Życie do poprawki - Marta Osa

Kup ebooka

46.90 zł
38.93 zł (39,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

W kie­szeni Mał­go­rzaty za­brzę­czał te­le­fon. Niby przed­miot bez du­szy i emo­cji, a darł się, jakby ob­dzie­rali go ze skóry, tu­dzież etui, albo wiesz­czył ja­kieś zło. Nie­ła­two było go wy­do­być z ma­łej kie­szonki. W końcu pod­dał się znie­cier­pli­wio­nym pal­com i uległ.

- Halo? - Mał­go­rzata ode­zwała się dość ofi­cjal­nie i z pewną nie­uf­no­ścią, po­nie­waż nie roz­po­znała nu­meru.

- Pani Mał­go­sia? - Głos w słu­chawce był rów­nie pod­eks­cy­to­wany, co za­nie­po­ko­jony. - Z tej strony Ma­ria. Mia­łam pani nu­mer od pana Adama... tak, wie pani... w ra­zie czego.

Te­raz do­piero sko­ja­rzyła głos. Czyżby na­de­szła pora na to... w ra­zie czego? - po­my­ślała pełna naj­gor­szych obaw. Go­spo­dyni Adama ni­gdy do niej nie dzwo­niła, choć ona sama cza­sami miała na to ochotę. Zwłasz­cza te­raz, kiedy cza­sowo opu­ściła swoje nowe lo­kum nad mo­rzem. Chciała ją pro­sić o oto­cze­nie opieką rów­nież jej miesz­ka­nia. Nie bę­dzie prze­cież jeź­dziła przez pół Pol­ski, żeby umyć okna na wio­snę czy zmie­rzyć się z ba­ła­ga­nem w nie­za­miesz­ka­łym apar­ta­men­cie. Koty z ku­rzu pew­nie już so­bie urzą­dziły nie­złą im­prezę.

- O, pani Ma­rio - za­świer­go­tała do te­le­fonu, choć ko­bieca in­tu­icja pod­po­wia­dała jej, że nie jest to wła­ściwy do oko­licz­no­ści ton. Coś mu­siało się wy­da­rzyć. - Co się stało? - spy­tała wprost.

- Wła­śnie nie wiem. Przy­je­cha­łam dziś na sta­rówkę do pana Adama, żeby jak zwy­kle po­sprzą­tać... a jego tu nie ma.

- To coś dziw­nego? Prze­cież ma pani klu­cze.

- No tak, ale Max le­żał pod drzwiami, a w miesz­ka­niu istna re­wolta.

Mał­go­rzata po­de­rwała się z miej­sca. Coś mu­siało się stać. Adam był ba­ła­ga­nia­rzem, ale nie dałby rady przez dwa dni tak za­świ­nić swo­jego oto­cze­nia, żeby za­dzi­wić swo­jego anioła po­rząd­ków. Ko­bieta za­pewne wi­działa już nie­jedno.

- Pani Ma­rio - Mał­go­rzata my­ślała bły­ska­wicz­nie. Miała wra­że­nie, że przez jej zwoje mó­zgowe prze­pływa prąd o nie­bo­tycz­nie wy­so­kim na­pię­ciu - pro­szę się nie roz­łą­czać. Mu­szę coś spraw­dzić, za­nim po­sta­no­wimy, co ro­bić da­lej.

- Do­brze, cze­kam.

Cho­lera! Co się stało? - go­rącz­ko­wała się i po­śpiesz­nie od­szu­kała w te­le­fo­nie ikonkę z ma­łym dom­kiem. Dzię­ko­wała so­bie w du­chu, że nie od­in­sta­lo­wała apli­ka­cji. - Żeby tylko był in­ter­net - za­no­siła mo­dły do wszech­moc­nego opie­kuna sieci. Jest!

