiłbym to od ręki, ale i tak nie chce się zgodzić. - Puścił do mnie oko i oddał mi telefon.
- Niech się pani zgodzi. Hubert ma największy warsztat w mieście. Jeśli zajmie się samochodem od ręki, to proszę skorzystać - zarekomendował mój fachowiec.
- D... dobrze - wyjąkałam.
-
Poczułam się nieswojo, siedząc w jego samochodzie. Poczekał, aż zapnę pas, jakby bał się, że mogę uciec. Cóż, czułam, że dziś wszystko jest możliwe, ale nie spodziewałam się od losu miłych niespodzianek.
- Mój warsztat jest niedaleko. Pojedziemy tam i poczekamy, aż mój pracownik zholuje twoje auto. Zrobię od razu wycenę i będziesz mogła zdecydować, czy mamy się zająć naprawą.
- Dziękuję.
- Nie ma sprawy.
- Mogę zapytać, jak mnie wypatrzyłeś? Parking dla personelu jest oddzielony od tego dla pacjentów.
Ruszył i po chwili płynnie włączył się w sznur innych samochodów. Mimowolnie zerknęłam na jego duże dłonie spoczywające na kierownicy. Wyglądały na silne i pewne, takie, które mogą dać poczucie bezpieczeństwa, gdy cię obejmują.
- Siedziałem na ławce, tej pod dużym klonem.
Stamtąd rzeczywiście mógł mnie dobrze widzieć. Ale co tam robił?
- Czekałem na kogoś. Umówiliśmy się, ale pokręciłem albo godziny, albo miejsce. A ty? Pracujesz tam?
- Tak.
Zaśmiał się krótko.
- Nie jestem fanem szpitali, lekarzy i igieł, więc na wszelki wypadek nie zapytam cię o to, czym dokładnie się zajmujesz. - Zerknął na mnie. - Możemy się umówić, że na razie będziesz mnie przekonywać, że pracujesz w administracji?
Uśmiechnęłam się do niego.
- Możemy. Zresztą i tak nic bym ci nie zrobiła.
- Bardzo mnie to cieszy.
Podjechaliśmy pod duży warsztat. Na parkingu przed budynkiem stało kilkanaście samochodów. Pewnie czekały w kolejce do naprawy. Wyglądało na to, że ja do niej nie trafiłam.
- Musimy chwilę poczekać. - Hubert zgasił silnik. - Może dasz się namówić na kawę? Mamy tu obok bardzo miłą kawiarnię. Często podsyłamy im klientów.
Patrzyłam w jego błękitne, wesołe oczy i zastanawiałam się, kim jest ten mężczyzna. I jak wiele zmieni w moim życiu. Przez moment się wahałam, ale coś mnie do niego przyciągało. Chciałam go poznać. Dawno już niczego takiego nie czułam.
- Kawa brzmi dobrze - powiedziałam.
Hubert wysiadł i okrążył samochód, żeby otworzyć mi drzwi. Najpierw zaprowadził mnie do warsztatu. Przywołał jednego z pracowników i dał mu kluczyki do mojej mazdy.
- Już się robi, szefie. - Chłopak wsunął kluczyki do kieszeni. - Mam potem na niego zerknąć?
- Nie, sam to zrobię.
Szefie. Czyli to wszystko należało do niego. To nie był zwyczajny warsztat, taki z jednym kanałem i trzema mechanikami. Naliczyłam osiem stanowisk, przy których uwijało się wielu ludzi.
- Będziemy obok. Zadzwoń, gdy wrócisz.
Zamówiłam sobie cappuccino, a Hubert wziął podwójne americano. Kelnerka próbowała go jeszcze namówić na ciastko, mówiąc, że ma to, które lubi, ale odmówił, tłumacząc się dbaniem o sylwetkę. Na moje oko nie miał się czym przejmować. Jak na faceta sporo po czterdziestce, prezentował się naprawdę dobrze. Zero brzuszka, żadnych zakoli. Wyglądał mi na kogoś, kto przed pracą biega, a wieczorem spotyka się ze znajomymi, żeby pograć w kosza.
W końcu to ja skusiłam się na ciastko. Po takim dniu każdy lekarz przepisałby mi odrobinę cukru na poprawę nastroju. Hubert przyglądał mi się, gdy wbiłam widelczyk w apetycznie wyglądający deser.
- Chcesz spróbować?
- Wiem, jak smakuje. - Uśmiechnął się. - Właśnie ponoszę konsekwencje swojego rozsądku.
Przekroiłam ciastko na pół i podsunęłam talerzyk bliżej Huberta.
- Teraz będzie i miło, i rozsądnie dla nas obojga.
Bez wahania wpakował sobie do ust kawałek ciastka. Kiedy poruszył ręką, coś mignęło mi na jego palcu. Obrączka?
Przyjrzałam się lepiej. Wcześniej jej nie zauważyłam. Poczułam się jak skończona idiotka. Dałam się zaprosić żonatemu mężczyźnie.
- Coś się stało? - Hubert musiał zauważyć moją minę.
- Jesteś żonaty. - Zabrzmiało to jak oskarżenie. Może nie powinnam się tak do niego odnosić, w końcu niczego mi nie obiecywał. Poza tym, że mi pomoże. Teraz też nie robiliśmy niczego niestosownego. Piliśmy tylko kawę.
- Byłem. - Spoważniał.
