.
Rozdział 1.
Dwa domy
Eugeniusz Brożek przywiózł z wojny świerzb i nuty. Choróbsko wszyscy domownicy od niego złapali, choć pierwsze, co Zofia zrobiła, to rozebrała Gienka do naga i jego łachmany spaliła przed domem. Świerzb to okropna, uciążliwa przypadłość, której trudno się pozbyć, szczególnie w prowizorycznych powojennych warunkach. Dzieci chodziły po domu, drapiąc się i płacząc, bo wszędzie robiły im się strupy od tego skrobania: między palcami, w pachwinach, za uszami... W końcu Zofia pojechała po radę do zaprzyjaźnionego lekarza, doktora Kułeczka. "Pani Brożkowa, tylko lizol! Kładzie pani wszystkie dzieci na kocu i smaruje pani", polecił medyk. Tak zrobiła. Dzieci położyła na kocu przed domem, zanurzała pędzel w lizolu i smarowała. Ubrania spaliła. Dobrze, że było lato, bo trochę czasu minęło, zanim dzieciakom udało się na nowo skompletować garderobę.
Natomiast z nutami sprawa była bardziej skomplikowana. Kiedy Niemcy zapakowali Eugeniusza wraz z innymi baudienstami na pakę ciężarówki, powiedzieli im, że jadą do Rzeszy. Tam miała ponoć czekać na nich robota znacznie ważniejsza od kopania rowów. Chłopcy myśleli: "A może wiozą nas na zatracenie?". Jechali długo, potem stali w polu i znów jechali. W końcu jak stanęli gdzieś w Czechosłowacji, to już dalej nie ruszyli. W jednej chwili zniknęli wszyscy Niemcy z konwoju. Pewnie uznali, że łatwiej im się będzie przedrzeć do domu bez aut pełnych niewolników. Krakowscy baudienści mogli wracać do siebie. Nie było to jednak takie proste, bo wszędzie roiło się od wojska albo tych, co przed żołnierzami uchodzili. Nie wiadomo, kto gorszy. Pełne drogi i puste miasteczka. W jednym z nich Eugeniusz trafił na bezpańską walizę. Już ona sama miała swoją wartość, a kiedy zajrzał do środka, aż usiadł z wrażenia. Walizkę wypełniała po brzegi... muzyka. Tysiące nut, setki utworów! Choć wiedział, że do domu daleko i że nie będzie lekko, postanowił wziąć tę zdobycz wojenną ze sobą. "Żebyście mi tego nie ruszali, ja to mam na orkiestrę dętą", przestrzegał całą rodzinę, chowając w domu nuty.
Jak zapowiedział, tak zrobił. Powołał orkiestrę przy kościele i wciągnął do niej wszystkich braci. Na zdobycznych nutach nauczył ich muzykowania. Sam grał na trąbce, ostrej, głośnej, nadającej ton całości. Adam dmuchał w saksofon, Józef dął w tubę, a Władysław walił w bęben, choć na trąbce też w razie czego zagrać umiał. Pasterka w Pychowicach nie mogła się bez nich odbyć. Świąt Wielkanocnych bez Brożków też nie było. Regularnie chodzili na pielgrzymki do Kalwarii, a przez to ich granie droga zdawała się krótsza i jakby ciągle trochę z górki.
Kościelne pieśni, wiadomo - najważniejsze, ale orkiestra Brożków była nie tylko do różańca. Nieopodal ich domu znajdował się kawałek łąki zwany Smulcem. Ustawiali się tam w soboty i zaczynali: tanga, walce, polki... "Oho, na Smulcu już grają", mówili ludzie we wsi i przychodzili potańczyć. Młodzi na randki, starsi z dziećmi, oderwać się na chwilę od codziennych trosk. Ktoś napił się wódki, ktoś piwa, ale awantur nie było, bo tu tańczyli sami swoi. Całymi godzinami, do północy.
