Życie do poprawki - Jadwiga Grzesiak

-
Proszę czekać

Uciekinierka

Na słabo oświetlony parking wjechało auto - białe Alfa Romeo. Kobieta siedząca za kierownicą ostrożnie manewrowała, wypatrując wolnego miejsca. Pokonała sporo kilometrów, pędząc przed siebie, byle dalej, byle zostawić za sobą przeszłość, uciec... Teraz, już po północy, postanowiła się zatrzymać. Udało się. Zaparkowała tuż koło budki strażnika.

Zdjęła ręce z kierownicy, przeciągnęła się, pomasowała napięty i bolesny kark, z lubością wyciągnęła nogi. Zsunęła adidasy i poruszając palcami, próbowała poprawić krążenie. Skutecznie. Zachęcona tym sukcesem, teraz poruszała ramionami, namawiając je do wykonywania ruchów naśladujących ruchy biegaczy. Wprawdzie kilka razy szturchnęła fotel, ale niezbyt boleśnie, więc jej to nie zniechęciło do zbawiennej aktywności i już po chwili poczuła się rześko. Twarz jej się trochę wypogodziła, nawet na policzki wypłynął lekki rumieniec, łagodząc napięte i wyostrzone rysy.

"Trzeba załatwić formalności". Spojrzała na budkę strażnika, która o tej porze nocy wyglądała na opustoszałą i smutną w świetle nikłych, fioletowych smug padających z pobliskiej latarni. Czyżby nikogo nie było? Rozejrzała się wokół.

Wtedy wyszedł z niej lekko przygarbiony, siwy mężczyzna, pewnie jakiś emeryt dorabiający sobie do łaskawego chleba jako parkingowy.

Nie musiał wychodzić, mógł poczekać na przybyłą i sprawę załatwić przez okienko, ale on pewnie też szukał pretekstu do ożywienia swojego ciała, chciał rozprostować nogi, a poza tym siedząca za kierownicą czarnulka wydała mu się sympatyczna.

"Może uda się zamienić parę słów, bo nudno tu, psia jucha, w tej samotni, spać się chce".

Zrobił kilka kroków, trzymając kwit w wyciągniętej ręce, ale musiał ją opuścić, bo interesantki ani widu, ani słychu.

- O co chodzi? Czemu nie wychodzi? Czemu się ociąga?

Zaciekawiony, pochylił się i zajrzał do auta. Jego właścicielka szarpała się z krnąbrnymi, niechcącymi jej słuchać butami. Nie miała specjalnej łyżki, a wysokie, czarne, lakierowane kozaczki z wąską cholewką podwijały się i nie chciały wejść na nogę.

Kobieta się irytowała, wydawała pomruki pełne złości, ale to nic nie pomagało. Zasapana, omal nie urwała zamka w lewym bucie, obwiniając go o wszystko, a już na pewno o brak współpracy. Irytacja nic nie pomogła. Podniosła bezradnie głowę i spojrzała na parkingowego. Jej oczy mówiły: "Nic z tego nie będzie".

Mężczyzna na migi pokazał, aby odblokowała drzwi i otworzyła, to spróbuje coś zaradzić. Był przecież na to sposób. Zrobił kilka szybkich kroków w kierunku budki. Sięgnął do swojego lokum, odnalazł pożądany przedmiot i wymachując łyżką do zakładania obuwia, czekał w gotowości.

Bez kokieterii, w naturalny sposób po otwarciu drzwi Alfy podróżna wyciągnęła najpierw jedną nogę, a gdy but już dzięki zastosowaniu odpowiedniego sprzętu prawidłowo leżał, drugą. Wtedy mężczyzna zobaczył obcasy: wysokie, cienkie szpile.

"Po mojemu to się nie nadaje do chodzenia". Zdziwiony, ale i ogarnięty współczuciem, wybąkał:

- Pomogę pani wysiąść. - Wyciągnął rękę.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością, lekko opierając na jego ramieniu.

- Dobrze, że do jazdy pani toto zdejmuje, bo katastrofa gotowa, a pewnie i mandat drogówka może sypnąć.

Uśmiechnęła się znów. Nie była rozmowna. Zapłaciła za parking wstępnie za dwie godziny, podziękowała, zamknęła auto i stukając obcasami, odeszła. Parkingowy był ciekaw, jak chodzi się w butach na takich wysokich szpilkach, więc odprowadził ją wzrokiem, kręcąc z podziwem głową. Szła pewnie i z wdziękiem, jakby nie odczuwała różnicy w używaniu butów sportowych i tych "na szczudłach", jak je nazwał. Zniknęła za bramą.

"Koniec widowiska, koniec rozrywki". Wrócił do swojej budki i znów pogrążył się w półmroku.

*

Tymczasem ona przecięła otuloną neonami, pustą o tej porze ulicę. Przystanęła, rozejrzała się, wreszcie zawiesiła wzrok na skromnym szyldzie umieszczonym nad dość wąskimi drzwiami. Błyskające litery ułożyły się w napis: "Klub Nero".

Tu wejdzie, odpocznie i pomyśli, co dalej, napije się czegoś, może zje ciastko, bo opadła z sił. To nie typowy klub nocny, bo przy wejściu było pusto i spokojnie. Nikt nie nagabywał przechodniów, zwłaszcza mężczyzn, nie obiecywał im raju, byleby tylko zwabić do środka i nakłonić do wypicia pierwszych kieliszków alkoholu.

Do takiego klubu zresztą by jej nawet nie wpuścili. Był wyłącznie dla mężczyzn. Dobrze, że Nero to zwykły nocny lokal, bo ona potrzebowała gdzieś się na chwilę schronić, w sensie zatrzymać w cywilizowanym i bezpiecznym miejscu. Posiedzi tu trochę, odpocznie blisko parkingu i swojej Alfy. Spojrzała na tablicę na drzwiach: "Zamykamy o trzeciej" - przeczytała.