- Nadal nosisz obrączkę.
- No tak. - Ściągnął brwi. - Na lewej ręce.
- Czyli jesteś wdowcem?
Przytaknął.
- Przykro mi - powiedziałam, czując coraz większe zakłopotanie. - Nie chciałam poruszać bolesnego tematu.
- W porządku, to stare dzieje. Joanna zmarła siedemnaście lat temu.
- A ty nadal nosisz obrączkę?
Przeczesał dłonią włosy nad karkiem.
- Będziesz się śmiać, gdy ci powiem, że robię tak dlatego, żeby odstraszać kobiety?
Otworzyłam szeroko oczy.
- To nie jest śmieszne. Ale bardzo intrygujące.
- Kobiety przesadnie reagują na samotnego faceta. Nie byłem w stanie spokojnie odprowadzić syna do przedszkola, bo uwieszało się na mnie kilka mam i nie dawało mi spokoju. Bycie wdowcem na rynku wtórnym w takich momentach bywa stresujące. Zwłaszcza gdy podrywa cię wychowawczyni syna, a ty nie masz najmniejszej ochoty na spotkania z nią. Dlatego noszę obrączkę. W pierwszej chwili mało kto kojarzy, że to lewa ręka.
- Rozumiem. To z pewnością musiało być straszne. - Próbowałam się nie uśmiechnąć.
- Nie krytykuj. Naprawdę nie wiedziałem, co zrobić.
Moją uwagę przykuła inna część jego opowieści.
- Masz syna?
- Tak. Teraz to już stary koń. Właśnie poszedł na swoje. - Hubert upił łyk kawy. - A ty masz dzieci?
Zaprzeczyłam. Nie chciałam nic mówić, bo bałam się, że głos mi zadrży. Nieświadomie poruszył najbardziej drażliwy dla mnie temat.
- Powinienem jeszcze zapytać, czy masz męża albo z kimś jesteś.
Na jego twarzy odmalowało się napięcie. Zupełnie jakby przez ten krótki spędzony razem czas zdążył mnie już polubić. Chyba względem mnie nie zamierzał używać swojej obrączki jako tarczy.
- Jestem rozwiedziona. - Przygryzłam wargę. - Kiedyś myślałam, że nasze małżeństwo będzie trwać wiecznie i wszystko przetrzyma, ale się pomyliłam. Może jest w tym trochę mojej winy. Bardzo dużo pracuję.
- Wydaje mi się, że wina w takich kwestiach zawsze leży gdzieś pośrodku.
Może miał rację. Przez wiele lat stopniowo się od siebie oddalaliśmy. Zupełnie jakbyśmy czuli, że będąc razem, nie możemy już liczyć na nic dobrego. Nasz związek nie będzie tak pełen miłości jak na początku.
Zadzwonił telefon Huberta. Odebrał, zamienił z kimś kilka zdań, a potem spojrzał na mnie.
- Twój samochód już tu jest. Zajmę się nim. Chcesz iść ze mną czy posiedzisz tu sobie w miłym otoczeniu?
Nie rozumiałam swojej reakcji, ale nie byłam w stanie jeszcze się z nim rozstać.
W warsztacie wzbudziliśmy małą sensację. Początkowo nie wiedziałam dlaczego, ale wiele się wyjaśniło, gdy przeszliśmy do sklepu z częściami. Za ladą stał mężczyzna podobny do Huberta, ale trochę niższy i bardziej muskularny.
- Nie wierzę - powiedział zduszonym głosem.
Hubert zgromił go spojrzeniem i zapytał o jakieś części do mojego samochodu. Mężczyzna powiedział, żeby zajrzał na zaplecze, bo coś tam powinno być. Po chwili zostaliśmy sami, a ja poczułam się nieswojo.
- Czy mogę spytać, skąd pani zna mojego brata?
A więc byli braćmi, to wyjaśniało podobieństwo.
- Poznałam go dzisiaj. Nie odpalił mi samochód, a pański brat zaproponował pomoc.
Mężczyzna nie wyglądał na przekonanego.
- Mówimy o tym samym człowieku? Zaczepił panią i...
- No tak.
- Aha. - Skrzyżował ręce na szerokiej piersi. - To w sumie dobrze. Nie pamiętam, żeby w ostatnim dziesięcioleciu zagadnął jakąś kobietę, ale nie mam nic przeciwko temu.
- Słyszę cię! - krzyknął Hubert z zaplecza. - Jeszcze jedno słowo!
Mężczyzna za ladą tylko się zaśmiał.
- Dobra, już milczę. Nie zmarnuję ci jedynej od lat szansy na randkę.
Poczułam, że się czerwienię.
- My nie...
Brat Huberta pochylił się w moją stronę.
- Jeśli pani gdzieś nie zaprosi, to ja to zrobię. - Puścił do mnie oko.
Co tu się działo?
Hubert wyszedł z częściami, zgromił brata spojrzeniem, po czym wyjaśnił, że musi iść się przebrać. Kiedy wyszedł z pomieszczenia dla pracowników, zaparło mi dech w piersiach.
Miał na sobie wytarte dżinsy i białą koszulkę. Wyglądał jak aktor z amerykańskich filmów o miłości na prowincji. Z wrażenia aż zaschło mi w ustach.
- To co? - Zatarł dłonie. - Ja biorę się do pracy, a ty opowiedz mi o sobie.