Głową rodziny był Marcin Brożek. Człowiek spokojny, szanowany w domu i poza nim. Pracował w Krakowskich Zakładach Sodowych Solvay, w których w czasie wojny zatrudniony był Karol Wojtyła. Marcin obsługiwał pompy tłoczące wodę z Wisły do fabryki. Płynęła z Pychowic - ujęcie było niedaleko domu Brożków, z którego Marcin codziennie dojeżdżał do Borku Fałęckiego na rowerze. Wapienie, niezbędne do produkcji sody, wożono do Solvaya z kamieniołomu na Zakrzówku, a solankę dostarczano rurami z kopalni w Wieliczce. Dzisiaj fabryki już nie ma, zlikwidowano ją w połowie lat 90., bo jak skończył się PRL, wreszcie zareagowano na to, że zatruwała pół miasta. Część jej terenu zalesiono, a na reszcie rozsiadło się ogromne centrum handlowe.
Marcin nie był muzykalny. Słuch i smykałkę do grania młode pokolenie Brożków wyssało z mlekiem matki. Zofia była piękną kobietą, która kochała śpiewać i tańczyć. Urodziła Marcinowi szóstkę dzieci, więc pracowała w domu przy ich wychowaniu. Najstarszego, Eugeniusza, wolnego już od świerzbu, cała czereda przezywała Plumpkiem - pewnie przez to jego ciągłe plumkanie na różnych instrumentach. Drugi pod względem starszeństwa był Adam zwany Todutem, od zamierzchłych czasów, kiedy nie potrafił jeszcze powiedzieć słowa "kogut". Dalej szedł Józio, na którego wołali Fuła, bo dużo jadł i był najgrubszy. I jeszcze najmłodszy z chłopaków, Władzio, czyli Drabik - niezły rozrabiaka. Dziewczyny były dwie: Matylda, złośliwie zwana Patelnią, a pieszczotliwie Madą, urodzona w 1928 roku, i najmłodsza ze wszystkich Marysia - dla rodzeństwa (i tylko kiedy chciało jej zrobić na złość) Koza, o czym już była mowa.
Ośmioosobowa rodzina Brożków mieszkała w domu z jednym dużym pokojem i obszerną kuchnią. Do zewnętrznej ściany budynku tuliła się skromna komórka gospodarcza, w której mieszkała koza - ta prawdziwa, nie Marysia. Czasem towarzyszyła jej świnia, co roku nowa, bo po podtuczeniu biło się ją przed Wielkanocą. Były też kury i kaczki, no i jeden z chłopaków hodował króliki.
Kiedy ojciec był w pracy, a matka szła do miasta na zakupy - pieszo, przez Dębniki, na Rynek - władzę w domu przejmował pierworodny. A wraz z władzą obowiązki.
- Pamiętam, jak raz mu mama mówiła: "Gieniu, ugotuj zupę dzieciom". Ugotował. Z pokrzywy, której narwał koło domu, z lebiody i ziemniaków. Żeby sprawdzić, czy jest wystarczająco ciepła, włożył do niej termometr. Adam woła: "Co ty, Plumpek, robisz?!". Ale było za późno. Termometr strzelił, rtęć poszła do zupy, a to przecież trucizna. - To jedno z najwcześniejszych wspomnień Marysi. - Kiedy mama wróciła z zakupów, ucieszyła się, że tego nie zjedliśmy. Całą zupę wylała.
Ciasno było i ubogo, ale wesoło. Zresztą długo pod jednym dachem wszyscy się nie gnieździli, bo chłopcy się pożenili i poszli na swoje. Pierwszy wyfrunął Eugeniusz. Dostał pracę w Bonarce, był dyspozytorem na kolei. Znalazł sobie żonę po sąsiedzku, miał z nią troje dzieci, ale jedno w jego życiu się nie zmieniło: każdą wolną chwilę poświęcał muzyce. Pozostali bracia także wzięli sobie małżonki z Pychowic, więc tradycja rodzinnych pielgrzymek i cotygodniowych festynów na nadwiślańskiej łączce utrzymywała się jeszcze przez długie lata.