Na ekra­nie te­le­fonu zo­ba­czyła pa­nią Ma­rię sto­jącą w sa­lo­nie Ada­mo­wego miesz­ka­nia po­śród pie­kiel­nego ba­ła­ganu. Ba­ła­gan to mało po­wie­dziane. Miesz­ka­nie wy­glą­dało, jakby prze­szedł przez nie taj­fun... a co naj­mniej sztorm, ale o sile dzie­sięć w skali Be­au­forta. Szaro-biały am­staff krę­cił się po po­miesz­cze­niu i czuj­nie ob­wą­chi­wał po­roz­rzu­cane przed­mioty.

- Pani Ma­rio, czy drzwi były wy­wa­żone? - ode­zwała się wresz­cie, bo wi­działa, jak ko­bieta nie­cier­pli­wie czeka na wska­zówki. - Ktoś się wła­mał?

- Nie. Otwie­ra­łam drzwi klu­czem. Pró­bo­wa­łam dzwo­nić do pana Adama, ale te­le­fon nie od­po­wiada. Jakby chłop za­padł się pod zie­mię. Mar­twię się, bo zwy­kle od­dzwa­niał.

- Okej. Pro­szę za­brać Maxa do sie­bie. Jesz­cze dziś, a naj­póź­niej ju­tro przed po­łu­dniem będę u pani.

- We­zwać po­li­cję?

- Nie! - Za­re­ago­wała może tro­chę zbyt ner­wowo. - Do zwy­kłego ba­ła­ganu? - spu­ściła nieco z tonu. - Ob­śmieją pa­nią i bę­dzie pani miała z tym mnó­stwo pro­ble­mów. Przy­jadę i wszystko za­ła­twię. Pro­szę tylko za­opie­ko­wać się psem i za­mknąć miesz­ka­nie.

- Do­brze. - W gło­sie go­sposi Mał­go­rzata usły­szała ulgę i coś jesz­cze... lęk. - Pani Go­siu... chyba nic mu się nie stało, co?

- Nie. Na pewno nie. Ten fa­cet ma w ży­ciu farta - uspo­ka­jała ją, choć sama nie wie­działa, co o tym my­śleć. - Znaj­dzie się. Spo­koj­nie.

Roz­dział I

Ma­rze­nia do speł­nie­nia

Mał­go­rzata opu­ściła wy­brzeże do­piero pod ko­niec paź­dzier­nika. Aura ła­ska­wie po­zwo­liła jej na prze­dłu­że­nie so­bie lata, a i po­rzu­ce­nie na kilka mie­sięcy swo­jej cud­nej miej­scówki z wi­do­kiem na mo­rze też spra­wiało ko­bie­cie trud­no­ści. Na swój apar­ta­ment pra­co­wała przez cały rok, co nie­któ­rym wy­da­wać by się mo­gło cza­sem bar­dzo krót­kim i na­tych­miast na­su­nąć py­ta­nie: za co jej tak do­brze za­pła­cono? Krop­nęła ko­goś, czy jak? Otóż nie... wręcz prze­ciw­nie.

Od­byty roczny kon­trakt oka­zał się nie­ma­łym wy­zwa­niem, choć za­po­wia­dał so­witą na­grodę. Za­po­wia­dał, bo do końca nie była pewna uczci­wo­ści swo­jego pra­co­dawcy, Adama. Umowa spi­sana u no­ta­riu­sza spe­cjal­nie jej nie uspo­ka­jała. Mał­go­rzata znała wąt­pliwą mo­ral­ność męż­czy­zny i tylko pra­gnie­nie speł­nie­nia swo­jego ży­cio­wego ma­rze­nia: za­miesz­ka­nia na eme­ry­tu­rze nad mo­rzem, skło­niło ją do pod­ję­cia tego ry­zyka i zde­cy­do­wała się na wy­zwa­nie. I było to praw­dziwe wy­zwa­nie... Wy­zwa­nie przez duże W. Miesz­kała z Ada­mem przez rok. Dbała o jego po­wrót do zdro­wia po prze­cho­ro­wa­niu co­vidu. Nie było ła­two, bo Adam oka­zał się opor­nym ma­te­ria­łem do ob­róbki. Do tego nie­zbyt sym­pa­tycz­nym. Prze­trwała jed­nak i speł­niła swoje ma­rze­nie. Jak tego do­ko­nała? W mo­men­cie kiedy po­sta­no­wiła, że bę­dzie go trak­to­wać do­kład­nie tak, jak on ją trak­to­wał, za­da­nie oka­zało się nie tak straszne, jak pier­wot­nie za­kła­dała. Mo­men­tami by­wało na­wet dość za­bawne.

