Życie do zwrotu - Elżbieta Rodzeń

Kup ebooka

36.90 zł
30.26 zł (29,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

Kacper

Tata miał nie­za­prze­czal­ny ta­lent do dzwo­nie­nia w naj­mniej od­po­wied­nich mo­men­tach. Wła­śnie wla­złem pod prysz­nic, kie­dy roz­dzwo­nił się mój te­le­fon. Zi­gno­ro­wa­łem to i si­ęgnąłem po szam­pon, ale gdy by­łem już umy­ty, zo­ba­czy­łem, że oj­ciec dzwo­nił aż sze­ść razy. Chy­ba mu za­le­ża­ło, więc od­dzwo­ni­łem.

- O co cho­dzi, tato?

- Je­steś już na uczel­ni?

- Nie.

- Do­brze. Chcia­łbym z tobą po­roz­ma­wiać.

Wie­dzia­łem, o co mu cho­dzi, bo od kil­ku ty­go­dni wa­łko­wa­li­śmy ten sam te­mat. Te­mat po­zwu.

- Mó­wi­łem ci już, że roz­pra­wa się od­będzie. Mam ter­min. Nie za­mie­rzam tego od­wo­ły­wać.

- Po­my­śla­łeś choć przez chwi­lę o tej ko­bie­cie?

My­śla­łem o niej cały czas.

- Po czy­jej ty je­steś stro­nie, tato? - za­da­łem py­ta­nie, któ­rym naj­częściej uci­na­łem ta­kie roz­mo­wy.

Oj­ciec za­wsze od­po­wia­dał, że oczy­wi­ście po mo­jej, ale ja naj­wy­ra­źniej nie wiem, co jest dla mnie naj­lep­sze. Jed­nak tym ra­zem mil­czał.

- Tato? - Po­my­śla­łem, że może coś się sta­ło. - Je­steś tam?

- Je­stem, ale nie chcę, żeby ktoś cier­piał.

Za­sko­czył mnie.

- Co chcesz mi po­wie­dzieć?

- Skon­tak­to­wał się ze mną twój praw­nik. Chciał wie­dzieć, czy zgo­dzę się być świad­kiem, je­śli doj­dzie­cie do eta­pu prze­słu­chań.

Za­ci­snąłem pal­ce na smart­fo­nie. Chy­ba już zna­łem od­po­wie­dź.

- Nie cho­dzi o to, że­byś co­kol­wiek ko­lo­ry­zo­wał - po­wie­dzia­łem. - On zada ci kil­ka py­tań i tyle.

- Kac­per. - Oj­ciec wzi­ął głębo­ki wdech. - Masz po­jęcie, ile ta ko­bie­ta mu­sia­ła wy­cier­pieć, od­da­jąc cię nam?

Moje usta wy­krzy­wi­ły się w drwi­ącym uśmie­chu.

- Pro­blem w tym, że nie mam. Wiem tyl­ko, jak ja się po­czu­łem, usły­szaw­szy, że ktoś mnie stwo­rzył, a po­tem zo­sta­wił na pa­stwę losu. Kie­dy za­czy­nasz ba­wić się w Boga, po­wi­nie­neś po­no­sić tego kon­se­kwen­cje. - Usztyw­ni­łem się. Ta­kie mia­łem po­glądy i już.

- Chcesz przez to po­wie­dzieć, że my z mamą też ba­wi­li­śmy się w Boga? Prze­cież ta­kże po­de­szli­śmy do in vi­tro. Za­po­mnia­łeś?

- Ale nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­ście zo­sta­wi­li za sobą swo­je nie­do­ko­ńczo­ne spra­wy i zo­bo­wi­ąza­nia.

- Synu, nie masz naj­mniej­sze­go po­jęcia, o czym mó­wisz. Przy­kro mi, ale tak wła­śnie jest. Ła­two wy­da­wać wy­ro­ki, kie­dy ni­g­dy nie było się pod ścia­ną.

Te­raz uda­ło mu się wy­pro­wa­dzić mnie z rów­no­wa­gi.

- A jak ja mam się w tym wszyst­kim czuć, co? Ktoś, kto nie wie, skąd tak na­praw­dę się wzi­ął. Ktoś zro­bio­ny na szkle, za­mro­żo­ny i od­da­ny pierw­szej pa­rze, któ­ra chcia­ła go wzi­ąć. A gdy­bym nie tra­fił na was? Prze­cież mo­głem zo­stać uro­dzo­ny przez inną ko­bie­tę, wy­cho­wać się w in­nym domu. Czy ktoś w ogó­le po­my­ślał o mnie?

- Je­steś nie­spra­wie­dli­wy.

- Być może, ale nie za­mie­rzam się cof­nąć.

Oj­ciec za­mil­kł i przez chwi­lę się za­sta­na­wia­łem, czy nie ze­rwa­ło po­łącze­nia. Emo­cje mi­ędzy nami po­wo­li opa­da­ły, choć mia­łem wra­że­nie, że on chce mi jesz­cze coś po­wie­dzieć. Coś dla nie­go bar­dzo wa­żne­go.

- Obie­caj mi, że jej nie skrzyw­dzisz. Że nie będziesz się na niej mścił za tę sy­tu­ację - rzu­cił w ko­ńcu.

W pierw­szej chwi­li chcia­łem od­po­wie­dzieć, że cze­goś ta­kie­go nie mogę obie­cać. Ale oj­ciec miał tro­chę ra­cji i cza­sa­mi, gdy na­cho­dzi­ły mnie wąt­pli­wo­ści, my­śla­łem o tej ko­bie­cie i o tym, jak to wszyst­ko wpły­nie na jej ży­cie.

- Wiesz, że chcę tyl­ko praw­dy. Nie cho­dzi mi o ze­mstę. Je­stem wście­kły na tę ko­bie­tę, ale chcę zro­zu­mieć, dla­cze­go to zro­bi­ła.

-

Po za­jęciach by­łem umó­wio­ny z Kla­rą. To była na­sza dru­ga rand­ka. Na pierw­szej po­szli­śmy na kawę, tro­chę po­ga­da­li­śmy o wszyst­kim i o ni­czym. Było sym­pa­tycz­nie, ale to tyle. Pó­źniej od­wio­złem dziew­czy­nę, sie­dzie­li­śmy jesz­cze tro­chę w sa­mo­cho­dzie, a po­tem ją po­ca­ło­wa­łem. Nie było ja­ki­chś fa­jer­wer­ków. Zie­mia nie za­drża­ła, ale było przy­jem­nie. Kla­ra zde­cy­do­wa­nie wie­dzia­ła, co ro­bić, i chcia­ła tego tak samo jak ja. W pew­nej chwi­li po­my­śla­łem o Kin­dze, ale uda­ło mi się ja­koś wy­rzu­cić ją z gło­wy.

Dziś chcia­łem za­brać Kla­rę do kina. Mia­łem też na­dzie­ję, że po­tem zgo­dzi się do mnie wpa­ść. Mój wspó­łlo­ka­tor wy­bie­rał się na im­pre­zę i mia­ło go nie być do rana. Chcia­łem, żeby zo­ba­czy­ła, jak miesz­kam, wła­śnie wte­dy, kie­dy go nie będzie. Ko­leś miał tyl­ko jed­ną za­le­tę - pła­cił czynsz na czas. Poza tym był to­tal­nie po­pie­przo­nym ty­pem. Ta­kim, któ­ry po­tra­fi prze­ra­zić eg­zor­cy­stę.

Po ostat­nich za­jęciach pod­je­cha­łem po Kla­rę. Wie­dzia­łem już, że stu­diu­je za­ocz­nie, ale jesz­cze nie opo­wie­dzia­ła mi, co robi ca­ły­mi dnia­mi, sko­ro na uczel­nię cho­dzi tyl­ko w nie­któ­re week­en­dy. Nie za­mie­rza­łem jed­nak na­ci­skać. W ko­ńcu le­d­wie się zna­li­śmy.

Cze­ka­łem na Kla­rę w sa­mo­cho­dzie, ale ku mo­je­mu za­sko­cze­niu wy­szła do mnie Kin­ga. Opu­ści­łem bocz­ną szy­bę.

- Ze­szło jej tro­chę dłu­żej w szpi­ta­lu. Pro­si­ła, że­byś chwi­lę za­cze­kał. Chcesz we­jść do środ­ka?

- W szpi­ta­lu?

- No wiesz, na dia­li­zie.

- Aha. - Po­sta­no­wi­łem uda­wać, że do­sko­na­le wiem, co jest gra­ne.

Kin­ga nie­świa­do­mie od­po­wie­dzia­ła na kil­ka mo­ich py­tań, ale nie za­mie­rza­łem się przy­zna­wać, że nic nie wie­dzia­łem.

- To jak? Wej­dziesz?

Wła­ści­wie to mia­łem na to ogrom­ną ocho­tę. Chcia­łem tro­chę po­być z tą dziew­czy­ną. Spo­ty­ka­łem się z jej sio­strą, ale... No wła­śnie. Cały czas...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział 2

Kacper

Pró­bo­wa­łem ogar­nąć sys­tem za­pi­sów w gra­fi­ku i przy­go­to­wać so­bie sta­no­wi­sko pra­cy. Mia­łem jesz­cze przy­si­ąść nad pro­jek­ta­mi i za­dzwo­nić do dwóch klien­tów umó­wio­nych na przy­szły ty­dzień.

Wła­śnie od­pa­li­łem lap­top i prze­szu­ki­wa­łem kro­je czcio­nek, pró­bu­jąc do­pa­so­wać coś do szki­cu le­żące­go na mo­ich ko­la­nach, kie­dy do stu­dia we­szła dziew­czy­na. Po­cząt­ko­wo nie zwró­ci­łem na nią wi­ęk­szej uwa­gi. Roz­ma­wia­ła z Mar­ce­lem i py­ta­ła o wol­ne ter­mi­ny. Usły­sza­ła to, co wszy­scy: że trze­ba cze­kać kil­ka mie­si­ęcy. Do wła­ści­cie­la stu­dia po­nad rok.

- Nie da się zro­bić tego wcze­śniej? - W jej gło­sie wy­chwy­ci­łem de­spe­ra­cję.

Nie była jed­ną z wie­lu klien­tek, któ­re na­rze­ka­ły, że ktoś nie wy­ta­tu­uje im mo­tyl­ka od ręki. Na­praw­dę jej za­le­ża­ło.

- Wła­śnie przy­jęli­śmy no­we­go ar­ty­stę. Do nie­go cze­ka się tyl­ko kil­ka ty­go­dni, bo do­pie­ro za­pe­łnia gra­fik.

Nad­sta­wi­łem uszu, bo mó­wi­li o mnie.

- Nie wi­dzia­łam jego prac. - Dziew­czy­na na­gle sta­ła się ostro­żna.

- Mo­żesz z nim po­roz­ma­wiać. Zda­je się, że te­raz ma czas.

- Do­brze - po­wie­dzia­ła szyb­ko.

Zu­pe­łnie jak­bym był pa­pie­rem to­a­le­to­wym rzu­co­nym do skle­pu w cza­sach głębo­kiej ko­mu­ny. By­łem do­stęp­ny, więc mnie wzi­ęła. Mar­cel zaj­rzał do mnie i unió­sł py­ta­jąco brwi. Wie­dział, że ich sły­sza­łem.

- Ja­sne. Chęt­nie z nią po­ga­dam.

Spo­dzie­wa­łem się mło­dej dziew­czy­ny, ale chy­ba nie aż tak. Nie ta­tu­owa­łem ni­ko­go po­ni­żej osiem­nast­ki, na­wet za zgo­dą ro­dzi­ców. Ta­kie mia­łem za­sa­dy. Już chcia­łem za­py­tać, czy jest pe­łno­let­nia, gdy spoj­rza­łem jej w oczy. Nie­mal zu­pe­łnie czar­ne. Ta­kie, że nie wia­do­mo, gdzie ko­ńczy się źre­ni­ca. Wiel­kie oczy pe­łne nie­po­ko­ju.

Prze­pa­dłem, za­nim jesz­cze zdąży­ła się ode­zwać.

- Po­dob­no masz wol­ne ter­mi­ny w naj­bli­ższym cza­sie... - Prze­stąpi­ła z nogi na nogę, wy­ra­źnie spe­szo­na tym, że się na nią ga­pię.

Pró­bo­wa­łem się otrząsnąć. Od­chrząk­nąłem. Od­su­nąłem z sie­dzi­ska ka­na­py szki­ce i zro­bi­łem dziew­czy­nie miej­sce obok sie­bie.

- Tak. Naj­bli­ższy za dwa ty­go­dnie. Je­śli ci pa­su­je.

Przy­sia­dła koło mnie nie­pew­nie. Nie­mo­żli­we, żeby się mnie bała. Fakt, by­łem wy­ta­tu­owa­ny i dość wy­so­ki, a gdy marsz­czy­łem brwi, po­noć wy­gląda­łem gro­źnie. Ale nie by­łem gro­źny. A ona była spi­ęta.

- Nie da się wcze­śniej? - Za­ło­ży­ła za ucho ko­smyk czar­nych kręco­nych wło­sów.

Dla­cze­go tak bar­dzo jej za­le­ża­ło?

- Masz go­to­wy wzór? - za­py­ta­łem.

- Nie. - Skrzy­wi­ła się.

- W kil­ka dni coś za­pro­jek­tu­ję. A je­śli cho­dzi ci o tro­chę wi­ęk­szy ta­tu­aż, to po­trze­bu­je­my na to ca­łe­go dnia. Mały mó­głbym zro­bić ci od ręki, gdy­byś wie­dzia­ła, co to ma być.

Wzi­ęła głębo­ki wdech i przy­gry­zła war­gę.

- To nie będzie małe.

- Okej - po­wie­dzia­łem ostro­żnie. Za­czy­na­ło mnie co­raz bar­dziej in­te­re­so­wać to, cze­go mi nie mó­wi­ła.

Si­ęgnąłem po czy­stą kart­kę.

- Jak masz na imię?

- Kin­ga.

Pod­pi­sa­łem kart­kę jej imie­niem.

- Czar­ny czy ko­lo­ro­wy?

Od razu od­po­wie­dzia­ła, że ko­lo­ro­wy. Tego była pew­na. Nie mia­ła też pro­ble­mów ze wska­za­niem miej­sca: do­tknęła brzu­cha w dość nie­ty­po­wym, jak na ta­tu­aż, punk­cie.

- Mó­głbym ci za­pro­po­no­wać inne miej­sce?

Szyb­ko po­kręci­ła gło­wą.

- Tu i ni­g­dzie in­dziej.

- Bli­zna?

- Tak.

- Sta­ra czy świe­ża?

Zbi­łem ją z tro­pu. Chy­ba prze­stra­szy­ła się, że za chwi­lę mogę ją spła­wić. Czy­li dość świe­ża bli­zna.

- Je­śli mi ją po­ka­żesz, oce­nię, czy będę mógł ją ta­tu­ować.

