nr 255, 18 lutego 1951
Eisenhower powiedział: co było, to minęło
Nie cieszcie się
Jeździłem po Niemczech przez cały miesiąc: rozmawiałem z robotnikami w "bummelzugach"1, z przygodną publicznością, gdzie się dało, z kelnerkami w restauracjach, z wybitnymi publicystami, z księżmi, profesorami i zakonnikami, z aktorkami i aktorami, z politykami, premierami krajów i ministrami republiki związkowej, zastępcą wysokiego komisarza francuskiego. Był to istotnie mój miesiąc "nieboszczyka na urlopie" - przez miesiąc nie czułem się łachmanem wyrzuconym na "śmietnik historii", jak o nas napisał Bernard Singer, śmieciem zapomnianym przez londyńską szczotkę do zamiatania ulic, lecz członkiem licznego i niebezpiecznego sąsiedniego narodu, z którym rozmowa jest interesująca.
Nic bardziej łatwego od wypowiadania uwag syntetycznych o całych narodach, nic bardziej głupiego od upierania się latami przy takich syntezach. Rumunów uważano za złych żołnierzy, w ostatniej wojnie bili się lepiej od Węgrów; Anglików uważano niegdyś za ludzi, którzy dotrzymują słowa; Greków uważaliśmy wszyscy za ludzi, którzy na wojnie uciekają jak zające, otóż podczas ostatniej wojny Grecy się bili jak głodne lwy. O Niemcach w początkach XIX wieku mówiono, że to naród indywidualistów i romantyków, w XX - że myślą, nienawidzą i kochają na komendę, obecnie w Niemczech - co głowa, to rozum. Przynajmniej tak jest w dziedzinie politycznej. Myśl polityczna społeczeństwa niemieckiego straciła nurt, robi wrażenie stawu zahamowanego przez tamę, a więc stawu rozlanego szeroko i płytko. Są wprawdzie rzeczy w dziedzinie politycznej, które wszyscy powtarzają jednakowo, jak: "nie chcemy wojny", "nie chcemy być żołnierzami", "chcemy Paneuropy", ale każdy Niemiec ma inne zupełnie wyobrażenie o tym, jaki system może doprowadzić do realizacji tak sprzecznych ze sobą życzeń. Na pytanie, czy chcą się także bronić przez ewentualną inwazją komunistyczną, inteligencja odpowiada przeważnie, że woli panowanie komunistów niż nową wojnę, wśród robotników zdania są bardziej podzielone.
Pewien wybitny stary publicysta, liberał, radykał i demokrata typu XIX wieku, przyjaciel p. Schumana, francuskiego ministra spraw zagranicznych, z czasów swej młodości, oraz kolega p. Heussa, obecnego prezydenta republiki związkowej Niemiec Zachodnich, o których mówi zresztą niechętnie, jak to zwykle czynią starzy koledzy w stosunku do kogoś, kto zrobił zbyt dużą karierę, w rozmowie ze mną aż uniósł się z krzesła z emocji, gdy zaczął wołać:
- I są w Niemczech demagodzy, którzy twierdzą, że Wrocław (powiedział "Wrocław", nie "Breslau", choć mówił po niemiecku) powinien powrócić do Niemiec. O głupi demagodzy, przez Amerykanów opłacani!
- Cóż pan mówi o planie Plevena uzbrojenia Europy z ograniczeniem niemieckich jednostek wojskowych do rozmiarów batalionów? - zapytałem.
- Bardzo mądry plan. Chodzi o sabotowanie pomysłów amerykańskich, dążących do pchnięcia Niemiec w kierunku nowej wojny. Niemcy powinni się tylko cieszyć z polityki Plevena.