"Wystarczy mi".

Pokonała trzy schodki, pchnęła ciężkie drzwi i weszła do środka.

Tu znów schodki, ale była na to przygotowana. Ze względu na szpilki musiała pozostać uważna. Umiała w nich stąpać po stopniach. Założyła modne kozaki "koty", dodające jej odwagi i pewności siebie. Ubiór miał dla niej znaczenie. Wpływał na samopoczucie, robił jej dzień, a w tym przypadku - noc. Była wrażliwa na kolor, kochała różne odmiany czerwieni - od makowej, po karmin. Miała kiedyś makowy płaszczyk przynoszący jej szczęście.

To był prezent. Lilia ciężko westchnęła, wracając myślami do dawnych czasów. Ona -,,kozaczka z Ukrainy" - przyjechała wtedy do Polski, aby dołączyć do Saszki, swojego narzeczonego, oficera stacjonującego w jednostce wojskowej w Lublińcu. Niestety, pomyliła nazwy miast i kupiła bilet do Lublina.

Jeszcze dziś śni jej się ta pomyłka, bo zaważyła na całym życiu Lilii Krawczenko.

Siedzącej na opustoszałym nocą dworcu przyszedł z pomocą "siwy Polak", jak go zwykła nazywać w myślach, Wiktor Jahoda. Ich losy na długo się połączyły.

*

Zdecydowanym krokiem poszła do szatni samoobsługowej. Zdjęła płaszcz i powiesiła na haczyku. Teraz kierowała się do baru. Mijając znajdujący się przy ścianie stolik, usłyszała:

- Szpileczka, łydeczka, torebunia i... - Obleśne cmoknięcie.

Spojrzała w tę stronę. "Jakieś szczyle świętują przy piwie". Wzruszyła ramionami. Uśmiechnęła się w duchu, bo był to jednak komplement. Zbliżyła się do baru i z wdziękiem zajęła miejsce na wysokim stołku. Powiodła dookoła wzrokiem.

"Pustawo", stwierdziła w myślach. Oprócz trzech wyrostków, których minęła, w klubie była jeszcze tylko para w średnim wieku. Lilia znieruchomiała od napływających i natrętnie wdzierających się do jej duszy wspomnień. Zacisnęła wargi i pogrążyła się w zadumie.

Czy Wiktor Jahoda pomagał wtedy jej, czy sobie?

Ona była młodą, piękną poliglotką, znającą biegle kilka języków. Świat stał przed nią otworem.

Tak myśli dzisiaj, ale wtedy?

Jahoda był mężczyzną po czterdziestce o stalowych oczach, z których wyzierał ból i rozpacz.

Kobieta siedząca przy barze podciągnęła rękawek bluzki, poprawiła naszyjnik, a twarz jej przybrała nieodgadniony wyraz.

Pojawił się barman. Zamówiła drinka, umoczyła usta w alkoholu, ale nie piła. Popatrzyła na ciastka piętrzące się na paterze z wysoką nóżką. To były francuskie makaroniki, które kochała, bo zawsze intrygowało ją tajemnicze wnętrze każdego ciasteczka - nieprzewidywalne, dopiero po nadgryzieniu odsłaniające swoją tajemnicę.

W tej chwili pozostawały jej obojętne, straciła apetyt. Pomyślała, że są takie kolorowe i sztuczne: niebieskie, żółte i zielone, wszystkie z różowym kremem.

Taca z owocami stojąca obok na ladzie też jej nie nęciła. W tej chwili, w nocy, to może zjadłaby śledzia, ale tego też nie była pewna.

"Może coś gorącego jednak?" Nie zje nic, nie przełknęłaby, chociaż od wczoraj nic nie jadła. Drink postawiłby ją na nogi, ale musi jechać dalej. Nie będzie piła. Nigdy tego nie robiła, gdy miała siąść za kierownicą. Stwierdziła jednak, że coś zamówi, aby wywiązać się z konsumenckiego obowiązku. Jak funkcjonowałby klub, gdyby nikt niczego nie zamawiał? Poszliby z torbami. Zresztą barman na pewno by jej coś zaproponował, gdyby za długo zwlekała.

Siedziała wyprostowana. Czasem zamieszała trunek słomką, oblizywała ją i umieszczała z powrotem w kieliszku. Omiotła wzrokiem bar z odwróconym teraz plecami barmanem.

"Nic ciekawego. Chłopak taki jakiś mało kształtny, jakby miał krzywą łopatkę, lewą chyba, bo jest w tę stronę przechylony". Poprawiła się na stołku, bo zdrętwiało jej krocze. Zsunęła się więc i przytrzymując krawędzi stojącego obok stolika, czekała, aż krążenie się unormuje i krew wróci na swoje miejsce.

Później całkiem zgrabnie, mimo chwilowej kontuzji, poszła do pustej o tej porze łazienki.

Przechadzając się korytarzem, chciała się rozruszać. Długo prowadziła swoją Alfę w wielkim skupieniu, więc mięśnie miała napięte jak powrozy. Lekka gimnastyka w samochodzie nie była wystarczająca. Teraz starała się rozluźnić. Spróbowała kilku ćwiczeń: przysiady, wymachy rąk, bieg w miejscu. Poczuła się trochę lepiej. Spojrzała w lustro, przyczesała, a właściwie przygładziła ręką włosy, później przemyła twarz. Próbowała się uśmiechnąć do swojego odbicia, ale efekt był mizerny. Nie lubiła na siebie patrzeć. Nie umiała spojrzeć dumnie w lustro. Nie była zadowolona z siebie takiej, jaką się stała, gdy przed laty opuściła Lublin i Jahodę.