Za­mknęła na chwi­lę oczy. Kil­ka se­kund pó­źniej je otwo­rzy­ła. Spoj­rza­ła na mnie i zdjęła skó­rza­ną kurt­kę. Pod­ci­ągnęła swe­ter. Brzyd­ka szra­ma szpe­ci­ła gór­ną część brzu­cha dziew­czy­ny. Wca­le mnie nie dzi­wi­ło, że chcia­ła to za­kryć.

- W po­rząd­ku. Mo­że­my re­zer­wo­wać ter­min. Jak tyl­ko mi po­wiesz, co mam ci wy­ta­tu­ować.

Nie wie­dzia­ła. Za­da­łem jej kil­ka ty­po­wych py­tań, ale do­ni­kąd nas to nie za­pro­wa­dzi­ło.

- Do­bra - by­łem bli­ski ka­pi­tu­la­cji - po­wiedz mi, czym się in­te­re­su­jesz.

Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Lu­bię mu­zy­kę. Moc­niej­sze brzmie­nie. Gram na gi­ta­rze elek­trycz­nej w ze­spo­le.

Wow.

By­łem ku­pio­ny. Zro­bię jej taki ta­tu­aż, o ja­kim na­wet nie śni­ła. A po­tem spró­bu­ję się z nią umó­wić.

- Pod­po­wiedz mi coś jesz­cze. Stu­diu­jesz? Pra­cu­jesz?

- Cho­dzę do tech­ni­kum. - Za­czer­wie­ni­ła się.

- Ale masz sko­ńczo­ne osiem­na­ście lat? - Mu­sia­łem się upew­nić.

- Mam. Chcesz zo­ba­czyć do­wód? - Zde­ner­wo­wa­ła się.

Pró­bo­wa­łem roz­k­mi­nić, czy dra­żli­wym te­ma­tem był wiek, czy szko­ła.

- Co to za tech­ni­kum?

- Elek­trycz­niak. Je­stem na me­cha­tro­ni­ce.

Reszt­ka­mi sił pod­trzy­ma­łem szczękę, żeby nie opa­dła. Nie dość, że dziew­czy­na była pi­ęk­na w taki eg­zo­tycz­ny, nie­oczy­wi­sty spo­sób, to jesz­cze mu­sia­ła być pie­kiel­nie in­te­li­gent­na. Taki kie­ru­nek to pew­nie sama fi­zy­ka i mat­ma.

- Po­ka­żę ci kil­ka mo­ich ry­sun­ków, a ty po­wiedz, co ci się po­do­ba.

Kie­dy Kin­ga wy­szła, ci­ągle nie mie­li­śmy ni­cze­go kon­kret­ne­go. Po­sta­no­wi­ła zdać się na mnie.

Przez kil­ka dni pra­co­wa­łem tyl­ko nad tym pro­jek­tem. My­śla­łem o tej dziew­czy­nie bez prze­rwy. Nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć, co się ze mną dzia­ło.

Rozdział 6

Kacper

Pró­bo­wa­łem wy­rzu­cić Kin­gę z mo­jej gło­wy. Wie­dzia­łem, że ma chło­pa­ka i nie chce mieć ze mną nic wspól­ne­go. Była tyl­ko moją klient­ką, nic wi­ęcej. Mu­sia­łem o niej za­po­mnieć.

Mój na­strój si­ęgnął dna, kie­dy jesz­cze po­kłó­ci­łem się z oj­cem. On ni­g­dy nie ukry­wał, że nie jest za­do­wo­lo­ny z po­zwu, któ­ry zło­ży­łem, ale w ostat­nich dniach wku­rza­ło go to bar­dziej niż wcze­śniej. Od­by­li­śmy bar­dzo nie­mi­łą roz­mo­wę, w trak­cie któ­rej pró­bo­wał mnie za wszel­ką cenę prze­ko­nać, że po­wi­nie­nem się z tego wy­co­fać. Nie mia­łem po­jęcia, dla­cze­go na­gle tak się uwzi­ął, a on nie chciał mi tego wy­ja­śnić.

Ża­łu­ję, że na­sza ostat­nia roz­mo­wa mia­ła tak fa­tal­ny prze­bieg, bo chcia­łem mu opo­wie­dzieć o Kin­dze. Po­ra­dzić się, za­py­tać, czy coś mogę zro­bić. No i się nie po­ra­dzi­łem.

Sko­ńczy­łem ro­bić nie­wiel­ki ta­tu­aż i spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dzie­wi­ęt­na­sta. Przy­sze­dłem do stu­dia za­raz po za­jęciach na uczel­ni i mo­głem zro­bić tyl­ko małą dzia­rę. Nie­ste­ty stu­dia dzien­ne znacz­nie ogra­ni­cza­ły mi czas na za­ra­bia­nie kasy, dzi­ęki któ­rej mo­głem się na nich utrzy­mać. Oj­ciec od­ci­ął mnie od fi­nan­so­wej pępo­wi­ny, gdy mu po­wie­dzia­łem, co za­mie­rzam zro­bić. Kil­ka mie­si­ęcy wcze­śniej wy­pro­wa­dzi­łem się od nie­go, z cze­go też nie był za­do­wo­lo­ny. Do­szli­śmy do wnio­sku, że mogę w su­mie ro­bić, co chcę, byle nie za jego kasę. Ten wa­ru­nek mi od­po­wia­dał. Do cza­su, aż nie za­cząłem łączyć pra­cy ze szko­łą, z ogar­nia­niem miesz­ka­nia i żar­cia. Ale nie za­mie­rza­łem się te­raz przy­znać, że jest mi trud­no. Nie by­łem mi­ęcza­kiem.

Za­bez­pie­czy­łem świe­ży ta­tu­aż i pod­sze­dłem do kasy, żeby wy­sta­wić ra­chu­nek. W holu sta­ła Kin­ga.

Przez chwi­lę nie mo­głem się po­ru­szyć i tyl­ko się jej przy­gląda­łem. Jej wzrok prze­śli­znął się po mnie, ale nic poza tym. Zu­pe­łnie jak­by wi­dzia­ła mnie pierw­szy raz w ży­ciu. Przyj­rza­ła się też mo­je­mu klien­to­wi i do­pie­ro gdy do­strze­gła na jego przed­ra­mie­niu świe­ży ta­tu­aż, wró­ci­ła wzro­kiem do mnie. Gdy­by jej oczy mo­gły za­bi­jać, już pa­dłbym tru­pem.

- To ty oszpe­ci­łeś moją sio­strę?

Pró­bo­wa­łem się ja­koś wy­bić z od­rętwie­nia, ale cho­ler­nie kiep­sko mi szło. Na szczęście Ma­ry­sia ska­so­wa­ła mo­je­go klien­ta.

Gdy zo­sta­li­śmy sami, pod­sze­dłem do dziew­czy­ny.

- Kin­ga?

Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Prze­cież po­wie­dzia­łam, że oszpe­ci­łeś moją sio­strę. - Mu­sia­ło do niej do­trzeć, że na­dal nie ogar­niam. - Bli­źniacz­kę - do­da­ła.

Były iden­tycz­ne. Ni­g­dy cze­goś ta­kie­go nie wi­dzia­łem.

- Two­ja sio­stra przy­szła tu do­bro­wol­nie. Jest pe­łno­let­nia. Po­pro­si­ła o ta­tu­aż, a ja się tym za­jąłem. Z tego, co pa­mi­ętam, była za­do­wo­lo­na. Coś się zmie­ni­ło?

- Nie po­wi­nie­neś był jej do­ty­kać. - Wy­ce­lo­wa­ła we mnie pa­lec wska­zu­jący. - Masz po­jęcie, co zro­bi­łeś?

- Chy­ba nie mam - wy­mam­ro­ta­łem pod no­sem, ale ona to usły­sza­ła.

- Je­śli jej coś sprze­da­łeś... Za­pa­le­nie wątro­by albo HIV... - Za­mknęła na chwi­lę oczy. Była wście­kła, ale wy­gląda­ło to tak, jak­by za­kręci­ło jej się w gło­wie.

Przyj­rza­łem jej się uwa­żniej. Wy­da­wa­ła się szczu­plej­sza od Kin­gi i zde­cy­do­wa­nie bled­sza. Pod jej ocza­mi wid­nia­ły ciem­ne pod­ków­ki, bez­sku­tecz­nie za­ma­lo­wa­ne ja­ki­mś ko­sme­ty­kiem.

- Hej, może usi­ądziesz? Po­tem będzie­my na­dal mo­gli pro­wa­dzić tę prze­mi­łą roz­mo­wę.

Wska­za­łem jej ka­na­pę, a ona nie­chęt­nie na nią spoj­rza­ła. Mu­sia­ła się po­czuć na­praw­dę kiep­sko, bo mimo nie­chęci zde­cy­do­wa­ła się usi­ąść.

- Bez obaw. Od sie­dze­nia tu ni­czym się nie za­ra­zisz.

Zmarsz­czy­ła czo­ło.

Na­la­łem do kub­ka wody z dys­try­bu­to­ra i po­da­łem jej. Spoj­rza­ła na mnie nie­uf­nie, a na­stęp­nie upi­ła mały łyk. Mi­nęła mi­nu­ta, po­tem dru­ga, a ona wca­le nie wy­gląda­ła le­piej. Przy­kuc­nąłem przed nią.

- Do­brze się czu­jesz? - za­gad­nąłem.

- A jak sądzisz? - Skrzy­wi­ła się.

- Po­trze­bu­jesz cze­goś?

- Nie, nic mi nie będzie.

- Okej. - Nie by­łem prze­ko­na­ny. - To może od­po­wiem na two­je za­rzu­ty, a je­śli chcesz, mo­żesz sama zo­ba­czyć, jak wy­gląda moje sta­no­wi­sko pra­cy.

- Ba­da­łeś się po tym? - Zer­k­nęła na ta­tu­aż na moim przed­ra­mie­niu.

- Po tym nie, ale je­śli cię to uspo­koi, to kie­dyś się te­sto­wa­łem z in­ne­go po­wo­du. Nie mu­szę ci tego mó­wić, więc to do­ceń. Je­stem czy­sty.

Ode­tchnęła głębiej.

- Poza tym je­stem ma­nia­kiem hi­gie­ny pod­czas ta­tu­owa­nia. Co chwi­lę zmie­niam ręka­wicz­ki i często pra­cu­ję w ma­secz­ce, choć to cho­ler­nie nie­wy­god­ne. Igły są jed­no­ra­zo­we, a to, co mogę, de­zyn­fe­ku­ję. Masz jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

Moje sło­wa tro­chę ją uspo­ko­iły. No i wró­ci­ły jej nor­mal­ne ko­lo­ry.

- Gdy­byś po­roz­ma­wia­ła o tym z sio­strą, pew­nie po­wie­dzia­ła­by ci wła­śnie coś ta­kie­go.

Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Kin­ga nie na­le­ży do zbyt wy­lew­nych osób. A ja nie je­stem na li­ście lu­dzi, do któ­rych się od­zy­wa.

Cie­ka­we. My­śla­łem, że bli­źnia­cy są nie­roz­łącz­ni. Jak je­den umy­sł, ale omy­łko­wo roz­dzie­lo­ny na dwa cia­ła.

- A ty się o nią mar­twi­łaś?

- Nie chcia­łam, żeby przez swo­ją głu­po­tę zni­we­czy­ła na­sze pla­ny.

Ko­lej­na od­po­wie­dź, a ja czu­łem się jesz­cze bar­dziej za­gu­bio­ny niż przed za­da­niem py­ta­nia.

- No cóż, mam na­dzie­ję, że choć tro­chę ci po­mo­głem. Kin­ga może się zba­dać, ale nic tu nie zła­pa­ła.

- Dzi­ęku­ję. - Od­da­ła mi ku­bek i wsta­ła.

Za­chwia­ła się nie­znacz­nie. Od­ru­cho­wo ją pod­trzy­ma­łem i na­wet przez war­stwy ubrań po­czu­łem, jaka jest szczu­pła.

- Może po­win­naś jesz­cze tro­chę po­sie­dzieć?

Wol­no po­kręci­ła gło­wą.

- Jak wró­cisz do domu? Może za­mó­wić ci tak­sów­kę?

- Przy­je­cha­łam sa­mo­cho­dem.

- Od­no­szę wra­że­nie, że w tym sta­nie to ty da­le­ko nie za­je­dziesz. Po­cze­kaj.

Prze­sze­dłem do po­ko­ju, gdzie chwi­lę temu pra­co­wa­łem, i szyb­ko uprząt­nąłem sta­no­wi­sko. Wzi­ąłem swo­ją kurt­kę i do­ku­men­ty.

- Co ty ro­bisz? - za­py­ta­ła, kie­dy zo­ba­czy­ła mnie go­to­we­go do wy­jścia.

- Od­wo­żę cię do domu.

Wy­ci­ągnąłem do niej rękę i po­mo­głem wstać.

- Gdzie za­par­ko­wa­łaś?

Nowa to­yo­ta aygo sta­ła przy we­jściu do sa­lo­nu. Ka­za­łem dziew­czy­nie pa­ko­wać się na fo­tel pa­sa­że­ra, a sam za­jąłem miej­sce za kie­row­ni­cą.

- To do­kąd je­dzie­my?

Po­da­ła mi ad­res w dziel­ni­cy na obrze­żach mia­sta.

- Okej, a mogę jesz­cze po­znać two­je imię?

- Kla­ra.

Po­ło­wę dro­gi po­ko­na­li­śmy w ci­szy. Nie prze­szka­dza­ło mi to. W ko­ńcu by­li­śmy dla sie­bie zu­pe­łnie ob­cy­mi lu­dźmi. Za­mie­rza­łem tyl­ko do­pil­no­wać, żeby bez­piecz­nie do­ta­rła do domu. Nie chcia­łem roz­my­ślać przez cały wie­czór o tym, czy aby nic się jej nie sta­ło.

W ko­ńcu to ona się ode­zwa­ła:

- Dzi­ęku­ję, że to ro­bisz.

Za­par­ko­wa­łem przed nie­du­żym do­mem jed­no­ro­dzin­nym.

- Nie spo­dzie­wa­łam się, że będziesz taki...

- Nor­mal­ny? Ludz­ki?

- Miły. - Uśmiech­nęła się do mnie. - Ta­tu­ato­rzy ko­ja­rzy­li mi się ja­koś ina­czej.

- Może kie­dyś sku­sisz się na mały ry­su­nek?

- Oj nie, to nie w moim sty­lu.

- Bar­dziej w sty­lu two­jej sio­stry?

Przy­gry­zła pe­łną war­gę i zer­k­nęła w stro­nę domu.

- Nie spo­dzie­wa­łam się, że to zro­bi. Dla­te­go tak za­re­ago­wa­łam. - Wzi­ęła głębo­ki wdech. - Ale mo­głam się do­my­ślić, że wy­wi­nie ja­kiś nu­mer. To cała Kin­ga. Gdy­by zro­bi­ła ten ta­tu­aż ty­dzień pó­źniej... - Po­kręci­ła gło­wą.