Głos owego starego publicysty w sprawie granicy Odry i Nysy nie jest bynajmniej w Niemczech odosobniony. Rok temu, w grudniu 1949, rozmawiałem w Bonn z nie byle kim, bo z samą p. Heleną Wessel, wodzem stronnictwa Centrum. Jest to stronnictwo, które nie wchodzi w skład rządu p. Adenauera, ale natomiast uczestniczy w rządzie krajowym nadreńsko-westfalskim, czyli w rządzie największej z republik związkowych. Otóż p. Helena Wessel powiedziała mi wtedy dosłownie, co następuje:
- Ja także myślę, że granica Odry i Nysy jest granicą pokoju.
- Tacy Niemcy są na wagę złota - powiedział mi ktoś, komu o tym w Londynie opowiadałem.
Otóż polityczna ocena wartości tych ludzi dla sprawy polskiej jest o wiele bardziej skomplikowana, niż to się na pierwszy rzut oka wydaje. Niewątpliwie p. Bierut może ich uważać za polonofilów. Ale nasza emigracja powinna ich raczej zaliczyć do najbardziej dla nas niebezpiecznego obozu niemieckiego, bo do ludzi, którzy chcą utrzymać dobre stosunki z Rosją nawet wbrew Amerykanom, nawet wbrew Anglikom. Bo przecież chociażby z tenoru zdań, które powyżej zacytowałem, widać, że zgadzając się na granicę Odry i Nysy, nie czynią tego ze względu na Polskę, lecz ze względu na Rosję, z którą za wszelką cenę chcą uniknąć konfliktu.
Ruiny i błoto
Sylwetki powyższe należą do kategorii Niemców, którzy są prorosyjscy z lęku, z niechęci do wojny, z powojennej depresji, z politycznej pasywności. Później zajmę się Niemcami prorosyjskimi przez aktywność, przez silne ciśnienie politycznych koncepcji. Ale na razie pozwolę sobie na małą dygresję. Chodzi właśnie o wpływ, który na poglądy polityczne obecnego Niemca wywierają ruiny i błoto. Swego czasu na umysłowość polską początków XX wieku ogromny wpływ wywierały Tatry. Wszyscy polscy poeci i literaci jeździli wtedy do Zakopanego i tatrzańskie szczyty nastrajały ich heroicznie, wzywały do czynów bohaterskich i romantycznych. Kto wie, czy bez Zakopanego i Tatr powstałby w Galicji Związek i Drużyny Strzeleckie. Tatry podniecały - miasta z rozwalonymi wnętrznościami działają depresyjnie i ponuro. W ogóle Niemcy dzisiejsze to kraj tanich okropności.
Oto p. Kogon, głowa ruchu paneuropejskiego, ogłasza książkę o kacetach, która swoją dokładnością i wyrazistością opowieści o wszelkich bestialstwach góruje nad książkami ogłoszonymi na ten temat po polsku. W obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie esesmani zabijali komunistów, ale jeśli ktoś był niekomunistą, to znowuż mogła go spotkać śmierć inna: komuniści mieli w ręku szpital więzienny i swoich przeciwników politycznych mordowali zastrzykami śmierciodajnymi. Zginęło w ten sposób wielu Polaków, stwierdza p. Kogon.
Oto pewna Niemka, niegdyś nauczycielka historii w Turyngii, dziś tancerka w lokalu nocnym we Frankfurcie, opowiada mi o bombardowaniu Drezna. W ciągu jednej nocy miasto zostało zniszczone i milion mieszkańców zginęło.
- Wyszłam rano ze schronu, domów już nie było, ale na rogu stał tramwaj. Siedzieli w nim ludzie i nawet kierowca stał na swoim miejscu. Byli to jednak ludzie nieżywi. Zostali zabici podmuchem bomby.
Spacer wśród ruin po błocie. Przyjechałem do miasta L., aby złożyć wizytę koledze z Rady Narodowej, panu M. Nie było go w koszarach. Kazano mi szukać w innych koszarach. Długo po nocy skakałem po błocie w towarzystwie jakiegoś Rosjanina. Robił wrażenie skończonego wariata. Opowiadał, że jest profesorem konserwatorium, że się urodził w Odessie.
