Życie artystek w PRL - Sławomir Koper

Reflow text when sidebars are open.
SASKA KĘPA
Zapewne największy wpływ na osobowość dorastającej Agnieszki Osieckiej miał jej ojciec, Wiktor. Muzyk, pianista, mocna indywidualność, a jednocześnie człowiek nie zawsze dający sobie radę z własnym życiem.
Wiktor Osiecki urodził się w 1905 roku w Belgradzie, jego matka była Serbką, a babka Wołoszką (Rumunką). Wcześnie osierocony, przez pewien czas mieszkał w Timişoarze (Siedmiogród), a następnie przeniósł się do Lwowa. Zarabiał na życie grą w restauracji słynnego hotelu George, a po przeprowadzce do Warszawy kontynuował działalność muzyczną w kawiarni Sztuka i Moda. Poznał tam Marię Sztechman, kierowniczkę sali kawiarni Ziemiańska, i niebawem poprosił ją o rękę. Jak przystało na artystę, oświadczyny miały niekonwencjonalny charakter.
"Był typem odpowiednim dla tutejszej cyganerii - wspominała Agnieszka - i tak zresztą żył: nieodpowiedzialnie, szaleńczo, mama natomiast była cichą mieszczką. Ojciec chciał odpocząć od swoich towarzyszy z cyganerii u boku spokojnej dziewczyny.
Umówił się z moją mamą właśnie tu, na Saskiej Kępie, i powiedział: "Marysiu, albo kupię sobie psa, albo się ożenię". Mama w lot zorientowała się, że chodzi o nią, i zgodziła się. Niedługo potem urodziłam się ja"1.
Ojcu Agnieszki zdarzały się czasami zachowania całkowicie oderwane od rzeczywistości. Gdy po zakończeniu wojny rodzina wracała do stolicy, pan Wiktor po wyjściu z pociągu udał się na poszukiwanie dorożki.
"Zabrał ze sobą drobną sumkę - opowiadał Wojciech Solarz. - Agnieszka z matką usiadły na chodniku. Czekały na niego jak na zbawienie. Bardzo długo go nie było, aż w końcu wrócił, dzierżąc w dłoni ogromną lampę z pięknym abażurem.
- Zobaczcie, jaką piękną lampę udało mi się kupić - powiedział.
- No dobrze, ale załatwiłeś coś?
- Co miałem załatwić? - pan Wiktor niezmiernie się zdziwił.
- Jakiś transport!
- A, transport... Zobaczcie, jaka piękna lampa!"2.
Osieccy zamieszkali na Saskiej Kępie, która na całe życie stała się dla Agnieszki prywatnym azylem. Tu chodziła do szkoły, tutaj dorastała, na Saską Kępę zawsze wracała. Wspominała o niej w tekstach swoich piosenek; to było miejsce, z którym wiązały się jej najpiękniejsze wspomnienia.
Pan Wiktor uwielbiał córkę, uczył ją obcowania ze sztuką, przekazywał swoje zainteresowania. Nakłaniał do pływania, gry w tenisa, pragnął nawet, aby zajęła się szybownictwem. Córka miała stać się produktem jego pasji i ciekawości życia.
Inną osobowością była matka Agnieszki. Pani Maria bała się życia i starała się osłonić córkę przed jego okropnościami.
"Chroniła mnie, jak umiała - wspominała Agnieszka. - Taiła przykre wiadomości i telefony, podsłuchiwała złe rozmowy i czytała moje listy. Kochałam mamę i nienawidziłam jej z całego serca. Ona wyczuwała to i przeczuwała całą swoją upartą, półinteligencką wyobraźnią"3.
Maria Osiecka miała raczej chłodne usposobienie, Agnieszka nie czuła jej miłości, matka "nigdy nie mówiła jej nic miłego". Nie wspominała, że "była cudna jako dzidziuś, że miała orzechowe oczka, że mówiła gu-gu", co w przyszłości musiało odbić się na życiu uczuciowym pisarki. Podobnie jak rozpad małżeństwa rodziców, ukochany ojciec postanowił bowiem odejść z inną kobietą.
Agnieszka podsłuchała rozmowę telefoniczną i w ten sposób dowiedziała się o jego niewierności.
"[...] Był bardzo zdenerwowany - wspominał Janusz Gazda. - Jego głos był dziwnie odmieniony, takiego go Agnieszka nigdy nie słyszała. Prosił, błagał, mówił z jakimś dziwnym podnieceniem, co córka odbierała jako coś nienaturalnego i zwierzęcego. Dla Agnieszki był to potworny szok, nie tylko dlatego, że w tym momencie pojawiła się skaza na nieskalanych dotychczas wyobrażeniach o rodzicach, ale także ze względu na ten tak bardzo odmieniony ton ojca i na sposób, w jaki ojciec, jej zdaniem, poniżał się przed kimś nieznanym. Pamiętam, z jaką zazdrością, ale także ze wzruszeniem obserwowała później moich rodziców, kiedy pocałunkiem żegnali się lub witali codziennie, gdy ojciec szedł do pracy lub z niej wracał"4.
Osieccy rozwiedli się i Wiktor poślubił piosenkarkę, Józefinę Pellegrini. Jego żony ułożyły sobie względnie poprawne stosunki, ale Agnieszka nigdy nie wybaczyła ojcu porzucenia matki.
W SZEREGACH ZMP
Artystyczna dusza nie przeszkadzała jednak Osieckiemu cenić solidnego wykształcenia. Jego marzeniem były studia ukochanej córki, najlepiej na więcej niż jednym kierunku. Dlatego rozpierała go duma, gdy w 1952 roku Agnieszka rozpoczęła naukę na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Kierunek był adekwatny do jej zainteresowań, ale czasy nie sprzyjały rozwojowi indywidualności. Trwała czarna noc stalinizmu, a wydział uchodził za najbardziej upolityczniony na uczelni.
"[...] Wyniosłam stamtąd - wspominała Osiecka - zdecydowanie złe i jakieś tępe, mulące wspomnienie. Poziom studiów był marny, a stosunki tam panujące potworne. Profesura bała się młodzieży i vice versa. Wśród studentów kwitło donosicielstwo. Może mam "skrzywioną optykę", ale nie znoszę wszystkich kolegów i koleżanek z mojego roku, od A do Z (oprócz Hani Żurek, oczywiście, ale ona jest na Ż)"5.
Dziewczyna z "dobrego domu", "żywiołowa, dowcipna i ironiczna" nie pasowała do tego środowiska. Z "ostentacją obnosiła swoją inteligenckość i pozorną beztroskę", a przecież ceniono studentki "ideowe, bojowe i pryncypialne". Musiało zatem dojść do konfliktu, co dla Osieckiej omal nie zakończyło się usunięciem z uczelni.
Przyczyna była prozaiczna. Dwóch wykładowców nie wróciło na wydział przed rozpoczęciem roku akademickiego, a kilka osób nie miało potwierdzenia obecności na ich wykładach. Janusz Gazda (kolega Agnieszki z roku i jej ówczesny chłopak) podrobił w indeksach podpisy wykładowców, fałszerstwo wykryto i sprawą zajęła się komisja dyscyplinarna. Winnych ukarano upomnieniami, zdecydowanie gorzej natomiast potoczyły się sprawy na zebraniu ZMP. Gazdę poddano surowej krytyce, okazało się jednak, że prawdziwym problemem dla działaczy jest Agnieszka Osiecka.
"Czegoż jej nie zaczęto wypominać! - wspominał Gazda po latach. - I luksusowe mieszkanie na Saskiej Kępie, choć były to zaledwie dwa pokoje z kuchnią na trzy osoby. I gosposię zatrudnioną na przychodne. I biały telefon. I nazbyt swobodny, jak uznano, sposób ubierania się. A przede wszystkim - jej inteligenckość"6.
Pojawiły się również zarzuty cięższego kalibru, podobno widziano Agnieszkę śmiejącą się po śmierci Stalina, co było wyjątkową zbrodnią. Gazda otrzymał naganę, a Osiecką usunięto z ZMP. Gorliwi działacze zażądali jednocześnie skreślenia jej z listy studentów, ale na szczęście władze uczelni ten postulat zignorowały. Osiecka odwołała się zresztą do Sądu Centralnego ZMP, który na nowo przyjął ją w szeregi organizacji.
Jaśniejszą stroną studenckiego życia okazały się natomiast praktyki zawodowe w "Głosie Wybrzeża". Agnieszka jechała wprawdzie do Gdańska z poważnymi obawami, ale przyjęto ją tam nad wyraz ciepło. W redakcji pracowali bowiem ludzie inteligentni, z poczuciem humoru, nieobojętni na urok dziewczyny marzącej o wywiadzie z Neptunem.
"Za biurkiem siedział pucołowaty pan - wspominała Osiecka - w grubych okularach i sraczkowatym garniturku. To był Sławek Sierecki. Ten człowiek sam nie wie, ile dla mnie zrobił. I on, i Kajtek Marcinkowski, i siwiutki Święcicki, wszyscy oni wiedzieli, pod jakimi zarzutami wylewali mnie z ZMP i jak bardzo przylgnęła do mnie opinia "wroga ludu". W tych czasach skrajnego zidiocenia i inkwizycji normalne byłoby, gdyby zachowali w stosunku do mnie co najmniej ostrożność. Tymczasem okazali mi zaufanie. Nie zadali mi ani jednego pytania"7.
Na Wybrzeżu trafiła na właściwe dla siebie środowisko. Pisała "uczciwe, proste reportaże z hoteli robotniczych, z barek, ze stoczni". Najważniejsze jednak okazało się polecenie dotyczące przygotowania materiału o młodej scenie teatralnej. Zainteresowała się studenckim teatrzykiem Bim-Bom kierowanym przez Zbyszka Cybulskiego i Bogumiła Kobielę, ludzi utalentowanych, dynamicznych, ciekawych świata.
"Agnieszka całkowicie wtopiła się w ten tygiel wyobraźni - podkreślał Sławomir Sierecki. - Uwiła sobie gniazdko w wynajmowanym pokoiku od dobrej pani Anielki przy ulicy Bieruta 39. Miała bliziutko do Klubu Artystów przy ulicy Monte Cassino, popularnie zwanej "Monciakiem", gdzie grano Przy drzwiach zamkniętych Sartre'a - sztukę, której wystawianie teatry profesjonalne miały zakazane. Akcja rozgrywa się przecież w piekle, gdzie piekielników traktuje się jak zwykłych ludzi, a to się nie mieściło w narzucanych wówczas normach"8.
Stałym punktem trójmiejskich wędrówek Agnieszki stał się klub Rudy Kot, gdzie grał na pianinie Edmund Fetting, "mrucząc pod nosem delikatne, półswingujące, półmarzące piosenki". Uwielbiała również gdańskie mieszkanie Dygatów, Kalinę Jędrusik uważała za "śliczną", pan domu natomiast "onieśmielał ją, ale lubiła z nim rozmawiać".
"Agnieszka nie nadawała się na dziennikarza - wspominała Bożena Janicka. - Ten zawód wymaga zupełnie innej osobowości. To odpowiedzialna, ponura robota, gdzie jedyną szansą jest to, że człowiek nauczy się dobrze pisać, a w perspektywie ma szansę stać się uznanym dziennikarzem. Agnieszka była kolorowym ptakiem. Była poetką [podkreślenie - B.J.]. Dziennikarz musi wszystko szczegółowo sprawdzić. Poeta - nie. Agnieszka przyszła na te studia chyba tylko dlatego, że dziennikarstwo jest jakąś formą pisania. [...] Ale wtedy jeszcze nie wiedziała, że można taki wpływ osiągnąć inaczej, i że ona to osiągnie w postaci nieporównywalnie, o stokroć wspanialszej - poprzez poezję"9.
W POSZUKIWANIU WŁASNEJ DROGI
Po magisterium z dziennikarstwa Osiecka została przyjęta na wydział reżyserski Państwowej Wyższej szkoły Filmowej w Łodzi. I chociaż nigdy nie zrobiła dyplomu, to studia na tej uczelni odegrały w jej życiu ogromną rolę.
Była to elitarna placówka - kilkuosobowe roczniki, znakomici wykładowcy, bieżący dostęp do najwybitniejszych osiągnięć sztuki filmowej. Nikt tam "nie marzył o przywilejach politycznych, ale jak zostać największym reżyserem na świecie". Osiecką otaczało niezwykle utalentowane pokolenie studentów, na wyższych rocznikach naukę pobierali przyszli giganci polskiego filmu: Roman Polański, Andrzej Kondriatuk, Janusz Majewski i Andrzej Kostenko.
"Agnieszka po pierwszym filmie powiedziała, że to jest nudne i głupie - wspominała Zofia Nasierowska. - Mimo to żadna z nas nie żałowała lat spędzonych w Łodzi. To był fantastyczny okres! Owszem, chciałybyśmy robić dobre filmy, ale skoro nam nie wychodziło, to przestałyśmy się tym zajmować" 10.
Osiecka nigdy nie zapomniała wykładów Jerzego Toeplitza i Jerzego Mierzejewskiego oraz zajęć warsztatowych z Andrzejem Munkiem. Wprawdzie wiedziała już, że film nie jest jej przeznaczeniem, jednak podobnie jak w Trójmieście chłonęła atmosferę i obserwowała. Nie miała zamiaru nauczyć się reżyserii, wyżej stawiała obcowanie ze sztuką, poznawanie "metody artystycznej porządnego opowiadania historii, tak żeby było wiadomo, o co w niej chodzi".