Uda­ło jej się mnie za­cie­ka­wić.

- To co by się sta­ło?

- Wszyst­ko by za­prze­pa­ści­ła. Nie masz na­wet po­jęcia, jak wy­so­ka jest staw­ka.

No wła­śnie, nie mia­łem. Ale do­brze pa­mi­ęta­łem, jak Kin­dze za­le­ża­ło na cza­sie. Jak bar­dzo na­ci­ska­ła na szyb­ki ter­min. Nie po­wie­dzia­ła tego Kla­rze i czu­łem, że wi­ąże się z tym nie­zły ba­ła­gan. Na ra­zie po­sta­no­wi­łem za­trzy­mać tę in­for­ma­cję dla sie­bie.

- Wej­dziesz na chwi­lę? - Głos dziew­czy­ny wy­rwał mnie z za­du­my. - Może się cze­goś na­pi­jesz?

- Miesz­kasz z ro­dzi­ca­mi? - Wo­la­łem się upew­nić, bo nie uśmie­cha­ły mi się po­now­ne tłu­ma­cze­nia.

- Tak, ale oni nie wie­dzą, co zro­bi­ła Kin­ga.

Do­bra na­sza.

Po­sta­no­wi­łem, że z nią pój­dę. Nie do ko­ńca wie­dzia­łem, czy to ma ja­kiś sens. Przy­ci­ąga­ła mnie do niej ułu­da cze­goś, cze­go nie mo­głem mieć. To Kin­ga mi się spodo­ba­ła. Świet­nie mi się z nią roz­ma­wia­ło. Ale była za­jęta. Nie zo­sta­wi­ła mi żad­nych złu­dzeń. Tym­cza­sem jej sio­stra chcia­ła spędzić wi­ęcej cza­su w moim to­wa­rzy­stwie. Co mia­łem do stra­ce­nia?

Kla­ra po­pro­wa­dzi­ła mnie do kuch­ni.

- Her­ba­ta, woda, ka­kao?

- Kawa, je­śli to nie pro­blem. Mam jesz­cze dziś tro­chę ry­sun­ków do zro­bie­nia.

- A mimo to tu je­steś.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

- Wi­docz­nie chcę tu być.

Wręczy­ła mi ku­bek i już mie­li­śmy iść do jej po­ko­ju, kie­dy usły­sza­łem, że ktoś zbie­ga po scho­dach.

- Tyl­ko wróć o przy­zwo­itej po­rze! - Kro­kom to­wa­rzy­szył po­wa­żny męski głos.

- Je­stem do­ro­sła!

Nie­mal się ze mną zde­rzy­ła. Za­trzy­ma­ła się gwa­łtow­nie, przez co fu­te­rał na gi­ta­rę omal nie spa­dł jej z ra­mie­nia. Przy­trzy­ma­łem in­stru­ment i spoj­rza­łem w naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­te oczy, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem.

- Co ty... - wy­krztu­si­ła za­sko­czo­na.

Prze­nio­sła wzrok na swo­ją sio­strę i ści­ągnęła brwi. Te­raz, kie­dy obie sta­ły tak bli­sko mnie, za­czy­na­łem do­strze­gać, że wca­le nie są ide­al­ny­mi ko­pia­mi.

- Po­szłaś do nie­go?! - Kin­ga pod­nio­sła głos. - Se­rio?! Za kogo ty mnie masz?

- Za ko­goś, kto nie ma nic do stra­ce­nia. - Sło­wa Kla­ry za­brzmia­ły tak chłod­no, że aż prze­sze­dł mnie dreszcz.

Sio­stra nie za­mie­rza­ła po­zo­stać jej dłu­żna.

- Wy­da­je mi się, że znów za­mie­rzasz przy­własz­czyć so­bie coś mo­je­go.

Kla­ra zro­bi­ła krok w tył, a Kin­ga spoj­rza­ła na mnie.

- Nie mu­sisz jej ni­cze­go tłu­ma­czyć. Poza tym to była moja de­cy­zja.

Prze­cze­sa­ła dło­nią wło­sy, dzi­ęki cze­mu za­uwa­ży­łem, że ma kil­ka fio­le­to­wych pa­se­mek, któ­rych wcze­śniej nie mia­ła. Za­rzu­ci­ła fu­te­rał na ra­mię i skie­ro­wa­ła się do drzwi. Przez chwi­lę pa­trzy­łem w ślad za nią. Na­wet gdy skó­rza­na kurt­ka i ob­ci­słe dżin­sy były ze swo­ją wła­ści­ciel­ką już daw­no na ze­wnątrz.

- Za­wsze była po­ryw­cza, ale ostat­nio... - Sło­wa Kla­ry wy­rwa­ły mnie z osłu­pie­nia. Pró­bo­wa­łem się otrząsnąć, ale to nie było ta­kie ła­twe.

Po­kój Kla­ry wy­glądał do­kład­nie tak, jak się spo­dzie­wa­łem. Urządzo­no go w de­li­kat­nych od­cie­niach, ko­bie­co i z kla­są. Pod jed­ną ze ścian sta­ło pia­ni­no. Usia­dłem przy nim na sto­łku.

- Grasz? - za­py­ta­łem.

Po­twier­dzi­ła.

- Faj­nie.

- To tyl­ko hob­by. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Kie­dyś wy­obra­ża­łam so­bie, że będę da­wać kon­cer­ty. - Uśmiech­nęła się. - Ubie­ra­łam się ład­nie i wy­stępo­wa­łam przed ro­dzi­ną. Była za­chwy­co­na, więc my­śla­łam, że wszy­scy moi przy­szli słu­cha­cze będą. Ale nie mam wiel­kie­go ta­len­tu. Zresz­tą po co mia­ła­bym stu­dio­wać kie­ru­nek zwi­ąza­ny ze sztu­ką? Prze­cież nie da się z tego wy­żyć, praw­da?

Po­wie­dzia­ła to z taką pew­no­ścią w gło­sie, że mia­łem ocho­tę tro­chę się z nią po­dro­czyć. Mia­łem w tym spo­rą prak­ty­kę, bo od­by­łem set­ki po­dob­nych roz­mów ze swo­im oj­cem.

- Za kil­ka lat się prze­ko­nam. Stu­diu­ję ma­lar­stwo.

Otwo­rzy­ła usta i przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się we mnie zbi­ta z tro­pu.

- Ale spo­koj­nie, na ta­tu­owa­niu ca­łkiem do­brze za­ra­biam. Stać mnie na ży­cie i star­czy jesz­cze, żeby za­pro­sić cię w ja­kieś faj­ne miej­sce - po­wie­dzia­łem bez wi­ęk­sze­go za­sta­no­wie­nia, ale gdy te sło­wa już pa­dły, po­czu­łem nie­mi­łe na­pi­ęcie zwi­ąza­ne z ocze­ki­wa­niem. - Je­śli oczy­wi­ście masz ocho­tę.

- Mam. - Uśmiech­nęła się do mnie.

Rozdział 4

Kacper

Ad­wo­kat spoj­rzał na mnie jak na sza­le­ńca.

- Nie wy­gra pan tej spra­wy. Nie woli pan po pro­stu spo­tkać się z tą ko­bie­tą i wszyst­ko z nią wy­ja­śnić?

Tak, pew­nie tak by­ło­by naj­pro­ściej. W pew­nym sen­sie. Ale pod wie­lo­ma względa­mi to było cho­ler­nie skom­pli­ko­wa­ne. Na­wet nie wie­dzia­łem, jak na­le­ża­ło na­zwać to, co mi zro­bi­ła. Zo­sta­wi­ła mnie na pa­stwę losu. Nie że­bym się ska­rżył, bo w su­mie mia­łem szczęście. Po pro­stu nie mie­ści­ło mi się w gło­wie, że mo­żna po­stąpić w ten spo­sób. Od­dać część sie­bie i za­po­mnieć. Mu­sia­łem spoj­rzeć jej w oczy i pra­gnąłem tyl­ko tego, żeby sąd zmu­sił ją do wy­ja­śnie­nia mi dla­cze­go. Sam nie by­łbym w sta­nie z nią roz­ma­wiać. By­łem na nią zbyt wście­kły.

- Mó­wił pan, że mo­że­my spró­bo­wać. - Spoj­rza­łem na me­ce­na­sa.

- Oczy­wi­ście. Tak jak tłu­ma­czy­łem. Po­wo­ła­łem się na pa­ra­gra­fy, któ­re do­ty­czą obo­wi­ąz­ków ło­że­nia na dziec­ko, po­nie­waż nie do­szło do zrze­cze­nia się praw do nie­go. Ale zda­je pan so­bie spra­wę, że w Pol­sce mat­ką jest ta ko­bie­ta, któ­ra uro­dzi­ła?

Pa­mi­ęta­łem na­szą po­przed­nią roz­mo­wę. Ta­kże to, że ta ko­bie­ta ani mnie nie uro­dzi­ła, ani nie od­da­ła do ad­op­cji. Nie cho­dzi­ło mi o wy­gra­nie tej spra­wy. Już mu o tym mó­wi­łem.

- Za­le­ży mi na kon­fron­ta­cji - pod­kre­śli­łem.

- Czy­li mu­si­my spo­tkać się z tą ko­bie­tą w sądzie.

- Da pan radę tak to po­pro­wa­dzić?

- Nie po­win­no być pro­ble­mu. Musi się pan jed­nak li­czyć z tym, że sąd ob­ci­ąży pana kosz­ta­mi sądo­wy­mi.

Mia­łem tę świa­do­mo­ść.

- To do­brze, bo po­zew już zo­stał do­star­czo­ny.

Tego się nie spo­dzie­wa­łem. Po tej ca­łej jego prze­mo­wie sądzi­łem, że jesz­cze tego nie ru­szył.

- Co te­raz? - Wy­pro­sto­wa­łem się na krze­śle.

- Pew­nie skon­tak­tu­je się z nami jej ad­wo­kat.

Mężczy­zna wstał i ob­sze­dł duże drew­nia­ne biur­ko. Opa­rł się bio­drem o kra­wędź bla­tu i skrzy­żo­wał ręce na pier­si.

- Mo­żli­we, że będą szu­kać kon­tak­tu z pa­nem. Ta­kie spra­wy wzbu­dza­ją cie­ka­wo­ść i wie­le emo­cji. Do­ra­dzam trzy­ma­nie się z da­le­ka od ad­wo­ka­ta stro­ny prze­ciw­nej. - Przyj­rzał mi się uwa­żnie. Nie­po­trzeb­nie. Za­le­ża­ło mi na tym, żeby to wła­śnie on pro­wa­dził moją spra­wę, więc za­mie­rza­łem ca­łko­wi­cie zdać się na nie­go. - Co do me­diów...

- Me­diów? - prze­rwa­łem mu za­sko­czo­ny.

- Tak. To pre­ce­den­so­wa spra­wa. W pew­nym mo­men­cie może zro­bić się o niej gło­śno.

- Chce pan tego?

- Tyl­ko za­mie­sza­nie daje nam kon­kret­ną szan­sę na wy­gra­ną.

Wy­czu­łem, że aż się do tego pa­lił. Nie było mi po dro­dze z tym po­my­słem. Jed­nak je­śli to zmo­ty­wo­wa­ło­by mo­je­go ad­wo­ka­ta do dzia­ła­nia...

Po­wie­dzia­łem, że ro­zu­miem i że to prze­my­ślę. Chcia­łem już stam­tąd wy­jść. Ga­bi­net wy­pe­łnio­ny ciem­ny­mi me­bla­mi dzia­łał na mnie przy­tła­cza­jąco.

- Pa­nie Kac­prze, jesz­cze jed­no py­ta­nie... Co na to pana ro­dzi­ce?

- Oj­ciec nie przy­jął tego naj­le­piej - po­wie­dzia­łem wy­mi­ja­jąco i wsta­łem z krze­sła, da­jąc sy­gnał, że roz­mo­wa do­bie­gła ko­ńca.

- A mama?

Zła­pa­łem za klam­kę i moc­no za­ci­snąłem na niej pal­ce. Nie po­tra­fi­łem się od­wró­cić i spoj­rzeć me­ce­na­so­wi w oczy.

- Moja mama nie żyje.

-

Od rana by­łem tak pod­eks­cy­to­wa­ny, jak­by to mnie ktoś miał zro­bić pierw­szy ta­tu­aż. Cho­dzi­ło o Kin­gę.

Mia­łem po­wo­dy, żeby po­dej­rze­wać, że dziś w ogó­le nie przyj­dzie. Nie­ty­po­wi klien­ci re­zy­gno­wa­li częściej niż ci, któ­rzy do­kład­nie wie­dzie­li, cze­go chcą.

Spa­ko­wa­łem do ple­ca­ka tecz­kę z dwo­ma pro­jek­ta­mi. Lu­bi­łem da­wać klien­tom wy­bór, choć sam naj­częściej mia­łem swo­je typy. Nie upie­ra­łem się. To nie ja mia­łem oglądać tę dzia­rę do ko­ńca ży­cia.

Zja­dłem w po­śpie­chu ro­ga­li­ka ku­pio­ne­go po dro­dze, a po­tem przy­go­to­wa­łem so­bie miej­sce pra­cy. Usta­wi­łem fo­tel w od­po­wied­niej po­zy­cji, wy­jąłem z szaf­ki tu­sze, opa­ko­wa­nia z igła­mi i pu­de­łko la­tek­so­wych ręka­wi­czek. Pięć mi­nut przed dzie­si­ątą by­łem go­to­wy do pra­cy, ale Kin­gi jesz­cze nie było.

Wpa­dła w ostat­niej chwi­li. Otrze­pa­ła z kurt­ki kro­ple desz­czu i spoj­rza­ła na mnie prze­pra­sza­jąco.

- Cho­ler­ny au­to­bus - rzu­ci­ła, a ja ode­tchnąłem z ulgą.

Do­praw­dy po­wi­nie­nem był trzy­mać emo­cje na wo­dzy. Nie mo­gło mi aż tak za­le­żeć na dziew­czy­nie, któ­rą wi­dzia­łem le­d­wie dru­gi raz w ży­ciu. Usie­dli­śmy przy nie­wiel­kim sto­li­ku usta­wio­nym w tej części stu­dia, któ­ra pe­łni­ła funk­cję re­cep­cji. Wy­jąłem pro­jek­ty i po­da­łem Kin­dze.

- Mo­że­my coś lek­ko zmie­nić.

Jej czar­ne oczy prze­su­wa­ły się po kszta­łtach, któ­re na­ry­so­wa­łem. Przyj­rza­ła się pierw­szej kart­ce, a po­tem dru­giej. Nie mia­ła pro­ble­mu z pod­jęciem de­cy­zji. Od razu wy­bra­ła. Ten pro­jekt, któ­ry ja też bym wy­brał. Frag­ment sche­ma­tu elek­tro­nicz­ne­go i wple­cio­ne w to kwia­ty hi­bi­sku­sa.

- Wiesz, cze­go to jest sche­mat? - za­py­ta­ła.