- Wy znaczit odiessit - powiadam - no prodołżajtie...2
W olbrzymim, źle, ponuro oświetlonym bloku sale mieszkaniowe są wspólne. Kobiety gnieżdżą się razem z mężczyznami. Zarząd bloku spoczywa wyłącznie w ręku Rosjan, którzy mnie także biorą za Rosjanina. Strażnik blokowy w mundurze amerykańskich kompanii wartowniczych nazywa się tak jak ja: Mackiewicz. Urodził się w Kownie. Mówi po polsku. Patrzy na mnie ze złością. Jest Litwinem.
Potem - po takim samym błocie, wśród tych makabrycznie wyglądających ruin - docieram do innego podobnego bloku. Wszędzie Polacy są wystraszeni i zepchnięci w dół, nikt tu nie słyszał o żadnych polskich organizacjach. Ludzie czekają na wyjazd do Ameryki, Kanady, Australii. Małżeństwu, które ma dziecko ułomne, daje się prawo wyjazdu, ale każe się im zostawić dziecko-kalekę. Małżeństwu obarczonemu starym ojcem czy starą matką na utrzymaniu odmawia się prawa zabrania starego człowieka ze sobą.
Tak się dzieje w dziewiętnaście wieków po narodzeniu... Chrystusa.
Te ruiny zaczynają mnie zupełnie denerwować. Idę na dworzec i siadam w pierwszy lepszy pociąg jadący do Heidelbergu, nietkniętego przez bombardowania. Pociągu jadącego bezpośrednio nie ma. Od drugiej do czwartej w nocy siedzę w poczekalni kolejowej za stołem i zarządzam plebiscyt. Kiedy było lepiej - za czasów cesarstwa, Republiki Weimarskiej, Trzeciej Rzeszy hitlerowskiej, dzisiejszej republiki związkowej czy republiki wschodniej?
Z ośmiu osób, siedzących ze mną przy stole, jedna dziewczyna oświadcza: "Szczerze powiem, że oczywiście za czasów Hitlera", jeden półinteligent odpowiada: "Adenauer" i zaraz wybucha śmiechem podchwyconym przez wszystkich, widać, że była to nie odpowiedź, a tylko ponury dowcip, a sześć osób odpowiada solidarnie, że za czasów cesarstwa.
- Nie jestem monarchistką - mówi jakaś babina - ale wtedy był porządek, a od tego czasu porządku nie ma.
Kanclerz Związkowej Republiki Niemiec Zachodnich, Konrad Adenauer, jest istotnie bardzo niepopularny. W Bonn grają operetkę, gdzie jakiegoś idiotę, który chlubi się tym, że jest jednocześnie burmistrzem i ogniomistrzem straży pożarnej, pyta inny aktor:
- Wie heissen Sie endlich?
- Heinrich.
- Ich glaubte, Konrad3.
Cały teatr wybucha śmiechem.
A przecież w Niemczech panuje prawdziwa prosperity. Tylko domy są zrujnowane i ulice pełne błota. Poza tym żywności jest co niemiara, towarów co niemiara, wszyscy są dobrze ubrani, wspaniałe niemieckie filmy, koleje, tramwaje, samochody, wszędzie wzorowa organizacja, naokoło widać natężenie pracy.
Amerykanie
W roku 1945 Amerykanie wydali na swoim terenie okupacyjnym odezwę do Polaków, w której mówili: "Nie myślcie, że jesteście zwycięzcami. Zwycięzcami nie jesteście wy, lecz my".
Mniej więcej to samo pisałem, na kilka miesięcy przed pojawieniem się tej odezwy, w swoich broszurach wydawanych w Londynie. Przestrzegałem wtedy swoich rodaków, aby nie myśleli, że zwycięstwo Anglosasów będzie zwycięstwem Polaków. Pospieszyliśmy się ze wstępowaniem do wojny. Trzeba było ze wstąpieniem do wojny możliwie długo czekać. Myśmy do niej wskoczyli pierwsi jak chłopak, który przez całą noc nie śpi, by go starsi nie zapomnieli zabrać na polowanie na kaczki.