Dała się wtedy omotać temu parszywcowi Makaremu. Zamieszkali w Bieszczadach i pogrążyli się w interesach, o których Lilia długo nie miała pojęcia.

Przedtem była innym człowiekiem. Tak. Człowiekiem. Teraz po latach towarzyszenia partnerowi w jej człowieczeństwie powstała wyrwa. Gdy odkryła, czym się zajmuje Makary, uciekła.

Teraz wyszła z pustej łazienki i wróciła na swoje miejsce przy barze.

Nim tam jednak dotarła, poczuła się trochę nieswojo, kiedy barman i młodzież przy stoliku śledzili ją uważnym, natarczywym wzrokiem. Wytrzymała to, ale chcąc lekko wskoczyć na stołek, uderzyła weń biodrem, aż syknęła z bólu. Bezwiednie zsunęła się na podłogę. Cały czas czuła na sobie wzrok smarkaczy, podpitych już i bezczelnych. Obleśnie zarechotali. Aby nie dać im satysfakcji, znów poszła do łazienki. Tam rozmasowała obolałe miejsce.

"Robię się ślamazarna. Co będzie dalej? Staram się utrzymywać dobrą kondycję, ale latka lecą..."

Barman się odwrócił i bezkarnie wpatrywał się w odchodzącą kobietę.

"Kto to może być? Nie przychodziła tu wcześniej. Zapamiętałbym".

Barman, student psychologii, zamyślił się, przywołując zdobytą na uczelni wiedzę.

Jej zgrabne ruchy, wiotka kibić, rozkołysane biodra dawały sygnał. Jaki i komu? Tego jeszcze nie wiedział, ale pomyśli, bo jest o czym. Dawno już żadna laska tak go nie zaintrygowała.

Tymczasem zajął się nalewaniem kolejnego piwa chłopakom przy stoliku. Pozbierał szklanki, symbolicznie machnął ścierką, aby strzepnąć niewidoczny okruszek, i już był z powrotem na swoim miejscu za barem, gotów do dalszej obserwacji nieznajomej.

Wróciła, ale teraz razem z drinkiem przesunęła się w bok, trochę w lewo. Zaciekawiony barman z tej odległości mógł niezauważony częściej na nią zerkać.

Jasna cera, czarne falujące włosy, odważny krój bluzki, przez którą było widać sutki, ale tylko czasem, gdy przesuwał jej się naszyjnik w formie sznura z kilkoma węzłami misternie uplecionymi ze srebrnych nitek. Buty na ponadnormatywnych obcasach przedłużały jej sylwetkę i kierowały myśli psychologa ku najstarszemu zawodowi świata.

"Ładna" - pomyślał. "Choć dupy nie urywa". Skrzywił się. -"Dba o siebie i ma dobry gust, ale wieku nie oszukasz. Przychodzą tu różne urodziwe prostytutki, ale ona chyba nie jest jedną z nich. Najwyżej cichodajką. Może umówiła się z kochankiem i ją wystawił? Przykra sprawa. Widać, że kobieta coś mocno przeżywa. Kręci się na tym stołku, łazi w tę i we w tę, wzdycha".

Wtedy spojrzała na niego. Ich oczy się spotkały i barman zadrżał. Aż zakrył sobie usta dłonią, bo co jeśli nieświadomie, głośno nazwał ją cichodajką? Ale byłby obciach! Nie jest teraz tego pewny.

To nie młoda dzierlatka, jakaś siksa. Miała twarz kobiety dojrzałej. Chłopak zauważył w jej oczach ból, niepewność, jakieś rozedrganie, ale i determinację. Aż się przestraszył tego spojrzenia. Jednak poczuł do niej sympatię i nieodpartą chęć ciągłego zerkania w jej stronę.

Odwrócił się, chcąc pójść na zaplecze, ale kobieta go przywołała i zamówiła następnego drinka. Gdy nie patrzył, wylała zawartość kieliszka do wazonu z kompozycją z kamyczków i sztucznych roślin. Dalej siedziała sztywno, w zamyśleniu.

Wracał, niosąc naczynia z zaplecza, i snuł dalsze przypuszczenia na temat nieznajomej: "Czarnooka nie jest też zapewne regularną żoną i matką, bo o tej porze spałaby obok chrapiącego męża lub drzemała przy łóżeczku chorego czy tylko rozkapryszonego potomka".

A ona była tu, w nocnym klubie, o godzinie drugiej w nocy. Odwrócił się od baru.

Kobieta znów wyszła do łazienki, teraz na trochę dłużej. Wyraźnie się niecierpliwiła. Może na kogoś czekała i chciała jakoś zabić czas, a może i zażyć ruchu, bo nie mogła usiedzieć na miejscu.

*

Gdy nie było jej przy barze, do klubu wpadli, wpuszczając za sobą podmuch chłodnego, wilgotnego nocnego powietrza, dwaj nowi goście. Jeden z mężczyzn, typowy kark z ogoloną na zero głową, zaczął się napastliwie rozglądać po lokalu. Drugi, zarośnięty na głowie i twarzy, jakby spokojniejszy, zamówił piwo i sączył je z lubością, namawiając towarzysza do skosztowania złotego trunku. Bezskutecznie. Piana osiadła na wąsach kolegi apetycznie cmokającego nad kuflem. Kark tylko wzruszył ramionami i dalej kręcił się na wysokim stołku. W lokalu senna dotychczas atmosfera stawała się coraz bardziej napięta.

Wyglądało na to, że przybysze byli tu nie tylko na piwie, a właściwie wcale ich ono nie interesowało, bo niecierpliwie na kogoś czekali, szukali kogoś.

Barman zauważył, że czarnooka uchyliła drzwi od łazienki i już miała wracać do swojego miejsca przy barze, ale natychmiast się cofnęła, bo zobaczyła tych dwóch rozglądających się bacznie.