- Nie mam po­jęcia. Zna­la­złem to w sie­ci.

Przyj­rza­ła się jesz­cze raz.

- A ty wiesz?

- Do­my­ślam się. - Uśmiech­nęła się, a ja onie­mia­łem z za­chwy­tu. - Pro­jekt jest ge­nial­ny.

Wcze­śniej prze­nio­słem go już na kal­kę, więc mo­gli­śmy brać się do pra­cy. Za­pro­wa­dzi­łem Kin­gę do jed­ne­go z po­miesz­czeń stu­dia. Sta­ły tam dwa fo­te­le, a po­kój był prze­dzie­lo­ny du­żym pa­ra­wa­nem. Na jed­nym z fo­te­li sie­dział już klient, któ­re­mu Ma­ry­sia ro­bi­ła cie­nio­wa­nie na przed­ra­mie­niu. Kin­ga skrzy­wi­ła się, usły­szaw­szy dźwi­ęk pra­cu­jącej ma­szyn­ki. Nie­zbyt do­brze to wró­ży­ło, bo mia­łem zro­bić dziew­czy­nie praw­dzi­wy ta­tu­aż, a nie na­kle­ić kwiat­ka, któ­ry zmy­je się po kil­ku dniach.

Kie­dy po­pro­si­łem, żeby zdjęła bluz­kę i po­ło­ży­ła się na roz­ło­żo­nym na pła­sko fo­te­lu, skrzy­wi­ła się po raz dru­gi.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku? - za­py­ta­łem.

- Tak. Po pro­stu źle mi się to sko­ja­rzy­ło. Nie zwra­caj na mnie uwa­gi.

Uśmiech­nąłem się.

- Nie je­steś dziew­czy­ną, na któ­rą mó­głbym nie zwra­cać uwa­gi.

Spoj­rza­ła na mnie tak, jak­by zu­pe­łnie mi nie uwie­rzy­ła.

Zde­zyn­fe­ko­wa­łem skó­rę i od­bi­łem wzór. Po­da­łem Kin­dze lu­ster­ko i za­py­ta­łem, czy o to wła­śnie cho­dzi.

Przyj­rza­ła się, spraw­dza­jąc, czy uda­ło mi się za­kryć bli­znę. Wie­dzia­łem, po co się ta­tu­owa­ła, dla­te­go zro­bi­łem to, cze­go ocze­ki­wa­ła.

- Jest świet­nie. - Od­da­ła mi lu­ster­ko i ode­tchnęła głębo­ko. - Je­dźmy z tym.

- Je­steś pew­na?

Po­twier­dzi­ła.

Za­cząłem od za­ry­su kwia­tów. Nie ro­bi­łem im czar­ne­go kon­tu­ru. Nie po­do­ba­ły mi się ta­kie ta­tu­aże, dla­te­go ta­kich nie pro­jek­to­wa­łem. Po kil­ku mi­nu­tach zer­k­nąłem na twarz Kin­gi. Zda­wa­ła się być my­śla­mi gdzie in­dziej.

- I jak? - za­py­ta­łem.

- My­śla­łam, że będzie bar­dziej bo­la­ło.

Uśmiech­nąłem się. Sta­ra­łem się pra­co­wać naj­de­li­kat­niej, jak się dało.

- Pod ko­niec może być nie­przy­jem­nie. Ale je­śli chcesz, mo­że­my roz­ło­żyć ten wzór na dwie se­sje.

- Nie - po­wie­dzia­ła szyb­ko.

- Za­py­tam cię o to jesz­cze raz za ja­kieś trzy go­dzi­ny.

Wie­dzia­łem, że po pew­nym cza­sie naj­wi­ęk­si twar­dzie­le po­tra­fią zmi­ęk­nąć. Ja sam też za­li­czy­łem raz taki kry­zys.

- Nie mu­sisz mnie py­tać. To dla mnie ostat­ni mo­ment na ta­tu­aż. Gdy­by miał być ro­bio­ny pó­źniej, mu­sia­ła­bym z nie­go zre­zy­gno­wać.

- Po­wiesz dla­cze­go?

- To dłu­ga i bez­na­dziej­na hi­sto­ria. Nie chcesz tego słu­chać, a ja nie chcę o tym ga­dać.

Prze­ta­rłem jej skó­rę z ma­łym frag­men­tem wzo­ru.

- Mamy spo­ro cza­su.

- Wiem. - Wy­jęła z kie­sze­ni spodni te­le­fon z pod­pi­ęty­mi słu­chaw­ka­mi. - Nie będę ci prze­szka­dzać.

We­tknęła słu­chaw­ki w uszy i już po chwi­li do­ta­rły do mnie dźwi­ęki mu­zy­ki, któ­rej słu­cha­ła. Prze­bi­ły się na­wet przez od­głos ma­szyn­ki. Nie tego się spo­dzie­wa­łem po tej se­sji. Chcia­łem bli­żej po­znać Kin­gę. Prze­ko­nać, żeby dała się gdzieś za­pro­sić. Tym­cza­sem ona mnie ole­wa­ła. By­łem tyl­ko go­ściem, któ­ry miał wy­ko­nać swo­ją ro­bo­tę.

Sku­pi­łem się na pra­cy, bo nic in­ne­go mi nie zo­sta­ło. Zro­bi­łem za­ry­sy hi­bi­sku­sów, wzór sche­ma­tu elek­tro­nicz­ne­go, a po­tem za­bra­łem się do cie­nio­wa­nia kwia­tów. Ozna­cza­ło to wie­lo­krot­ne kłu­cie nie­mal tego sa­me­go miej­sca. W po­ło­wie dru­gie­go kwiat­ka Kin­ga za­częła wstrzy­my­wać od­dech. Do­tknąłem jej ra­mie­nia i po­ka­za­łem, żeby wy­jęła z uszu słu­chaw­ki.

- Zrób­my prze­rwę. Może za­mó­wi­my coś do je­dze­nia?

- Nie je­stem głod­na - od­po­wie­dzia­ła.

- To po­trwa jesz­cze kil­ka go­dzin - ostrze­głem.

Przy­gry­zła war­gę.

- No do­brze - po­wie­dzia­ła w ko­ńcu. - Chy­ba przy­da mi się prze­rwa.

- Su­per. Masz ja­kieś pre­fe­ren­cje? Piz­za? Coś chi­ńskie­go? Jest też pie­ro­gar­nia.

- Mogą być pie­ro­gi.

Zna­la­złem ulot­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu i za­mó­wi­łem dla nas ru­skie, ke­fir dla sie­bie i barszcz dla Kin­gi. Od razu zro­bi­ło się ja­koś tak lu­źniej.

- Jak ty to wy­trzy­ma­łeś? - za­py­ta­ła, pa­trząc na frag­ment ta­tu­ażu, któ­ry wy­sta­wał mi po­ni­żej ręka­wa ko­szul­ki.

Pod­ci­ągnąłem rękaw, żeby mo­gła zo­ba­czyć cały wzór.

- To były trzy se­sje - przy­zna­łem. - A i tak na jed­nej z nich mia­łem nie­zły kry­zys.

- Se­rio?

- Se­rio. Cza­sem to kwe­stia miej­sca, a cza­sem masz po pro­stu słab­szy dzień. Ale ty so­bie dziś świet­nie ra­dzisz.

Uśmiech­nęła się do mnie. Mia­łem wra­że­nie, że w po­miesz­cze­niu po­ja­śnia­ło. Zro­bi­łbym wie­le, żeby uśmiech­nęła się ko­lej­ny raz.

- Ile masz ta­tu­aży?

- Czte­ry.

Ten na bi­cep­sie i we­wnętrz­nej stro­nie przed­ra­mie­nia dru­giej ręki już wi­dzia­ła. Mia­łem jesz­cze wy­ta­tu­owa­ną łyd­kę i na­pis na wy­so­ko­ści jed­ne­go z że­ber. Pod­ci­ągnąłem no­gaw­kę i po­ka­za­łem jej wzór li­ścia mon­ste­ry.

- Faj­ny, ale ten po­do­ba mi się naj­bar­dziej. - Wska­za­ła na moje przed­ra­mię.

Mia­łem tam dzia­rę przed­sta­wia­jącą pędzel z wło­siem za­nu­rzo­nym w far­bie, któ­ra ka­pa­ła w kie­run­ku nad­garst­ka.

- Czy to ozna­cza, że ma­lu­jesz?

- Tak. Stu­diu­ję na ASP.

- A dla­cze­go ta­tu­ujesz?

- Głów­nie dla kasy - przy­zna­łem.

- A co na to twoi ro­dzi­ce? Nie ka­za­li ci się trzy­mać od tego z da­le­ka? Moi chy­ba do­sta­li­by za­wa­łu, gdy­bym stwier­dzi­ła, że chcę ro­bić coś ta­kie­go.

- Oj­ciec sam mnie do tego za­chęcał. Chciał, że­bym miał ja­kiś fach w ręku. Twier­dzi, że nie wy­ży­ję z ma­lo­wa­nia, i pew­nie ma ra­cję.

Przy­je­cha­ło na­sze je­dze­nie. Kin­ga pa­ła­szo­wa­ła swo­ją por­cję, a ja wci­ska­łem w sie­bie ko­lej­ne kęsy. Za­wsze ja­dłem o tej po­rze, ale dziś nie mo­głem się sku­pić na je­dze­niu. Mia­łem mo­ty­le w brzu­chu.

- A jak ty tra­fi­łaś do tech­ni­kum elek­trycz­ne­go? - Chcia­łem wró­cić do na­szej roz­mo­wy i do­wie­dzieć się cze­goś wi­ęcej o Kin­dze.

- Uwie­rzysz, jak ci po­wiem, że za­wsze kręcił mnie prąd?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

- By­łam ta­kim dziec­kiem, któ­re roz­kręca wszyst­kie sprzęty, bo musi zo­ba­czyć, co jest w środ­ku. Je­śli były na prąd, fraj­da sta­wa­ła się wi­ęk­sza.

- Czy­li wiesz, co zro­bić, kie­dy wy­wa­li kor­ki?

Ro­ze­śmia­ła się.

- Tak. I parę in­nych rze­czy też. Choć nie mówi się kor­ki, tyl­ko wkład­ki bez­piecz­ni­ko­we. - Zer­k­nęła na ma­szyn­kę do ta­tu­owa­nia. - Wiem też, na ja­kiej za­sa­dzie to dzia­ła.

Gdy wró­ci­łem do ta­tu­owa­nia jej skó­ry, Kin­ga opo­wie­dzia­ła mi o sil­ni­ku ma­szyn­ki i o tym, jak igły są wpra­wia­ne w ruch. Nie wszyst­ko zro­zu­mia­łem, ale świet­nie się jej słu­cha­ło.

Rozdział 3

Magdalena

Od dnia, gdy po­zna­łam Hu­ber­ta, mi­nął już pra­wie ty­dzień, a ja nie mo­głam prze­stać o nim my­śleć. Wy­mie­ni­li­śmy się nu­me­ra­mi te­le­fo­nów, ale od tam­te­go cza­su nie za­dzwo­nił. Po­cząt­ko­wo tłu­ma­czy­łam so­bie, że pew­nie jest za­jęty, w ko­ńcu ja też mia­łam w pra­cy urwa­nie gło­wy. Ale z upły­wem cza­su było mi co­raz bar­dziej przy­kro. Zu­pe­łnie jak­by w te kil­ka go­dzin moje ser­ce się do nie­go przy­wi­ąza­ło. Nie wie­dzia­łam, co z tym zro­bić. Ostat­nio zma­ga­łam się z ta­ki­mi pro­ble­ma­mi, gdy by­łam na­sto­lat­ką. A te­raz? Od­po­wie­dzial­na ko­bie­ta po czter­dzie­st­ce, któ­ra nie może prze­stać my­śleć o fa­ce­cie? My­śla­łam, że taki los ni­g­dy mnie nie spo­tka.

Mu­sia­łam jed­nak ja­koś wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści. Spędzi­łam z Hu­ber­tem miłe chwi­le i to wszyst­ko.

Zro­bi­łam za­ku­py i po­je­cha­łam za­wie­źć je ma­mie. Za­sta­łam ją nad krzy­żów­ką.

- A co ty tak źle wy­glądasz? - Ob­rzu­ci­ła mnie po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem. - Taki ma­ki­jaż w two­im wie­ku? To nie­sto­sow­ne.

Rze­czy­wi­ście po­sta­no­wi­łam się uma­lo­wać. Po spo­tka­niu z Hu­ber­tem po­my­śla­łam, że może po­win­nam coś zro­bić, żeby za­in­te­re­so­wać sobą fa­ce­tów. Wresz­cie by­łam na to go­to­wa.

- Mam do­pie­ro czter­dzie­ści lat. - Pró­bo­wa­łam się bro­nić.

- Czter­dzie­ści sie­dem, pra­wie osiem - po­pra­wi­ła mnie.

Zer­k­nęłam w lu­stro. Wy­da­wa­ło mi się, że wy­gląda­łam do­brze, ale może jed­nak...

- Ja przez całe ży­cie wca­le się nie ma­lo­wa­łam. A twój oj­ciec za­wsze mnie chwa­lił, że mam taką pi­ęk­ną cerę. To dzi­ęki temu, że nie tru­łam jej che­mią z ko­sme­ty­ków.

Zna­łam te jej teo­rie, sły­sza­łam je już nie raz. Mimo to po raz ko­lej­ny wy­gło­si­ła swo­ją ty­ra­dę, a ja w tym cza­sie w mil­cze­niu roz­pa­ko­wy­wa­łam za­ku­py.

- A te jo­gur­ty to po co mi ku­pi­łaś? Prze­cież wiesz, że ja nie jem ta­kich rze­czy. Sama che­mia.

Za­ci­snęłam zęby.

- Te są bio i mają ko­rzyst­ne szcze­py bak­te­rii.

- Le­piej je so­bie za­bierz. Pan Zdzi­siu twier­dzi, że te wszyst­kie na­pi­sy na opa­ko­wa­niach to oszu­stwo. Oni ci­ągle kła­mią.

Gdy­bym nie zna­ła mo­jej mat­ki od czter­dzie­stu sied­miu, no, pra­wie ośmiu lat, po­my­śla­ła­bym, że do­pa­da ją de­men­cja lub al­zhe­imer. Ale nie. Ona za­wsze była wła­śnie taka. Wszyst­ko wie­dzia­ła naj­le­piej, a je­śli cze­goś nie była pew­na, to pan Zdzi­siu, sąsiad, za­bie­rał głos i zdra­dzał jej praw­dy o świe­cie. Nie li­czy­ło się to, że ja sko­ńczy­łam stu­dia, a on za­wo­dów­kę. Po pro­stu wszyst­ko wie­dział i już.

Wzi­ęłam jo­gur­ty, bo nie chcia­ło mi się z nią kłó­cić.

- Po­trze­bu­jesz jesz­cze cze­goś? - za­py­ta­łam z na­dzie­ją, że tak nie będzie i za chwi­lę znaj­dę się już w domu.