Ale chociaż ta odezwa amerykańska potwierdzała to, co pisałem, nie powiem, abym o niej myślał z sympatią.
Teraz słyszałem, że w kraju wirtembersko-badeńskim władze niemieckie gotowe były otworzyć szkołę polską, ale sprzeciwił się temu komisarz amerykański gen. Gross, wypowiadając przy tej sposobności mowę, którą cytuję na podstawie sprawozdania zamieszczonego w "Ostatnich Wiadomościach" wychodzących w Mannheimie.
Generał Gross powiedział, że dipisi4 nie powinni się cofać przed żadnym wysiłkiem, by nauczyć się języka niemieckiego i wziąć żywy udział w życiu swej gminy.
Wasze dzieci powinny chodzić do niemieckich szkół. Ale z drugiej strony nic nie przemawia przeciw temu, aby uczyły się języka i historii swego kraju ojczystego. Byłoby jednak wielką niesprawiedliwością wobec waszych dzieci, gdybyście je uczyli gloryfikowania swej przeszłości, zamiast kierować wzrok ku przyszłości.
Jednak po dłuższym przyglądaniu się administracji amerykańskiej nie mam dla Amerykanów żadnych złych uczuć. Administracja ta pracuje bardzo indywidualnie, każdy z administratorów wypowiada złote myśli, które mu przechodzą przez głowę, ale w całości polityka amerykańska nastraja Niemców na konflikt z Rosją i przychylna jest tworzeniu federacji europejskiej.
Jest to w zupełnym kontraście z polityką angielską, która całym swoim wysiłkiem sabotuje organizowanie federacji europejskiej i oczywiście zdąża do utrzymania panowania Sowietów we wschodniej części Niemiec, jak długo tylko się da.
Oczywiście polscy komuniści widzą w wojsku sowieckim, stojącym na przedmieściach Berlina, zabezpieczenie Polski przed niebezpieczeństwem niemieckim. Jest to punkt widzenia zgodny z całym systemem ich myślenia politycznego i logicznie z nim związany. Ale tym, którym chodzi o uzyskanie niepodległej Polski, wolnej od zależności od Rosji, musi zależeć na tym, aby Sowiety ustąpiły jak najprędzej ze wschodniej części Niemiec. Bo przecież nie może być - rzecz jasna - Polski niezależnej od Rosji, dopóki otoczona jest ona sowieckimi siłami zbrojnymi, dopóki Rosja znajduje się w Berlinie, Dreźnie i Meklemburgu.
Amerykanie w swej okupacji uprawiają w ostatnich czasach bardzo intensywną agitację antyrosyjską i zachęcają Niemców do tworzenia siły zbrojnej.
Jakiś 21-letni Niemiec napisał list do amerykańskiego komisarza generalnego McCloya z ostrymi wyrzutami. Gdy byłem w Niemczech, drukowano odpowiedź McCloya. Wysoki komisarz pisze, że nikt nigdy nie kwestionował honoru wspaniałego korpusu oficerskiego armii niemieckiej, że honor żołnierza niemieckiego itd., że Amerykanie dlatego są w Niemczech, aby ich bronić.
Czytałem, jadąc do Niemiec, słynnego teoretyka wojny i znakomitego paradoksalistę gen. Clausewitza. Otóż Clausewitz powiada, że w roku 1812 Rosjanie wcale nie mieli zamiaru wpuszczać Napoleona tak głęboko w głąb Rosji, że przeciwnie robili, co mogli, by się jego pochodowi sprzeciwiać, a jednak właśnie owo zapędzanie się Napoleona w głąb Rosji, owo wydłużenie linii komunikacyjnych, było jedyną formą walki z Napoleonem.
