zamiast wstępu
Mam przed oczami obrazek: siedzimy przy stoliku, rozmawiamy, Jan Nowicki
w niedbałej pozie, z charakterystyczną dla niego elegancką nonszalancją
opowiada. Ale jak opowiada! To zawsze były opowieści, podczas których
wydawało się, że narrator zabiera cię w swój świat, że uczestniczysz w metafizycznej podróży, w której on jest przewodnikiem. Spod
przymrużonych powiek patrzy, czy robi wrażenie na rozmówcy. Tak, Jan
lubił robić wrażenie. I robił! Czarował słowem, uwodził uśmiechem,
olśniewał głębią przemyśleń. Wielki Szuler. Łatwo było się nim
zachwycić. I zachwycałam się za każdym razem. Był gwarancją ciekawej
rozmowy. Wiele takich z nim odbyłam na różnych etapach jego życia. I mojego. Pamiętam też ostatnią. Świat opanował koronawirus. Przerażeni,
niepewni jutra siedzieliśmy zamknięci w swoich domach, bojąc się
najmniejszego kontaktu z drugim człowiekiem. A jeśli to już koniec? A jeśli świat, który znaliśmy, zniknie na naszych oczach? Przemijanie,
śmierć, utrata... - jak się z tym uporać? Zadzwoniłam do Jana. Zapytałam,
czy opowie o przemijaniu do "Twojego Stylu". Był oswojony z tematem od
lat, czasem nawet myślałam, że kokietuje starością i bliskim końcem.
Lubił rozmawiać na temat przemijania, traktował je jak coś, co każdego z nas czeka. I tylko od nas zależy, czy się z tym pogodzimy jako z naturalną koleją rzeczy, czy będziemy siebie oszukiwać, że można czas
zatrzymać w miejscu. Był wieczór, rozmawialiśmy przez telefon dobre trzy
godziny. "No to masz już książkę" - powiedział w końcu. Wtedy nie
myślałam o książce, biografii wielkiego aktora. To był czas, kiedy
wycofał się z aktorstwa i z powodzeniem został pisarzem. Napisałam
wywiad. Autoryzacja jak zawsze z nim bez jednej poprawki. Człowiek,
który wie, co mówi, i robi to pięknie, nie zmienia potem wersji. "Jana
wystarczy spisać" - lubiłam żartować. Bo rzeczywiście był fenomenem,
wymarzonym rozmówcą dla dziennikarza. W dodatku nie bał się mówić, co
myśli, nawet jeśli miałby się na niego obrazić cały świat. Bo nawet jak
obrażał, to z klasą. Miałam wrażenie, że żyje na własnych warunkach.
Mało komu się to udaje. Zwykle jesteśmy w układach, zależnościach,
powinnościach... Jego to nie dotyczyło. On żył tak, jak chciał.
I nagle niespodziewanie odszedł. Bez pożegnania i fanfar. Też na swoich
warunkach. Zawsze powtarzał, że chciałby umrzeć w domu, w ramionach
ukochanej kobiety. Spotkał taką pod koniec życia. Jeszcze zdążył przeżyć
miłość ostatnią. Dobrą, czułą, spokojną, dojrzałą. Ale kiedy odszedł,
została pustka. Zostawił po sobie brak nie do opisania.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja cudowna redaktorka prowadząca
Magdalena Chorębała: "Napiszesz biografię Jana Nowickiego?". "Tak" -
odpowiedziałam bez zastanowienia, wiedziałam od razu, że chcę to zrobić.
Nie tylko dlatego, że "wielkim aktorem był", ale dlatego, że był
cudownym czarodziejem. Chłopakiem z bajki, który pięknie opisywał nawet
brudny świat. Pamiętam jego opowieść o kwiatach w wazonie: "Lubię życie
porównywać do kwiatów w wazonie. Cały rok staram się mieć kwiaty w wazonie. W tym upatruję zresztą powodzenie człowieka, że może sobie
pozwolić na to, by przez cały rok mieć świeże kwiaty. Piękne kwiaty to
często więcej niż lichy partner w domu - jest na co popatrzeć i jest z kim pomilczeć. Ale przyjrzyjmy się im bliżej. Najpierw są piękne, ale z czasem więdną. A zwróciłaś uwagę na to, jak śmierdzi woda w starych
kwiatach? Przecież to jest nic innego, jak opowieść o człowieku, jego
starości i przemijaniu. Zauważ, że dokładnie tak samo kończy, jak cięte
kwiaty". Wielki Szuler uśmiecha się pewnie teraz gdzieś w niebie, a ja
staram się stworzyć jego portret. Starannie składam opowieści
najbliższych jak puzzle, w nadziei, że odmalują prawdziwy obraz.