Porażką zakończyła się jej praca dyplomowa (etiuda o Mazurach). Jak zwykle nie potrafiła dać sobie rady z aktorami.
"Kiedy w siódmym czy dziesiątym dublu zwróciłam aktorowi uwagę, aby z większym przejęciem tańczył ze swą ukochaną, on powiedział: "Ale ja czuję do niej wstręt fizyczny". Elektrycy pokładali się ze śmiechu, aktorka płakała, ja zupełnie nie potrafiłam zapanować nad sytuacją. Nie miałam po prostu pomysłu na ten taniec. Liczyłam, że jak już zaczną tańczyć, to miłość sama będzie buchać" 11.
Uważała, że na planie filmowym "poza reżyserem i główną gwiazdą wszyscy się tam bardzo nudzą", ale zastanawiała się nad przeniesieniem na ekran jednego ze swoich opowiadań. Jerzy Morgenstern uznał, że są to teksty "nieprzekładalne na język kina", co przyjęła ze zrozumieniem. Nie żałowała jednak lat spędzonych w Łodzi, poznała interesujących ludzi, których zawsze miała dobrze wspominać, przydatne okazały się również pewne techniki filmowe. Nauczyła się montażu, który później z powodzeniem wykorzystywała na scenie teatralnej. Ale świat filmu był nie dla niej.
"Człowiek tak szalenie wolny jak Agnieszka - uważał operator i reżyser Mieczysław Jahoda - nie potrafił poddać się rygorom, jakich wymaga realizacja filmu. W absolutnej sprzeczności stały ze sobą reżyseria i charakter Agnieszki. Nie mogła się skrępować tym, że przez trzy miesiące będzie wstawać o siódmej rano, jechać na plan, a wieczorem przygotowywać na następny dzień program, jak prowadzić aktorów, ustawić ujęcia itd." 12
GENEALOGIA ANNY GERMAN
Miała szansę na wielką światową karierę, ale los zadecydował inaczej. Ciężko ranna w wypadku samochodowym we Włoszech długo walczyła o życie i na estradę powróciła dopiero po blisko trzech latach rehabilitacji. A kiedy odbudowała swoją pozycję, zapadła na śmiertelną chorobę, która w sierpniu 1982 roku zabrała ją z tego świata.
W Polsce Anna German jest już nieco zapomniana, ale do dzisiaj jej twórczość cieszy się niezwykłą popularnością w krajach byłego Związku Radzieckiego. Jej imieniem nazwano asteroidę, jako jedyna Polka ma swoją gwiazdę w Alei Gwiazd przed moskiewską operą. A muzykalność i możliwości wokalne artystki przeszły do legendy.
Artystka była Polką z wyboru, w jej żyłach nie płynęła bowiem nawet kropla polskiej krwi. Pochodziła z mieszanego małżeństwa, urodziła się w Urgenczu w Uzbekistanie na trzy lata przed wybuchem drugiej wojny światowej. Jej ojcem był Niemiec Eugeniusz German, matką Holenderka Irma Martens. Genealogia żadnego artysty epoki PRL nie sprawia tylu kłopotów, co rodowód Anny German.
Stosunkowo najmniej problemów przysparza rodzina matki. Irma Martens była potomkiem holenderskich mennonitów - radykalnej grupy religijnej, która w połowie XVI stulecia osiedliła się na polskich Żuławach.
Była to intrygująca społeczność. Przyjmowali chrzest w dorosłym wieku, członków wspólnoty obowiązywał zakaz noszenia i używania broni, składania przysiąg oraz sprawowania urzędów. Kultywowali etos pracy, na Żuławy przynieśli wysoką kulturę rolną i umiejętność zakładania polderów. Nie asymilowali się z okoliczną ludnością, tworzyli zamkniętą, konserwatywną społeczność żyjącą według własnych reguł. Z innej grupy mennonickiej (pochodzącej z Alzacji) wywodzą się amerykańscy amisze, do dzisiaj odrzucający zdobycze cywilizacji.
Sytuacja żuławskiej wspólnoty uległa zmianie po pierwszym rozbiorze Polski. Władze pruskie nie zamierzały tolerować pacyfizmu mennonitów, zmuszono ich więc do emigracji. Większość społeczności wywędrowała do Rosji, wielkim zwolennikiem ich osadnictwa był faworyt carycy Katarzyny II, Grigorij Potiomkin. Właśnie z tej grupy mennonitów pochodziła Irma Martens, matka Anny German.
Irma na świat przyszła w listopadzie 1909 roku w holenderskiej kolonii Wielikokniażeskoje w obwodzie kubańskim. Na co dzień rodzina używała języka fryzyjskiego, choć był to teren mieszany etnicznie.
"Kolonia Wielikokniażeskoje - wspominała Irma Martens-Berner - założona przez holenderskich imigrantów lub może urodzonych już w Rosji ich potomków [zdecydowanie potomków - S.K.] stanowiła miejsce, gdzie chętnie osiedlali się także ludzie innych narodowości, zwłaszcza Niemcy, Polacy i Rosjanie. Prawdopodobnie zachęcał ich do tego ład, porządek, dostatek i dobra organizacja życia pracowitych mieszkańców. Jak wiem, podobnie było w innych holenderskich koloniach"1.
Irma Martens była osobą dobrze wykształconą, pracowała jako nauczycielka niemieckiego w szkole powszechnej w Czimion w Uzbekistanie. Poznała tam Eugeniusza Germana - księgowego w pobliskiej firmie naftowej.
"Wysoki, przystojny, o szaroniebieskich oczach i ciemnych kędzierzawych włosach. Niegdyś dyrygent chóru. Doskonale mówił po niemiecku, holendersku i rosyjsku. Czytał mnóstwo książek, na pamięć znał niezliczoną ilość wierszy, śpiewał, grał na gitarze i skrzypcach"2.
Biografia ojca Anny przysparza znacznie większych problemów niż życiorys matki. Według relacji Irmy Martens, bezkrytycznie powtarzanej w publikacjach na temat Anny German, Eugeniusz był synem niemieckiego pastora z Łodzi. Przez pewien czas mieszkał w ukraińskim Donbasie, ale obawiając się aresztowania przez NKWD, zbiegł do Uzbekistanu.
Tradycja rodzinna to jednak jedno, a fakty to drugie. Eugeniusz (Eugen) German faktycznie pochodził z niemieckiej rodziny i urodził się w Łodzi. Nie nazywał się jednak German, tylko Hoerman (Hörman), a zmiana pisowni nazwiska spowodowana została jego transliteracją na język rosyjski. Hoermanowie przybyli do Rosji w pierwszej połowie XIX wieku, a na początku następnego stulecia dziadek Eugena przeniósł się z rodziną na zachodnią Syberię, zakładając osadę Hoerman. Miejscowość ta istnieje do dnia dzisiejszego, to Germanowka na wschód od Omska.
Rodzice Eugena (Fryderyk i Anna) pobrali się w Omsku w 1905 roku, a następnie wyjechali do Łodzi. Tam przyszło na świat ich dwóch synów, pobyt w Polsce jednak nie mógł trwać zbyt długo, ponieważ kolejne dzieci (Fryderyk Hoerman miał ich razem dziewięcioro) urodziły się już w głębi Rosji. Dziadek Anny German po rewolucji październikowej został aresztowany przez Sowietów i w 1931 roku zmarł w łagrze w okolicach Archangielska. Represjom poddana została zresztą cała rodzina, rodzeństwo Eugena niemal w komplecie wylądowało w obozach, niemieckie pochodzenie było wystarczającym powodem do aresztowania. Jednym z nielicznych, który przeżył, był Artur Hoerman, który w 1995 roku doczekał się przesiedlenia do Niemiec. Stryj Anny German zmarł szesnaście lat później w Wittenberdze w wieku 91 lat3.
Intrygujące są ustalenia dotyczące samego Eugena Germana. Irma Martens, wspominając go, nigdzie nie podała, że był już wcześniej żonaty. Około 1932 roku poślubił niejaką Almę (zapewne Niemkę pochodzącą z Ukrainy), a rok później urodził im się syn, który otrzymał imię Rudolf. Alma również padła ofiarą represji NKWD, wraz z dzieckiem została aresztowana i deportowana do Pawłodaru w Kazachstanie. Przetrwała jednak łagier, żyła do 1977 roku, a jej syn (przyrodni brat Anny German!) zmarł w Kazachstanie osiem lat później4. Nie wiadomo, czy nasza piosenkarka w ogóle wiedziała o jego istnieniu. Biorąc pod uwagę przemilczenia Irmy Martens, wydaje się to bardzo wątpliwe.
Irma i Eugen prawdopodobnie nie zawarli związku małżeńskiego. Wprawdzie Irma nazywała partnera mężem, jednak we wspomnieniach nigdzie nie mówi o ślubie ani nie podaje jego daty (zrobiła tak w odniesieniu do drugiego małżeństwa). Zresztą formalizacja związku była niemożliwa, żyła przecież legalna żona Eugena. Chociaż sowieckie prawo dopuszczało rozwód ze skazanym, to przecież Eugen ukrywał się przed aresztowaniem. Nie mógł zatem rozwiązać małżeństwa i poślubić Irmy.
Anna German przyszła na świat w lutym 1936 roku, a dwa lata później dopadli ojca Sowieci. Został aresztowany razem z bratem Irmy, Wilmarem, pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Niemiec. Co prawda Irma twierdziła, że przyczyną nieszczęścia był fakt, że urodził się w Polsce, ale wydaje się to kolejną konfabulacją. Ojciec Eugena i większość rodzeństwa przyszła bowiem na świat w Rosji, co, jak widać, nie uchroniło ich przed represjami.
Eugen został skazany na 10 lat łagru bez prawa korespondencji z rodziną, w rzeczywistości był to sowiecki eufemizm oznaczający karę śmierci. Został rozstrzelany, a Wilmar Martens zmarł w łagrze w 1943 roku.
Irma była wówczas w ciąży z kolejnym dzieckiem (syn Fryderyk zmarł w wieku dwóch lat na szkarlatynę) i nie znała losów partnera. Przez długie miesiące poszukiwała go w syberyjskich obozach, niebawem zresztą sama zaczęła obawiać się aresztowania. Razem z córką i matką często zmieniały miejsce pobytu, utrzymując się z wykonywania różnych prac. Pracowała nawet (przymusowo) przy budowie dróg, a szczególnie ciężki był okres po niemieckiej inwazji na ZSRR.
"Żyliśmy wówczas w biedzie tak strasznej - wspominała po latach - że odważyłam się ukraść z kołchozowych pól trzcinę na opalenie zimnego pokoju, w którym mieszkaliśmy. Mama piekła wtedy placuszki z otrębów. Mnie udało się wymienić zapas zeszytów - papier był towarem deficytowym - na odzież. Odtąd wojskowy szynel służył mi za płaszcz"5.
W kwietniu 1942 roku w Orłowce (Kirgistan) wyszła za mąż za Polaka, Hermana Bernera, z którego osobą wiąże się kolejna niewyjaśniona historia. Zgodnie ze wspomnieniami Irmy mąż wyjechał w 1942 roku, aby wstąpić do polskiej dywizji formowanej w Sielcach. Problem tkwi jednak w tym, że decyzja o utworzeniu dywizji zapadła dopiero w maju 1943 roku, wcześniej zaś trwała rekrutacja do polskich sił zbrojnych pod dowództwem generała Andersa. Wstąpienie do nich było jedyną szansą dla Polaków na wyrwanie się z sowieckiego piekła, nic jednak nie wiadomo, aby Berner usiłował tam dotrzeć. Armię Andersa formowano na Powołżu, niebawem zresztą przeniesiono ją do Azji Środkowej, a siedzibę sztabu ulokowano w stolicy Uzbekistanu, Taszkiencie. Było to stosunkowo blisko (jak na sowieckie warunki) od kirgiskiej Orłowki, ale Berner tam nie trafił. A może podana przez Irmę data była jednak prawdziwa i jej mąż udał się do polskiej armii, tylko nie udało mu się zaciągnąć?
Do armii Andersa nie przyjęto bowiem blisko 300 obywateli polskich narodowości niemieckiej. Imię i nazwisko męża Irmy sugerują jego niemieckie pochodzenie, co wyjaśniałoby cały problem. Berner nie zamierzał jednak pozostać w ZSRR i ostatecznie zaciągnął się do prokomunistycznej 1. Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki. W jej szeregach wyruszył na front, a w październiku 1943 roku zaginął w bitwie pod Lenino. Nigdy jednoznacznie nie wyjaśniono jego losów.
W każdej bitwie część zabitych uznaje się za zaginionych, są to ofiary, których ciał nigdy nie zidentyfikowano lub nie odnaleziono. Informację o zaginięciu Bernera potwierdzał jego kolega z oddziału, a po wojnie władze PRL uznały ojczyma Anny za poległego. Ale jego nazwiska nie ma w oficjalnym wykazie zabitych, nie uwzględniono go również na liście zaginionych znajdującej się na cmentarzu wojennym pod Lenino. Wiadomo jednak, że podczas bitwy około 200 polskich żołnierzy przeszło na stronę niemiecką. Czy był wśród nich Berner? Nie ma na to dowodów, ale jeżeli tak rzeczywiście się stało, to mógł zginąć w późniejszym okresie wojny. Jeżeli zaś przeżył - zapewne pozostał na zachodzie Europy lub żył w kraju pod fałszywym nazwiskiem. W przypadku udowodnienia mu dezercji, jego los nie byłby godny pozazdroszczenia.