To samo można powiedzieć o sytuacji politycznej w Niemczech dzisiejszych. Proamerykański rząd Adenauera wcale nie wywołuje antywojennych i antyuzbrojeniowych nastrojów społeczeństwa niemieckiego. A jednak istnienie tych nastrojów w tak wysokim napięciu i w takiej powszechności daje Niemcom znakomitą pozycję do targów. Zamiast - jak by zrobili Polacy - błagać o broń, aby "polec w rogatywce", jak znakomicie powiedział nasz najznakomitszy publicysta polityczny, tj. Marian Hemar, Niemcy - wprost przeciwnie - powiadają: "Nie chcemy się bić o swoją ojczyznę" i tym zmuszają tamtych do różnych ustępstw i do błagań: "Panowie Niemcy kochani, bijcie się, na litość boską".
Byłem w parlamencie niemieckim podczas debat o kosztach okupacyjnych. Każdy Niemiec płaci 225 marek rocznie, aby żołnierz okupacyjny mógł pić szampana - wołano w tych debatach. Oczywiście, jeśli chodzi o Amerykanów, dużo jest demagogii w takich biadoleniach. Żołnierz amerykański istotnie płacony jest fantastycznie, ale przecież wydaje te pieniądze w Niem- czech. Otrzymuje je niemiecki szynkarz, niemiecka szwaczka, nie-miecka akuszerka. Okupacja amerykańska nie zubaża kraju niemieckiego. Wprost przeciwnie.
Ale oto wstępuje na trybunę p. Carlo Schmid, słynny socjalista niemiecki, jeden z niewielu niebędących pod wpływem angielskim. Jest synem Francuzki z Perpignan, człowiekiem o tuszy hipopotama i myśli bystrej jak lot orła. Świetny mówca. Kończy swoją z francuską klarownością umysłu ułożoną mowę takim frazesem:
- Wszystko zależy od wokabularza. Od tego, czy się używa w stosunku do nas starego czy nowego wokabularza. Bo według starego wokabularza jesteśmy tylko zwyciężonymi. Według nowego wokabularza jesteśmy kandydatami na sojuszników.
I oczywiście o to tylko chodzi.
Wieczorem tegoż dnia jestem u p. Schmida i rozmawiamy o sztuce hiszpańskiej. Mówi on:
- Niech tylko ktoś ośmieli się mi powiedzieć, że Wilno nie jest polskie miasto. Byłem tam, jak byłem ułanem za czasów tamtej wojny.
Anglicy
Polityka angielska w Niemczech potwierdza to wszystko, co o polityce angielskiej od wielu lat piszę i czego oczywiście nie mogę od razu powtórzyć w "Wiadomościach". Cieszę się bardzo, że nareszcie dni ostatnie przyniosły rozbrat polityki amerykańskiej, może naiwnej, ale niewątpliwie szczerej, z polityką angielską.
Polityka Stalina daje nam Odrę i Nysę, polityka amerykańska może nam dać odzyskanie niepodległości oraz Wilno i Lwów. Polityka angielska zdąża do odebrania nam Odry i Nysy i pozostawienia linii Curzona jako granicy na wschodzie.
Na razie Anglicy chcą utrzymania podziału Niemiec pomiędzy Sowiety i państwa zachodnie. Po cichu, nieoficjalnie sabotują plany zjednoczenia Europy i po cichu, nieoficjalnie sabotują amerykańskie zbrojenia Niemiec. Partia socjalistów niemieckich jest partią zupełnie od Anglików zależną. Jest to po prostu partia angielska, jak mi o tym mówi pewien dziennikarz-socjalista. Toteż Schumacher wyzyskuje nastroje mas, aby uprawiać agitację pod hasłem: "Nie chcemy zbrojenia Niemiec" i w ten sposób osłabia pozycję Adenauera i jego stronnictwa.
