Życie Charlotte Brontë - Elizabeth Gaskell

Reflow text when sidebars are open.
[1] Patrick Brontë do Elizabeth Gaskell, 30 lipca 1857, przeł. Katarzyna Malecha, według: Juliet Barker, The Brontës, New York 1995.
[2] Anne Thackeray-Ritchie, Chapters from Some Memoirs, London 1894, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska. Cytowane w tekście przekłady A. Przedpełskiej-Trzeciakowskiej pochodzą z jej książki Na plebanii w Haworth. Dzieje rodziny Brontë, Warszawa 2010 (wyd. przejrzane i poszerzone).
[3] Charlotte Brontë do Ellen Nussey, 4 lutego 1850, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[4] Harriet Martineau, Artykuł na śmierć Charlotte Brontë, "Daily News" (1855), przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[5] Elisabeth Jay, Introduction, w: Elizabeth Gaskell, The Life of Charlotte Brontë, London 1997, przeł. K. Malecha.
[6] Ewa Kraskowska, Siostry Brontë, Kraków 2006.
[7] The Life and Works of Charlotte Brontë and Her Sisters: I. Jane Eyre, II. Shirley, III. Villette, IV. The Professor, V. Wuthering Heights, Agnes Grey, VI. The Tenant of Wildfell Hall, VII. The Life of Charlotte Brontë, by Mrs. Gaskell, London, 1873.
[8] Kraskowska, dz. cyt.
[9] E.G. do Catherine Winkworth, 25 sierpnia 1850, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[10] E.G. do znajomego, wrzesień 1853, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[11] Jay, dz. cyt.
[12] Przedpełska-Trzeciakowska, dz. cyt.
[13] E.G. do C.W., dz. cyt.
[14] Tamże.
[15] Tamże.
[16] E.G. do znajomego, dz. cyt.
[17] Thomas Akroyd, A Day at Haworth, według: Alan H. Adamson, Mr. Charlotte Brontë: The Life of Arthur Bell Nicholls, Queens University Press 2008, przeł. Eryk Ostrowski.
[18] F.A. Leyland, The Brontë Family, with Special References to Patrick Branwell Brontë, London 1886, przeł. K. Malecha.
[19] Tamże.
[20] Adamson, dz. cyt., przeł. E. Ostrowski.
[21] Arthur Bell Nicholls do George'a Smitha, 28 listopada 1856, Adamson, dz. cyt., przeł. E. Ostrowski.
[22] Adamson, dz. cyt., przeł. E. Ostrowski.
[23] A.B.N. do G.S., 1 grudnia 1856, Adamson, dz. cyt., przeł. E. Ostrowski.
[24] A.B.N. do G.S., 3 grudnia 1856, Adamson, dz. cyt., przeł. E. Ostrowski.
[25] Adamson, dz. cyt., przeł. E. Ostrowski.
[26] Archiwum wydawnictwa Smith, Elder, Adamson, dz. cyt., przeł. E. Ostrowski.
[27] C.B. do E.G., 27 sierpnia 1850, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[28] E.G. do pani Froude, 25 sierpnia 1850, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[29] E.G. do znajomego, dz. cyt.
[30] Tamże.
[31] Królewski Fundusz Literacki (The Royal Literary Fund) - fundusz założony w 1790 r. przez wielebnego Davida Williamsa mający na celu pomagać pisarzom znajdującym się w trudnej sytuacji finansowej.
[32] E.G. do J. Forstera, 23 kwietnia 1854, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[33] E.G. do J. Forstera, maj 1854, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[34] Jay, dz. cyt.
[35] Tamże.
[36] P.B. do E.G., 2 kwietnia 1857, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska.
[37] Mary Taylor do E.N., 7 stycznia 1857, według: Clement King Shorter, Charlotte Brontë and Her Circle, Dodo Press (reprint wydania: Dodd, Mead, and Co., 1896), przeł. Angelika Witkowska.
[38] Jay, dz. cyt.
[39] Tamże.
[40] Tamże.
[41] Powstały dwie kontynuacje Emmy: Charlotte Brontë and Another Lady [Constance Savery], Emma (1980) oraz Clare Boylan, Emma Brown (2003).
[42] Przedpełska-Trzeciakowska, dz. cyt.
[43] Jay, dz. cyt.
[44] Przedpełska-Trzeciakowska, dz. cyt.
[45] Tamże.
[46] Kraskowska, dz. cyt.
[47] E. Jay, The History of the Text, Gaskell, dz. cyt., przeł. K. Malecha.
[48] Tamże.
[49] A.B.N. do G.S., 23 maja 1857, Adamson, dz. cyt., przeł. E. Ostrowski.
[50] Kraskowska, dz. cyt.
[51] E. Jay, Further Reading, Gaskell, dz. cyt., przeł. K. Malecha.
[52] Formuła the life of... stosowana w tytułach książek biograficznych w języku angielskim ma znaczenie: biografia.
[53] E.G. do znajomego, dz. cyt.
[54] John Tiplady Carrodus (1836-1895) - słynny za życia kompozytor i skrzypek z Yorkshire (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki, chyba że zaznaczono inaczej).
[55] 1 jard - 0,9144 metra.
[56] Henryk VII żył w latach 1457-1509.
[57] Thomas Dunham Whitaker (1759-1821) - antykwariusz i topograf, autor znanych w XIX wieku prac o Lancashire i Yorkshire.
[58] Bono statu (łac.) - pomyślność.
[59] Biblia Tysiąclecia, wyd. IV, Pallottinum, Poznań 1983.
[60] Tamże.
...jeśli będę żyła dłużej niż osoby, które mogłyby poczuć się urażone moim opisem, opublikuję wszystko, co o niej wiem, i skłonię świat (o ile mam wystarczającą siłę ekspresji) do podziwu nie tylko dla pisarki, ale także dla kobiety, którą była.
Elizabeth Gaskell do George'a Smitha, 31 marca 1855 roku, dwa miesiące po śmierci Charlotte Brontë
(przeł. Angelika Witkowska)
Życie Charlotte Brontë pióra angielskiej powieściopisarki Elizabeth Cleghorn Gaskell należy do klasyki światowej literatury. Nadal zachwyca czytelników Charlotte, Emily i Anne Brontë, stanowiąc naturalne dopełnienie ich powieści. I choć od wydania książki minęło już ponad sto pięćdziesiąt lat, w ciągu których ukazało się setki prac biograficznych poświęconych tej najsłynniejszej rodzinie z hrabstwa York, praca pani Gaskell wciąż pozostaje głównym punktem odniesienia. Z niej czerpał także André Téchiné, reżyser filmu Siostry Brontë (1979), z Marie-France Pisier, Isabelle Adjani i Isabelle Huppert w rolach głównych, który wielu osobom po raz pierwszy przybliżył sylwetki autorek Jane Eyre, Wichrowych Wzgórz i Agnes Grey. Ziściły się słowa ich ojca, pastora Patricka Brontë: "Zarówno moim zdaniem, jak i zdaniem czytelniczego świata, Życie... to dzieło pod każdym względem takie właśnie, jakie jedna Wielka Kobieta powinna poświęcić drugiej i winno ono na zawsze dołączyć, i dołączy, do grona najważniejszych biografii"[1]. Stało się tak jednak przede wszystkim dlatego, że Życie Charlotte Brontë opowiada losy wielkiej pisarki, jej sióstr i brata słowami jej listów, słowami jej ojca oraz przyjaciół, a należała do nich również Elizabeth Gaskell.
Książka miała premierę 25 marca 1857 roku, w drugą rocznicą śmierci Charlotte Brontë. W tym czasie sława jej i jej sióstr była już dawno ugruntowana po obu stronach Atlantyku. Wszystko zaczęło się dziesięć lat wcześniej, kiedy to jesienią 1847 roku ukazała się pierwsza z powieści sygnowanych pseudonimem Currer Bell - Jane Eyre. Niebywała popularność tego dzieła z miejsca uczyniła z autorki, której prawdziwe nazwisko nie było znane wówczas nawet wydawcy, "jedną z największych znakomitości, trzymającą w małych rączkach potężną dźwignię, którą wprowadzała cały świat literacki w drżenie" - jak wspominała po latach pisarkę córka Williama Thackeraya[2]. Jednak Brontë, dla której ten nieoczekiwany sukces był spełnieniem marzeń, wzbraniała się przed ujawnieniem tożsamości. Wolała przeżywać swoje uniesienia w ukryciu, z dala od londyńskiej socjety, która jej wyglądała. Jedyne, na co się w owym czasie zdobyła, to przyznanie się ojcu i przyjaciółce do tego, że napisała powieść. Mimo iż Haworth to niewielka parafia, a plebania nie mogła funkcjonować bez służby, w rodzinnej wiosce udało się utrzymać sekret zdumiewająco długo, skoro dopiero z listu pisanego przez Charlotte w 1850 roku dowiadujemy się, iż po wsi poszła fama, że najstarsza córka pastora napisała głośne powieści: "Marta przyleciała wczoraj, mało nie pękła z przejęcia i podniecenia. "Słyszałam, jak ludzie gadali takie rzeczy!" - powiada. - "O czym?". - "Oj, proszę pani, gadali, że pani wzięła i napisała dwie książki, najładniejsze książki na świecie. Tata słyszał o tym w Halifaksie i tak samo pan George Taylor, i pan Greenwood, i pan Merrall z Bradford, i mają mieć zebranie w Instytucie Mechaników i tak zrobić, żeby zamówić te książki!". "Przestań paplać, Marto, i zmykaj" - powiedziałam, ale czułam, że biją na mnie zimne poty. John Brown i pani Taylor, i Betty będą czytali Jane Eyre! Boże, dopomóż, Boże zachowaj!"[3].
Jane Eyre to powieść, o której wnet po jej opublikowaniu gazety angielskie pisały niemal codziennie, do tego niemal w samych superlatywach, a taki publiczny zachwyt nie zdarza się często. Książka Charlotte Brontë rzeczywiście porwała tłumy. Nie będzie to jednak dziwić, jeśli przyjmiemy, że tylko czas jest sprawiedliwym sędzią. Po ponad stu sześćdziesięciu latach nadal pozostaje powieścią kultową i choć epoka wiktoriańska dawno przeminęła, Jane Eyre wciąż żyje w umysłach czytelników. W czym tkwi jej fenomen? Wydaje się, że w wierności samemu życiu. Charlotte Brontë była pisarką, której nigdy nie myliło się ono ze sztuką. Może dlatego, że tak w literaturze, jak i prywatnie opiewała prawdę. W korespondencji z wydawnictwem na wszelkie wątpliwości bądź zarzuty zawsze odpowiadała z rozbrajającą bezpośredniością: "Ale to jest prawda". Czas pokazał, że w literaturze ta droga jest jedyną drogą do nieśmiertelności, a obranie innej sprawia zwykle, iż dzieła, choć może wabią ponętniejszym blaskiem, kończą swe życie wraz z życiem ich autora.
Bez względu na epokę, w której człowiek żyje, samotność, tęsknota i cierpienie są zawsze te same i zawsze tak samo przeżywane. Zwłaszcza jeśli jest to samotność wśród ludzi, tęsknota za zwykłym ciepłem drugiego człowieka i cierpienie wynikające z odtrącenia przez innych - szczególnie przez naszych jedynych bliskich. Czy działo się to dawno temu, czy wczoraj - trauma odrzucenia pozostaje ta sama, a lekcja miłości do odrobienia. Jest to bardzo trudne, tak trudne, że niemal zawsze wydaje się niemożliwe. Tymczasem Jane Eyre ukazała tę drogę nie tylko jako możliwą do przezwyciężenia, ale pewną, przykładem własnej osoby ręcząc, że sprawiedliwość istnieje, a cierpienie zostaje wynagrodzone. To empatia powieści Charlotte Brontë uczyniła z niej dzieło ponadczasowe, albowiem tak jest już świat urządzony, że zawsze ta większa część jego mieszkańców będzie trwać w opuszczeniu i wyglądać przyjaciela. I tu postać Jane Eyre pełni taką właśnie funkcję - pocieszyciela strapionych. Jest jednak równocześnie kimś więcej: jest jednym z nas - ani lepszym, ani gorszym. Z literackiego punktu widzenia Brontë przełamała tu tabu, biorąc na warsztat ludzkie słabości i z nich czyniąc potencjał swego dzieła. "Pokażę wam bohaterkę równie małą i brzydką jak ja sama, a równie interesującą jak wasze heroiny!" - miała powiedzieć swoim siostrom[4]. I pokazała człowieka. To ważne, to najważniejsze, jeżeli dotąd byli tu sztukmistrze. Brontë nigdy nie stała się sztukmistrzem. Pozostała sobą i nią jest także dla dzisiejszych czytelników.
Ponieważ książka ukazała się pod pseudonimem, a na dodatek sam wydawca, przejęty losami tytułowej bohaterki, zaopatrzył dzieło w podtytuł Autobiografia, naturalną koleją rzeczy stało się utożsamienie autora książki z jej bohaterem. Tym samym to nie tyle Currer Bell osiągnął sławę, ile sama Jane Eyre, a ponieważ jej autorka nie chciała się udzielać i stroniła od tego, już z chwilą debiutu pojawiły się plotki. Zgadywano, który to spośród wielkich pisarzy kryje się za pseudonimem Currer Bell; czy jest to najsłynniejszy bon vivant epoki, Thackeray, czy może jednak autorem jest kobieta, może jakaś jego kochanka… Gdy wkrótce potem ukazały się Wichrowe Wzgórza i Agnes Grey (opublikowane w grudniu 1847 roku), a sygnowane pseudonimami Ellis Bell i Acton Bell, skupiano się już głównie na podejrzeniach, że jedna i ta sama osoba napisała wszystkie książki. Dopomagał w tym wydawca Emily i Anne, a także same powieści, w których recenzenci odnajdywali liczne podobieństwa mające wskazywać, że wyszły spod jednego pióra. Starczy sięgnąć do archiwalnych roczników czasopism, do korespondencji osób należących do ówczesnej elity intelektualnej, by przekonać się, że nie zawsze w recepcji tej twórczości było tak statycznie czarno na białym, jak jest obecnie. Owszem - wrzało tu, i to bardzo.
Literatura to nie popkultura, gdzie twórca i doszukiwanie się prawdy o nim plasują się przed dziełami, które pozostawił, mimo to jednak po śmierci pisarza następuje zazwyczaj pewna weryfikacja. W przypadku Charlotte Brontë, już kilka miesięcy po jej odejściu zdarzyła się rzecz niecodzienna: ojciec pisarki zwrócił się do jej przyjaciółki z prośbą, by napisała biografię córki. Tą przyjaciółką była niezbyt jeszcze popularna w owym czasie powieściopisarka, Elizabeth Gaskell, mająca jednak już na koncie dobrze przyjęte książki Mary Barton i Ruth, które zresztą Charlotte ceniła. Pastora Brontë skłoniły do tego gestu liczne spekulacje i niezgodne z prawdą informacje, jakie pojawiały się po śmierci Charlotte w prasie. Czarę goryczy przepełnił artykuł opublikowany w czerwcu 1855 roku na łamach "Sharpe's London Magazine", pełen plotkarskich informacji, z których niezbicie wynikało, że Patrick Brontë tyranizował swoją rodzinę. Wybór biografa podsunęła sędziwemu pastorowi Ellen Nussey, najwierniejsza przyjaciółka Charlotte. Na ironię zakrawa fakt, że autorem owego przykrego artykułu w "Sharpe" był nie kto inny, jak... sama Elizabeth Gaskell! Odkrycia tego dokonała stosunkowo niedawno wybitna biografka dziejów rodziny Brontë Juliet Barker. Istnieje wprawdzie domniemanie, że artykuł został napisany przez Franka Smedleya, redaktora naczelnego "Sharpe'a", lecz - jak się przekonamy - nie ma to szczególnego znaczenia, gdyż informacje zamieszczone w tekście pokrywają się z tymi, które rozpowszechniała w swej korespondencji pani Gaskell, by następnie częściowo przenieść je do biografii Charlotte.
I tak dwa lata później do dzieł Elizabeth Gaskell dołączyła niezwykła publikacja - Życie Charlotte Brontë. Decyzją ojca było, aby odtąd posługiwać się prawdziwym imieniem i nazwiskiem córki. I to z tej książki dziś najbardziej znana jest autorka Cranford.