Roman Zaucha też był muzykiem. Grał na perkusji. Bębnił w zespole, który w kinie Tęcza na Praskiej - obecnie siedzibie Teatru Praska 52 - przygrywał okolicznym mieszkańcom na weekendowych zabawach. W skład zespołu wchodzili też pianista, skrzypek i trębacz. Ten ostatni to nasz dobry znajomy - Eugeniusz Brożek z Pychowic. Przychodził na potańcówki z braćmi, ale kiedyś pojawiła się z nimi również siostra. Niespełna dwudziestoletnia, zgrabna, elegancka brunetka. Spodobało jej się, zaczęła przychodzić regularnie. Pewnego wieczoru Roman zebrał się na odwagę i powiedział Eugeniuszowi: "Bardzo mi się podoba ta kobieta i chciałbym z nią zatańczyć". Kolega nie protestował, więc Zaucha wyszedł zza perkusji i poprosił Matyldę do tańca.
- Jak już zatańczyli, tak się zatańczyli - śmieje się Maria. - Połączyła ich muzyka.
Roman był jedynakiem. Ojca nie było, matka z synem przeprowadziła się do Krakowa z Tarnowa. Ślady Zauchów w tym małopolskim mieście, przede wszystkim w Rzędzinie, który był podmiejską wsią, a od 1951 roku jest dzielnicą Tarnowa, można znaleźć w dokumentach sięgających XVIII wieku i na pobliskich nekropoliach. Wiemy na przykład, że jakieś 250 lat temu Stanisław, Maciej i Kazimierz Zauchowie byli wytwórcami łopat i wideł, natomiast Jan i Wawrzyniec - bednarzami[2]. Wśród partyzantów, którzy w podtarnowskich lasach walczyli z Niemcami, a i takich, co po 1945 roku nie od razu złożyli broń, też nie brakowało Zauchów. Do dziś w Tarnowie i okolicach mieszka wielu ludzi o takim nazwisku, pewnie wszyscy wywodzą się z jednego rodu.
Po przybyciu do Krakowa pani Zaucha chyba nie miała dla chłopca zbyt dużo czasu, skoro większość dzieciństwa spędził U Siemachy przy ulicy Długiej. To założony pod koniec XIX wieku przez księdza Kazimierza Siemaszkę "dom schronienia i dobrowolnej pracy dla biednych i opuszczonych chłopców". Dobre miejsce dla dzieciaków, które nie miały gdzie się podziać, a chciały się uczyć i zdobyć zawód. Tyle tylko, że Roman ani myślał spędzać wieczorów w pracowni rzemieślniczej. Kochał muzykę, więc grał, gdzie i kiedy się dało, a na życie zarabiał, prowadząc świetlicę przyzakładową.
Roman nie tylko grywał na Praskiej, ale i tam mieszkał, do Pychowic miał niedaleko, więc wieczorami czekał na Matyldę, wracającą z pracy do domu. Nieraz pół dnia wysiadywał na wale i czekał, bo Zofia nie chciała puścić córki na randkę. Dorosła już była i mogła znaleźć sobie męża, ale ten absztyfikant ponoć się jej matce nie podobał. Młodszej siostrze Mady też nie.
- Nie darzyłam go sympatią. Sprawiał wrażenie wyniosłego. Kiedy przychodził do nas, było jasne, że to on przyszedł, pan Roman Zaucha, i wszyscy mają mu czapkować. Byłam zła. Bo co mi tu jakiś będzie rządził w domu? - wspomina Maria. - Mamusia też była bardzo niezadowolona. Nie znała go i mówiła, że to nie wiadomo kto i co... Ale miłość nie zna granic i Mada się uparła: "Mamo, ja wyjdę za niego. Koniec i kropka, nikt nie ma tu nic do powiedzenia".