KABARET KALAMBUR
Związek z Bernerem sprawiał wrażenie małżeństwa z rozsądku, można przypuszczać, że Irma, wychodząc za niego, chciała w przyszłości uzyskać możliwość legalnego opuszczenia ZSRR. Tak się zresztą stało, rodziny żołnierzy armii Berlinga mogły starać się o repatriację do Polski. Irma nie wahała się nawet chwili, wprawdzie nie mówiła po polsku i wraz z najbliższymi miała jechać w nieznane, jednak wystarczająco poznała już "ojczyznę proletariatu". Wszystko było lepsze niż dalszy pobyt w ZSRR, gdzie doświadczyła tyle bólu i cierpienia.
W maju 1946 roku rodzina znalazła się w Szczecinie (towarzyszyła im jeszcze matka Irmy), wydaje się jednak, że pani Berner nie do końca była przekonana o legalności repatriacji. Pojawiła się bowiem w Łodzi, gdzie złożyła dokumenty potwierdzające ojcostwo Eugena Germana. Przy okazji podała, że był Polakiem6, co zapewniło bezpieczeństwo córce. Zapewne stąd wzięła się informacja, że powodem, dla którego Sowieci rozstrzelali Eugena, był fakt, że urodził się w Polsce.
Nie zamierzam oceniać postępowania Irmy Martens-Berner. Kto nie doświadczył sowieckiego piekła, niech lepiej nie próbuje tego robić. Ta kobieta przede wszystkim starała się przeżyć i zapewnić bezpieczeństwo najbliższym. Dlatego z rozmysłem fałszowała dokumenty (Annie mogła przecież grozić deportacja do ZSRR!), dlatego zawarła fikcyjne małżeństwo. Łatwo jest udzielać pouczeń moralnych z pozycji wygodnej kanapy. Związek Irmy z żonatym mężczyzną również można rozgrzeszyć. Zapewne wiedziała o tym, ale osadzeni w łagrach z reguły z nich nie wracali. Rodziny nie były informowane o zgonach bliskich, Sowieci nie przejmowali się takimi drobiazgami. Dla niej Eugen był wolnym człowiekiem, również zresztą zagrożonym aresztowaniem przez NKWD.
Trzy lata po przyjeździe do Polski Irma z matką i córką zamieszkały we Wrocławiu. Pani Martens-Berner znalazła pracę jako lektor języków obcych, Anna błyskawicznie nauczyła się polskiego. W 1955 roku zdała egzamin dojrzałości, marzyła o studiach plastycznych, ale za namową matki zmieniła plany.
"Chciałam mieć normalny, prawdziwy zawód - wspominała gwiazda. - W miarę możliwości pozwalający na kontakt z przyrodą, romantyczny, ale też tak się stało. Zdałam egzamin na geologię, zostałam przyjęta, po 6 latach ukończyłam studia, zostałam panią magister geologii stratygraficzno-poszukiwawczej, ale w międzyczasie, na ostatnim roku studiów, poznałam, co to jest trema, co to są zdenerwowanie, nerwy przed wyjściem na spotkanie z publicznością. I o dziwo, i o zgrozo, pokochałam to"7.
Podczas studiów przeżyła pierwszą miłość, zakochała się w koledze z wydziału, Piotrze Wojciechowskim. Wstąpiła nawet do sekcji grotołazów, starając się spędzać w jego towarzystwie jak najwięcej czasu.
"Powodem był Piotruś - uważał biograf Anny, Aleksander Żygariow. - Jak dobrze czuć dotyk jego dłoni, oddech, gdy pomaga ci wejść do ciemnej i zimnej jaskini. Jeszcze bardziej Ania lubiła powroty z wypraw. Mogła wówczas położyć głowę na jego kolanach, pomilczeć, a potem zasnąć, wiedząc, że Piotr jest tuż obok... Pierwsza miłość!"8.
Miłość pozostała jednak niespełniona, oboje nie trafili na właściwy czas. Interesowali się sobą, ale się rozmijali.
"Przy całej swojej nieśmiałości byłem bardzo kochliwy - wspominał Wojciechowski - i przenosiłem swe zapatrzenia z jednego obiektu - na następny. Spośród koleżanek z roku największym sentymentem darzyłem Anię. Dość wyraźnie jednak mijaliśmy się. Kiedy interesowałem się nią poważnie, była zajęta kimś innym, gdy z kolei ona mną, ja dla odmiany inną dziewczyną"9.
W 1960 roku German zadebiutowała na scenie kabaretu Kalambur. Zaprotegował ją kolega ze starszego roku, jednak szef zespołu, Bogusław Litwiniec, musiał długo namawiać Anię do podjęcia decyzji. Obawiała się trudności w pogodzeniu występów ze studiami, swoje robiła również trema. Efekt przeszedł jednak najśmielsze oczekiwania.
"W spektaklu śpiewała - wspominał Litwiniec. - Rzadko wypowiadała kwestie dialogowe. Początkowo chciałem poszerzyć jej rolę i dać jej także szanse recytacji wiersza, ale doszedłem do wniosku, że w tym gatunku ekspresji była słabsza, a nie chciałem obniżać jej lotów. Wypowiadała treść spektaklu w kilkunastu śpiewanych tekstach opartych na wierszach autorów polskich, francuskich i brytyjskich" 10.
Kalambur wystąpił na I Ogólnopolskim Festiwalu Kultury Studentów w Krakowie, gdzie dostał główną nagrodę. Zadecydowały o tym piosenki śpiewane przez German, a przyszła gwiazda uwierzyła w siebie. Inna sprawa, że do kariery czekała ją wyjątkowo trudna droga.
Książka, którą mają Państwo przed sobą, jest zbiorem esejów poświęconych kobietom elity artystycznej PRL. Mój dobór postaci jest całkowicie subiektywny, być może nie wszystkie bohaterki książki należały do najważniejszych artystek tej epoki, jednak zapisały się trwale w dziejach naszego kraju. Są to osoby reprezentujące różne dziedziny sztuki: poezję, plastykę, muzykę, aktorstwo, taniec czy literaturę popularną.
Gdyby jednak szukać wspólnych cech bohaterek tej książki, to bez wątpienia znaleźlibyśmy pewne podobieństwa. Wszystkie działały w czasach Polski Ludowej, były bez wyjątku niezwykle urodziwymi kobietami i żadnej z nich już nie ma pośród nas. Ponadto biografie bohaterek obfitowały w dramatyczne wydarzenia, które wywarły ogromny wpływ na ich kariery zawodowe. Poza tymi wspólnymi cechami moje bohaterki dzieliło niemal wszystko. Pochodziły z różnych środowisk, miały odmienne wykształcenie, zajmowały się bardzo odległymi od siebie dziedzinami sztuki. Ich losy stanowią jednak pewien przekrój życia kulturalnego Polski Ludowej.
Jak zwykle w moich książkach skoncentrowałem się na życiu prywatnym swoich bohaterek, ich działalność zawodową przedstawiłem w takim wymiarze, w jakim była potrzebna do zrozumienia szczegółów biografii. Nie ukrywałem żadnych faktów, nawet tych, które odbiegają od wizerunku zapisanego w naszej pamięci. Starałem się również obalać pewne stereotypy pokutujące do dnia dzisiejszego, bo w PRL upiększanie biografii artystów było zabiegiem często stosowanym, i to z różnych powodów, niekoniecznie politycznych. Czasami wystarczała plotka, aby pewne informacje zaczęły żyć własnym życiem. Z takimi sytuacjami zetknąłem się podczas pracy nad tą książką, szczególnie w odniesieniu do Anny German i Haliny Poświatowskiej.
Wydaje mi się, że czytelnicy mogą być zaskoczeni wizerunkami artystek, jakie wyłaniają się na kartach tej publikacji. Na przykład Halina Poświatowska, która przy bliższym poznaniu okazała się nie tyle zwiewną i eteryczną poetką żyjącą w wyimaginowanym świecie, ile kobietą z krwi i kości, lubiącą modne, markowe ubrania, takież buty i towarzystwo mężczyzn. Owszem, była chora na serce i zmarła w młodym wieku, jednak nieudana operacja odbyła się na jej żądanie, ponieważ chciała sobie ułożyć życie u boku wybranego mężczyzny. I nie przeszkadzało jej, że wybranek był żonaty.
Zdaję sobie sprawę, że niektóre przedstawione w tej książce informacje mogą być niewygodne dla członków rodzin moich bohaterek czy też dla ich wielbicieli. Ale jako historyk jestem zobowiązany przedstawiać prawdę - upiększanie faktów i życiorysów pozostawiam innym. Kieruje mną zawodowa ciekawość, lubię tropić nieścisłości, demaskować półprawdy czy też ewidentne przekłamania w relacjach świadków lub wypowiedziach samych zainteresowanych. Ale nigdy nie oceniam swoich bohaterek ani osób z nimi związanych. Czasy PRL były specyficzną epoką, a kto w niej nie funkcjonował, niech lepiej nikogo nie osądza. Przedstawiam zatem tylko fakty, ocenę pozostawiając czytelnikom.
Niemniej jednak z dużą przyjemnością prostowałem nieścisłości w relacjach matki Anny German i poszukiwałem rodowodu naszej znakomitej piosenkarki. German była bowiem Polką z wyboru, a jej koligacje rodzinne i przyczyny emigracji nad Wisłę zasługują na oddzielną książkę. W literaturze przedmiotu natomiast pokutują do dzisiaj liczne przekłamania, których źródłem była relacja Irmy Martens, matki Anny. Obfitowała ona w informacje, które nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością, a są powtarzane bezkrytycznie przez autorów opracowań i artykułów o życiu Anny German.
Grażyna Bacewicz pochodziła natomiast z mieszanego polsko-litewskiego małżeństwa i niewiele brakowało, aby jej talent dodawał chwały kulturze naszego północnego sąsiada. Za Litwinów uważali się ojciec i brat słynnej skrzypaczki i kompozytorki, a ona również w latach dwudziestych chciała zostać na Litwie. Przypadek zadecydował, że wróciła nad Wisłę i świat poznał ją jako polską artystkę.
Podobnie skomplikowane były losy Aliny Szapocznikow. Rzeźbiarka pochodziła ze spolonizowanej rodziny żydowskiej, ale znaczną część życia spędziła na dobrowolnej emigracji artystycznej we Francji. W swojej biografii miała również epizod z czeskim obywatelstwem, nigdy jednak nie zerwała kontaktu z krajem. Słusznie zatem obok Katarzyny Kobro (rodowitej Niemki z Rosji) uważana jest za najwybitniejszą polską rzeźbiarkę XX stulecia.
Większość moich bohaterek debiutowała już po "odwilży" 1956 roku. Niektóre jednak nie miały tego szczęścia, dlatego Alina Szapocznikow wykuwała pomnik przyjaźni polsko-radzieckiej, Mira Zimińska-Sygietyńska włączała do programów "Mazowsza" pieśni o Stalinie i planie sześcioletnim, a Agnieszka Osiecka biegała na zebrania ZMP. Jednak nawet w późniejszym okresie nie było łatwo, do obowiązków piosenkarek należało uczestniczenie w festiwalach w Kołobrzegu i Zielonej Górze, aktorki brały udział w imprezach propagandowych, a pisarki zmagały się z cenzurą. Ale swoją sztuką artystki dawały radość milionom Polaków, co teraz, po latach, wydaje się najważniejsze.
Nikt bowiem nie wymaże rzeczywistych osiągnięć polskiej kultury epoki PRL. Bez wątpienia było to państwo wasalne wobec Kremla, ubogi kraj bez demokracji. Ale podobnej eksplozji talentów w różnych dziedzinach sztuki nasze dzieje nie notowały. I właśnie o tym jest ta książka.
Na koniec chciałem podziękować panu Michałowi Smętkowi za współpracę przy rozdziałach o Kalinie Jędrusik i Elżbiecie Czyżewskiej, a pani Marcie Czerwieniec za poszukiwania i ustalenia dotyczące pochodzenia Anny German.
Sławomir Koper
SZTUKA I POLITYKA
Komuniści, przygotowując się u schyłku drugiej wojny światowej do objęcia władzy, zadbali o dobre rozpoznanie środowisk artystycznych. Doskonale wiedzieli, kto przebywa w kraju, a kto znajduje się na emigracji, kto będzie ich sojusznikiem, a kogo można zastraszyć lub kupić. Nowi władcy kraju wytypowali listę twórców, których poparcie uznali za konieczne, i zrobili wiele, aby uzyskać ich przychylność. Zależało im na znanych i popularnych nazwiskach, na ludziach rozpoznawalnych przez społeczeństwo i uznawanych za symbole Drugiej Rzeczypospolitej.