Jej oczy zrobiły się okrągłe z przerażenia. Cofnęła się i zamknęła drzwi. Cichutko szczęknął przekręcany zamek.

Wtedy barman szybko pogłośnił muzykę, która dotąd tylko delikatnie przygrywała w tle. Teraz zdominowała i zagłuszyła wszelkie dźwięki dochodzące z łazienki. Czarnulka była w niej uwięziona, ale na razie bezpieczna.

Na szczęście kark zdecydował się wreszcie na piwo.

- Proponuję zielone, ale trzymam je na zapleczu dla wyjątkowych gości.

Barman - psycholog z ujmującym uśmiechem - oznajmił, że trzeba chwilkę poczekać.

- Po co tyle fatygi? - mruknął wyróżniony specjalną ofertą klient. - Wypiję, co jest. - Znów podejrzliwie zlustrował salę. - Dawaj to samo, co pije mój kumpel - syknął.

- Niech przyniesie, to i ja skosztuję - odezwał się pojednawczo jego towarzysz, podnosząc głowę znad kufla.

Kark skinął głową przyzwalająco.

- Niech będzie.

Barman niby to się ociągając, aby podkreślić wyjątkowość zamówienia, poszedł po piwo. Skręcił jednak w prawo, cicho zapukał w ściankę łazienki i wyszeptał:

- Potrzebuje pani pomocy?

- Tak, proszę - usłyszał struchlały głos.

Chłopak też cały się trząsł, nie spodziewał się po sobie takiej odwagi, ale nie umiał pozostawić kobiety na łasce tych, jak słusznie ich ocenił, bandytów.

Otworzył okienko i podał rękę nieznajomej. Odepchnęła się zwinnie od posadzki i podciągnęła na rękach do parapetu. Po chwili była już na zewnątrz i biegła do auta.

Parkingowy usłyszał tylko warkot silnika i pisk opon. Biała Alfa mknęła ulicą.

"Goni ją ktoś czy co? Pewnie nie zmieniła nawet obuwia".

*

Tymczasem goście Klubu Nero się niecierpliwili. Złość była szczególnie widoczna na okrągłym licu osobnika z wygoloną głową. Drapał się po swojej łysinie, niecierpliwie nią trząsł i wirował na barowym stołku.

- Dawaj, kurwa, to piwo! - darł się na barmana, uderzając pięścią w blat. Przestał być grzeczny.

Drugi, ten z bujną czupryną i brodą, rozglądał się tymczasem po kątach i zauważył wiszący w szatni damski płaszcz pozostawiony tam przez czarnooką. Zerwał się, podbiegł do szatni, ściągnął odzienie z haczyka i zaczął je wąchać.

To te perfumy. Sam jej przecież kupił na zlecenie szefa. Poznałby ten zapach wszędzie. Nie mogło być mowy o pomyłce.

Z damskim okryciem w wyciągniętej ręce wrócił do łysego i wzburzony, pokazywał zdobycz.

- To jej, ona tu jest! - darli się już obaj.

Przeskoczyli za bar i natarli na pracownika, wytrącając mu z rąk piwo dla nich przecież przeznaczone. Niespodziewający się takiego frontalnego ataku barman, popchnięty, uderzył mocno w ścianę, aż stracił dech. Usłyszał stuknięcie zamykanych z impetem drzwi wejściowych. To uciekli balujący w lokalu chłopcy, a za nimi pozostali goście. Został sam na sam z bandytami.

- Gdzie ona jest?

- Kto? O kogo wam chodzi? - zaczął powściągliwym tonem, nie chcąc narazić się intruzom.

- Nie rżnij głupa, łamago. Gdzie schowałeś kobietę? - Łysy wyciągnął nóż.

- Nic nie wiem o żadnej kobiecie. Puść mnie, bo wezwę policję.

- Nie rób z nas idiotów. Czyj to płaszcz? - Przyłożył mu nóż do gardła.

- Wisi tu od dawna, zostawiła go jakaś laska - ledwo wyrzęził, czując, że jeszcze chwila i nożownik przetnie mu tętnicę.

- Od dawna, czyli od kiedy? - Łysol kopnął próbującego się podnieść barmana, zabrał nóż, a jego spokojny dotychczas kompan zacisnął chłopakowi ręce na szyi.

Ten boleśnie zacharczał, tracąc dech.

- Mów, kurwa, bo cię uduszę - zasyczał brodaty. - Mów!

Uderzył leżącego na podłodze w twarz, raz i drugi. Wyciągnął z kieszeni broń.

Przerażony barman wyszeptał:

- Uciekła tylnymi drzwiami.

- Kiedy? - Pytaniu towarzyszył kolejny kopniak.

Chłopak nawet nie jęknął. Zwinął się tylko z bólu i charcząc, wydusił:

- Przed chwilą, gdy poszedłem po piwo na zaplecze.

Znów kopniak. Łysol strącił na podłogę całe znajdujące się na barze szkło. Rozbiło się z hukiem, a kolorowe makaroniki potoczyły się po podłodze.

- Wrócimy tu i lepiej, żebyś miał dla nas dokładniejsze informacje - wysyczał Łysy.

Brodacz rzucił mu pod nogi trzymany dotąd w ręce płaszcz i nie oglądając się na kompana, popędził do łazienki w poszukiwaniu tylnego wyjścia. Zobaczył otwarte okno i zawołał towarzysza:

- Chodź tu, biegiem. Widzisz? Tędy uciekła.

Obaj wybiegli z baru. Po przeciwnej stronie ulicy zobaczyli parking. Był pusty.

- Wyjeżdżała stąd kobieta w białej Alfie? - Obaj prawie jednocześnie szarpnęli za klamkę drzwi budki parkingowego.

- Tak, niedawno odjechała - odpowiedział spokojnie. Nie czekając na następne pytanie, wskazał kierunek przeciwny do prawdziwego.