Pod ko­niec lata już ze swo­jego bal­konu upa­jała się wi­do­kiem za­cho­dzą­cego słońca. Ni­gdy nie miała go dość. Żal jej było wy­jeż­dżać, wie­działa jed­nak, że w każ­dej chwili może wró­cić na wy­brzeże. Bez szu­ka­nia kwa­tery, prze­li­cza­nia kosz­tów, za­sta­na­wia­nia się, na jak długi po­byt ją stać. Te­raz mo­gła już tam miesz­kać na okrą­gło. Te­raz był to jej drugi dom. We wrze­śniu go­ściła u sie­bie świeżo roz­wie­dzioną z Ada­mem El­wirę, ale dzięki cza­so­wej nie­obec­no­ści nad mo­rzem by­łego męża przy­ja­ciółki udało się Mał­go­rza­cie za­cho­wać w ta­jem­nicy przy­jaźń z byłą żoną Adama, swo­jego chło­paka, wiel­kiej mi­ło­ści z cza­sów szkoły śred­niej. Uznała ta­jem­nicę za do­bre roz­wią­za­nie.

- Nie kusi cię, by rzu­cić mu w twarz te wszyst­kie kłam­stwa, któ­rymi my­dlił ci oczy? - do­py­ty­wała El­wira, kiedy owi­nięte w koce sie­działy na bal­ko­nie, ga­piąc się na mo­rze i są­cząc z kie­lisz­ków czer­wone wino.

- Kusi - przy­znała na­tych­miast. - Tylko po co? Co to zmieni? - za­py­tała i spoj­rzała na przy­ja­ciółkę. W ostat­nim cza­sie na­uczyła się za­cho­wy­wać pewne ar­gu­menty na spe­cjalne oka­zje. Na oka­zje, w któ­rych uży­cie ich bę­dzie spek­ta­ku­larne. To trudna do opa­no­wa­nia sztuka, zwłasz­cza dla niej... mi­strzyni szyb­kiej ri­po­sty. I nie­stety, cza­sami mało prze­my­śla­nej. Zda­rzało się jed­nak, że spe­cjalna oka­zja do uży­cia taj­nej wer­bal­nej broni nie nad­cho­dziła i dia­bli brali skrzęt­nie przy­go­to­wy­wane mowy. Trudno, tak też cza­sem bywa.

- Mia­ła­byś sa­tys­fak­cję.

- Pew­nie wąt­pliwą - rze­kła i uśmiech­nęła się kwa­śno. - Prze­cież wy­da­łoby się rów­nież, że znamy się od dawna i przez ten rok ukry­wa­łam na­szą za­ży­łość. To jak­bym kła­mała. Wy­szła­bym na hi­po­krytkę.

- Może tro­chę tak - przy­znała jej ra­cję El­wira. - Ale za­raz tam kła­mała... - Wy­dęła wargi i wzru­szyła ra­mio­nami. A jesz­cze tak nie­dawno wy­rzu­cały Ada­mowi mo­ral­ność Ka­lego.

- Wiesz co, El­wira?

- No?

- Za­sta­na­wiam się nad wy­ceną mo­ich usług. Je­den rok "służby" - pal­cami wska­zała na cu­dzy­słów, bo strasz­nie nie lu­biła tak o swo­jej mi­sji my­śleć - i taka so­wita wy­płata. Dla­czego tak prze­pła­cił? Bo prze­pła­cił, prawda?