- Po­sie­dzia­ła­byś ze mną. - Zro­bi­ła smut­ną minę. - Ci­ągle je­stem sama. Ra­zem spędzi­ły­by­śmy miło czas.

Szcze­rze w to wąt­pi­łam, ale ona za­wsze po­tra­fi­ła wy­wo­łać we mnie wy­rzu­ty su­mie­nia, więc zo­sta­łam.

-

Wie­czo­rem, już le­żąc w łó­żku, wpi­sa­łam w wy­szu­ki­war­kę na­zwi­sko Hu­ber­ta. Na ekra­nie te­le­fo­nu naj­pierw wy­świet­liła się stro­na jego warsz­ta­tu. Pó­źniej zna­la­złam kil­ka in­for­ma­cji o tym, że był spon­so­rem na­gród w ja­ki­mś kon­kur­sie, a jesz­cze ni­żej... Zdjęcia. Hu­bert w kom­bi­ne­zo­nie obok sa­mo­cho­du raj­do­we­go. Na ko­lej­nym z pu­cha­rem w rękach i uśmiech­ni­ętą ko­bie­tą u boku. Na jesz­cze in­nym wi­dać było kręcące­go się wo­kół mężczy­zny mal­ca. Zdjęcia mu­sia­ły po­cho­dzić sprzed kil­ku­na­stu lat.

Po­wi­ęk­szy­łam to, na któ­rym Hu­bert stał sam, i przez ja­kiś czas wpa­try­wa­łam się w jego oczy.

Rozdział 1

Magdalena

Za­mknęłam się w po­ko­ju le­ka­rzy i pró­bo­wa­łam do­jść do sie­bie. Ko­ńczy­łam pra­cę za ja­kąś go­dzi­nę i chcia­łam jesz­cze zaj­rzeć do kil­ku pa­cjen­tów, ale na­dal nie by­łam w sta­nie. Mu­sia­łam się tro­chę uspo­ko­ić.

Ktoś za­pu­kał do drzwi, a po­tem wsze­dł bez cze­ka­nia na po­zwo­le­nie.

Drgnęłam za­nie­po­ko­jo­na, ale kie­dy zo­ba­czy­łam Ane­tę, ode­tchnęłam z ulgą.

- Roz­ma­wia­łam z or­dy­na­to­rem. Mo­żesz wy­jść dziś wcze­śniej. I tak od sa­me­go rana ope­ro­wa­łaś. - Uśmiech­nęła się do mnie. - Za­wsze je­steś tu pierw­sza i wy­cho­dzisz ostat­nia. Dziś chy­ba jest do­bry mo­ment, że­byś zro­bi­ła so­bie wol­ne i tro­chę ode­tchnęła.

- Nie wiem, czy to się uda. - Za­ci­snęłam po­wie­ki.

- Uda się. Mam dzi­siaj dy­żur. Gdy­by coś się dzia­ło, będę trzy­ma­ła rękę na pul­sie. - Pu­ści­ła do mnie oko. - A tym fa­ce­tem się nie przej­muj. Nie on pierw­szy mu­siał wy­krzy­czeć swo­je nie­za­do­wo­le­nie. Chy­ba nie ma oso­by, któ­ra uwa­ża­ła­by, że pol­ski sys­tem opie­ki zdro­wot­nej dzia­ła do­brze... Aku­rat tym ra­zem tra­fi­ło na cie­bie.

Po­ki­wa­łam gło­wą, choć obie do­brze wie­dzia­ły­śmy, że on nie miał pre­ten­sji do sys­te­mu opie­ki zdro­wot­nej. Jemu cho­dzi­ło kon­kret­nie o mnie.

- Zu­pe­łnie go nie pa­mi­ętam. Nie wiem, czyj to krew­ny.

Ane­ta wzi­ęła krze­sło i usia­dła obok mnie.

- Ja nie pa­mi­ętam, żeby były ja­kieś wi­ęk­sze pro­ble­my z two­imi pa­cjen­ta­mi. W ostat­nich mie­si­ącach było dość spo­koj­nie, praw­da?

Po­twier­dzi­łam. W ci­ągu mi­nio­ne­go roku zma­rła tyl­ko dwój­ka dzie­ci, któ­re ope­ro­wa­łam. Ale zna­łam ich ro­dzi­ny od daw­na. Naj­bli­żsi wie­dzie­li, ja­kie ry­zy­ko po­dej­mo­wa­li­śmy. Za­tem to mu­siał być ktoś sprzed roku. Aż tak do­brej pa­mi­ęci nie mia­łam...

Zdjęłam ki­tel i na­rzu­ci­łam na ra­mio­na kurt­kę. Za­mie­rza­łam szyb­ko prze­biec przez par­king i schro­nić się w sa­mo­cho­dzie. Mia­łam na dziś dość kon­tak­tów z lu­dźmi. Po­trze­bo­wa­łam sa­mot­no­ści. Chło­pa­ka już daw­no nie było w bu­dyn­ku, ale ja na­dal cała się trzęsłam z ner­wów. A je­śli cze­kał na mnie na ze­wnątrz? Nie­trud­no było zna­le­źć par­king per­so­ne­lu. A tam nie było ochro­nia­rzy...

Za­nim wy­szłam ze szpi­ta­la, ro­zej­rza­łam się po pla­cu za­sta­wio­nym sa­mo­cho­da­mi. W dło­ni ści­ska­łam klu­czy­ki. Na ze­wnątrz kro­pi­ło. Otwo­rzy­łam drzwi i po­bie­głam w stro­nę swo­je­go auta.

Nikt na mnie nie cze­kał, mimo to za­blo­ko­wa­łam drzwi od środ­ka. Prze­kręci­łam klu­czyk, cze­ka­jąc na zna­jo­my dźwi­ęk sil­ni­ka, ale usły­sza­łam coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­łam. Sa­mo­chód nie chciał od­pa­lić. Wy­da­wa­ło mi się, że już pra­wie za­sko­czył, ale w ko­ńcu za­kasz­lał i mu­sia­łam od­pu­ścić.

Zde­ner­wo­wa­na po­ło­ży­łam ręce na kie­row­ni­cy i wspa­rłam na nich czo­ło. Co za kosz­mar­ny dzień!

Nie wiem, jak dłu­go tak sie­dzia­łam. Pew­nie po­win­nam za­dzwo­nić do swo­je­go me­cha­ni­ka i po­pro­sić o ho­lo­wa­nie do warsz­ta­tu, do­szłam jed­nak do wnio­sku, że to może po­cze­kać kil­ka mi­nut, a na­wet kil­ka go­dzin.

Kie­dy ktoś za­stu­kał w szy­bę mo­je­go auta, pod­sko­czy­łam jak opa­rzo­na. To mu­siał być ten chło­pak. Na­wet na nie­go nie spoj­rza­łam, tyl­ko ner­wo­wo wy­szarp­nęłam ko­mór­kę z to­reb­ki. Już mia­łam dzwo­nić na po­li­cję, gdy usły­sza­łam głos:

- Nic się pani nie sta­ło?

Głos nie na­le­żał do chło­pa­ka awan­tu­ru­jące­go się na od­dzia­le. Zer­k­nęłam na mężczy­znę, któ­ry mógł być w po­dob­nym wie­ku co ja. Mimo szpa­ko­wa­tych wło­sów miał ca­łkiem przy­stoj­ną twarz.

Opu­ści­łam szy­bę.

- Dzi­ęku­ję, ze mną wszyst­ko w po­rząd­ku.

Uśmiech­nął się.

- Cie­szę się. A z sa­mo­cho­dem?

- Tro­chę go­rzej - przy­zna­łam.

- Mogę zer­k­nąć?

Przez chwi­lę wpa­try­wa­łam się w nie­go, nie wie­dząc, jak za­re­ago­wać. Przez moją gło­wę prze­wi­nęła się li­sta po­dej­rza­nych po­wo­dów tego, dla­cze­go ja­kiś mężczy­zna chcia­łby mi po­móc. Może był zbo­cze­ńcem czy­ha­jącym na sa­mot­ne ko­bie­ty? Albo chciał wy­łu­dzić ode mnie pie­ni­ądze?

Mu­siał do­strzec moją kon­ster­na­cję.

- Pro­szę tyl­ko otwo­rzyć ma­skę.

Nie po­ru­szy­łam się, choć mężczy­zna zda­wał się nie mieć złych za­mia­rów.

Si­ęgnął do kie­sze­ni kurt­ki, wy­jął z port­fe­la wi­zy­tów­kę i po­dał mi ją.

"Hu­bert Ko­wal­ski - me­cha­ni­ka sa­mo­cho­do­wa".

Ode­tchnęłam głębo­ko, ale na tyle dys­kret­nie, żeby tego nie za­uwa­żył. Si­ęgnęłam do dźwi­gni otwie­ra­jącej ma­skę. Mężczy­zna znów się do mnie uśmiech­nął i ru­szył zaj­rzeć do mo­je­go sa­mo­cho­du.

Kil­ka mi­nut pó­źniej po­czu­łam się na tyle pew­nie, żeby wy­si­ąść. Deszcz prze­stał pa­dać, nie­śmia­ło wy­szło sło­ńce i na­gle zro­bi­ło się ca­łkiem przy­jem­nie.

Po­de­szłam do mężczy­zny.

- Zbyt wie­le tu nie wskó­ram - oznaj­mił. - Spró­buj za­pa­lić, chcia­łbym po­słu­chać, co tam się dzie­je.

Spe­łni­łam jego po­le­ce­nie, ale za­raz ka­zał mi prze­stać.

- Świe­cą się ja­kieś kon­tro­l­ki?

Zer­k­nęłam na de­skę.

- Tak.

Pod­sze­dł do mnie i po­ki­wał gło­wą.

- Mam po­my­sł, co mo­gło się stać, ale sa­mo­chód musi tra­fić do warsz­ta­tu.

Nie po­wie­dział ni­cze­go, cze­go bym się nie spo­dzie­wa­ła.

- Je­śli się zgo­dzisz, to wszyst­kim się zaj­mę i wie­czo­rem będzie go­to­wy.

Te­raz mnie za­sko­czył.

- Po­wiedz, że nie je­steś po­szu­ki­wa­czem fra­je­rek, któ­rym krad­niesz sa­mo­cho­dy, a w naj­lep­szym wy­pad­ku na­ci­ągasz na kosz­tow­ną na­pra­wę.

Zro­bił zdzi­wio­ną minę.

- Skąd taka myśl?

- Mój sa­mo­chód dzia­ła bez za­rzu­tu, aż tu na­gle się psu­je, a ty po­ja­wiasz się zni­kąd i chcesz mi po­móc.

- Fak­tycz­nie. - Po­dra­pał się po gło­wie. - Nie będę ci się na­rzu­cał. Za­dzwoń do swo­je­go me­cha­ni­ka. Nie­ste­ty będziesz też mu­sia­ła za­mó­wić tak­sów­kę.

Po­ki­wa­łam gło­wą, ale z ja­kie­goś nie­zro­zu­mia­łe­go po­wo­du nie ru­szy­łam się z miej­sca. Mężczy­zna też nie.

- Słu­chaj - za­czął nie­pew­nie. - Ro­zu­miem, że z sa­mo­cho­dem po­ra­dzisz so­bie sama, ale może kie­dyś da­ła­byś się za­pro­sić na kawę lub... - Przy­gry­zł war­gę. Ca­łkiem ape­tycz­nie wy­gląda­jącą war­gę.

Nie uma­wia­łam się z ni­kim od... bar­dzo daw­na. Nie wie­dzia­ła­bym na­wet, jak się za­cho­wać.

Mil­cza­łam przez dłu­ższą chwi­lę, roz­wa­ża­jąc jego pro­po­zy­cję. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach od razu bym od­mó­wi­ła. Nie po­trze­bo­wa­łam wi­ęcej kło­po­tów. Ale w Hu­ber­cie było coś ta­kie­go, co mnie do nie­go przy­ci­ąga­ło. Po­do­bał mi się. Tak zwy­czaj­nie. I po­czu­łam się na­gle tak, jak­bym mia­ła o dwa­dzie­ścia lat mniej.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział, źle in­ter­pre­tu­jąc moje mil­cze­nie. - Wiem, że to głu­pio za­brzmia­ło, ale czu­ję, że miło spędzi­li­by­śmy czas. Nie będę ci się wi­ęcej na­rzu­cał. Je­śli po­zwo­lisz, po­cze­kam, aż przy­je­dzie two­ja tak­sów­ka.

Chciał do­pil­no­wać, żeby nic mi się nie sta­ło. Nie sądzi­łam, że tacy mężczy­źni jesz­cze ist­nie­ją.

Za­dzwo­ni­łam naj­pierw do warsz­ta­tu sa­mo­cho­do­we­go. Mój me­cha­nik po­wie­dział, że do­pie­ro ju­tro może od­ho­lo­wać sa­mo­chód, a zaj­mie się nim naj­wcze­śniej za kil­ka dni. W do­dat­ku nie po­tra­fi­łam mu wy­tłu­ma­czyć, co się sta­ło. Hu­bert dał mi znak, że­bym prze­ka­za­ła mu ko­mór­kę. Za­czął opi­sy­wać uster­kę, a po chwi­li się ro­ze­śmiał. Wy­gląda­ło na to, że mężczy­źni się zna­ją.

- Po­wi­nie­neś się cie­szyć, że masz tak lo­jal­ną klient­kę - po­wie­dział. - Ja zro­bi­łbym to od ręki, ale i tak nie chce się zgo­dzić. - Pu­ścił do mnie oko i od­dał mi te­le­fon.

- Niech się pani zgo­dzi. Hu­bert ma naj­wi­ęk­szy war­sztat w mie­ście. Je­śli zaj­mie się sa­mo­cho­dem od ręki, to pro­szę sko­rzy­stać - za­re­ko­men­do­wał mój fa­cho­wiec.

- D... do­brze - wy­jąka­łam.

-

Po­czu­łam się nie­swo­jo, sie­dząc w jego sa­mo­cho­dzie. Po­cze­kał, aż za­pnę pas, jak­by bał się, że mogę uciec. Cóż, czu­łam, że dziś wszyst­ko jest mo­żli­we, ale nie spo­dzie­wa­łam się od losu mi­łych nie­spo­dzia­nek.

- Mój warsz­tat jest nie­da­le­ko. Po­je­dzie­my tam i po­cze­ka­my, aż mój pra­cow­nik zho­lu­je two­je auto. Zro­bię od razu wy­ce­nę i będziesz mo­gła zde­cy­do­wać, czy mamy się za­jąć na­pra­wą.

- Dzi­ęku­ję.

- Nie ma spra­wy.

- Mogę za­py­tać, jak mnie wy­pa­trzy­łeś? Par­king dla per­so­ne­lu jest od­dzie­lo­ny od tego dla pa­cjen­tów.

Ru­szył i po chwi­li płyn­nie włączył się w sznur in­nych sa­mo­cho­dów. Mi­mo­wol­nie zer­k­nęłam na jego duże dło­nie spo­czy­wa­jące na kie­row­ni­cy. Wy­gląda­ły na sil­ne i pew­ne, ta­kie, któ­re mogą dać po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa, gdy cię obej­mu­ją.

- Sie­dzia­łem na ław­ce, tej pod du­żym klo­nem.

Stam­tąd rze­czy­wi­ście mógł mnie do­brze wi­dzieć. Ale co tam ro­bił?

- Cze­ka­łem na ko­goś. Umó­wi­li­śmy się, ale po­kręci­łem albo go­dzi­ny, albo miej­sce. A ty? Pra­cu­jesz tam?

- Tak.

Za­śmiał się krót­ko.

- Nie je­stem fa­nem szpi­ta­li, le­ka­rzy i igieł, więc na wszel­ki wy­pa­dek nie za­py­tam cię o to, czym do­kład­nie się zaj­mu­jesz. - Zer­k­nął na mnie. - Mo­że­my się umó­wić, że na ra­zie będziesz mnie prze­ko­ny­wać, że pra­cu­jesz w ad­mi­ni­stra­cji?

Uśmiech­nęłam się do nie­go.

- Mo­że­my. Zresz­tą i tak nic bym ci nie zro­bi­ła.

- Bar­dzo mnie to cie­szy.

Pod­je­cha­li­śmy pod duży warsz­tat. Na par­kin­gu przed bu­dyn­kiem sta­ło kil­ka­na­ście sa­mo­cho­dów. Pew­nie cze­ka­ły w ko­lej­ce do na­pra­wy. Wy­gląda­ło na to, że ja do niej nie tra­fi­łam.

- Mu­si­my chwi­lę po­cze­kać. - Hu­bert zga­sił sil­nik. - Może dasz się na­mó­wić na kawę? Mamy tu obok bar­dzo miłą ka­wiar­nię. Często pod­sy­ła­my im klien­tów.

Pa­trzy­łam w jego błękit­ne, we­so­łe oczy i za­sta­na­wia­łam się, kim jest ten mężczy­zna. I jak wie­le zmie­ni w moim ży­ciu. Przez mo­ment się wa­ha­łam, ale coś mnie do nie­go przy­ci­ąga­ło. Chcia­łam go po­znać. Daw­no już ni­cze­go ta­kie­go nie czu­łam.

- Kawa brzmi do­brze - po­wie­dzia­łam.

Hu­bert wy­sia­dł i okrążył sa­mo­chód, żeby otwo­rzyć mi drzwi. Naj­pierw za­pro­wa­dził mnie do warsz­ta­tu. Przy­wo­łał jed­ne­go z pra­cow­ni­ków i dał mu klu­czy­ki do mo­jej maz­dy.

- Już się robi, sze­fie. - Chło­pak wsu­nął klu­czy­ki do kie­sze­ni. - Mam po­tem na nie­go zer­k­nąć?

- Nie, sam to zro­bię.

Sze­fie. Czy­li to wszyst­ko na­le­ża­ło do nie­go. To nie był zwy­czaj­ny warsz­tat, taki z jed­nym ka­na­łem i trze­ma me­cha­ni­ka­mi. Na­li­czy­łam osiem sta­no­wisk, przy któ­rych uwi­ja­ło się wie­lu lu­dzi.

- Będzie­my obok. Za­dzwoń, gdy wró­cisz.

Za­mó­wi­łam so­bie cap­puc­ci­no, a Hu­bert wzi­ął po­dwój­ne ame­ri­ca­no. Kel­ner­ka pró­bo­wa­ła go jesz­cze na­mó­wić na ciast­ko, mó­wi­ąc, że ma to, któ­re lubi, ale od­mó­wił, tłu­ma­cząc się dba­niem o syl­wet­kę. Na moje oko nie miał się czym przej­mo­wać. Jak na fa­ce­ta spo­ro po czter­dzie­st­ce, pre­zen­to­wał się na­praw­dę do­brze. Zero brzusz­ka, żad­nych za­ko­li. Wy­glądał mi na ko­goś, kto przed pra­cą bie­ga, a wie­czo­rem spo­ty­ka się ze zna­jo­my­mi, żeby po­grać w ko­sza.

W ko­ńcu to ja sku­si­łam się na ciast­ko. Po ta­kim dniu ka­żdy le­karz prze­pi­sa­łby mi odro­bi­nę cu­kru na po­pra­wę na­stro­ju. Hu­bert przy­glądał mi się, gdy wbi­łam wi­del­czyk w ape­tycz­nie wy­gląda­jący de­ser.

- Chcesz spró­bo­wać?

- Wiem, jak sma­ku­je. - Uśmiech­nął się. - Wła­śnie po­no­szę kon­se­kwen­cje swo­je­go roz­sąd­ku.

Prze­kro­iłam ciast­ko na pół i pod­su­nęłam ta­le­rzyk bli­żej Hu­ber­ta.

- Te­raz będzie i miło, i roz­sąd­nie dla nas oboj­ga.

Bez wa­ha­nia wpa­ko­wał so­bie do ust ka­wa­łek ciast­ka. Kie­dy po­ru­szył ręką, coś mi­gnęło mi na jego pal­cu. Ob­rącz­ka?

Przyj­rza­łam się le­piej. Wcze­śniej jej nie za­uwa­ży­łam. Po­czu­łam się jak sko­ńczo­na idiot­ka. Da­łam się za­pro­sić żo­na­te­mu mężczy­źnie.

- Coś się sta­ło? - Hu­bert mu­siał za­uwa­żyć moją minę.

- Je­steś żo­na­ty. - Za­brzmia­ło to jak oska­rże­nie. Może nie po­win­nam się tak do nie­go od­no­sić, w ko­ńcu ni­cze­go mi nie obie­cy­wał. Poza tym, że mi po­mo­że. Te­raz też nie ro­bi­li­śmy ni­cze­go nie­sto­sow­ne­go. Pi­li­śmy tyl­ko kawę.

- By­łem. - Spo­wa­żniał.

- Na­dal no­sisz ob­rącz­kę.

- No tak. - Ści­ągnął brwi. - Na le­wej ręce.

- Czy­li je­steś wdow­cem?

Przy­tak­nął.

- Przy­kro mi - po­wie­dzia­łam, czu­jąc co­raz wi­ęk­sze za­kło­po­ta­nie. - Nie chcia­łam po­ru­szać bo­le­sne­go te­ma­tu.

- W po­rząd­ku, to sta­re dzie­je. Jo­an­na zma­rła sie­dem­na­ście lat temu.

- A ty na­dal no­sisz ob­rącz­kę?

Prze­cze­sał dło­nią wło­sy nad kar­kiem.

- Będziesz się śmiać, gdy ci po­wiem, że ro­bię tak dla­te­go, żeby od­stra­szać ko­bie­ty?

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy.

- To nie jest śmiesz­ne. Ale bar­dzo in­try­gu­jące.

- Ko­bie­ty prze­sad­nie re­agu­ją na sa­mot­ne­go fa­ce­ta. Nie by­łem w sta­nie spo­koj­nie od­pro­wa­dzić syna do przed­szko­la, bo uwie­sza­ło się na mnie kil­ka mam i nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. By­cie wdow­cem na ryn­ku wtór­nym w ta­kich mo­men­tach bywa stre­su­jące. Zwłasz­cza gdy pod­ry­wa cię wy­cho­waw­czy­ni syna, a ty nie masz naj­mniej­szej ocho­ty na spo­tka­nia z nią. Dla­te­go no­szę ob­rącz­kę. W pierw­szej chwi­li mało kto ko­ja­rzy, że to lewa ręka.

- Ro­zu­miem. To z pew­no­ścią mu­sia­ło być strasz­ne. - Pró­bo­wa­łam się nie uśmiech­nąć.

- Nie kry­ty­kuj. Na­praw­dę nie wie­dzia­łem, co zro­bić.

Moją uwa­gę przy­ku­ła inna część jego opo­wie­ści.

- Masz syna?

- Tak. Te­raz to już sta­ry koń. Wła­śnie po­sze­dł na swo­je. - Hu­bert upił łyk kawy. - A ty masz dzie­ci?

Za­prze­czy­łam. Nie chcia­łam nic mó­wić, bo ba­łam się, że głos mi za­drży. Nie­świa­do­mie po­ru­szył naj­bar­dziej dra­żli­wy dla mnie te­mat.

- Po­wi­nie­nem jesz­cze za­py­tać, czy masz męża albo z kimś je­steś.

Na jego twa­rzy od­ma­lo­wa­ło się na­pi­ęcie. Zu­pe­łnie jak­by przez ten krót­ki spędzo­ny ra­zem czas zdążył mnie już po­lu­bić. Chy­ba względem mnie nie za­mie­rzał uży­wać swo­jej ob­rącz­ki jako tar­czy.

- Je­stem roz­wie­dzio­na. - Przy­gry­złam war­gę. - Kie­dyś my­śla­łam, że na­sze ma­łże­ństwo będzie trwać wiecz­nie i wszyst­ko prze­trzy­ma, ale się po­my­li­łam. Może jest w tym tro­chę mo­jej winy. Bar­dzo dużo pra­cu­ję.

- Wy­da­je mi się, że wina w ta­kich kwe­stiach za­wsze leży gdzieś po­środ­ku.

Może miał ra­cję. Przez wie­le lat stop­nio­wo się od sie­bie od­da­la­li­śmy. Zu­pe­łnie jak­by­śmy czu­li, że będąc ra­zem, nie mo­że­my już li­czyć na nic do­bre­go. Nasz zwi­ązek nie będzie tak pe­łen mi­ło­ści jak na po­cząt­ku.

Za­dzwo­nił te­le­fon Hu­ber­ta. Ode­brał, za­mie­nił z kimś kil­ka zdań, a po­tem spoj­rzał na mnie.

- Twój sa­mo­chód już tu jest. Zaj­mę się nim. Chcesz iść ze mną czy po­sie­dzisz tu so­bie w mi­łym oto­cze­niu?

Nie ro­zu­mia­łam swo­jej re­ak­cji, ale nie by­łam w sta­nie jesz­cze się z nim roz­stać.

W warsz­ta­cie wzbu­dzi­li­śmy małą sen­sa­cję. Po­cząt­ko­wo nie wie­dzia­łam dla­cze­go, ale wie­le się wy­ja­śni­ło, gdy prze­szli­śmy do skle­pu z częścia­mi. Za ladą stał mężczy­zna po­dob­ny do Hu­ber­ta, ale tro­chę ni­ższy i bar­dziej mu­sku­lar­ny.

- Nie wie­rzę - po­wie­dział zdu­szo­nym gło­sem.

Hu­bert zgro­mił go spoj­rze­niem i za­py­tał o ja­kieś części do mo­je­go sa­mo­cho­du. Mężczy­zna po­wie­dział, żeby zaj­rzał na za­ple­cze, bo coś tam po­win­no być. Po chwi­li zo­sta­li­śmy sami, a ja po­czu­łam się nie­swo­jo.

- Czy mogę spy­tać, skąd pani zna mo­je­go bra­ta?

A więc byli bra­ćmi, to wy­ja­śnia­ło po­do­bie­ństwo.

- Po­zna­łam go dzi­siaj. Nie od­pa­lił mi sa­mo­chód, a pa­ński brat za­pro­po­no­wał po­moc.

Mężczy­zna nie wy­glądał na prze­ko­na­ne­go.

- Mó­wi­my o tym sa­mym czło­wie­ku? Za­cze­pił pa­nią i...

- No tak.

- Aha. - Skrzy­żo­wał ręce na sze­ro­kiej pier­si. - To w su­mie do­brze. Nie pa­mi­ętam, żeby w ostat­nim dzie­si­ęcio­le­ciu za­gad­nął ja­kąś ko­bie­tę, ale nie mam nic prze­ciw­ko temu.

- Sły­szę cię! - krzyk­nął Hu­bert z za­ple­cza. - Jesz­cze jed­no sło­wo!

Mężczy­zna za ladą tyl­ko się za­śmiał.

- Do­bra, już mil­czę. Nie zmar­nu­ję ci je­dy­nej od lat szan­sy na rand­kę.

Po­czu­łam, że się czer­wie­nię.

- My nie...

Brat Hu­ber­ta po­chy­lił się w moją stro­nę.

- Je­śli pani gdzieś nie za­pro­si, to ja to zro­bię. - Pu­ścił do mnie oko.

Co tu się dzia­ło?

Hu­bert wy­sze­dł z częścia­mi, zgro­mił bra­ta spoj­rze­niem, po czym wy­ja­śnił, że musi iść się prze­brać. Kie­dy wy­sze­dł z po­miesz­cze­nia dla pra­cow­ni­ków, za­pa­rło mi dech w pier­siach.

Miał na so­bie wy­tar­te dżin­sy i bia­łą ko­szul­kę. Wy­glądał jak ak­tor z ame­ry­ka­ńskich fil­mów o mi­ło­ści na pro­win­cji. Z wra­że­nia aż za­schło mi w ustach.

- To co? - Za­ta­rł dło­nie. - Ja bio­rę się do pra­cy, a ty opo­wiedz mi o so­bie.

Rozdział 5

Magdalena

Drżący­mi dło­ńmi roz­da­rłam ko­per­tę. Czu­łam, że to nie będzie nic do­bre­go. List, po któ­ry mu­sia­łam oso­bi­ście pó­jść na pocz­tę, pew­nie był z sądu lub...

"Po­zew", krzy­czał na­głó­wek.

Ser­ce biło mi jak osza­la­łe. Po­bie­żnie przej­rza­łam tre­ść, ale by­łam tak zde­ner­wo­wa­na, że nic nie zro­zu­mia­łam. W moim za­wo­dzie po­zwy nie były wca­le rzad­ko­ścią, dla­te­go po­win­nam li­czyć się z tym, że w ko­ńcu i ja ja­kiś do­sta­nę. Jed­nak nie by­łam na to kom­plet­nie przy­go­to­wa­na. W do­dat­ku w tre­ści nie było nic o błędzie w sztu­ce. Ktoś mnie po­zy­wał i cho­dzi­ło mu o pie­ni­ądze, ale nie zro­zu­mia­łam z ja­kie­go po­wo­du.

Wsia­dłam do sa­mo­cho­du i od razu wy­bra­łam nu­mer Do­mi­ni­ki, mo­jej przy­ja­ció­łki, któ­ra na moje szczęście była ad­wo­ka­tem.

Pró­bo­wa­łam jej wy­tłu­ma­czyć, o co cho­dzi, ale nie­zbyt do­brze mi szło.

- Przy­je­dź do mnie - po­pro­si­ła. - Nie­za­le­żnie od tego, co tam jest na­pi­sa­ne, mu­si­my to prze­ga­dać. Dasz radę pro­wa­dzić?

- Tak, chy­ba tak.

- Mag­da, nie znam dru­giej tak opa­no­wa­nej oso­by jak ty. Świet­nie so­bie ra­dzisz w trud­nych sy­tu­acjach, więc i z tym so­bie po­ra­dzi­my. Pa­mi­ętaj o tym.