List Grotewohla5 został napiętnowany przez Kirkpatricka: więc jakże, Niemcy, idziecie z Zachodem czy ze Wschodem? Dlatego też Schumacher natychmiast obrzucił inicjatywę Grotewohla najgorszymi inwektywami. Oczywiście list Grotewohla był tylko manewrem sowieckim. Ale nie każdy manewr sowiecki spotyka się z tak ostrym przeciwdziałaniem ze strony angielskiej. Tutaj Anglicy bronili jednak zasady podziału Niemiec, tak drogiej polityce angielskiej.
Zbrojenie Niemiec musi przyśpieszyć konflikt z Sowietami, nie może, lecz musi wywołać wojnę. Dlatego też Anglicy są tak bardzo temu przeciwni, chociaż na zewnątrz do tego się nie przyznają.
Polityka angielska w Niemczech potwierdza całkowicie moją tezę, że nastawiona jest ona na:
1) utrzymanie podziału Niemiec;
2) utrzymanie antagonizmu amerykańsko-rosyjskiego;
3) niedopuszczenie do wybuchu wojny.
Niemcy prorosyjscy i proamerykańscy
Obawy konfliktu z Rosją i niechęci do zbrojeń, które żywi dziś 99,99% społeczeństwa niemieckiego, nie należy w żadnym wypadku uważać za objaw prosowieckiego nastawienia tego społeczeństwa. Komuniści istnieją wszędzie, są więc i w Niemczech, lecz jest ich tutaj cztery razy mniej niż we Francji, pięć razy mniej niż we Włoszech, o wiele mniej niż w Polsce. Chęć uniknięcia konfliktu z Rosją należy przypisać nie jakiejś sympatii do systemu sowieckiego, lecz wręcz odwrotnie: żywiołowej antypatii do tego systemu, obawie, że w razie wojny Rosja zajmie całe Niemcy i zaprowadzi swoje porządki.
Niemcy Zachodnie są przesycone hiobowymi wiadomościami o stanie rzeczy w okupacji rosyjskiej. Nie ma co jeść, nie ma swobody osobistej - kto może, ucieka stamtąd. Spotkałem trochę komunistów, bo ich specjalnie szukałem, ale byli to intelektualiści, natomiast gdy robotnicy jadą do fabryki i rozmawiają ze sobą o polityce (bo w Niemczech wszyscy ciągle rozmawiają i to rozmawiają ciągle o polityce), nienawiść do komunizmu trzeszczy jak elektryczność.
Podkreślam raz jeszcze, że całość społeczeństwa niemieckiego, jakkolwiek politycznie rozgadana po gardło, jest pasywna i nie chce żadnych konfliktów i wstrząsów. Ideał jedności niemieckiej nie jest kwestionowany jako ideał idealny, ale odsuwany jest do idealnych mgławic na jutro. Na razie nikt nie chce wojny dla odzyskania wschodniego Berlina czy Drezna. Z tym musi się liczyć rząd Adenauera i na tym żeruje p. Schumacher z socjalistami, gdy Adenauerowi za sugestią niewątpliwie angielską zarzuca zbytnią uległość wobec amerykańskich planów zbrojeniowych.
A jednak w tym morzu pasywności obecne są dwie grupy dynamiczne.
Jedna, prorosyjska, składająca się z ludzi o nastawieniu konserwatywnym, wywodząca się od generałów, szlachty pruskiej czy eksmonarchistów. Ta grupa życzy sobie odrodzenia poli- tyki Rapallo, polityki Brockdorffa-Rantzaua, jeśli kto chce, polity-ki Ribbentrop-Mołotow.
Druga grupa to przeciwnie, grupa antyrosyjska, dążąca świadomie do konfliktu z Rosją w charakterze sojusznika Ameryki. W tej grupie zarysowują się silne tendencje dojścia do ugody z Polakami. O niej będę pisał za chwilę.