- Mał­goś, nie bądź na­iwna! - El­wira od­wró­ciła się w stronę przy­ja­ciółki i spoj­rzała na nią z po­li­to­wa­niem. - To fa­cet, który po­trze­buje ob­sługi.

- Ale to bar­dzo drogi ser­wis. No i prze­cież ma pa­nią Ma­rię.

El­wira prych­nęła po­gar­dli­wie. Po­my­ślała, że przez ten czas Mał­go­rzata po­winna była roz­gryźć jej by­łego.

- Ocze­kuje to­wa­rzy­stwa na okrą­gło - do­pre­cy­zo­wała. - Nie po­trafi żyć sam. Musi mieć swo­jego chłopca do bi­cia. W tym wy­padku - wska­zała dło­nią, w któ­rej dzier­żyła kie­li­szek - ko­bietę do do­ku­cza­nia jej. Pani Ma­ria szybko kop­nę­łaby go w ty­łek. Kto wtedy dbałby o jego dom?

Mał­go­rzata za­my­śliła się. Przez mie­siące ob­ser­wa­cji sy­now­sko-mat­czy­nej re­la­cji Adama z pa­nią Ma­rią, jej tro­ski o ba­ła­ga­nia­rza i jego sza­cunku do ko­biety zro­zu­miała, że z tego układu nie po­tra­fiłby zre­zy­gno­wać. Ko­biety przy­cho­dziły i od­cho­dziły, ale pani Ma­ria była kimś wy­jąt­ko­wym. Była do­brym du­chem jego domu. Zgi­nąłby bez niej. I był tego świa­dom.

- No, może. Co nie zmie­nia faktu, że to i tak cho­ler­nie wy­so­kie wy­na­gro­dze­nie.

- Na­dal nic nie ro­zu­miesz? - El­wira nieco szy­der­czo uśmie­chała się do Mał­go­rzaty. - On chciał cię prze­ko­nać, że­byś z nim zo­stała już na za­wsze.

Mał­go­rzata po­my­ślała o dro­gich pre­zen­tach, bo­ga­tych za­ku­pach i obiet­ni­cach do­stat­niego ży­cia u jego boku. Tak, El­wira miała ra­cję, chciał ją za­trzy­mać przy so­bie. Na­wet bez uczu­cia żad­nej ze stron. To była forma prze­kup­stwa, ale cho­dziło mu wy­łącz­nie o wy­godę i to­wa­rzy­stwo. Prze­cież na­wet jej to po­wie­dział... i to nie był żart. Nie­stety.

- Mo­żesz mieć ra­cję - szep­nęła bar­dziej do kie­liszka niż do przy­ja­ciółki. - Ale i tak dużo po­świę­cił.

- Może. Ale nie jest głupi. Prze­zor­nie ulo­ko­wał cię bli­sko sie­bie - wy­ja­śniła jej za­my­ślona El­wira - żeby mieć cię pod ręką.

Przez chwilę mil­czały za­to­pione każda w swo­ich my­ślach. Słońce też to­nęło w czar­nej ot­chłani, ale ono nie miało ta­kich pro­ble­mów. Rano wy­chyli się z dru­giej strony i roz­iskrzy świat, da­jąc wszyst­kim ży­ją­cym isto­tom na­dzieję na piękny dzień. Ze­trze dy­le­maty bez­sen­nych nocy i roz­świe­tli mroczne drogi. Od­goni tro­ski na drugą stronę mo­rza i do­piero gdy samo znów uto­nie w od­mę­tach mo­rza, po­zwoli stro­ska­nym nu­rzać się w my­ślach aż do świtu. Ale tylko do świtu.

- Więc nie po­wiesz mu o nas?

- Jesz­cze nie wiem - od­po­wie­działa Mał­go­rzata i wzru­szyła ra­mio­nami. - Może ja­koś samo wyj­dzie.