Biografia Brontë odegrała kluczową rolę w odbiorze utworów mieszkanek parafii na wrzosowiskach. "Dzięki podkreśleniu jako rzeczy wyjątkowej ubóstwa oraz izolacji społecznej, które prawdopodobnie nie były niczym niezwykłym w rodzinach duchowieństwa, ostateczne osiągnięcie przez Charlotte sławy w świecie literatury można było przedstawić jako zawieszone pomiędzy dwoma atrakcyjnymi mitami: pierwszy z nich głosił, że powodzenie czeka samouków, którzy nie ustają w wysiłkach; drugi zaś mówił o niepohamowanej naturze "nadzwyczajnego geniuszu" - zauważa Elisabeth Jay, autorka nowego angielskiego opracowania książki. - Biografia wykorzystała również przybierające na sile zainteresowanie zaściankowym, regionalnym życiem, które zarówno siostry Brontë, jak i sama Gaskell bardzo żarliwie opiewały w swych utworach"[5]. Życie Charlotte Brontë kazało przejąć się czytelnikowi jej losem, podobnie jak wcześniej losem jej bohaterki, Jane Eyre. Tak zrodziła się legenda. Do Haworth zaczęły ściągać pielgrzymki wielbicieli tajemniczych sióstr, a mąż Charlotte Brontë musiał torować drogę przez ten tłum ojcu genialnego rodzeństwa.
Fenomen książki pani Gaskell nie opiera się wyłącznie na tym, że jest ona znakomicie napisana. Była pierwszą pracą biograficzną poświęconą Charlotte Brontë i jej rodzinie. Jest też jedyną biografią autoryzowaną przez ojca pisarki i jedyną, która wyrosła z czułej i serdecznej przyjaźni autorki z jej bohaterką. "Udało jej się dotrzeć do sporej liczby osób tak czy inaczej związanych z rodziną Brontë i zarejestrować wiele zapamiętanych przez nie wspomnień oraz anegdot - podkreśla Ewa Kraskowska w swej biograficznej książce Siostry Brontë. - Tym sposobem w zasięgu legendy znalazła się cała galeria postaci, zarówno słynnych osobistości epoki, w rodzaju powieściopisarza Williama Makepeace'a Thackeraya, jak i takich, które, gdyby nie ich mniej lub bardziej przypadkowy udział w historii tej rodziny, pozostałyby nikomu nie znane"[6]. Wszystko to sprawia, że mamy do czynienia z dziełem niepowtarzalnym, wobec którego późniejsze prace poświęcone rodzinie Brontë, nawet jeśli bardziej gruntowne, bliższe prawdy i wartościowsze z punktu widzenia historii literatury, z konieczności pozostaną wtórne. To prawda, że talent Gaskell sprawił, iż literatura faktu niebezpiecznie splotła się tu z literaturą piękną. Tym razem jednak to, co mogłoby przekreślić z upływem czasu tę książkę, okazało się jej atutem: Życie Charlotte Brontë od chwili, gdy tylko ukazało się drukiem, w świadomości czytelników funkcjonowało na prawach ostatniej powieści sióstr Brontë, opowiadającej ich własną, niezwykłą i tragiczną historię. Tak też biografia była później wznawiana przez wydawnictwo Smith, Elder - jako nieodłączna część tej spuścizny[7]. Tak też czyta się ją i dziś. "Zainicjowała taki styl objaśniania życia i twórczości Charlotte Brontë, w którym na plan pierwszy wysuwał się czynnik geograficzny - mówi Kraskowska. - Pierwszy rozdział poświęcony został w całości opisowi krainy, w której wychowywało się i większość życia spędziło rodzeństwo Brontë, w rozdziale drugim zaś - analizowała psychikę zamieszkujących ją od wieków ludzi. [...] Nade wszystko przyświecało jej - podobnie jak inspiratorowi tego przedsięwzięcia, staremu i przez wszystkich najbliższych osieroconemu już pastorowi - pragnienie, by czytelnik angielski w pełni zrozumiał, skąd wzięły się osobliwości pisarstwa niedawno zmarłej przyjaciółki i jej sióstr; te osobliwości, które co wybredniejszej krytyce literackiej kazały wytykać im plebejskość czy wręcz niemoralność podejmowanych tematów, szorstkość języka i - najogólniej mówiąc - nieprzystawalność do obowiązujących kanonów. Stworzony przez Gaskell mit odizolowanej plebanii, otoczonej dzikim krajobrazem i równie dzikimi ludźmi, choć wielokrotnie rewidowany przez późniejszych brontëanistów, do dziś zachował żywotność i moc przekonywania"[8].
Książka pani Gaskell stanowi fundament wiedzy na temat rodziny Brontë, ponieważ czerpie wyłącznie z pierwszego źródła - ustnych relacji ojca, męża, służby i osób, które miały szczęście znaleźć się w wąskim gronie przyjaciół, jakich dobierała sobie Charlotte Brontë. Elizabeth Gaskell przypadło w udziale także coś, czego inni sławni znajomi pisarki nie doświadczyli - we wrześniu 1853 roku, na jej zaproszenie, odwiedziła plebanię w Haworth. Notatki z tej wizyty, z rozmów, jakie prowadziły i, przede wszystkim, najwierniejszy spośród portretów pisarki, ukazujący ją jako zwykłą dziewczynę, w jej własnym domu, to dziś dla nas najważniejsze ustępy książki. Najważniejsze nie tylko dlatego, że jedyne - literacki talent i nadzwyczajny zmysł obserwacji pozwoliły Elizabeth Gaskell wydobyć Charlotte Brontë z cienia czasu i sprawić, że po lekturze Życia... pozostaje ona dla nas kimś żywym, prawdziwym. Czytelnik ma wrażenie, że także był w tym domu, chodził wraz z nią po jego pokojach. Po lekturze długo jeszcze słyszymy, jak na kamiennych posadzkach rozbrzmiewają ciche kroki Charlotte, w powietrzu unosi się jej "niezwykle słodki, lekko wahający się głos"[9], dźwięczy śmiech. A poruszająca bezpośredniość, żywiołowość i spontaniczność tej kobiety o wzroście i budowie jedenastoletniej dziewczynki każe nam zastanowić się nad jednym jeszcze: czy ów ponury romantyzm, jaki przylgnął do nazwiska Brontë za sprawą powieści, aby na pewno jest adekwatny. Bo choć prędko okazało się, że w wielu miejscach książka Gaskell podrasowuje rzeczywiste zdarzenia lub wręcz je tworzy dla teraźniejszych i przyszłych czytelników, to ludzie wyłaniający się z jej kart są prawdziwi.
Swoje wrażenia z tej pierwszej wizyty notowała Gaskell na gorąco w liście do znajomego. Opisała między innymi wędrówkę z Charlotte Brontë po wrzosowisku: "Poszłyśmy na cudowny spacer pod wiatr na wrzosowisko Penistone, które zaczyna się tuż za plebanią, okrywa najbliższe wzgórze brązowymi i fioletowymi falami, opada łagodnie w małą, górską dolinkę, której środkiem płynie strumyk, dalej znowu wielkie faliste wzgórze, w załamaniu jego grani widać jeszcze jedno, a za nim już leży hrabstwo Lancaster; wydaje się, jakby te wijące się wzgórza opasywały cały świat… jeśli o mnie idzie, mogłyby się równie dobrze ciągnąć do bieguna północnego. Na wrzosowiskach nie spotkałyśmy żywej duszy. Tu i tam, w mroku jakiejś odległej kotlinki, pokazywała mi ciemny, szary budynek, obrośnięty na ogół kępami szkockich jodeł, i opowiadała tak niezwykłe historie o szalonych rodach, które tam żyją, czy żyły, że Wichrowe Wzgórza wydawały się w porównaniu z tym niemal banalne. Jacyż to śmiałkowie - zwłaszcza mężczyźni - i co za kobiety - okrutne i twarde, a jednocześnie jakże namiętne! Dziwni ludzie mieszkają w tych górach"[10].
Gaskell wiedziała, co uczynić z propozycją złożoną jej przez ojca słynnej pisarki. Dała świadectwo, jakiego nie znajdziemy w żadnych innych wspomnieniach osób, które znały Charlotte Brontë, a tym bardziej u późniejszych biografów: widziała przecież pisarkę w jej własnym domu, jedynym miejscu, w którym była naprawdę sobą. Charlotte Brontë fascynowała Elizabeth Gaskell, zanim jeszcze poznały się osobiście. "Chciałabym usłyszeć o niej o wiele więcej, jako że bardzo interesuję się jej twórczością. Nie mam na myśli jedynie snutych przez nią historii i stylu narracji, chociaż są one cudowne, lecz to, że czytelnikowi dane jest dostrzec w nich ją samą i jej sposób myślenia, i, czego nie była świadoma, również jej cierpienia - pisała do lady Janet Kay-Shuttleworth, która poznała już Brontë osobiście. - Istotnie, bardzo pragnęłabym ją poznać; zamierzałam napisać: "zobaczyć", lecz to nie to samo"[11]. Znana lwica salonowa prędko postarała się, aby to nastąpiło. Do spotkania doszło 20 sierpnia 1850 roku w jej rodowej posiadłości, Gawthorpe Hall, dokąd Charlotte przybyła dzień wcześniej. Z listu, jaki Gaskell napisała parę dni później do swej przyjaciółki, Catherine Winkworth, przyszłej tłumaczki niemieckich hymnów, widać, że nie była wobec słynnej pisarki bezkrytyczna. W Życiu... zresztą zamiast reminiscencji sięga do tej korespondencji, dyskretnie ją tylko cenzurując. Taka metoda może nieco zdumiewać, wniosła jednak, podkreślany do dziś, nowy standard do biografii literackiej. Zamieszczenie ustępów z własnych listów nie tylko sprawia, że nic tu nie umknęło, lecz pozwala poczuć też czytelnikowi to wszystko, co czuła w owej chwili biografka, a więc doświadczyć wrażenia, jakie wywierała Charlotte Brontë przy pierwszym spotkaniu. Ze wspomnień, jakie pozostawili inni, wiemy, iż w swym zdumieniu pani Gaskell nie była odosobniona. Uderzyła ją przede wszystkim prostota Charlotte Brontë, która rzeczywiście musiała kontrastować z jej wielką już sławą. Nie zakłócała ona jednak aury tajemniczości, z której miała powstać legenda, a ta zaczęła się już rodzić. Prawdą jest, jak zauważa Anna Przedpełska-Trzeciakowska, że "chociaż Charlotta mogła sobie z tego nie zdawać sprawy - jej życie osobiste już przestało do niej należeć, najbardziej dramatyczne jego wypadki już znalazły kronikarzy, a opisy krążyły po nieznanym świecie, obrastając w coraz bardziej ponure i fantastyczne szczegóły. Przykro pomyśleć, że smutne losy Charlotty stały się jeszcze za jej życia przedmiotem chorobliwej fascynacji współczesnych. Szarość i czerń okazały się barwami pobudzającymi nie tylko wyobraźnię, lecz, co gorsza - ciekawość i nienasyconą chęć usłyszenia czegoś więcej"[12].
Ta sensacyjna aura udzieliła się i pani Gaskell: "W życiu nie słyszałam czegoś podobnego do losów panny B. - pisze ona do panny Winkworth. - Lady K.-S. opisała mi jej dom - leży w wiosce składającej się z kilku szarych kamiennych budynków wczepionych w północne zbocze ponurego wrzosowiska, z widokiem na ogromny szmat ponurych wrzosowisk"[13]. - Warto przywołać tu dalszy ustęp z tego listu, którego Gaskell nie włączyła do Życia..., ukazuje on ten właśnie sposób postrzegania przez nią historii rodziny Brontë: "Przed domem trochę trawy i kamienny mur (nie wyrośnie tam żaden kwiat, czy krzak)… Plebania nie oglądała ani pędzla, ani nowego mebla od trzydziestu lat - od śmierci matki panny B. Była to ładna, młoda osóbka przywieziona z Penzance w Kornwalii przez irlandzkiego wikarego, który otrzymał tę plebanię na wrzosowiskach. Rodzina wydziedziczyła ją za to małżeństwo. Urodziła sześcioro dzieci jedno po drugim, i to wszystko, i klimat, i ten dziwaczny półobłąkany mąż, którego sobie wybrała, jednym słowem umarła w niespełna dziewięć lat potem. Pewna stara kobieta z Burnley, która ją pielęgnowała w ostatniej chorobie, powiada, że leżąc w łóżku, płakała i powtarzała bez przerwy: "Och, moje nieszczęsne dzieci, Boże, moje nieszczęsne dzieci!". Pan Brontë wyładowywał gniew nie na ludziach, tylko na sprzętach, na przykład raz podczas jednego połogu pani Brontë coś poszło nie tak, więc wziął piłę i przepiłował wszystkie krzesła w sypialni, nie odpowiadał na jej wyrzuty, nie zwracał uwagi na łzy. Innym znowu razem rozeźlił się i dywanik sprzed kominka zwinął w ścisły rulon, a następnie włożył do kominka, i podpalił, i siedział tak przed ogniem z nogami rozpartymi po obu stronach rusztu, dosypując węgli, aż się do cna spaliło, a nikt nie mógł wytrzymać w pokoju, bo dym aż dusił. Wszystko to opowiedziała mi lady K.-S."[14]. - Która, notabene, będąc gościem pastora w Haworth, z całą pewnością nie dowiedziała się owych rewelacji od niego, jego córki czy też służby. Bajki te musiała zasłyszeć od miejscowych, a pani Gaskell, niestety, część z nich wprowadziła do biografii Charlotte, o której napisanie pięć lat później ów "straszliwy" jegomość się do niej zwrócił. Wszystko w tej pierwszej, na gorąco pisanej relacji jest, jeśli nie zmyślone, to podkolorowane i podane w uproszczeniu. "Więc posłano je do Cowan Bridge (gdzie kształcono córki duchownych, potem zakład został przeniesiony do Casterton). Tam dwie najstarsze umarły podczas epidemii. Panna B. powiada, że nie da się opisać, jak cierpiała z głodu, a obie jej młodsze siostry nabawiły się gruźlicy, na którą niedawno pomarły. Wszystkie wróciły do domu chore. Ale w domu była ogromna bieda. "Mając dziewiętnaście lat, byłabym wdzięczna za jednego pensa kieszonkowego na tydzień. Prosiłam ojca, ale powiedział: Po co kobiecie pieniądze?". Więc mając dziewiętnaście lat, dała ogłoszenie i dostała posadę nauczycielki w szkole (nie powiedziała gdzie, tyle że to było lepsze miejsce od następnego, w którym była guwernantką), ale zaoszczędziła dość, żeby opłacić podróż do szkoły w Brukseli. [...] Właśnie kiedy Jane Eyre odniosła sukces, obie siostry umarły na galopujące suchoty - bez żadnej pomocy lekarskiej, dlaczego - nie wiem. Ale ona powiada, że przy niej też nie będzie lekarza i że umrze samotnie, bo nie ma na świecie nikogo z krewnych czy przyjaciół, kto by ją pielęgnował, a jej ojciec śmiertelnie boi się pokoju chorego. Wydaje się niewątpliwe, że i ona już nosi znamię suchot"[15].
Choć Elizabeth Gaskell pozostawała z pastorem Brontë w dyplomatycznie serdecznych relacjach po śmierci Charlotte - był, w końcu, ojcem jej przyjaciółki - prawdopodobnie nigdy do końca się doń nie przekonała. Pierwsze wrażenie, podbudowane krążącymi plotkami, zadecydowało o jej rezerwie wobec tego człowieka. "Wysoki, przystojny mężczyzna ze srebrną szczeciną na głowie, niemal całkiem ślepy, mówi z silnym szkockim akcentem - pisała do znajomego. - Był dla mnie miły i uprzejmy, prawił mi dość wyszukane staroświeckie komplementy, ale w głębi duszy czułam przed nim strach, bo kilkakrotnie dostrzegłam piorunujące spojrzenie rzucane sponad okularów na córkę i już wiedziałam, z kim mam przyjemność"[16]. Ale w Życiu... wspomina, że gdy tylko Charlotte wychodziła z pokoju, zostawiając ją sam na sam z ojcem, ten od razu przystępował do szczegółowego wypytywania o sukcesy córki i odbiór jej książek. Był złakniony opinii innych na temat jej geniuszu i zdawał się pękać z dumy, gdy indagowana przezeń raz po raz pani Gaskell opowiadała mu o jej wielkiej sławie. Córka spełniła przecież jego własne ambicje literackie, którymi jeszcze w dzieciństwie zaraził swoje dzieci. Trzeba tu nadmienić, że pastor Brontë miał na swoim koncie nie tylko publikacje w miejscowej prasie związane z wykonywaną pracą duszpasterską, ale także opublikowane w młodości tomiki wierszy.
Choć podczas pracy nad biografią Elizabeth Gaskell powinna była przekonać się, iż obraz przedstawiający Patricka Brontë jako tyrana będącego postrachem najpierw żony, a potem swych dzieci, jest fałszywy, to właśnie taki, zniekształcony obraz wyłania się z kart jej książki. Był to też główny powód, dla którego biografka unikała wówczas kontaktu z plebanią. Upłynął okrągły rok od jej odwiedzin pastora w czerwcu 1855 roku - celem zebrania potrzebnych materiałów - nim ponownie przybyła do Haworth. Pod koniec lipca 1856 roku złożyła pastorowi i mężowi Charlotte, Arthurowi Bellowi Nichollsowi, niespodziewaną wizytę wraz z baronetem Jamesem Kayem-Shuttleworthem. Szczerze obawiała się konsultowania powstającej biografii z rodziną pisarki. Miała świadomość, że pastorowi może nie przypaść do gustu jego wizerunek powielający zarzuty z artykułu opublikowanego w "Sharpe", aczkolwiek o wiele bardziej obawiała się reakcji Nichollsa na fakt, iż większą część Życia... oparła na cytatach z korespondencji Charlotte. Mąż pisarki od początku był niechętny idei powstania biografii. Uległ tylko ze względu na stanowcze życzenie pastora, zastrzegając jednak, aby Gaskell koncentrowała się przede wszystkim na zawodowym życiu jego żony. Nie miał pojęcia, że Ellen Nussey udostępniła Elizabeth Gaskell kilkaset listów Charlotte. Świadoma tego wszystkiego pani Gaskell unikała bezpośredniej konfrontacji z rodziną tak długo, jak się dało, a do ponownych odwiedzin plebanii skłoniła ją tylko konieczność wydostania literackich rękopisów Charlotte. Nie ufając własnej sile perswazji, zwróciła się o pomoc do baroneta, który okazał mniej skrupułów i zdecydowanie zażądał od Arthura ich wydania. I tak Elizabeth Gaskell, po nocy spędzonej w pokoju, w którym umarła Charlotte, opuściła plebanię z manuskryptami angriańskich kronik, niepublikowanym Profesorem oraz Emmą - ostatnią, nieukończoną powieścią Charlotte Brontë.
Czytelników i biografów rodziny Brontë może nieco dziwić, dlaczego pastor nie sprostował niektórych ustępów biografii, skoro w korespondencji z autorką wyraził życzenie poprawienia w drugim wydaniu kilku błędnych informacji. Wydaje się, iż pewne ubarwienia potraktował tak jak te, które sam polecił skonstruować pani Gaskell, a które miały nadać przedstawianym postaciom pożądane rysy. Na to, że błogosławił jej twórczą inwencję, mamy dowody w postaci listów do biografki, a także wspomnienia zanotowanego przez Thomasa Akroyda, duchownego z Liverpoolu, który w 1857 roku odwiedził plebanię w Haworth. Gdy wyraził on wątpliwość, czy aby czytelnicy nie potraktują wszystkiego, co napisała Gaskell jak ewangelii, pastor Brontë odpowiedział: "Pani Gaskell jest powieściopisarką, jak panu wiadomo, i musimy pozwolić jej na odrobinę fantazji. Pomimo tego jednak książka jest w zasadzie prawdziwa, proszę pana. Są tam pewne rzeczy, wątpliwie - na przykład pewne rzeczy na mój temat - lecz mimo to książka jest w zasadzie prawdziwa, proszę pana, w zasadzie prawdziwa"[17].
Wiemy również, że pastor Brontë miał poczucie humoru, jest zatem możliwe, że własny przerysowany wizerunek w biografii, zaczerpnięty z krążących po okolicy plotek, mógł go z początku bawić. Książka zyskała jednak natychmiastowy rozgłos, który przeszedł oczekiwania wszystkich. Prawdą jest, iż często nie zdajemy sobie z czegoś sprawy, póki nie zaczynają o tym rozprawiać inni. Warto w tym miejscu przywołać fragment drugiej fundamentalnej pracy poświęconej rodzinie Brontë, napisanej przez Francisa A. Leylanda. Ukazała się ona wprawdzie szesnaście lat po śmierci pastora, lecz autor przywołuje w niej swe rozmowy z ojcem słynnego rodzeństwa, w których broni się on przed tymi pomówieniami:
"W rozmowie, którą przeprowadziłem z panem Brontë 8 lipca 1857 roku, wspomniał o upublicznieniu bezzasadnych zarzutów wobec niego i rzekł: "Nie wiedziałem, że w ogóle mam jakiegoś wroga, a tym bardziej takiego, który zniesławiłby mnie jeszcze przed śmiercią, dopóki nie ukazało się Życie Charlotte pani Gaskell. Wszystko w tej książce, co dotyczy mego postępowania względem rodziny, jest albo fałszem, albo przekłamaniem. Nigdy nie popełniłem czynów, które mi przypisano". W późniejszej rozmowie pan Brontë wyjaśnił, że mianem "wrogów" określił "fałszywych informatorów tudzież nieprzyjaznych krytyków". Podejrzewał, że pani Gaskell dawała wiarę wiejskim plotkom i zasięgała informacji u jakiejś odprawionej służącej.
Przyjrzyjmy się źródłom tych pomówień. Pani Gaskell powiada, że jedną z jej informatorek była "poczciwa stara kobieta", która pielęgnowała panią Brontë w czasie choroby. Wiadomo wszakże, iż bez względu na zalety, które osoba ta być może posiadała, jej sumienność oraz prawość nie były najwyższej próby i że wykryto w jej postępowaniu coś, co kazało panu Brontë natychmiast ją odprawić. Aby wyjaśnić przyczyny swego zwolnienia, a przy tym skrzywdzić pana Brontë, osoba ta opisała charakter i postępowanie duchownego, koloryzując je za pomocą anegdot, które znalazły się w pierwszym wydaniu Życia Charlotte; w taki oto sposób pani Gaskell poznała tę osobę oraz te historie. Nancy Garrs, która jako młoda kobieta wiernie służyła panu Brontë w Thornton, by następnie przeprowadzić się wraz z rodziną chlebodawcy do Haworth, i która żyje jeszcze - obecnie jest wdową, nazywa się Wainwright - sędziwa, dobrze znana mieszkanka Bradford, poinformowała mnie, że owa "jedwabna suknia", którą pan Brontë rzekomo podarł na strzępy, była w istocie z perkalu, nienowa już, i że panu Brontë nie podobały się jej ogromne rękawy, toteż pewnego dnia, gdy nadarzyła się okazja, odciął je. Był to żart, co pani Brontë natychmiast odgadła i udawszy się na piętro po suknię, przyniosła ją na dół, mówiąc do Nancy: "Spójrz tylko, co zrobił; teraz dostanie się ona tobie". Nancy twierdzi, że pozostałe historie są całkowicie bezpodstawne. Powiada, że pan Brontë był "najczulszym mężem; nikt nigdy nie miał też czulszego ojca i lepszego pana od niego"; i że "wcale nie był człowiekiem gwałtownego usposobienia; wręcz przeciwnie""[18].
Wszystko to szczegóły, ale one przecież decydują o tym, jak postrzegają nas inni. Późniejsze prace poświęcone rodzinie Brontë dowiodły zresztą prawdziwości tych sprostowań. "Protesty oraz słowa zaprzeczenia ze strony pana Brontë, jak również to, że dowiódł nieprawdziwości pogłosek na swój temat, przyniosły skutek; toteż w wydaniu Życia Charlotte Brontë z 1860 roku pominięto wszelkie zarzuty dotyczące pastora, wobec których wyraził sprzeciw. - Pan Brontë miał osiemdziesiąt cztery lata, kiedy doczekał się skutków opieszałego działania sprawiedliwości. Warto również nadmienić, że mieszkańcy Haworth, ujrzawszy wyolbrzymione i błędne stwierdzenia ogłoszone drukiem przez panią Gaskell, głośno wyrazili dezaprobatę"[19]. Nic dziwnego skoro przedstawiła ich w książce jako barbarzyńców. W obronie pastora stanął też Nicholls. Przesłał Elizabeth Gaskell listę tego, co należy poprawić w trzecim wydaniu Życia... Powiadomił również wydawcę, George'a Smitha, że zarówno on, jak i Patrick Brontë życzą sobie, aby pokazać im ustęp przedstawiający charakterystykę mieszkańców Haworth przed publikacją trzeciego wydania książki. Ich prośba nie została jednak uwzględniona.
Omawiając okoliczności powstania pierwszej biografii Charlotte Brontë, nie sposób przeoczyć też faktu, jak udało się wydobyć zgodę męża pisarki na publikację korespondencji Charlotte bez wtajemniczenia go w fakt, że - wbrew jego życzeniu - listy żony posłużyły za główny materiał źródłowy książki. Trzeba przyznać, iż epizod ten nie rzuca najlepszego światła na wizerunek biografki. Mimo stanowczego zastrzeżenia pastora Brontë, wedle którego rękopis Życia... mają prawo przeczytać przed publikacją wyłącznie: mąż, rodzina, wydawca, redaktor oraz pan Gaskell - z którym powieściopisarka konsultowała swe utwory - autorka nie dotrzymała słowa, które w Anglii po dziś dzień znaczy więcej aniżeli zysk materialny, gdyż wiąże się z honorem. Nie tylko bowiem ojciec, ale też mąż Charlotte nie otrzymali rękopisu do wglądu, lecz na dodatek zobaczyła go osoba nieprzewidziana w wykazie pastora - Ellen Nussey. Nie wiedząc o tym zastrzeżeniu, wyraziła ona życzenie zobaczenia udostępnionych przez nią listów przed publikacją. Pani Gaskell zaprosiła zatem dozgonną przyjaciółkę Charlotte do swej rezydencji przy Plymouth Grove w Manchesterze i - jak oświadczyła w liście do Smitha, pisanym 15 sierpnia 1856 roku - "przeczytała Ellen na głos stosowne ustępy". Miało to wyjaśnić wydawcy, iż nie odstąpiła od woli spadkobierców pisarki. Jednakże Nussey, w liście pisanym do niego cztery lata później - 1 czerwca 1860 roku - wspomina, iż niezręcznie było jej czytać biografię, gdy dowiedziała się o wyraźnym życzeniu pastora. Dodaje również, że przeczytała cały tekst książki, z którą pani Gaskell zostawiła ją sam na sam, ponieważ "podczas wizyty była chora i rzadko opuszczała swój pokój"[20].
Z perspektywy czasu są to, oczywiście, drobiazgi, wspomina się o nich jednak, gdyż pozwalają czytelnikowi ukształtować sobie obraz ludzi, którzy decydowali o legendzie Brontë. I tak, choć zasługi Elizabeth Gaskell zarówno dla tej legendy, jak i dla światowej biografistyki są nieocenione, trzeba przyznać, iż wobec ukochanego męża Charlotte nie postępowała uczciwie. Zachowała pewne uprzedzenia i pielęgnowała je. Być może stały za tym jej unitarianizm i jego konserwatyzm w kwestiach kościoła, który nakazywał mu uznawać unitarian za sektę. Może było to coś znacznie bardziej osobistego - otwartość i światowość pani Gaskell w relacjach międzyludzkich, okraszana kokieteryjnym humorem, kłóciła się z introwertyzmem Arthura. Póki żyła Charlotte, póty była Elizabeth Gaskell zdecydowaną orędowniczką jej szczęścia. Sama starała się wynaleźć dla Arthura dobry wikariat, byle tylko przezwyciężyć główny powód niechęci ojca pisarki do tego związku, jakim wydawało się ubóstwo młodego wikarego. Lecz po śmierci Charlotte Arthur, wrogi upublicznianiu prywatnego życia żony, wydał się pani Gaskell poważnym zagrożeniem dla ukończonej właśnie biografii. Nie można było wydać książki bez zgody spadkobiercy na publikację korespondencji - z czego zdawała sobie sprawę nie tylko Gaskell, lecz wydawca. Tymczasem, jak już wspomnieliśmy, spadkobierca był niechętny zarówno samej książce, jak i cytowaniu listów. Ba, nie miał pojęcia, że idą do druku! Co można począć w takiej sytuacji, jeżeli zdecydowanie pragnie się uniknąć konfrontacji? Można zrobić unik. Przesłać do podpisania odpowiednio skonstruowane oświadczenie o mocy prawnej. I tak, po przedyskutowaniu sprawy z Elizabeth Gaskell, uczynił George Smith. Mając wątpliwą opinię o intelekcie Nichollsa - który z samego faktu, iż był kimś spoza elity kulturalnej, uchodził w jego oczach za prowincjusza - przesłał mu rodzaj umowy. Wynikało z niej, że spadkobierca musi odstąpić prawa autorskie do wszystkich cytowanych w książce listów Charlotte Brontë. Arthur nie znał książki i nie wiedział, o które listy chodzi, ani i ile ich jest, wbrew temu jednak, co myślano o nim w Londynie i Manchesterze, nie był głupi. Świadomy konsekwencji podpisania tej "umowy" uprzejmie odmówił przekazania pani Gaskell praw autorskich do cytowanych przez nią listów - "Nie dlatego, bym chciał domagać się teraz, czy kiedykolwiek roszczeń pieniężnych od pani Gaskell w związku z pracą, w którą została zaangażowana, lecz po prostu dlatego, że gdybym to zrobił [tzn. podpisał oświadczenie], pozbawiłbym się w ten sposób możliwości dalszego korzystania z udostępnionych rękopisów. [...] Od czasu do czasu przekazywałem jej pewne rękopisy, lecz nigdy z myślą, by dawać jej wyłączne do nich prawo"[21].
Dziś, znając wszystkie okoliczności, wyraźnie widzimy, że na mężu Charlotte usiłowano wywrzeć presję. Kolejnym listem wydawca przyparł wdowca do muru, czyniąc go odpowiedzialnym za "szkodę, jaką to wyrządzi jakości dzieła pani Gaskell, a przez to także reputacji jego żony". Podkreślił "ból, jaki sprawi pastorowi Brontë świadomość, że biografia córki nie została należycie zabezpieczona"[22]. Nic prostszego niż w korespondencji z mężem na temat przedwcześnie pochowanej żony wpędzić go w poczucie winy. Więc Arthur uległ - jak mógł nie ulec? - podpisał oświadczenie i odesłał. Sprawa jednak nie dawała mu spokoju. Przeczuwał, iż skoro nie pokazano mu książki, a zażądano podpisania oświadczenia o udostępnieniu praw autorskich biografce i wydawnictwu, jest to zakrojona na wielki zysk manipulacja mająca na celu wykorzystanie naiwności i niewiedzy spadkobierców. Pastor Brontë był już po osiemdziesiątce. Nie liczono się z nim, zlekceważono jego prośbę o to, by skonsultować z rodziną tekst biografii przed jej publikacją. W tej konfiguracji, gdzie to ojciec "zamawiał" napisanie książki o Charlotte, mąż plasował się zdecydowanie na drugim miejscu i był, co tu ukrywać, niewygodny. Otrzymawszy więc zamiast rękopisu biografii swoistą "umowę", podpisał ją wprawdzie, lecz trzy dni później przesłał wydawcy drugi dokument - własne oświadczenie: "Podpisałem załączony dokument, jako że najwyraźniej uważane jest za rzecz oczywistą, iż powinienem to zrobić, choć - muszę przyznać - nie wiem dlaczego. Pani Gaskell nigdy nie ustalała ze mną niczego w sprawie przekazania jej praw autorskich do żadnych rękopisów na potrzeby biografii mojej żony czy jakichkolwiek innych. Mam nadzieję, iż nie będzie się żądać ode mnie już nic więcej w sprawie, która od początku do końca była dla mnie źródłem bólu i irytacji, gdyż wciągnięto mnie w sankcjonowanie czegoś, co jest dla mnie całkowicie odrażające. W istocie tylko pragnienie, by stało się zadość woli i życzeniom Pana Brontë, mogło skłonić mnie, bym przychylił się do projektu, który w moich oczach graniczy z profanacją"[23]. I dodał jeszcze w następnym liście: "Pozwoliłem Pani Gaskell zapoznać się z pewnymi dokumentami, lecz przed złożeniem mojego podpisu w oświadczeniu, które Pan przesłał, nigdy nie upoważniłem jej do opublikowania ani jednej linijki spośród rękopisów czy korespondencji mojej żony; nigdy nie było o tym mowy aż do otrzymania Pańskiego listu nie miałem nawet świadomości, iż było to brane pod uwagę"[24]. Od tej chwili George Smith zaczął liczyć się z tym człowiekiem. Człowiekiem, którego nie znał, o którym zaledwie słyszał, i o którym zdążył wyrobić sobie pochopne zdanie. Tymczasem okazało się, że wybór Charlotte Brontë nie był chyba przypadkowy, jak się zdawało wielu osobom, a niektórym wydaje do dziś.