- Widziałem, że skręciła w tamtą stronę. - Pokazał ręką. - Spieszyła się.

*

Uciekała, wprost płynęła pustą ulicą, łamiąc wszelkie możliwe przepisy drogowe. Pokonywała skrzyżowania, nie zatrzymywała się na żadnym, ledwie muskała wzrokiem mijane budynki i place. Latarnie na moment oświetlały jej twarz, pełną przerażenia.

"Byleby tylko wyrwać się z miasta, byleby znaleźć się na autostradzie".

Miasto umykało jej spod kół. Kierowała się na północ, jak najdalej od Bieszczad, jak najdalej od nich. Nie podda się, będzie walczyć, uda się, na pewno jej się uda.

Zaczęło szarzeć, pojazdów na drodze przybywało, musiała zwolnić i jechać uważniej. Znalazła się w korku. Z konieczności przystanęła

"Co robić dalej?"

Rozluźniła napięte jak ze stali mięśnie karku i pleców. Opuściła bezwiednie uniesione ramiona, odetchnęła głęboko. Poczuła w ustach smak krwi.

"To pewnie z przygryzionej wargi" - pomyślała.

Otarła ręką krew. Szybkimi ruchami zrzuciła nieprzydatne buty na wysokich obcasach i założyła sportowe. Zanosiło się na dłuższy postój. Nie mogła sobie na to pozwolić. Musiała uciekać. Od tego zależało jej bezpieczeństwo, a może i życie.

Posuwając się ślimaczym tempem wymuszonym przez korek, mijała sielskie pejzaże Lubelszczyzny. Po prawej stronie brzozowy lasek, taki sam jak ten w Bieszczadach, do którego lubiła chodzić na spacer.

Zawsze towarzyszył jej ulubieniec Nero, kochany pies, mądry i spokojny, groźny, gdy wyczuł niebezpieczeństwo.

Jakiś czas temu była z nim jak zwykle na spacerze. Jego ciemna sylwetka znikała co chwila wśród drzew.

Lilia wołała psa, ale Nero nie wracał. Pobiegła za nim i po chwili Nero doprowadził ją do leśniczówki. W oknie budynku zobaczyła czyjąś dłoń złożoną w geście "Pomóż mi".

Na Lilię patrzyły pełne cierpienia oczy uwięzionego tu nastolatka. Gdy zza rogu leśniczówki wyłonił się mężczyzna o częściowo zakrytej twarzy, Lilia gwizdnęła na psa i biegiem popędziła za nim do domu.

To wspomnienie wywołało ból w piersiach uciekinierki.

Zjechała z autostrady i popędziła asfaltową drogą prowadzącą wśród pól i zagajników.

*

Jechała bardzo długo, zaczynało już świtać. Trochę spokojniejsza o swoje bezpieczeństwo, zatrzymała się i wiedząc, że na tym pustkowiu nie ma żadnych świadków, przykucnęła za samochodem i opróżniła pęcherz. Odetchnęła z ulgą. Znów wymachy rąk i przysiady. "Jest całkiem znośnie. Gdyby tak jeszcze napić się kawy..." - rozmarzyła się.

Z nocnego cienia wyłaniały się przydrożne krzewy i pojedyncze drzewa rosnące na miedzach. Wschodzące słońce muskało je rdzawymi promieniami.

"Dobrze byłoby się zorientować, gdzie jestem" - przeszło jej przez myśl.

Wyjęła smartfon, zadała pytanie i uzyskała odpowiedź.

"Jest dobrze, okolica bezludna, można trochę odpocząć".

Wyjęła wodę, napiła się z butelki i przeciągnęła się, oddychając głęboko. Spojrzała w niebo. Na wschodzie czerwieniło się słońce. Wiedziała, że jej prześladowcy nie odpuszczą, nie przestaną na nią polować, bo za dużo by stracili. Ona straciła wszystko. Zostało jej tylko życie.

"Aż życie" - skarciła się w duchu i westchnęła.

I jeszcze coś, co chcieli wydobyć od niej gangsterzy. Spojrzała przeciągle na podłogę samochodu, gdzie znajdowała się skrytka przemyślnie zabejcowana farbą imitującą tłustą plamę.

W Bieszczadach, w firmie tego parszywca i bandyty, Makarego, jak niedawno to odkryła (że jest bandytą i kieruje mafią) pełniła funkcję tłumaczki. Nawiązywała też kontakty z rodzinami ze Wschodu, którym Makary i jego pracownicy pomagali przedostać się na Zachód. Niedawno odkryła, że kto sowicie się nie okupił, był zatrzymywany w leśniczówce. Co z nim się działo później, bała się myśleć. Po tym odkryciu nie pamięta, kiedy normalnie spała, bo nawet gdy miała ku temu warunki, nie mogła zasnąć. Była wyczerpana.

Teraz zatrzymała się na skraju zagajnika, wzdłuż którego biegła asfaltowa droga. Przeszła kilka kroków, ale zawróciła, bo poranna rosa nieprzyjemnie zmoczyła jej buty. Rozejrzała się wokół jeszcze raz. Senna, spokojna kraina, wokół pola pokryte diamencikami wilgoci drżącymi na listkach zbóż w obawie przed wschodzącym słońcem, które łapczywie je scałuje.

Ile dałaby za kubek gorącej mocnej kawy, ale kawy nie było i nie wiadomo, kiedy będzie.

Przed nią był zagajnik. Nie zastanawiając się, zeszła z drogi wprost na krzak leśnych malin. Zerwała kilka i szukając dojrzałych owoców, weszła głębiej w zarośla, kończące się nagle.

Czarnooka znalazła się na polance. Cudne miejsce. Tuż przy asfaltowej drodze, ale osłonięte gęstymi krzewami. Szybko wróciła do swojej Alfy i wjechała do zagajnika. Delikatne gałązki malin i łodyżki ziół cicho trzaskały pod kołami.

"Super kryjówka, nawet gdyby ktoś pędził drogą, to mnie nie zobaczy" - pomyślała. "Muszę odpocząć, zebrać myśli, po prostu odsapnąć w ciszy. Tak długo pędzę na oślep, uciekam, ale dokąd? Trzeba się zastanowić". Drżała na całym ciele, a jej oczy spłoszone jak u dzikiego zwierzątka nie mogły się na niczym zatrzymać. Myślała gorączkowo, jak się ukryć.

Najpierw okryła biały samochód zerwanymi w pobliżu gałęziami leszczyny. Gałązki łamały się łatwo, a ich duże liście świetnie maskowały pojazd. W powietrzu uniósł się ich świeży zapach. Oddychała głęboko, czując, jak wraz z tlenem odżywiającym mózg i serce wycisza się wewnętrzny dygot, który jej dotąd nie opuszczał.

Przeszła kilka kroków po mokrej trawie i zrobiła nowe odkrycie, jakże przydatne w jej sytuacji: krzak leszczyny prawie wrósł w myśliwską ambonę i dlatego w pierwszej chwili jej nie zauważyła. Budowla była spróchniała, trochę przechylona, ale dało się tam wejść i odpocząć na powietrzu.

Nie zastanawiała się, działała jak w amoku. Ryzykując upadkiem, gdyby ambona nie uniosła jej ciężaru i się pod nią załamała, wdrapała się, ostrożnie stawiając stopy na zmurszałych i pokrzywionych elementach leśnej architektury. Poczuła się trochę pewniej.

Była dobrze ukryta, mogła się rozluźnić. Pachnące leszczynowe witki przytulały ją troskliwie.

Dalej robiła rachunek sumienia. Ona, Lilia, naiwnie nie podejrzewając, że to są łupy z przestępstwa, przyjmowała za swoją pracę kosztowności. Poczuła mdłości i odruch wymiotny, ale pusty od dłuższego czasu żołądek niczego z siebie nie wyrzucił.

Uciekając w popłochu, nic ze sobą nie zabrała, żadnych zapasów jedzenia ani dodatkowej odzieży. Płaszcz został w klubie Nero. Teraz o wschodzie słońca, stąpając po wilgotnych drążkach ambony, zatęskniła za ciepłym okryciem. Drżała od chłodu, wypita zimna woda rozlała się lodowatym strumieniem po jej ciele. Mogłaby wrócić do samochodu, tam byłoby jej cieplej, ale pragnęła świeżego powietrza.

"W bagażniku powinna być duża chusta" - przypomniała sobie. Zawsze ją ze sobą woziła. Bardzo się teraz przyda. Dobrze byłoby się otulić, więc trzeba jej poszukać.

Kurczowo trzymając się poręczy, zeszła po chybotliwych stopniach ambony, znów zanurzyła stopy w pokrytej rosą trawie, aż przeszedł ją dreszcz. Dotarła do samochodu, odsunęła dwie pachnące leszczynowe gałązki i otworzyła bagażnik swojej Alfy. Prawie ocierając się o jej twarz, wyfrunęła stamtąd duża, błyszcząca mucha. Właścicielka samochodu z obrzydzeniem otarła policzek wierzchem dłoni. Zaniepokojona pochyliła się nad otwartym bagażnikiem. Spojrzała.

Na środku znajdowała się jej rozłożona kraciasta chusta, pod którą, sądząc po wybrzuszeniu, coś ukryto. Coś lub kogoś. Ostrożnie podniosła jej brzeg i zobaczyła czarne włosy.

Krzyknęła, zawyła ze strachu i przerażona, uciekała w kierunku ambony. Po drodze potykała się i zaczepiała o wystające gałązki malin i jeżyn. Zaczęła się trząść, cała dygotała i nie mogła się opanować, straciła władzę nad swoim ciałem.

Krzyczała. Objęła rękami skronie, a później wbiła paznokcie w dłoń tak mocno, aż poczuła ból. Wtedy rozchyliła rękę i zobaczyła, że odcisnęły się na niej cztery księżyce paznokci. Długo nie znikały. Nie czuła już bólu, bo nie panowała nad swoim ciałem. Weszła na ambonę i dopiero po chwili zorientowała się, że dalej krzyczy. Takie zachowanie było niebezpieczne, zdradzało kryjówkę. Jej krzyk mógł ktoś usłyszeć. Przycichła.

Nie czuła już zimna, tylko uderzenia do głowy jakichś dziwnych fal. Strach rozgonił wszystkie jej myśli. Nie była w stanie zrozumieć, co się stało, w czym uczestniczy. Zastygła jak słup soli. Ten strach ją obezwładnił.

Instynktownie, jak zwierzę liżące ranę, aby się nie wykrwawić i zachować życie, usiadła na wilgotnej podłodze ambony, opierając nogi o poręcze. Wprawnym ruchem uwolniła się od przeszkadzającej w tej chwili bielizny i rozkładając coraz szerzej nogi, dostała się do miejsca, które jako jedyne dawało jej ukojenie. Koncentrowała się na rozkoszy, dodając sobie animuszu jękami, wprawdzie jeszcze niebędącymi skutkiem, ale które jej wytrenowany mózg przyjmował jako zapowiedź tak potrzebnego jej odprężenia - orgazmu.

Bez niego nie mogła funkcjonować, a w chwilach szczególnego wzburzenia tylko on ją ratował przed samounicestwieniem. Koił strach, pozwalał zapomnieć, pozwalał żyć.

Wyczerpana, ale i spokojniejsza, natychmiast zasnęła. Jej nogi same zsunęły się z poręczy i opadły na spróchniałą podłogę myśliwskiej ambony. Spała kilkanaście minut, aż zbudziła ją niewygodna pozycja. Usiadła, uporządkowała garderobę, a później już śmielej podeszła do Alfy. Zdecydowanym ruchem szarpnęła chustę i zobaczyła swojego pasażera.