Nie spa­liła mo­stów po­mię­dzy nimi, choć po­kusa była wielka. Przez rok ściem­niał jej o swoim mał­żeń­stwie i nie naj­le­piej przed­sta­wiał w tych opo­wie­ściach El­wirę. Mał­go­rzata jed­nak pa­mię­tała, co po­wie­działa jej jego już była żona: za­wsze wy­słu­chaj obu hi­sto­rii. Prawda zwy­kle leży gdzieś po­środku, choć tok­syczny czło­wiek śro­dek bę­dzie prze­cią­gał do sie­bie. W jego opo­wie­ści druga strona za­wsze bę­dzie czar­nym cha­rak­te­rem, a on ofiarą jej pod­łych po­stęp­ków. Bądź czujna. Więc była.

Ko­niec koń­ców na po­czątku li­sto­pada po­wró­ciła do swo­jego domu na za­cho­dzie Pol­ski, ale nie stra­ciła kon­taktu z nowo po­zy­ska­nymi przy­ja­ciółmi. Młoda Ka­ro­lina wciąż mo­de­ro­wała jej stronę au­tor­ską, ba­wiąc się przy tym i speł­nia­jąc ma­rze­nie o by­ciu po­trzebną i ważną. Czę­sto roz­ma­wiały, jakby się ni­gdy nie roz­stały. Co prawda plot­ko­wały już nie nad fi­li­żanką kawy i pysz­nym to­rem bez­owym, ale rów­nie efek­tyw­nie. Piły kawę i pa­trzyły so­bie w oczy, choć każda u sie­bie. I wciąż ob­ra­biały tyłki tym nie­obec­nym.

Nowa po­wieść Mał­go­rzaty zo­stała przy­jęta w wy­daw­nic­twie i trwały prace nad jej re­dak­cją. Mał­go­rzata cie­szyła się za­po­wie­dzią wy­da­nia re­la­cji z rocz­nego kon­traktu ubar­wio­nego jej roz­bu­jałą wy­obraź­nią. Świet­nie się przy pi­sa­niu ba­wiła i ży­wiła na­dzieję, iż sprawi czy­tel­nicz­kom po­dobną frajdę.

- Ka­ro­lina. - Mał­go­rzata ode­zwała się, jak tylko ustał sy­gnał w te­le­fo­nie. - Masz chwilę?

- Na­wet dwie - za­śmiała się. - Co tam, Mał­goś?

- Za­dzwo­niła do mnie pani Ma­ria od Adama.

- Ta cu­downa ko­bieta, co to nie wie­dzieć czemu trak­tuje go jak syna?

- No wła­śnie. Słu­chaj. - Nadała swo­jemu gło­sowi nieco ostrzej­szy ton, żeby Ka­ro­lina usta­wiła się na od­biór i prze­stała traj­ko­tać. Nie dzwo­niła bo­wiem tylko na po­ga­duszki. - Coś wy­da­rzyło się w miesz­ka­niu Adama. Kiedy przy­szła do pracy, Max sie­dział pod za­mknię­tymi drzwiami, a w domu był istny saj­gon.

- O, cho­lera!

- Cho­lera, cho­lera... - po­wtó­rzyła za nią. - Jego te­le­fon nie od­po­wiada, jakby fa­cet za­padł się pod zie­mię.

- Coś zgi­nęło?

- A skąd mam to wie­dzieć? Nie trzy­mał forsy w domu... chyba. Ale miał wiele in­nych cen­nych rze­czy. Choćby jego ze­ga­rek można by pew­nie wy­mie­nić na małe au­tko.

Mał­go­rzata pa­mię­tała piękny lśniący zło­tem ze­ga­rek, który do­peł­nił świą­teczno-syl­we­stro­wej sty­li­za­cji jej od­chu­dzo­nego pod­opiecz­nego. Mu­siał być bar­dzo cenny. Adam lu­bił dro­gie rze­czy i ta­kimi też ją ob­da­ro­wy­wał, kiedy z nim miesz­kała. Uwa­żał, że skoro była na jego utrzy­ma­niu, to mu­siał. Uzna­wał to za swój mę­ski obo­wią­zek. O to aku­rat się z nim nie kłó­ciła. Te­raz do­piero zro­zu­miała, że to była rzu­cana roz­myśl­nie za­nęta.