Należy w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym epizodzie związanym z genezą biografii. Być może zdoła on poprawić wśród czytelników Charlotte Brontë obraz jej męża, którego problematyczny wizerunek przenoszą w swoich pracach biografowie rodziny Brontë po dziś dzień. Otóż, wydostawszy rękopisy Charlotte podczas wspomnianej niespodziewanej wizyty na plebanii, pani Gaskell wraz z baronetem Kayem-Shuttleworthem zwrócili przede wszystkim uwagę na ukończoną, pierwszą dojrzałą powieść Brontë, Profesor, której pisarce nigdy nie udało się opublikować. Baronet zapalił się do pomysłu, że sam przejrzy utwór, który wydał mu się zbyt kontrowersyjny, i przystosuje tekst do współczesnego - tzn. wiktoriańskiego - czytelnika (sic!). Zarówno on, jak i pani Gaskell uznali, iż pewne partie powieści zostały "zeszpecone grubiaństwem i bluźnierczym cytowaniem Pisma Świętego, czego nie ma w innych pracach Charlotte Brontë"[25]. Jednak Elizabeth Gaskell, mimo iż przekonana co do słuszności tych argumentów, uznała, że nie można podejmować żadnych kroków bez konsultacji z rodziną. Dobrze pamiętała, że Charlotte nie lubiła sir Jamesa; miała o nim co najmniej lekceważące zdanie i z całą pewnością nie chciałaby, aby to on rewidował jej powieść. Trzydziestego lipca 1856 roku napisała więc zarówno do George'a Smitha, jak i Arthura Nichollsa. Była przekonana, że mąż Charlotte, który, jak sądziła, sprzeciwia się wszelkim publikacjom żony, będzie nieprzychylny ogłoszeniu jej pierwszej powieści. Stało się tymczasem wprost przeciwnie: Arthur chciał publikacji Profesora. Zawsze poważał twórczość Charlotte, czytał jej książki, podobały mu się. Jego zdaniem niewydana powieść nie tylko powinna się ukazać, lecz i trafić do czytelników... bez jakiejkolwiek ingerencji w tekst! Po otrzymaniu od Smitha propozycji publikacji przeczytał Profesora na głos pastorowi i zgodnie uznali, iż "z wyjątkiem dwóch lub trzech mocnych wyrażeń, które mogą prowadzić do błędnej interpretacji, żadne zmiany nie są konieczne. Gdyby rzeczywiście były, nie moglibyśmy wyrazić zgody na publikację powieści"[26].
Profesor ukazał się na początku czerwca 1857 roku, dwa miesiące po premierze biografii. Trafił do rąk czytelników w takim kształcie, w jakim pozostawiła go Charlotte Brontë, i opatrzony jej własną przedmową. Mimo iż Arthur czuwał nad każdym słowem utworu, skromnie odmówił podania swego nazwiska jako redaktora, choć w rzeczy samej nim był. Jedynie pod przedmową Charlotte zamieścił krótki dopisek. Zapytany przez Smitha o honorarium, również przywiódł pamięć żony: "niech będzie wyliczone według ostatniej stawki - czyli Villette - ale stosownie mniejsze". Otrzymał 220 funtów plus 50 á conto wydań za granicą. Nawet pani Gaskell zwróciła uwagę Smithowi, że kwota jest stanowczo zbyt mała i Arthur powinien otrzymać więcej. W tym czasie musiała już zrozumieć motywy Charlotte, której intuicja nakazała wybrać na męża tego bezinteresownego, uczciwego człowieka. Sama odebrawszy za Życie Charlotte Brontë 800 funtów - kwotę, jakiej nigdy nie otrzymała bohaterka jej książki - poprosiła wydawcę o przekazanie 100 funtów z jej honorarium dla parafii w Haworth na pompę do oczyszczania wody pitnej, o której zainstalowanie od lat walczył pastor.
Charlotte Brontë i Elizabeth Gaskell różniło nie tylko to, że pisarka przez całe życie jak mogła stroniła od plotek, a biografka, znakomicie ustosunkowana w literackim środowisku, nadstawiała na nie uszu. Samo to, że Gaskell była mężatką, żoną unitariańskiego pastora, matką i, w przeciwieństwie do Brontë, brylowała w towarzystwie, mogło - być może nawet powinno było - wznieść między nimi mur. Największy kontrast stanowiła tu jednak nie różnica doświadczenia, lecz wrażliwości emocjonalnej, która wypłynęła w korespondencji zresztą bardzo szybko, bo już kilka dni po tym, jak panie się poznały. Przy okazji wymiany zdań nad właśnie opublikowanym zbiorem Tennysona, In Memoriam (1850), zawierającym 131 elegii, które święcący w tym czasie swe największe triumfy poeta zadedykował tragicznie zmarłemu przyjacielowi po piórze, Arthurowi Hallamowi, Charlotte napisze: "Zamknęłam książkę, przeczytawszy utwór do połowy: jest piękny, jest żałobny, jest monotonny. Wiele wyrażonych w nim uczuć nosi cechy autentyczności, gdyby jednak Arthur Hallam był kimś bliższym Alfredowi Tennysonowi, gdyby był mu bratem, a nie przyjacielem, miałabym wątpliwości co do tego rymowanego, miarowego, drukowanego pomnika rozpaczy. Nie wiem, jakich zmian dokonuje upływający czas, ale wydaje mi się, że dojmujący ból, póki świeży, nie wypływa wierszem"[27].
Bardzo mocne to słowa, zwłaszcza gdy przenieść je na przestrzeń całej sztuki, a taką miarą mierzyła Charlotte Brontë. I prawdziwe, bo podparte własnym doświadczeniem i tym, jak wpłynęło ono na jej twórczość. Brontë nigdy nie wydawała sądów bez pokrycia. A w tym czasie była już autorką nie tylko Jane Eyre, ale i Shirley, powieści będącej światem wzniesionym na gruzach, w której uwieczniła swoje zmarłe siostry, ocalając je na przekór losowi. Daleka była od wznoszenia pomników rozpaczy, bo choć rok wcześniej, po śmierci Emily i Anne, swoje uczucia również zawarła w wierszach, nie były one przeznaczone na użytek publiczny. Trenom tym towarzyszyło też zgoła inne przesłanie - nie rozdzieranie szat, lecz zwycięstwo nad mrokiem.
Bardzo szybko w relacji Elizabeth Gaskell z Charlotte Brontë okazało się, że "Jane Eyre", bo tak ją w wielkim Londynie nazywano, mierzy literaturę wyłącznie własną miarą - miarą prawdy, za nic mając artystyczne ambicje. Jej zdaniem sztuka była w służbie prawdy. Na tej podstawie potrafiła podważyć największe nawet pióra, z czym znakomicie ustosunkowana pani Gaskell nie mogła oczywiście się zgadzać. Ale, jak widać z korespondencji, nie musiała powstrzymywać języka za zębami, co najlepiej dowodzi autentycznej więzi duchowej, jaka zawiązała się między nią a pisarką. "Jest ogromnie milcząca i bardzo nieśmiała, a kiedy mówi, szczególną uwagę zwraca jej niezwykła umiejętność posługiwania się prostymi słowami i sposób, w jaki używa języka dla wyrażania myśli. Różnimy się z nią i kłócimy niemal w każdym przedmiocie - ona nazywa mnie demokratką i nie znosi Tennysona - ale polubiłyśmy się chyba serdecznie i mam nadzieję, że wyjdzie z tego przyjaźń"[28]. - Wyszła, wierna i uczciwa, taka, jaką prawdziwa przyjaźń być powinna. Dowodzi tego najlepiej właśnie fakt, że pani Gaskell była jedyną osobą z kręgu ówczesnej elity intelektualnej, którą Brontë zaprosiła do swego domu. Nie nastąpiło to prędko, bo równo trzy lata później, we wrześniu 1853 roku. Był to dla Charlotte wyjątkowo trudny okres, gdyż borykała się z problemami natury osobistej, wręcz intymnej - zaledwie przed kilkoma miesiącami Nicholls opuścił Haworth. Przyczyną było zainteresowanie młodego wikarego Charlotte, które wywołało nie tylko wściekłość pastora, ale i skandal, o którym mówiła cała wioska. Fakt, że pisarka zdecydowała się zaprosić panią Gaskell do siebie w tym czasie, świadczy o duchowym wsparciu, jakie musiała w tej światowej kobiecie znajdować. Swoje wrażenia, podobnie jak przed trzema laty, notowała Gaskell na bieżąco:
"Skręciliśmy w bok od kościółka w wąski zaułek, minęliśmy dom wikarego, szkołę i wzdłuż zapowietrzonego cmentarza dojechaliśmy do furtki ogródka plebanii. Weszłam - niemal wypchnął mnie z powrotem gwałtowny podmuch wiatru pędzącego po żwirowanej wąskiej dróżce, okrążyłam róg domu, wyszłam na spłachetek trawy okolony niskim kamiennym murem, spoza którego wychylały się co ambitniejsze nagrobki.
Panna Brontë przywitała mnie ogromnie serdecznie, a pokój stanowił uosobienie ciepła, przytulności i wygody, pąsowy przeważa w umeblowaniu, to dobrze robi przy tej ponurości na zewnątrz. W pomieszczeniach przez nią używanych wszystko w ciągu kilku ostatnich lat zostało odnowione, a meble i drobiazgi są zachwycająco harmonijne. Wszystko proste, w dobrym gatunku, może zaspokoić wszelkie rozsądne potrzeby, a przy tym dokładnie, skrupulatnie czyste. Ona sama jest tak schludna, że wstydzę się najmniejszych śladów nieporządku - krzesło niepostawione na miejscu - robótka porzucona przy stole - razi, jak zauważyłam, jej wrodzone poczucie ładu, ale nie psuje humoru - rozumiesz, na czym polega różnica. W pokoju wisi jej podobizna rysowana przez Richmonda, prezent od wydawnictwa Smith, Elder dla jej ojca, niedawno robiony sztych portretu Thackeraya i dobra podobizna księcia Wellingtona. Mój pokój jest nad stołowym, miałam stamtąd ten sam widok, w pewnym świetle - zwłaszcza przy księżycu - bardzo piękny. Pastor Brontë przebywa niemal wyłącznie w pokoju naprzeciwko (na prawo od drzwi frontowych), za jego bawialnią jest kuchnia, a za stołowym - składzik, coś w rodzaju spiżarni. Sypialnia pana Brontë jest nad jego bawialnią, sypialnia jego córki - nad kuchnią. Służących - nad spiżarką. Gdzie sypiała reszta domowników, kiedy byli dużą rodziną - nie potrafię odgadnąć. Wiatr gwiżdże, jęczy i szlocha wokół tego kanciastego, nieosłoniętego budynku, dziwnie i niesamowicie"[29].
Jakże współcześnie brzmi ta relacja! Jak pokrewne odzwierciedla uczucia do tego, co czują dzisiejsi czytelnicy zafascynowani legendą Brontë, którzy przekraczają próg tego domu. Z listu widać, że to, co przyciąga nas tutaj, było tym samym już przed stu sześćdziesięciu laty. Tym, co uderza jednak w słowach Elizabeth Gaskell, jest jakiś szósty zmysł, który nakazał jej tak zarejestrować przebieg tamtej wizyty, by uwieczniona została tajemnica. Ostatnie zdanie brzmi jak żywcem wyjęte z opisu pierwszej nocy, jaką Lockwood spędził pod dachem Wichrowych Wzgórz. Mamy tu doskonałą scenerię, a obrazu dopełnia relacja młodziutkiej służącej, Marthy Brown, o samotnych nocnych wędrówkach Charlotte Brontë wokół stołu w bawialni: "Od maleńkości panna Charlotta, panna Emilia i panna Anna odkładały po modlitwie robótki i prawie do jedenastej chodziły jedna za drugą naokoło stołu w jadalni. Panna Emilia chodziła tak, póki starczało sił, po jej śmierci krążyły dalej panna Charlotta i panna Anna, a teraz serce mi się kraje, kiedy słyszę, jak panna Charlotta chodzi, chodzi, chodzi…".[30]
Więź między pisarkami potwierdza również fakt, że Charlotte Brontë pełna wątpliwości co do swej decyzji w kwestii poślubienia Nichollsa panieńskie wieczory na miesiąc przed ślubem spędzała między innymi właśnie u Elizabeth Gaskell w jej domu w Manchesterze. (Ciekawostką jest tu fakt, że Gaskell zaprosiła również Arthura, lecz Charlotte nie powiedziała mu o tym, gdyż wolała jechać sama). Dowodzi, wreszcie, autentyczna troska pani Gaskell o przyszły los pisarki. Otóż mając w pamięci skromne życie na plebanii i to, że jednym z argumentów pastora przeciw Nichollsowi był fakt, iż nie był on zamożnym człowiekiem, a tylko ubogim wikarym, Elizabeth Gaskell dyskretnie, bez wiedzy Charlotte, zwróciła się z prośbą do znanego filantropa, Richarda Moncktona Milnesa (późniejszego lorda Houghtona), by użył swoich wpływów w Królewskim Funduszu Literackim[31] i wystarał się dla pisarki o skromny grant. Doszedłszy jednak do wniosku, że Charlotte nie przyjęłaby go, pani Gaskell zaczęła starać się o poprawienie materialnej sytuacji przyszłego męża pisarki; w tym celu zwróciła się nawet z prośbą do arcybiskupa Kościoła anglikańskiego w Leeds w nadziei, że ten zapewni mu wikariat.
Troskę o przyszłość Charlotte odnajdujemy także w listach Elizabeth Gaskell z tego okresu: "Strasznie się boję, że on jej nie pozwoli utrzymywać bliskich stosunków z nami, heretykami. Ona chyba też się tego trochę lęka… Wydaje mi się, że to bardzo dobry człowiek, tylko surowy i bigot, ale może mi się tylko tak wydaje"[32]. Czy tym pisanym już po wyjeździe Charlotte: "Nie przypuszczam, aby panna Brontë wkrótce stała się bigotką ani żeby kiedykolwiek straciła szczere dla mnie uczucie, ale obawiam się troszkę o jej szczęście, a to dlatego, że on ma umysł ciasny, a ona nie. Jest dobry, szczery, uczciwy, serdeczny, ale jest również ograniczony, a ona nigdy taka nie będzie"[33].
Kolejną zasługą książki Elizabeth Gaskell jest pierwsze udostępnienie czytelnikowi listów pisarki i to już zaledwie dwa lata po jej śmierci. Wprawdzie Elisabeth Jay podkreśla, że "schemat "życie i listy", w którym narracja przeplata się z wypowiedziami podmiotu badań, był już wówczas ugruntowany. Jednakowoż Angus Easson (biograf Elizabeth Gaskell) z pewnością słusznie nam przypomina, iż powstałe w ten sposób u czytelnika wrażenie bezpośredniego dostępu do bohatera biografii winna ostudzić świadomość, że to biograf decyduje o tym, które listy dane nam będzie przeczytać"[34]. W przypadku Charlotte Brontë jest to sprawa kluczowa, gdyż przed różnymi adresatami odsłaniała różne twarze i tylko zestawienie ich wszystkich może dać obraz rzeczywistej osobowości pisarki. Tymczasem "skarb w postaci około czterystu listów zgromadzonych przez Ellen Nussey stworzył podłoże dla snutej przez Gaskell opowieści, ale dobór poruszanych przez Charlotte zagadnień oraz ton korespondencji prawdopodobnie często odzwierciedlał zaściankową i niekiedy dość sentymentalną bogobojność Ellen - zauważa Jay. - Ellen nie była też wtajemniczona w sekrety drugiego życia przyjaciółki, które ta wiodła pod nazwiskiem Currer Bell. William Smith Williams, recenzent w wydawnictwie George'a Smitha, udostępni zbiór listów o większej wartości literackiej. Pełen werwy, acz bardziej jednorodny styl, w jakim Gaskell pisała listy, nie przygotował jej na różnorodność osobowości ujawniających się w listach Charlotte. Dziękując Williamsowi za pożyczkę, napisała: "Przeczytałam je pośpiesznie i bardzo podoba mi się ton, w jakim zostały napisane; ciekawe, jak bardzo duch, w którym pisała, różnił się w zależności od osoby, do której kierowała korespondencję". Pozostałe z ujętych w biografii listów miały - na życzenie ich adresatów - przedstawiać bardziej osobiste wynurzenia Charlotte"[35]. Decyzja ta odpowiada credo Elizabeth Gaskell przyjętemu przez nią dla Życia Charlotte Brontë: "Powzięłam postanowienie, że jeżeli mam pisać, to będę pisała szczerze; niczego nie ukrywając, jakkolwiek o niektórych rzeczach, przez wzgląd na ich istotę, nie można było mówić równie otwarcie, jak o innych".