*

W bagażniku leżał czarny pies, jej ukochany Nero, który chyba już dawno nie żył, bo cały był sztywny jak wystrugany z drewna. Upewniła się jednak, badając zwierzęciu puls. Nie myliła się, nie miał w sobie nawet wątłego promyka życia. Po jego nozdrzach spacerowały dwie muchy. Wzdrygnęła się i pokonując odrazę, odpędziła natrętnych, usiłujących jeszcze wrócić na żerowisko, padlinożerców.

"Skąd wziął się tu mój pies? Kto go włożył do samochodu? Kiedy to zrobił i po co?"

Nie była histeryczką, starała się panować nad sytuacją. Odprężona i pokrzepiona snem czuła się silniejsza. Rozpacz nie odebrała jej sił. Wyjęła psa z samochodu i ze zwierzęciem, które ledwie mogła unieść, poszła w głąb zagajnika. Znalazła dość głęboki wykrot i tam pogrzebała swojego przyjaciela. Wiadomo, że został specjalnie zabity czy otruty, bo prześladowcy chcieli ją nastraszyć i to im się udało. Obserwowali jej ruchy. Byli na tropie.

"Trzeba uciekać".

Rozejrzała się nerwowo wokół. Otaczał ją pachnący zagajnik pogrążony w porannej ciszy. Pewnie nawet ptaki jeszcze spały. Czasem tylko z lekka zaszumiały wiotkie gałązki młodych brzózek przytulonych do siebie na zboczu wąwozu przecinającego zagajnik.

Położyła na leżących już w dołku psich zwłokach chustę i przysypała ją najpierw zerwaną suchą trawą i liśćmi, a później ziemią. Pomyślała chwilę i umieściła na powstałym w ten sposób kopczyku krzyżyk zrobiony z dwóch patyczków. Westchnęła ciężko i odeszła do samochodu. Ułożyła też z patyczków imię Nero.

Przedzierając się przez otaczające ją chaszcze, dotarła do swojej Alfy. Otworzyła drzwi i bagażnik, aby się przewietrzyło. Wyjęła komórkę, ale tu, w krzakach, nie było zasięgu. Popatrzyła w niebo.

"Chyba będzie pogodny dzień, niebo bezchmurne, słońce jasno wschodzi i miękko otula pola i lasek różowiejącymi w oddali promieniami. Cisza, wokół pola zieleniejące się aż po horyzont. Nie czas teraz podziwiać przyrodę, choćby się bardzo chciało" - skarciła się w duchu. Jej ciało przeszedł dreszcz, ale szybko otrząsnęła się z niemocy. Potarła rękami zmarznięte ramiona, podreptała w miejscu, aby rozluźnić mięśnie nóg i się rozgrzać. Zauważyła ziemię przyklejoną do swoich palców, na których już wcześniej były pozostałości malinowego soku. Znalazła w samochodzie wilgotne chusteczki. Umyła dłonie, później odświeżyła kark i wypiła resztę wody, która jej została w butelce. Odzyskała siły.

"Co dalej? Dokąd uciekać? Trzeba mieć jakiś plan".

*

Jaki ona teraz może mieć plan? Tu, w obcym kraju? Mimo upływu czasu, dla niej dalej obcym. Z takimi kłopotami? Oszukana przez wszystkich?

"Najpierw ty oszukałaś, nie miałaś litości" - odezwało się jej sumienie.

Machnęła tylko ręką, nie słuchała go. Musiała walczyć o życie wszelkimi możliwymi sposobami, nawet z pominięciem sumienia. Ono w tej chwili nie było najważniejsze.

Co jeśli się nie uda? Bała się.

Zrobiło się cieplej. Drewniana ambona podeschła, więc jeszcze raz tam weszła, może tu jej komórka będzie miała zasięg? Był, można szperać w Internecie. Nic ciekawego. Politykę, która jej nie interesowała, pominęła. Weszła na Pudelka. Też nic porywającego.

O, regionalna audycja kulturalna. Pokazywali malarza i jego obrazy. To jakiś wernisaż malarstwa i rzeźby, który odbywał się w małej miejscowości na Lubelszczyźnie, w Kolonii Rajsk koło Bychawy.

Znała kiedyś w Lublinie sanitariusza, który był też malarzem, a raczej malarza wykonującego "dla chleba" zawód sanitariusza. Ten malarz z Internetu zdawał się do niego podobny.

"E tam, wydaje mi się tylko. Znam kilku malarzy. Wszyscy do siebie podobni. Ten ma długie siwe włosy, jak wielu".

Już miała chować komórkę, gdy na ekranie pojawiła się plansza: "Wernisaż malarstwa i rzeźby Wiktora Jahody".

Aż przysiadła z wrażenia na wystającej, zdawało jej się mocnej, żerdzi. Nic bardziej złudnego. Cała pokryta mchem spróchniała gałąź złamała się, a uciekinierka przekoziołkowała do porośniętego trawą i ziołami rowu. Zarośla zamortyzowały upadek. Już leżąc, odetchnęła głęboko i ułożyła się wygodnie na wznak, dalej kurczowo trzymając w ręce telefon.

Otoczyły ją zapachy ziół - intensywne, bo podkreślone poranną rosą. Rów był miękki, wymoszczony zarówno zeschłą, jak i młodą trawą, wygodny, zapraszał do dłuższego pobyt. Założyła ręce pod głowę i się zadumała. Dawno nie było jej tak przytulnie, ciepło i przyjemnie. Zapomniała na chwilę o strachu

Za to sumienie było nieustępliwe. Teraz w tym rajskim zakątku litościwie przypomniało jej dobre uczynki.

Po odkryciu, którego dokonała w bieszczadzkim lesie, Lilia, dotychczasowa wspólniczka bandytów, zaczęła się przyglądać ich poczynaniom.

Fotografowała dokumenty, nagrywała podsłuchane rozmowy. Natrafiła na stronę ze zdjęciami i nazwiskami osób, wrogów mafii, na których ten parszywiec, Makary, i jego kumple wydali wyrok śmierci. Porobiła screeny. Byli tam nie tylko Polacy. Uwagę kobiety zwrócił czarnowłosy mężczyzna o ciemnej, lekko pomarańczowej karnacji, chyba Hindus. Nazwisko miał jednak polskie: Dumowski.

To była ta dobra Lilia, uczciwa, chcąca walczyć z bandytami.

W tym zacisznym i ciepłym zakątku, pomyślała o sobie z życzliwością.

Nad głową miała obsypane bordowymi owocami gałązki malin. Nie chciało jej się ruszać, ale jagódki były takie apetyczne, pewnie słodkie i pachnące, a ona długo nie miała nic w ustach. Podciągnęła się trochę na łokciach i poczuła delikatność owoców dotykających jej ramienia. Zerwała się i za chwilę oblizywała palce z cieknącego po nich słodkiego soku. W tym nasłonecznionym miejscu maliny dojrzały i były aromatyczne. Ich smak i zapach pobudziły jej zmysły i zagłuszyły strach. Czarnooka odzyskiwała nadzieję.

"Musi się udać. Nie mam w tej chwili innego wyjścia, muszę ryzykować. Często podjęte spontanicznie decyzje są dobre. Może i ta się sprawdzi. Spróbuję poprosić o pomoc Jahodę. Kiedyś bardzo mi pomagał. Wprawdzie moja uroda trochę przygasła, minęły lata, nie jestem już taka ładna jak wtedy, ale przecież mnie kochał. Jestem tego pewna. Wiem też, że nie tylko o moją urodę mu chodziło. Kochał mnie, a ja jego, na swój sposób, oczywiście".

Poczuła dziwne, ogarniające ją ciepło. Przypomniała sobie jego wzrok, gdy na nią patrzył. Później już nikt nie okazywał jej tyle uczucia. Wykorzystano ją, a ona na to pozwoliła. Gdyby mogła cofnąć czas. Głośno westchnęła:

- Ile to już lat minęło?

Spróbuje odgrzebać przeszłość. Poprosi o pomoc, kiedyś była w tym dobra.

- Ale czy on zechce wrócić do przeszłości?

Znów włożyła do ust garść malin. "Pycha". Leśne dzikie maliny są najlepsze, takie wonne i świetnie smakują. Ich smak koi zmysły, a zgromadzone w nich słońce i aromaty lata - otulają duszę.

*

"Mam problem, chociaż "problem" to mało powiedziane, tonę, zginę" - myślała dalej. "Wiem, do czego są zdolni ludzie Makarego. Sama nie dam rady, ktoś musi podać mi rękę. Bez tego zginę, nie będą mieli litości".

Tonący chwyta się brzytwy.

Ona znów musiała chwycić się Wiktora, chociaż tego nie planowała. Po tym, co mu zrobiła, ich spotkanie może być bolesne. Ciekawe, czy jej wybaczył i czy ją jeszcze pamięta. Prawdę mówiąc, ona go zapomniała, skreśliła ze swojego życia jako mężczyznę, który nie potrafił zapewnić jej luksusu. Ją nęcił wielki świat, obietnica fortuny i przygody. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że była naiwna. Porzuciła Jahodę i dała się oszukać oraz ograbić. Jednak nie ze wszystkiego - uśmiechnęła się gorzko. "Nie jestem pierwszą naiwną".

Wiktor, tak, on. Spróbuje się z nim spotkać. "Chyba dalej jest poczciwy? I trochę naiwny? Postarzał się. Na filmie wyglądał dostojnie i szykownie. Ile to już lat minęło?" Dalej nie mogła się doliczyć, a może nie chciała nawet przed sobą przyznać się do swojego wieku?

"To teraz nie jest najważniejsze" - skarciła się w duchu. "Jest znanym malarzem, skoro pokazują go w telewizji, więc sporo może. Trzeba go odszukać. To postanowione. Niech się dzieje, co chce. Może będzie dobrze?"

Nagle usłyszała warkot silnika. Serce jej zamarło. Zwinęła się w kłębek i przywarła do spadzistego brzegu rowu, wciskając się pod rosnący tu krzak czarnego bzu.

"Dopadli mnie, już mnie mają". Wepchnęła do ust zwinięta pięść, aby nie krzyknąć.

"Jak mogłam pomyśleć, że mi się uda? Że im ucieknę? Ze jestem taka sprytna?" Drżała, a spocona nagle dłoń wczepiła się kurczowo w kępkę trawy.

Ryk silnika przycichł. Samochód się oddalił. Odetchnęła z ulgą. Fałszywy alarm.

Szybko się podniosła i wycierając znów poplamione czerwonym sokiem palce, wyszła z rowu. Podbiegła do zamaskowanego auta, wsiadła i uruchomiła silnik. Samochód ruszył. Leszczynowe gałązki z cichym szelestem zsunęły się z jego maski.

Wjechała w ten gąszcz łatwo, wyjechać będzie trudniej. Mimo to pozostawała spokojna. Samochód z niskim podwoziem zaplątał się w trawie, ale ona była mistrzynią kierownicy. Wyjechała płynnie na zadbaną asfaltową drogę wijącą się wśród pól.

Ustawiła nawigację, wpisując: "Bychawa".

Czuła się gotowa na spotkanie z przeszłością. Na niewiadomą, jaka by ona nie była. Przyjmie choćby najgorszą, bo nie miała innego wyjścia.