Grupa pierwsza uważa, że zasada niezależności polityki niemieckiej wymaga odczepienia się od okupantów zachodnich i przez długi czas marzyła, że Stalin wyrzeknie się niemieckich komunistów dla uzyskania całych Niemiec jako sojusznika. Oblano ich zimną wodą - jak to słyszałem ze źródła wyjątkowo dobrze poinformowanego - oświadczeniem, że Stalin w żadnym wypadku nie odstąpi od granicy polskiej na Odrze i Nysie. Oczywiście grupa ta jest skrajnie antypolska, programem jej dalszym byłby rozbiór Polski pomiędzy Rosję i Niemcy. Powołuje się na Bismarcka, ale zapomina, że Bismarck mówił: "Jestem za zgodą z Rosją, dopóki można, ale w razie wojny z Rosją należy w maksymalnej formie wysunąć kwestię polską".
List Grotewohla znowu poruszył tę grupę. Tygodniki będące pod jej wpływem zaczęły wykładać swój makiawelizm. Rokowania z Grotewohlem byłyby faktycznym rozpoczęciem niezależności polityki niemieckiej. Zaczęto nawoływać Adenauera, aby zaczął naśladować Stresemanna w jego słynnym lawirowaniu pomiędzy Sowietami a Zachodem. Byłem na zwołanym w tej sprawie wiecu studentów w Bonn. Studenciki z tytułami baronów i blondyneczki-baronówny oklaskiwały wniosek, że Adenauer powinien rokować z komunistami. Wniosek ten otrzymał 125 głosów przeciw 85.
Konserwatyści nie istnieją dziś jako partia. Ale szmuglują się podobno do demokratów wolnościowych.
Jeśli Amerykanie oceniają człowieka w dolarach, to Niemcy cenią państwa według ich zwycięstw militarnych. Są w depresji i mają kompleks niższości, ponieważ wojnę przegrali. Klęski Mac-Arthura, który tu jest zresztą uważany za analfabetę w dziedzinie sztuki wojennej, bardzo tu prestiżowi Ameryki zaszkodziły. A znowuż 20 dywizji gen. Rokossowskiego odbija się dodatnio w rozmowie Niemca z Polakiem.
Druga grupa, proamerykańska i prowojenna, musi się daleko bardziej kryć przed tym społeczeństwem, które tak wojny nie chce. Grupa ta ma oparcie w dwóch środowiskach.
Po pierwsze, wśród uchodźców. Są to ludzie rozhisteryzowani, społecznie zdeklasowani i dlatego pragnący wielkich zmian. Myśl o wojnie przeraża ich mniej niż innych Niemców.
Po drugie, wśród wywiadu amerykańskiego. Słyszałem, że wpływ Niemców na ten wywiad jest decydujący. Amerykanie musieli wziąć do tego wywiadu Niemców-konfidentów i po kilku latach ci niemieccy konfidenci potrafili swoim kierownikom narzucić swe koncepcje polityczne. Otóż podobno Niemcy z wywiadu amerykańskiego życzą sobie wojny z Rosją.
Wśród tych Niemców proamerykańskich istnieje chęć dogadania się z Polską. Nie chcą gadać z Ukraińcami, bo uważają Ukrainę za awanturę. Natomiast Polskę uważają za państwo poważne i są zdania, że sprawy rosyjskiej nie załatwią bez polskiego sojusznika. Gdy mnie pytano w tej sprawie, odpowiadałem, że incydent z układem z gen. Prchalą6 zrobił na wszystkich polskich politykach emigracyjnych wrażenie fatalne. Odpowiadano mi, że ten incydent nie może być uważany za miarodajny.
Co było, to minęło, ale co będzie?
Wiemy, że na konferencji w Homburgu pod Frankfurtem gen. Eisenhower powiedział:
- Co było, to minęło. Jeśli Niemcy pójdą razem, należy się im całkowite równouprawnienie. Udział Niemców w ich obronie musi być jednak wynikiem ich własnej decyzji.
Ale po konferencji z Eisenhowerem p. Schmid, zapewne najinteligentniejszy tej konferencji uczestnik, oświadczył:
- Teraz wierzę, że wojny nie będzie.
Pomiędzy tymi dwoma zagadkowymi oświadczeniami, o których nie wiem, co konkretnie oznaczają, tkwi też zagadka przyszłości świata, Ameryki, Rosji i Polski.
Anegdota turystyczna na zakończenie
Na zakończenie anegdota dla czytelnika. Ponieważ kilka osób łaskawie ułatwiało mi poznawanie różnych wybitnych Niemców ze wszelkich środowisk, więc m.in. otrzymałem depeszę zapraszającą od księcia Bismarcka.
Nie mogłem wtedy z tego zaproszenia skorzystać, więc w kilka dni później starałem się ze swego hoteliku połączyć telefonicznie z wnukiem żelaznego kanclerza. Nie znałem numeru telefonu, więc prosiłem międzymiastową o wyszukanie tego telefonu.
Po chwili dzwonek, łączą mnie z odpowiednim miastem, lecz tylko z apteką pod nazwą "Książę Bismarck".
Wieszam słuchawkę i tłumaczę telefonistce, że chodzi mi nie o aptekę, lecz o samego Bismarcka.
Znowu dzwonek i dialog następujący:
- Czy mogę mówić z księciem Bismarckiem?
- Książę Bismarck jest przy telefonie.
Zaczynam parlować po francusku, tłumacząc się, dlaczego nie skorzystałem z pierwszego zaproszenia.
W odpowiedzi słyszę:
- Verstehe kein Wort7.
"Cóż u cholery - myślę sobie - czyżby on naprawdę nie mówił po francusku", zaczynam więc wykładać po niemiecku, że dostałem od niego depeszę, ale nie mogłem z niej skorzystać.
- Żadnej depeszy nie wysyłałem - odpowiada mi telefon.
Tym razem był to hotel pod nazwą "Książę Bismarck", którego właściciel, rozmawiając ze mną, kierował się widać maksymą: "Hotel to ja".
Idę więc osobiście na stację pocztową i tłumaczę urzędniczce, że chodzi mi o istotę żyjącą, o wnuka kanclerza, o którym przecież musiała słyszeć.
- O, to było tak dawno - odpowiada urzędniczka.
1 Z niem.: pociąg osobowy.
2 Ros. - Jest pan, znaczy się, z Odessy... no, proszę kontynuować.
3 Niem. - Jak pan się w końcu nazywa? - Heinrich. - Myślałem, że Konrad.
4 Dipisi (ang. displaced persons) - określenie osób (głównie z Europy Wschodniej) wywiezionych w czasie drugiej wojny światowej na przymusowe roboty do III Rzeszy, do obozów jenieckich lub koncentracyjnych, uwolnionych w latach 1944-1945. W 1945 w specjalnych obozach dla przesiedleńców przebywało ok. 8 mln dipisów, z czego ok. 7 mln wróciło później do swoich krajów.
5 Chodzi najprawdopodobniej o list otwarty skierowany przez premiera NRD Otto Grotewohla do kanclerza RFN Konrada Adenauera 30 listopada 1950, zawierający propozycję zwołania ogólnoniemieckiego Zgromadzenia Konstytucyjnego, złożonego w równych częściach z reprezentantów Niemiec Wschodnich i Zachodnich, które miałoby się zająć powołaniem rządu ogólnoniemieckiego.
6 Chodzi najprawdopodobniej o porozumienie w Wiesbadenie zawarte 4 sierpnia 1950 między emigracyjnym Czeskim Komitetem Narodowym, reprezentowanym przez gen. Prchalę, a Grupą Roboczą ds. Ochrony Interesów Niemiec Sudeckich, wyrażające wolę współpracy w celu stworzenia warunków umożliwiających powrót Niemców sudeckich do ojczyzny i zgodne współżycie z Czechami.
7 Niem. - Nie rozumiem ani słowa.