Powracającego z USA Tuwima przyjęto z niemal królewskim splendorem, w Gdyni powitał go osobiście Jerzy Borejsza, a do Warszawy przyleciał na pokładzie rządowego samolotu. W stolicy czekała już służbowa limuzyna, duże umeblowane mieszkanie, willa w Aninie oraz prasa gotowa drukować wszystko, co tylko jej przekaże. Odpowiednio również uhonorowano zmęczoną okupacją Zofię Nałkowską, gwarantując jej egzystencję na poziomie, do jakiego przywykła. Jarosław Iwaszkiewicz i Maria Dąbrowska błyskawicznie natomiast przekonali się, czym grozi niełaska nowych władz. Brak możliwości publikacji oznaczał brak dochodów, co stało się wystarczającym powodem do kompromisu z komunistami. Tym bardziej że władze w zamian za posłuszeństwo miały dużo do zaoferowania, Iwaszkiewicz zachował nawet swoje Stawisko, chociaż majątek był jawnym anachronizmem w zmienionej sytuacji społeczno-politycznej. Ale pan Jarosław miał znane w Europie nazwisko, a Stawisko leżało w pobliżu Warszawy. Często zatem odwiedzali je goście z zagranicy, którzy na własne oczy mogli się przekonać, jak w Polsce szanuje się pisarzy.
Marzeniem niemal każdego autora jest jak najszersza popularyzacja własnej twórczości, a to akurat władze Polski Ludowej potrafiły zagwarantować. Likwidacja analfabetyzmu spowodowała bowiem niespotykany wzrost czytelnictwa i nakłady powieści sięgnęły dziesiątków tysięcy egzemplarzy (przed wojną za sukces uważano sprzedaż kilku tysięcy). Prawdziwą nobilitacją było wprowadzenie książki na listę lektur szkolnych, co automatycznie zwielokrotniało i tak już wysokie nakłady. A to oczywiście miało przełożenie na zarobki pisarzy.
Wprawdzie komuniści uważali literaturę za bardzo ważną, ale nie zapominali o innych dziedzinach sztuki. Szczególnie cenną zdobyczą okazał się rzeźbiarz Xawery Dunikowski. Okrutnie doświadczony przez wojnę (spędził pięć lat w Auschwitz, a w chwili osadzenia w obozie miał 65 lat) otrzymał Katedrę Rzeźby na krakowskiej ASP. Po dziesięciu latach przeniósł się do stolicy, gdzie jednak nie był do końca zadowolony z warunków, jakie mu zaoferowano (profesura na ASP, duże mieszkanie, ogromna pracownia oraz obietnica własnego muzeum). Narzekał na nowe budownictwo, zażądał mieszkania w starej kamienicy, a odwiedzających go partyjnych oficjeli traktował lekceważąco, czasami wręcz wyrzucając ich za drzwi. Uchodziło mu to jednak na sucho, był bowiem władzom bardzo potrzebny.
Dunikowski mógł ignorować dostojników niższego szczebla, ale przyjął z rąk Bieruta Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski oraz Order Budowniczych Polski Ludowej. I odpłacił komunistom za splendory. W 1946 roku przygotował projekt pomnika Czynu Powstańczego na Górze Świętej Anny, prace jednak trwały aż siedem lat. Wielokrotnie bowiem zmieniano założenia, roboty opóźniały się również z powodu trudnego charakteru Dunikowskiego, który nie potrafił dojść do porozumienia z ekipami wykonawczymi, żądał przysłania robotników z Włoch (!) i co pewien czas wymuszał dla siebie podwyżkę. Zaprojektował jednak również pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej w Olsztynie (obecnie pomnik Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej) oraz warszawski pomnik Żołnierza 1. Armii Wojska Polskiego. Był bowiem realistą i wiedział, jak odwdzięczyć się władzom. A poza tym na państwowych inwestycjach doskonale zarabiał.
Nie znaleziono natomiast kompozytora mogącego stać się rzecznikiem nowego ustroju w sferze muzyki poważnej. Nie żył już bowiem Karol Szymanowski, który zapewne stałby się łatwą zdobyczą komunistów. Idealnie się do tej roli nadawał, jako twórca inspirujący się polskim folklorem (co władze wysoko ceniły) i jednocześnie człowiek potrafiący wydać każde zarobione pieniądze. Nie sprawdził się Ludomir Różycki, z którym wiązano pewne nadzieje, a najzdolniejsi kompozytorzy młodego pokolenia nie zamierzali podporządkować się wymogom nowej epoki. Grażyna Bacewicz nie napisała żadnego (!) utworu w stylu realizmu socjalistycznego, a Witold Lutosławski ograniczył się do komponowania pod pseudonimem pieśni masowych. Znacznie lepiej układała się współpraca władz z wyjątkowo doświadczonym podczas wojny Władysławem Szpilmanem, ale pianista zdecydowanie większe sukcesy osiągał jako kompozytor muzyki rozrywkowej.
Cenną zdobyczą okazał się natomiast Grzegorz Fitelberg. Słynny dyrygent nigdy nie interesował się polityką i nie zwracał uwagi na takie drobiazgi jak ustrój państwa. Mianowany szefem orkiestry filharmonii w Katowicach stał się źródłem kapitalnych anegdot, świadczących, że muzyk żył we własnym świecie. Podróżując na przykład kiedyś po Polsce samochodem (towarzyszyło mu dwóch pracowników Urzędu Bezpieczeństwa), natknął się na procesję z okazji Bożego Ciała. Wysiadł z pojazdu, ukląkł i się przeżegnał. A gdy zauważył brak podobnej reakcji u swoich współtowarzyszy, zapytał podejrzliwie: "A panowie co, Żydzi?".
Do legendy przeszło jednak jego zachowanie następnego dnia po śmierci Stalina. Pojawił się rano na próbie orkiestry, stanął przed zespołem i powiedział:
"Proszę wstać, dzisiaj w nocy umarł wielki radziecki... kompozytor Sergiusz Prokofiew, mój przyjaciel. Proszę uczcić jego pamięć minutą milczenia".
Minuta minęła, wszyscy siadają, a on odwrócił się do koncertmistrza i zapytał:
"Panie Wochniak, podobno Stalin też umarł?"1.
Rzeczywiście, Stalin i Prokofiew zmarli tego samego dnia.
SOCREALIZM
Za początek obowiązywania socrealizmu nad Wisłą uważane jest wystąpienie Bolesława Bieruta na Konferencji Warszawskiej PZPR w lipcu 1949 roku. W rzeczywistości doktryna obowiązywała już wcześniej, co stało się szczególnie widoczne w dziedzinie architektury. W zniszczonym wojną kraju mieli duże pole do popisu, w nowej konwencji powstawały całe miasta i dzielnice, czego najbardziej znanymi przykładami są Nowa Huta i warszawski plac Konstytucji. Nie należy zapominać również o nieco późniejszym Pałacu Kultury i Nauki.
W dziedzinie budownictwa mieszkaniowego założenia socrealizmu były całkiem rozsądne. Nowa socjalistyczna treść zagwarantować miała użytkownikom higieniczne warunki bytowe, mieszkania budowano wprawdzie niewielkie, ale wyposażone w bieżącą wodę i kanalizację. Tam, gdzie było to możliwe, zapewniano mieszkańcom obszerne tereny zieleni miejskiej, nie zapominając o szerokich ulicach i placach. Na nich to bowiem lud pracujący miał publicznie wyrażać swoją aprobatę dla istniejącego porządku. Zapewne nie przypuszczano wówczas, że trzydzieści lat później takie założenia architektoniczne staną się zmorą dla oddziałów ZOMO rozpędzających demonstracje na terenie Nowej Huty.
Najbardziej jednak widoczną cechą architektury socrealistycznej była monumentalność gmachów użyteczności publicznej. Bezkrytycznie kopiowano sowieckie rozwiązania, dlatego otoczenie budynków zaroiło się postaciami herosów z awansu społecznego. Posągi miały zwaliste kształty, twarze nieskażone wysiłkiem umysłowym, obowiązkowo natomiast wyposażano je w atrybuty wykonywanego zawodu. Najbardziej ambitni ściskali jednak w dłoniach opasłe tomy klasyków marksizmu-leninizmu, sugerujące ich ambicje intelektualne. Zadziwiające jest jednak to, że w "produkcji" tych okropieństw brało udział grono całkiem zdolnych rzeźbiarzy, z Aliną Szapocznikow na czele.
Gwałtowne protesty zwolenników socrealizmu wywołała budowa Centralnego Domu Towarowego w Warszawie (obecny Smyk). Budynek zaprojektowano jeszcze w stylu późnego modernizmu, ukończony został już jednak w latach obowiązywania realizmu socjalistycznego. Pomimo nacisków entuzjastów nowej doktryny nie zmieniono projektu, chociaż zastosowane rozwiązania uznano za zbędne dla klasy robotniczej. Obiekt miał bowiem podziemny parking (pierwszy w Warszawie), otwarty taras z kawiarnią oraz nowoczesne urządzenia przeciwsłoneczne. Nic dziwnego, że budynek uznano za kompletnie "bezideowy".
W styczniu 1949 roku w Szczecinie odbył się Zjazd Literatów Polskich, który zapoczątkował socrealizm w literaturze. Dla posłusznych autorów przewidziano wiele przywilejów: domy pracy twórczej, przydziały mieszkań, opiekę medyczną w rządowych klinikach, emerytury, a nawet mandaty poselskie. Rzeczywiście w Sejmie dożywotnio zasiadali Zofia Nałkowska i Jarosław Iwaszkiewicz, posłami pierwszych kadencji byli: Jerzy Andrzejewski, Jan Dobraczyński, Jerzy Zawieyski, Stefan Kisielewski. Bohdan Czeszko (poseł w latach 1965-1980) nie miał najlepszego zdania o swoich kolegach pisarzach z czasów Sejmu V kadencji:
"[...] Był jednym z trzech pisarzy, którzy zasiadali wtedy w sejmie - wspominał Janusz Głowacki. - Opowiadał, że obaj pozostali, czyli Władysław Machejek i Wilhelm Szewczyk, przynosili wódkę w butelkach po wodzie sodowej i pod koniec każdej sesji spadali ze stołków poselskich. Jednego dnia, nie mogąc dłużej na to patrzeć, oburzeni posłowie z Katowic złożyli interpelację do laski marszałkowskiej, że to jest skandal, że towarzyszom pisarzom się wódkę w bufecie sprzedaje, a im nie. Po interpelacji podobno przepisy złagodniały. Czeszko miał do obu pisarzy posłów stosunek niechętny: "To, że chujowo piszą i że są w dupę pijani, to mniejsza o to. Najgorsze, że pierdolą te potworne posłanki""2.
Czeszko mógł jednak na wiele sobie pozwolić. Były żołnierz AL piękną kartę zapisał podczas powstania warszawskiego, miał autentyczny talent i nawet jego socrealistyczne Pokolenie nie było pozbawione walorów literackich. Niebawem stało się zresztą podstawą scenariusza debiutu fabularnego Andrzeja Wajdy.
Dyktatowi socrealizmu poddali się również literaci o wielkich nazwiskach: Zofia Nałkowska popełniła Medaliony, Maria Dąbrowska Na wsi wesele, wszystkich przelicytowali jednak pisarze młodszego pokolenia. Jan Wilczek opublikował Nr 16 produkuje, Aleksander Ścibor-Rylski Węgiel, a Kazimierz Brandys cztery tomy cyklu Między wojnami. Brandys poszedł zresztą dalej, w jednej z kolejnych książek, Obywatele, czarnymi charakterami uczynił deprawatora młodzieży księdza katechetę Leśniarza oraz nauczyciela Działyńca (podstępnego wroga klasowego). Na szczęście groźne spiski zdemaskowali dzielni członkowie ZMP, a zakończeniem powieści był proces "pięciu bankrutów politycznych, pięciu zajadłych wrogów Polski Ludowej".
Książki Brandysa rozchodziły się jednak w bajecznych nakładach, ale sam pisarz po latach przyznał, że stosowano niekonwencjonalne metody dystrybucji. W niektórych wiejskich sklepach każdy, kto chciał kupić wiadro, musiał obowiązkowo nabyć jedno dzieło pisarza.
Akceptację władców Polski Ludowej usiłowali również uzyskać ludzie niezwiązani wcześniej z lewicowym światopoglądem. Magdalena Samozwaniec zasłużyła się komunistom, pisząc parodię polskiej arystokracji (Błękitna krew), dzięki czemu niebawem mogła wydać znakomitą Marię i Magdalenę. Jerzy Andrzejewski natomiast, odcinając się od swojej katolickiej przeszłości (powieść Ład serca), stworzył znakomity Popiół i diament. Inna sprawa, że powieść ta nie wzbudziła specjalnych zachwytów komunistów jako zbyt nieokreślona i niejednoznaczna w wymowie.
Chociaż większość twórców traktowała socrealizm jak konieczne zło, to jednak zdarzali się ludzie szczerze wierzący w nową doktrynę. Należeli do nich członkowie tak zwanej Grupy 49 (Tadeusz Baird, Kazimierz Serocki i Jan Krenz), kompozytorzy, którzy tworzyli zgodnie z zasadami socrealizmu. Przekaz ideologiczny najlepiej sprawdzał się w utworach wokalno-instrumentalnych, ale również dzieła instrumentalne doskonale odnajdywały się w nowym porządku (Symfonia pokoju Andrzeja Panufnika).
Nad ideologiczną stroną polskiej muzyki czuwała osławiona Zofia Lissa, wiceprezes Związku Kompozytorów Polskich. Prezentowała wyjątkowy serwilizm wobec władz, dzielnie tropiąc "imperialistyczną zgniliznę" i utrudniając życie swoim przeciwnikom. Stefan Kisielewski (jedna z jej ofiar) uważał, że "nie była to zła kobieta, tylko jego zdaniem głupia". A kiedy pobito ją w czasie jakiegoś napadu, stwierdził, że "metod nie pochwala, ale wybór był dobry".
W 1947 roku na ekranach kin pojawił się pierwszy film utrzymany w konwencji socrealizmu. Był nim obraz Eugeniusza Cękalskiego Jasne łany z udziałem Kazimierza Dejmka, Jana Kurnakowicza i Andrzeja Łapickiego. Podobnie jak w przypadku literatury wśród obrazów nakręconych w obowiązującej stylistyce zdarzały się również bardziej ambitne pozycje, jak Celuloza Kawalerowicza czy wspomniane już Pokolenie Wajdy. Ten ostatni film uważany jest zresztą za zapowiedź słynnej szkoły polskiej w kinematografii, która ostatecznie miała zerwać z zasadami sztuki socjalistycznej.
Realizując filmy typowo rozrywkowe, zastosowano metody sprawdzone w okresie międzywojennym. Nic tak bowiem nie podnosiło popularności filmu, jak komediowa konwencja ozdobiona chwytliwymi piosenkami. W Przygodzie na Mariensztacie na rywalizację dwóch ekip murarskich (damskiej i męskiej) nałożono wątek miłosny, ozdabiając go zgrabnymi piosenkami autorstwa Tadeusza Sygietyńskiego. Stały się one przebojami (szczególnie Jak przygoda, to tylko w Warszawie), które są pamiętane do dnia dzisiejszego. Tak stało się z innymi hitami socrealizmu: Na prawo most, na lewo most, Warszawa, ja i Ty (z filmu Skarb) czy Piosenką o Nowej Hucie.
PROBLEMY Z POETAMI
W budowę socjalizmu włączyli się również poeci. Władysław Broniewski napisał Słowo o Stalinie, a Leopold Lewin zaś Poemat o Dzierżyńskim, Pieśń partii zjednoczonych i Kantatę o Bierucie. Starał się nie pozostawać w tyle Gałczyński, a niektórymi wierszami Tuwima zachwycano się nawet na emigracji (ze względu na ich formę).
Inna sprawa, że z poetami bywały z reguły problemy, pierwszy kłopoty zaczął sprawiać Gałczyński. Pan Konstanty miał wyjątkowo niepokorny charakter, poglądy polityczne często zmieniał, a wierny pozostawał wyłącznie alkoholowi. Przed wojną miał skłonności prawicowe, ale chyba jednak niczego w życiu nie traktował poważnie. W Polsce Ludowej pisał wprawdzie w konwencji socrealistycznej, jednak jego twórczość szybko potępiono jako "drobnomieszczańską". Adam Ważyk zażądał publicznie (podczas z Zjazdu Literatów w 1950 roku), aby "ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach". Miało to oznaczać "oczyszczenie poezji ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z czasów imperializmu".
"Cóż, kanarkowi łeb można ukręcić - zauważył przytomnie Gałczyński - ale wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy?"3.
Do nowej rzeczywistości niebawem zraził się również sam Ważyk. Jak przystało na poetę, wybrał literacką formę protestu, publikując w 1955 roku na łamach "Nowej Kultury" Poemat dla dorosłych. Utwór atakował socrealizm, fałsze propagandy i demoralizację obyczajową robotników, a zwłaszcza jedno z głównych przedsięwzięć stalinizmu w Polsce - Nową Hutę, i uzyskał wręcz nieprawdopodobny odzew społeczny. Egzemplarze tygodnika sprzedawano na bazarach po 300 złotych (pismo kosztowało złotówkę i dwadzieścia groszy), a utwór przepisywano w tysiącach egzemplarzy.
"To był wiersz - twierdził Jacek Kuroń - który rozdrapywał rany, mówił rzeczy, jakich wtedy nie chcieliśmy czy też nie mieliśmy odwagi nazwać. "Z niej się wytapia robotnicza klasa./ Dużo odpadków, a na razie kasza" - przecież klasa robotnicza to była dla nas świętość, a tu takie słowa. Albo: "Wszystko tu stare. Stare są hycle/ od moralności socjalistycznej". Wielu moich partyjnych przyjaciół było oburzonych. Ja uznałem jednak, że każde słowo "Poematu" to prawda, a skoro tak, to muszę ją głosić"4.
W sprawie osobiście interweniowała Wanda Wasilewska, utwór stał się tematem dziesiątków zebrań partyjnych. Ze stanowiskiem pożegnał się naczelny "Nowej Kultury", odwołano zarząd kombinatu w Nowej Hucie, wymuszono również dymisję miejscowej organizacji partyjnej. Na terenie Nowej Huty rozpoczęto budowę sklepów i barów mlecznych, powstał także Teatr Ludowy (dotychczas działało tam tylko jedno kino). Dzieje Polski Ludowej nie zanotowały już nigdy podobnej kariery utworu literackiego.
Marzyciel Fourier uroczo zapowiadał, że w morzach będzie płynąć lemoniada. A czyż nie płynie? Piją wodę morską, wołają - lemoniada! Wracają do domu cichaczem rzygać! rzygać!
Inną metodę kontestacji wybrał natomiast Broniewski. Wprawdzie miał wyrobione zdanie o sowieckim komunizmie (zadbało o to NKWD na Łubiance), ale chyba łudził się, że jego polska wersja okaże się "socjalizmem z ludzką twarzą". Rozczarowany zamknął się w świecie alkoholu, a na problemy ideologiczne nałożyła się dodatkowo nigdy właściwie niewyjaśniona śmierć ukochanej córki.
"Przyjechaliśmy na miejsce w południe - wspominał Janusz Atlas wizytę w Domu Pracy Twórczej w Oborach - było bardzo ciepło i świeciło słońce. Przed czworakami stało wielu dorosłych, z ożywieniem o czymś rozmawiających. I wtedy Ojciec podniósł mnie w górę i kazał patrzeć w wybrane okno na pierwszym piętrze. Pamiętam to okno jak dziś, otwarte na oścież, wypełnione czymś, co wydawało mi się... dużą pupą. "Tak jest - przyklasnął tatuś. - Zapamiętaj, synku, to jest pupa największego polskiego poety rewolucyjnego""5.
BURSZTYNOWY SŁOWIK
Ekipa Gomułki, która objęła władzę w 1956 roku, świetnie zdawała sobie sprawę z bankructwa idei realizmu socjalistycznego. Naród zmęczony wiecami i masowymi pieśniami pożądał rozrywki bez ideologii. Należało jakoś sprostać tym oczekiwaniom, zorganizować popularną rozrywkę, nie zapominając jednak o bardziej wymagającym odbiorcy.
"Pod polityczną "skorupą" coś silnie pulsowało - wspominał dziennikarz Cezary Prasek. - W Polsce stalinizm trwał przecież stosunkowo krótko i mimo wielu tragedii, do jakich się przyczynił w warstwie obyczajowej, nie udało mu się stłumić ludzkich potrzeb i postaw. Nawet w czasie najgłębszej stalinowskiej nocy słuchało się prywatnie jazzu i tańczyło boogie-woogie. Ba, nawet udawało się niekiedy naszym jazzmanom grać jazz na publicznych estradach. Należało tylko przekonać kogo trzeba, że jest to muzyka "czarnego amerykańskiego proletariatu ciemiężonego przez białych imperialistów""6.
W kraju rządzonym przez komunistów dystrybucja kultury odbywała się za pośrednictwem państwa, a jej najprostszą formą była organizacja różnego rodzaju festiwali. Namnożyła się ich w epoce Gomułki całkiem pokaźna liczba: muzyczne, filmowe, teatralne, nie licząc wielu przeglądów amatorskich.
Na czoło wysunęły się festiwale muzyczne, wielbiciele najnowszych trendów w muzyce poważnej mieli Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej "Warszawska Jesień", a amatorzy muzyki oratoryjnej Międzynarodowy Festiwal Oratoryjno-Kantatowy "Wratislavia Cantans". Fanów jazzu ściągało do stolicy Jazz Jamboree, a miłośnicy muzyki ludowej odwiedzali Kazimierz Dolny. Były to festiwale na poziomie europejskim, na wschód od Łaby nie organizowano nic równie ambitnego. Jednak najważniejsze dla społeczeństwa okazały się cztery festiwale piosenki zorganizowane w latach sześćdziesiątych w: Sopocie, Opolu, Kołobrzegu i Zielonej Górze. Transmitowane przez radio i telewizję (wprawdzie często z poślizgiem) przyciągały przed odbiorniki miliony Polaków, a wydarzenia estradowe wywoływały niekończące się dyskusje w kawiarniach, biurach czy stołówkach zakładowych.
Jako pierwszy w 1961 roku zadebiutował Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie. Pomysłodawcą imprezy był Władysław Szpilman, a pierwszym konferansjerem Lucjan Kydryński. Początkowo festiwal odbywał się w hali Stoczni Gdańskiej.
Imprezę przeniesiono do Opery Leśnej w Sopocie (przed wojną wystawiano w niej opery Wagnera!), aby zapewnić komfort widzom, zamontowano nawet brezentowy dach. Pogoda w Polsce bywa kapryśna, a chłodny i deszczowy sierpień nad Bałtykiem nie jest żadną anomalią. Dlatego stałym elementem telewizyjnych transmisji był widok widzów opatulonych w ciepłe koce, najczęściej z widocznymi symbolami Funduszu Wczasów Pracowniczych.
Festiwal miał być międzynarodowy, zatem obok przedstawicieli krajów socjalistycznych zapraszano piosenkarzy z Zachodu. Byli to jednak wykonawcy, których nazwisk nie znali nawet specjaliści branży muzycznej. W Polsce wzbudzali jednak emocje, chociaż często z powodów zupełnie innych niż muzyczne. Na przykład występ ognistej Hiszpanki Conchity Bautisty (1969), który na długo zapadł w pamięci męskiej części widowni.
Nagrody otrzymywali głównie przybysze zza żelaznej kurtyny, nie mogło jednak zabraknąć wyróżnień dla reprezentantów Związku Radzieckiego. W 1963 roku główną nagrodę zdobyła Tamara Miansarowa za utwór Zawsze niech będzie słońce, a jej sukces po latach powtórzyli Ałła Pugaczowa i Lew Leszczenko. Pugaczowa zresztą wprawiła organizatorów w prawdziwe osłupienie, gdy wchodząc na scenę, przeżegnała się, a następnie śmiało zaprezentowała bardzo odważne rozcięcie sukni.
Wśród laureatów byli również Polacy w 1968 roku główną nagrodę zdobyła Urszula Sipińska (Po ten kwiat czerwony), a cztery lata później Andrzej Dąbrowski (Do zakochania jeden krok). Dla Zdzisławy Sośnickiej, mało wówczas jeszcze znanej, sopocki sukces w 1977 roku okazał się przepustką do kariery.
Nadmorski festiwal wylansował w Polsce pokaźną grupę wykonawców z bloku wschodniego. Dzięki występom w Sopocie popularność osiągnęli Helena Vondráčková, Karel Gott i Zsuzsa Koncz. Gott pojawiał się w Sopocie trzykrotnie w charakterze specjalnej gwiazdy festiwalu, nie ustępowała mu Vondráčková, która zresztą w 1977 roku dostała Grand Prix za Malovaný džbánku (wspólnie z Sośnicką). Podbiła polską publiczność talentem, urokiem, a przede wszystkim fantastyczną urodą. I niewielu już pamięta, że cztery lata wcześniej zaprezentowała na sopockiej estradzie zadziwiający performance wokalny (Archiméde), akompaniując sobie na bębnach.
Do festiwalowych ciekawostek należał Dzień Polski, podczas którego obcokrajowcy wykonywali polskie przeboje w swojej interpretacji. Czasami przynosiło to humorystyczne efekty, jak Zegarmistrz światła w wykonaniu Węgrów z Locomotiv GT czy też Dmuchawce, latawce, wiatr śpiewane w łamanym czesko-polskim języku przez pewną niezwykle urodziwą Czeszkę. Oczywiście żadna z interpretacji krajowych hitów nie zyskała nigdy popularności poza granicami Polski.
Duża impreza musiała obfitować w nieplanowane wydarzenia, czasami jednak zdarzały się prawdziwe dramaty. Na przykład francuska piosenkarka Nicole złamała podczas koncertu nogę.
"Była żywa jak wulkan - wspominał dyrektor BART-u Eugeniusz Terlecki. - I wbiegła z takim impetem, że pośliznęła się. Wyniesiono ją ranną, ale śpiewającą"7.
W 1977 roku imprezę przekształcono w Festiwal Interwizji, w zamierzeniu ekipy Gierka miała stać się konkurentem dla Festiwalu Eurowizji. Szef telewizji, wszechwładny Maciej Szczepański, miał praktycznie nieograniczone możliwości finansowe i dołożył wielu starań, aby nadać festiwalowi odpowiednią rangę. Oczywiście władze uczyniły z imprezy kolejny element propagandy sukcesu, a czołówka festiwalu zamieniła się w prawdziwe misterium. Prezentowano liczbę luksów oświetlenia, kamer i wykonawców, a efektownie dobrane ujęcia zapowiadały transmisję na europejskim poziomie. Inna sprawa, że festiwal faktycznie sprawiał wówczas imponujące wrażenie, a przyznawane nagrody działały na wyobraźnię (szczególnie jacht pełnomorski jako nagroda publiczności).
W charakterze gwiazd zaczęli pojawiać się tacy wykonawcy, jak: Pussycat, Demis Roussos i grupa Boney M. Występowali jednak z playbacku, a koncert Boney M. emitowano z jednodniowym opóźnieniem. Wycięto zakazaną w PRL piosenkę Rasputin, mało kto jednak pamięta, że występ na żywo transmitowało Polskie Radio i tam utwór zabrzmiał bez zakłóceń. Zachodnie gwiazdy sprawiały jednak organizatorom problemy, Demis Roussos okazywał niezadowolenie z podstawionej limuzyny i hotelowego apartamentu, inni goście natomiast nie potrafili zrozumieć festiwalowych obyczajów.
"Przed koncertem Aznavoura [w 1984 roku - S.K.] występowała mało znana Czeszka - opowiadał Wojciech Fułek, pracownik biura prasowego festiwalu - która na scenie miała być kwadrans, a występowała 1,5 godziny. Nie można jej było w żaden sposób ściągnąć ze sceny. Koncert Aznavoura zaczął się więc z ogromnym opóźnieniem. Tymczasem w połowie występu publiczność zaczęła opuszczać operę, bo spieszyła się na ostatnią kolejkę. Artysta nie wiedział, co się dzieje"8.
Była to ta sama Czeszka, która w tak niezwykły sposób interpretowała Dmuchawce, latawce, wiatr.
Niewiele brakowało, aby katastrofą zakończył się przyjazd na festiwal Johnny'ego Casha. W hotelu Posejdon, gdzie piosenkarz zamieszkał razem ze swoją ekipą, zabrakło wody i artysta zażądał wznowienia jej dostawy w ciągu pół godziny. Nie było to realne, bo awaria okazała się poważna, ostatecznie Cash zadowolił się kontenerami z wodą mineralną.
W skandale obyczajowe obfitował natomiast występ Shirley Bassey. Artystkę irytował padający deszcz, dlatego skróciła znacznie swój recital. Była zresztą pod ciągłym wpływem alkoholu i bardziej interesowały ją awantury ze swoim partnerem niż występ w amfiteatrze. Janusz Atlas nie ukrywał zaskoczenia, gdy pierwszy raz zobaczył gwiazdę w sopockim Grand Hotelu:
"Tak sobie gaworzyliśmy o wredności kobiet, kiedy podniósł się straszny wrzask i na taras z widokiem na morze wpadła stara pękata Murzynka w dresie, a za nią dużo młodszy i dużo elegantszy Murzyn w garniturze, który bez zbędnych ceregieli wyrżnął staruchę w łeb, aż się zatoczyła na ścianę. Ona jednak przyjęła cios z godnością i odbiwszy się od ściany z kopa trafiła eleganta w krocze. On się skurczył, czarną twarz wykrzywił grymas bólu i wszystko, do czego był zdolny, to do oplucia ciemnej kobiety. Usłużni kelnerzy wyprowadzili go na zaplecze. Zaraz potem wpadł spocony z emocji wysłannik "Pagartu", żeby po angielsku przeprosić Murzynichę za pożałowania godny incydent, a ona puściła mu wiąchę przekleństw, które nawet dziecko polskie zrozumiałoby, bo wychowuje się na amerykańskich filmach"9.
Mimo że czasami poziom artystyczny imprezy pozostawiał wiele do życzenia, jednak przez kilka sierpniowych dni cała Polska żyła festiwalem. Był to jednocześnie doskonały przegląd polskiej piosenki, przez amfiteatr przewinęła się bowiem cała śmietanka krajowych wykonawców. Prezentowano utwory najlepszych autorów, a niektóre piosenki powodowały dyskusje daleko wykraczające poza kwestie artystyczne. Gdy podczas wykonania Anny Marii przez zespół Czerwone Gitary na scenie pojawił się chórek dziecięcy, przez Polskę przetoczyła się dyskusja. Debatowano na temat obecności dzieci w amfiteatrze o późnej porze, a w polemice na łamach mediów brali udział specjaliści od spraw wychowania i lekarze.
OPOLSKIE SKANDALE
Dwa lata po Sopocie zadebiutował Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. W odróżnieniu od swojego nadmorskiego rywala miała to być impreza ukazująca pełny przekrój polskiej piosenki. I tak faktycznie było, chociaż czasami werdykty jury wyglądały na ustalone przed rozpoczęciem festiwalu.
"[....] Opłacało się ten festiwal wygrać - uważał Janusz Atlas - trafić w nagrodę albo nawet w dwie, bo wówczas kasa wypłacała równowartość średniej krajowej. Nie tylko. Laury opolskie otwierały przed wyróżnionymi wrota radia, telewizji, zagraniczne kontrakty "Pagartu" i krajowe - w prowincjonalnych agencjach estradowych. Dlatego było się o co bić!" 10.
Występ w Opolu automatycznie zapewniał popularność, dzięki czemu było możliwe utrzymanie zespołów towarzyszących piosenkarzom. Byt muzyków zależał bowiem od liczby imprez.
"[...] Większość występów - opisywał sytuację Maryli Rodowicz Daniel Olbrychski - była przede wszystkim po to, aby muzycy Maryli mieli z czego żyć. Dostając mniejsze od niej stawki, musieli zagrać więcej koncertów, by móc utrzymać swoje rodziny.
Na tym polegał dramat gwiazd. Nie mogą występować bez zespołu, a zespół z kolei nie może się utrzymać z dwóch, trzech recitali w miesiącu" 11.
Nagrody w Opolu przyznawano również autorom piosenek, którzy często zasiadali zresztą w jury festiwalowym. Zachodziła klasyczna sprzeczność interesów i czasami obrady gremium przypominały handel wymienny. Tym bardziej że niemal każdy znany wykonawca lub autor miał poparcie różnych czynników partyjnych. Teoretycznie jednak o wszystkim decydowała tak zwana rada programowa.
"To był klasyczny gang - twierdził Atlas - mocny organizacyjnie. Tworzyli go tekściarze, kompozytorzy, redaktorzy muzyczni, którzy dobrali się, aby na długo przed festiwalem, w Warszawie, ale także w innych miastach, zbierać piosenki, oceniać je i kwalifikować, dobierać artystki, artystów, składać przyszłe koncerty w jedną całość i faktycznie reżyserować tę opolską śpiewogrę. [...] Każdą opolską imprezę poprzedzały "podchody" interwencyjne w KC i Ministerstwie Kultury, donosy słowne i pisemne i nawet publiczne awantury. Rada programowa nieustannie balansowała niczym akrobata na linie, podejmowała ostateczne decyzje i je zmieniała, tworząc wokół festiwalu otoczkę permanentnego skandalu" 12.
W całej Polsce plotkowano o ekscesach seksualnych, podobno artystki, które chciały otrzymać nagrodę, musiały być przygotowane do liberalnego traktowania erotycznych ofert jurorów. Do tego dochodziło jeszcze huczne życie towarzyskie, a o ilościach alkoholu spożywanego za kulisami krążyły prawdziwe legendy.
Festiwal w Opolu był jednak znacznie mniej konserwatywny od sopockiego, dlatego znajdowali tam miejsce wykonawcy młodszego pokolenia. W 1967 roku sensację wywołało pełne ekspresji wykonanie piosenki Dziwny jest ten świat Czesława Niemena, a muzycy spod znaku bigbitu pojawili się na estradzie już podczas pierwszej edycji imprezy.
W późniejszych latach było podobnie; w 1980 roku sensacją stał się występ startującego dopiero do wielkiej kariery zespołu Maanam (Boskie Buenos i Żądza pieniądza). Wprawdzie niektórzy uważali to za profanację "świątyni polskiej piosenki", ale organizatorzy szli z duchem czasu. Inna sprawa, że w gorącym okresie karnawału Solidarności nie odważono się na transmisję na żywo opolskiej nocy kabaretowej. Zresztą Obławę Jacka Kaczmarskiego wyrzucono z koncertu laureatów.
PIERŚCIENIE I SAMOWARY
W Opolu przyznawano Kamertony, w Sopocie Bursztynowe Słowiki, w Kołobrzegu zaś Pierścienie. Nagroda, która czytelnie nawiązywała do zaślubin Polski Ludowej z morzem, była jedną z bardziej pożądanych w polskim świecie muzycznym. Zapewniała bowiem całkiem poważne dochody dzięki koncertom w jednostkach wojskowych. Osobiście dbali o to zarządzający festiwalem pułkownik Władysław Czuba i jego żona, piosenkarka Barbara Książkiewicz.
"Ich zyskiem były całoroczne kontrakty na występy koszmarnej trupy "Echa kołobrzeskich festiwali" - twierdził Janusz Atlas. - Objeżdżała ona garnizony, dając show dla wojska i rodzin wojskowych, a dowódcy finansowali show z kas pułkowych. Musieli, bowiem z takim właśnie rozkazem GZP poruszał się pułkownik Czuba, i nie było od tego odwołania. Członkowie trupy, jak w prawdziwej komunie, musieli mieć się stale na baczności, żeby nie podpaść państwu podpułkownikostwu, bo za jeden niekontrolowany grymas można było z trupy wylecieć, z wilczym biletem i bez zapłaty za wykonaną już sztukę. Nigdy wcześniej ani nigdy później w artystycznym półświatku nie widziałem już takiego wyzysku człowieka [jak] przez pułkownika Ludowego Wojska Polskiego" 13.
Festiwal Piosenki Żołnierskiej organizowano od 1967 roku; początkowo odbywał się w Połczynie-Zdroju, a dwa lata później jego siedzibą stał się Kołobrzeg. Była to impreza o mniejszej randze niż festiwale w Sopocie czy Opolu, przeznaczona dla artystów niemających szans zaistnieć na ogólnopolskich estradach. W Kołobrzegu produkowali się również piosenkarze występujący na co dzień w zespołach wojskowych i dla nich była to jedyna szansa zdobycia popularności. Tym bardziej że koncerty transmitowała telewizja i niektóre piosenki stawały się przebojami. Doświadczył tego mało popularny dotychczas Daniel Kłosek (używający pseudonimu artystycznego "Daniel"), gdy przez dwa lata z rzędu otrzymywał Złote Pierścienie (Myśmy są wojsko i Strzelec podhalański).
Większość programu wypełniała stała grupa wykonawców koncertująca w Kołobrzegu niemal każdego roku, pomiędzy nich rozdzielano najważniejsze nagrody. Trafiali tam nawet śpiewacy z operową przeszłością, na przykład bas Adam Zwierz występował w dwudziestu (!) edycjach festiwalu. Inna sprawa, że nigdy nie dostał głównej nagrody, musiał zadowolić się Srebrnym i Brązowym Pierścieniem.
"[...] Wojskowym udawało się również prezentować na kołobrzeskiej estradzie autentyczne artystyczne dokonania, talenty i sławy - opisywał Cezary Prasek. - Do takich trzeba by pewnie zaliczyć pojawienie się tam zespołu Dwa Plus Jeden z piosenką Czerwone słoneczko, oratorium Katarzyny Gärtner i Ernesta Brylla Zagrajcie nam srebrne dzwony z udziałem Maryli Rodowicz i śpiewającego (!) Daniela Olbrychskiego, stanowiących wówczas parę. Maryla Rodowicz występowała zresztą w Kołobrzegu niejednokrotnie, udało się jej nawet wylansować tam zgrabny przebój Powołanie, zaczynający się pamiętnymi słowami: "Gdy piosenka szła do wojska, to śpiewała cała Polska". I rzeczywiście śpiewała! Śpiewała również z Trubadurami (Przyjedź mamo na przysięgę), z Anną Jantar (Nie żałujcie serca dziewczyny), z popularnym aktorem Józefem Nowakiem (Takiemu to dobrze)" 14.
Żołnierskie piosenki śpiewali również: Bernard Ładysz, Anna German, Halina Frąckowiak, Sława Przybylska, Halina Kunicka, grupy: Breakout, Skaldowie i Czerwono-Czarni. Od występów w Kołobrzegu zaczęły się również kariery Małgorzaty Ostrowskiej i Krystyny Giżowskiej. Piosenki komponowali twórcy tej miary co Jerzy Wasowski czy Andrzej Kurylewicz, a stałym konferansjerem był Stanisław Mikulski.
Ludowe Wojsko Polskie nie żałowało środków, aby umilić pobyt wykonawcom i dziennikarzom. Nawet w dobie braków rynkowych zaopatrzenie było znakomite ("węgorze, szynka, przednie wędliny, wymyślne dania"), organizowano również wojskowe pikniki oraz wizyty w okolicznych stadninach. Do wyjątkowych atrakcji należały kilkugodzinne rejsy promem ze Świnoujścia, których celem był hazard w okrętowym kasynie i zakupy w sklepie wolnocłowym. I to bez konieczności posiadania paszportu! Nic zatem dziwnego, że niektórzy dziennikarze lubili przyjeżdżać do Kołobrzegu, zgadzając się na dyktat małżonki pułkownika Czuby.
"Kto choć raz był świadkiem publicznej, najczęściej burzliwej wymiany zdań między małżonkami, nie mógł mieć wątpliwości. Robiący wrażenie dobrodusznego pułkownik tulił uszy po sobie i było tak, jak chciała jego żona. A nie chodziło przecież o sprawy drobne, błahe, o zaśpiewanie jednej piosenki. Pani pułkownikowej organizowano prestiżowe, transmitowane w telewizji występy, recitale z towarzyszeniem wojskowych chórów, główne role w widowiskach słowno-muzycznych. Lepiej było się jej nie sprzeciwiać, z czego zdawali sobie równie sprawę pozostali uczestnicy koncertów festiwalowych" 15.
Barbara Książkiewicz, od kiedy wyszła za mąż za pułkownika, nie mogła startować w festiwalowym konkursie, jednak i tak była największą gwiazdą imprezy. Do niej należało również wykonanie piosenki zamykającej festiwal, a w 1985 roku otrzymała Złoty Pierścień za całokształt twórczości.
Udział w festiwalu w Kołobrzegu przynosił wymierne korzyści ekonomiczne, a w Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze należał już bardziej do sfery polityki. Impreza eksponująca dokonania muzyczne "wielkiego brata" musiała funkcjonować, a największe gwiazdy polskiej piosenki obowiązkowo pojawiać się na festiwalu. Nie brakowało wprawdzie "kontestatorów" śpiewających Okudżawę, Wysockiego czy Biczewską, jednak większość "odrabiała pańszczyznę". Jurorem bywał nawet Czesław Niemen, a konferansjerkę prowadził tragicznie zmarły w katastrofie smoleńskiej Janusz Zakrzeński. Wśród wykonawców nie zabrakło Anny German, Krzysztofa Krawczyka, Sławy Przybylskiej, Bajmu, Bandy i Wandy oraz Czerwonych Gitar. Lojalność popłacała, a dzięki niej można było na przykład otrzymać paszport na doskonale płatne tournée w klubach polonijnych USA.
"[...] Festiwal też robiły osoby o sporym doświadczeniu - uważał Cezary Prasek. - Wystarczy wspomnieć, że po Stefanie Rachoniu jako dyrygent pojawił się Henryk Debich, z kolei Jerzy Milian - wcześniej jazzman, zdolny wibrafonista, który - angażując się politycznie - potrafił jednocześnie dokonać czegoś pożytecznego. [...] Po Milianie solistom amatorom akompaniowała z kolei orkiestra prowadzona przez Czesława Majewskiego, pamiętnego pana Czesia z telewizyjnego kabareciku Olgi Lipińskiej. Skoro o kabarecie mowa, to reżyserem festiwalowych koncertów w Zielonej Górze bywał również Wowo Bielicki, niegdyś współtwórca legendarnego gdańskiego Bim-Bomu" 16.
Wbrew obiegowej opinii zarówno imprezę w Kołobrzegu, jak i w Zielonej Górze oglądali praktycznie wszyscy posiadacze telewizorów. Powód był prosty, w polskiej telewizji do połowy lat siedemdziesiątych działał tylko jeden kanał, a w większości domów telewizor był włączony non stop. Dlatego festiwale cieszyły się dużą oglądalnością.
Na zielonogórskim festiwalu najbardziej wygrały miejscowe władze. Poza imponującym rozbudowaniem amfiteatru miasto otrzymywało znaczne środki na odnowienie zabytków i rozbudowę infrastruktury. Zieloną Górę odwiedzali przecież ludzie kultury zza wschodniej granicy, częstymi gośćmi były także rodziny oficerów Armii Czerwonej stacjonującej w Legnicy. Podobno goście ci zachowywali się nad wyraz poprawnie.
Laureaci festiwalu mieli zapewnione koncerty na scenach sowieckich, co bywało dość opłacalnym przedsięwzięciem. I wbrew temu, co opowiadała niedawno Helena Vondráčková, nikt nie szlochał z powodu wyjazdu do ZSRR ani nie zabierano ze sobą konserw. Warunki faktycznie bywały czasami prymitywne, zdarzało się również, że zarobione pieniądze trzeba było wydać na miejscu. Wiadomo jednak, że Polacy nie w takich sytuacjach przywykli dawać sobie radę, kwitły zatem handel i przemyt, radzieckie złoto znajdowało licznych nabywców w Polsce, a w ZSRR zachodnia odzież szmuglowana w drugą stronę.
Absurdy polityki ekonomicznej krajów socjalistycznych nieraz bezpośrednio dotykały artystów. Agnieszka Osiecka otrzymała kiedyś hojne honorarium za wystawioną w Bułgarii sztukę Apetyt na czereśnie. Problem był tylko jeden, pieniędzy nie można było wywieźć do kraju, trzeba je było wydać na miejscu. Osiecka wraz z przyjaciółmi zrobili wiele, aby nad Morzem Czarnym przepuścić całą sumę.
BASEN LEGII
Publiczność zasiadająca w amfiteatrach podczas festiwali w większości składała się z urlopowiczów korzystających z uspołecznionych form wypoczynku. Zgodnie bowiem z założeniami "przodującego ustroju" klasa robotnicza miała nie tylko wydajnie pracować, ale również odpoczywać w odpowiednich warunkach. Miał to zapewnić Fundusz Wczasów Pracowniczych, który powstał wkrótce po wojnie, w 1949 roku; podlegały mu ośrodki wypoczynkowe na terenie całego kraju.
Z czasem znaczenie FWP zmalało i jego funkcję przejęły ośrodki branżowe. Idea pozostała jednak ta sama, a organizację zbiorowego wypoczynku ułatwiała powojenna zmiana granic. Na obszarze PRL znalazły się bowiem atrakcyjne tereny rekreacyjne Pomorza, Mazur i Dolnego Śląska z nieźle rozwiniętą bazą turystyczną.
Szeroki dostęp klasy robotniczej do wypoczynku oznaczał dostosowanie jego form do poziomu odbiorców, kurorty zabudowano niemal identycznymi domami wczasowymi (ze wspólnymi łazienkami) oraz koloniami domków campingowych bez kanalizacji. Turnusy przebiegały w niemal identycznej formie, a najważniejszą osobą był człowiek odpowiedzialny za rozrywki odpoczywających. Osobnik ten nazywany powszechnie "kaowcem" (pracownik kulturalno-oświatowy) reprezentował z reguły "typ przedwojennego birbanta i bawidamka" usiłującego "cywilizować robotniczo-chłopską klientelę FWP". Nie było to zresztą łatwe zadanie.
"Złego słowa nie można powiedzieć na temat pań instruktorek i panów instruktorów - pisał dziennikarz Zbigniew Adrjański - którzy dwoili się i troili, aby swoim podopiecznym wczasy jakoś umilić, organizując wieczorki zapoznawcze i wieczorki pożegnalne, koncerty estradowe, wieczorki autorskie" 17.
Najczęściej nie była to jednak wyrafinowana rozrywka, ale uczestnicy zorganizowanych form wypoczynku nie oczekiwali zbyt ambitnego repertuaru. Ilustracją muzyczną wakacji z FWP pozostały znakomite piosenki: Jesteśmy na wczasach Wojciecha Młynarskiego i Wakacje z blondynką Macieja Kossowskiego. W tyle nie pozostali filmowcy, Jerzy Sztwiertnia nakręcił film Wesołych Świąt, w krzywym zwierciadle ukazując wczasowe romanse. Do dzisiaj klasą samą dla siebie pozostaje film Rejs Marka Piwowskiego, przedstawiający alternatywny rodzaj uspołecznionego wypoczynku (FWP organizowała również rejsy po Wiśle).
Ludzie z ambicjami, a głównie studenci, nie korzystali jednak z usług FWP. W tym gronie niezwykle popularne stały się Bieszczady (Zielone wzgórza nad Soliną), Mazury i Pojezierze Suwalskie (Augustowskie noce). Artyści ze Studenckiego Teatru Satyryków upodobali sobie Krzyże nad Jeziorem Nidzkim, a tamtejsze prymitywne warunki bytowe były dla nich dodatkową atrakcją. Brak prądu i bieżącej wody rekompensował kontakt z dziką przyrodą oraz niemal całkowita izolacja od zdobyczy cywilizacji. W pobliżu, w leśniczówce Pranie spędził ostatnie lata życia wyklęty w Warszawie Konstanty Ildefons Gałczyński.
Środowisko literatów i aktorów natomiast co roku odwiedzało Chałupy na Półwyspie Helskim. Bywali tam Dygatowie, Alina Janowska, Zbigniew Zapasiewicz, Wiesław Gołas, Jerzy Kamas, Aleksandra Śląska. Kalina Jędrusik szokowała seksapilem, a Janusz Głowacki stanął przed kolegium orzekającym w Pucku, przyłapano go bowiem na grze w szachy w stroju adamowym.
"Była to starannie przygotowana akcja - wspominał. - Patrol wyczołgał się zza wydm i ruszył w naszą stronę, maskując się gałęziami jak chyba Las Birnamski w Makbecie. A wtedy czasy były takie, że opalać się u nas mogli nago tylko i wyłącznie Niemcy z NRD" 18.
Na posiedzenie kolegium zjechała cała brać artystyczna z Chałup, pojawiła się również kronika filmowa z Markiem Piwowskim. Głowacki i drugi "przestępca" Andrzej Markowski ze "Szpilek" zostali skazani na najwyższe możliwe grzywny, a przy okazji Głowackiemu odebrano nagrodę warszawskiej "Kultury", co było znacznie dotkliwszą karą.
W czasach PRL na znaczeniu straciło natomiast Zakopane. Nie aspirowało już do roli "kulturalnej stolicy Polski", z jego pejzażu zniknęli artyści stanowiący o odmienności kurortu. Nie żyli już Szymanowski, Witkacy i Wojciech Kossak, na emigracji pozostali August Zamoyski i Kazimierz Wierzyński. Zdegradowane do roli tłumnie obleganego miejsca wypoczynku klasy robotniczej powoli traciło swoją wyjątkowość.
Urlop jednak z reguły trwa znacznie krócej niż lato, zatem w stolicy również pojawiło się miejsce, gdzie wypoczywali ludzie o znanych nazwiskach. Był nim kompleks basenów Legii, w 1956 roku oddany do użytku po remoncie. Obiekt szybko uzyskał status kultowego.
"Basen "Legii" otwierano 1 maja, zaraz po pochodzie - wspominał Jerzy Gruza. - Uroczystość zaczynała się skokiem z wieży basenu "Grubego Kazia", basenowego, który ważył sto pięćdziesiąt kilo, a może więcej. Woda występowała wtedy z brzegów i orkiestra siedząca na szczycie wieży zaczynała grać dixieland. Kazio był typem nierozerwalnie związanym z życiem basenu na Łazienkowskiej. Można go też było oglądać w wielu polskich filmach fabularnych tego okresu. Ze względu na olbrzymi brzuch i wagę był uosobieniem krwiopijcy, kapitalisty, imperialisty i wroga ludu.
W rzeczywistości był przemiłym, sympatycznym i jowialnym facetem, oddanym porządkowi i sprawnemu funkcjonowaniu basenu od rana do nocy. Nie wiadomo było, jak i z czego żyje po sezonie" 19.
Basen Legii przyciągał ludzi z najrozmaitszych środowisk. Literatów, pisarzy, prywaciarzy, studentów. Nie brakowało pań lekkich obyczajów i zwykłych prowincjuszy poszukujących wrażeń. To tutaj Wojciech Frykowski rzucał wyzwanie trenującym zawodnikom klubu, a Roman Polański wypatrzył Jolantę Umecką, którą obsadził w Nożu w wodzie.
Na Legii wypadało bywać, najlepiej w odpowiednim towarzystwie. Obowiązywała tam bowiem specyficzna hierarchia.
"W najtajniejszym zakątku "trawy" - opisywała Agnieszka Osiecka - w cieniu pod siatką (to znaczy - pod parkanem) rozłożyły się najważniejsze dziewczyny całego zgromadzenia: półboginki, piękności i samotnice. Były wśród nich te, które "chcą być same", te, które "chcą przeczytać ciekawą książkę", a także te, które wiedzą, że i tak będą poderwane, chociaż skryły się w cieniu. [...] Skład klasowy tych dziewczyn bywał (choć niekoniecznie) nieco wyższy od dziewczyn spod szatni. Trafiały się rzeźbiarki z dobrych rodzin, bez żadnego makijażu, otulone w starą sukmanę stangreta, malarki uszminkowane od rana na Kleopatrę [...] i studentki szkoły teatralnej, śliczne i zdrowe, prosto z malutkiego miasteczka" 20.
Najważniejszą grupą stałych bywalców basenu byli artyści i ludzie interesu. Mieszali się tam ludzie z różnych środowisk: zamożnym badylarzom czy producentom krawatów towarzyszyli literaci i filmowcy. Byli to osobnicy dysponujący z reguły znaczną gotówką, co przekładało się na ich sukcesy towarzyskie. Czasami zresztą nie wiadomo było, jaką profesję uprawiają. Tak jak legendarny bywalec basenu o pseudonimie "Wuj".
"Krążyły o nim plotki - opowiadała Osiecka - od których włosy jeżyły się na głowie: że handluje narkotykami, że jest madonną siedmiu wywiadów (wuj! madonną!), że oszukuje w pokera, że jest zwyczajnym gangsterem i tak dalej, i tak dalej. Dla naszej jednak opowiastki jest ważne tylko to, że "Wuj" był człowiekiem przepotwornie majętnym. Poruszał się po Warszawie wściekle czerwonym mercedesem i robił przy tym tyle hałasu, co Benio Krzyk przy przejeździe przez Odessę" 21.
Inną charakterystyczną postacią Legii był aktor Adam (Duduś) Pawlikowski nazywany "epizodystą doskonałym". Były żołnierz AK, po powstaniu warszawskim trafił do Włoch i tam rozpoczął studia medyczne. Przerwał je, aby powrócić do kraju, gdzie przez pewien czas studiował muzykologię. Uznanie przyniosły mu niewielkie role w filmach szkoły polskiej, a szczególnie u Andrzeja Wajdy. Do historii polskiego kina przeszła scena z Popiołu i diamentu, podczas której razem ze Zbyszkiem Cybulskim palili alkohol w kieliszkach jak znicze za poległych kolegów.
"Zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia - wspominał go Jerzy Gruza - czym mógł zainteresować kobietę: teorie powstania warszawskiego i jego konieczność, reguła zakonu jezuitów, anegdota z baru w "Kameralnej", podwójne znaczenie jakiejś litery w języku japońskim, którego się właśnie uczył. Siedział trochę z daleka od nas, bajerantów banalnych, i unosił się w rejonach, które zaskakiwały opalające się dziewczyny, że można je traktować tak poważnie" 22.
Obaj bohaterowie Legii, Pawlikowski i "Wuj", zakończyli życie tragicznie, popełnili samobójstwo w identyczny sposób, wyskakując przez okno. Pawlikowski od lat zmagał się z chorobą psychiczną, "Wuj" natomiast stracił cały majątek i nie chciał już dłużej żyć. Nie żyje już Agnieszka Osiecka, ale dobrym zdrowiem cieszą się inni bywalcy Legii i uczestnicy tamtejszego życia towarzyskiego: Jerzy Gruza i Tadeusz Pluciński. Ten drugi dzielnie kontynuował karierę uwodziciela zapoczątkowaną przy Łazienkowskiej. Uczciwie bowiem zapracował na miano największego playboya w środowisku aktorskim.
OD CZYTELNIKA DO SPATIF-U
Warszawskie knajpy epoki PRL to temat zasługujący na oddzielne opracowanie. O większości wprawdzie nie warto nawet wspominać, jednak kilkanaście z nich na stałe zapisało się w dziejach polskiej kultury. Bywali w nich bowiem najwybitniejsi artyści, a ich nazwiska stały się symbolem stołecznych lokali.
Jak powszechnie wiadomo, Polacy nie potrafią żyć bez "chodzenia na kawę", a zwyczaj ten nie ma wiele wspólnego z piciem tego napoju. Zwykle stanowi pretekst do spotkania towarzyskiego, wymiany poglądów czy flirtu towarzyskiego. Tak więc wkrótce po zajęciu miasta przez Sowietów powróciły dawne obyczaje. Były to czasy parterowej Marszałkowskiej, a w ruinach domów powstawały sklepy, lokale usługowe oraz barki kawowe tłumnie odwiedzane przez powracających do stolicy mieszkańców.
Władza ludowa nie zamierzała jednak tolerować burżuazyjnego obyczaju i w ramach "bitwy o handel" upaństwowiła większość lokali. Państwowe placówki oferowały usługi na znacznie niższym poziomie, nieskażone jednak "zachodnią dekadencją".
Pomimo to w pejzażu gastronomicznym Warszawy przetrwało kilka miejsc, których istnienie można uznać za kontynuację tradycji Małej Ziemiańskiej. Ich legendę tworzyli stali bywalcy kultywujący tradycje cyklicznych spotkań oraz intelektualnej wymiany poglądów. Najważniejszym tego rodzaju lokalem (zasługującym na oddzielne opracowanie) była kawiarnia działająca w podziemiach wydawnictwa Czytelnik przy ulicy Wiejskiej. Zgodnie z intencją założycieli miało to być miejsce, gdzie twórcy mogliby swobodnie porozmawiać, wypić kawę i ewentualnie zjeść śniadanie. Chyba nikt nie przypuszczał, że w ten sposób powstanie legenda.
Stworzył ją mieszkający w pobliżu Tadeusz Konwicki. Początkowo pojawiał się tam w towarzystwie Leopolda Tyrmanda, z czasem zaczął codziennie okupować lokal. Do jego stolika przysiadała się Irena Szymańska i Antoni Słonimski, stałymi partnerami kawiarnianych debat byli Stanisław Dygat, Jerzy Andrzejewski i Leszek Kołakowski. Niebawem grono bywalców rozszerzyło się o ludzi filmu (Jerzy Kawalerowicz i Gustaw Holoubek) i stolik Konwickiego stał się ważnym punktem na artystycznej mapie stolicy. Dominowały dyskusje literackie i filmowe, jednak w pobliżu "na wszelki wypadek" przesiadywali funkcjonariusze UB. Konwicki zawsze podkreślał, że dla niego jest "to impreza czysto rekreacyjna", co chyba zraziło bardziej bojowo nastawionego Słonimskiego. Przeniósł się więc do maleńkiej kawiarni PIW-u na ulicę Foksal, gdzie znalazł środowisko bardziej zaangażowane politycznie.
Pan Antoni nazywał ją "Cafe Snob" i miał dużo racji. Lokal miał zaledwie kilka (!) stolików i od razu stał się miejscem elitarnym. Niełatwo było w ogóle do niego wejść, a dotarcie do stolika Słonimskiego graniczyło z prawdziwym cudem. To właśnie tutaj pan Antoni i Jan Józef Lipski napisali słynny "List 34" (wiele się nie natrudzili, pismo liczyło zaledwie dwa zdania), lokal odwiedzili podczas swojej warszawskiej wizyty Jean-Paul Sartre i Simon de Beauvoir.
Młodsze pokolenie wolało jednak lokale z wyszynkiem, gdzie przy wódce prowadzono "trudne Polaków rozmowy". Przez kilka lat jedynym takim miejscem w Warszawie była unieśmiertelniona przez Hłaskę restauracja Kameralna na Foksal. A właściwie lokal składający się z baru, restauracji i klubu nocnego. Szybko uzyskał on dwuznaczną sławę, wódka lała się tam strumieniami, a bójki były codziennym widokiem.
"Była to namiastka świata wielkiego, który gdzieś podobno istniał, ale też nie na pewno - tłumaczył poeta Roman Śliwonik. - Ale jeśli nawet był, przelewał się światłami, samochodami, dobrobytem, to dla nas niewiele znaczył, był odsuwany w głąb świadomości, bo fakt jego istnienia głęboko nas upokarzał" 23.
Wprawdzie większość gości pojawiała się wyłącznie w celu konsumpcji alkoholu, to miejscowa kuchnia uchodziła za doskonałą. Co nie przeszkadzało w tym, że goście głównie zamawiali "koniak i owoce południowe" (pół litra i ogórki). W oparach tytoniowego dymu toczono niekończące się rozmowy o życiu, polityce i literaturze. Stali bywalcy (wśród nich Hłasko) przechowywali nawet u szatniarzy marynarki i krawaty, bo bez tych części ubioru wstęp był zakazany. Do lokalu trafiali również zagraniczni goście, oczywiście o "postępowych" poglądach.
"Zjawił się kelner z otwartą już na zapleczu butelką wina - opisywał wizytę francuskich trockistów Jerzy Gruza - z korkiem wydłubanym widelcem, bo korkociąg, nie używany od lat, gdzieś się zapodział. Podszedł do stolika i zaczął rozlewać czerwony płyn pod nazwą "wino". [...] Jakaś pijana para w szalonym tańcu wpadła na stolik i przewróciła wszystko do góry nogami, rozbryzgując "wino marki wino" na Francuzów. A macie, żabojady! Wredni trockiści, zachciało się wam wina, w naszym budującym podstawy socjalizmu kraju!" 21.
Z końcem epoki stalinizmu Kameralna zaczęła podupadać, pojawiły się wówczas nowe lokale, które odbierały jej klientów. Na Krakowskim Przedmieściu specjalnym uznaniem sfer artystycznych cieszyła się restauracja hotelu Bristol.
"Selekcja gości była bezwzględna - opisywał Janusz Głowacki restaurację hotelu Bristol - żule ani klasa robotnicza nie mieli wstępu, zresztą było dla nich za drogo. Tu kłębili się utracjusze, niedobitki przedwojennych sfer wyższych, aferzyści, artyści, grała orkiestra, był parkiet, tańczono, a Zbyszek Cybulski rozpaczał, że go Wajda przestał brać do filmów. - Tu uwodził sławnych sportowców znakomity pisarz Jerzy Andrzejewski, tańczył przepijający pieniądze niewiadomego pochodzenia sławny rotmistrz Rzeszotarski, a za nim jak cień sunął Duduś Pawlikowski - eseista i aktor, nazywany najpiękniejszym rekwizytem polskiego filmu. I oczywiście tajniacy, prywaciarze, badylarze, synowie kuśnierza Skórki, szewców Śliwki i Filantropa, pierwsza liga prostytutek, czyli Iza Drabina, Paszcza, Paskuda, Patelnia, Pstynka, Czar Starówki" 25.
W takim miejscu nie mogło zabraknąć również tajniaków złorzeczących na fatalną jakość aparatury podsłuchowej.
Największą jednak legendą życia towarzyskiego stolicy okazał się położony w Alejach Ujazdowskich lokal SPATiF-u (Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu). Tam faktycznie działy się czasami rzeczy, o których się filozofom nie śniło.
""Spatif" był knajpą o tyle wyjątkową, że działającą na zasadzie klubu - wyjaśniał Janusz Atlas. - Pojawiający się tam ludzie nie byli przypadkowymi przechodniami z ulicy, najpiękniejszej zresztą w całym mieście. Do "Spatifu" nie przychodziło się też nigdy tylko w celach gastronomicznych, lecz po to, żeby być, zaistnieć, spotkać się, porozmawiać, ewentualnie upić, ale to już tylko wyłącznie przy okazji" 26.
Było to naturalne środowisko literatów, aktorów, reżyserów, dziennikarzy i sportowców. To w tym miejscu kulomiot Władysław Komar "dolewał do kury w rosole ćwiartkę wódki i ten koktajl duszkiem wypijał", a Piwowski, Maklakiewicz i Głowacki wymyślali dialogi do kultowego Rejsu. To w SPATiF-ie po trzydziestu latach spotkali się Loda Halama i Słonimski, a Józef Prutkowski "rozprowadzał" po lokalu striptizerki z prowincji szukające w stolicy męża z mieszkaniem.
"W SPATiF-ie dyskutowało się Heideggera i aktualny kurs dolara - przyznawał Głowacki - szanse odzyskania niepodległości i napicia nierozcieńczonego jarzębiaku, zrobienia dobrego filmu i okradzenia Szweda przy barze" 27.
Przez jakiś czas w soboty grał trzyosobowy zespół (pianino, bandżo i marakasy) i zdarzało się, że goście tańczyli solo. Podobno czasami panowała atmosfera jak na Titanicu z elementami "balu u senatora" i chocholich pląsów.
"Tańczyli wszyscy, aktualny kierownik wydziału kultury KC Aleksander Syczewski i polujący na każdą możliwość wywołania bójki młodzi lirycy z pisma "Współczesność". Andrzej Brycht, przed ucieczką na Zachód ulubieniec władzy, i autorzy ostro cenzurowani. Tańczył marcowy reżyser Bohdan Poręba i pobity w marcu Stefan Kisielewski. Wschodzące gwiazdy reżyserii Janusz Kondratiuk i Janusz Zaorski oraz wszystkie kelnerki. [...] A obok, wywracając się na stoliki, w zawiązanej na głowie chustce wywijał swoją "polkę-treblinkę" Janek Himilsbach" 28.
Lokal zamykano późno w nocy, a taksówki bywały w tych czasach luksusem trudno dostępnym. Życie nie znosi jednak próżni, goście nie miewali więc specjalnych problemów z przemieszczeniem się do innego lokalu lub do domu. Epoka PRL obfitowała bowiem w niekonwencjonalne rozwiązania.
"[...] Pod knajpą ustawiał się sznur polewaczek. Kurs do otwartego dłużej Ścieku na Trębackiej kosztował sto złotych, a z polewaniem sto pięćdziesiąt. Kierowca zawsze lojalnie pytał: "Lać?". I jeżeli człowiek chciał się poczuć albo zaimponować kobiecie, nie licząc się z kosztami, mówił "lać"" 29.
Polewaczki były z reguły domeną gości restauracyjnych, pozostali warszawiacy radzili sobie najczęściej inaczej. Kiedyś Wojciech Mann podczas Jazz Jamboree opiekował się Ornette Colemanem i również bez problemu załatwił saksofoniście niezwykły nocny transport do klubu Stodoła. Ubrany w futro muzyk był szczęśliwy, nigdy bowiem w życiu nie spotkało go coś podobnego.
"Zrobiłem więc coś, co w nocnej Warszawie nie było niczym nadzwyczajnym - wspominał Mann po latach. - Rozpaczliwie zatrzymałem jadący do zajezdni pusty autobus komunikacji miejskiej. Kierowca zaciekawiony albo rozpaczą moich gestów, albo ciemnoskórym futrzakiem, zatrzymał się potulnie obok nas. Za umówioną naprędce sumę "zrzucił tablice" i po kawaleryjsku dowiózł nas do Stodoły. Zachwyt wirtuoza saksofonu, który taczał się na zakrętach po pustym autobusie, wart był każdych pieniędzy" 30.