Z wdzięcznością kłaniam się wszystkim, którzy pomogli mi w powstaniu tej
książki. Mojej redaktorce prowadzącej dziękuję za zaproszenie, bliskim
aktora za to, że podzielili się ze mną swoimi wspomnieniami. Rodzinie i przyjaciołom dziękuję za wsparcie podczas trudnej podróży po świecie
Jana Nowickiego, który starałam się pokazać na kartach tej książki.
Dziękuję Ci, Wielki Szu.
wojenny poród
Upalne lato 1939 roku. Takiego gorącego sierpnia od dawna w Polsce nie
było. Temperatura piasków wydm nad Bałtykiem sięga nawet 50 stopni
Celsjusza.
Piękne to lato i w Kowalu. Białe od żaru i oszałamiające dni letnie
wloką się leniwie. Dom Nowickich wraz z oknami niemal tonie w bujnym
kwitnieniu ogrodu. Jabłonie szczodrze obrodziły w tym roku. Soczyste,
przepełnione słodkim do omdlenia miąższem owoce pachną obietnicą
szczęśliwego życia. Pani Marianna brzemienna, niebawem urodzi. Nie mogą
z mężem doczekać się potomka. Na świecie od dwóch lat jest już Hania. Na
czarno-białych fotografiach uśmiechnięte twarze rodziny Nowickich na tle
maleńkiego, choć solidnego domu z cegły. Dziś wiemy, jak szczególne to
było lato. Ale wtedy, gdy Marianna i Antoni oczekiwali syna, nikomu
nawet przez myśl nie przeszło, że za chwilę zacznie się prawdziwe
piekło.
święta agato, módl się za nami
13 września 1939 roku wojska niemieckie wkraczają do Kowala, od strony
Kruszyna. Już kilka dni wcześniej nad miastem krążą wojskowe samoloty
jak złowrogie czarne wrony, które zwiastują nieszczęście. W mieście
coraz więcej wojska. Kowal, podobnie jak i całe Kujawy, zostaje włączony
do Rzeszy. Ludzie, jedni w obawie przed germanizacją, inni - Żydzi -
przed eksterminacją, opuszczają domy, uciekają do lasu. Dawno już
skończyło się upalne lato, a także wrzesień, który był wyjątkowo,
zupełnie niezrozumiale ciepły. Jakby miał osłodzić to, co się stanie.
Październik już nie rozpieszcza.
Pani Marianna wkrótce ma urodzić, musi znaleźć bezpieczne miejsce. Ale
nie ma takiego. Słychać bombardowania i strzały, niebo płonie od ognia.
Babcia Józia przerażona woła, żeby uciekać. Z pierzyną przewieszoną
przez ramę roweru, okopconym czajnikiem, zabranym w pośpiechu jedzeniem
i kozą na postronku cała rodzina ucieka do lasu. W domu został tylko pan
Antoni. Na końcu biegnie mała Hania, ledwo nadąża, dźwigając za ciężki
jak na dwulatkę kosz z kartoflami. Płacze, bo bulwy wypadają z koszyka.
Wraca, zbiera i znowu pędzi ze szlochem. Marianna wielkim brzuchem
wspiera się o rower i z trudem przedziera się przez dzikie pola. Matka
obejmuje brzemienną córkę. Zimno, listopad. Ale może jakoś przetrwają.
Marianna czuje, że za chwilę dziecko przyjdzie na świat. "Muszę wracać
do domu" - płacze. Wracają. Noc rozpościera swój ciemny płaszcz nad
Kowalem. Żeby tylko zdążyć, zanim zacznie rodzić. Na rogu ulic Piwnej i 3 Maja, o którym miejscowi mówią "ostatni grosz", spotykają polskiego
żołnierza. Radzi, żeby wrócić do lasu, bo Niemcy wciąż bombardują.
Marianna daje żołnierzowi soczyste, odurzające zapachem jabłko z ich
ogrodu, zdążyła kilka zabrać przed ucieczką. "Nie zapalajcie światła!
Nie palcie w piecu! Zasłońcie okna!" - krzyczy jeszcze za nimi żołnierz.
W końcu docierają do domu. W nozdrza uderza ich stara, znajoma, zaufana
woń sieni. W środku ciemno i zimno. Pamiętają przestrogę żołnierza -
świateł nie zapalać, żeby się nie zdradzić. Z szafy wychyla się ojciec,
który ukrywa się tam z siekierą, jakby w cieniu swego losu czekał na
Niemców. Nie uciekł, postanowił walczyć, nie chciał oddać swego.
"Wróciłam do domu, żeby ci urodzić" - mówi Marianna. Zmęczona, obolała,
z wielkim brzuchem osuwa się na łóżko.