Ślub wzięli w Dębnikach, u Stanisława Kostki, bo pychowiczanie tam jeszcze przynależeli. Ich własna parafia, Najświętszego Serca Pana Jezusa, erygowana została dopiero w 1958 roku.
- Przyjęcie weselne urządzono u nas w domu. Przyszła mama Romka i jej siostra, bardzo miła kobieta. Była guwernantką na dworach wielkich hrabiów, znała biegle trzy języki. To był zacny człowiek, spokojny i porządny. Natomiast mama Romka... Co ja to nie jestem! On się chyba w nią wdał. - Pani Maria nie zapałała sympatią również do teściowej swojej siostry. - Ale ważne, że Mada była szczęśliwa.
Zofia pomogła znaleźć młodym kąt w Pychowicach, żeby mogli być razem i cieszyć się sobą, nieskrępowani obecnością rodziny. Szybko doczekała się wnuka, nawet za szybko - 12 stycznia 1949 roku urodził się Andrzej Zaucha, a wprosił się na świat o miesiąc za wcześnie i nie wiadomo było, czy przeżyje. O neonatologii wtedy jeszcze nie słyszano. Zalecono mu specjalną dietę, więc mała Marysia codziennie jeździła na rowerze do centrum Krakowa, na Radziwiłłowską, bo tylko tam sprzedawano ów pokarm dla wcześniaków.
- Jeździłam wieczorami, żeby Andrzejek miał na rano - wspomina. Pamięta też, że nowo narodzony siostrzeniec nie zachwycił rodziny swą urodą. - Był taki brzydki! Śniada cera, czarne włosy, skóra i kości. Moja mama mówiła: "Coś niesamowitego. Ja się z tym dzieckiem nigdzie nie pokażę!". Po pięciu czy sześciu miesiącach doszedł do siebie i zrobił się z niego ładny chłopczyk.
Karmione odpowiednimi odżywkami niemowlę nabrało sił i wszystko wskazywało na to, że rozwija się prawidłowo. Matylda straciła wtedy czujność i popełniła błąd, który mógł się skończyć tragicznie.
- Miał trzy albo cztery miesiące, kiedy siostra powiedziała: "A, mam tu soczek z pomarańczka, dam mu". Mama ostrzegała, żeby zostawić, ale Mada się uparła: "To jest witaminka, babciu, to zdrowe". Od tego soczku dostał rozstroju jelit. To dziecko mi umierało na rękach! - Nawet tak odległe wspomnienie budzi w Marii trudne do opanowania emocje. - Włożyłam go do wózka i jechałam tak z nim, na nogach, z Pychowic do Krakowa, na Starowiślną. Pchałam wózek i płakałam, zastanawiając się, czy on jeszcze żyje. Przyjął go bardzo dobry lekarz. Stary Żyd, który mieszkał właśnie na Starowiślnej, tuż obok miejsca pracy mojej siostry. I on to dziecko uratował. A potem skierował Andrzeja na Strzelecką, do szpitala, ale tam już poszła Mada, która zwolniła się z pracy. Andrzejek przeleżał w tym szpitalu dwa, może trzy miesiące, tak ciężko był zatruty. Płukali go, różne rzeczy robili, aż w końcu odratowali.
Matylda miała dobrą pracę. Najpierw przy ulicy Krakowskiej, potem na Wielopolu, obsługiwała w dużym sklepie mięsnym. Parę lat później, kiedy sklep masarski otworzono w Pychowicach, została jego kierowniczką. Tak czy owak, kiedy skończył się jej krótki urlop macierzyński, musiała wrócić za ladę, z takiego etatu się nie rezygnuje. Rodzina wpadła więc na pomysł, który spowodował, że chłopiec niemal od urodzenia wychowywał się w dwóch domach.
Trening przed przesiadką na lambrettę, której zazdrościli mu koledzy, ok. 1953.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki