Życie Autobiografia - Keith Richards

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (37,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

W którym zostaję zatrzymany przez policjantów w Arkansas podczas naszej trasy po Stanach Zjednoczonych w 1975 roku - sytuacja jest kryzysowa.

Dlaczego zatrzymaliśmy się na lunch w restauracji 4-Dice w Fordyce w stanie Arkansas w weekend Święta Niepodległości? Albo w jakikolwiek inny dzień? Pomimo tego wszystkiego, czego dowiedziałem się podczas dziesięciu lat jeżdżenia przez Pas Biblijny1? Malutkie miasteczko Fordyce. Rolling Stonesi w jadłospisie policyjnym w całych Stanach Zjednoczonych. Każdy gliniarz za wszelką cenę chciał nas przyskrzynić, żeby dostać awans, wykazać się patriotyzmem i uwolnić Amerykę od tych małych zniewieściałych Anglików. Był rok 1975, czas brutalności i konfrontacji. Sezon polowań na Stonesów trwał od naszej ostatniej trasy koncertowej w 1972 roku, znanej jako STP. Departament Stanu odnotował wtedy zamieszki (zgadza się), nieposłuszeństwo obywatelskie (również się zgadza), czyny nierządne (cokolwiek to znaczy) oraz przemoc wzdłuż i wszerz Stanów Zjednoczonych. A wszystko to nasza wina, zwykłych minstreli. Podżegaliśmy młodzież do buntu, deprawowaliśmy Amerykę, a oni orzekli, że już nigdy więcej nie będziemy mogli podróżować po Stanach Zjednoczonych. W czasach Nixona stało się to poważną sprawą polityczną. Wykorzystał swoich ludzi i brudne sztuczki przeciw Johnowi Lennonowi, który - jego zdaniem - mógł przeszkodzić mu w wygraniu wyborów. My natomiast, jak powiedzieli naszemu prawnikowi, byliśmy najniebezpieczniejszym zespołem rockandrollowym na świecie.

Kilka dni wcześniej nasz wspaniały prawnik, Bill Carter, sam jeden uchronił nas od groźnych konfrontacji szykowanych przez policję w Memphis i San Antonio. A teraz Fordyce, miasteczko o populacji wynoszącej 4837 osób i z dziwnym czerwonym robalem w herbie szkoły, miało okazać się tym, które zgarnie nagrodę. Carter ostrzegał, żebyśmy nie jechali przez Arkansas, a już na pewno nie zbaczali z autostrad międzystanowych. Podkreślił, że stan Arkansas niedawno próbował przygotować ustawę, która delegalizowałaby rock and rolla. (Chciałbym zobaczyć, jak ją sformułowali - Gdzie cztery uderzenia na takt grane są głośno i natarczywie...). I oto właśnie jechaliśmy bocznymi drogami całkiem nowym żółtym chevroletem impalą. W całych Stanach Zjednoczonych nie było pewnie głupszego miejsca, w którym mogliśmy się zatrzymać samochodem wypakowanym prochami, niż ta konserwatywna buraczana społeczność z Południa, która niechętnie przyjmowała dziwnie wyglądających nieznajomych.

W samochodzie jechali ze mną Ronnie Wood, Freddie Sessler - niesamowita postać, mój przyjaciel i prawie ojciec, który w tej historii będzie pojawiał się jeszcze wiele razy - oraz Jim Callaghan, wieloletni szef naszej ochrony. Pokonywaliśmy szęśćset pięćdziesiąt kilometrów z Memphis do Dallas, gdzie następnego dnia mieliśmy grać kolejny koncert na stadionie Cotton Bowl. Jim Dickinson, chłopak z Południa, który zagrał na fortepianie w nagraniu Wild Horses, powiedział nam, że krajobraz Teksasu i Arkansas wart jest jazdy samochodem. A poza tym mieliśmy dosyć samolotów. Lot z Waszyngtonu do Memphis był straszny. Nagle spadliśmy kilkaset metrów w dół, na pokładzie było dużo łkania i krzyków, fotografka Annie Leibovitz uderzyła głową w sufit, a gdy wylądowaliśmy, pasażerowie całowali asfalt. Byłem widziany, jak udaję się na tyły samolotu i przyjmuję różne substancje z większym niż zazwyczaj zaangażowaniem, podczas gdy samolotem rzucało w przestworzach. Nie chciałem, żeby coś się zmarnowało. Krótko mówiąc, kiepski lot starym samolotem Bobby'ego Shermana Starship.

Jechaliśmy więc samochodem, a ja i Ronnie okazaliśmy się szczególnie bezmyślni. Zatrzymaliśmy się pod przydrożną knajpą 4-Dice, usiedliśmy, złożyliśmy zamówienie i razem z Ronniem poszliśmy do kibla. Wiecie, żeby się trochę rozkręcić. Naćpaliśmy się. Nie przypadły nam do gustu ani klientela tej knajpy, ani jedzenie, zostaliśmy więc w kibelku, śmialiśmy się i robiliśmy swoje. Siedzieliśmy tam przez czterdzieści minut. A w tamtych okolicach tak się nie robi. A już na pewno nie robiło się tak w tamtych czasach. Właśnie to pogorszyło sytuację. Personel zadzwonił po gliniarzy. Gdy ruszaliśmy, obok stał zaparkowany czarny samochód, a kiedy przejechaliśmy jakieś dwadzieścia metrów, zawyła syrena i pojawiło się migające światełko. Chwilę potem machali nam bronią przed oczami.

Miałem na głowie dżinsową czapkę z mnóstwem kieszonek wypełnionych prochami. Wszędzie pełno było prochów. Wystarczyło odchylić panele na drzwiach, żeby zobaczyć ukryte plastikowe torebki pełne kokainy, trawy, pejotlu i meskaliny. O mój Boże, jak my się z tego wykaraskamy? Nie mogło nam się to przytrafić w gorszym momencie. To cud, że w ogóle zostaliśmy wpuszczeni do Stanów, aby odbyć tę trasę koncertową. Nasze wizy obłożone były warunkami, z czego doskonale zdawały sobie sprawę jednostki policyjne w każdym dużym mieście, a załatwione zostały dzięki Billowi Carterowi i jego koronkowej robocie wykonanej na odległość z Departamentem Stanu i Urzędem Imigracyjnym podczas dwóch poprzednich lat. Oczywiście podstawowym warunkiem było to, abyśmy nie zostali aresztowani za posiadanie narkotyków, a Carter miał być tego gwarantem.

Nie brałem wtedy twardego gówna, odstawiłem je na czas trasy. I mogłem to wszystko zapakować do samolotu. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego postanowiłem wozić ze sobą koks i tak ryzykować. Ludzie dali mi ten cały towar w Memphis, a ja nie chciałem go rozdać, ale i tak mogłem zapakować go do samolotu i jechać samochodem "na czysto". Po co wypakowałem samochód, jakbym udawał dealera? Może zaspałem na samolot? Wiem, że dużo czasu spędziłem na otwieraniu paneli i ukrywaniu prochów. Tak naprawdę pejotl wcale nie był czymś, co zwykle brałem.

W kieszonkach na czapce był haszysz, tuinal i trochę koki. Pozdrowiłem policję, teatralnym gestem zdejmując czapkę, i wyrzuciłem pigułki i haszysz w krzaki. "Witam, panie funkcjonariuszu" (machnięcie czapką). "Ojej, czy złamałem jakieś tutejsze prawo? Proszę mi wybaczyć. Jestem Anglikiem. Czy jechałem złą stroną drogi?" Od razu są zbici z tropu. I udało mi się pozbyć towaru. Ale tylko części. Zauważyli nóż myśliwski na tylnym siedzeniu i później postanowili, że posłuży on za dowód na posiadanie "ukrytej broni"' - kłamliwe dranie. A potem kazali nam jechać za sobą na parking gdzieś za ratuszem. Gdy tak jechaliśmy, na pewno przyglądali się, jak wyrzucamy na drogę kolejne partie prochów.

Kiedy dotarliśmy do garażu, nie od razu zabrali się do przeszukania. Powiedzieli Ronniemu: "Idź do samochodu i przynieś swoje rzeczy". Ronnie miał w samochodzie małą torbę, ale gdy po nią poszedł, wszystkie prochy, które miał, wsypał do pudełka po chusteczkach. Gdy wrócił, powiedział mi: "Wszystko jest pod siedzeniem kierowcy". Więc poszedłem do samochodu, mimo że nie było tam nic, co mógłbym z niego zabrać, żeby zrobić coś z tym pudełkiem. Ale nie wiedziałem, co z nim, kurwa, mogę zrobić, więc tylko je trochę pogniotłem i wsunąłem pod tylne siedzenie. Wyszedłem i powiedziałem, że nie miałem nic w samochodzie. Nadal nie pojmuję, dlaczego nie rozbebeszyli całego auta.

Wtedy zrozumieli już, kogo mają ("No proszę, proszę, kogo my tu mamy?"), ale też wyglądało na to, iż zupełnie nie wiedzą, co zrobić z tymi międzynarodowymi gwiazdami, które siedzą w ich areszcie. Postanowili ściągać posiłki z całego stanu. Nie wiedzieli też za bardzo, za co nas aresztować. Zdawali sobie natomiast sprawę z tego, że próbujemy zlokalizować Billa Cartera, i to musiało ich trochę przestraszyć, ponieważ byliśmy na jego podwórku. Dorastał w pobliskim miasteczku Rector i znał każdego policjanta, każdego szeryfa, każdego prokuratora i wszystkich lokalnych polityków. Może nawet żałowali, że dali cynk wszystkim agencjom prasowym i pochwalili się swoją zdobyczą. Pod sądem zaczęli gromadzić się dziennikarze ogólnokrajowych mediów. Jedna stacja telewizyjna z Dallas wynajęła nawet odrzutowiec, aby wyprzedzić konkurencję. Była sobota po południu, a oni dzwonili do Little Rock, że prosili stanowych oficjeli o radę. Zamiast więc zamknąć nas i puścić ten obraz w świat, oni trzymali nas w luźnym "areszcie prewencyjnym" w gabinecie szefa policji, co oznaczało, że mogliśmy trochę spacerować. Gdzie był Carter? Biura na weekendy zamykano, nie było też komórek. Znalezienie go zajęło kilka godzin.

Przez cały czas staramy się pozbyć towaru. Jesteśmy nim obładowani. W latach siedemdziesiątych odlatywałem wysoko jak latawiec na czystej kokainie firmy Merck, puszystym farmaceutycznym koksie. Poszliśmy z Freddiem Sesslerem do kibelka. Nawet nas nie eskortowali. "Chrystepanie", padł zwrot, który poprzedzał każdą wypowiedź Freddiego, "jestem wypakowany". Ma słoiczki wypełnione tuinalem. Jest tak zdenerwowany wrzucaniem ich do muszli klozetowej, że upuszcza buteleczkę i wszystkie pieprzone turkusowo-czerwone pigułki rozsypują się po podłodze, a on próbuje spuścić z wodą kokainę. Ja już wyrzuciłem haszysz i trawę, spuściłem wodę, ale ta kurewska trawa nie chce spłynąć, jest jej za dużo, więc ciągnę za spłuczkę znowu i znowu, a wtedy po podłodze z sąsiedniej kabiny zaczynają toczyć się pigułki. Próbuję je pozbierać i wrzucić do muszli, ale nie mogę, bo między moją kabiną a tą, w której siedzi Freddie, jest jeszcze jedna. Między nami na podłodze leży więc jakieś pięćdziesiąt tabletek. "Chrystepanie, Keith". "Nie stresuj się, Freddie. Zebrałem wszystkie ze swojej kabiny, a ty?" "Chyba. Tak myślę". "Chodźmy więc do środkowej kabiny i pozbierajmy te, które jeszcze zostały". Posypało się z nas całe gówno. Niesamowite, ale każda kieszeń, każde miejsce wypełnione były prochami... Nigdy nie przypuszczałem, że mogę mieć tyle kokainy!

Niespodzianką miała być teczka Freddiego, która leżała w nieprzeszukanym jeszcze bagażniku samochodu, a my zdawaliśmy sobie sprawę, że jest w niej kokaina. Niemożliwe, żeby się na nią nie natknęli, gdy tam zajrzą. Freddie i ja zdecydowaliśmy, iż strategicznie wyprzemy się go na to popołudnie i powiemy, że jest autostopowiczem, ale jednocześnie, że chętnie obejmiemy go usługami prawniczymi naszego adwokata, jeśli ten wreszcie się pojawi.

Posypało się z nas całe gówno. Niesamowite, ale każda kieszeń, każde miejsce wypełnione były prochami... Nigdy nie przypuszczałem, że mogę mieć tyle kokainy!

Gdzie był Carter? Zebranie naszych posiłków zajęło trochę czasu, podczas gdy populacja Fordyce puchła do rozmiarów grupy gotowej wszcząć zamieszki. Ludzie z Missisipi, Teksasu, Tennessee - wszyscy ściągali, żeby przyjrzeć się zamieszaniu. Nic nie mogło się zacząć, dopóki nie zlokalizujemy Cartera, a on był w trasie, nie za daleko, odpoczywał podczas zasłużonego wolnego dnia. Miałem więc czas, żeby zastanowić się nad tym, jak spuściłem gardę i zapomniałem, jakie obowiązują zasady: nie łamać prawa i nie dać się zatrzymać policji. Gliniarze wszędzie, a już na pewno na Południu, mają cały arsenał quasi-legalnych sztuczek, aby cię zgarnąć, jeśli tylko przyjdzie im na to ochota. A wtedy bez problemu mogą zamknąć cię na dziewięćdziesiąt dni. To właśnie dlatego Carter mówił nam, żebyśmy trzymali się autostrad międzystanowych. Pas Biblijny w tamtych czasach był o wiele szczelniejszy.

Podczas wczesnych tras koncertowych wiele kilometrów pokonaliśmy drogą lądową. Przydrożne knajpy zawsze były interesującym ryzykiem. Trzeba było być na nie gotowym. Zatrzymywanie się w zajeździe dla kierowców ciężarówek w 1964, 1965 albo 1966 roku na głębokim Południu albo w Teksasie wydawało się o wiele bardziej niebezpieczne niż cokolwiek, co mogło się przytrafić w mieście. Wchodziłeś, a tam siedziała banda facetów, i powoli zdawałeś sobie sprawę, że twój posiłek w towarzystwie ostrzyżonych na jeża kierowców z tatuażami nie będzie należał do przyjemnych. Nerwowo dłubiesz w talerzu. "Och, może poproszę to na wynos". Z powodu naszych długich włosów nazywali nas dziewczynkami. "Jak leci, dziewczynki? Zatańczymy?" Włosy... taka mała rzecz, o której czasem w ogóle się nie myśli, a która zmieniła kultury. Reakcje na nasz wygląd w niektórych częściach Londynu nie różniły się więc od tego, jak witano nas na Południu. "Cześć, skarbie", i takie tam.

Była to nieustępliwa wojna, ale wówczas nie myśleliśmy o tym w ten sposób. Wszystkie doświadczenia były wtedy nowe i naprawdę nie byliśmy świadomi, jakie może mieć to dla nas konsekwencje. Powoli się do tego przyzwyczajaliśmy. Zauważyłem, że jeśli dostrzegli gitary i wiedzieli, iż jesteśmy muzykami, nagle wszystko było w porządku. Do przydrożnego zajazdu lepiej wziąć ze sobą gitarę. "Czy możesz coś zagrać, synu?". Czasem tak robiliśmy: wyjmowaliśmy gitary i śpiewaliśmy za kolację.

Wystarczyło jednak przejść przez tory, żeby otrzymać prawdziwą lekcję. Gdy graliśmy z czarnymi muzykami, opiekowali się nami. Było mniej więcej tak: "Hej, chcesz się dziś zabawić? Spodobasz się jej. Nigdy jeszcze nie widziała kogoś takiego jak ty". Witali nas, karmili i załatwiali nam dziewczyny. Biała strona miasta była martwa, ale po drugiej stronie torów bujało. Jeśli znałeś czarnych kolesiów, byłeś w porządku. Niesamowita nauka.

Czasem graliśmy dwa albo trzy koncerty dziennie. Nie były długie, dwadzieścia minut albo pół godziny. Trzy razy dziennie, czekając na swoją kolej, bo to były zwykle występy rewiowe, zespoły czarnych, amatorzy, lokalne przeboje białych i różne inne rzeczy. Gdy jechało się na Południe, podróż trwała bez końca. Mijało się miasta i stany. Nazywa się to gorączka białej linii. Jeśli nie śpisz, wpatrujesz się w białe pasy biegnące przez środek drogi, a co jakiś czas ktoś mówi: "Muszę się wysrać" albo "Jestem głodny". Wtedy na chwilę wkracza się w teatralny świat przy bocznych drogach w Karolinach, Missisipi i tym podobnych. Wychodzisz z pęcherzem bliskim eksplozji, widzisz napis "Mężczyźni", a tam jakiś czarny koleś stoi i mówi: "Tylko dla kolorowych", ty zaś sobie myślisz: "Jestem dyskryminowany!". Przejeżdżaliśmy obok małych lokali, z których dobiegała niesamowita muzyka, a z okien buchała para.

"Hej, zatrzymajmy się tutaj".

"Może być niebezpiecznie".

"Nie, daj spokój, posłuchaj tylko tej muzyki!"

W środku grał zespół - trzech wielkich czarnych skurwieli - a wokół tańczyły czarne suczki z banknotami wetkniętymi za majtki. Wchodziliśmy i przez moment wszyscy mrozili nas wzrokiem, ponieważ byliśmy pierwszymi białymi, których tam zobaczyli, ale wiedzieli, że energia tego miejsca jest zbyt magiczna, żeby kilku białych facetów zrobiło jakąkolwiek różnicę. Zwłaszcza że nie wyglądaliśmy jak lokalni. Byli więc zaintrygowani, a my bardzo wczuci w atmosferę. Musieliśmy jednak ruszać w dalszą drogę. O kurwa, mógłbym zostać tam przez wiele dni. Trzeba było znów się wycofywać, choć piękne czarne damy ściskały nas między swoimi ogromnymi cyckami. Wychodziliśmy spoceni, przesiąknięci zapachem perfum i wsiadaliśmy do samochodu, a muzyka niknęła w tle. Myślę, że umarliśmy i znaleźliśmy się w niebie, ponieważ rok wcześniej graliśmy w londyńskich klubach i szło nam nieźle, ale rok później znaleźliśmy się tam, gdzie nie przypuszczaliśmy, że kiedykolwiek się znajdziemy. Byliśmy w Missisipi. Graliśmy tę muzykę i robiliśmy to z wielkim szacunkiem, ale wtedy byliśmy właśnie tam i ją wdychaliśmy. Chcesz być bluesmanem, za chwilę nim jesteś i znajdujesz się wśród bluesmanów, a obok ciebie stoi Muddy Waters. Wszystko dzieje się tak szybko, że naprawdę nie możesz przyswoić tylu wrażeń. Wracają do ciebie dopiero później, bo jest ich zbyt dużo. Grać piosenkę Muddy'ego Watersa to jedno, ale granie z nim to zupełnie co innego.

Wreszcie wytropiono Billa Cartera w Little Rock, gdzie gościł na grillu w domu przyjaciela, który okazał się sędzią. Bardzo przydatny zbieg okoliczności. Miał wynająć samolot i dotrzeć do nas w ciągu kilku godzin, razem z sędzią. Sędzia, kumpel Cartera, znał policjanta stanowego, który miał przeszukać samochód. Powiedział mu, że policja nie ma prawa tego robić, i nakazał mu powstrzymanie się od przeszukania, dopóki nie dotrze na miejsce. Bieg wydarzeń znów stanął na kilka godzin.

Bill Carter dorastał, pracując przy lokalnych kampaniach wyborczych, więc znał prawie wszystkie ważne osobistości w całym stanie. A ludzie, dla których pracował w Arkansas, teraz należeli do najbardziej wpływowych demokratów w Waszyngtonie. Jego mentorem był Wilbur Mills z Kensett, prezes komisji budżetowej, drugi po prezydencie najpotężniejszy człowiek w kraju. Carter pochodził z biednej rodziny, w czasach wojny z Koreą wstąpił do sił powietrznych, studia opłacał pieniędzmi otrzymanymi za służbę, dopóki się nie skończyły, a potem podjął pracę w tajnych służbach i zajmował się ochroną Kennedy'ego. Tamtego dnia nie było go w Dallas - przebywał na szkoleniu - ale zwykle wszędzie z nim jeździł, planował jego podróże i znał najważniejszych urzędników w każdym stanie, który odwiedzał Kennedy. Był blisko centrum. Po śmierci Kennedy'ego został śledczym w Komisji Warrena, a potem otworzył własną kancelarię w Little Rock, stając się kimś w rodzaju "prawnika prostych ludzi". Miał jaja. Jego pasją było prawo, właściwe postępowanie, konstytucja - prowadził na te tematy seminaria dla policji. Powiedział mi, że został obrońcą, ponieważ miał dość rutynowego nadużywania przez policjantów władzy i naginania prawa, a odnosiło się to do prawie każdego funkcjonariusza, którego spotkał podczas trasy z Rolling Stonesami w niemal każdym mieście. Carter był naszym naturalnym sprzymierzeńcem.

Poinformowano go oficjalnie, że Stonesi już nigdy nie odbędą trasy po Stanach Zjednoczonych, bo są najbardziej niebezpieczną grupą rockandrollową na świecie, podburzają do zamieszek, dopuszczają się licznych wykroczeń i lekceważą prawo.

Jego stare kontakty w Waszyngtonie okazały się atutem, gdy odmówiono nam wiz na trasę po Stanach w 1973 roku. Kiedy Carter pierwszy raz pod koniec tego roku wybrał się do Waszyngtonu w naszej sprawie, zauważył, że opinie Nixona dominowały w świecie biurokracji do najniższego stopnia. Poinformowano go oficjalnie, że Stonesi już nigdy nie odbędą trasy po Stanach Zjednoczonych, bo są najbardziej niebezpieczną grupą rockandrollową na świecie, podburzają do zamieszek, dopuszczają się licznych wykroczeń i lekceważą prawo. Wiele osób rozzłościło pojawienie się na scenie Micka przebranego za Wujka Sama, w amerykańskiej fladze. Tylko to wystarczyło, aby odmówić mu wjazdu. To był przecież tylko kawałek materiału. Musieliśmy więc uważać. Zatrzymali Briana Jonesa, ponieważ podniósł flagę, która poniewierała się za sceną, chyba w Syracuse, w stanie Nowy Jork, w połowie lat sześćdziesiątych. Przewiesił sobie ją przez ramię, ale róg dotykał podłogi. Było już po występie i zbieraliśmy się do wyjścia, kiedy policyjna eskorta wepchnęła nas wszystkich do biura. Zaczęli wrzeszczeć: "Ciągniecie flagę po ziemi. Poniżacie nasz kraj, to działalność wywrotowa!".

Ja też miałem swoje policyjne akta - nie było od tego ucieczki. Wszyscy wiedzieli - czegóż to o mnie nie pisano! - że jestem uzależniony od heroiny. W Wielkiej Brytanii skazano mnie za posiadanie narkotyków w październiku 1973, a we Francji w 1972 roku. Kiedy Carter zaczął swoją kampanię, Watergate dopiero nabierała rozpędu - niektórzy ze sługusów Nixona trafili za kratki, a sam Nixon niedługo miał polecieć razem z Haldemanem, Mitchellem i całą resztą. Niektórzy z nich współpracowali z FBI podczas lewej kampanii przeciwko Johnowi Lennonowi.

Na korzyść Cartera, podczas kontaktów z urzędem imigracyjnym, działało to, że był "jednym z chłopaków", miał przeszłość w organach ścigania. Cieszył się szacunkiem dzięki swojej pracy z Kennedym. Mówił: "Wiem, jak się czujecie, chłopaki", i domagał się rozprawy, ponieważ twierdził, że nie jesteśmy traktowani sprawiedliwie. Po wielu miesiącach żmudnej pracy udało mu się wydeptać ścieżkę. Szczególną uwagę poświęcał niżej postawionym pracownikom, ponieważ zdawał sobie sprawę, że z powodu aspektów "technicznych" to właśnie oni mogą utrudniać jego starania. Przeszedłem badania, aby udowodnić, że jestem czysty, a papiery dostałem od lekarza z Paryża, który już wiele razy wystawił mi taki dokument. Wtedy Nixon ustąpił. Carter poprosił najwyższego urzędnika, aby spotkał się z Mickiem i na własnej skórze przekonał się, jacy jesteśmy. A Mick oczywiście pojawił się w garniturze i go oczarował. Mick to naprawdę najbardziej wszechstronny facet. Dlatego go kocham. Mógłby prowadzić filozoficzną dyskusję z Sartre'em w jego ojczystym języku. Doskonale radzi sobie z tubylcami. Carter powiedział mi, że nie złożył podania o wizę w Nowym Jorku ani Waszyngtonie, ale w Memphis, gdzie jest spokojniej. Wtedy nastąpił niezwykły zwrot akcji: przyznano nam wizy. Ale pod jednym warunkiem: Bill Carter ma towarzyszyć Stonesom podczas trasy i osobiście zapewnić władze, że nie wybuchną żadne zamieszki oraz że zespół nie dopuści się żadnych nielegalnych czynów. (Zażądali również, aby podczas trasy towarzyszył nam lekarz - niemal fikcyjna postać, pojawiająca się w dalszej części książki - który stał się ofiarą naszego tournée, testował leki i uciekł z groupie).

Carter uspokoił ich, proponując, by trasa przebiegała w stylu tajnych służb, z policją przy boku. Inne jego kontakty miały informować go o planowanych nalotach policji. Dzięki temu wiele razy ocaliliśmy tyłki.

Od trasy z 1972 roku sytuacja zrobiła się bardziej poważna: odbywały się demonstracje, marsze antywojenne, a u władzy był Nixon. Pierwszy znak dostaliśmy w San Antonio 3 czerwca. Trwała trasa z wielkim dmuchanym kutasem. Unosił się nad sceną, gdy Mick śpiewał Starfucker. Kutas był świetny, ale później słono za niego zapłaciliśmy, bo Mick na każdej trasie domagał się rekwizytów, które miały ukryć jego brak pewności siebie. Bardzo trudno było wprowadzić słonie na scenę w Memphis. Zwierzęta w końcu połamały rampy i zaczęły srać na scenę podczas prób, i w końcu z nich zrezygnowaliśmy. Z kutasem nie mieliśmy żadnych problemów podczas pierwszych koncertów trasy w Baton Rouge, ale przyciągnął gliniarzy, którzy zarzucili próby dopadnięcia nas w hotelu, w podróży albo w garderobie. Jedynym miejscem, w którym mogli nas dopaść, była scena. Zagrozili, że aresztują Micka, jeśli tej nocy kutas pójdzie w górę, więc mieliśmy wielki kryzys. Carter ostrzegł ich, że dzieciaki spalą arenę. Wybadał sytuację i zdał sobie sprawę, że fani nie pozwolą nas zamknąć. W końcu Mick uznał, że ulegnie władzom, i wzwód tamtego wieczoru w San Antonio nie nastąpił. Kiedy w Memphis grozili aresztowaniem Micka za śpiewanie piosenki Starfucker, starfucker, Carter powstrzymał ich, dostarczając listę piosenek granych w lokalnej rozgłośni radiowej, która wykazała, że nadawali ten kawałek przez ostatnie dwa lata. Za każdym razem, gdy pojawiała się policja, w każdym mieście, łamała prawo, działała nielegalnie, usiłowała robić naloty bez nakazów i przeszukiwać nas bez uzasadnionych podstaw. Carter to widział i był gotowy z tym walczyć.

*

Zanim więc Carter dotarł do Fordyce z sędzią pod pachą, nasze kartoteki nie były czyste. W mieście pojawiła się armia dziennikarzy, na drodze stanęły blokady, żeby zapobiec pojawieniu się jeszcze większych tłumów.

Policja chciała otworzyć nasz bagażnik, ponieważ byli przekonani, że znajdą tam prochy. Najpierw postawili mi zarzut nieostrożnej jazdy, ponieważ gdy ruszaliśmy z parkingu pod restauracją, opony zapiszczały, a spod kół wystrzelił żwirek. Dwadzieścia metrów brawurowej jazdy. Zarzut numer dwa: miałem "ukrytą broń", nóż myśliwski. Aby jednak legalnie dostać się do bagażnika, potrzebowali "uzasadnionych podstaw", a więc musieli znaleźć jakiś dowód albo żywić poważne podejrzenie, że doszło do popełnienia zbrodni. W przeciwnym razie przeszukanie pojazdu byłoby nielegalne i nawet jeśli udałoby im się coś znaleźć, sprawa zostałaby umorzona. Mogliby otworzyć bagażnik, gdyby widzieli kontrabandę, zaglądając przez okno do samochodu, ale niczego nie zauważyli. Sprawa "uzasadnionych podstaw" była przedmiotem burzliwych dyskusji między różnymi urzędnikami, którzy przewinęli się tamtego popołudnia.

Najpierw Carter jasno i wyraźnie stwierdził, że zarzuty są wyssane z palca. Aby wymyślić uzasadnione podstawy, gliniarz, który mnie zatrzymał, powiedział, że czuł zapach dymu marihuanowego, który wydobywał się z okien samochodu, gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu. Dla nich był to powód, by zajrzeć do bagażnika. "Chyba myślą, że urodziłem się wczoraj", powiedział do nas Carter. Gliniarze próbowali nas przekonać, że w ciągu minuty, od wyjścia z restauracji do wyjazdu z parkingu, mieliśmy czas, by zapalić jointa i wypełnić samochód wystarczającą ilością dymu, żeby można go było wyczuć z odległości wielu metrów. Twierdzili, że właśnie dlatego nas aresztowali. To wystarczyło, żeby zniszczyć wiarygodność policyjnych dowodów. Carter rozmawiał o tym wszystkim z rozwścieczonym szefem policji, którego miasto było oblężone, ale który zdawał sobie sprawę, że przetrzymując nas w Fordyce, może nie dopuścić do naszego wyprzedanego koncertu w Cotton Bowl Dallas zaplanowanego na następny wieczór. W naczelniku policji, Billu Goberze, widzieliśmy z Carterem archetyp gliniarza buraka, amerykańską wersję moich przyjaciół z posterunku w Chelsea - zawsze gotowych do nagięcia prawa i nadużycia władzy. Gober był człowiekiem, którego Rolling Stonesi doprowadzali do szału: ich stroje, włosy, to, co sobą reprezentowali, ich muzyka, a przede wszystkim wyzwanie, jakie rzucali władzom. Przynajmniej on tak to widział. Nieposłuszeństwo. Nawet Elvis mówił: "Tak, proszę pana". Ale nie te długowłose śmiecie. Gober otworzył więc bagażnik, mimo ostrzeżeń Cartera, że będzie podważał jego racje aż do samego Sądu Najwyższego. A kiedy otworzył, to dopiero była zabawa. Pękaliśmy ze śmiechu.

Kiedy przekroczyło się rzekę między Tennessee (wtedy raczej "suchego" stanu) a West Memphis w Arkansas, sklepy monopolowe sprzedawały coś, co było po prostu bimbrem z brązowymi papierowymi naklejkami na butelkach. Ronnie i ja zaszaleliśmy i kupiliśmy każdą dziwną butelkę bourbona, która miała jakąś fantastyczną etykietę: Flying Cock, Fighting Cock, Grey Major. Małe piersiówki z egzotycznymi, ręcznie wykonanymi nalepkami. Mieliśmy w bagażniku ponad sześćdziesiąt butelek. Nagle więc zaczęli nas podejrzewać o przemyt alkoholu. "Nie, my je kupiliśmy, zapłaciliśmy za nie". Alkohol w bagażniku chyba trochę ich zmylił. Były lata siedemdziesiąte i pijacy nie równali się ćpunom, wtedy istniał wyraźny podział. "Przynajmniej są facetami i piją whiskey". Potem znaleźli neseser Freddiego, który był zamknięty, a on powiedział im, że zapomniał kombinacji do zamka. Rozwalili więc jego walizeczkę i znaleźli w niej dwa małe pojemniki z farmaceutyczną kokainą. Gober myślał, że już nas ma, a przynajmniej, że ma Freddiego.

Znalezienie sędziego zajęło trochę czasu. Był już wieczór i kiedy przyjechał po dniu spędzonym na polu golfowym, podczas którego pił, był narąbany.

Sytuacja zamieniła się w komedię, w totalny absurd. Jak na filmach o Keystone Kops2, gdy sędzia usiadł za stołem, a różni prawnicy i gliniarze próbowali przekonać go do swojej wersji wydarzeń. Gober chciał, żeby sędzia uznał, iż przeszukanie i odnalezienie kokainy odbyło się legalnie i że wszyscy powinniśmy zostać zatrzymani pod zarzutem ciężkiego przestępstwa, to znaczy wsadzeni do paki. Od tej małej decyzji wymiaru sprawiedliwości zależała prawdopodobnie przyszłość Rolling Stonesów, przynajmniej w Ameryce.

To, co się wydarzyło, a o czym dowiedziałem się później z zeznań Billa Cartera i tego, co udało mi się podsłuchać, wyglądało mniej więcej w następujący sposób. Tak najszybciej da się to opowiedzieć, z przeprosinami dla Perry'ego Masona.

Obsada

Bill Gober - szef policji, mściwy i wściekły

Sędzia Wynne - sędzia miasta Fordyce, bardzo pijany

Frank Wynne - oskarżyciel, brat sędziego

Bill Carter - znany, agresywny prawnik reprezentujący Rolling Stonesów, pochodzący ze stanu Arkansas, z Little Rock

Tommy Mays - oskarżyciel, idealista, tuż po studiach

Inni obecni: Sędzia Fairley przywieziony przez Cartera, aby został świadkiem fair play i aby uchronić go od więzienia.

Pod sądem: dwa tysiące fanów Rolling Stonesów, którzy przyciśnięci do barykady skandują: "Uwolnić Keitha! Uwolnić Keitha!".

Na sali sądowej

Sędzia: Zdaje mi się, że mamy tu do czynienia z przestępstwem. Przestępstwem, paaanowie. Czekam na oświadczenia. Panie adwokacie?

Młody oskarżyciel publiczny: Wysoki Sądzie, mamy problem z materiałem dowodowym.

Sędzia: Państwo będą mi musieli na chwilę wybaczyć. Zarządzam przerwę. (Zmieszanie w sali sądowej. Obrady odłożone na dziesięć minut. Wraca sędzia. Musiał iść na drugą stronę ulicy i kupić butelkę bourbona, zanim o dwudziestej drugiej zamkną sklep. Butelka jest teraz w jego skarpetce).

Carter (przez telefon do Franka Wynne'a, brata sędziego): Frank, gdzie jesteś? Lepiej, żebyś tu przyszedł. Tom jest odurzony. Tak. Dobrze, dobrze.

Sędzia: Kontynuujmy. Panie... ach... kontynuujmy.

Młody oskarżyciel publiczny: Nie wydaje mi się, żeby to było zgodne z prawem, Wysoki Sądzie. Ich zatrzymanie jest nieuzasadnione. Chyba musimy ich wypuścić.

Szef policji (krzyczy do sędziego): Jasne, że jest, do cholery! Pozwolicie odejść tym draniom? Sędzia zdaje sobie sprawę, że będę go musiał aresztować? Tak właśnie zrobię. Sędzia jest pijany. Pijany w miejscu publicznym. Nie jesteś w stanie prowadzić tej rozprawy. Ośmieszasz naszą społeczność. (Próbuje go złapać).

Sędzia (krzyczy): Ty sukinsynu, zostaw mnie! Grozisz mi?! Wywalę cię na zbity pysk... (Przepychanka).

Carter (próbuje ich rozdzielić): Hola, chłopcy, chłopcy, spokojnie. Przestańmy się sprzeczać. Porozmawiajmy. Nie pora walczyć na noże... Na zewnątrz czekają ekipy telewizyjne i prasa z całego świata. Nie wyglądałoby to dobrze. Wiecie, co powiedziałby na to gubernator? Kontynuujmy rozprawę. Możemy przecież dojść do jakiegoś porozumienia.

Urzędnik sądowy: Przepraszam, panie sędzio, dzwonią z BBC z Londynu. Chcą rozmawiać teraz.

Sędzia: Ach tak. Przepraszam was na chwilkę, chłopcy. Zaraz wracam. (Pociąga łyka z butelki, którą ma w skarpecie).

Szef policji (nadal krzyczy): Cholerny cyrk! Niech cię diabli, Carter! Ci chłopcy popełnili przestępstwo. Znaleźliśmy kokainę w tym pieprzonym samochodzie. Czego ci jeszcze trzeba? Wsadzę ich do pierdla. Będą grali według naszych zasad, a ja uderzę w ich czuły punkt. Ile ci płacą, chłoptasiu Hoovera? Jeśli sędzia nie wyda werdyktu, że przeszukanie było zgodne z prawem, aresztuję go za publiczne pijaństwo.

Sędzia (dla BBC): A tak. Byłem w Anglii podczas drugiej wojny światowej. Pilot bombowy, trzysta osiemdziesiąta piąta Grupa Bombowa. Stacjonowałem w Great Ashfield. Wspaniałe czasy. Kocham Anglię. Grałem w golfa. Grałem na wspaniałych polach. Macie wspaniałe pola golfowe... Wennnworth? Właśnie. Chciałem poinformować państwa, że odbędzie się konferencja prasowa z chłopcami, podczas której wyjaśnimy, co się dzieje, jak Rolling Stonesi znaleźli się w naszym mieście i takie tam.

Szef policji: Mam ich tu i mam zamiar ich zatrzymać. Chcę dorwać tych Angoli, te małe cioty. Niech sobie nie myślą, że są nie wiadomo kim.

Carter: Chcesz wywołać zamieszki? Widziałeś, co się dzieje na zewnątrz? Zamachasz kajdankami i stracisz kontrolę nad tłumem. To w końcu Rolling Stonesi, na litość boską!

Szef policji: A twoi mali chłopcy pójdą za kratki.

Sędzia (po powrocie z wywiadu): Co się dzieje?

Brat sędziego (bierze go na stronę): Tom, musimy ustąpić. Nie ma prawnych podstaw do zatrzymania. Jeśli nie będziemy działali zgodnie z prawem, rozpęta się burza.

Sędzia: Wiem. Oczywiście. Tak, tak, panie Carter. Proszę podejść.

Pod Alamo, Teksas, 1975 r. Ron Wood wczuł się w rolę.

Wszyscy poza szefem policji Goberem sobie odpuścili. Przeszukiwanie nie dało niczego, co mogłoby zostać wykorzystane przeciwko nam. Nie mogli nas o nic oskarżyć. Kokaina należała do autostopowicza Freddiego, a poza tym została odkryta nielegalnie. Policja stanowa była teraz w większości po stronie Cartera. Debatując szeptem, Carter i reszta prawników wreszcie doszli do porozumienia z sędzią. Proste. Sędzia chciał zatrzymać nóż myśliwski i wycofać zarzuty - nóż do dziś wisi w sali rozpraw. Nieostrożną jazdę zamienił na drobne wykroczenie, za które dostałem mandat: 165,50 dolarów. Z 50 000 dolarów w gotówce, które przywiózł Carter, zapłacił 5000 dolarów poręczenia za Freddiego i kokainę. Carter miał później wnieść skargę i odzyskać pieniądze. Freddie był wolny. Musieliśmy jednak spełnić ostatni warunek: mieliśmy wziąć udział w konferencji prasowej i zrobić sobie zdjęcia w objęciach sędziego. Ronnie i ja poprowadziliśmy konferencję z ławki. Miałem już na głowie czapkę strażaka i zostałem sfilmowany, jak walę sędziowskim młotkiem i oznajmiam: "sprawa zamknięta". Uff!

*

Koniec tej historii był typowy dla Rolling Stonesów. Władze, które nas aresztowały, zawsze stawały przed niełatwym wyborem. Chcecie ich zamknąć czy zrobić sobie z nimi zdjęcie i w konwoju wyprowadzić z miasta? Pojawiały się argumenty za i przeciw. W Fordyce ledwo, ale jednak, nam się udało. Policja stanowa eskortowała nas na lotnisko około drugiej w nocy, gdzie podstawiono dla nas samolot wyposażony w odpowiednie ilości Jacka Daniel'sa.

W 2006 roku polityczne ambicje gubernatora Huckabee z Arkansas, który starał się o nominację na prezydenckiego kandydata Partii Republikańskiej, sprawiły, że ułaskawił mnie za moje wykroczenia sprzed trzydziestu lat. Gubernator Huckabee twierdzi również, że jest gitarzystą. Chyba nawet ma zespół. Tak naprawdę nie było powodu, by mnie ułaskawiać. Nie popełniliśmy w Fordyce żadnego przestępstwa, ale to nie miało znaczenia. I tak zostałem ułaskawiony. Ale co, do cholery, stało się z tamtym samochodem? Cały wypełniony prochami został w garażu. Chciałbym wiedzieć, co zrobili z towarem. Może nigdy nie zdjęli paneli? Może ktoś nadal nim jeździ i nie wie, że jest nafaszerowany całym tym gównem.

1 Pas Biblijny - tak określa się regiony USA, w których dominują konserwatywni protestanci.

2 Keystone Kops - grupa fajtłapowatych policjantów, bohaterów amerykańskich niemych komedii.

Rozdział drugi

Dorastam jako jedynak na bagnach Dartford. Wakacje pod namiotem w hrabstwie Dorset z rodzicami, Bertem i Doris. Przygody z dziadkiem Gusem i Panem Thompsonem Wooftem. Gus uczy mnie pierwszego gitarowego riffu. Uczę się, jak dostawać w skórę w szkole, a potem pokonuję osiłka z Dartford Tech. Doris puszcza mi Django Reinhardta i dzięki Radiu Luxemburg odkrywam Elvisa. Zmieniam się z chórzysty w buntownika i wylatuję ze szkoły.

Przez wiele lat spałem średnio jakieś dwa razy w tygodniu. Oznacza to, że byłem przytomny przez długość przynajmniej trzech żywotów. A przed tymi żywotami trwało moje dzieciństwo, które przeżyłem na wschód od Londynu, w Dartford nad Tamizą, gdzie się urodziłem. Osiemnastego grudnia 1943 roku. Według mojej matki stało się to podczas nalotu. Nie mogę się z tym spierać. Dwie pary ust milczą. Jednak w moim pierwszym wspomnieniu leżę na trawie za naszym domem, wskazuję szumiący samolot na niebieskim niebie nad naszymi głowami, a Doris mówi: "Spitfire".

Mimo że wojna już się skończyła, tam, gdzie dorastałem, wystarczyło skręcić za róg, żeby zobaczyć horyzont, nieużytki, chwasty, jeden czy dwa dziwne domy, jak z filmów Hitchcocka, które w jakiś cudowny sposób ocalały. Na naszą ulicę spadł pocisk, ale nie było nas w domu. Doris powiedziała, że bomba podskakiwała na chodniku i zabiła wszystkich po obu stronach naszego domu. W moim łóżeczku wylądowało parę cegieł. Stanowiło to dowód na to, że Hitler był na moim tropie. Potem zdecydował się na plan B. Po tych wydarzeniach moja mama uznała, że Dartford jest trochę niebezpieczne - niech będzie błogosławiona.

Doris i mój ojciec, Bert, przeprowadzili się na Morland Avenue w Dartford z Walthamstow, żeby być blisko mojej ciotki Lil, siostry Berta, podczas gdy on był na wojnie. Mąż Lil był mleczarzem, który został tu przeniesiony. Potem, kiedy na Morland Avenue spadła ta bomba, nasz dom nie był już bezpieczny i przeprowadziliśmy się do Lil. Pewnego dnia, gdy wyszliśmy po nalocie ze schronu, dach domu Lil płonął. Opowiadała mi o tym Doris. To właśnie tam po wojnie zamieszkały nasze rodziny, przy Morland Avenue. Dom, w którym mieszkaliśmy wcześniej, nadal stał, tak przynajmniej wynika z tego, jak wspominam tę ulicę, ale jakaś jedna trzecia była kraterem porośniętym trawą i kwiatkami. To był nasz plac zabaw. Urodziłem się w Szpitalu Livingstone przy dźwiękach komunikatu "alarm odwołany" - kolejna wersja Doris. Będę musiał jej uwierzyć.

Gdy moja matka przeprowadzała się z Walthamstow do Dartford, myślała, że przenosi się w bezpieczne miejsce. Przenieśliśmy się więc do doliny Darent. Aleja Bombowa! Znajdował się tam największy oddział fabryki amunicji Vickers-Armstrongs, która - można powiedzieć - była środkiem tarczy strzelniczej, oraz przedsiębiorstwo chemiczne Burroughs Wellcome. Jakby tego było mało, właśnie w okolicy Dartford niemieccy piloci bombowców dostawali cykora, zrzucali pociski i zawracali. "Robi się gorąco". BUM! To cud, że przeżyliśmy. Na dźwięk syreny włosy na karku nadal stają mi dęba, zapewne po tym, jak z mamą i resztą rodziny schodziliśmy do schronów. Kiedy rozlega się taka syrena, reakcja jest instynktowna, automatyczna. Oglądam dużo filmów i programów dokumentalnych o wojnie, więc ciągle ją słyszę. I wciąż tak na mnie działa.

Moje najwcześniejsze wspomnienia to typowe powojenne wspomnienia z Londynu. Ruiny, zniszczone ulice. Niektóre z nich trwały w takim stanie przez dziesięć lat. Największy wpływ, jaki miała na mnie wojna, krył się w stwierdzeniu: "przed wojną". Dorośli cały czas o tym mówili. "Och, przed wojną wcale tak nie było". Poza tym jakoś szczególnie nie ucierpiałem. Przypuszczam, że brak cukru, słodyczy i cukierków był dobry, ale ja wcale nie byłem zadowolony. Zawsze miałem kłopot ze znalezieniem towaru. Lower East Side albo sklep ze słodyczami w East Wittering, blisko mojego domu w West Sussex, to jedyni dealerzy, których dziś odwiedzam. Stary sklep ze słodyczami Candies. Całkiem niedawno pojechałem tam koło wpół do dziewiątej rano z moim kumplem Alanem Claytonem, wokalistą Dirty Strangers. Nie spaliśmy całą noc i zachciało nam się czegoś słodkiego. Musieliśmy poczekać pół godziny pod sklepem, zanim otworzyli. Kupiliśmy candy twirls, bull's-eyes oraz licorice & blackcurrant. Przecież nie mogliśmy obniżyć standardów i zadowolić się towarem z supermarketu, prawda?

Fakt, że nie mogłem kupić sobie torebki cukierków do 1954 roku, dużo mówi o zmianach i rewolucjach trwających tak długo po zakończeniu wojny. Minęło ponad dziewięć lat od jej zakończenia, zanim mógłbym pójść (gdybym miał pieniądze) i powiedzieć "Wezmę torebkę tych" - tofików i aniseed twists. Zamiast tego pytano nas: "Macie książeczkę na pieczątki?" i słyszeliśmy odgłos stemplowania. Racja była twoją racją. Jedna mała brązowa torebka - malutka - na tydzień.

Bert i Doris poznali się, gdy pracowali w tej samej fabryce w Edmonton - Bert jako drukarz, a Doris w biurze - i zamieszkali razem w Walthamstow. Przed wojną, podczas narzeczeństwa, jeździli dużo na rowerach i urządzali biwaki. To ich połączyło. Kupili tandem i jeździli do Essex pod namiot ze znajomymi. Kiedy więc pojawiłem się na świecie, gdy tylko byłem wystarczająco duży, zabierali mnie ze sobą na bagażniku tandemu. Musiało to być krótko po wojnie albo nawet jeszcze w czasie jej trwania. Oczami wyobraźni widzę ich, jak pedałują podczas nalotu, prą przed siebie. Bert z przodu, mama za nim, a ja z tyłu w siodełku dla dziecka, bezdusznie wystawiony na działanie promieni słonecznych i wymiotujący z powodu udaru. Takie było całe moje życie: zawsze w drodze.

Na początku wojny - zanim się pojawiłem - Doris jeździła furgonetką dla piekarni Co-op, mimo że powiedziała im, iż nie potrafi prowadzić. Na szczęście w tamtych czasach na drogach prawie nie było samochodów. Wjechała furgonetką w mur, gdy raz używała jej nielegalnie po pracy i pojechała odwiedzić koleżankę. Ale i tak nie wyleciała z roboty. Prowadziła też powóz z koniem, gdy dostarczała chleb w okolicach Co-opu, aby oszczędzić cenne w czasie wojny paliwo. Doris była odpowiedzialna za dostawy ciast na sporym obszarze. Pół tuzina ciast dla trzystu osób. Ona decydowała, kto miał je dostać. "Czy mogę dostać w przyszłym tygodniu?" "Cóż, przecież dostałeś porcję w zeszłym tygodniu, prawda?" Bohaterska wojna. Praca Berta w fabryce zaworów była chroniona aż do D-Day. Zaraz po inwazji był kurierem w Normandii i został ranny podczas ataku moździerzowego, wszyscy kumple wokół niego zginęli. Był jedynym, który przeżył ten atak, i została mu po nim okropna otwarta rana. Do końca życia miał sinoczerwoną bliznę na lewej nodze, ciągnącą się aż do uda. Zawsze chciałem mieć taką, gdy dorosnę. Pytałem: "Tato, co to jest?". A on odpowiadał: "To coś wyciągnęło mnie z wojny, synu". Do końca życia miał koszmary. Mój syn Marlon, kiedy dorastał, przez pewien czas mieszkał z Bertem w Stanach i jeździli razem na biwaki. Marlon mówi, że Bert budził się w środku nocy, krzycząc: "Uważaj, Charlie, nadlatuje! Już po nas! Już po nas! Pierdolić to".

Wszyscy z Dartford są złodziejami. Mają to we krwi. Stara rymowanka oddaje hołd niezmiennemu charakterowi tego miejsca: Sutton for mutton, Kirkby for beef, South Darne for gingerbread, Dartford for a thief ("Do Sutton po baraninę, do Kirkby po wołowinę, do South Darne po piernik, a w Dartford sami złodzieje").

Wielka kasa w Dartford pochodziła z obrabiania dyliżansu z Dover do Londynu wzdłuż starej rzymskiej drogi, Watling Street. Wzgórze East Hill jest bardzo strome. I nagle znajdujesz się w dolinie rzeki Darent. To tylko strumień, a potem jest krótka High Street i musisz wspiąć się w górę West Hill, gdzie konie ledwo ciągnęły. Nieważne, z której strony nadchodzisz, to idealne miejsce na urządzenie zasadzki. Woźnice nie zatrzymywali się, żeby wdawać się w dyskusje - część opłat za przejazd szła na spłacenie Dartford, aby podróż przebiegła spokojnie. Wyrzucali po prostu worek monet. Ponieważ jeśli nie zapłaciłeś, zjeżdżając z East Hill, sygnalizowali to. Jeden wystrzał - nie zapłacił - i zatrzymywali delikwenta na West Hill. Podwójna pułapka. Nie da się z niej wymknąć. Proceder ustał mniej więcej wtedy, gdy pojawiły się pociągi i samochody, więc pewnie gdzieś w połowie XIX wieku ludzie zaczęli rozglądać się za czymś innym do roboty, ale czymś zgodnym z tradycją. W Dartford rozwinęła się więc niesamowita siatka przestępcza - wystarczyło zapytać członków mojej dalszej rodziny. Takie życie. Zawsze coś spadnie z paki ciężarówki. Nie zadawało się pytań. Gdy u kogoś pojawiało się coś z diamentami, nigdy nie wolno było pytać: "Skąd to masz?".

Przez ponad rok, gdy miałem jakieś dziewięć, dziesięć lat, byłem obrabiany w stylu Dartford niemal każdego dnia w drodze ze szkoły. Wiem, jak to jest być tchórzem. I już nigdy nie chcę wracać do tamtych czasów. Równie często, jak udawało się brać nogi za pas, dostawałem bęcki. Mamie mówiłem, że znów spadłem z roweru, na co odpowiadała: "Nie wsiadaj na rower, synu". Prędzej czy później wszyscy dostajemy po tyłku. Raczej prędzej. Połowa to przegrani, a druga to osiłki. Miało to na mnie ogromny wpływ i wiele nauczyło na późniejsze lata, kiedy już potrafiłem wykorzystać wiedzę zdobytą podczas tych doświadczeń. Przede wszystkim dowiedziałem się, jak wykorzystywać to, co mają małe gnojki - prędkość. Znaczy to tyle, co "ratuj się, kto może". Jednak w pewnym momencie masz dość uciekania. Tak było kiedyś. Teraz istnieje tunel Dartford z kasami, przez który przejeżdżają wszyscy w drodze z Dover do Londynu. Pobierają opłaty legalnie, a rzezimieszki noszą uniformy. Tak czy siak - musisz płacić.

Mama i tata, późne lata 30.

W szkole podstawowej w wieku ośmiu lat, 1951 r.

Jako czterolatek na moim pierwszym trzykołowym rowerku w Southend-on-Sea.

Za naszym domem rozciągały się bagna Dartford, ziemia niczyja, prawie pięć kilometrów w każdą stronę wzdłuż Tamizy. Miejsce jednocześnie przerażające i fascynujące, całkowicie odludne. Kiedy dorastałem, jeździliśmy z dzieciakami na rowerach nad brzeg rzeki, zajmowało nam to jakieś pół godziny. Na drugim brzegu, na północ, rozciągało się hrabstwo Essex, ale równie dobrze mogłaby to być Francja. Widzieliśmy dym unoszący się z fabryki Forda w Dagenham, a po naszej stronie z fabryki cementu w Gravesend. Wszystko to, czego nikt nie chciał, od końca XIX wieku lądowało w Dartford: szpital dla chorych na ospę wietrzną, kolonie trędowatych, fabryki prochu, psychiatryki, przyjemna mieszanka. Od czasów epidemii w latach osiemdziesiątych XIX wieku Dartford było głównym ośrodkiem leczenia ospy w całej Anglii. Przepełnione szpitale nad rzeką przenosiły się na statki, które przybijały do Long Reach - ponury widok dla płynących w górę rzeki do Londynu. Można zobaczyć to na zdjęciach. Dartford i okolice słynęły z psychiatryków - różnych projektów wprowadzanych w życie przez znienawidzoną Miejską Komisję do spraw Szpitali Psychiatrycznych dla umysłowo nieprzygotowanych do życia, czy jak tam ich wtedy nazywali. Z deficytem w mózgu. Psychiatryki otaczały pasem okolicę, jakby ktoś zadecydował: "Dobrze, tutaj sprowadzimy wszystkich świrów". Jeden ze szpitali, wielki, bardzo ponury, nazywał się Darenth Park i do niedawna był czymś w rodzaju obozu pracy dla niedorozwiniętych dzieci. Nazwę innego, Stone House Hospital, zmieniono, aby brzmiała łagodniej niż Szpital dla Szaleńców miasta Londyn. Budynek miał gotycki dach i wieżę obserwacyjną. W tym wiktoriańskim gmachu więziono przynajmniej jednego z podejrzanych o bycie Kubą Rozpruwaczem, Jacoba Levy'ego. W niektórych szpitalach leczono cięższe przypadki. Kiedy mieliśmy dwanaście czy trzynaście lat, Mick Jagger dostał letnią pracę w wariatkowie w Bexley, nazywało się Maypole. Trzymali tam chyba świrów z trochę wyższych sfer - mieli wózki inwalidzkie czy coś w tym stylu - a Mick zajmował się rozwożeniem lunchu.

Raz w tygodniu rozlegały się syreny - kolejnemu wariatowi udawało się uciec. Znajdowano go rano na Dartford Heath, trzęsącego się z zimna w piżamie. Niektórym udawało się wymknąć na dłużej. Widywaliśmy ich, jak przemykali wśród zarośli. Kiedy dorastałem, taki widok był nieodłączną częścią naszego życia. Ciągle czuliśmy się jak na wojnie, ponieważ używali tej samej syreny. Nie ma się świadomości, w jak dziwnym miejscu się dorasta. Dawałem ludziom na ulicy wskazówki: "Miniesz wariatkowo, ale nie to duże, tylko mniejsze". A człowiek patrzył na mnie, jakbym się stamtąd wyrwał.

Jedynym innym przybytkiem, jaki się tam znajdował, była fabryka fajerwerków Wells. Składała się z kilku szop położonych na bagnach. Pewnej nocy w latach pięćdziesiątych wyleciała w powietrze, a z nią kilku facetów. Spektakularny widok. Gdy patrzyłem przez okno, myślałem, że znów wybuchła wojna. Fabryka produkowała wtedy Tuppeny Bangers, rzymskie ognie, fontanny i skaczące petardy. Wszyscy z okolicy pamiętają tę noc - eksplozję, która roztrzaskała okna w domach w odległości kilku kilometrów.

Miałem tylko mój rower. Ja i mój kumpel, Dave Gibbs, który mieszkał na Temple Hill, pomyśleliśmy, że byłoby fajnie, gdybyśmy do tylnego koła przyczepili małe kartonowe klapki, które, uderzając o szprychy, będą wydawać dźwięki silniczka. Słyszeliśmy ciągle: "Uciekajcie stąd z tymi cholernymi rowerami. Próbuję spać". Jeździliśmy więc w okolice bagien i lasów nad Tamizą. Lasy były bardzo niebezpiecznym miejscem. Mieszkali w nich żebracy, twardziele, którzy się na nas darli: "Spierdalajcie!". Wyjmowaliśmy więc kartonowe klapki. Okolica należała do szaleńców, dezerterów i włóczęgów. Wielu z nich uciekło z Armii Brytyjskiej, trochę jak japońscy żołnierze, którzy myśleli, że wciąż trwa wojna. Niektórzy mieszkali tam przez pięć albo sześć lat. Za schronienie służyły im przyczepy albo domki na drzewach. Byli złośliwymi, brudnymi świniami. Pierwszy raz zostałem postrzelony właśnie przez jednego z tych drani - dobry strzał, z wiatrówki, prosto w tyłek. Jednym z miejsc, w których przesiadywaliśmy, był bunkier ze stanowiskami na karabiny maszynowe, stało ich mnóstwo wzdłuż rzeki. Znajdywaliśmy tam w kątach wymięte czasopisma i zdjęcia dziewczyn.

Któregoś dnia znaleźliśmy tam martwego włóczęgę, skulonego, obsiadły go muchy. Martwego parafina. (Lampa parafinowa w rymowanym slangu oznacza "trampa"). Wokół leżały sprośne czasopisma i zużyte gumki. Bzyczały muchy. I ten parafin kopnął tam w kalendarz. Musiał leżeć przez wiele dni, a może nawet tygodni. Nigdy tego nie zgłosiliśmy. Uciekaliśmy stamtąd ile sił w nogach.

Pamiętam, jak chodziłem z domu ciotki Lil do przedszkola do West Hill i darłem się na całe gardło: "Nie chcę, mamo! Nie chcę!". Skowyczałem, kopałem i odmawiałem pójścia do przedszkola, ale i tak w końcu szedłem. Dorośli mieli swoje sposoby. Stawałem do walki, ale wiedziałem, że niewiele mogę zdziałać. Doris było mnie żal, ale nie tak bardzo. "Takie jest życie, chłopcze, i nie da się z nim walczyć". Pamiętam mojego kuzyna, syna ciotki Lil. Duży chłopak. Miał przynajmniej piętnaście lat i niewyobrażalny urok. Był moim bohaterem. Nosił koszulę w kratę! Wychodził, kiedy chciał. Miał chyba na imię Reg. Kuzynka Kay była ich córką. Wkurzała mnie, bo miała naprawdę długie nogi i zawsze biegała szybciej niż ja. Zawsze dobiegałem dumny, ale drugi. Była ode mnie starsza. Razem po raz pierwszy jeździliśmy konno - na oklep - na starej białej klaczy, która ledwo wiedziała, co się wokół niej dzieje, i która pasła się na łące, jeśli można było tak nazwać to, co znajdowało się w okolicy. Byłem z kilkoma kumplami i kuzynką Kay, wdrapaliśmy się na ogrodzenie i udało nam się wsiąść na konia. Dzięki Bogu była to słodka klacz, bo gdyby nas poniosła, fiknąłbym koziołka.

Nauczyciel wychowania fizycznego wcześniej trenował komandosów i nie widział powodu, dla którego miałby nas traktować inaczej, mimo że mieliśmy po pięć czy sześć lat. (...)Wychowywały nas takie szczekające autorytety.

Nienawidziłem przedszkola. Nienawidziłem też szkoły. Doris powiedziała, że byłem strasznie znerwicowany. Pamięta, jak przynosiła mnie do domu na plecach, bo tak się trząsłem, że nie mogłem iść sam. A było to, zanim zaczęły się moje kłopoty z zasadzkami i gnębieniem przez osiłków. Karmili nas paskudztwem. Pamiętam, że w przedszkolu zmuszali mnie, żebym jadł cygańską tartę, ale mnie od niej mdliło. Był to placek z jakąś przypaloną papką na wierzchu, marmoladą albo karmelem. Wszystkie dzieciaki znały to ciasto i niektórym z nich naprawdę smakowało. Dla mnie jednak to nie był wymarzony deser, a próbowano mnie zmuszać do jedzenia go i grożono karą albo grzywną. Jak z książek Dickensa. Dziecięcą ręką po trzysta razy musiałem pisać: Nie będę odmawiał jedzenia. Po tylu razach już dobrze mi szło. Ja, ja, ja, ja, ja, ja, ja... nie będę, nie będę, nie będę...

Byłem znany z charakterku. Jakby inni go nie mieli. Charakterku, który pokazywałem na widok cygańskiej tarty. Brytyjski system oświatowy, podnoszący się po wojnie, nie miał zbyt dużo do zaoferowania. Nauczyciel wychowania fizycznego wcześniej trenował komandosów i nie widział powodu, dla którego miałby nas traktować inaczej, mimo że mieliśmy po pięć czy sześć lat. Wszyscy byli kiedyś wojskowymi. Wszyscy ci faceci walczyli podczas drugiej wojny światowej, a część właśnie wróciła z Korei. Wychowywały nas takie szczekające autorytety.

*

Za przetrwanie wizyt u państwowych dentystów powinienem dostać odznakę. Mieliśmy chyba dwie wizyty rocznie - przychodzili na szkolne inspekcje. Mama ciągnęła mnie siłą, a ja darłem się wniebogłosy. Musiała później kupować mi coś za ciężko zarobione pieniądze, bo każda wizyta była piekłem. Bez litości. "Zamknij się, dzieciaku". Czerwony gumowy fartuch, jak z horroru Edgara Allana Poego. W tamtych czasach, w roku 1949 czy 1950, mieli rozklekotany sprzęt, wiertła z nożnym napędem, pasy jak na krześle elektrycznym, żebyśmy się nie wiercili.

Dentysta był byłym wojskowym. Zrujnował mi zęby. Zacząłem tak bardzo bać się wizyt u dentysty, że w połowie lat siedemdziesiątych pojawiły się widoczne konsekwencje: usta pełne poczerniałych zębów. Gaz był drogi, więc znieczulenie słabe. Poza tym dostawali więcej za usunięcie niż za wypełnienie. Dlatego wszystko usuwali. Wyrywali zęby z minimalnym znieczuleniem gazem i zwykle człowiek budził się w połowie. Widząc czerwonego gumowego węża i maskę, czułeś się jak pilot bombowca, tyle że bez bombowca. Czerwona gumowa maska i mężczyzna wiszący nad tobą niczym Laurence Olivier w Maratończyku. Wtedy widziałem diabła takim, jakim go sobie wyobrażałem. Śniłem i zobaczyłem trójzębne widły, a on śmiał się do rozpuku. Obudziłem się, a on mówi: "Przestań skrzeczeć, chłopcze. Mam jeszcze dziś dwudziestu takich jak ty". Wszystko, co z tego miałem, to śliczna zabawka, plastikowy pistolet.

*

Po jakimś czasie dostaliśmy od ratusza mieszkanie nad warzywniakiem w rzędzie sklepów przy Chastilian Road - dwie sypialnie i salon. Dom nadal tam stoi. Mick mieszkał ulicę dalej, przy Denver Road. Nazywaliśmy tę okolicę Eleganckim Miastem - różnica polegała na tym, że stały tam domy jednorodzinne i bliźniaki. Do Dartford Heath miałem pięć minut na rowerze, a moja następna szkoła, podstawówka Wentworth, do której chodziliśmy razem z Mickiem, znajdowała się dwie ulice dalej.

Niedawno pojechałem do Dartford, aby pooddychać tamtejszym powietrzem. Chastilian Road niewiele się zmieniła. Warzywniak jest teraz kwiaciarnią, Darling Buds of Kent, której właściciel pojawił się od razu, gdy tylko stanąłem na chodniku, z oprawionym w ramkę zdjęciem, prosząc o autograf. Zachowywał się tak, jakby się mnie spodziewał, wcale się nie zdziwił, gdy mnie zobaczył, a zdjęcie miał gotowe, jakbym pojawiał się tam co tydzień, a przecież nie byłem tam przez trzydzieści pięć lat. Kiedy wszedłem do naszego dawnego domu, pamiętałem dokładnie, ile było w nim schodów. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat znalazłem się w pokoju, w którym kiedyś mieszkałem, a gdzie teraz mieszka kwiaciarz. Malutki pokoik, dokładnie taki sam jak ten Berta i Doris po drugiej stronie metrowego korytarza. Mieszkałem tam mniej więcej od 1949 do 1952 roku.

Po drugiej stronie ulicy znajdowały się Co-op i rzeźnik - tam właśnie ugryzł mnie pies. Moje pierwsze ugryzienie. Pies był wściekłym gnojem przywiązanym na zewnątrz. Na przeciwległym rogu był sklep tytoniowy Finlays. Skrzynka na listy nadal stała w tym samym miejscu, ale przy Ashen Drive była kiedyś olbrzymia dziura po bombie, teraz już załatana. Pan Steadman mieszkał obok. Miał telewizor i rozsuwał zasłony, żebyśmy my, dzieciaki, mogli sobie pooglądać. Jednak najboleśniejsze wspomnienie, które wróciło do mnie, gdy stałem w małym ogródku na tyłach, wiązało się z dniem zgniłych pomidorów. Przytrafiły mi się w życiu różne złe rzeczy, ale to nadal był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Właściciel warzywniaka ustawiał za domem puste skrzynki po owocach, a ja i mój kumpel znaleźliśmy zepsute pomidory. Skrzyknęliśmy całą paczkę, zaczęliśmy bitwę na zgniłe pomidory i wszystko nimi upaćkaliśmy, w tym siebie, okna i ściany. Okładaliśmy się z całych sił. "Co powiesz na to, draniu!" Zgniłym pomidorem w twarz. Wszedłem do domu, a moja mama śmiertelnie mnie przestraszyła.

- Zadzwoniłam do niego.

- O czym ty mówisz?

- Wezwałam go. Zabierze cię, bo wymknąłeś się spod kontroli.

Załamałem się.

- Będzie tu za piętnaście minut i zabierze cię do siebie.

Narobiłem w majtki. Miałem jakieś sześć, może siedem lat.

- Och, mamo! - Klęczę, proszę, błagam.

- Mam już dość twojego zachowania. Już cię nie chcę.

- Nie, mamo, proszę...

- Na dodatek o wszystkim powiem ojcu.

- Och maaaaaamoooo!

Dzień był okrutny. Nie ustępowała. Przekonywała mnie przez jakąś godzinę. Dopóki nie usnąłem zapłakany i uświadomiłem sobie, że nie ma żadnego "niego" i że przez cały czas mnie wkręcała. Musiałem zrozumieć dlaczego. Z powodu kilku zgniłych pomidorów? Potrzebna mi była lekcja. "Nie wolno tego robić". Doris nigdy nie była surowa. Powtarzała tylko ciągle: "Tak jest, tak będzie, a ty zrobisz to i tamto". Tylko raz, właśnie wtedy, sprawiła, że bałem się Boga.

Nie żeby w naszej rodzinie ktoś szczególnie się go obawiał. Nikt w mojej rodzinie nie miał nigdy do czynienia ze zorganizowaną religią. Nikt. Miałem dziadka, który był zapalonym socjalistą, podobnie jak moja babcia. Kościół, zorganizowana religia, był czymś, czego należało unikać. Nikogo nie interesowało, co powiedział Jezus, nikt nie mówił, że Boga nie ma ani nic takiego, ale z zasady trzeba było trzymać się z daleka od organizacji. Księży traktowano bardzo podejrzliwie. Widzisz faceta w czarnej kiecce? Przechodź na drugą stronę ulicy. Uważaj na katolików, są jeszcze gorsi. Moja rodzina nie miała czasu na religię. Dzięki Bogu! W przeciwnym razie niedziele byłyby jeszcze nudniejsze. Nigdy nie chodziliśmy do kościoła, nie wiedziałem nawet, gdzie jest.

Do Dartford pojechałem z moją żoną Patti - nigdy wcześniej tam nie była - i moją córką Angelą, która była naszym przewodnikiem, ponieważ tam właśnie dorastała, i podobnie jak mnie, wychowała ją Doris. Kiedy staliśmy na Chastilian Road, z salonu fryzjerskiego Hi-Lites, w którym mieściło się może trzech klientów, wyszło, wydawało się, z piętnaście młodych asystentek w wieku i typie, który od razu rozpoznałem. Byłoby miło, gdyby tak to wyglądało, gdy tam mieszkałem. Salon uniseks. Zastanawiam się, co powiedziałby na to stary właściciel warzywniaka?

W ciągu następnych kilku minut prowadziliśmy typowy dialog, który brzmiał mniej więcej tak:

Fanka: Możemy prosić o autograf? Dla Anne i wszystkich dziewczyn z Hi-Lites. Zapraszamy do salonu na strzyżenie. Jedziecie na Denver Road, tam gdzie mieszkał Mick?

KR: To następna przecznica, prawda?

Fanka: I chcę, żebyś dał też autograf mojemu mężowi.

KR: Ach, jesteś mężatką? O kurwa.

Fanka: A dlaczego pytasz? Wejdź do naszego salonu... Muszę znaleźć jakiś papier. Mój mąż nigdy w to nie uwierzy.

KR: Zapomniałem, jak to jest być zaczepianym przez dziewczyny z Dartford.

Starsza fanka: One wszystkie są za młode, żeby to docenić. My cię pamiętamy.

KR: Cóż, jakoś się jeszcze trzymam. Czegokolwiek teraz słuchasz, nie byliby tam, gdzie są, gdyby nie ja. Będę dziś śnił o tym miejscu.

Fanka: Czy kiedykolwiek o tym marzyłeś? W tym małym pokoiku?

KR: Wszystko sobie wymarzyłem, nie myślałem jednak, że wszystko się spełni.

Coś w tych dziewczynach było typowe dla Dartford. Swobodne, trzymające się razem. Były jak dziewczyny z wioski - w tym sensie, że przynależały do jednego małego miejsca. Dawały poczucie bliskości i przyjacielskości. W czasach Chastilian Road miałem kilka dziewczyn, chociaż wtedy były to relacje całkowicie platoniczne. Pamiętam, jak jedna dała mi całusa. Mieliśmy sześć, może siedem lat. "To zostaje między nami", powiedziała. Ciągle jeszcze nie napisałem o tym piosenki. Dziewczyny zawsze są kilka kroków do przodu. "To zostaje między nami!". To była moja pierwsza dziewczyna, ale gdy dorastałem, miałem mnóstwo koleżanek. Z moją kuzynką Kay przyjaźniłem się przez kilka lat.

Patti, Angela i ja przejechaliśmy obok Heather Drive, w pobliżu wrzosowisk. Heather Drive była ulicą dla zamożnych. Właśnie tam mieszkała Deborah. Świrowałem na jej punkcie, kiedy miałem jakieś jedenaście, dwanaście lat. Stałem pod jej domem i pod osłoną nocy wpatrywałem się w okno jej pokoju jak złodziej.

Do wrzosowiska na rowerze docierało się w pięć minut. Dartford nie jest duże i w ciągu kilku minut można z niego wyjechać, zapomnieć o nim i znaleźć się w zagajnikach hrabstwa Kent, jak w jakimś średniowiecznym gaju, gdzie sprawdzało się swoje rowerowe umiejętności. Wyboje chwały. Przejeżdżało się przez wzgórza i głębokie kratery, pod niskimi drzewami, śmigało i padało na ziemię. Co za wspaniała nazwa: "wyboje chwały". Wiele mi się od tamtej pory ich przytrafiło, ale nigdy nie takie wielkie jak wtedy. Można było szwendać się tam przez cały weekend.

W tamtych czasach w Dartford, a może teraz też, wystarczyło skręcić na zachód, by dotrzeć do miasta. Gdy jednak pojechało się na wschód albo na południe, trafiało się na wieś. Byliśmy świadomi tego, że jesteśmy na granicy. W tamtych czasach Dartford było odległym przedmieściem. Miało także własny charakter. Nadal ma. Nie czuliśmy się częścią Londynu. Nie uważaliśmy się za londyńczyków. Nie pamiętam, żebym odczuwał jakąś obywatelską dumę z tego, że mieszkam w Dartford, gdy dorastałem. Wtedy było to miejsce, z którego wszyscy chcieli się wyrwać. Tylko w jednym momencie ogarnęła mnie nostalgia: gdy tam wróciłem, poczułem zapach wrzosowiska. Wróciło do mnie więcej wspomnień niż w jakimkolwiek innym miejscu. Uwielbiam powietrze w Sussex, gdzie mieszkam, ale na Dartford Heath czuć wyjątkową mieszankę zapachów: kolcolistu i wrzosów, jakiej nie czułem nigdzie indziej. Wyboje chwały zniknęły, zarosły albo nie były tak wielkie, jak je zapamiętałem, ale spacer pośród paproci przeniósł mnie w przeszłość.

Gdy dorastałem, Londyn oznaczał dla mnie tylko końskie gówno i zapach palonego węgla. Przez pięć czy sześć lat po wojnie w Londynie po ulicach jeździło więcej konnych wozów niż po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Naprawdę brakuje mi tej gryzącej mieszanki. Było to wytchnienie dla zmysłów. Postaram się sprzedać to starszemu pokoleniu. Pamiętacie to? Londyński Smród.

Dla mnie Londyn wcale się tak bardzo nie zmienił poza zapachem i tym, że teraz można zobaczyć, jak piękne są niektóre budynki, na przykład Muzeum Historii Naturalnej, po tym, jak oczyszczono je z brudu. Wtedy nic tak nie wyglądało. Poza tym ulice należały do ciebie. Pamiętam, jak później oglądałem zdjęcia High Street w Chichesterze z pierwszej dekady XX wieku i jedyne, co było widać na ulicy, to dzieciaki grające w piłkę oraz powóz. Tylko od czasu do czasu trzeba było schodzić z drogi nadjeżdżającemu pojazdowi.

Kiedy dorastałem, prawie przez całą zimę nad miastem wisiała gęsta mgła i jeśli miało się do domu jakieś cztery, pięć kilometrów, przewodnikami były psy. Nagle pojawiał się stary spryciarz z łatką na oku i już mogłeś znaleźć drogę do domu. Czasem mgła była tak gęsta, że nie dało się nic zobaczyć. Stary spryciarz przekazywał cię jakiemuś labradorowi. Zwierzęta żyły na ulicach, teraz już tak nie jest. Bez pomocy psich przyjaciół zgubiłbym się i umarł.

Kiedy miałem dziewięć lat, dostaliśmy od gminy dom w Temple Hill, zbudowany na dawnych nieużytkach. Przy Chastilian Road byłem o wiele szczęśliwszy. Doris jednak uważała, że nam się udało. "Mamy dom", mówiła, i takie tam. Dobra, zawlekliśmy tyłki na drugi koniec miasta. Oczywiście przez kilka lat po wojnie gospodarka mieszkaniowa była w głębokim kryzysie. W Dartford wiele osób mieszkało w domach z prefabrykatów przy Princes Road. Kiedy poznałem Charliego Wattsa w 1962 roku, nadal mieszkał w takim domu. Część społeczeństwa musiała zapuścić korzenie w tych budynkach z azbestu z blaszanymi dachami. I wkładali w dbanie o nie dużo serca. Brytyjski rząd po wojnie nie mógł zrobić zbyt wiele poza próbami posprzątania bałaganu, którego byliśmy częścią. I wychwalaniem się w trakcie tego pod niebiosa. Ulice nowego osiedla nazywali na swoją cześć, nazwiskami elity partii robotniczej z przeszłości i teraźniejszości. Może jednak trochę się pospieszyli z tą drugą grupą, ponieważ przy władzy utrzymali się zaledwie przez sześć lat. Widzieli się w roli bohaterów walki klasy pracującej, a jednym z ich bojowników - wiernym partii - był mój dziadek Ernie Richards, który razem z moją babcią Elizą w zasadzie stworzyli Partię Robotniczą w Walthamstow.

Osiedle w 1947 roku otworzył Clement Attlee, powojenny premier oraz przyjaciel Erniego i jeden z tych, którego imieniem nazwano ulicę. Jego przemowa zachowała się w eterze. "Chcemy, aby ludzie mieli miejsca, które będą kochali; miejsca, w których będą szczęśliwi i gdzie budować będą społeczność, będą mieć życie towarzyskie i społeczne... Wy, tutaj w Dartford, stanowicie przykład tego, jak powinno się to dokonać".

"Nie, nie było ładnie - powiedziała Doris. - Okolica była podejrzana". Teraz jest o wiele gorzej. Części Temple Hill to rejony, w które lepiej się nie zapuszczać - prawdziwe piekło młodzieżowych gangów. Kiedy się wprowadziliśmy, budowa jeszcze trwała. Na rogu stał barak, nie było drzew i rządziła armia szczurów. Krajobraz był księżycowy. Chociaż do Dartford, które znałem - starego Dartford - było zaledwie dziesięć minut, przez długi czas miałem wrażenie, że zostałem przeniesiony na nieznane terytorium. Przez jakiś rok, zanim poznałem jakiegokolwiek sąsiada, czułem się, jakbym został wrzucony na inną planetę. Jednak mama i tata byli zachwyceni domem, który dostaliśmy. Nie miałem wyjścia, musiałem gryźć się w język. Bliźniak był nowy i porządnie zbudowany, ale nie nasz! Myślałem, że zasługujemy na coś lepszego. Byłem zgorzkniały, wyobrażałem sobie, że jesteśmy arystokracją na wygnaniu. Jakież to pretensjonalne z mojej strony! Jednak czasem gardziłem rodzicami za to, że pogodzili się z losem. Tak było wtedy. Nie miałem pojęcia, przez co musieli przejść.

Mick i ja znaliśmy się, bo mieszkaliśmy blisko siebie, zaledwie w odległości kilku domów, i chodziliśmy do jednej szkoły. Kiedy jednak wyprowadziliśmy się na drugi koniec miasta, stałem się dzieciakiem "zza torów". Z nikim się nie widujesz, nie ma cię na miejscu. Mick przeniósł się z Denver Road do Wilmington, na bardzo ładne przedmieścia Dartford, podczas gdy ja byłem po drugiej stronie, za torami. Kolej przebiega przez sam środek miasta.

Temple Hill3 - nazwa brzmiała wyniośle. Przez cały czas, gdy tam mieszkałem, nigdy żadnej świątyni nie widziałem. Dla dzieciaka jedyną atrakcją było wzgórze. Bardzo strome. Niesamowite, co da się zrobić ze wzgórzem, gdy jest się dzieciakiem gotowym ryzykować utratę życia albo kończyny. Pamiętam, jak układałem swój egzemplarz Buffalo Bill Wild West Annual na wrotce, siadałem na niej i mknąłem w dół Temple Hill. Jeśli coś znalazło się na twojej drodze, miałeś pecha - nie było hamulców. Na końcu była droga, przez którą się przejeżdżało, więc trzeba było grać z samochodami w rosyjską ruletkę. Na szczęście wtedy nie jeździło dużo samochodów. Nie mogę uwierzyć, że pozwalałem sobie na taką przerażającą przejażdżkę. Siedziałem jakieś pięć centymetrów nad ziemią i... Boże dopomóż pani pchającej wózek! Krzyczałem: "Uwaga! Hamuj!". Nigdy nie zostałem za to zatrzymany. Wtedy dużo rzeczy uchodziło na sucho.

Z tamtych dni mam głęboką bliznę. Przy drodze leżały luzem duże ciężkie płyty chodnikowe. Nie zdążono ich jeszcze ułożyć. Oczywiście myślałem, że jestem Supermanem, i razem z koleżanką postanowiliśmy przesunąć jedną z nich, bo przeszkadzała nam w grze w piłkę. Pamięć jest fikcją, a alternatywną wersję tej fikcji wiele lat później przedstawiła mi moja towarzyszka zabaw, Sandra Hull. Pamięta, że jak prawdziwy dżentelmen zaproponowałem, iż przesunę dla niej jedną z płyt, ponieważ przerwa między nimi była zbyt duża, żeby mogła skakać z jednej na drugą. Sandra zapamiętała też dużo krwi, gdy płyta spadła i zmiażdżyła mi palec. Pobiegłem do kranu, a krew leciała i leciała. Założono mi szwy. Po latach - nie przesadzając - mogło to mieć wpływ na mój sposób gry na gitarze, ponieważ wypadek sprawił, że palec stał się płaski, co być może wpłynęło na moje brzmienie. Mam dodatkową "przyczepność". Również gdy gram palcami, mam coś w rodzaju szpona, ponieważ część palca odpadła. Mój palec jest więc płaski i bardziej szpiczasty, co czasem się przydaje. Paznokieć też nigdy całkowicie nie odrósł, jest trochę zagięty.

Do szkoły było daleko i żeby uniknąć stromego zbocza Temple Hill, chodziłem naokoło żwirową ścieżką. Trzeba było jednak przejść przez zaplecze fabryk, wzdłuż Burroughs Wellcome i papierni Bowater, obok cuchnącej rzeczki pełnej bulgoczącego zielonożółtego gówna. Do tego strumyka zostały wpuszczone wszystkie możliwe chemikalia i bulgotał jak gorące siarkowe źródła. Wstrzymywałem oddech i przyspieszałem kroku. Naprawdę wyglądało to jak coś żywcem wyjętego z piekła. Przed budynkiem znajdował się ogród i piękny staw, po którym pływały łabędzie. To tam nauczyliśmy się, co to znaczy "nie wszystko złoto, co się świeci".

Podczas naszej ostatniej trasy notowałem pomysły na piosenki, ale wracały do mnie te wspomnienia. Zapisałem: Fotka Berta przeskakującego przez Doris w latach trzydziestych, którą znalazłem w mojej torbie. Łzy w oczach. Zdjęcia przedstawiają ich robiących coś na kształt rytmiki - Bert stoi na rękach na plecach Doris, oboje robią gwiazdy i przybierają różne pozy. Zwłaszcza Bert obnosił się ze swoją muskulaturą. Gdy patrzyłem na te wczesne fotografie, wydawało mi się, że Bert i Doris wspaniale się bawili; biwakowali, jeździli nad morze, mieli mnóstwo przyjaciół. Bert był prawdziwym atletą, skautem Eagle, co było najwyższym możliwym stopniem, i bokserem. Irlandzkim bokserem. Mój tata był bardzo wysportowany. Myślę, że odziedziczyłem po nim podejście: "Dawaj! Jak to, nie czujesz się dobrze?". Uważamy nasze ciało za pewnik. Nieważne, co mu zrobisz, ma działać. Zapomnij o troszczeniu się o nie. Mamy taką budowę, że gdyby nasze ciało się załamało, byłoby to niewybaczalne. Tego się trzymałem. "Ach, to tylko kula. Tylko rana".

Doris i ja byliśmy sobie bardzo bliscy, a Bert w pewnym sensie został wykluczony. Głównie dlatego, że przez większość czasu go nie było. Bert był pieprzonym pracusiem i głupim gnojkiem. Za dwadzieścia kilka funtów tygodniowo jeździł do Hammersmith, żeby pracować dla General Electric, gdzie był brygadzistą. Znał się na zaworach - na ładowaniu i transportowaniu ich. Można dużo powiedzieć o Bercie, ale nie to, że kierowała nim ambicja. Myślę, że dlatego, iż dorastał w czasie wielkiego kryzysu, ambicję wyobrażał sobie jako znalezienie pracy i trzymanie się jej. Wstawał o piątej rano, wracał o dziewiętnastej trzydzieści, do łóżka szedł o wpół do jedenastej, co dawało mu jakieś trzy godziny dziennie ze mną. W weekendy starał się mi to wynagradzać. Chodziłem z nim do klubu tenisowego albo zabierał mnie na wrzosowisko, gdzie graliśmy w piłkę albo pracowaliśmy w naszym ogródku. "Zrób to, zrób tamto". "Dobrze, tato". "Wywieź to na taczkach, podlej to, wypiel tamto". Lubiłem patrzeć, jak rosną rośliny, i wiedziałem, że mój tata się na tym zna. "Musimy teraz wsadzić te bulwy". Proste rzeczy. "Fasolka szparagowa jest ładna w tym roku". Zachowywał się z rezerwą. Nie było czasu, żeby się do siebie zbliżyć, ale ja byłem całkiem szczęśliwy. Dla mnie był wspaniałym facetem: po prostu moim tatą.

Beesands w hrabstwie Devon z rodzicami, lata 50.

Bycie jedynakiem zmusza do wymyślenia sobie własnego świata. Najpierw mieszkasz z dwójką dorosłych, więc niektóre momenty twojego dzieciństwa upływają na przysłuchiwaniu się rozmowom dorosłych o problemach z ubezpieczeniem i czynszem. Nie miałem z kim rozmawiać. Każdy jedynak się z tym zgodzi. Nie możesz złapać się brata albo siostry. Wychodzisz i znajdujesz sobie przyjaciół, ale zabawa kończy się wraz z zachodem słońca. Była jeszcze druga strona tej sytuacji, ponieważ bez braci, sióstr czy bliskich kuzynów w okolicy - mam liczną dalszą rodzinę, ale nie mieszkali w pobliżu - pozostawał problem tego, jak zdobyć przyjaciół i z kim się przyjaźnić. W tym wieku staje się to niezwykle ważną, kluczową wręcz, częścią egzystencji.

Pod tym względem wakacje były wyjątkowo intensywne. Jeździliśmy do Beesands w hrabstwie Devon, gdzie mieliśmy przyczepę. Obok leżała wioska Hallsands, która wpadła do morza i prawie nic z niej nie zostało. Dla dzieciaka w moim wieku było to fascynujące. Zupełnie jak w serialu Five Go Mad in Dorset. Wszystkie te opuszczone domy, z których połowa była pod wodą. Te dziwne romantyczne ruiny znajdowały się tuż obok nas. Beesands była starą rybacką wioską położoną tuż przy plaży, gdzie wciągano łódki. Kiedy byłem dzieciakiem, uważałem, że to wspaniała społeczność, ponieważ już po dwóch czy trzech dniach znało się wszystkich. Po czterech dniach mówiłem z silnym devońskim akcentem i rozkoszowałem się tym, że jestem "miejscowy". Spotykałem turystów: "Którędy do Kingbridge?". "Och, a dokąd zmierzacie?" Bardzo elżbietański sposób wysławiania się, nadal mówią tam starym angielskim.

Na południowym wybrzeżu Anglii w wieku dwunastu lat, 1956 r.

Jeździliśmy też pod namiot, tak jak Bert i Doris, gdy byli młodsi. Jak rozpalić palnik turystyczny; jak złożyć tropik, rozłożyć brezent. Przyjeżdżałem tylko z mamą i tatą i gdy byliśmy na miejscu, zaczynałem rozglądać się za towarzystwem. Jeśli byłem jedynym dzieciakiem, robiłem się uważny... a czasem trochę zazdrosny, kiedy widziałem rodzinę z czterema braćmi i dwoma siostrami. Jednocześnie szybciej dorastałem. Po prostu byłem skazany na świat dorosłych, bo nie miałem własnego. Zaczyna pracować wyobraźnia i pojawiają się rzeczy, które można robić samemu. Jak walenie konia. Kiedy jednak znajdowałem przyjaciół, znajomość była bardzo intensywna. Czasem poznawałem bandę braci i sióstr z jakiegoś innego namiotu, a kiedy wyjeżdżali, kończyły się wakacje i miałem złamane serce.

Dla moich rodziców ważne były soboty i niedziele w klubie tenisowym Bexley. Był dodatkiem do klubu krykietowego Bexley. Ponieważ klub krykietowy miał niesamowity i piękny dziewiętnastowieczny pawilon, czuliśmy się w klubie tenisowym jak ubodzy krewni. Nigdy nie zapraszali nas do klubu krykietowego. Jeśli tylko nie lał deszcz, w każdy weekend szliśmy prosto do klubu tenisowego. Wiem więcej o Bexley niż o Dartford. Po lunchu z kuzynką Kay wsiadałem do pociągu i spotykaliśmy się z moimi rodzicami. W każdy weekend. Reszta ludzi w klubie była z innej warstwy społecznej, świadomi przynależności do swojej klasy. Mieli samochody. My przyjeżdżaliśmy na rowerach. Moim zadaniem było zbieranie piłeczek, które przeleciały na tory. Ryzykowałem porażenie prądem.

Do towarzystwa miałem zwierzaki. Kota i mysz. Trudno uwierzyć, ale tak właśnie było - może trochę wyjaśni to, kim jestem. Mała biała myszka Gladys. Przynosiłem ją do szkoły i gdy podczas lekcji francuskiego robiło się nudno, ucinałem sobie z nią pogawędkę. Karmiłem ją swoim lunchem i obiadem i w domu pojawiałem się z kieszenią pełną mysiego gówna. Mysie gówno się nie liczy. Ma formę twardych kuleczek, które nie śmierdzą ani się nie zgniatają. Po prostu opróżniałem kieszenie i wypadały z nich granulki. Gladys była szczera i ufna. Bardzo rzadko wychylała łepek z kieszeni i narażała się na niechybną śmierć. Jednak Doris załatwiła Gladys i mojego kota. Zabiła wszystkie moje zwierzaki. Nie lubiła zwierząt. Groziła, że to zrobi, i zrobiła. Do drzwi jej sypialni przyczepiłem karteczkę z rysunkiem kota i napisem "Morderczyni". Nigdy jej nie wybaczyłem. Reakcja Doris była taka: "Zamknij się. Nie bądź mięczakiem. Szczał po całym domu".

Kiedy dorastałem, praca Doris polegała na demonstrowaniu, jak działa pralka, niemal od czasów jej skonstruowania. Była specjalistką marki Hotpoint w sklepie Co-op przy High Street w Dartford. Bardzo dobrze sobie radziła. Pokazywała, jak działa pralka, z prawdziwym artyzmem. Wcześniej chciała być aktorką, marzyła o scenie i tańcu. U nas to rodzinne. Stałem w tłumie, który się wokół niej zbierał, i oglądałem prezentację wspaniałej pralki Hotpoint. Sama takiej nie miała, i minęło dużo czasu, zanim mogła ją sobie kupić. Potrafiła za to zrobić prawdziwe przedstawienie, ładując pralkę Hotpoint. Nie mieli nawet bieżącej wody. Trzeba było ją napełniać i opróżniać wiadrem. W tamtych czasach taka pralka była nowością i kobiety mówiły: "Bardzo bym chciała mieć maszynę, która prałaby nasze ubrania, ale, Chryste, to jakaś czarna magia!". Zadaniem mojej mamy było powiedzieć: "Wcale nie. To bardzo proste". Kiedy później żyliśmy bez pieniędzy w okropnym obdrapanym śmietniku przy Edith Grove, zanim Stonesi zaczęli odnosić sukcesy, zawsze mieliśmy czyste ubrania, ponieważ Doris używała ich do swoich demonstracji, prasowała je i podawała przez swojego adoratora, Billa taksówkarza. Wysyłała je wieczorem i wracały do niej wieczorem. Doris potrzebowała brudnych ubrań. Mamy ich pod dostatkiem, skarbie!

Wiele lat później Charlie Watts spędzał dzień za dniem przy Savile Row ze swoimi krawcami, badając tkaniny i zastanawiając się, jakich guzików użyć. Ja nie mogłem tam iść. Myślę, że miało to coś wspólnego z moją matką. Ciągle chodziła do sklepów z materiałami w poszukiwaniu zasłon. A ja nie miałem nic do powiedzenia. Sadzała mnie na krześle, ławce albo półce i przyglądałem się jej. Znalazła to, co chciała, pakują to dla niej w papier i nagle, o nie! Odwraca się i widzi coś innego, co jej się podoba, i doprowadza ekspedienta do granic wytrzymałości. W sklepach typu cash-and-carry pieniądze przesyłało się w małych pojemnikach specjalnymi tubami. Siedziałem i gapiłem się na nie godzinami, podczas gdy mama decydowała się na kupienie czegoś, na co nie było jej stać. Ale co można powiedzieć o pierwszej kobiecie w swoim życiu? Była moją mamą. Rozwiązywała moje problemy. Karmiła mnie. Bezustannie przygładzała mi włosy i poprawiała ubranie - w miejscach publicznych. Upokarzające. Ale to przecież mama. Dopiero później zrozumiałem, że była także moim kumplem. Rozśmieszała mnie. W domu ciągle grała muzyka. Bardzo za nią tęsknię.

*

Fakt, że moja mama i tata się zeszli, jest cudem - było to zupełnie przypadkowe, bo mieli różne pochodzenie i osobowości. Rodzina Berta składała się z surowych socjalistów. Jego ojciec, mój dziadek Ernest G. Richards, lokalnie znany jako Wujek Ernie, był nie tylko podporą Partii Laburzystów. Ernie z całych sił wspierał ludzi pracujących, a kiedy zaczynał, nie było ruchu socjalistycznego ani Partii Pracy. Ernie i moja babcia Eliza pobrali się w 1902 roku, kiedy partia dopiero powstała - w 1900 roku mieli dwóch ludzi w parlamencie. Zdobył poparcie tej części Londynu dla Keira Hardiego, założyciela Partii. Po pierwszej wojnie trzymał dla Keira stery świątek, piątek czy niedziela, agitując i rekrutując. W tamtych czasach Walthamstow było żyzną ziemią dla laburzystów. Sprowadziło się tam mnóstwo przedstawicieli klasy robotniczej, gdy opuścili londyński East End, oraz nowa populacja podróżująca do pracy koleją - polityczna linia frontu. Ernie był zażarty w pełnym tego słowa znaczeniu. Nigdy nie ustępował, nie poddawał się. Walthamstow stało się bastionem laburzystów, wystarczająco bezpiecznym dla Clementa Attlee, który zastąpił Churchilla na fotelu premiera w 1945 roku i w latach pięćdziesiątych był posłem z okręgu Walthamstow. Gdy Ernie zmarł, wysłał telegram, w którym nazwał go "solą ziemi". Na jego pogrzebie odśpiewano Czerwony sztandar, pieśń, którą dopiero niedawno przestano wykonywać na zjazdach Partii Robotniczej. Nigdy nie zrozumiałem drażliwości słów:

Wtedy wznieście wysoko czerwony sztandar,

W jego cieniu będziemy żyć i ginąć,

Chociaż tchórze wzdrygają się, a zdrajcy szydzą,

Czerwona flaga nadal będzie powiewać.

A zawód Erniego? Był ogrodnikiem i pracował dla tej samej firmy spożywczej przez trzydzieści pięć lat. Moja babcia Eliza była natomiast większą realistką - wybrano ją do lokalnego samorządu przed Erniem, a w 1941 roku została burmistrzem Walthamstow. Podobnie jak Ernie wspinała się w górę politycznej hierarchii. Pochodziła z klasy robotniczej Bermondsey i można powiedzieć, że wymyśliła opiekę socjalną dla dzieci w Walthamstow. Była prawdziwą reformatorką. Musiała być trudna we współpracy. Została prezeską komitetu mieszkalnictwa w okręgu, który miał jeden z największych programów rozbudowy domów socjalnych w kraju. Doris zawsze skarżyła się, że Eliza była tak zasadnicza, iż nie przyznała domu jej i Bertowi zaraz po tym, jak się pobrali - nie chciała ich wepchnąć na początek listy. "Nie mogę dać ci domu. Jesteś moją synową". Była nie tylko zasadnicza, ale także surowa. Zawsze mnie intrygowało, jak ktoś z takiej rodziny mógł zadać się z tą libertyńską bandą.

Doris i jej sześć sióstr - po obu stronach mojej rodziny panował silny matriarchat - dorastały w Islington w dwóch sypialniach. Jedna była ich, a druga dziadków, Gusa i Emmy. Było ciasno. Mieli pokój od frontu, z którego korzystali tylko przy specjalnych okazjach, kuchnię i salonik na tyłach. Cała rodzina w tych pokojach i małej kuchni. Na piętrze mieszkało inne stadło.

Mojemu dziadkowi Gusowi - niech będzie błogosławiony - zawdzięczam moją wielką miłość do muzyki. Często piszę do niego karteczki i przypinam je w różnych miejscach. "Dzięki, dziadku". Theodore Augustus Dupree, patriarcha rodziny, otoczony kobietami, mieszkał w pobliżu Seven Sisters Road z siedmioma córkami, przy 13 Crossley Street, N7. Mawiał: "To nie tylko siedem córek, z żoną to już ósemka". Jego żoną była Emma, moja cierpliwa babcia, z domu Turner, bardzo dobra pianistka. Emma, prawdziwa dama mówiąca po francusku, była szczebel wyżej niż Gus. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mu się ją zbałamucić. Poznali się na diabelskim młynie podczas rolniczego festynu w Islington. Gus był przystojny i miał poczucie humoru, mógł się śmiać cały czas. Dzięki temu radził sobie jakoś, kiedy nastały ciężkie czasy. Wiele osób z jego pokolenia było właśnie takich. Doris odziedziczyła zarówno jego szalone poczucie humoru, jak i muzykalność.

Siedzą, od prawej do lewej: Doris, dziadek Gus, babcia Emma, ciocia Marjorie.Stoją, od lewej do prawej: ciocie Elsie, Joanna, Patty, Connie, Beatrice.

Nie wiedzieliśmy, skąd pochodził Gus, przez to nie wiedzieliśmy, skąd się wzięliśmy. Może z piekielnych czeluści? Rodzinna pogłoska mówi, że te wyszukane imiona i nazwisko nie były prawdziwe. Z jakiegoś dziwnego powodu nikomu z nas nigdy nie chciało się rozwikłać tej tajemnicy, ale na formularzu ze spisu ludności widnieje: Theodore Dupree, urodzony w 1892 roku w licznej rodzinie w Hackney, jeden z jedenaściorga dzieci. Jego ojciec wymieniony jest jako "tapeciarz" urodzony w Southwark. Dupree to hugenockie nazwisko i wielu z nich przybyło z Wysp Normandzkich - protestanccy uchodźcy z Francji. Gus skończył szkołę w wieku trzynastu lat i przyuczał się oraz pracował jako ciastkarz w Islington. Od jednego ze znajomych ojca z Camden Passage nauczył się grać na skrzypcach. Był wszechstronnie uzdolnionym muzykiem. W latach trzydziestych miał zespół taneczny. Grał wtedy na saksofonie, ale twierdził, że podczas pierwszej wojny struli go gazem i później już nie mógł tak dmuchać. Sam nie wiem. Słyszałem tyle historii. Gus zdołał otoczyć się mgłą tajemnicy. Bert mówił, że należał do oddziału zaopatrzeniowego - ponieważ był z zawodu ciastkarzem - i nigdy nie walczył na froncie. Po prostu piekł chleb. Bert powiedział do mnie: "Jeśli go zagazowali, to pewnie w jego własnej kuchni". Ale moja ciotka Marje, która wie wszystko i gdy piszę te słowa, nadal jest wśród żywych w wieku dziewięćdziesięciu kilku lat, mówi, że Gusa powołano w 1916 roku i podczas pierwszej wojny był snajperem. Powiedziała, że zawsze, kiedy wspominał wojnę, miał łzy w oczach. Nie chciał nikogo zabić. Został ranny w nogę i ramię pod Passchendaele lub nad Sommą. Kiedy nie mógł grać na saksofonie, znów chwycił za skrzypce i gitarę. Z powodu rany trudno mu było machać smyczkiem i trybunał przyznał mu dziesięć szylingów tygodniowo. Gus przyjaźnił się z Bobbym Howesem, który w latach trzydziestych był gwiazdą muzyki. W czasie wojny razem występowali w mesie i gotowali dla oficerów, mieli więc szanse na lepsze wyżywienie niż przeciętny żołnierz. Tak mówi ciocia Marje.

W latach pięćdziesiątych miał już zespół, który grał kadryla, Gus Dupree and His Boys. Dobrze sobie radził, grając w amerykańskich bazach lotniczych i na potańcówkach. W dzień pracował w fabryce w Islington, a wieczorem grał w koszuli z nakładanym sztywnym białym gorsem. Przygrywał na żydowskich weselach i masońskich przyjęciach, a w futerale na skrzypce przynosił ciastka. Wszystkie moje ciotki to pamiętają. Musiał klepać biedę - na przykład nigdy nie kupował nowych ubrań, wszystkie ciuchy i buty miał używane.

Dlaczego moja babcia tak długo cierpiała w milczeniu? Przez dwadzieścia trzy lata bez przerwy była w różnych stadiach ciąży. Gus uwielbiał grać na skrzypcach, podczas gdy ona grała na pianinie. Ale w czasie wojny Emma przyłapała go podczas awarii zasilania ze strażniczką z obrony przeciwlotniczej na wiadomo czym. Również na pianinie. A nawet gorzej. I nigdy już dla niego nie zagrała. Taką cenę zapłacił. A ona była uparciuchem - tak naprawdę bardzo różniła się od Gusa, nie pasowała do jego artystycznego temperamentu. Wciągnął więc do gry córki, ale "już nie było tak samo, Keith", mówił mi. "Nigdy już nie było tak samo". Wnioskując z tego, co mi opowiadał, można by pomyśleć, że Emma była Arthurem Rubinsteinem. "Nikt nie równa się z Emmą. Ona to dopiero potrafi grać", mówił. Niestety, to nie był jedyny przypadek jego niewierności. Dochodziło do awantur i demonstracyjnego wychodzenia z domu. Gus był kobieciarzem i Emma w końcu miała dość.

Tak naprawdę Gus i jego rodzina byli niezwykli - stanowili rodzaj bohemy na miarę tamtych warunków i czasów. Gus zachęcał do pewnego rodzaju lekceważenia i nonkonformizmu, ale miał to w genach. Jedna z moich ciotek grała w amatorskim teatrze. Wszyscy mieli artystyczne inklinacje, zależnie od okoliczności. Biorąc pod uwagę czasy, o których mowa, rodzina była bardzo wyzwolona, bardzo niewiktoriańska. Gus był typem kolesia, który gdy jego córki dorastały i przychodziło do nich czterech czy pięciu chłopaków, i siedzieli przodem do okna, a dziewczyny naprzeciwko nich, szedł do kibelka, zawieszał na sznurku zużytą prezerwatywę i dyndał nią za plecami dziewczyn. Takie miał poczucie humoru. Wszyscy chłopcy czerwienili się i nie mogli powstrzymać chichotu, a dziewczęta nie miały pojęcia, o co, do cholery, im chodzi. Gus lubił robić zamieszanie. Doris opowiadała, jak przerażona była jej matka, Emma, gdy wybuchł skandal związany z dwiema siostrami Gusa, Henriettą i Felicią, które mieszkały razem w Colebrooke Row i - mówiła szeptem - były "kobietami upadłymi". Nie wszystkie siostry Doris były takie jak ona, nie miały tak ciętego języka. Niektóre były sztywne i ułożone, jak Emma, żadna jednak nie zdementowała historii o Henrietcie i Felicii.

Moje najwcześniejsze wspomnienia związane z Gusem to spacery, na które chodziliśmy. Myślę, że lubił się wymykać z domu pełnego kobiet. Wymówką byłem ja, ale też pies, Pan Thompson Wooft. Gus nigdy nie miał w domu chłopaka, syna ani wnuka, dopóki nie pojawiłem się ja, i myślę, że wtedy nastąpiła wielka chwila, szansa, żeby pójść na spacer i zniknąć. Kiedy Emma chciała, żeby zrobił coś w domu, niezmiennie odpowiadał: "Bardzo bym chciał, Em, ale niestety mam dziurę w tyłku". Kiwnięcie głową, mrugnięcie okiem i spacer z psem. Pokonywaliśmy kilometry, wydawało się czasem, że nasze spacery trwają wiele dni. Kiedyś poszliśmy na Primrose Hill popatrzeć na gwiazdy. Oczywiście zabraliśmy ze sobą Pana Thompsona. "Chyba nie damy rady wrócić dziś do domu", powiedział Gus. Spaliśmy więc pod drzewem.

- Chodźmy na spacer z psem. - (Co oznaczało: "ruszamy").

- Dobrze.

- Weź płaszcz.

- Nie pada.

- Weź płaszcz.

Któregoś dnia, gdy byliśmy na przechadzce (a ja miałem jakieś pięć, może sześć lat), Gus zapytał: "Masz przy sobie pensa?".

- Tak, Gus.

- Widzisz tego dzieciaka na rogu?

- Tak, Gus.

- Idź i mu go daj.

- Jak to, Gus?

- No, dalej. Jemu jest gorzej niż tobie.

Oddałem pensa.

A Gus dał mi dwa.

Nauczyłem się czegoś na całe życie.

Gus nigdy mnie nie nudził. Pewnego późnego wieczoru na stacji New Cross, w gęstej mgle, dał mi wypalić pierwszego kiepa. "Nikt nie zobaczy". Znanym "gusizmem" było również pozdrowienie przyjaciela słowami: "Cześć, nie bądź chujem przez całe życie". Sposób, w jaki to mówił, był przepięknie pozbawiony emocji, tak bardzo znajomy. Kochałem tego faceta. Trzepnięcie w głowę. "Nic nie słyszałeś". "Czego, Gus?"

Gdy spacerowaliśmy, nucił całe symfonie. Czasem do Primrose Hill, Highgate albo w dół Islington przez Archway, Angel, pieprzone wszędzie.

- Masz ochotę na kiełbaskę?

- Tak, Gus.

- I tak nie dostaniesz. Idziemy do Lyons Corner House.

- Dobrze, Gus.

- Nie mów babci.

- Dobrze, Gus. A co z psem?

- Zna kucharza.

Otaczały mnie jego ciepło i miłość, a jego poczucie humoru sprawiało, że pękałem ze śmiechu przez cały dzień. W Londynie tamtej epoki trudno było znaleźć dużo powodów do śmiechu. Zawsze jednak była MUZYKA!

- Wpadnijmy tu na chwilę. Potrzebuję struny.

- Dobrze, Gus.

Nie mówiłem zbyt dużo, słuchałem. On w kaszkiecie, ja w płaszczu. Może to po nim mam w sobie tęsknotę za wędrówką. "Jeśli masz siedem córek w okolicy Seven Sisters Road4, a z żoną wychodzi osiem, to musisz się czasem poszwendać tu i tam". Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek pił. Musiał jednak coś brać. Nigdy nie chodziliśmy do pubów. Często jednak znikał na zapleczu sklepów. Z błyszczącymi oczami oglądałem towar, a on z takimi samymi wracał.

- Idziemy. Masz psa?

- Tak, Gus.

- Chodź, Panie Thompson.

Gus subtelnie mną kierował, żebym zainteresował się graniem. Nie wciskał mi niczego do rąk i nie mówił: "To się robi tak i tak". Gitara była zupełnie poza zasięgiem. Była czymś, na co się patrzyło, o czym się myślało, ale nigdy nie można było jej dostać do rąk.

Nigdy nie miałem pojęcia, dokąd trafimy. Wpadaliśmy do sklepików w Angel i Islington, a on znikał na zapleczu. "Poczekaj chwilkę, synu. Potrzymaj psa". A potem wychodził, mówiąc "dobra", więc szliśmy dalej i docieraliśmy na West End. W warsztatach dużych sklepów muzycznych, jak Ivor Mairants albo HMV, znał wszystkich facetów, którzy naprawiali i robili instrumenty. Sadzał mnie na półce. Wokół stały beczki z klejem, instrumenty wisiały, a faceci w długich brązowych fartuchach montowali struny, kleili je, a na końcu ktoś je testował. Grała jakaś muzyka. A potem przychodzili mali udręczeni faceci z kanału dla orkiestry, pytając: "Macie moje skrzypce?". Siedziałem tam z kubkiem herbaty i ciasteczkiem, a pojemniki z klejem robiły "blub, blub, blub", jak miniwersja parku Yellowstone. Byłem zafascynowany. Nigdy się nie nudziłem. Skrzypce i gitary powieszone na drutach krążyły na taśmie, a wszyscy ci faceci naprawiali, budowali i odnawiali instrumenty. Myślę, że było to bardzo "alchemiczne", jak w Uczniu czarnoksiężnika Disneya. Zakochałem się w instrumentach.

Gus subtelnie mną kierował, żebym zainteresował się graniem. Nie wciskał mi niczego do rąk i nie mówił: "To się robi tak i tak". Gitara była zupełnie poza zasięgiem. Była czymś, na co się patrzyło, o czym się myślało, ale nigdy nie można było jej dostać do rąk. Nigdy nie zapomnę gitary leżącej na pianinie za każdym razem, gdy byłem u Gusa w odwiedzinach. Zaczęło się, kiedy miałem jakieś pięć lat. Myślałem, że instrument przynależy do tego miejsca. Myślałem, że jest tam zawsze. Patrzyłem na gitarę, a Gus nic nie mówił, i kilka lat później nadal na nią patrzyłem. "Hej, gdy trochę podrośniesz, będziesz mógł spróbować", powiedział. Dopiero po jego śmierci dowiedziałem się, że kładł gitarę na pianinie, kiedy wiedział, że przyjdę. W pewnym sensie drażnił się ze mną. Myślę, że robił tak, bo słyszał, jak śpiewam. Kiedy w radiu puszczali jakąś piosenkę, wszyscy zaczynaliśmy śpiewać, samo nam wychodziło. Banda śpiewaków.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy wziął gitarę i powiedział: "proszę". Może miałem dziewięć, a może dziesięć lat. Zaczynałem dość późno. Hiszpańska gitara klasyczna z jelitowymi strunami, słodka i urocza mała dama. Nie miałem pojęcia, co z nią robić. Ten zapach. Nawet teraz, gdy otwieram futerał ze starą drewnianą gitarą, mam ochotę do niego wskoczyć i zamknąć wieko. Gus nie był wybitnym gitarzystą, ale znał podstawy. Pokazał mi pierwsze riffy i akordy, najważniejsze chwyty - D, G i E. Powiedział: "Zagraj Malague?ę, a będziesz mógł zagrać wszystko". Kiedy powiedział: "Chyba zaczynasz łapać, o co chodzi", byłem zadowolony.

Moje sześć ciotek, w przypadkowej kolejności: Marje, Beatrice, Joanna, Elsie, Connie, Patty. Co niesamowite, w momencie, gdy to piszę, pięć z nich nadal żyje. Moją ulubioną ciotką była Joanna, która zmarła w latach osiemdziesiątych na stwardnienie rozsiane. Była aktorką i moją kumpelą. Kiedy przyjeżdżała, w pokoju czuło się powiew elegancji - miała czarne włosy, nosiła bransolety i pachniała perfumami, a wszystko w latach pięćdziesiątych było takie ponure. Wchodziła Joanna i było tak, jakby przyjechały Ronettes. Grała w sztukach Czechowa w teatrze Highbury. Była też jedyną z sióstr, która nigdy nie wyszła za mąż. Zawsze za to miała chłopaków. Podobnie jak nas wszystkich, interesowała ją muzyka. Śpiewaliśmy razem. Kiedy w radiu pojawiała się jakaś piosenka, mówiliśmy: "Spróbujmy". Pamiętam, jak razem z nią śpiewałem When Will I Be Loved Everly Brothers.

*

Przeprowadzka na Spielman Road na Temple Hill, po drugiej stronie torów, na niezagospodarowane tereny, kiedy miałem dziewięć czy dziesięć lat, była dla mnie katastrofą przez przynajmniej rok życia - niebezpiecznego i strasznego. W tamtych czasach byłem bardzo małym koleżką. Wyrosłem dopiero, gdy miałem jakieś piętnaście lat. Kiedy jest się takim konusem, jak ja wtedy, zawsze jest się w defensywie. Byłem też rok młodszy niż reszta klasy, ponieważ urodziny mam dopiero osiemnastego grudnia. Pod tym względem naprawdę miałem pecha. Rok w tym wieku robi ogromną różnicę. Uwielbiałem grać w piłkę i byłem niezłym lewoskrzydłowym, szybkim i dobrze podającym. Ale przecież byłem najmniejszym dupkiem w drużynie. Jedno pchnięcie w plecy i leżałem w błocie - porządna zagrywka kolesia, który był rok ode mnie starszy. Jeśli jesteś taki mały, a oni tacy wysocy, zamieniasz się w futbolówkę. Zawsze będziesz konusem. "Och, cześć, mały Richardsie", słyszałem. Nazywali mnie też małpką, ponieważ odstawały mi uszy. Każdy miał jakieś przezwisko.

Droga do szkoły z Temple Hill nie była wesoła. Do jedenastego roku życia jeździłem autobusem, a wracałem piechotą. Dlaczego z powrotem też nie jeździłem? Nie miałem pieprzonych pieniędzy! Wydawałem na autobus kasę na fryzjera - sam się strzygłem przed lustrem. Ciach, ciach, ciach. Musiałem więc wracać na piechotę na drugi koniec miasta, około czterdziestominutowy spacerek. Były tylko dwie trasy do wyboru: Havelock Road albo Princes Road. Rzut monetą. Wiedziałem też, że gdy tylko wyjdę ze szkoły, będzie na mnie czekał ten koleś. Zawsze wiedział, którą drogą mam zamiar iść. Próbowałem wymyślić nowe trasy, przyłapywano mnie w cudzych ogródkach. Przez cały dzień rozmyślałem o tym, jak wrócić do domu i nie dostać lania. Nie było łatwo. Pięć razy w tygodniu. Czasem mi się udawało, ale i tak gdy siedziałem w klasie, było mi niedobrze. Jak, do cholery, mam się przemknąć obok tego gościa? Nie miał litości. Nic nie mogłem zrobić, cały dzień się bałem i w ogóle nie mogłem się skoncentrować.

Kiedy podbili mi oko, wróciłem do domu, a Doris zapytała: "Co się stało?".

"Tylko się przewróciłem", odpowiedziałem. W innym przypadku nakręcała się i musiała się dowiedzieć: "Kto ci to zrobił?". Lepiej było mówić, że spadłem z roweru.

W tamtym czasie moje oceny były tragiczne, a Bert patrzył na mnie i pytał: "Co się dzieje?". Nie mogłem odpowiedzieć, że cały dzień w szkole spędzam na zamartwianiu się, jak dotrę do domu. Nie można tak robić. Tylko mięczaki tak postępują. Trzeba sobie jakoś z tym poradzić. Samo bicie nie było problemem. Nauczyłem się, jak je przyjmować. Tak naprawdę nie robili mi wielkiej krzywdy. Z czasem nauczyłem się, jak trzymać gardę i sprawić, żeby druga strona myślała, iż wyrządziła mi większą szkodę, niż było w rzeczywistości. "Aaaaaaa!", i myślą sobie: "O mój Boże, naprawdę go uszkodziłem".

Wreszcie zmądrzałem. Szkoda, że wcześniej na to nie wpadłem. W szkole był jeden bardzo miły chłopak. Nie pamiętam, jak się nazywał, był trochę głąbowaty, powiedzmy, że nie był stworzony do życia akademickiego, ale był duży i mieszkał na tym samym osiedlu co ja. Martwił się, że nie potrafi odrobić pracy domowej. Powiedziałem: "Posłuchaj, będę odrabiał za ciebie pieprzoną pracę domową, ale ty będziesz wracał ze mną do domu. Mieszkamy niedaleko siebie, więc nie będziesz za bardzo zbaczał z drogi". Za cenę robienia zadań z historii i geografii nagle miałem opiekuna. Na zawsze zapamiętam pierwszy raz, gdy kilku kolesiów czekało jak zwykle na mnie i zobaczyli, że nie wracam sam. Stłukliśmy ich na miazgę. Wystarczyły dwa czy trzy razy i trochę rytualnego krwawienia, żeby zwycięstwo było nasze.

Dopiero gdy poszedłem do kolejnej szkoły, Dartford Tech, sprawy na szczęście jakoś się ułożyły. Kiedy zdawałem egzamin 11 Plus, Mick już był w szkole Dartford Grammar, czyli "Ach, to ci w czerwonych mundurkach". Rok później nadeszła moja kolej i poszło mi bardzo kiepsko, ale jednak nie tak źle, żeby skończyć w zawodówce. Teraz wszystko się zmieniło, ale kiedy trafiłeś do takiej placówki w tamtym archaicznym systemie, mogłeś się uważać za szczęściarza, gdy potem udało ci się znaleźć pracę w fabryce. Nie przyuczali do niczego poza pracami manualnymi. Nauczyciele byli straszni, a ich obowiązki sprowadzały się do utrzymania bandy uczniów w ryzach. Trafiłem do szkoły technicznej. Teraz myślę, że termin ten jest bardzo nieprecyzyjny - oznaczał, że nie udało ci się dostać do szkoły średniej, ale jest w tobie jakiś potencjał. Później dopiero zdajesz sobie sprawę, że jesteś oceniany i przesiewany przez ten całkowicie arbitralny system, który rzadko kiedy bierze pod uwagę twój charakter, albo: "Cóż, może nie jest bardzo dobrym uczniem, ale umie rysować". Nigdy nie pomyśleli, że przecież nudzę się dlatego, iż już to wszystko wiem.

Podwórko jest wielkim sędzią. To tutaj podejmowane są wszystkie decyzje dotyczące twoich rówieśników. Mówi się na to "zabawa", ale tak naprawdę to pole bitwy. Presja jest wielka i może się zrobić brutalnie. Dwóch kolesiów leje jakiegoś małego biednego dupka, ale "oni tylko się wyładowują". W tamtych czasach dużo rzeczy załatwiało się przy użyciu siły, ale w większości były to tylko drwiny i zaczepki: "ty mięczaku" i takie tam.

Nauczenie się, jak zwalić kogoś z nóg, zamiast samemu dostawać bęcki, zajęło mi sporo czasu. Długo byłem ekspertem od tego, jak brać w tyłek. Potem udało mi się załatwić jednego osiłka. Ta chwila była dla mnie magiczna. Miałem dwanaście albo trzynaście lat. W jednym momencie jestem na celowniku, a w następnym szybkim ruchem powaliłem tego dryblasa. Upadł na skalny ogródek i małą grządkę z kwiatkami. Poślizgnął się, glebnął, a ja na niego wskoczyłem. Kiedy się biję, oczy zasłania mi czerwona kurtyna. Nic nie widzę, ale wiem, gdzie mam uderzać. Bez litości, stary, but poszedł w ruch! Odciągali mnie prefekci i w ogóle. Jakże nisko upadają wielcy! Nadal pamiętam, jaki byłem zaskoczony, gdy ten koleś upadł. Nadal widzę mały skalny ogródek i bratki, które przygniótł. Nie pozwoliłem mu się podnieść.

Kiedy już leżał, atmosfera na szkolnym boisku zdecydowanie się zmieniła. Poczułem się tak, jakby znad mojej głowy zniknęła wielka chmura. Moja reputacja po tym wydarzeniu wyzwoliła mnie od lęku i stresów. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jak wielka była ta unosząca się nade mną chmura. Nastał jedyny czas w moim życiu, kiedy czułem się dobrze w szkole, głównie dlatego, iż mogłem odwdzięczyć się za przysługi, które byłem winien kilku chłopakom. Mały brzydal Stephen Yarde - nazywaliśmy go "But", bo miał ogromne stopy - był ulubionym obiektem zaczepek wszystkich osiłków. Ciągle go dręczyli. Zdając sobie sprawę, jak to jest czekać na lanie, wstawiłem się za nim. Zostałem jego opiekunem. Mówiłem: "Nie przypierdalać się do Stephena Yarde'a". Nigdy nie chciałem stać się duży, żeby móc bić innych, chciałem po prostu, żeby już się to więcej nie działo.

Uwolniony spod tego ciężaru, poprawiłem wyniki w nauce w Dartford Tech. Zbierałem nawet pochwały. Doris zachowała kilka moich szkolnych raportów: Geografia 59%, dobry wynik egzaminu. Historia 63%, całkiem dobra robota. Ale przy wszystkich przedmiotach ścisłych oceny na moim raporcie ujęte były w klamrę - nie było miejsca na podłość - a przy nich napis: brak postępów w matematyce, fizyce i chemii. Rysunek techniczny był poniżej możliwości. Ten raport z przedmiotów ścisłych zawierał historię wielkiej zdrady i tego, jak zmieniłem się ze względnie grzecznego ucznia w szkolnego terrorystę i kryminalistę nienawidzącego władzy.

Mam zdjęcie, na którym nasza klasa stoi przed autobusem i uśmiecha się do obiektywu w towarzystwie jednego z dyrektorów. Stoję w pierwszym rzędzie, w szortach, mam jedenaście lat. Zdjęcie zrobiono w 1955 roku w Londynie, dokąd pojechaliśmy, by wziąć udział w koncercie w kościele St. Margaret w opactwie westminsterskim. Był to konkurs szkolnych chórów i występowaliśmy przed królową. Nasz chór przebył długą drogę - byliśmy bandą dartfordzkich buraków, którzy zdobywali nagrody i puchary na poziomie krajowym za chóralne śpiewy. Terry, Spike i ja byliśmy trzema sopranami, gwiazdami programu, można powiedzieć. Nasz nauczyciel, na zdjęciu przy autobusie, geniusz, który stworzył ten zespół z tak mało obiecującego materiału, nazywał się Jake Clare. Był człowiekiem zagadką. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że dyrygował chórem oksfordzkim, jednym z najlepszych w kraju, ale wywalili go za zabawianie się z małymi chłopcami. Kolejną szansę dostał w koloniach. Nie chcę szargać jego imienia i muszę podkreślić, że tylko o tym słyszałem. Kiedyś miał zdecydowanie lepszy materiał do pracy niż nasza grupa. Co robił z nami na południu? Przy nas w każdym razie trzymał ręce przy sobie, chociaż zasłynął z tego, że macał się przez kieszeń w spodniach. Tak się do nas wziął, że w pewnym momencie bez wątpienia byliśmy jednym z najlepszych chórów w kraju. Zdobyliśmy wiele nagród, które wisiały w szkolnym holu. Do tej pory nie zagrałem bardziej prestiżowego koncertu niż wtedy w opactwie. Zaczepiali nas: "Jesteś chłoptasiem z chóru, prawda?". Nie przeszkadzało mi to, bo chór był wspaniały. Jeździliśmy autokarem do Londynu. Omijała nas fizyka i chemia, a za to byłem gotów zrobić wszystko. Wtedy też dużo się nauczyłem o śpiewaniu i muzyce oraz o pracy z muzykami. Nauczyłem się, jak zebrać zespół - to mniej więcej taka sama robota - oraz jak potem utrzymać go w kupie. I wtedy się zaczęło.

Gdy mieliśmy po trzynaście lat, zaczęła się mutacja i Jake Clare nas odprawił: trzy soprany. Na dodatek nas zdegradowano i powtarzaliśmy klasę, ponieważ nie chodziliśmy na fizykę i chemię i nie zrealizowaliśmy programu z matematyki. "Tak, ale zwalnialiśmy się z zajęć, bo mieliśmy próby chóru. Harowaliśmy jak woły". Tak właśnie nam podziękowano. Zaraz potem pojawiła się wielka depresja. Nagle, w wieku trzynastu lat, musiałem zaczynać od nowa z niższym rocznikiem. Przerobić jeszcze raz cały rok szkolny. To był bolesny kopniak. Po tym Spike, Terry i ja staliśmy się terrorystami. Byłem wściekły i żądny zemsty. Miałem powód, żeby doprowadzić ten kraj do upadku i zniszczyć wszystko, co reprezentował.

Kolejne trzy lata spędziłem na próbach wkurwiania szkoły. Jeśli chcecie stworzyć buntownika, właśnie tak powinniście postępować. Żadnych fryzjerów. Dwie pary spodni, jedne obcisłe pod przepisowymi flanelowymi, które zdejmowałem, gdy tylko wychodziłem za bramę szkoły. Robiłem wszystko, żeby ich wkurzyć. Ale nic nie zdziałałem. Tata zerkał na mnie spode łba, lecz nawet to mnie nie powstrzymywało. Naprawdę nie chciałem go zawieść, ale... przepraszam, tato.

Wciąż pamiętam tamto upokorzenie. Ogień we mnie jeszcze się nie wypalił. Wtedy zacząłem inaczej patrzeć na świat, nie tak jak oni. Zrozumiałem, że istnieją większe łobuzy niż zwykłe łobuzy. Są jeszcze oni, władze. Zapłonął wolno tlący się lont. Łatwo mógłbym wylecieć wtedy ze szkoły, ale musiałbym stanąć oko w oko z tatą. A on od razu by wiedział, co jest grane: że kombinowałem. Musiałem więc prowadzić powolną kampanię. Straciłem zainteresowanie organami władzy i nie próbowałem już działać na ich warunkach. Szkolne raporty? Dajcie mi kiepski, a ja go podrobię. Stałem się bardzo dobrym fałszerzem. Mógłby bardziej się starać. Jakoś udawało mi się znaleźć taki sam atrament i zamienić to na Nie mógłby bardziej się starać. Mój tata patrzył na taką cenzurkę. "Nie mógłby bardziej się starać. Dlaczego dostałeś czwórkę z minusem?". To było trochę ryzykowne, ale nigdy nie odkryli moich fałszerstw. Tak naprawdę miałem nadzieję, że jednak odkryją, bo wtedy miałbym spokój: wywaliliby mnie za podrabianie świadectw. Widocznie jednak byłem zbyt dobry albo zdecydowali, że tak łatwo mi nie pójdzie.

Całkowicie straciłem zainteresowanie szkołą po tym, jak skończył się chór. Rysunek techniczny, fizyka, matematyka - nudy, ponieważ nieważne, jak bardzo próbowali nauczyć mnie algebry, ja po prostu tego nie kumam i tak naprawdę nie wiem, dlaczego miałbym to zmieniać. Zrozumiem, gdy ktoś przyłoży mi lufę do głowy, gdy będę o chlebie i wodzie okładany batem. Nauczyłbym się, mogłem się nauczyć, ale coś we mnie w środku mówi mi, że w niczym mi to nie pomoże, a jeśli będę chciał się nauczyć, to nauczę się sam. Na początku, kiedy przyszła mutacja i wywalili nas z chóru, trzymałem się bardzo blisko z chłopakami, z którymi śpiewałem, ponieważ wszyscy czuliśmy palącą urazę po tym, jak zdobyliśmy dla nich te wszystkie medale i puchary, którymi tak się pysznili w szkolnym holu. Teraz natomiast czyściliśmy ich cholerne buty gdzieś na zapleczu - takie dostaliśmy podziękowanie.

Zaczęliśmy się buntować. Przy High Street był sklep Leonards, gdzie były bardzo tanie dżinsy, kiedy dżinsy stawały się dżinsami. Koło 1956 czy 1957 roku sprzedawali też fluorescencyjne skarpetki - rockandrollowe skarpetki, które świecą w ciemnościach, żeby ona zawsze wiedziała, gdzie jestem. Różowe i zielone z czarnymi nutkami. Miałem po parze z każdego koloru. Jeszcze bardziej odważnie nosiłem różową na jednej stopie i zieloną na drugiej. To było coś naprawdę "o rany".

Dimashio's była lodziarnio-kawiarnią. Syn starego Dimashio chodził z nami do szkoły, tłusty włoski chłopiec. Zawsze jednak łatwo zjednywał sobie przyjaciół, bo przyprowadzał ich do kawiarni ojca. Mieli też szafę grającą, więc często tam bywaliśmy. Jerry Lee Lewis i Little Richard, oprócz całej kupy tandety. Lodziarnia była jedynym "amerykańskim" miejscem w Dartford. Mały lokal, lada po lewej stronie, szafa grająca, kilka krzeseł i stolików, automat do lodów. Przynajmniej raz w tygodniu szedłem do kina, zwykle w sobotę rano, do Gem albo Granady. Jak komiksowy Captain Marvel. SHAZAM! Jeśli wypowiedziało się to we właściwy sposób, mogło naprawdę się spełnić. Razem z kumplami stałem na środku pola i: "SHAZAM! Nie mówimy tego tak, jak powinniśmy!". Inne chłopaki śmiały się za naszymi plecami. "Nie będziecie się śmiali, gdy wreszcie nam wyjdzie. SHAZAM!". Flash Gordon, kłęby dymu. Miał tlenione blond włosy. Captain Marvel. Nie mogę sobie przypomnieć, o czym były te historie. Chodziło bardziej o transformację, o zwykłego faceta, który mówi jedno słowo i nagle znika. Też tak chcę, myślisz sobie. Chcę się stąd wynieść.

Gdy robiliśmy się coraz starsi i nieco bardziej krzepcy, zaczęliśmy trochę to wykorzystywać. Niedorzeczną stroną Dartford Tech były jej zakusy na bycie szkołą publiczną (tak nazywają w Anglii szkoły prywatne). Prefekci mieli na czapkach małe złote frędzle. Był Budynek Wschodni i Zachodni. Próbowali zdobyć stracony już świat krykieta, pucharów i nagród, uczniowskiej chwały, jakby nigdy nie było wojny. Nauczyciele byli marni, ale nadal żyli ideałami, jakby to było Eaton albo Winchester, jakby trwały lata dwudzieste, trzydzieste albo nawet dziewięćdziesiąte XIX wieku. W samym środku tego wszystkiego, gdy byłem tam w szkole średniej, niedługo po katastrofie, nastąpił okres anarchii, który, jak się wydawało, trwał bardzo długo - przedłużający się czas chaosu. Być może był to tylko jeden semestr, gdy z jakiegoś powodu te szalone masy zbierały się na boiskach. Było nas około trzystu, wszyscy skakali dookoła. Gdy teraz o tym myślę, dziwi mnie, że nikt nas nie powstrzymywał. Pewnie było nas za dużo. Nikomu nic się nie stało, pozwoliło to jednak na trochę anarchii. Gdy pewnego dnia przyszedł do nas główny prefekt, aby nas powstrzymać, uwzięliśmy się na niego i go zlinczowaliśmy. Był jednym z tych wiecznych formalistów: kapitan drużyny, przewodniczący szkoły, najlepszy we wszystkim. Wykorzystywał swoją pozycję, był nadgorliwy wobec młodszych dzieciaków, więc zdecydowaliśmy, że dowie się, jak to jest. Nazywał się Swanton - dobrze go pamiętam. Padał deszcz, pogoda okropna, a my rozebraliśmy go i goniliśmy za nim, dopóki nie wdrapał się na drzewo. Zostawiliśmy go tak w tej jego czapce ze złotymi frędzlami, tyle mu zostało. Swanton zszedł z drzewa i został profesorem historii średniowiecza na Uniwersytecie Exeter. Napisał ważną książkę English Poetry Before Chaucer (Angielska poezja przed Chaucerem).

Ze wszystkich nauczycieli jedynym, który nas rozumiał, a nie tylko rzucał polecenia, był nauczyciel religii, pan Edgington. Nosił jasnoniebieski garnitur z plamami ze spermy na nogawce. Pan Edgington, dupek. Nauka religii, czterdzieści pięć minut. "Przejdźmy więc do Łukasza". A my mówiliśmy, że albo się obsikał, albo na zapleczu bzykał panią Mountjoy, która uczyła nas sztuki.

Miałem kryminalny mózg, robiłem wszystko, byle tylko im zaszkodzić. Trzy razy wygraliśmy bieg na przełaj, ale nigdy nie biegliśmy. Startowaliśmy, szliśmy na papierosa na jakąś godzinę, a przed metą znów mieszaliśmy się z tłumem. Za trzecim i czwartym razem zmądrzeli i na całej trasie ustawili monitory. Nie było nas na nich przez dziesięć kilometrów. Utrzymał niski poziom. Te trzy słowa definiowały mój szkolny raport za 1959 rok, słusznie wskazując, że włożyłem dużo wysiłku, aby tak właśnie było.

*

Ludzie naprawdę chcą się dotykać, dotykać swoich serc. Dlatego właśnie mamy muzykę. Jeśli nie potrafisz tego powiedzieć, zaśpiewaj.

Nie zdając sobie z tego sprawy, słuchałem wtedy dużo muzyki. Anglia często była spowita mgłą, a między ludzi opadła mgła słów. Nie pokazywało się emocji. W zasadzie nie należało dużo mówić. Mówiło się "naokoło", kodami i eufemizmami. Niektórych rzeczy nie można było powiedzieć ani nawet robić do nich aluzji. Była to pozostałość epoki wiktoriańskiej, doskonale pokazana w czarno-białych filmach z początku lat sześćdziesiątych - Z soboty na niedzielę, Sportowe życie. Życie było czarno-białe. Technicolor miał dopiero nadejść, ale w 1959 roku jeszcze go nie było. Ludzie naprawdę chcą się dotykać, dotykać swoich serc. Dlatego właśnie mamy muzykę. Jeśli nie potrafisz tego powiedzieć, zaśpiewaj. Posłuchajcie piosenek z tamtego okresu. Wyraziste i romantyczne, próbowały przekazać coś, czego nie dało się powiedzieć prozą albo nawet spisać na papierze. Pogoda jest ładna, 19.30 wieczorem, wiatr ustał, PS Kocham Cię.

Muzyka była jak narkotyk. O wiele gorszy niż heroina. Mogłem wygrzebać się z heroiny, ale nie potrafiłem rzucić muzyki. Jedna nuta prowadzi do drugiej i nigdy nie wiesz, co się zaraz zdarzy. Nie chcesz tego wiedzieć. To jak chodzenie po linie.

Doris była inna - była muzykalna jak Gus. Gdy miałem trzy, cztery albo pięć lat, pod koniec wojny, słuchałem Elli Fitzgerald, Sary Vaughan, Big Billa Broonzy'ego, Louisa Armstronga. Przemawiało to do mnie, słuchałem tego codziennie, bo moja mama to puszczała. Moje uszy i tak powędrowałyby w tamtym kierunku, ale mama skierowała je na czarną stronę miasta, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie wiedziałem wtedy, czy wokaliści są biali, czarni, czy zieloni. Po pewnym czasie jednak, jeśli ma się słuch wyczulony na muzykę, zaczynasz dostrzegać różnicę między Ain't That A Shame Pata Boone'a i Ain't That A Shame Fatsa Domino. Nie żeby wykonanie Pata Boone'a było kiepskie, to bardzo dobry wokalista, ale jego wersja była przeprodukowana i płytka, a Fats był taki naturalny. Doris też lubiła muzykę Gusa. Kazał jej słuchać Stéphane'a Grappellego, Hot Club Django Reinhardta - tej przepięknej swingowej gitary - oraz Bixa Beiderbecke'a. Lubiła jazzujący swing. Później chodziła na koncerty zespołu Charliego Wattsa do Ronniego Scotta.

Długo nie mieliśmy adapteru, dlatego głównie słuchaliśmy muzyki w radiu, przede wszystkim na BBC. Moja mama była mistrzynią pokręteł. Niektórzy brytyjscy muzycy byli świetni, ci w orkiestrach tanecznych z północy i ci grający w przedstawieniach rewiowych. Byli doskonali. Żadnych ignorantów. Jeśli w radiu nadawali coś dobrego, ona to znajdowała. Dorastałem więc przy poszukiwaniach muzyki. Zaznaczała, kto jest dobry, a kto nie. Była muzykalna. Słyszała głos i mówiła: "wyjec", podczas gdy wszyscy twierdzili, że to wspaniały sopran. Wszystko to działo się, zanim pojawiła się telewizja. Dorastałem, słuchając bardzo dobrej muzyki. W tle pojawiali się nawet Mozart i Bach, których wtedy uważałem za zbyt wyrafinowanych jak dla mnie, ale też nasiąkałem ich twórczością. Byłem po prostu muzyczną gąbką. Fascynowało mnie też patrzenie na grających. Gdy grali na ulicy, ciągnęło mnie do nich. Pianista w pubie, ktokolwiek. Moje uszy wyłapywały wszystko nuta po nucie. Nieważne, czy fałszowali - grali nuty, był rytm i harmonie, które zaczynały brzęczeć mi w uszach. Muzyka była jak narkotyk. O wiele gorszy niż heroina. Mogłem wygrzebać się z heroiny, ale nie potrafiłem rzucić muzyki. Jedna nuta prowadzi do drugiej i nigdy nie wiesz, co się zaraz zdarzy. Nie chcesz tego wiedzieć. To jak chodzenie po linie.

Kiedy miałem piętnaście lat, Doris kupiła mi pierwszą gitarę. (...) Zacząłem tam, gdzie powinien każdy dobry gitarzysta: na akustycznym instrumencie z naturalnymi strunami.

Pierwszą płytą, którą kupiłem, była chyba Long Tall Sally Little Richarda. Fantastyczna płyta, nawet gdy słucha jej się dziś. Dobre nagrania z wiekiem robią się jeszcze lepsze. Ale jedno, które pewnej nocy mną wstrząsnęło, gdy słuchałem Radia Luxemburg na małym radyjku, kiedy miałem być w łóżku i spać, było Heartbreak Hotel. Oszołomiło mnie. Nigdy wcześniej go nie słyszałem. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Elvisie. Było niemal tak, jakbym czekał, aby to się wydarzyło. Następnego ranka obudziłem się jako inny człowiek. Nagle czułem się przytłoczony: Buddy Holly, Eddie Cochran, Little Richard, Fats. Radio Luxemburg słynęło z tego, że nie dało się utrzymać go na falach. Miałem małą antenę i chodziłem po pokoju, trzymając radyjko przy uchu i kręcąc nią. Próbowałem słuchać po cichu, żeby nie obudzić mamy i taty. Jeśli udało mi się je ustawić, trzymać antenę i nią kręcić, brałem radio pod kołdrę. Mam spać, rano idę do szkoły. Mnóstwo reklam Jamesa Walkera, jubilera "przy każdej głównej ulicy", oraz irlandzkiej loterii, z którą Radio Luxemburg miało jakiś układ. Sygnał podczas reklam był idealny, "a teraz zagramy Fatsa Domino i Blueberry Hill" i, kurwa, sygnał zanikał.

Później Since My Baby Left Me - co za brzmienie. Byłem trafiony. To był pierwszy rockandrollowy kawałek, który usłyszałem. Sposób wykonania piosenki był zupełnie inny, zupełnie inne brzmienie, surowe, spalone, bez wciskania kitu, bez smyczków i kobiecych chórków, bez szmelcu. Coś zupełnie nowego. Gołe brzmienie, obdarte ze wszystkiego aż do korzeni, które podejrzewałeś, że gdzieś tam istnieją, ale nie miałeś jeszcze szansy ich usłyszeć. Chylę czoło przed Elvisem właśnie za to. Cisza jest twoim płótnem, twoimi sztalugami, na nich pracujesz; nie próbuj tego zagłuszać. To właśnie zrobił ze mną kawałek Heartbreak Hotel. Pierwszy raz usłyszałem coś tak surowego. Musiałem więc posłuchać tego, co ten facet robił wcześniej. Na szczęście wyłapałem jego nazwisko. Wrócił sygnał Radia Luxemburg. "To był Elvis Presley i Heartbreak Hotel". O kurwa!

Około 1959 roku, kiedy miałem piętnaście lat, Doris kupiła mi pierwszą gitarę. Grałem już wcześniej, gdy tylko mogłem jakąś dorwać, ale gdy nie ma się własnej, można zaledwie trochę w tym dłubać. Dostałem Rosetti. Kosztowała jakieś dziesięć funtów. Doris nie mogła kupić jej na raty, więc poprosiła kogoś, żeby kupił za nią, a on uchylił się od płacenia - zrobiło się wielkie zamieszanie. Dla niej i Berta była to ogromna suma. Musiał mieć z tym coś wspólnego Gus. Gitara miała struny z jelit. Zacząłem tam, gdzie powinien każdy dobry gitarzysta: na akustycznym instrumencie z naturalnymi strunami. Do wzmacniacza zawsze można się podłączyć. Zresztą i tak nie było mnie stać na elektryczną. Jednak granie na tej hiszpańskiej gitarze w starym stylu było dobrym początkiem, dało mi fundamenty, na których mogłem budować. Potem przechodziło się do strun stalowych, a potem w końcu, rany! Elektryczność! Gdybym obudził się kilka lat później, od razu wskoczyłbym na gitarę elektryczną. Jeśli jednak chcesz dotrzeć na szczyt, musisz zacząć od zera - tak jest ze wszystkim. Nawet z prowadzeniem burdelu. Grałem w każdej wolnej chwili. Ludzie mówią, że w tamtych czasach byłem zupełnie nieświadomy otaczającego mnie świata - podczas imprezy czy rodzinnego przyjęcia siedziałem w kącie pokoju i grałem. Moją miłość do nowego instrumentu pamięta ciotka Marje, która opowiadała mi, że gdy Doris poszła do szpitala i przez pewien czas mieszkałem z Gusem, ani na chwilę nie rozstawałem się z gitarą. Brałem ją ze sobą wszędzie i spałem z nią w objęciach.

Zachowałem szkicownik i notatnik z tamtego roku. Był to mniej więcej rok 1959, kluczowy rok, miałem piętnaście lat. Notes był starannie, obsesyjnie zapisany niebieskim długopisem. Strony podzielone na kolumny i nagłówki, druga strona (po pierwszej poświęconej harcerzom, o czym później), zatytułowana jest Lista nagrań. 45 rpm. Pierwsza pozycja: Tytuł: Peggy Sue Got Married, Artysta: Buddy Holly. Poniżej, mniej starannym pismem, zakreślone są imiona dziewcząt. Mary (wykreślona), Jenny (odfajkowana), Janet, Marilyn, Veronica. I tak dalej. W dziale Longplaye znalazły się The Buddy Holly Story, A Date with Elvis, Wilde about Marty (Marty'ego Wilde'a oczywiście, dla tych, którzy nie wiedzą), The 'Chirping' Crickets. Na listach znalazły się znane nazwiska: Ricky Nelson, Eddie Cochran, Everly Brothers, Cliff Richard (Travellin' Light), ale także Johnny Restivo (The Shape I'm In), numer trzy na jednej z moich list, The Fickle Chicken Atmospheres, Always Summy'ego Turnera - zapomniane klejnoty. Te listy powstały w czasie Przebudzenia - narodzin rock and rolla w Zjednoczonym Królestwie. Wtedy krajobraz zdominował całkowicie Elvis. W moim notesie poświęciłem mu cały dział. Pierwszy album, który w życiu kupiłem. Mystery Train, Money Honey, Blue Suede Shoes, I'm Left, You're Right, She's Gone. Cr?me de la cr?me jego nagrań z czasów Sun Records. Powoli kupowałem następne, ale ten album był moim maleństwem. Byłem pod wrażeniem Elvisa, ale jeszcze bardziej imponował mi Scotty Moore i zespół. Podobnie było z Rickym Nelsonem. Nigdy nie kupiłem albumu Ricky'ego Nelsona, kupiłem płytę Jamesa Burtona. To zespoły, które za nimi stały, zachwycały mnie tak bardzo jak frontmani. Zespół Little Richarda, który był w zasadzie taki sam jak Fatsa Domino, tak naprawdę był bandem Dave'a Bartholomew. Wiedziałem to wszystko. Podziwiałem, jak ci faceci ze sobą współgrali, ich naturalny entuzjazm i łatwość, z jaką grali. Była w tym piękna nonszalancja. A jeszcze bardziej dotyczy to oczywiście zespołu Chucka Berry'ego. Od początku nie liczył się tylko wokalista. Musiałem zachwycić się zespołem, który za nim stał.

Miałem inne zajęcia. Jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się wtedy przytrafiły, wierzcie lub nie, było wstąpienie do harcerstwa. Ich lider, Baden-Powell, naprawdę miły facet, który wiedział, co interesuje małych chłopców, wierzył, że bez harcerzy imperium by upadło. Wtedy pojawiłem się jako członek Siódmego Zastępu Dartford, Patrolu Bobrów, chociaż imperium i tak wyglądało, jakby zaraz miało upaść, i nie miało to nic wspólnego z charakterami i węzłami. Myślę, że zaangażowałem się w ruch harcerski tuż przed tym, nim naprawdę zainteresowałem się grą na gitarze - a może zanim dostałem pierwszy instrument - ponieważ kiedy zacząłem grać na poważnie, to był mój inny świat.

Harcerstwo było czymś zupełnie oddzielnym od muzyki. Chciałem dowiedzieć się, jak przetrwać, i przeczytałem wszystkie książki Baden-Powella. Musiałem tylko nauczyć się wszystkich tych sztuczek. Chciałem wiedzieć, jak orientować się w terenie. Jak ugotować coś pod ziemią. Z jakiegoś powodu umiejętność przetrwania wydawała mi się niezbędna i uważałem, że to ważne, abym się jej nauczył. Miałem namiot w ogródku za domem, w którym przesiadywałem godzinami, jadłem surowe ziemniaki i takie tam. Jak oskubać drób. Jak patroszyć zwierzęta. Które kawałki zostawić w środku, a których nie. Czy zachować skórę? Czy może się przydać? Na ładne rękawiczki? Wyglądało to jak mały trening jednostki SAS. Ale przede wszystkim była to okazja, żeby przechadzać się z nożem za paskiem. Dla wielu z nas właśnie to stanowiło atrakcję. Jednak nóż dostawało się dopiero wtedy, gdy już zdobyło się kilka odznak.

Patrol Bobrów miał własną szopę - nieużywany składzik jednego z ojców, który przejęliśmy i w którym planowaliśmy nasze działania. Ty jesteś dobry w tym, a ty w tamtym. Siedzieliśmy, paliliśmy i jeździliśmy na jednodniowe wycieczki do Bexleyheath i Sevenoaks. Drużynowym był Bass, który wtedy wydawał nam się staruchem, ale miał pewnie koło dwudziestki. Był bardzo pozytywny. Mówił: "Dobrze, dziś uczymy się węzłów. Węzeł skrótowy, węzeł ratowniczy, węzeł ratowniczy ruchomy". Musiałem ćwiczyć w domu. Jak rozpalić ogień bez zapałek. Jak zrobić piec, jak rozpalić ogień bez dymu. Cały tydzień ćwiczyłem w ogródku. Pocierałem o siebie dwa patyki... zapomnijcie. Nie w tym klimacie. Może zadziałałoby to w Afryce albo jakiejś innej niewilgotnej strefie. Próbowałem głównie za pomocą szkła powiększającego i suchych gałązek. A potem nagle, po zaledwie trzech czy czterech miesiącach, miałem cztery albo pięć odznak i awansowałem na zastępowego. Wszędzie miałem odznaki, niesamowite! Nie wiem, gdzie teraz jest mój mundurek, ale jest udekorowany paskami, sznureczkami i odznakami. Wyglądało to, jakby kręciło mnie bycie związywanym.

Wszystko to wpłynęło na powiększenie mojej pewności siebie w kluczowym momencie, po tym, jak zostałem usunięty z chóru. Liczyło się to zwłaszcza dlatego, że tak szybko awansowałem. Myślę, że cały mój harcerski okres był ważniejszy, niż zdawałem sobie z tego sprawę. Nasz zastęp był dobry. Znałem swoich chłopaków i byliśmy całkiem fajni. Muszę przyznać, że mieliśmy mały problem z dyscypliną, ale kiedy pojawiało się hasło: "To nasze zadanie na dziś", wykonywaliśmy je. Byliśmy na dużym letnim obozie w Crowborough. Właśnie wygraliśmy konkurs budowania mostów. Tego wieczoru piliśmy whiskey i wdaliśmy się w bójkę w stożkowatym namiocie. Było zupełnie ciemno, nie mieliśmy żadnego światła, wszyscy tylko machali pięściami na oślep, rozwalali wszystko wokół, a głównie siebie nawzajem. Pierwszy raz, kiedy sobie coś złamałem, zdarzył się właśnie wtedy: gdy walnąłem w maszt namiotu.

Nadużyłem swojej pozycji tylko raz, i wtedy moja kariera skauta dobiegła końca. Dostałem nowego rekruta, który był totalnym kutasem. Z nikim się nie dogadywał. Pytałem: "Mam tutaj elitarny patrol i mam przyjąć tego dupka? Nie jestem tu od wycierania nosów. Dlaczego zwalacie go do mnie?". Zrobił coś, a ja mu przywaliłem. Bum, fiucie. Zanim się zorientowałem, stałem przed komisją dyscyplinarną. Wezwano mnie na dywanik. "Oficerowie nie biją" i całe to główno.

Podczas trasy ze Stonesami siedziałem w pokoju hotelowym w Petersburgu i przypadkiem zacząłem oglądać ceremonię upamiętniającą stulecie ruchu skautowskiego. Odbywał się na Brownsea Island, gdzie Baden-Powell zorganizował pierwszy obóz. Sam w pokoju, wstałem, zasalutowałem trzema palcami i zameldowałem na głos: "Zastępowy, Patrol Bobrów, Siódmy Zastęp Dartford". Poczułem, że muszę to zrobić.

Żeby wypełnić czas, podejmowałem się różnych letnich prac, zwykle stałem za ladą w różnych sklepach albo pracowałem przy załadunku cukru. Nie polecam. Na zapleczu supermarketu. Przywożą go w wielkich białych torbach, a cukier tnie jak skurwysyn, a na dodatek jest lepki. Nosisz go na plecach i krwawisz. A potem musisz go pakować. Powinno wystarczyć, żeby mnie zniechęcić, ale nigdy tak się nie stało. Przed cukrem zajmowałem się masłem. Dziś wchodzisz do sklepu i patrzysz na tę ładną kosteczkę, ale masło kiedyś przychodziło do sklepów w wielkich blokach. Na zapleczu kroiliśmy je i pakowaliśmy. Nauczyli mnie, jak pakować w podwójny papier, odkrawać kawałki o odpowiedniej wadze, ustawiać je na półce i mówić: "Czyż nie wygląda ładnie?". A jednocześnie po zapleczu biegały szczury i inne gówno.

W tamtych czasach, gdy byłem nastolatkiem, miałem jeszcze inną pracę. Pracowałem w piekarni, rozwoziłem w weekendy chleb, co pozwoliło mi przejrzeć na oczy w wieku trzynastu czy czternastu lat. Zbieraliśmy pieniądze. Dwóch kolesiów w małym elektrycznym samochodzie, którzy w soboty i niedziele razem ze mną próbowali wyciągać od ludzi kasę. Zdałem sobie sprawę, że byłem tam jako statysta, obserwator, podczas gdy oni mówili: "Pani X... minęły już dwa tygodnie". Czasem siedziałem w samochodzie, zamarzałem i czekałem, a po dwudziestu minutach pojawiał się piekarz z czerwoną twarzą i zaczynał sprawdzać coś w papierach. Powoli zaczynałem rozumieć, jak się płaci za różne rzeczy. Niektóre starsze panie były tak znudzone, że główną atrakcją ich tygodnia były odwiedziny piekarza. Podawały ciastka, które od nas kupiły, robiły herbatkę. Siedzieliśmy i gadaliśmy sobie miło, aż orientowaliśmy się, że jesteśmy tam już godzinę i zanim skończymy rundę, zrobi się ciemno. Zimą czekałem na te wizyty z utęsknieniem, bo było jak w Arszeniku i starych koronkach. Te starsze panie żyły w zupełnie innym świecie.

Kiedy trenowałem węzły, nie zauważałem - tak naprawdę nie zdawałem sobie z tego sprawy jeszcze przez długie lata - sprytnych ruchów Doris. Około 1957 roku skumała się z Billem, teraz Richardsem, moim przybranym ojcem. Ożenił się z nią w 1998 roku, a mieszkali razem od 1963 roku. On miał dwadzieścia kilka, a ona czterdzieści kilka lat. Pamiętam tylko, że Bill zawsze kręcił się w pobliżu. Był taksówkarzem i ciągle gdzieś nas woził. Zawiózł nas nawet na wakacje, mnie, mamę i tatę. Byłem za młody, żeby wiedzieć, o co chodziło w tym związku. Bill dla mnie był wujkiem Billem. Nie wiedziałem, co myślał sobie Bert, i nadal tego nie wiem. Myślałem, że Bill był jego kumplem, przyjacielem rodziny.

Po prostu się pojawił i miał samochód. Między innymi tym zdobył Doris w 1957 roku. Bill poznał ją i mnie w 1947 roku, kiedy mieszkał naprzeciwko nas przy Chastilian Road i pracował w Co-opie. Później dołączył do firmy taksówkarskiej i nie pojawiał się, aż pewnego dnia Doris wyszła ze stacji kolejowej w Dartford i go zobaczyła. Albo, jak opowiadała Doris: "Znałam go tylko jako sąsiada z naprzeciwka i któregoś dnia stał przy taksówce, wyszłam z dworca i powiedziałam: "Cześć", a on pobiegł za mną i powiedział: "Zawiozę cię do domu", a ja na to: "Cóż, nie mam nic przeciwko temu", ponieważ musiałabym czekać na autobus. Zabrał mnie więc do domu. Potem się zaczęło i nie mogłam w to uwierzyć. Byłam taka bezczelna".

Bill i Doris musieli wymyślać różne oszustwa, i jeśli Bert wiedział, to strasznie mi przykro. Jedną z okazji była tenisowa pasja Berta. Doris i Bill mieli wtedy szansę na randkę. Potem, jak opowiadał Bill, jakoś udawało im się zobaczyć, kiedy Bert wyjeżdżał z klubu tenisowego na rowerze i pędzili z powrotem do domu taksówką Billa, żeby Doris dotarła tam wcześniej. Doris wspominała: "Kiedy Keith zaczął grać ze Stonesami, Bill woził go tu i tam. Gdyby nie Bill, Keith daleko by nie zaszedł. Keith mówił: "Mick mówi, że muszę być tu i tam". A ja pytałam: "Jak masz zamiar się tam dostać?". Na co Bill mówił: "Ja go zawiozę"". Oto nieznana wcześniej rola Billa w narodzinach Rolling Stonesów.

Społeczeństwo i wszystko, co mnie otaczało, gdy dorastałem, było dla mnie po prostu za małe. Być może to buszował tylko mój nastoletni testosteron i lęki, ale wiedziałem, że muszę znaleźć jakieś wyjście.

Jednak mój tata nadal był moim tatą i miałem pełno w majtkach na myśl, że muszę stawić mu czoło, kiedy wywalili mnie ze szkoły. Dlatego musiała to być długotrwała kampania - nie mogłem po prostu zadać jednego szybkiego ciosu. Powoli zbierałem złe oceny, aż wreszcie zorientowali się, że ta chwila nadeszła. Nie bałem się kary cielesnej, ale jego dezaprobaty, ponieważ wiedziałem, że przestanie się do mnie odzywać. Nagle więc zostajesz sam. Nieodzywanie się do mnie i niezauważanie mojej obecności było formą kary. A potem nie działo się nic. Nie dostawałem w tyłek ani nic takiego. To nigdy nie wchodziło w grę. Myśl, że sprawiałem przykrość mojemu tacie, nawet dziś doprowadza mnie do łez. Niespełnianie jego oczekiwań byłoby dla mnie druzgoczące.

Kiedy raz spotkałeś się z takim traktowaniem, nie chciałbyś, aby zdarzyło się to znowu. Czułeś się, jakbyś nie istniał. Mówił: "Nie jedziemy jutro na wrzosowiska" - w weekendy chodziliśmy tam, żeby pokopać piłkę. Kiedy dowiedziałem się, jak traktował Berta jego ojciec, pomyślałem, że jestem wielkim szczęściarzem, ponieważ Bert nigdy nie używał siły. Nie był typem, który okazuje emocje. W pewnym sensie jestem mu za to wdzięczny. Czasem strasznie go wkurzałem i gdyby był innym typem człowieka, dostawałbym po tyłku jak większość dzieciaków w tamtych czasach. To moja mama była tą, która od czasu do czasu podnosiła na mnie rękę. Dostawałem w tył nóg i zasługiwałem na to. Nigdy jednak nie żyłem w strachu przed karą cielesną. Wszystko opierało się na psychologii. Nawet gdy szykowałem się na nasze historyczne spotkanie po dwóch dekadach niewidzenia się, nadal strasznie się bałem. Przez ten czas ojciec miał bardzo wiele powodów do dezaprobaty. Ale o tym później.

Do decydującej akcji, która doprowadziła do wydalenia mnie ze szkoły, doszło ostatniego dnia przed wakacjami, kiedy razem z Terrym postanowiliśmy nie iść na apel. Byliśmy już na celowniku, ale chcieliśmy sobie zapalić, więc po prostu się nie pojawiliśmy. Przypuszczam, że to był gwóźdź do trumny. Gdy mój tata się dowiedział, prawie eksplodował. To pewnie wtedy przestał wierzyć, że jestem kimś, kto może przynieść jakąś korzyść społeczeństwu. Grałem już w tamtym czasie na gitarze, a Bert nie miał artystycznej duszy. Ja natomiast jestem dobry tylko w muzyce i sztuce.

Osobą, której muszę w tym momencie podziękować - ocaliła mnie od kupy gówna i wielokrotnie oszczędziła - jest wspaniała nauczycielka sztuki, pani Mountjoy. Zawsze broniła mnie u dyrektora. Mieli mnie wysłać do pośredniaka, a dyrektor zapytał: "W czym on jest dobry?". "Cóż, potrafi rysować". I tak właśnie znalazłem się w Sidcup Art College, rocznik 1959 - nabór muzyczny.

Bert nie przyjął tego zbyt dobrze. "Znajdź porządną robotę". "Jaką? Mam robić żarówki, tato?" Zacząłem być sarkastyczny. Żałuję. "Mam robić zawory i żarówki?"

W tamtych czasach miałem już różne wielkie pomysły, mimo że nie wiedziałem, jak wprowadzić je w życie. Trzeba było poznać pewne osoby, co zdarzyło się dopiero później. Czułem, że jestem wystarczająco sprytny, aby wywinąć się ze społecznej siatki i nie grać w tę grę. Moi rodzice wychowali się w czasach kryzysu, gdy jeśli coś się dostało, trzymało się tego kurczowo. Bert był najmniej ambitnym człowiekiem na świecie. Ja natomiast byłem wtedy dzieciakiem i nawet nie wiedziałem, co to ambicja. Po prostu czułem ograniczenia. Społeczeństwo i wszystko, co mnie otaczało, gdy dorastałem, było dla mnie po prostu za małe. Być może to buszował tylko mój nastoletni testosteron i lęki, ale wiedziałem, że muszę znaleźć jakieś wyjście.

3 Temple Hill (ang.) - Wzgórze Świątyni.

4 Seven Sister Road - ulica Siedmiu Sióstr.