W domu ziąb, ale przecież nie można rozpalić w piecu, dym mógłby ich
zdradzić. "Antoś, biegnij po akuszerkę - krzyczy babcia Józia. - Hania,
do kuchni, nie wolno ci patrzeć!" Stawia na parapecie figurkę Świętej
Agaty. To patronka pielęgniarek i matek karmiących. Na pewno pomoże przy
porodzie i w połogu. Chroni też przed ogniem, może więc żadna bomba nie
spadnie na ich dom. Jest jeszcze Basia, koza, w niej nadzieja, bo daje
dwa litry mleka dziennie. W kącie stoi zapalona gromnica. Drzwi
trzaskają, rachityczny płomień gaśnie, wchodzi akuszerka, pani
Dmochowska. Babka znowu zapala gromnicę. Płomień tli się niespokojnie,
dając niewielkie światło. Ale bez niego akuszerce byłoby trudno. "Jak
pestkę z rozpołowionej nożem brzoskwini, z ciepłego brzucha mamy na
zimny świat wyciągnęła mnie pani Dmochowska"3 - napisze po
latach Jan Nowicki. Babka myje noworodka w zimnej wodzie. Hania pamięta
jeszcze krzyk nowo narodzonego braciszka. Rankiem Antoni wskakuje na
rower i gna czym prędzej do plebana, żeby zarejestrować syna. "Jan" -
pisze pleban w kościelnej księdze.
Nowiccy wcześniej, przed Hanią i Janem, mają jeszcze dwójkę dzieci -
Halinkę i Gieniusia. 4 grudnia 1934 tragicznie tracą oboje - córeczka ma
wtedy trzy i pół roku, synek niespełna dwa lata. Dyfteryt, czyli
błonica, zadusił oboje. Szczepionkę wynaleziono dopiero po wojnie,
wcześniej na przeżycie nikt nie miał szans. Okrutna choroba zabierała
niemal od razu. Przez uduszenie. Marianna podobno dzielnie to zniosła,
ale czy można dzielnie znieść śmierć własnych dzieci? Pewnie do końca
życia tłumi w sobie rozpacz po ich utracie. Antoni po pogrzebie najpierw
tygodniami milczy, potem wrzuca do pieca niedokończone dziewczęce
buciki, a w końcu zaczyna pić. Na umór. Nie może pogodzić się ze
śmiercią dzieci. Babcia Józia opowiada potem, że topił łzy w wódce.
Długo jest na niego zła. Nie dlatego, że pije, to rozumie, tylko
dlatego, że po dzieciach nie wolno płakać. "Ciężej im przez to w niebie"
- mówi. Ale Antoni nie słucha. Żałość rozdziera mu serce, dla ukojenia
śpiewa z ciotką Wandą przedwojenne szlagiery, a wtedy płacze i pije
jeszcze więcej, do upadłego. W domu nie ma co jeść, a on przepija każdy
grosz. Jan pamięta, jak chowają się z Hanią w ciepło torfniaka, wokół
głód, a oni z siostrą z tego głodu opowiadają sobie bajki. Babcia Józia
wie, że to ona musi teraz zarobić na dom. Skupuje u chłopów jajka,
śmietanę i mleko, a potem idzie do odległego o 15 kilometrów Włocławka i sprzedaje na targu. Wraca też z bagażem - ma igły, guziki, mydło i inne
drobiazgi, które sprzedaje w Kowalu. To wyczerpująca wyprawa, w obie
strony w sumie 30 kilometrów, w dodatku z ciężkim bagażem. Po dwóch
latach kupuje stary, pordzewiały rower - nie do jeżdżenia, przewozi nim
towar. Zarzuca na ramę torby, które wiszą po obu stronach, a w nich -
jajka, śmietana, mleko. Do domu Nowickich w Kowalu powoli wraca życie.
20 lipca 1937 roku na świat przychodzi Hania. Potem, 5 listopada 1939
roku, Jan. Ale szaleje już wojna. Przed nimi znów ciężki czas.
ćwiczenia z utraty
Niemcy wyrzucili Nowickich z własnego domu, więc ci muszą się przenieść
na rynek. Teraz mieszkają w jednoizbowej norze z szafą. To prawdziwa
nora, bo jest w niej tylko jedno okno z widokiem na pompę. Połowa
miasteczka przychodzi tu po wodę. Od rana słychać głośne skrzypienie
żeliwnego ramienia pompy i chlupot wody napełniającej spragnione wiadra
i kanki. W izbie jest stara, odrapana szafka na jedzenie. Jan pamięta
też kuchenny piec z dużą płytą, na której stał wielki kamienny garnek z kaszą. Każdej nocy zakradał się do niego szczur. I pułapkę na gryzonia -
nigdy nie dał się w nią złapać. W nocy było słychać tylko trzask
zamykającej się sprężyny, ale rano nie było w pułapce ani szczura, ani
śladu słoniny. Sprytny był, umarł w końcu ze starości. W izbie stoją dwa
łóżka - na jednym śpi matka z maleńkim Jasiem, na drugim ojciec. Babcia
Józia ma posłanie za szafą. Hania chodzi na noc do ciotki Frani, dla
niej brakuje już miejsca. Marianna czasem wychodzi z domu, żeby gotować
Niemcom. Mały Jasiek płacze wtedy wniebogłosy. Źle znosi rozstania z matką. Najbardziej lubi, gdy przytula go do piersi i karmi. W jej
ramionach czuje się bezpiecznie. Zapach miękkiego ciała matki i słodki
smak ciepłego mleka koją. Już chodzi, a wciąż jeszcze ssie matczyną
pierś. Kobieta czasem siada na skraju łóżka i naciera solą ciemne,
bolące brodawki białych jak mleko piersi. Posmak soli miesza się ze
słodkim smakiem ciepłego mleka. Dziecku to nie przeszkadza, ssie
zachłannie, aż w końcu zasypia. Niechętnie porzuca pierś matki, dopiero
gdy ma dwa lata.
Marianna znowu jest w ciąży. Jest rok 1943. Babka Józia przeprowadza się
do Wucińskich, Hania może wrócić do domu i zająć jej miejsce za szafą.
Pewnego poranka, ledwo zaczęło świtać, budzi ją matka. "Idź do babci i powiedz jej, że zachorowałam" - szepce, żeby nie obudzić ojca. "Jak
spałam, w koszuli, bosiuteńko, pobiegłam i przyprowadziłam ją, razem z panią Dmochowską - wspomina po latach Hanna. - Coś szeptały, nie
pozwoliły wejść do środka. Przez drzwi usłyszałam zawodzenie mamusi i bezbożne przekleństwa ojca. A potem straszną ciszę, przerwaną głośnym
śpiewem wiosennych ptaków"4. Jak pogodzić się z kolejną utratą?
Czy można nauczyć się żałoby, gdy dopada nas kolejny raz? Gdy kolejny
raz traci się dziecko, które nosiło się pod sercem? Marianna była w szóstym miesiącu ciąży. Po co w ogóle poszła w nocy do piwnicy? Czy
naprawdę musiała przyciągnąć do nory wiadro z drewnem? Hania pamięta to
zejście do piwnicy w kącie nory. Wystarczyło odrzucić kilka desek i pod
podłogą ukazywała się czarna zimna czeluść z betonowymi schodami
prowadzącymi w nieznaną otchłań. Matka schodziła po nich z wiadrem,
cichutko, na palcach, żeby nie obudzić męża. Potknęła się na
przedostatnim schodku, z ostatniego spadła na zimną ziemię. Już
wiedziała, co się stało. Poczuła przeraźliwy, przeszywający na wskroś
ból w łonie. Jeszcze nabrała w wiadro drewna ukradzionego Niemcom z narażeniem życia, wdrapała się z nim z powrotem na górę, dorzuciła do
pieca i dopiero wtedy obudziła córkę, żeby pobiegła po pomoc. Hania
pamięta braciszka - różowy, tłuściutki. "Babcia ochrzciła go zwykłą
wodą, nazwała Stasiem i swoim zwyczajem zabroniła płakać - wspomina po
latach. - Nocą, owinięty w ciepły ręcznik w różyczki, złożony w pudełku
po butach, ze świętym obrazkiem w paluszkach, Staś pod pachą mamy
powędrował na parafialny cmentarz, gdzie zakopały go obok Halinki i Gienia"5.
konik na biegunach
Antoni od dawna jest chory. Doktor Blankiewicz już zimą 1943 roku
stwierdza u niego suchoty. "Nie gruźlicę, tylko suchoty - podkreśla
Hanna. - Gruźlicę to mógł mieć jakiś Chopin, szewc w naszych stronach
skazany był na suchoty"6. Bo ojciec Jana i Hanny był szewcem.
Hanna twierdzi, że jak każdy mężczyzna w Kowalu musiał nim zostać:
"Szewc przed wojną to był gość, nie tylko w niedzielę, przez cały
tydzień"7. Z czarno-białego zdjęcia spogląda przystojny młody
mężczyzna w mundurze. Ciemne, zaczesane do góry włosy, z przedziałkiem z lewej strony, lekko odstające uszy, wąskie usta i ciemne oczy o łagodnym
spojrzeniu. Ma tu 22 lata. Szesnaście lat później jest nie do poznania.
Choroba zabrała wszystko. Rodzina zapamiętała go jednak jako
przystojnego ułana, przy szabli, w wysokich butach. Matka jeszcze długo
po jego śmierci, w tajemnicy przed drugim mężem, zagląda z tęsknotą do
tych zdjęć. Hanna pamięta, że ilekroć matka kłóciła się z ojczymem,
krzyczała, że chce być pochowana przy pierwszym mężu.