Oczywiście pani Gaskell nie miała dostępu do materiałów epistolarnych, jakimi dysponowali późniejsi biografowie i badacze brontëanów, więc wizerunek Charlotte, jaki wyłania się z przytoczonych listów, daje rzeczywiście bardzo subiektywny obraz. Jednak, jak już wspomnieliśmy, będąc świetnym obserwatorem, mając w dodatku przywilej obcowania z pisarką w jej domu, Gaskell przybliżyła nam Brontë tak, jak nie uczynił tego nikt inny. To prawda, że dziś, gdy dostępne są rzetelne opracowania korespondencji Charlotte Brontë, Życie... nie powie nam w tej materii nic nowego, a nawet pozwoli dostrzec solidne braki oraz ślady cenzury - biografia powstawała przecież w czasie, gdy znakomita większość bohaterów tej opowieści żyła - niemniej trzeba mieć świadomość, że Gaskell była tu prekursorem.
Upływowi czasu nie poddały się świadectwa osobiste. Obok tego najważniejszego, na którym opiera się większa część książki, a które zawdzięczamy ojcu pisarki, gdyż udostępnił on Elizabeth Gaskell wszelkie materiały związane z Charlotte - a także z Emily, Anne i Branwellem, których pani Gaskell nie dane było już poznać - na uwagę zasługują uwiecznione tu wspomnienia dwóch najbliższych przyjaciółek pisarki, Ellen Nussey i Mary Taylor. Jak już powiedziano, Charlotte Brontë zaprzyjaźniała się bardzo oszczędnie. Z jednej strony chorobliwie nieśmiała, z drugiej bardzo pewna swych racji, miała naturę introwertyczną i była przewrażliwiona na punkcie własnej osoby, co wywoływało spięcia w błahych sytuacjach i nieporozumienia, na których załagodzenie przystawała niezbyt ochoczo, ponieważ była także uparta. Zresztą gdyby nie te sprzeczności, prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy o jej istnieniu, albowiem nie z doskonałości charakteru ulepiony jest geniusz. W bezpośrednim obcowaniu takie natury jak Brontë wymagają jednak bezgranicznej cierpliwości, szczerego oddania i bezinteresownej wierności. Ona miała to szczęście, że bardzo wcześnie, jeszcze w szkole w Roe Head, spotkała na swej drodze aż dwie takie osoby. Najciekawsze w tym jest to, iż ani z Ellen, ani z Mary nie dzieliła zainteresowań literackich. Nie było tu też wspólnej wrażliwości emocjonalnej - Charlotte obca była romansowa natura Ellen i rzeczowość twardo stąpającej po ziemi Mary. Zważywszy na więź, jaka połączyła ją w późniejszych latach z panią Gaskell, można zaryzykować twierdzenie, że Brontë lgnęła do osób, z którymi więcej różniło ją, aniżeli łączyło. Nie dzieliła zatem z tymi szkolnymi przyjaciółkami nic, prócz tego najważniejszego, czego nie sposób jednoznacznie określić, a co sprawia, że wśród milionów ludzi, jakich spotykamy, pozostają tymi, którzy w chwili próby powiedzą: ja jestem tobą - ty jesteś mną.
Ciepła, prostoduszna, oddana całym sercem Ellen Nussey i bezpardonowa, zawsze konkretna, nierzadko apodyktyczna, lecz obdarzona wielką empatią intelektualistka, Mary Taylor. Łączyła je wprawdzie wspólna rodzina - Ellen była powinowatą Mary - ale na tym ich wzajemne więzi się kończyły. Należały do różnych światów - Nussey pochodziła z konserwatywnej ziemiańskiej rodziny, Taylor była córką radykała i republikanina. Były sobie obce także na płaszczyźnie duchowej. Połączyła je jednak osobowość znacznie od nich silniejsza, z natury stworzona do rzeczy wielkich, a zagubiona w codzienności: Charlotte Brontë. Ani Mary, ani tym bardziej Ellen nigdy nie żyły literaturą, którą Charlotte najpierw była karmiona przez ojca, a później wchłaniała sama. Żadna z nich nie miała pojęcia, czym jest geniusz, obie jednak instynktownie wyczuwały to, co o nim stanowi: skomplikowaną naturę swojej szkolnej koleżanki. Tak więc bardzo wcześnie, bo już w czternastym roku życia, przekonała się Charlotte o wartości prawdziwej przyjaźni.
O przyjaźni decyduje nie tylko wierność człowiekowi, lecz także ta, której dochowujemy pamięci o nim. Jej zapis pozostawia właśnie książka Elizabeth Gaskell we wspomnieniach Ellen Nussey i Mary Taylor. O ile Nussey w kolejnych latach będzie bardzo chętnie wypowiadać się na temat swych relacji z wielką pisarką i jej rodziną, a z upływem czasu zacznie też uzurpować sobie wyłączność, jeśli chodzi o wiedzę na temat prywatnego życia Charlotte Brontë, o tyle Taylor uczyniła dla Życia... wyjątek i później konsekwentnie odmawiała już udzielenia jakichkolwiek wypowiedzi. Ellen przeciwnie, przez blisko pół wieku na próżno będzie toczyć walkę z mężem pisarki o możliwość opublikowania jej listów. Mary, niestety, zniszczy całą korespondencję, pozostawiając z niej tylko jeden list, w którym opisana została pierwsza wizyta Brontë u jej londyńskiego wydawcy. Fakt ten jest tym boleśniejszy, że Charlotte, zdając sobie sprawę z pewnej ograniczoności Ellen, w korespondencji z Mary prawdopodobnie wykraczała poza te codzienne, często banalne sprawy, w które obfitują listy do Ellen. Wspomnienia, jakie Taylor pozostawiła pani Gaskell, świadczą o tym, że pisarka w swych rozmowach z nią poruszała tematy dla niej trudne, polegając na niezłomności ducha i szczerym, surowym osądzie przyjaciółki. Można zatem sądzić, że z chwilą emigracji Mary Taylor do Nowej Zelandii w 1845 roku, gdy wzajemne relacje zostały ograniczone wyłącznie do korespondencji, listy te mogły dotykać najważniejszych spraw Charlotte i jej rodziny. Mowa tu o najbardziej interesującym nas okresie, latach 1845-1855, kiedy plebania stała się scenerią kluczowych dla jej legendy wydarzeń, takich jak niejasne okoliczności powstania powieści, poprowadzenie przez Charlotte ukrywających się pod męskimi pseudonimami sióstr na parnas oraz ich przedwczesna śmierć. Niektóre, jak historię Branwella, zawoalowano, nadając romantyczne tło. Pani Gaskell tak przekonująco obarczyła winą za tragedię jedynego syna pastora dawną Lydię Robinson, a wówczas już lady Scott, że ta zagroziła skierowaniem sprawy na drogę sądową. Na marginesie warto tu dodać, że po lekturze biografii pastor napisał do autorki: "Wizerunki mego niezwykłego, nieszczęsnego syna i jego szatańskiej uwodzicielki - to arcydzieła"[36].
Nie istnieją dowody, które pozwalałyby twierdzić, że Charlotte Brontë wtajemniczała Mary Taylor we wszystko, co działo się w jej domu. Ale gest przyjaciółki to nie jedyny taki przypadek w korespondencji Brontë; zniknęła też m.in. większość listów do jej belgijskiego nauczyciela, Constantina Hégera (cztery znane listy ocalały jedynie przez przypadek) oraz wszystkie jego listy do niej. Zadecydowały tu sprawy natury intymnej. Przyjmuje się, iż Mary chciała chronić dobre imię swojej przyjaciółki, szybko obrastające własną legendą, przed ujawnieniem faktu, że miała ona romans z żonatym mężczyzną - o tej historii nie wiedział żaden z jej korespondentów. Jest to prawdopodobne. Ale Taylor mogła zostać wtajemniczona w więcej spraw, o znacznie większym ciężarze, które pisarka pragnęła ukryć przed światem, a było tego sporo. Nieprzenikniona mgła spowija życie Charlotte Brontë, zarówno to prywatne, jak i zawodowe. Możemy jedynie opierać się na przypuszczeniach. Możemy podejrzewać i snuć domysły, co naprawdę działo się w tym otoczonym grobami domu. Jaka była rzeczywista przyczyna śmierci Branwella Brontë? Dlaczego Charlotte tak obawiała się nagłej śmierci? Dlaczego tak zależało jej na anonimowości? Dlaczego w sprawach twórczych zawsze to ona wypowiadała się w imieniu sióstr? Dlaczego prawie nic nie ocalało z juweniliów i korespondencji Anne i Emily Brontë? Jaki charakter miała jej relacja z Constantinem Hégerem? Co naprawdę łączyło pisarkę z jej wydawcą, George'em Smithem? Dlaczego, wreszcie, będąc u szczytu sławy, nagle decyduje się poślubić prostego wikarego? Jak w rzeczywistości wyglądały jego oświadczyny w grudniowy wieczór 1852 roku, po których musiał pożegnać się z plebanią w atmosferze skandalu? Co skłoniło ją do późniejszej zmiany intercyzy na testament, w którym wszystko sceduje na niego? I, wreszcie, kwestia, która od stu sześćdziesięciu lat spędza czytelnikom sen z powiek: czy rzeczywiście to Emily Brontë napisała Wichrowe Wzgórza?… Na te pytania książka Elizabeth Gaskell odpowiedzi nie daje, wątki te nie są tu w ogóle poruszone. Czy przynajmniej niektóre z nich mogła znać Mary Taylor? Zachowała milczenie, aż do swej śmierci w 1893 roku, a treść listów zabrała z sobą do grobu. "Teraz żałuję, że nie zachowałam listów Charlotte, chociaż nigdy nie czułam, że byłoby to bezpieczne - do czasu, kiedy ostatnio zamieszkałam sama - pisała do Ellen Nussey w styczniu 1857 roku, przed ukazaniem się biografii. - Byłyby one znacznie lepszymi dowodami, a ponadto nieskończenie bardziej interesujące niż moje niedoskonałe wspomnienia. Ugruntowane poglądy sprawiają wrażenie absurdu, kiedy nie mają dobrej podstawy i nawet jeśli je pamiętam, mogą istnieć inne fakty, przeze mnie pominięte, które zapewne mogłyby je zmienić"[37]. Dlatego jej wspomnienia, choć oszczędne, stają się unikalnym dokumentem ocalonym przez pióro Elizabeth Gaskell.
Trudno stwierdzić, czy autorka Ruth rozumiała całą złożoność umysłu autorki Jane Eyre. Znając jej zdanie na temat powieści Charlotte, można mieć co do tego pewne wątpliwości. Elisabeth Jay przypomina, iż "pomimo faktu, że ojciec Charlotte nalegał, by Gaskell wyraziła swoje zdanie na temat opublikowanych dzieł jego córki, pozostała ona nieprzejednana, i zbyła go dość nieprzekonywającą wymówką, że "opinia publiczna ogłosiła już ten dekret i go przypieczętowała". Za tą odmową zdawały się kryć inne, głębiej osadzone powody. Po pierwsze i być może najważniejsze, nie była pewna, czy rzeczywiście podobają jej się powieści Charlotte"[38]. Potwierdzają to listy pani Gaskell. "W 1848 roku napisała na przykład do przyjaciółki: "Przeczytaj Jane Eyre, jest to nietuzinkowa książka. Nie wiem, czy mi się podoba, czy też nie. W dyskusji zajmuję zawsze stanowisko przeciwne do tego, które obiera mój rozmówca, po to aby usłyszeć jakieś przekonywające argumenty, które pomogą mi rozjaśnić sobie pogląd na daną sprawę". W 1850 roku napisała do lady Kay-Shuttleworth: "Zdaje mi się, że wspominałam już, iż wiele rzeczy w fabule Shirley nie przypadło mi do gustu, niemniej autorka wyraża własne myśli w sposób tak prawdziwy i odważny, że wielce ją podziwiam". Odważyła się nawet powiedzieć Charlotte Brontë wprost, że nie lubi Lucy Snowe"[39]. - Miała się czego obawiać - bohaterka ostatniej powieści Brontë, Villette, to przecież lustrzane odbicie samej Charlotte… Gdyby mowa była tu o dziełach Jane Austen czy samej pani Gaskell, można byłoby powiedzieć de gustibus non est disputandum. Lecz powieści Charlotte Brontë to powieści psychologiczne, więc taka bariera jest w tym miejscu równoznaczna z istnieniem jej także wobec człowieka, który powołał je do życia; równoznaczna z trudnością zaakceptowania zarówno jego sfery emocjonalnej, jak i poglądowej. Pani Gaskell miała tego świadomość: "Różnica między panną Brontë a mną polega na tym, że ona umieszcza w swych książkach całą posiadaną krnąbrność, a ja w moich całą dobroć. Jestem pewna, że przelewając ponure treści na karty utworów, usuwa je ze swojego życia; moje książki są natomiast o tyle lepsze ode mnie, iż często czuję wstyd, że je napisałam i myślę, że jestem obłudna"[40]. Nie była pierwszym pisarzem, którego ta krańcowa uczciwość przyprawiała o konfuzję, wprowadzając w stan moralnego niepokoju. Przed nią w potyczkach światopoglądowych z Brontë kapitulował sam Thackeray, największy z literackich idoli Charlotte.
Kluczem do powstania biografii było jednak nie uwielbienie - wówczas otrzymalibyśmy hagiografię - lecz tajemnica, jaką Brontë dla Gaskell nadal stanowiła. Mimo iż zdążyły się dobrze poznać, Charlotte nie przestała jej intrygować. Czytając Życie..., także i my doświadczamy osobistej próby zgłębienia czegoś wielkiego, co do ogarnięcia nie jest możliwe i na co popatrzeć z bliska nie sposób, co jednak pozwala się dostrzec z pewnej odległości, jak barwy i wiry Jowisza widoczne na wykonanych z daleka fotografiach. Takim Jowiszem nie tylko dla pani Gaskell, ale dla wszystkich, którzy mieli okazję zetknąć się z jego potęgą, pozostaje umysł Charlotte Brontë. Pani Gaskell będąc mądrą kobietą, od samego początku miała świadomość, że to, co intryguje, nie może być nigdy do końca zrozumiałe. Podziwiała wkład wniesiony przez Charlotte Brontë w literaturę, kulturę i życie społeczne. Oprócz wykreowania legendy, co zostało jej niejako narzucone przez ojca pisarki, za główne zadanie postawiła sobie ukazać z boku osobowość i umysł, które społeczeństwo uznało za wybitne jeszcze za życia. Pisała więc raczej z pozycji czytelnika, mimo iż przypadł jej w udziale przywilej bycia także przyjacielem. W biografii unika komentowania osobistego życia Charlotte, lecz je relacjonuje. W ten sposób, jak w dobrej powieści, daje czytelnikowi tę samą szansę, którą miała sama: podsuwa lunetę do obserwacji. Z jej szkła skorzystali wszyscy późniejsi biografowie, często popełniając przy tym jeden błąd: starali się zdefiniować i przyporządkować osobowość Charlotte Brontë do jakiegoś schematu, w czym celuje osławiona praca Lyndall Gordon. Tymczasem Brontë nie mieści się w żadnym schemacie i to właśnie decyduje o tym, że nie przestaje nas fascynować. To sprawia, że każda z napisanych na plebanii powieści, choć powstały w konkretnym historycznym czasie, opiera się prądom panującym wówczas w literaturze i nie daje zaszufladkować. Były pisane przecież z dala od tego świata, w którym zyskały rozgłos, w całkowitym odosobnieniu, każda na swój sposób wyrosła z buntu wobec wszystkiego, co było powszechnie usankcjonowane. Ich zasługą jest uświadomienie odbiorcy, że może, że powinien być sobą, nie kimś innym, mieć własne, niezależne zdanie i bez wahania przecinać gorset konwenansów.
Sekretu osobowości autorki Villette nie sposób do końca wytłumaczyć, można jedynie snuć przypuszczenia. Obserwując jej życie, decyzje i drogę twórczą, trudno nie zauważyć, że Brontë kapitulowała przed samą sobą. Rozwój jej talentu wyznacza właściwie dążenie do samopoznania. Jego eskalację odzwierciedla ostatnia, zaledwie rozpoczęta powieść, Emma, urywająca się po dwóch rozdziałach. Tu można postawić pytanie: dlaczego Charlotte odłożyła tę pracę, skoro nie zadecydowały o tym żadne gwałtowne okoliczności? Może dlatego właśnie, że przeczuwała, iż dojdzie w niej do samookreślenia? Wcześniej przecież nigdy nie zarzucała niczego bez wyraźnych przyczyn. Taka wierność sobie wynikała przede wszystkim stąd, iż, po prostu, Brontë nie podejmowała na płaszczyźnie literackiej działań, w które nie wierzyła. Tak było zawsze, taką postawę przyjmowała już w latach młodzieńczych, gdy powstawały jej juwenilia. W przeciwieństwie do większości ludzi pióra kosz na śmieci nie był jej w zasadzie potrzebny, bo do pisania również zabierała się dopiero wówczas, gdy miała już wszystko przemyślane i dojrzałe do przelania na papier. Pani Gaskell przytacza w biografii fascynujący zapis rozmowy z pisarką, gdzie zdradza ona tajemnicę swego geniuszu, opowiadając o czekaniu na impuls do pracy nawet całymi tygodniami, póki nie poczuje zamierzonej sytuacji, którą chce właśnie opisać, tak, jakby przeżyła ją naprawdę. Nie pozostawiła więc Charlotte Brontë pokreślonych brudnopisów, a w pracy twórczej była mistrzem konsekwencji. Emma została jednak odłożona na nigdy. Patrząc na okoliczności, w jakich powstawała, można odnieść wrażenie, że pisarka się rozmyśliła. Lekturze Emmy towarzyszy nieodparte przeczucie, że wraz z poznaniem tajemnicy lunatycznej dziewczynki poznalibyśmy sekret Charlotte Brontë. Czy ona sama chciała go poznać? Czym jest pisarz, który odgadł samego siebie? Brontë musiała być świadoma tego ryzyka. Nie rozpoznanie jest tu drogą, ale rozpoznawanie. Dla siebie samej wolała pozostać tajemnicą. Ta ostatnia, zarzucona powieść - jest to określenie słuszniejsze aniżeli niedokończona - gdyby powstała, stanowiłaby kropkę nad "i". Po lekturze tych dwóch rozdziałów mamy świadomość, że niczego tak nie pragniemy, jak dowiedzieć się, co dalej[41]. To tajemnica jest tym, co przyciąga do nazwiska Brontë, a urywająca się nagle Emma jest tej tajemnicy ukoronowaniem: pragnąc odpowiedzi, tak naprawdę nie chcemy jej poznać; wolimy szukać. I życie Charlotte Brontë, jej magnetyczna osobowość, zostało przerwane tak jak ta powieść, o której wiemy tylko jedno: gdyby powstała, byłaby największa, ale - byłaby.
To tajemnica fascynuje nas, nie poznanie. Podobnie jest również z legendą Brontë. Miała tego świadomość Elizabeth Gaskell, która okazała się tu także znakomitym psychologiem. Pozycja obserwatora, jaką przyjęła względem swej przyjaciółki, stanowi największą wartość Życia Charlotte Brontë. Mimo to jednak nigdzie na świecie książka ta nie jest już publikowana bez licznych przypisów i komentarzy. Pozostając arcydziełem wśród utworów z gatunku literatury faktu, biografia nie może być obecnie jako taka prezentowana. "Od początku zobaczyła w Charlotcie nie tyle pisarkę, ile bohaterkę powieści, i nic w tym dziwnego, taka optyka narzucała się w sposób oczywisty - zauważa Anna Przedpełska-Trzeciakowska. - Temat wymarzony dla Gaskellowskiego pióra: dzielna samotna kobieta, mieszkająca na odludziu, borykająca się z losem, świadoma swego talentu i odpowiedzialności, jaką za ów talent ponosi, opiekująca się zniedołężniałym, starym ojcem. Wszystko to znajdujemy już w pierwszych listach pani Gaskell, zadyszanych i pełnych podniecenia. Bohaterka niemal jak z niemieckich romansów, przyjmująca jednak inną pozycję wobec otoczenia: nie poddaje się losowi i nie oczekuje wyzwolenia, próbuje natomiast czynnie nadać kierunek biegowi zdarzeń. Aby mocniej zarysować postacie i sytuacje, trzeba było to i owo dodać, a to i owo ująć. Najgorzej na tych zabiegach wyszedł pastor Brontë"[42].
Gaskell zastosowała w Życiu Charlotte Brontë narrację pierwszoosobową. Elisabeth Jay zauważa, że pozwoliło jej to "przyjąć w oczach czytelnika stanowisko przyjaciółki zmarłej"[43]. Współczesne oksfordzkie wydanie symbolicznie przedstawia na okładce kolaż słynnych portretów obu pisarek namalowanych przez George'a Richmonda. Obrazy dyskretnie na siebie nachodzą. Okładka daje do zrozumienia, że to Charlotte Brontë stworzona ręką Elizabeth Gaskell. Na marginesie warto dodać, że na portretach Richmonda obie panie zostały wyidealizowane; w przypadku Gaskell wiemy o tym z zachowanych fotografii, w przypadku Brontë - od niej samej: gdy zaprezentowano jej portret orzekła, iż przypomina jej Anne, która jako jedyna z sióstr miała być piękna. O takiej swoistej umowności w traktowaniu Życia Charlotte Brontë zadecydowały jednak, jak już wspomniano, pewne narzucone okoliczności. Jest więcej niż pewne, że pani Gaskell będąc wprowadzona w dzieje rodzinne, dowiedziała się na temat Charlotte i jej rodzeństwa znacznie więcej, aniżeli zdoła dowiedzieć się jakikolwiek współczesny znawca tematu, albowiem spreparowanie bądź stworzenie przez nią pewnych wątków, aby zabrzmiały wiarygodnie, raczej musiało mieć realne podłoże w znajomości faktów, którym zaprzeczy, które przetworzy lub które pominie. Odstępstwa wobec trzymania się ich zostały także w oczywisty sposób wymuszone na Elizabeth Gaskell przez to, że pisała o jej współczesnych ze świadomością, że jej opowieść trafi do ludu. Biografka pierwsza zorientowała się również w życiu osobistym Charlotte Brontë. Udawszy się do Brukseli na spotkanie z Constantinem Hégerem, szybko zrozumiała, jaki wątek z życia pisarki będzie musiała pominąć w biografii. Cztery listy Charlotte, które udostępnił jej profesor, nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że pomiędzy nim a jego dorosłą uczennicą istniało coś znacznie głębszego aniżeli przyjaźń i silniejszego niż fascynacja. Wiedząc, w jakiej sprawie Gaskell przybywa, żona profesora odmówiła spotkania z nią. Mimo starań Charlotte w 1855 roku w Brukseli w końcu ukazało się pirackie tłumaczenie powieści Villette, w dodatku pod wymownym tytułem: La Maîtresse d'Anglais - ou le Pensionnat de Bruxelles par Currer Bell (Charlotte Bronti). Pisarka chciała pierwotnie opublikować powieść anonimowo, a gdy to nie przeszło, zabroniła jej przekładu na język francuski. Pani Gaskell była zbyt inteligentna, by wierzyć zapewnieniom Monsieur Hégera o niewinności tej relacji. Jak pamiętamy, to, co z jednej strony fascynowało ją w twórczości Brontë, z drugiej zaś budziło wątpliwości, to szczerość aż do bólu. Znając listy, znając Villette, bez trudu domyśliła się reszty.
Co jeszcze pani Gaskell pominęła?
Z punktu widzenia historii literatury największą omyłką biografii jest zepchnięcie na margines brata legendarnych sióstr, Patricka Branwella. "Co ciekawe, ów brat, którego rodzina uważała za swoją najjaśniejszą ozdobę i nadzieję, wspominany jest dzisiaj wyłącznie w powiązaniu z siostrami, a i to jedynie w słowach usprawiedliwienia, potępienia bądź nagany" - upominał się o Branwella już w 1886 roku Francis A. Leyland. Warto w tym miejscu dodać, że mimo kilku prób, podjętych na przestrzeni tych wszystkich lat - biografie Leylanda (1886), Alice Law (1924), Daphne du Maurier (1960), Winifred Gérin (1961), z których praca Leylanda wciąż pozostaje najcenniejsza, po dziś dzień nic nie uległo tu zmianie: Branwell Brontë jako autor w społecznej świadomości nie istnieje. Odpowiada za to przede wszystkim właśnie Życie Charlotte Brontë. Trudno dziś orzec, dlaczego tak się stało. Z całą pewnością na tym, by przemilczano literacką twórczość chłopaka, zależało nie pani Gaskell, która nie mogła mieć w tym żadnego interesu, ale pastorowi Brontë, a wcześniej - jego najstarszej córce. Biografia całkowicie pomija osiągnięcia Branwella, choć bardzo szybko ukazano światu, iż były niemałe i jedynie los sprawił, że pozostaje on dziś tylko "nieszczęsnym bratem" genialnych sióstr. Tymczasem fakty przedstawiały się inaczej.
Charlotte Brontë zaczęła pisać wspólnie z młodszym bratem. Przez dwanaście lat tworzyli sagi o wyimaginowanych królestwach Miasta Szklanego i Angrii, ich władcach oraz poddanych. Składały się na nie opowiadania, nowele oraz utwory poetyckie. Wszystko zaczęło się od pomysłu Branwella, aby "wydawać" własne pismo. "Pierwszy numer miesięcznika przygotował Branwell, ściągając pomysły z "najświetniejszego pisma, jakie w ogóle jest", czyli z "Blackwood's Edinburgh Magazine" - pisze Anna Przedpełska-Trzeciakowska. - Drobnym drukowanym pismem wypełniał stroniczki, których kolumny i układ odpowiadały ulubionemu pismu rodzeństwa. Opatrzony przydługą nazwą "Blackwood's Magazine Branwella Główne Miasto Szklane" jest interesujący już dzięki temu, że zawiera komentarze do rzeczywistych zdarzeń w Haworth i daje pośredni wgląd w to, co się działo na plebanii. Część artykułów pisana była przez Charlottę, część przez Branwella"[44]. Prędko jednak znudziło go kaligrafowanie wieści z Miasta Szklanego i pisanie kolejnych numerów przejęła Charlotte. W tym czasie nazwa pisma została przemianowana na "Magazyn Młodych Mężczyzn". Tworzone w sekrecie miniaturowe wydania można dziś podziwiać na plebanii w Haworth. Na łamach swego "Magazynu" toczyli boje i dyskusje, w treści niczym nieprzypominające rozmów, jakie w ich wieku prowadzi brat z siostrą, były one jednak równie krewkie. W niedługim czasie formuła magazynu przestała rodzeństwu wystarczać - i tak w naturalny sposób z artykułów pisanych do pisma rozwinęły się fabuły. Tymczasem Miasto Szklane zostało przemianowane na Verdopolis - stolicę wielkiego królestwa Angrii. Nadal pisali razem, lecz "zaczęli dzielić się tematami - kontynuuje Przedpełska-Trzeciakowska. - Tak jak Branwella fascynowały przede wszystkim wojny, zamieszki polityczne i rewolucyjne - tak głównym zainteresowaniem Charlotty stawała się powoli miłość"[45]. Opowiadania zaczęły ewoluować w nowele, a tworzeni bohaterowie - przeważnie męscy - z wolna dominować nad rodzeństwem i spokojnym życiem plebanii. W latach 1829-1841 Charlotte Brontë pisze około 180 wierszy, 120 nowel, opowiadań i miniatur prozatorskich, które zapisuje w mikroskopijnych notesikach. Wiele z nich tworzy wspólnie z Branwellem. Pani Gaskell "miała w ręce najwcześniejsze rękopisy, ale nie okazała większego zainteresowania nimi. Może uznała, że ze względu na nikłe walory literackie nie są warte dłuższych komentarzy? - zastanawia się polska biografka. - A może zraziła ją treść, wykraczająca poza miary wiktoriańskiej przyzwoitości i pruderii? ".
W tych juweniliach najistotniejsze jest to, że wyrosły one z dwóch osobowości - brata i siostry, którzy wspólnie wypracowali wspólną literacką tożsamość. Odzwierciedla ona temperament Branwella i jego pociąg do hulaszczego życia oraz tę drugą naturę Charlotte, nieznaną jej przyjaciołom ani czytelnikom jej powieści, od której starała się ona oddalić w późniejszych latach i którą z powodzeniem skryła przed światem. Dokładne ustalenie autorstwa juweniliów rodzeństwa Brontë nie jest do końca możliwe. Analogicznie jak czasopismo, większość tekstów pisana jest ręką Charlotte, treść stanowi jednak wierne odzwierciedlenie wspólnych rozmów i sporów. Ewa Kraskowska utrzymuje, że "siostra celowała w łagodnej satyrze, ciepłej ironii oraz w wychwytywaniu rozmaitych śmieszności codziennego życia. Brat natomiast, studiujący pod ojcowskim okiem najwznioślejsze arcydzieła europejskiej literatury dawnych epok, od początku przejawiał skłonność do stylu wysokiego i odpowiadającej mu tematyki"[46]. Nie jest to jednak pewny drogowskaz, gdyż w wielu tekstach angriańskich, co do których autorstwa jesteśmy pewni, bywa dokładnie odwrotnie. Z juweniliów rodzeństwa wyłania się także mniej znana, mroczna strona życia mieszkańców Haworth - działalność miejscowej Loży Masońskiej, do której Branwell dołączył bardzo wcześnie, bo w wieku zaledwie osiemnastu lat (1836). Trzeba dodać, że w jej zebraniach w pobliskiej oberży Black Bull ("Pod Czarnym Bykiem") uczestniczył już wcześniej. Świat ten fascynował przyszłą pisarkę. Nic w tym dziwnego; jako kobieta nie miała doń wstępu, a dzięki bratu była wtajemniczona. I choć w późniejszych latach wiedza o przestępczym życiu mieszkańców wioski, którzy doktrynę masońską interpretowali po swojemu i gdzie oznaczała ona czynienie według własnych interesów, bez względu na cudze koszta, a ten, kto usiłował ich bronić, sprzeciwiał się "sprawiedliwości Bożej"; gdzie przejmowanie przemocą majątków zdawało się być na porządku dziennym, stanie się dla Charlotte obsesją, spod której za wszelką cenę będzie pragnęła się wyzwolić, w owym czasie świat ten był karmą dla młodzieńczej twórczości. Angriańska saga rozkwitała, a język, jakim przemawiali jej bohaterowie, daleko odbiegał od tego, jaki stworzy Charlotte w swych powieściach, który zapewni jej literacką nieśmiertelność. Nierzadko język ten bezbłędnie oddaje klimat oberży "Pod Czarnym Bykiem" i toczonych tam, po kilku głębszych, dysput.
Przyjmuje się, iż z dorobku Branwella Brontë przetrwała jedna dziesiąta jego twórczości. Wydaje się, że to niewiele, wystarczy jednak spojrzeć na tę ocalałą spuściznę, aby uświadomić sobie, co zostało pominięte w pracy pani Gaskell. Toteż szybko, bo już dwadzieścia osiem lat po śmierci chłopca, wspomnianą książkę poświęcił mu Francis A. Leyland. Był on bratem rzeźbiarza Josepha Leylanda, jednego z przyjaciół Branwella. Jego The Brontë Family, with Special References to Patrick Branwell Brontë to praca niemniej ważna niż biografia pani Gaskell. Jest równie znakomicie napisana, a informacje pochodzą tu z pierwszej ręki, w odróżnieniu jednak od Gaskell podane są obiektywnie. Leyland przywołuje tu także listy Branwella, do których miał dostęp. Książka stanowi naturalne dopełnienie Życia Charlotte Brontë, a przy okazji prostuje mity, jakie zaczęły utrwalać się w społecznej świadomości po opublikowaniu monografii Charlotte Brontë sir Wemyssa T. Reida (1877) i, przede wszystkim, infantylnej książki Emily Brontë pióra A. Mary F. Robinson (1883). Dama ta podejmując się napisania pierwszej pracy poświęconej tajemniczej autorce Wichrowych Wzgórz, za punkt honoru obrała sobie ukazanie jej brata jako wyrzutka społeczeństwa i wykazanie, iż spośród rodzeństwa wyróżniał go… brak literackiego talentu. W pracy Leylanda najistotniejsze jest jednak to, że po raz pierwszy przedstawił on pomijaną zazwyczaj twórczość poetycką Branwella, a już pierwszy rzut oka na jego wiersze, sonety, poematy i przekłady z Horacego uświadamia, że mamy do czynienia z niepowszednim talentem. Pisząc książkę, Leyland najprawdopodobniej nie znał juweniliów oprócz tych paru urywków, które zacytowała w biografii Gaskell (pierwsza publikacja młodzieńczej twórczości brata i siostry ukazała się dopiero w latach 30. następnego stulecia), skutkiem czego nie przywołuje prozatorskich prób chłopaka. Zwrócił jednak uwagę na cytowany przez Elizabeth Gaskell fragment noweli Sekret, rozważając możliwość napisania jej przez Branwella, a nie Charlotte. Leyland wnikliwie analizuje też pisemne i ustne świadectwa, jakie zaczęły krążyć wkrótce po śmierci Charlotte Brontë, z których wynika, że to Branwell, a nie Emily, jest rzeczywistym autorem powieści Wichrowe Wzgórza. To właśnie te pogłoski musiały tak rozjuszyć pannę Robinson, iż pisząc o siostrze, postanowiła wziąć na muszkę brata. Nie miejsce tu, aby dłużej się przy tym wątku zatrzymywać, podkreślić należy jednak, że - jak cała praca Leylanda - także rozważania na ten niezwykle kontrowersyjny temat cechuje logika i dystans. Nie są one zresztą odosobnione; autorstwo Wichrowych Wzgórz nurtuje czytelników i badaczy do dnia dzisiejszego.
Biografia Życie Charlotte Brontë rozeszła się tak szybko, że już miesiąc później konieczny okazał się jej dodruk. Nie minął jednak jeszcze kolejny miesiąc, kiedy to "26 maja wycofano wszystkie niesprzedane egzemplarze - podaje Elisabeth Jay. - Tuż po ukazaniu się drugiego wydania adwokaci reprezentujący lady Scott, żonę byłego chlebodawcy Branwella Brontë, zagrozili podjęciem kroków prawnych: domagali się usunięcia wszystkich fragmentów dotyczących jej osoby, jak również ogłoszenia drukiem publicznych przeprosin. W książce nie wymieniono wprawdzie jej nazwiska, lecz łatwo było odgadnąć jej tożsamość, toteż nie mogła obrać innej drogi postępowania, jeżeli pragnęła zachować pozycję w towarzystwie. Przychylono się do obu punktów i w "Timesie" oraz w "Athenaeum" ukazały się drukiem przeprosiny. Na obronę Gaskell należy dodać, że w październiku 1856 roku zapytała George'a Smitha: "Czy przestrzega pan przepisów dotyczących zniesławienia?", ponieważ zamierzała "spotwarzyć" trzy osoby - lady Scott, pana Newby'ego oraz lady Eastlake, i w kolejnych listach prowadziła z nim dyskusję na ten temat, usuwając za jego radą mogący doprowadzić do zaskarżenia materiał o Newbym, wydawcy. Sugerowano, iż Smith, obecnie żonaty już mężczyzna, przymknął oko na sprawę lady Scott, gdyż pragnął, by Gaskell złagodziła poruszone w tym samym liście odniesienia do zażyłości, jaka łączyła Charlotte z nim i z jego matką. Możliwe, że podjął wkalkulowane ryzyko i w rezultacie bilans zysków i strat był wyrównany: pojawienie się znacznie zmienionego trzeciego wydania wywołało nową falę recenzji, niemniej wyglądało na to, że poniekąd pyrrusowe zwycięstwo lady Scott mogło zachęcić innych do wystąpienia na drogę sądową. Dotychczas krewnym Williama Carusa Wilsona wystarczało ogłaszanie swego niezadowolenia ze sposobu, w jaki przedstawiono szkołę dla córek duchownych w Cowan Bridge oraz jej założyciela w gazetach czy broszurach i niełatwo było Gaskell przewidzieć, jakiego rodzaju dowód stanowiłyby listy poparcia, które otrzymywała od "biednych ludzi - guwernantek, żon nieodnoszących powodzenia chirurgów, nauczycielek itd.", skoro podanie ich nazwisk mogłoby wyrządzić im krzywdę.
Były też listy od osób, których uczucia uraziła: od ojca Charlotte pragnącego, co zrozumiałe, usunięcia wszelkich uwag wskazujących na to, że wprowadzony przezeń reżim zniszczył zdrowie jego dzieci; od Harriet Martineau, która "przysłała wielostronicowe wyjaśnienia dotyczące nieporozumienia pomiędzy nią a panną Brontë""[47]. Tak wyglądały kulisy pierwszego wydania biografii. Wszystko to spowodowało, że niektóre wątki obecne w pierwszej, kontrowersyjnej edycji książki zostały zmienione lub wyeliminowane przez Elizabeth Gaskell w trzecim wydaniu. "Trzecie wydanie pozwoliło, rzecz jasna, zrewidować treść powstałej w pośpiechu książki, lecz przez to zawarto w nim nieco inną historię - zauważa Jay. - Nie tylko złagodzono oskarżenia wymierzone przeciwko Williamowi Carusowi Wilsonowi, sprawiając tym samym, że ostrożnie wyważone zarzuty wobec szkoły wydały się bardziej przekonywające, lecz usunięto również wzmiankę o powodach odejścia Branwella oraz barwne słowa potępienia skierowane wobec lady Scott, przez co emocjonalna natura oraz budowa zakończenia pierwszego tomu uległy subtelnej zmianie, ukazując zacieśniający się stale pierścień przygnębienia, nieuśmierzonego już teraz porywami żarliwości. Niezależnie od tego, co twierdzili stronnicy każdego z wydań, prawdopodobnie to nie tyle dążenie do obiektywizmu, co indywidualne upodobania sprawią, że czytelnik przedłoży jedną wersję tekstu nad drugą. Żadna z dwóch najżarliwszych i często cytowanych współczesnych orędowniczek pierwszego wydania - ani Mary Taylor, która twierdziła, że w porównaniu z nim trzecie okaże się "wydaniem okaleczonym", ani Mary Mohl, autorka ironicznego wstępu do poprawionego wydania, względem którego Gaskell wyrazić mogła jedynie "głęboki żal z powodu skierowania do Czytelników tak kosztownego artykułu jako prawdy" - nie przeczytała trzeciego wydania, gdy wyrażała swoje preferencje"[48].
Burzę, jaką rozpętała biografia Charlotte, najtrafniej podsumowuje Arthur Bell Nicholls w liście do George'a Smitha, pisanym równe dziesięć lat od ukazania się biografii, gdy opuścili już tę scenę nie tylko pastor Brontë i lady Scott, ale i Elizabeth Gaskell. - "Pani Gaskell była lekkomyślna; zupełnie jakby zapomniała, że pisze o osobach żyjących. Zawsze będę żałował, że nie poprosiłem jej o pokazanie rękopisu, gdyż sądzę, że byłbym w stanie przekonać ją o pewnych nierozsądnych rzeczach, które się w nim znalazły. Oprócz romansu lady Scott wspomniała o bardzo haniebnym zdarzeniu, jakie miało miejsce w rodzinie z tych okolic, której członkowie nadal żyją [...] Na dodatek te śmieszne anegdoty o panu Brontë, pozbawione jakichkolwiek podstaw. Cechy, jakie mu przydała, są kompletnie nieprawdziwe"[49].
Współczesny czytelnik Życia Charlotte Brontë musi pamiętać o tym również, że w epoce, w której tworzyła Brontë, kontrowersja nie była dobrą sławą. Tymczasem, jak słusznie zauważa Ewa Kraskowska, "drastyczność, skłonność do przedstawiania patologii i brutalnych, sadystycznych form przemocy sprawiły [...], że gdy tożsamość sióstr wyszła w końcu na jaw, a w dodatku okazało się, iż są one niezamężnymi córkami anglikańskiego pastora i wychowały się z dala od światowego życia, stały się (zwłaszcza Charlotte, która najczęściej miała okazję pokazywać się publicznie) intrygujące po dziś dzień. Trzeba bowiem pamiętać, że powieści ich nie dlatego w połowie XIX stulecia zyskały aż taką poczytność, bo jakoś szczególnie trafiały w gusta wiktoriańskiej publiczności. Przeciwnie - ich popularność wzięła się stąd, że gusta te pod wieloma względami obrażały, ignorowały panujące podówczas stereotypy moralne i estetyczne, a także - prezentowały zaskakującą jak na owe czasy koncepcję kobiecości niezależnej, zrewoltowanej i zdolnej przeciwstawić się najbardziej opresyjnym formom patriarchalnych rygorów. Krytyka przyjęła je z mieszanymi uczuciami, czytelnicy również"[50]. Należy dodać tu, iż odnosi się to przede wszystkim do powieści Wichrowe Wzgórza i Lokatorka Wildfell Hall, którym w chwili ich ukazania się zarzucano wulgarność i zły smak. Wprawdzie książki nie były sygnowane przez Charlotte, jednak przypisywano jej ich autorstwo, tym samym więc rzucały pewien cień i na nią, a w międzyczasie, mimo szczerej chęci do utrzymania incognito, Brontë stała się osobą publiczną. Po jej śmierci należało więc podtrzymać mit, jaki wykreowały powieści Jane Eyre, Shirley i Villette, nie mniej śmiałe, jednak nieobrażające gustów ówczesnego czytelnika, a wśród krytyków wywołujące aplauz bądź podziw. Należało, wreszcie, utrwalić mit, jaki wykreowała ona sama w opublikowanych w 1850 roku szkicach wspomnieniowych poświęconych swym zmarłym siostrom, z których świat po raz pierwszy dowiedział się o istnieniu sióstr Brontë.
Po wielu latach, jakie minęły od ukazania się książki Elizabeth Gaskell, biografia Charlotte Brontë nadal intryguje. Pochylają się nad nią kolejni badacze brontëanów, literaturoznawcy, pisarze, reżyserzy i artyści, których inspiruje do własnych działań twórczych. "W dzieciństwie snuliśmy nić" - napisała kiedyś Charlotte w wierszu poświęconym dawnym wspólnym chwilom spędzonym z bratem i siostrami na plebanii. Tę nić pani Gaskell pociągnęła dalej. Fascynacja zaczęła przechodzić z pokolenia na pokolenie i nic nie wskazuje na to, by nitka miała się zerwać. Biografia ta spełnia odpowiednie warunki nie tylko pod piórem pani Gaskell: Brontë żyła dawno temu, a jej życie było krótkie, niezbyt szczęśliwe i, tak naprawdę, od prawie stu sześćdziesięciu lat, nadal owiane jest tajemnicą. To wystarczy. Zarówno dla książek biograficznych pisanych wedle tradycji zapoczątkowanej przez Elizabeth Gaskell, jak i dla tych biografów, którzy nie godzili się z powszechnie uznanymi faktami. Należy w tym miejscu wymienić prace, które wyznaczyły nowe kierunki w studiach nad biografią Charlotte i jej rodziny oraz recepcją tej twórczości. Spośród opublikowanych jeszcze w XIX wieku są to przywoływana The Brontë Family Francisa A. Leylanda (1886) oraz Charlotte Brontë and Her Circle Clementa Kinga Shortera (1896), prezentująca obszerny wybór korespondencji pisarki i jej przyjaciół. Praca ta zasługuje na tym większą uwagę, gdyż powstała przy współpracy męża pisarki, Arthura Bella Nichollsa, który po czterdziestu latach, jakie minęły od śmierci żony, postanowił przerwać milczenie. Shorter otrzymał do dyspozycji całe archiwum Charlotte Brontë i z olbrzymiej korespondencji ułożył niezwykłą książkę, do której trafiły także listy dotyczące skomplikowanych perypetii przedmałżeńskich Charlotte i Arthura.
Przełomowe monografie przyniosło jednak dopiero następne stulecie. W 1911 roku John Malham-Dembleby opublikował interesującą analizę Wichrowych Wzgórz i dzieł Charlotte Brontë - Jane Eyre oraz utworów poetyckich. Książka The Key to the Brontë Works. The Key to Charlotte Brontë's 'Wuthering Heights, ' 'Jane Eyre, ' and Her Other Works konfrontuje powieściowe zdarzenia i postacie z faktami i utworami, które mogły stanowić ich inspirację; wynika z niej również, że to Charlotte, a nie Emily, napisała Wichrowe Wzgórza. Próbę rozwikłania innych niejasnych wątków podjęła następnie Ellis H. Chadwick. Jej pasjonująca książka In the Footsteps of the Brontës (1914) nic nie straciła z upływem czasu, a co najistotniejsze - jest to jedyna praca, która rozważa zagadkę domniemanej trzeciej podróży Charlotte Brontë do Brukseli, która miała mieć miejsce w 1850 roku, w chwili gdy Brontë była już sławna. W późniejszych latach ukazały się kolejne ważne publikacje: The Brontës' Web of Childhood Fannie Ratchford (1941), stanowiąca rezultat wieloletniej pracy nad zbieraniem rozproszonych po świecie juweniliów rodzeństwa, zbeletryzowana biografia brata Charlotte, The Infernal World of Branwell Brontë (1960) autorstwa Daphne du Maurier oraz praca Charlotte Brontë: The Evolution of Genius (1967) Winifred Gérin, będąca pierwszym współczesnym przewartościowaniem, która zmieniła spojrzenie na biografię pisarki i jej rodzeństwa. Nowe materiały wyłoniła na światło dzienne Margaret Lane w pracy The Brontë Story: A Reconsideration of Mrs Gaskell's Life of Charlotte Brontë (1953), będącej znakomitą rewizją biografii pani Gaskell, oraz Rebecca Fraser w książce The Brontës: Charlotte Brontë and Her Family (1988), a psychologiczny portret autorki Villette zaproponowała Lyndall Gordon w biografii Charlotte Brontë: A Passionate Life (1994). Kompendium wiedzy na temat rodziny Brontë zawiera monumentalna, ponad tysiącstronicowa książka Juliet Barker, The Brontës (1994), która "poddaje świadectwa dotyczące rodziny wyczerpującej ocenie, pogłębia je i trwale osadza w kontekście społeczności Yorkshire owych czasów"[51]. Praca ta stanowi kamień milowy w badaniach życia i twórczości rodziny Brontë i od chwili swego pierwszego wydania służy za podstawowe źródło informacji, na które powołują się kolejni badacze i biografowie. Ukazały się również publikacje o charakterze encyklopedycznym, takie jak The Oxford Companion to the Brontës wieloletnich badaczek brontëanów Christine Alexander i Margaret Smith (2003) oraz A Brontë Encyclopedia (2007) Roberta i Louise Barnardów. Spośród ostatnio wydanych książek na uwagę zasługuje kontrowersyjna praca Michele Carter, Charlotte Brontë's Thunder (2011), w której badaczka proponuje zupełnie nowy sposób odczytania utworów Brontë, ujawniający nieznane szczegóły z życia pisarki, jej rodzeństwa i mieszkańców Haworth.
Mimo olbrzymiej popularności powieści sióstr Brontë pierwsza biografia słynnej rodziny ukazała się w Polsce dopiero w 1992 roku. Książka Na plebanii w Haworth. Dzieje rodziny Brontë, napisana przez znaną tłumaczkę, Annę Przedpełską-Trzeciakowską, zyskała olbrzymie uznanie czytelników. Znakomita narracja i wnikliwe portrety psychologiczne czynią z niej jedną z bardziej interesujących prac poświęconych rodzeństwu. W kolejnych latach ukazały się książki Siostry Brontë Ewy Kraskowskiej (2006) i Charlotte Brontë i jej siostry śpiące niżej podpisanego (2013), będąca pierwszą polską biografią pisarki. Książki te szybko znikły z półek księgarskich, temat nie zostanie jednak prędko wyczerpany. Brontë to wciąż jedna, bardzo wielka niewiadoma. Już po bliższym wejrzeniu nie tylko w dzieła, lecz także w korespondencję, a nade wszystko w juwenilia, traktowane przez czytelników po macoszemu - widać, że nic tutaj nie było tak oczywiste, jak przedstawiła Elizabeth Gaskell. Ani takie, jak chciała to ukazać wcześniej sama Charlotte Brontë, która, niechętna publicznemu życiu, jakby od początku robiła wszystko pod wizerunek, w którym przetrwa niby gwiazda, zawsze rzucająca wprawdzie odległy, lecz silny i trwały blask. Ten wizerunek przypieczętowała książka pani Gaskell. Czy wobec znanych dzisiejszemu odbiorcy poważnych odstępstw od faktów, niekiedy zakrawających wręcz na manipulację źródłami, wobec tendencji do uczynienia z życia literatury pięknej, możemy w ogóle traktować tę pracę jako tytułową - biografię[52]?
Na to pytanie czytelnik musi odpowiedzieć sobie już sam po lekturze tej niezwykłej książki. Czytając ją jednak, powinien mieć na uwadze, że to zasługą pani Gaskell jest, iż możemy poznać Charlotte Brontë osobiście i przebywać w jej towarzystwie tak, jakby była kimś bliskim. A ponieważ pisarka dla rzeszy czytelników na całym świecie wciąż kimś takim pozostaje, jest to wartość nie do przecenienia. Dzięki temu właśnie tak długo, jak wydawane i czytane będą powieści sygnowane nazwiskiem Brontë, tak długo wznawiane będzie Życie Charlotte Brontë.
"Są ludzie, którym zapas tematów i wiadomości szybko się wyczerpuje, ale panna Brontë do nich nie należy - pisała Elizabeth Gaskell po powrocie z Haworth. - Ma w pamięci szalone, dziwne zdarzenia z życia własnych sióstr, a poza tym swoje własne, niezwykle sugestywne i oryginalne myśli - ostatniego dnia sądziłam, że nasza rozmowa może się tak ciągnąć, jak te wrzosowiska, w każdym kierunku, a mimo to żaden temat nigdy nie zostanie wyczerpany"[53].
Po odłożeniu książki czytelnik ma to samo wrażenie.
Eryk Ostrowski
Trakt kolejowy z Leeds i Bradford wiedzie głęboką doliną rzeki Aire; strumienia powolnego, leniwego w porównaniu z sąsiednią rzeką Wharfe. Na trakcie tym położona jest stacja Keighley, oddalona o mniej więcej pół mili od miasta o tej samej nazwie. W ciągu ostatnich dwudziestu lat liczba mieszkańców Keighley, jak również jego znaczenie, wzrosły ogromnie dzięki błyskawicznemu rozwojowi rynku wyrobów przędzalnianych, gałęzi przemysłu dającej zajęcie większości fabryk tej części Yorkshire, której ośrodkiem i stolicą jest Bradford.
Keighley jest w trakcie przemiany z ludnej, staroświeckiej wioski w bardziej jeszcze ludne i dobrze prosperujące miasto. Obcy przybysz zauważy, że kiedy zwieńczone szczytowym dachem domy wysunięte pod kątem ku rozszerzającej się ulicy pustoszeją, burzy się je, aby dostarczyć przestrzeni dla ruchu i dla nieco nowocześniejszego stylu w architekturze. Urocze, wąskie okna wystawowe sprzed pięćdziesięciu lat ustępują miejsca dużym szklanym taflom. Niemal każdy budynek zdaje się być poświęconym jakiejś gałęzi handlu. Przemierzając pośpiesznie miasteczko, prawie nie sposób odgadnąć, gdzie też może mieszkać ktoś tak potrzebny, jak adwokat czy doktor, tak niewiele widać tu bowiem domostw przedstawicieli pracującej klasy średniej, w jakie obfitują nasze stare miasta katedralne. Prawdę mówiąc, nic nie może różnić się między sobą bardziej niż charakter społeczeństwa, sposoby myślenia, normy rządzące wszelkimi obszarami moralności, manier, a nawet polityki czy religii w tak nowej przemysłowej miejscowości, jak położone na północy Keighley i tak dostojnej, sennej, malowniczej, jak miasto katedralne na południu. Niemniej takie oblicze Keighley dobrze wróży na przyszłość - jeżeli nie malowniczości, to okazałości miasta. Mnóstwo tu szarego kamienia; a rzędy pobudowanych z niego domów prezentują swego rodzaju solidną majestatyczność wywodzącą się z jednolitych i niezmiennych kształtów. Nawet w najmniejszych budynkach ościeżnice drzwi i nadproża okien zrobione są z kamiennych bloków. Nie ma tutaj malowanego drewna, które wymagałoby stałej pielęgnacji, aby nie wyglądało obskurnie; kamień zaś w nienagannej czystości utrzymują znamienite gospodynie domowe z Yorkshire. To, co dane jest zauważyć zaglądającemu do środka przechodniowi, ujawnia pobieżnie dostatek domostwa oraz nawyki staranności i czynności u tutejszych kobiet. Lecz głosy tych ludzi brzmią ostro, a ton ich jest dysharmonijny, co nie świadczy bynajmniej o zamiłowaniu do muzyki wyróżniającym przecież ten region, który wydał już na świat muzyczny Carrodusa[54]. Nazwiska na sklepowych szyldach (jak na przykład to wspomniane przed chwilą) zdają się dziwne nawet mieszkańcom sąsiedniego hrabstwa i oddają osobliwy posmak oraz charakter tego miejsca.
Miejska zabudowa Keighley nigdy w pełni nie ustępuje miejsca wiejskiej, aczkolwiek pnąc się drogą ku obłym szarym wzgórzom, które zdają się kierować szlak wędrówki na zachód, podróżny zauważy, że domy porozrzucane są coraz rzadziej. Jako pierwsze pojawiają się wiejskie rezydencje; ich położenie w pewnej odległości od gościńca dowodzi, że nie należą do kogoś, po kogo należałoby posyłać w pośpiechu w obliczu cierpienia czy niebezpieczeństwa, odrywając go od wygód domowego ogniska; adwokat, doktor, pastor zamieszkują zawsze na wyciągnięcie ręki, nie zaś na przedmieściach, ukryci za parawanem z krzewów.
W mieście nie wypatruje się wyrazistych barw; ich źródłem mogą co najwyżej być towary w sklepach, nie zaś roślinność czy zjawiska atmosferyczne; ale na wsi instynktownie oczekuje się pewnej jaskrawości i wyrazistości, więc neutralne szare zabarwienie każdego obiektu położonego czy to blisko, czy daleko na szlaku z Keighley do Haworth, wzbudza niejakie uczucie zawodu. Odległość wynosi około czterech mil; i jak wspomniałam, wiejskie rezydencje, wielkie przędzalnie, rzędy domów robotniczych, stojące to tu, to tam staroświeckie domostwa farmerów i gospodarskie zabudowania sprawiają, że trudno którąkolwiek z części tego szlaku nazwać wsią. Przez dwie mile droga ciągnie się po umiarkowanie płaskim terenie, z dalekimi wzgórzami po lewej, po prawej zaś z płynącym poprzez łąki potokiem, który miejscami dostarcza energii wodnej pobudowanym na jego brzegach fabrykom. Dym ze wszystkich tych domostw i zakładów sprawia, że powietrze jest przyćmione i pozbawione światła. Gleba w dolinie (czy też "w dole", by użyć lokalnej terminologii) jest żyzna; lecz kiedy droga zaczyna się wznosić, roślinność ubożeje; nie rozwija się już, a tylko egzystuje; przy domach zaś zamiast drzew są jedynie krzewy i zarośla. W miejsce żywopłotów stawia się wszędzie kamienne murki, a ewentualne uprawy istniejące na skrawkach ornej ziemi to wyłącznie blady, wymizerowany, szarozielony owies. To na tej drodze przed oczami podróżnego wyrasta wioska Haworth; dojrzeć ją można z odległości dwóch mil, gdyż położona jest na zboczu dość stromego wzgórza, na tle buro-fioletowych wrzosowisk, wznoszących się i rozciągających wyżej jeszcze niż kościół, który pobudowano na samym szczycie długiej, wąskiej ulicy. Wokół na horyzoncie widać jednolity zarys sinusoidalnych, falistych wzgórz; w nieckach pomiędzy nimi rysują się dalsze wzgórza podobnej barwy oraz kształtu, zwieńczone dzikimi, ponurymi wrzosowiskami - imponującymi ze względu na wzbudzane przez siebie uczucie osamotnienia i odosobnienia, bądź przytłaczającymi z uwagi na wrażenie, że oto są skrępowane jakąś monotonną i bezkresną barierą - sposób ich postrzegania zależy od nastroju, w jakim znajdzie się obserwator.
Przez chwilę droga zdaje się oddalać od Haworth, wijąc się wokół podstawy ramienia wzgórza; lecz potem przecina most nad potokiem i tak zaczyna się jej pnący się ku górze, przechodzący przez wieś odcinek. Płyty kamienne, którymi droga jest wyłożona, umieszczono na sztorc, by dać kopytom końskim lepszy punkt oparcia; lecz nawet pomimo tego udogodnienia zdaje się, że zwierzętom nieustannie grozi niebezpieczeństwo ześlizgnięcia się do tyłu. Stare domy są wysokie w stosunku do szerokości ulicy, która skręca gwałtownie, nim osiągnie bardziej wyrównany poziom w głównej części wioski, toteż w pewnej chwili stromizna ta niemal przypomina ścianę. Lecz położony na tym wzniesieniu kościół jest nieco na uboczu względem głównej drogi, po jej lewej stronie; po mniej więcej stu jardach[55] takiej wspinaczki woźnica może poluźnić wodze, koń zaś oddycha z większą łatwością, przechodząc w spokojną, niewielką poboczną uliczkę, która prowadzi do plebanii w Haworth. Po jednej stronie dróżki jest cmentarz, po drugiej zaś budynek szkolny i mieszkanie zakrystiana (w którym dawniej mieszkali wikarzy).
Plebania stoi prostopadle do ulicy, zwrócona w stronę kościoła; toteż plebania, kościół i budynek szkolny z dzwonnicą w rzeczywistości tworzą trzy boki nieregularnego prostokąta, którego czwarty, otwarty bok wychodzi na położone dalej pola i wrzosowiska. Obszar tego prostokąta wypełnia ciasny cmentarz oraz niewielki ogród czy też podwórze od frontu plebanii. Wejście od ulicy znajduje się z boku, wiodąca od niego ścieżka skręca więc za rogiem i prowadzi na owo niewielkie podwórko. Pod oknami jest wąska rabata, ongiś starannie pielęgnowana, chociaż wyrosnąć mogłyby na niej jedynie najwytrzymalsze z roślin. W obrębie odgradzającego cmentarz kamiennego muru są krzewy czarnego i białego bzu; pozostałą część tego terenu zajmuje kwadratowy trawnik i żwirowa ścieżka. Dom jest z szarego kamienia, wysoki na dwie kondygnacje, przykryty ciężkim kamiennym dachem, odpornym na działalność silnych wiatrów, które zdarłyby lżejsze poszycie. Zdaje się, że zbudowano go około sto lat temu i że ma po cztery pokoje na każdej kondygnacji; dwa okna po prawej stronie (względem przybysza stojącego plecami do kościoła, skierowanego ku frontowemu wejściu) należą do gabinetu pana Brontë, dwa po lewej stronie do rodzinnego salonu. Wszystko tutaj świadczy o najprzedniejszym porządku, o najdoskonalszej schludności. Progi są nieskazitelnie czyste; niewielkie staroświeckie szybki lśnią niczym zwierciadła. Zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz tego domu panuje schludność najwyższej próby i niezmierna czystość.
Mały kościółek położony jest, jak wspomniałam, wyżej niż większość domów w wiosce; cmentarz zaś wzniesiony jest wyżej niż kościół i straszliwie naszpikowany pionowymi nagrobkami. Kaplica czy też kościół rości sobie prawa do tytułu najstarszego tego rodzaju przybytku w tej części królestwa; lecz nie widać tego po zewnętrznym obliczu obecnego budynku, wyjąwszy być może dwa wschodnie okna, których nie unowocześniono, oraz dolną część wieży. Wewnątrz wygląd filarów wskazuje na to, że wzniesiono je przed czasami panowania Henryka VII[56]. Prawdopodobnie w najdawniejszych czasach istniała na tych terenach jakaś budowla sakralna, kapliczka; a z zapisów w archiwach arcybiskupa Yorku wynika, że w 1317 roku była w Haworth kaplica. Mieszkańcy kierują pytających o datę ku następującej inskrypcji w kamieniu na kościelnej wieży:
Hic fecit C?nobium Monachorum Auteste fundator. A. D. sexcentissimo.
A zatem zanim zaczęto krzewić chrześcijaństwo w Nortumbrii. Whitaker[57] mówi, że błąd ten powstał za sprawą jakiegoś ówczesnego nieuczonego kamieniarza, który skopiował na podobieństwo inskrypcji z czasów Henryka VIII napis na sąsiednim kamieniu:
Orate pro bono statu Eutest Tod.
"Każdy antykwariusz wie, że modlitewne sformułowanie bono statu[58] odnosi się zawsze do osób żyjących. Podejrzewam, iż kamieniarz pomylił osobliwe imię Eutest, zdrobnienie od Eustatius, z Austet, ale wyraz Tod, który błędnie odczytano jako arabskie cyfry 600, jest zupełnie jasny i wyraźny. Na podstawie przypisywanych sobie w ten niemądry sposób dodatkowych setek lat istnienia, ludność ta rzecz jasna zapragnęła niepodległości i kwestionowała prawo proboszcza Bradford do mianowania wikarego w Haworth".
Przytoczyłam powyższy fragment po to, aby wyjaśnić rzekome podstawy do zamieszania, jakie miało miejsce w Haworth około trzydziestu pięciu lat temu, a do którego będę miała jeszcze okazję nawiązać w sposób bardziej szczegółowy.
Wnętrze kościoła jest pospolite; nie jest ani na tyle stare, ani na tyle nowe, by przykuć uwagę. Ławy są z czarnej dębiny, o wysokich oparciach; na drzwiczkach widnieją namalowane białymi literami nazwiska tych, do których należą. Nie ma tutaj ani mosiądzu, ani sarkofagów, ani pomników, lecz na ścianie po prawej stronie ołtarza jest tablica, na której widnieje następujący zapis:
TU
SPOCZYWAJĄ SZCZĄTKI
MARII BRONTË, ŻONY
WIELEBNEGO P. BRONTË, A.B., PROBOSZCZA HAWORTH.
DUSZA JEJ
ODESZŁA DO ZBAWICIELA 15 WRZEŚNIA 1821 ROKU,
W 39 ROKU ŻYCIA.
"Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie". - Mateusz 24, 44[59].
SPOCZYWAJĄ TU RÓWNIEŻ SZCZĄTKI
MARII BRONTË, ICH CÓRKI;
ZMARŁA ONA
6 MAJA 1825 ROKU, W 12. ROKU ŻYCIA,
ORAZ
ELIZABETH BRONTË, JEJ SIOSTRY,
KTÓRA ZMARŁA 15 CZERWCA 1825 ROKU, W 11. ROKU ŻYCIA.
"Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego". - Mateusz 18, 3[60].
SPOCZYWAJĄ TU RÓWNIEŻ SZCZĄTKI
PATRICKA BRANWELLA BRONTË,
KTÓRY ZMARŁ 24 WRZEŚNIA 1848 ROKU, W WIEKU LAT 30.
ORAZ
EMILY JANE BRONTË,
KTÓRA ZMARŁA 19 GRUDNIA 1848 ROKU W WIEKU 29 LAT,
SYNA I CÓRKI
WIELEBNEGO. P. BRONTË, OBECNEGO PROBOSZCZA.
KAMIEŃ TEN POŚWIĘCONY JEST RÓWNIEŻ
PAMIĘCI ANNE BRONTË
NAJMŁODSZEJ CÓRKI WIELEBNEGO. P. BRONTË, A.B.
ZMARŁA ONA W WIEKU 27 LAT, 28 MAJA 1849 ROKU,
I ZOSTAŁA POCHOWANA W STARYM KOŚCIELE W SCARBORO'.
W górnej części tablicy wiersze rozmieszczono w znacznych odstępach; kiedy spisano pierwsze epitafia, powodowani gorącą miłością żyjący krewni niewiele myśleli o skąpej przestrzeni, jaką pozostawili tym, którzy nadal żyli. Ale kiedy członkowie rodziny jeden za drugim śpieszą do grobu, linijki stają się ściśnięte, litery zaś małe i ciasno stłoczone. Po zapisie o śmierci Anne nie ma już miejsca na następny.
Lecz jeszcze jedno z tego pokolenia - ostatnie z owej gromadki sześciorga pozbawionych matki dzieci - miało odejść, zanim pozostały przy życiu, bezdzietny i owdowiały ojciec znajdzie miejsce spoczynku. Na umieszczonej pod wspomnianą powyżej drugiej tablicy dodano do tej smutnej listy następujący zapis:
OBOK SPOCZYWAJĄ SZCZĄTKI
CHARLOTTE, ŻONY
WIELEBNEGO ARTHURA BELLA NICHOLLSA, A.B.,
I CÓRKI WIELEBNEGO P. BRONTË, A.B., OBECNEGO PROBOSZCZA.
ZMARŁA ONA 31 MARCA 1855 ROKU, W 39.
ROKU ŻYCIA.