Mia­ła na my­śli to, jak so­bie ra­dzę w pra­cy. Ale pra­ca to co in­ne­go. Mo­głam być opa­no­wa­na na sali ope­ra­cyj­nej, bo to był inny świat. Wbrew po­zo­rom dla mnie bar­dziej bez­piecz­ny.

Scho­wa­łam pi­smo do ko­per­ty i uru­cho­mi­łam sil­nik sa­mo­cho­du. Za­nim ru­szy­łam, przy­po­mniał mi się tam­ten mło­dy mężczy­zna, któ­ry przy­sze­dł na mnie na­wrzesz­czeć na od­dział. Czy to mo­żli­we, żeby był po­wi­ąza­ny z tą spra­wą?

Do­mi­ni­ka sie­dzia­ła w sa­lo­nie nad ja­ki­miś do­ku­men­ta­mi. Zaj­mo­wa­ły całą po­wierzch­nię sto­łu. Obok, na dy­wa­nie, wśród la­lek i plu­sza­ków, ba­wi­ła się jej cór­ka. Kie­dy usia­dłam na jed­nym z krze­seł, dziew­czyn­ka po­de­szła do mnie i wpa­ko­wa­ła mi się na ko­la­na. Ro­bi­ła tak za­wsze, gdy tam przy­je­żdża­łam.

- Co sły­chać, cio­ciu? - Ob­jęła mnie w pa­sie swo­imi ma­ły­mi rącz­ka­mi. - Je­steś smut­na?

- Nie, skar­bie. Mia­łam trud­ny dzień, ale two­ja mama za­raz mi z tym kło­po­tem po­mo­że.

Do­mi­ni­ka z uwa­gą wczy­ty­wa­ła się w tre­ść po­zwu.

- A co u cie­bie? Wszyst­kie za­baw­ki zdro­we? Czy trze­ba ko­goś ra­to­wać?

Mała lu­bi­ła się tak ba­wić, mimo że mo­gło jej się to źle ko­ja­rzyć po tym, co prze­szła. Jed­nak do­świad­cze­nie na­uczy­ło mnie, że dzie­ci za­cho­wy­wa­ły się zu­pe­łnie ina­czej niż do­ro­śli. One nie ucie­ka­ły od trud­nych emo­cji, tyl­ko naj­częściej wa­łko­wa­ły je w kó­łko, żeby wszyst­ko zro­zu­mieć i wresz­cie móc się od nich uwol­nić.

Ja już za­wsze będę pa­mi­ętać dzień, w któ­rym się po­zna­ły­śmy. Dzień, kie­dy zde­spe­ro­wa­na Do­mi­ni­ka przy­wio­zła swo­ją cór­kę na SOR. Dziew­czyn­ka cho­ro­wa­ła już od ja­kie­goś cza­su, a le­ka­rze, do któ­rych tra­fia­ła, mie­li ró­żne po­my­sły na to, co jej jest. Za­miast przy­jąć ją na od­dział, prze­pi­sy­wa­li ró­żne an­ty­bio­ty­ki i od­sy­ła­li do domu.

To po­twor­ny mo­ment dla ro­dzi­ców, gdy nie mają po­jęcia, dla­cze­go ich dziec­ko z go­dzi­ny na go­dzi­nę ga­śnie. Kie­dy nie otrzy­mu­ją po­mo­cy i ze­wsząd sły­szą, że są prze­wra­żli­wie­ni. A po­tem sy­tu­acja za­czy­na dra­ma­tycz­nie się po­gar­szać i nikt już nie wie, czy uda się wy­rwać dziec­ko z ob­jęć śmier­ci.

Pa­mi­ęta­łam wy­raz oczu Do­mi­ni­ki, gdy cze­ka­ła na ja­kąkol­wiek po­moc. Wy­gląda­ła jak ktoś, kto wła­śnie zdał so­bie spra­wę, że prze­gra w naj­wa­żniej­szej bi­twie swo­je­go ży­cia. Za­bra­łam wte­dy jej dziec­ko i po­wie­dzia­łam, że musi mi za­ufać i że zro­bię, co się da.

Kil­ka­na­ście go­dzin pó­źniej mała obu­dzi­ła się po trud­nej ope­ra­cji i wy­szep­ta­ła, że chce jej się pić. Wte­dy Do­mi­ni­ka spoj­rza­ła na mnie tak, że obie już wie­dzia­ły­śmy. To wy­da­rze­nie nas po­łączy­ło, a zna­jo­mo­ść szyb­ko prze­ro­dzi­ła się w przy­ja­źń.

Ufa­łam jej tak samo, jak ona kie­dyś za­ufa­ła mi. Wie­dzia­łam, że będzie o mnie wal­czyć, nie­za­le­żnie od tego, o co mnie po­zwa­no.

- Ja też nie­wie­le z tego ro­zu­miem - przy­zna­ła, wpa­tru­jąc się w kart­kę. - Ale znam pe­łno­moc­ni­ka tego Kac­pra Ko­wal­skie­go. Może uda mi się z nie­go coś wy­du­sić po sta­rej zna­jo­mo­ści.

Si­ęgnęła po te­le­fon, a ja prze­jęłam od niej pi­smo. By­łam tak tym wszyst­kim za­afe­ro­wa­na, że na­wet nie spoj­rza­łam na na­zwi­sko oso­by, któ­ra mnie po­zy­wa­ła. Nie zna­łam żad­ne­go Kac­pra Ko­wal­skie­go. Jego ad­res też nic mi nie mó­wił. Jed­nak tym ra­zem wy­ła­pa­łam w tre­ści klu­czo­we sło­wo: ali­men­ty. Po­zwa­no mnie o ali­men­ty.

To nie mo­gła być praw­da.

- Cze­ść, Bog­dan! - Do­mi­ni­ka przy­bra­ła po­zor­nie sym­pa­tycz­ny ton. - Mo­żesz mi wy­ja­śnić, dla­cze­go twój klient, nie­ja­ki Kac­per Ko­wal­ski, po­zy­wa moją klient­kę o ali­men­ty? To dość kar­ko­łom­ne po­su­ni­ęcie w przy­pad­ku ko­bie­ty, któ­ra ni­g­dy nie mia­ła dzie­ci.

Słu­cha­ła przez chwi­lę wy­ja­śnień mężczy­zny, a jej mina rze­dła z ka­żdym jego sło­wem.

- Na­wet je­śli to praw­da, to i tak prze­gra­cie. Masz tego świa­do­mo­ść? - Wsta­ła od sto­łu i za­częła prze­cha­dzać się po po­ko­ju, zgrab­nie omi­ja­jąc po­roz­rzu­ca­ne za­baw­ki. - Mo­żesz mi po­wie­dzieć, cze­go on tak na­praw­dę chce? - Przez chwi­lę znów słu­cha­ła, a do mnie do­ta­rło, że nie pa­mi­ęta­łam, żeby ko­muś tak szyb­ko uda­ło się zbić ją z pan­ta­ły­ku. - No cóż, uprze­dź go, że nie zo­sta­wię na nim su­chej nit­ki.

Roz­łączy­ła się i spoj­rza­ła na mnie wy­ra­źnie skon­ster­no­wa­na. Po­wo­li za­czy­na­łam ro­zu­mieć, co się sta­ło. Spe­łni­ły się moje naj­gor­sze oba­wy sprzed lat. Ktoś wy­rwał mi ser­ce, a te­raz po­sta­no­wił je po­ćwiar­to­wać.

Rozdział 7

Magdalena

- To tyl­ko ma­te­riał bio­lo­gicz­ny, tyl­ko ma­te­riał bio­lo­gicz­ny - po­wta­rza­łam te sło­wa, pa­trząc w ła­zien­ko­we lu­stro.

Mia­łam pod­krążo­ne oczy, po­sza­rza­łą cerę i wło­sy nie­dba­le zwi­ąza­ne w ku­cyk.

Ma­rek sta­nął za mną, a jego po­zo­sta­jąca w cie­niu twarz od­bi­ła się w lu­strze w upior­ny spo­sób.

- Mu­sisz o tym pa­mi­ętać. - Po­ło­żył mi dło­nie na ra­mio­nach. - To nic nie zna­czy. Jego ni­g­dy nie będzie. Mu­sisz o nim za­po­mnieć. - Za­ci­snął pal­ce na mo­ich bar­kach. - Za­po­mnisz. Obie­cu­jesz?

- Obie­cu­ję - wy­szep­ta­łam, pra­gnąc tyl­ko, żeby po­lu­źnił uścisk.

-

Obu­dzi­łam się roz­trzęsio­na. Zdrzem­nęłam się, a mózg pod­su­nął mi wy­pa­czo­ną wer­sję roz­mo­wy, któ­rą na­praw­dę kie­dyś od­by­li­śmy z mężem. Bar­dzo do­brze pa­mi­ęta­łam tam­ten dzień, choć obie­ca­łam mu, że za­pom­nę. Mia­łam żyć da­lej i ży­łam, ale przez wie­le lat dręczy­ło mnie py­ta­nie, co się sta­nie, je­śli...

Z bie­giem cza­su nie było to już tak bo­le­sne, w nie­któ­re dni wca­le o tym nie my­śla­łam. Jed­nak ni­g­dy nie przy­pusz­cza­łam, że ten naj­mniej praw­do­po­dob­ny sce­na­riusz na­praw­dę się zi­ści.

Wsta­łam z sofy i po­szłam do kuch­ni, żeby zro­bić so­bie her­ba­tę. Na ze­ga­rze ku­chen­ki zo­ba­czy­łam, że do­cho­dzi już dwu­dzie­sta dru­ga. Spa­łam przez go­dzi­nę. Roz­mo­wa z Do­mi­ni­ką mnie wy­ko­ńczy­ła. Moja przy­ja­ció­łka wie­dzia­ła, że dłu­go sta­ra­li­śmy się z Mar­kiem o dziec­ko. Opo­wia­da­łam jej też o nie­uda­nych pró­bach po­częcia dzi­ęki me­to­dzie in vi­tro. Nie przy­zna­łam się jed­nak, co zro­bi­li­śmy z jed­nym za­rod­kiem. De­cy­zja o od­da­niu go była jed­ną z naj­trud­niej­szych w moim ży­ciu.

Do­mi­ni­ka bar­dzo dłu­go się we mnie wpa­try­wa­ła, a po­tem po­pro­si­ła cór­kę, żeby po­szła po­szu­kać taty w ogro­dzie. Gdy mała wy­bie­gła, przy­ja­ció­łka wzi­ęła mnie za rękę.

- Jak się trzy­masz? - za­py­ta­ła.

- Nie wiem. Nie mam po­jęcia, co czu­ję. Co po­win­nam czuć w ta­kiej sy­tu­acji?

- Bio­lo­gicz­nie to two­je dziec­ko. Two­je i Mar­ka. Ma­cie syna. Do­ro­słe­go syna. Wpraw­dzie zgod­nie z pol­skim pra­wem jest on dziec­kiem ko­bie­ty, któ­ra go uro­dzi­ła, ale bio­lo­gicz­nie nie ma z nią nic wspól­ne­go.

- Ze mną też nie ma nic wspól­ne­go. Nie mam do nie­go pra­wa.

Do­mi­ni­ka po­kręci­ła gło­wą.

- Nie mogę uwie­rzyć w to, że jemu cho­dzi tyl­ko o pie­ni­ądze. Ali­men­ty? To szczyt tu­pe­tu.

- Jak my­ślisz, dla­cze­go zło­żył ten po­zew?

- Albo jest za głu­pi, żeby zro­zu­mieć, że nie wy­gra, albo li­czy na nie­złą afe­rę, roz­głos i usta­no­wie­nie pre­ce­den­su.

- Ma na to ja­kieś szan­se?

- Ma świet­ne­go ad­wo­ka­ta. A ja mu­szę do­brze się przyj­rzeć do­ku­men­tom zwi­ąza­nym z od­da­niem za­rod­ka z kli­ni­ki.

- Mó­wi­li, że wszyst­ko jest jak trze­ba.

- Bo z tego, co się orien­tu­ję, nie da się tego ina­czej zro­bić. Pol­skie pra­wo za­wsze mia­ło w tej kwe­stii wi­ęcej luk niż sen­sow­nych roz­wi­ązań. Ten chło­pak praw­nie ma ro­dzi­ców, ale pro­blem w tym, że ty ni­g­dy nie od­da­łaś go do ad­op­cji. Nie zrze­kłaś się praw ro­dzi­ciel­skich.

- A co z Mar­kiem? Dla­cze­go po­zwał tyl­ko mnie?

Do­mi­ni­ka zdjęła oku­la­ry i po­ma­so­wa­ła na­sa­dę nosa.

- Nie wiem. Spró­bu­ję się cze­goś do­wie­dzieć. Być może za­rod­ki są praw­ną wła­sno­ścią mat­ki. Ni­g­dy aż tak bar­dzo mnie to nie in­te­re­so­wa­ło. Mu­sisz dać mi kil­ka dni na przy­go­to­wa­nie się.

- Może on po­trze­bu­je tych pie­ni­ędzy? Jest w trud­nej sy­tu­acji i...

- Prze­stań! - Prze­rwa­ła mi gwa­łtow­nie. - Za co chcesz mu pła­cić?

- W pe­wien spo­sób po­wo­ła­łam go do ży­cia. Może je­stem za nie­go od­po­wie­dzial­na.

- To do­ro­sły chłop! Pew­nie stu­dent, któ­re­mu bra­ku­je kasy na piwo. A je­śli zgo­dzisz się na te ali­men­ty, to on pew­nie za chwi­lę wy­ci­ągnie ręce po wi­ęcej.

-

Woda się za­go­to­wa­ła, a ja si­ęgnęłam po pierw­sze z brze­gu pu­de­łko z her­ba­tą. Wrzu­ci­łam to­reb­kę do kub­ka i aż pod­sko­czy­łam, usły­szaw­szy dźwi­ęk ko­mór­ki. Spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz.

Hu­bert.

Tego się nie spo­dzie­wa­łam. Od na­sze­go spo­tka­nia mi­nęło już kil­ka­na­ście dni, a on ani razu się do mnie nie ode­zwał. A te­raz dzwo­ni, i to tak pó­źno. Przez chwi­lę się wa­ha­łam, czy po­win­nam od­bie­rać, ale praw­da była taka, że mia­łam ocho­tę z nim po­roz­ma­wiać.

- Cze­ść - ode­zwa­łam się nie­pew­nie.

- Prze­pra­szam, że tak pó­źno dzwo­nię. No i że dzwo­nię do­pie­ro te­raz. Mam na­dzie­ję, że nie masz mi tego za złe - mó­wił szyb­ko i wy­da­wał się na­praw­dę skru­szo­ny. Za­le­ża­ło mu, że­bym się nie roz­łączy­ła.

- W po­rząd­ku. Nie jest za pó­źno.

Usły­sza­łam, że od­dy­cha z ulgą, i stłu­mi­łam śmiech.