- Mó­wi­łam, że trzeba do­ło­żyć do tego szpiega na­gry­wa­nie. Już by­śmy wie­działy, co się wy­da­rzyło.

- No coś ty! Wszystko by się wy­sy­pało. Ka­merki udało mi się ukryć, ale z na­gry­wa­niem nie by­łoby już tak ła­two.

- Są spo­soby!

- Ka­ro­lina! Nie chrzań! Prze­cież cho­dziło mi tylko o spraw­dze­nie, czy mnie nie pod­gląda. No i o te na­gry­wane dziew­czyny. Nie mia­łam za­miaru wy­dać for­tuny na sprzęt do szpie­go­wa­nia. Co to ja je­stem... agent zero zero sie­dem?

Mał­go­rzatę obu­rzyła wia­do­mość, że Adam po­su­wał się do na­gry­wa­nia seksu z mło­dymi ko­bie­tami. Ka­merki w jego miesz­ka­niu miały sta­no­wić jej za­bez­pie­cze­nie, choć na nie­wiele się przy­dały. Może tylko do tego, żeby prze­ko­nać się o wia­ry­god­no­ści in­for­ma­cji o jego pod­łych czy­nach... zo­rien­to­wała się bo­wiem, że i ją pod­glą­dał. Tylko po co?

- A jego lap­top?

- Co: lap­top?

- Czy znik­nął?

- Cze­kaj chwilę - po­wie­działa Mał­go­rzata i od­pa­liła pod­gląd. - Cze­kaj... sy­pial­nia... nie ma!

- Może jest w sa­lo­nie?

Mał­go­rzata go­rącz­kowo prze­glą­dała wi­dok z sa­lonu. Pró­bo­wała po­więk­szać ob­raz, co nie szło jej naj­le­piej. Nie na­brała wprawy w pod­glą­da­niu Adama. Szybko jej się to znu­dziło, a może po pro­stu się przy­zwy­cza­iła do by­cia na wi­zji i prze­stało jej to prze­szka­dzać.

- Nie ma. W moim po­koju też nie - do­dała po chwili. Tak na­zy­wała po­kój, w któ­rym od­by­wała roczny wy­rok. - In­nych po­miesz­czeń już nie wi­dzę.

- Co zro­bisz? Przy­je­dziesz?

- Ja­sne. Pani Ma­ria spa­ni­ko­wała. Nie chcę, żeby po­wia­do­miła po­li­cję.

- Nie?

- Ka­ro­lina, zgłu­pia­łaś? - za­py­tała obu­rzona. - Prze­cież oni szybko znajdą mój pod­gląd. Jak się wy­tłu­ma­czę? Mu­szę go stam­tąd usu­nąć.

- Słusz­nie.

- Kiedy za­gi­nęła Nadia, to mó­wi­łaś, że te sprawy za­ła­twia się ina­czej.

- Prawda, mó­wi­łam - przy­znała jej ra­cję. - Mu­sisz przy­je­chać.

- Wiem.

- Mał­goś... to ty je­steś jed­nak ko­bietą ma­fii, wiesz?

- Ja­sna cho­lera! - za­klęła. - Przy­jadę. Przy­go­tuj ma­czetę. Znaj­dziemy go.

Ka­ro­lina odło­żyła te­le­fon.