Jan słabo pamięta ojca. Jak przez mgłę widzi, w świetle kopcącej lampy,
jego plecy. Ojciec leży twarzą skierowaną do ściany, chudy, długi,
skulony, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznego współczucia, w którym zdaje się wypoczywać. Na bladej jak opłatek twarzy zastygnięty
grymas bakchiczny. Na przemian drzemie, chrząka, pokasłuje. Gruźlica
dzień po dniu, milimetr po milimetrze, zżera mu płuca, ale w jego oczach
tlą się jeszcze resztki żaru dawnego życia. Czasem próbuje słabym ruchem
stawiać opór chorobie, ale to gesty bez znaczenia, gołym okiem widać
zbliżający się koniec. Jan widzi akt heroizmu matki, triumfujący nad jej
słabością, ale granica między życiem a śmiercią zaciera się coraz
bardziej. Ojciec powoli zanika. Godzinami udaje sen, którym pokrywa
zakłopotanie umierającego przedwcześnie mężczyzny. Jan pamięta zapach
sosnowych gałęzi, które Tadek i Bodzik, synowie wuja, przybijają ochoczo
do ściany, obok łóżka. Mają udawać sosnowy las. Wuj dowiedział się, że
takie lasy rosną przy sanatoriach dla gruźlików. "Łatwiej ci będzie
oddychać, wujek" - mówią. Nie pomogło. Odszedł 19 lutego 1944 roku. Jan
z pogrzebu pamięta tylko swój dziecięcy śmiech rozpaczy na tle powagi
żałobników.
Antoni miał 38 lat, gdy zostawił żonę z dwójką dzieci. Jaś ledwie
skończył cztery lata. Mówił potem, że nie zdążył nawet dostać lania od
ojca szewskim pasem. Pamięta tylko wilgotną od gorączki poduszkę ojca.
Chował tam pieniądze, które Jaś zarabiał, żeby uskładać na konia na
biegunach. Marzył o takim, prawdziwym, co ma grzywę, sierść, uzdę i strzemiona. Chłopiec, ubrany w rude palto ze sztucznego misia wypalone
na pupie od pieca, które dostał od ciotki, i czarny melonik udaje się w niedzielę po nieszporach pod kościół. Po nieszporach za parkanem zawsze
zbierali się mężczyźni z machorkowymi skrętami. Jaś podchodzi do jednego
z nich, w wiśniowych oficerkach, przyklęka i mówi: "Pocałuję pana but,
jak mi pan da złotówkę". Pierwszy występ za pieniądze. Mężczyzna podsuwa
lśniący but, chłopiec całuje, chowa złotówkę do kieszeni palta. Ktoś
inny mówi, żeby pocałował mur, drzewo, ziemię... "A pocałujesz mnie w rękę?" - pyta zaczepnie inny mężczyzna. "Pocałuję, ale za pięć złotych"
- targuje się chłopiec. Duma miesza się z upokorzeniem. Co powie ojciec,
że syn po rękach albo butach ludzi całuje za pieniądze? Nic nie mówi,
nie ma siły. Na konia nie udało się uzbierać. "Trzeba było coś jeść, a psi smalec na płuca taty swoje kosztował"8 - wspomina po
latach bez żalu, że nie dostał upragnionej zabawki.
ojciec przychodzi we śnie
Hania pamięta, że mama poszła rano po szyszki do pieca, bo ojciec dostał
dreszczy. Babcia, ukrywając się przed Niemcami, pobiegła na wieś, żeby
kupić masło - miało postawić na nogi zięcia. I córkę, bo też była już
słaba. Niewiele pomogło. Antoni leży bezwładnie na łóżku, czasem
ostatkiem sił patrzy na ścianę przed sobą, ale zwykle śpi. "Jest taka
chwila, między śmiercią a odejściem. Chwila szczególna, którą można
nazwać... momentem zastygania. Twarz zmarłego emanuje wtedy prawdziwą
energią, spokojem, dystansem i przewagą nad żyjącymi. Chwila ulotna,
nietrwała, ale też majestatyczna, pełna posępnej powagi, zdystansowana
do samej siebie"9 - rozważa Jan po latach. Lutowy wieczór,
babcia Józia zauważa, że zięciowi puchną nogi. To zły znak. Trzeba go
umyć. Za drzwiami trzaskający mróz. Babcia zapala świecę, do izby powoli
schodzą się sąsiedzi - taki zwyczaj w Kowalu, że śmierć wita się
gromadnie. "Dzieci, uciekajcie" - woła. To nie jest widok dla maluchów.
Nie słuchają, chowają się w kącie i cichutko patrzą na ostatni oddech
ojca. Gorzki zapach choroby osiadł na dobre na dnie pokoju. "Trzy razy
wychudłymi ramionami objął świat. Bez wysiłku, właśnie lekko. Odwrócił
się do ściany, po czym po latach na skrzydłach Halinki, Gienia i Stasia
odfrunął tam, gdzie można odpocząć"10 - wspomina Jan. Chłopiec
patrzy, jak sąsiad goli ojca, a potem chustą w niebieskie grochy
podwiązuje mu brodę. Ubiera go niespiesznie do trumny przy świetle świec
odbitych wielokrotnie w czarnych szybach okien. Babcia gasi świece,
pokój pogrąża się w ciemności i zapachu sosnowych igieł. Zostawia tylko
jedną, u wezgłowia łóżka, na którym ze spokojną, nienaznaczoną już bólem
twarzą, w cichym milczeniu leży ojciec. Twarz ojca staje się podobna do
sęków i słojów starej sosnowej deski, z której zheblowano wszystkie
wspomnienia. Ojciec odchodzi w bezgwiezdną nicość. Babka nakrywa go
białym prześcieradłem i wychodzi. Po chwili wraca z ogromnymi koszami
hiacyntów, które z narażeniem życia ukradła w oranżerii oficera
Wehrmachtu. Intensywny, hipnotycznie głęboki, upojny i słodki do
omdlenia zapach kwiatów roznosi się po izbie. Miesza się z zapachem
sosnowych igieł i wosku świec. Ten zapach Jan będzie pamiętał już
zawsze.
Ojciec raz mu się przyśnił. "Na przestrzeni 80 lat jeden, jedyny "sen".
Zamknięty w cudzysłów przez to, że nie miał ani początku, ani końca -
wspomina po latach. - Sen o Nim, ale bez Jego twarzy, słów, zapachu.
Tylko jakiś biały całun, do którego przywarłem ciepło i cicho. Też
biały, równie niekonkretny. Przez moment uświadomiłem sobie, że
przytulam się do swojego ojca. Przez ułamek sekundy doznałem
największego w życiu wzruszenia ze spotkania z kimś, kogo wcześniej i potem - nie było. Nierealnego tak, że po przebudzeniu nie potrafiłem
zaufać pamięci. [...] Myślę, że z tej otchłani niepamięci wzięła się
teraz moja samotność. To tak, jakby ktoś spalił pode mną most łączący z brzegiem, na którym czekał On. Nie na mnie jednak. Bo kiedy zabrakło
pamięci, musiało zabraknąć mnie. Resztę wzięła Ona. Odchodzące serce
matki zawsze zabiera ze sobą syna"11.
zapach wolności
Ojciec nie doczekał końca wojny. Jan za to dobrze pamięta wojska
rosyjskie, które wkraczają do Kowala. Stoi przed domem na ulicy, mróz
szczypie w policzki. Kilku postawnych mężczyzn ubranych w tiełogriejki,
walonki i uszanki z przyczepioną pośrodku rosyjską gwiazdą pyta, czy nie
widział Niemców. Dają mu cukierka. Chłopiec prowadzi ich do domu, w którym jeszcze mieszkają. Rosjanie wchodzą do środka, chłopiec słyszy
tylko strzały. Po chwili wychodzą, mijają go jak gdyby nigdy nic i idą
dalej szukać. Jasiek siedzi na schodach domu, w którym zabito Niemców,
patrzy przed siebie i je cukierka, którego dostał od rosyjskich
żołnierzy. Długo nosi też w sercu obraz nagich esesmanów, którym
Rosjanie w trzaskający mróz każą nosić węgiel do piwnicy. Zostawili
wielu Niemców w mieście do roboty. Wyznaczają im różne zajęcia. Ci mają
przynieść węgiel. Potem rozstrzeliwują ich na oczach dziecka. Tej samej
zimy widzi jeszcze zamarznięte zwłoki Niemców, gęsto poukładane, jedne
na drugich, na górce z piasku. Chłopiec patrzy na stertę trupów, jakby
to była sterta ołowianych żołnierzyków, które znudzone zabawą dzieci
porzuciły bezmyślnie. "Miałem wtedy może 4, 5 lat i nie widziałem w tym
nic złego. W takim świecie żyłem... Obok śmierci, chorób, nędzy,
głodu"12 - wspomina.
Do Kowala powoli wraca życie. Po śmierci ojca matka wychodzi drugi raz
za mąż. W domu pojawia się ojczym, Stanisław Zieliński. Przez parę lat
mały Jaś siusia do łóżka. Sikał już wcześniej. "Taki duży chłopiec, a zlał się do łóżka" - słyszy i ogarnia go paraliżujący wstyd. Sika w domu, sika u ciotki. "Ostatni raz zlał się do łóżka w mieszkaniu Niemki,
u której spał z ojczymem. Po incydencie bał się wstać z łóżka, a potem
płakał i długo modlił się na klęczkach przed świętym obrazem, aż do
wyschnięcia ostatniej kropli szczyny. Szczyny, bo słowa mocz nie znał, a siuśki robią dziewczyny. Wszystko to do sprawdzenia pod adresem:
Olsztyn, ulica B. Prusa 36"13. Małemu Jasiowi często matkuje
starsza o dwa lata siostra. Nie jest to proste, bo od małego chłopiec
lubi chodzić własnymi drogami. Pamięta pierwszy dzień w szkole: ma sześć
lat, matka prowadzi go za rękę do pierwszej klasy, po drodze mijają kurę
bezczelnie wygrzewającą się w słońcu. Gdyby tak mógł się z nią zamienić!
Szkołą się nie przejmuje, woli z kolegami wspinać się po drzewach albo
łowić ryby. W wakacje już z samego rana spuszcza psy z łańcucha i pędzi
z nimi w pole. I tyle go widać. Wraca, gdy zmierzcha. Do nauki się nie
rwie. Hania pamięta scenkę: w pierwszej klasie podstawówki pani
podchodzi do Jaśka i mówi: "Janek, pisz proste litery, nie takie
krzywe". A on na to: "A pani ma krzywe nogi i jest dobrze". Czasem
zastanawia się, kiedy nauczyciele stracą do brata cierpliwość. Ale on
nawet kłamać potrafi z takim wdziękiem, że serce mięknie. "Jak
chodziliśmy do szkoły, zawsze na koniec roku był egzamin i musieliśmy go
zdać. Pamiętam, jak w dniu egzaminu Janek poszedł do parku, w którym był
staw. Wykąpał się w nim i z mokrymi włosami poszedł zdawać. Dopiero po
drodze zaszedł do sklepu kupić ekierkę i linijkę" - wspomina. I choć do
nauki się nie rwie, dużo czyta. Pochłania nie tylko szkolne lektury, ale
i inne książki. Od Pamiętnika Wacława poprzez Między ustami a brzegiem pucharu po Jacka Londona.
wdzięczność krasuli
Prawdziwą wolność Janek czuje jedynie na polach i łąkach. Tam wszystko
jest niczym nieograniczone, a problemy rozwiewają się wniwecz. "Nie
wiem, ile mogłem mieć wtedy lat. Może osiem, może dziewięć. To był czas,
kiedy całymi miesiącami żyłem u wujka Rojewskiego na prawdziwej
kujawskiej wsi. W chałupie krytej słomą, owrzodzonej pod okapem
gniazdami jaskółek, z klepiskiem zamiast podłogi, piecem, z którego
przychodziły na świat bochny pachnącego chleba, przylepionego do liści
chrzanu"14 - wspomina Jan. Pełne żaru i nudy dni letnie mijają
beztrosko. Mały Janek pasie krowy, pławi na oklep konie, śpi w stodole
na sianie albo w stajni, o trzeciej nad ranem bez protestu wstaje do
żniw. Zapach skoszonego zboża przyjemnie muska nozdrza. Podobno smaków i zapachów dzieciństwa nigdy się nie zapomina. I Jan pamięta do końca
życia zapach skoszonego zboża, które wuj wiąże w snopy i ustawia na
polach, a gdy wyschnie, zwozi do stodoły. Na polu pracuje cała wioska,
wszyscy pomagają sobie nawzajem. Kiedy słońce jest najwyżej i żar leje
się z nieba, ciotka przynosi obiad. Gorące ziemniaki ze skwarkami
przyjemnie rozpływają się w ustach. Słodka maślanka chłodzi rozpalone
upałem i wysuszone trudem gardło. Ciotka trzyma ją w "sklepie". Tak
nazywa ziemiankę, piwnicę wykopaną pod ziemią obok domu, którą na górze
obrastają rachityczne brzózki. W "sklepie" zawsze jest chłodno,
okalająca z każdej strony ziemia nie dopuszcza nawet promyka słońca. A jakie tam rarytasy! W kamionkach stoi śmietana, tłusta, przepyszna,
prowizoryczne półki z desek uginają się od słoików z przetworami i gąsiorów z podpiwkiem. W kącie stoi wielka beczka z kapustą, którą
ciotka gniotła własnymi stopami, a tuż obok druga, z kwaśnymi i twardymi
jak kamień ogórkami. Chłopiec uwielbia tam zaglądać. Dla niego to nie
"sklep", tylko skarbiec, niczym z bajki o Ali Babie i czterdziestu
rozbójnikach, pełen... drogocennych skarbów. Bieda uczy doceniać i być
wdzięcznym. A jest za co. Choćby za powtarzalność, która daje przyjemne
poczucie bezpieczeństwa. Słońce wschodzi rano, zachodzi wieczorem, po
zimie zawsze przychodzi wiosna. Narodziny i śmierć są naturalną częścią
tego cyklu.
Kiedyś o północy budzi go wuj. "Jasiu, wstawaj szybko! Potrzymaj lampę.
I chodź ze mną do obory, bo Krasula jęczy i trzeba jej pomóc"15 -
mówi zmartwiony. Krasula jest w ciąży, od początku coś niepokoiło wujka
Rojewskiego. Żył w pełnej gotowości, często zaglądał do niej do obory,
zwłaszcza nocami, jakby spodziewał się najgorszego i chciał Krasulę
przed tym uchronić. "Bosy, z nogami w ciepłym gównie, stałem z lampą
naftową w ręku i patrzyłem, jak kujawski chłop pomaga zwierzęciu urodzić
dziecko. Klął przy tym siarczyście i klepał po szyi biedną matkę, która
walczyła o przetrwanie. Swoje i swojego maleństwa. W tym czasie Krasula
stała bez ruchu, wyraźnie świadoma, że udzielają jej właśnie pomocy -
opowiada Jan. - Na koniec jakiś jęk, może westchnienie bólu, po którym
ulga. "Uratowałem go, kurwa! - wystękał chłop i sięgnął po machorkowego
skręta. - Wyrzuć łożysko na śmietnik, żeby nie zeżarła, bo może się
rozchorować. Omyj nogi z tego gówna i wracaj do łóżka""16.
Chłopiec posłusznie zabiera łożysko, jeszcze ogląda się za siebie. Widzi
cielaka, który śmiesznie, nieudolnie, ale z uporem próbuje stanąć na
własnych, jeszcze trzęsących się niepewnie nogach. Krasula wielkimi
oczami patrzy z wdzięcznością na wujka. Na tym polega życie. Trzeba być
dobrym człowiekiem.
Dla zwierząt i dla ludzi. Jan pamięta pewne letnie popołudnie, które
zaważyło na całym jego dorosłym życiu, stosunku do ludzi i świata. Przy
drewnianym kuchennym stole siedzą mężczyźni z kurzem sianokosów we
włosach. W szorstkich od trudu, spracowanych dłoniach trzymają
wyszczerbione łyżki, zachłannie wybierają z misek krychane kartofle
okraszone pachnącymi skwarkami. Zapach posiłku unosi się i opada na
kuchenną, wyszorowaną przez ciotkę do jasności podłogę. Ciotka krząta
się wokół stołu. "W pewnym momencie daleko na drodze ukazała się
sylwetka samotnego wędrowca zmierzającego w kierunku chałupy - wspomina
Jan. - Ciemny punkt powiększający się krok za krokiem. Nierozpoznawalny,
zdrożony, niosący być może - nowinę. Niekoniecznie dobrą. Wuj spojrzał w okno, potem na ciotkę, potem znowu w okno. A ona już wiedziała, że na
stole powinien się znaleźć jeszcze jeden talerz"17. Jan do końca
życia nosi w sercu tę "krótką opowieść o ludziach, co nawet w dalekim
nieznajomym z góry upatrują - brata".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Jeśli nie zostało to oznaczone inaczej, wszelkie cytowane w tej książce wypowiedzi pochodzą z autoryzowanych wywiadów przeprowadzonych przez autorkę. [wróć]
Jan Nowicki, Piosenki, czasem wiersze, Wydawnictwo Oficyna Jana, Kielce 2018, s. 11. [wróć]
Jan Nowicki, Moje psie myśli, Wydawnictwo Oficyna Jana, Kielce 2019, s. 11. [wróć]
Ibidem, s. 33. [wróć]
Ibidem, s. 34. [wróć]
Ibidem, s. 33. [wróć]
Ibidem, s. 27. [wróć]
Jan Nowicki, Szczęśliwy bałagan, Wydawnictwo Oficyna Jana, Kielce 2021, s. 107. [wróć]
Jan Nowicki, Piosenki, czasem wiersze, op.cit., s. 49. [wróć]
Jan Nowicki, Moje psie myśli, op.cit., s, 37. [wróć]
Ibidem, s. 28. [wróć]
Jan Nowicki, opracowanie i redakcja Dariusz Domański, Wydawnictwo Baran i Suszczyński, Kraków 1995, s. 7. [wróć]
Jan Nowicki, Szczęśliwy bałagan, op.cit., s. 194. [wróć]
Jan Nowicki, Moje psie myśli, op.cit., s. 39. [wróć]
Ibidem, s. 41. [wróć]
Ibidem, s. 41. [wróć]
Jan Nowicki, Piosenki, czasem wiersze, op.cit., s. 19. [wróć]