- Cie­szę się. Chcia­łem za­dzwo­nić już kil­ka razy, ale za­ist­nia­ły pew­ne oko­licz­no­ści i wy­my­śli­łem so­bie, że le­piej by­ło­by, gdy­bym tego nie ro­bił.

- Nie ro­zu­miem - przy­zna­łam.

- Nie przej­muj się. Dziś zro­zu­mia­łem, że to nie był naj­lep­szy z mo­ich po­my­słów.

- I po­sta­no­wi­łeś za­dzwo­nić?

- Tak. Chcia­łem się do­wie­dzieć, jak ci mi­nął dzień.

Wzi­ęłam ku­bek z her­ba­tą i po­szłam do sa­lo­nu. Umo­ści­łam się wy­god­nie w fo­te­lu i okry­łam sto­py ko­cem.

- Nie na­le­żał do naj­przy­jem­niej­szych, ale te­raz chy­ba po­pra­wi mi się hu­mor.

- Mam w tym ja­kiś mi­ni­mal­ny udział?

Czy on wła­śnie ze mną flir­to­wał? Czy ja w ogó­le jesz­cze pa­mi­ęta­łam, jak się gra w tę grę?

- Masz. - Po­sta­no­wi­łam po pro­stu być szcze­ra.

- Cie­szę się. - Za­mil­kł na chwi­lę, jak­by nad czy­mś się za­sta­na­wiał. - Da­ła­byś się gdzieś za­pro­sić? Wiem, że już dzie­si­ąta, ale dłu­go się zbie­ra­łem, żeby do cie­bie za­dzwo­nić, i te­raz bar­dzo chcia­łbym cię zo­ba­czyć.

Za­ci­snęłam pal­ce na uchu kub­ka. Nie chcia­łam mu od­ma­wiać, ale nie mia­łam in­ne­go wy­jścia.

- Może in­nym ra­zem? - za­py­ta­łam. - Nie zro­zum mnie źle, nie spła­wiam cię, ale ju­tro z sa­me­go rana mu­szę być w szpi­ta­lu. Mam wa­żny za­bieg i nie mogę być nie­wy­spa­na.

- Kła­dziesz się już spać?

- Nie. - Po tym, jak się zdrzem­nęłam, wca­le nie czu­łam sen­no­ści. - Po­cze­kam jesz­cze z go­dzi­nę lub dwie.

- A prze­szka­dza­ło­by ci, gdy­bym cię te­raz od­wie­dził?

Uśmiech­nęłam się do sie­bie.

- A je­śli po­wiem, że chęt­nie cię zo­ba­czę?

- Będę za dzie­si­ęć mi­nut - rzu­cił i od razu się roz­łączył.

Nie wie­dzia­łam, czy mó­wił se­rio, czy żar­to­wał. Dzie­si­ęć mi­nut to mało. Na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wi­łam nie mar­no­wać cza­su. Po­de­rwa­łam się z fo­te­la i po­bie­głam do ła­zien­ki. Po­pra­wi­łam wło­sy i pró­bo­wa­łam roz­pro­sto­wać od­cisk po­dusz­ki na po­licz­ku, ale moje sta­ra­nia nic nie dały. Po­ci­ągnęłam rzęsy tu­szem, a usta błysz­czy­kiem. Przy­po­mnia­ły mi się sło­wa mat­ki o ma­ki­ja­żu, ale szyb­ko je od sie­bie od­su­nęłam.

Dzwo­nek do drzwi usły­sza­łam po dzie­wi­ęciu mi­nu­tach. Otwo­rzy­łam zzia­ja­ne­mu Hu­ber­to­wi, któ­ry pró­bo­wał zła­pać od­dech.

- Przy­bie­głeś tu?

- Częścio­wo. - Uśmiech­nął się.

Za­pro­si­łam go do środ­ka i z przy­jem­no­ścią stwier­dzi­łam, że czy­mś bar­dzo ład­nie pach­nie. Czy­mś sub­tel­nym i męskim jed­no­cze­śnie. Może to żel pod prysz­nic albo coś po go­le­niu. Daw­no już nie czu­łam za­pa­chu mężczy­zny w swo­im domu.

- Kie­dy uznasz, że chcesz już spać, od razu mi po­wiedz. - Usia­dł na krze­śle w kuch­ni i cze­kał, aż zro­bię mu her­ba­tę. - Boję się po­my­śleć, że ktoś mia­łby ju­tro prze­ze mnie ucier­pieć.

- Spo­koj­nie, nie pierw­szy raz będę wy­ko­ny­wać taką ope­ra­cję.

Wy­pro­sto­wał się i od­chrząk­nął.

- Ope­ra­cję? Wcze­śniej po­wie­dzia­łaś, że cho­dzi o za­bieg... - Wy­da­wał się wy­ra­źnie spi­ęty.

- To sy­no­ni­my.

- Mnie za­bieg ko­ja­rzy się z czy­mś znacz­nie mniej po­wa­żnym. Na przy­kład z wy­mro­że­niem ku­rzaj­ki.

Za­śmia­łam się. Jego na­pi­ęcie przy­po­mi­na­ło mi za­cho­wa­nie ma­łe­go chłop­ca bo­jące­go się igły.

- Na­praw­dę nie lu­bisz le­ka­rzy.

- Nie­ste­ty. - Wes­tchnął nie­co te­atral­nie.

- To co będzie ze mną? Nie dam rady w tym wie­ku zmie­nić za­wo­du. No i nie chcę tego ro­bić.

- Je­steś chi­rur­giem, tak?

Po­twier­dzi­łam.

- Po­wiedz cho­ciaż, że masz spe­cja­li­za­cję, któ­ra mi nie za­gra­ża.

- O to mo­żesz być spo­koj­ny. Zaj­mu­ję się dzie­ćmi.

Udał, że ocie­ra pot z czo­ła.

- Pa­mi­ętam, że ja­kiś czas po śmier­ci Jo­an­ny syn zła­pał in­fek­cję płuc. Po­ło­ży­li go na od­dzia­le, a ja przy nim sie­dzia­łem. I mu­szę ci po­wie­dzieć, że mło­dy zno­sił to wszyst­ko znacz­nie le­piej niż ja. - Hu­bert po­kręcił gło­wą. - To było strasz­ne. Bar­dzo się o nie­go ba­łem i zro­bi­łbym wszyst­ko, żeby tyl­ko nic mu się nie sta­ło, ale kie­dy pie­lęgniar­ki przy­cho­dzi­ły po­da­wać mu za­strzy­ki albo kro­plów­ki... - Skrzy­wił się. - Kil­ka razy do­szło do krępu­jące­go osu­ni­ęcia się mo­jej oso­by na podło­gę.

Ro­ze­śmia­łam się.

- A na mło­dym nie ro­bi­ło to naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Był chy­ba je­dy­nym dziec­kiem na od­dzia­le, któ­re ni­g­dy nie za­pła­ka­ło. Mu­siał tyl­ko wszyst­ko wi­dzieć. Wte­dy oba­wia­łem się, że będzie chciał zo­stać le­ka­rzem, a mnie za­cznie za­dręczać opo­wie­ścia­mi o tych wszyst­kich okrop­no­ściach.

Usia­dłam po prze­ciw­nej stro­nie sto­łu i po­my­śla­łam, że już kil­ka mi­nut z tym mężczy­zną wy­star­czy­ło, że­bym spoj­rza­ła na świat nie­co ina­czej. Mój hu­mor nie był już taki zły.

- Cie­szę się, że przy­je­cha­łeś - przy­zna­łam. - Lu­bię z tobą roz­ma­wiać.

- Ja z tobą też. - Nie­śmia­ło wy­ci­ągnął rękę i do­tknął mo­jej dło­ni.

- Obie­cu­ję, że nie będę stra­szyć cię igła­mi.

Uśmiech­nął się.

- Za­pa­mi­ętam.

- Ile lat ma twój syn?

- Dwa­dzie­ścia.

- Masz z nim do­bry kon­takt?

- Tak. To strasz­ny upar­ciuch i in­dy­wi­du­ali­sta, ale jest ge­nial­nym chło­pa­kiem.

Za­częłam się za­sta­na­wiać, czy by­łby mnie w sta­nie po­lu­bić. Wpraw­dzie to już do­ro­sły czło­wiek, ale Hu­bert pew­nie li­czył się z jego zda­niem.

- Nie chcie­li­ście mieć wi­ęcej dzie­ci? - za­py­ta­łam.

- Nie mo­gli­śmy. Do­świad­czy­li­śmy tyl­ko jed­ne­go cudu.

Na­wet nie zda­wał so­bie spra­wy, jak do­brze go ro­zu­mia­łam.

- Nam się nie uda­ło - przy­zna­łam.

- Do­my­śli­łem się. - Ści­snął moc­niej moją dłoń.

- Jak? Nie za­kła­da­łeś, że mo­głam ich po pro­stu nie chcieć?

- Je­steś pe­dia­trą, więc pew­nie lu­bisz dzie­ci.

- Tak, lu­bię. Wie­dzia­łam, że mogę mieć pro­ble­my z po­sia­da­niem wła­snych, więc po­bra­li­śmy się z Mar­kiem wcze­śnie i już na stu­diach za­częli­śmy się sta­rać. Zresz­tą dla ko­bie­ty, któ­ra chce być le­ka­rzem, uro­dze­nie w cza­sie stu­diów to nie­zła opcja. Ale po roku nic się nie wy­da­rzy­ło. Po dwóch też. Po­tem za­częły się wi­zy­ty u gi­ne­ko­lo­gów, leki, za­bie­gi, to całe upo­ko­rze­nie, a w ko­ńcu...

- Za­szłaś w ci­ążę? - za­py­tał ci­cho.

Przy­tak­nęłam. Czu­łam gulę w gar­dle i nie wie­dzia­łam, czy będę w sta­nie mó­wić da­lej.

- Nie mu­sisz opo­wia­dać, je­śli nie czu­jesz się na si­łach - za­pew­nił. - Wiem, ja­kie to jest po­twor­nie trud­ne.

- Ja pra­wie o tym nie mó­wi­łam. Ma­rek na­ma­wiał mnie na te­ra­pię, ale nie da­łam rady. Wo­la­łam pra­co­wać i pró­bo­wać za­po­mnieć. Tyl­ko że pa­mi­ętam o tym ka­żde­go dnia. - Wy­su­nęłam dłoń z jego dło­ni i ob­jęłam się cia­sno ra­mio­na­mi. - Prze­pra­szam, że ze­szłam na ta­kie trud­ne te­ma­ty.

Hu­bert wstał i przy­su­nął krze­sło bli­żej mnie, tak że te­raz sie­dział na­prze­ciw­ko.

- Wiem, że to te­mat, któ­re­go le­piej nie po­ru­szać, bo inni lu­dzie mogą dać ci tyl­ko wspó­łczu­cie. A my nie po­trze­bu­je­my wspó­łczu­cia, tyl­ko ak­cep­ta­cji. - Prze­cze­sał pal­ca­mi wło­sy. - Jo­an­na po­ro­ni­ła tyl­ko raz, i to bar­dzo wcze­śnie, ale pa­mi­ętam, jaki to ból. Le­ka­rze mó­wi­li nam, że gdy uro­dzi, za­po­mni o ca­łym le­cze­niu i tam­tej tra­ge­dii, ale wy­da­je mi się, że żad­ne z nas nie za­po­mnia­ło. Kie­dy masz już dziec­ko, mo­żesz so­bie tłu­ma­czyć, że ta trud­na dro­ga mia­ła sens. Ale w two­im przy­pad­ku to nie mia­ło sen­su.

Po­kręci­łam gło­wą.

- Nie mia­ło.

- Ile razy po­ro­ni­łaś?

Za­częłam drżeć, ale mimo to nie chcia­łam ko­ńczyć tej roz­mo­wy. Hu­bert ro­zu­miał, tak na­praw­dę ro­zu­miał. A te­raz py­tał i nie miał za­mia­ru się nade mną li­to­wać.

- Czte­ry - wy­szep­ta­łam, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać łzy na­pły­wa­jące mi do oczu. - Ju­lian, Ce­li­na, Ali­cja i Łu­kasz. Wszyst­kim nada­łam imio­na, gdy tyl­ko do­wie­dzia­łam się, że je­stem w ci­ąży. A po­tem... - Ukry­łam twarz w dło­niach, bo nie po­tra­fi­łam już po­wstrzy­mać łez.

- Prze­pra­szam. - Hu­bert de­li­kat­nie po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu. - Mia­łem po­pra­wić ci hu­mor, a jesz­cze go po­gor­szy­łem.

To nie była wina tego mężczy­zny, ale nie mia­łam siły za­prze­czać. Moja prze­szło­ść w po­wi­ąza­niu z tym, co mnie dziś spo­tka­ło, mu­sia­ła tak mną wstrząsnąć. Stra­ci­łam czte­ry ci­ąże, od­da­łam tyl­ko je­den za­ro­dek. Jed­ną sztu­kę ma­te­ria­łu bio­lo­gicz­ne­go.

- Czy mogę za­pro­po­no­wać ci ra­mię do wy­pła­ka­nia się?

Tak, tego wła­śnie po­trze­bo­wa­łam.

Za­pro­wa­dzi­łam Hu­ber­ta do sy­pial­ni i do­pie­ro gdy sta­łam przed łó­żkiem, zda­łam so­bie spra­wę, jak jesz­cze mo­żna to zin­ter­pre­to­wać.

- Nie cho­dzi mi o seks, ja tyl­ko... - za­jąk­nęłam się. - Chcia­łam się tyl­ko po­ło­żyć.

- Do­brze.

- Mo­żesz wy­jść, kie­dy tyl­ko będziesz chciał. Wy­star­czy, że za­trza­śniesz drzwi we­jścio­we.

- Mag­da?

- Tak?

- Nie przej­muj się ta­ki­mi rze­cza­mi. - Po­ma­so­wał kciu­kiem wnętrze mo­jej dło­ni. - Ni­g­dzie mi się nie spie­szy.

Po­ło­ży­li­śmy się, czu­jąc się tro­chę nie­zręcz­nie. Nie by­li­śmy już dwu­dzie­sto­lat­ka­mi, tyl­ko do­ro­sły­mi lu­dźmi z ca­łym ba­ga­żem do­świad­czeń. Hu­bert ob­jął mnie w pa­sie, a ja wtu­li­łam twarz w jego tors.

- Już do­brze - wy­szep­tał do mnie. - Za­mknij oczy.

Le­że­li­śmy tak przez dłu­ższy czas, cze­ka­jąc, aż emo­cje opad­ną. Hu­bert nic wi­ęcej nie mó­wił, ale gła­dził moje ra­mię albo ple­cy. Dał mi coś, cze­go wte­dy naj­bar­dziej po­trze­bo­wa­łam - cie­pło i wspar­cie.

Wte­dy nie wie­dzia­łam, że dał mi coś jesz­cze. Coś naj­cen­niej­sze­go na świe­cie.