Z tą ma­czetą to chyba jed­nak prze­sa­dziła - po­my­ślała, ale za­raz przy­po­mniała so­bie, z jaką grozą opo­wia­dała Gosi o tym na­rzę­dziu z ba­gaż­nika Zi­biego. To wtedy po­dej­rze­wała na­rze­czo­nego zna­jo­mej o mor­der­cze za­pędy i tro­chę bała się o Nadię, choć wcale nie lu­biła na­dę­tej praw­niczki. Nadia jed­nak nie umarła, tylko zwy­czaj­nie zwiała speł­niać swoje ak­tor­skie ma­rze­nia w roz­krę­co­nym przez sie­bie in­te­re­sie. Wtedy też nie po­wia­do­miono po­li­cji. Ta­kie sprawy za­ła­twiało się we wła­snym gro­nie.

Może Adam jest u Nadii? - za­sta­na­wiała się. Prze­cież był w niej kie­dyś za­ko­chany i choć wy­raź­nie im nie wy­szło, to ża­ło­wał stra­co­nej mi­ło­ści. - Tylko dla­czego się nie od­zywa?

Im dłu­żej my­ślała o kontr­ak­cie Mał­go­rzaty i o swo­jej współ­pracy z pi­sarką, tym bar­dziej na­bie­rała prze­ko­na­nia, że po­dą­ża­nie za ma­rze­niami może stać się ce­lem w ży­ciu... choć jak się oka­zuje, cza­sami czło­wiek sam staje się ce­lem. Co stało się z za­du­fa­nym w so­bie pod­sta­rza­łym play­boyem? Czy po­gnał za ma­rze­niem? Czy to może ma­rze­nia o praw­dzi­wej mi­ło­ści po­go­niły mu kota? Czy wy­lą­do­wał w świe­cie swo­jej Nadii i znów od­grywa na­rzu­coną mu rolę?

Cóż, róż­nie są ma­rze­nia. Nie­które z nich koń­czą się w eks­klu­zyw­nym bur­delu, ubrane w pe­ruki, ma­ski i strój z epoki. Jak w te­atrze. Ale prze­cież ży­cie to te­atr.

Mał­go­rzata wrzu­cała do wa­lizki zu­peł­nie przy­pad­kowe ciu­chy. Nie mo­gła ze­brać my­śli, przez co wy­bór wła­ści­wej gar­de­roby stał się nie lada wy­zwa­niem. Kwiet­niowa po­goda po­tra­fiła za­ska­ki­wać. Na szczę­ście część ciu­chów wciąż miała w miesz­ka­niu nad mo­rzem. Te­raz dzie­liła swoje ży­cie na dwa domy, ale nie było to żadną udręką. Za­pa­ko­wała wa­lizkę do ba­gaż­nika swo­jego mi­niautka, bo tym ra­zem po­sta­no­wiła po­ko­nać drogę sa­mo­dziel­nie. Na sa­mo­chód od Adama prze­cież już nie mo­gła li­czyć. Po­je­dzie swoim. A co tam... je­śli źle wy­bie­rze zjazd z drogi szyb­kiego ru­chu, to naj­wy­żej po­dróż po­trwa kilka go­dzin dłu­żej. Taki pa­ra­doks szyb­kich tras.

Wzięła do ręki te­le­fon i wy­brała nu­mer El­wiry. Przy­ja­ciółka po­winna chyba wie­dzieć, co dzieje się z jej by­łym mę­żem. Mał­go­rza­cie na­wet nie przy­szło do głowy, że Adam może być wła­śnie u El­wiry lub w ja­kimś bez­piecz­nym miej­scu, do któ­rego do­tarł z wła­snej woli, bo nie zo­sta­wiłby Maxa. Wszę­dzie za­bie­rał swo­jego pu­pila.

El­wira od­rzu­ciła roz­mowę.

Może jest w pracy? - po­my­ślała Mał­go­rzata. Jed­nak już po chwili przy­szedł SMS: "Na­pisz ma­ila. Mam za­pa­le­nie krtani. Stra­ci­łam głos".

Jako że Mał­go­rzata po­sta­no­wiła wy­brać się w drogę z sa­mego rana (za­wsze w końcu le­piej błą­dzić po dro­gach za dnia niż po zmierz­chu), miała czas i sia­dła do lap­topa.

El­wirko, Twój eks znik­nął. Nie mam po­ję­cia, czy Cię to ucie­szy czy też może zmar­twi, bo pa­mię­tam, ja­kie mia­łaś in­ten­cje do swo­ich me­dy­ta­cji... Cho­lera, one pew­nie się za­częły ma­ni­fe­sto­wać. Je­śli Tyś to spra­wiła, to masz, ko­bieto, wielką moc. Nie py­tam na­wet, czy Adam u Cie­bie jest, bo nie zo­sta­wiłby Maxa. Coś mu­siało się wy­da­rzyć, w cha­cie miał istny ki­pisz. Znacz­nie gor­szy, niż zwy­kle mie­wał w swoim au­cie. Ktoś prze­trzą­snął mu miesz­ka­nie. Chyba znik­nął jego lap­top. Pani Ma­ria mnie za­alar­mo­wała, więc ju­tro rano jadę z od­sie­czą. Je­śli masz ja­kieś po­dej­rze­nia, do­my­sły, to od­puść ga­dowi i pod­po­wiedz. Nie pro­po­nuję Ci wy­jazdu, bo pew­nie wciąż nie ży­czysz mu naj­le­piej. Ca­łusy, Mał­go­rzata

Dziwna to była re­la­cja. El­wira, była żona Adama, i Mał­go­rzata, jego była wielka mi­łość z mło­do­ści, którą po­rzu­cił wła­śnie dla tejże żony. Po­znały się przez przy­pa­dek na FB i kiedy zna­la­zły wspólny te­mat do roz­mów, bar­dzo się do sie­bie zbli­żyły. Mał­go­rzata ce­niła so­bie tę zna­jo­mość, choć to wła­śnie El­wira ode­brała jej ma­rze­nia o pięk­nej przy­szło­ści u boku uko­cha­nego. Kiedy po­znała bli­żej ży­cie dru­giej ko­biety, a ra­czej strzępy z ży­cia, które po­szar­pał jej mąż, już nie ża­ło­wała stra­co­nych ma­rzeń. Jej aż tak się w ży­ciu nie obe­rwało. Choć przez kil­ka­na­ście lat słodko nie było.

Te­raz obie cie­szyły się wol­no­ścią i dość wy­god­nym ży­ciem. Bez Adama. I bez bólu. Za to z na­dzieją, że naj­lep­sze jesz­cze przed nimi.

Mał­goś, nie mam po­ję­cia, co się mo­gło stać. Pew­nie nic strasz­nego... pa­mię­taj, złego dia­bli nie biorą. Każdy po­wód jest do­bry, żeby wy­je­chać nad mo­rze. Ten rów­nież. Po­goda jesz­cze nie naj­gor­sza, więc baw się do­brze. Ja mu­szę wy­le­żeć cho­robę i mam tro­chę ro­boty w domu. Zresztą, masz ra­cję, niech nie wie, że się znamy. In­for­muj mnie, co się dzieje, choć po­winno mi to wi­sieć. Ni­gdy się o mnie nie trosz­czył, a o tego ła­cia­tego psiaka dba bar­dziej niż o wła­sne dzieci. Ra­czej mar­twię się o Cie­bie. Nie wpa­kuj się w żadną aferę, bo fa­cet nie jest tego wart. Weź na wstrzy­ma­nie i za­cho­wuj dy­stans albo przy­naj­mniej uwa­żaj na sie­bie. Ści­skam, El­wira

El­wira wstała od kom­pu­tera i po­de­szła do blatu ku­chen­nego do­koń­czyć przy­go­to­wy­wa­nie ko­la­cji. Wzięła de­skę z se­rami i wę­dli­nami, ko­szy­czek z pie­czy­wem i we­szła do ja­dalni.

- No, dzie­ciaki, chodź­cie na ko­la­cję! - za­wo­łała, kie­ru­jąc głos w stronę pię­tra. - Trzeba coś po­sta­no­wić.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki