Żyć Ewangelią 2023 - rozważania - Praca zbiorowa

Reflow text when sidebars are open.
1. Uświadomienie sobie obecności Boga - ważne w każdej formie modlitwy! Przypomnij sobie, że stajesz przed Panem, który wszystko widzi, wszystko słyszy i który Cię bardzo kocha. Twoja modlitwa nie wznosi się donikąd, ale jest kierowana do konkretnej Osoby!
2. Modlitwa do Ducha Świętego - własnymi słowami lub korzystając z gotowych modlitw, wzywaj Jego pomocy, aby móc otworzyć się na działanie niewidzialnej łaski Bożej, by Bóg Ci pomógł: "Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami" (Rz 8, 26).
3. Przeczytanie fragmentu Ewangelii - przeczytaj teraz spokojnie, uważnie i z wiarą (tzn. z przekonaniem, że to jest Słowo Boże!) fragment przewidziany na dany dzień.
4. Wsłuchanie się i adoracja - pozwól sobie na dłuższy czas adoracji (przyjęcia Słowa z miłością). Postaraj się znaleźć fragment lub słowo, które najbardziej Cię poruszyło.
5. Tekst pomocniczy - przeczytaj rozważanie przygotowane na ten dzień, znajdujące się pod perykopą.
6. Przemyślenie - zastanów się, co najbardziej Cię dotknęło, jakie są pragnienia lub emocje, które rodzą się w Tobie w tym momencie. Co Ci się przypomina lub po prostu o czym myślisz, czytając te słowa? Zadaj sobie pytanie zasadnicze: Czego Bóg pragnie ode mnie, mówiąc mi dzisiaj te słowa? Ważne jest: ode mnie i dzisiaj!
7. Akt woli - wzbudź w sobie pragnienie pójścia za Jezusem, który mówi do Ciebie. Podejmij decyzję wprowadzenia usłyszanej Dobrej Nowiny w życie. Najlepiej, jeśli zastanowisz się, w jaki konkretny sposób będziesz w tym dniu żył według tej Ewangelii (pomyśl o czekających Cię zadaniach, sprawach, spotkaniach - to wszystko będzie okazją doświadczenia mocy Słowa Pańskiego).
8. Uwielbienie, modlitwa spontaniczna - własnymi słowami uwielbij Boga, podziękuj Mu za łaskę rozmowy z Nim, za Jego słowo... Możesz przedłużyć modlitwę, dodając spontaniczne intencje uwielbienia, podziękowania, przeproszenia lub prośby.
9. Notatki - czasami zanotowanie podjętej decyzji, postanowienia lub pragnienia może pomóc Ci w jego zrealizowaniu w tym dniu. Może to być również dobra podstawa do wieczornego rachunku sumienia.
10. Wymiana doświadczeń - o ile to możliwe, dobrze byłoby, abyś dzielił się usłyszanym Słowem z innymi, którzy tak jak Ty rozważają je i chcą żyć według niego.
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi, uroczystość
Dzień Pokoju
Lb 6, 22-27 - Ps 67, 2-3.5 i 8 - Ga 4, 4-7 - Łk 2, 16-21
Pasterze udali się z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie [Matki].
Możesz pytać: "Kim jestem, żeby właśnie mnie objawił się Pan?". Brakuje Ci pewności siebie i pewnie zauważasz w sobie wiele negatywnych cech. Myślisz, że Bóg nie objawia się "zwykłym" ludziom, ale tylko tym idealnym i niezwykle wykształconym. Dzisiejszy fragment Ewangelii mówi coś zupełnie innego. Zwykli pasterze doświadczają Bożej bliskości i Jego żywej obecności, a niczym na to nie zasłużyli. Pan jest tym, który pierwszy do nich przychodzi i im się objawia. Warto zauważyć, że autor Ewangelii nie wymienia ich imion. Nie znaczy to, że są bez znaczenia, lecz jest zupełnie odwrotnie. Widziani przez pryzmat naszego ograniczonego ludzkiego spojrzenia jako "zwykli" pasterze, stają się uczestnikami przecudownego Bożego objawienia upadłemu i grzesznemu człowiekowi. Nigdzie nie jest napisane, że byli ludźmi pobożnymi, którzy wiele się modlili, żebyśmy potem mogli powiedzieć, że zasłużyli na spotkanie z taką łaską.
Droga siostro i drogi bracie, poproś Ducha Świętego, aby zarysował w Twoim sercu piękno tego tekstu, który właśnie trzymasz w swoich rękach. Zanurz się w każdym szczególe i po prostu obserwuj pasterzy, którzy doświadczają wezwania Boga i aktywnie na nie odpowiadają. Idą spotkać nowonarodzonego Króla, który rodzi się zwyczajnie w małej i prostej stodole. Niech to rozważanie pomoże Ci zobaczyć, jak również i Tobie objawia się Pan, jak On jest tym, który przychodzi pierwszy bez względu na Twoje grzechy i słabości. Zaprasza Cię do wspólnego z pasterzami wejścia do stodoły i do zapatrzenia się na Jezusa, który swoim dziecięcym uśmiechem chce dotknąć Twojego serca. I.R.
Świętych Bazylego Wielkiego i Grzegorza z Nazjanzu,
biskupów i doktorów Kościoła, wsp. obow.
1 J 2, 22-28 - Ps 98, 1bcde.2-3b.3c-4 - J 1, 19-28
Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: "Kto ty jesteś?", on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: "Ja nie jestem Mesjaszem". Zapytali go: "Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?" Odrzekł: "Nie jestem". "Czy ty jesteś prorokiem?" Odparł: "Nie!" Powiedzieli mu więc: "Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?" Odpowiedział: "Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz". A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: "Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?" Jan im tak odpowiedział: "Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała". Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.
W liturgii Kościoła kontynuujemy celebrację okresu Narodzenia Pańskiego. Perykopy ewangeliczne tego okresu w różny sposób ukazują "objawienie się" tajemnicy Boga w człowieczeństwie Chrystusa. Przez najbliższe cztery dni będziemy pochylali się nad tą tajemnicą, rozważając początek misji Jezusa, opisany przez św. Jana w pierwszym rozdziale jego Ewangelii (J 1, 19-51).
Tajemnicę tę odkrywa Żydom Jan Chrzciciel, wyznając, że to nie on jest Mesjaszem, ale Ten, który jest pośród nich, a którego nie znają. Jezus przecież przed rozpoczęciem swej publicznej działalności niczym nie wyróżniał się pośród swoich rodaków. Był normalnym dzieckiem, młodzieńcem, a potem mężczyzną. Jak każde dziecko bawił się, zawierał młodzieńcze przyjaźnie, a jako dorosły mężczyzna zajął się pracą i domem. Tymczasem inaczej wyobrażano sobie przyjście na świat długo wyczekiwanego Zbawiciela. A On, w zwykłą ludzką rzeczywistość, w szarą codzienność i w "normalność" życia, "wszedł" po cichu, bez rozgłosu i fanfar.
Warto więc uzmysłowić sobie, że Zbawiciel jest obecny w zwykłej codzienności i jest blisko mnie. Przychodzi w drugim człowieku. Jest obecny w Słowie Bożym i w sakramentach świętych, które mam często "na wyciągnięcie ręki". W przyjęciu Go ważna jest pewnego rodzaju świeżość, polegająca na świadomości, że tak naprawdę to jeszcze do końca Go nie znam. Jeszcze tak wiele mam do odkrycia w kontakcie z Nim. Taka postawa pokory, zaciekawienia i przyznania, że jeszcze Go nie znam (pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie), chroni przed rutyną i otwiera serce na odkrywanie Mesjasza i pogłębianie relacji z Nim.
A jaka jest moja postawa? Czy myślę, że znam Jezusa i wiem o Nim wszystko? Czy jest we mnie pasja poznawania i odkrywania Go? Czy dostrzegam Jego obecność i bliskość w mojej codzienności?
J.G.
Najświętszego Imienia Jezus, wsp. dow.
1 J 2, 29 - 3, 6 - Ps 98, 1bcde.3c-4.5-6 - J 1, 29-34
Nazajutrz Jan zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: "Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: "Po mnie przyjdzie mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie". Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi". Jan dał takie świadectwo: "Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: "Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym". Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym".
Jednym z imion, którym określamy Jezusa Chrystusa, jest "Baranek Boży". Określenie to powstało w czasie, gdy pasterstwo było codziennością ludzi w Izraelu. W Starym Testamencie jednoroczny baranek, niemający żadnych skaz był symbolem niewinności i prostoduszności oraz najcenniejszym z darów, które można podarować Bogu. Takiego właśnie baranka składano w ofierze w czasie uczty paschalnej (Wj 12, 5). Krew Baranka, którą skropione były drzwi domów Izraelitów, uchroniła ich od śmierci. Potem bezpiecznie opuścili Egipt, symbol niewoli i ucisku. W proroctwach Starego Testamentu przedstawiony jest Sługa Pański, Sługa Boży, który będzie cierpiał. Przyrównany jest On właśnie do niewinnego baranka prowadzonego na śmierć (Iz 53). Ewangelista Jan opisuje, że Chrystus został przez Jana określony właśnie słowami "Baranek Boży".
Sam Chrystus widział swoją misję jako cierpiący Sługa Boga i zapowiadał uczniom, że będzie cierpiał, ale też zapowiadał zmartwychwstanie. Przed swoją śmiercią Chrystus spożył z uczniami żydowską ucztę paschalną, na której konsumowano baranka paschalnego, i w czasie której ustanowił Eucharystię. W każdej Mszy Świętej, wskazując na Hostię, mówimy: "Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata" - i od VII wieku dodajemy słowa ślepców, którzy wołali do Chrystusa o pomoc: "zmiłuj się nad nami", a za trzecim razem dodano: "obdarz nas pokojem", prosząc Księcia Pokoju o ten wielki i ważny dar Boga w naszych sercach, między nami i między narodami.
Jezu, Baranku Boży, uwielbiamy Cię, zmiłuj się nad nami! Prowadź nas do źródeł wody życia, Twoja Krew niech nas chroni i obdarza nas pokojem!
K.K.
Objawienie Pańskie, uroczystość
Iz 60, 1-6 - Ps 72, 1b-2.7-8.10-11.12-13 - Ef 3, 2-3a.5-6
- Mt 2, 1-12
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: "Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon". Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: "W Betlejem judzkim, bo tak napisał prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela". Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: "Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon". Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny.
Teraz żyjemy w dość trudnych czasach, w których trwa spór o wiarę, Biblię, Jezusa... Czy to fakty historyczne, czy teorie wymyślone przez ludzi? Coraz częściej ludzie chcieliby wiedzieć, zamiast wierzyć.
Chciałbym przytoczyć wypowiedź ks. prof. Henryka Witczyka, zasiadającego w Papieskiej Komisji Biblijnej, z wywiadu, którego udzielił w okresie Bożego Narodzenia. Na pytanie: Czy gwiazda betlejemska to wytwór wyobraźni św. Mateusza, czy mogła ona być rzeczywistym zjawiskiem astronomicznym?, ks. prof. Witczyk odpowiada: To pytanie, które fascynuje dziś wielu astronomów piszących na ten temat książki. Jeden z nich, prof. Mark Kidger, w 1999 r. opublikował pracę, w której twierdzi, że zjawiskiem astronomicznym, które zafrapowało mędrców ze Wschodu, mógł być niezwykle rzadki fenomen, a mianowicie trzykrotna w ciągu jednego roku koniunkcja Jowisza i Saturna w gwiazdozbiorze Ryb. Taki układ jest widoczny zaledwie raz na 800 lat. W roku 7 p.n.e. pojawił się on natomiast aż trzy razy: 29 maja, 1 października i 5 grudnia. Było to nie tylko intensywne zjawisko na niebie. Można je było również zinterpretować w kluczu astrologicznym, ponieważ Jowisz był uznawany za planetę królewską, Saturn za związaną z Izraelem, a konstelacja Ryb oznaczała początek nowych czasów. Magowie mogli więc odczytać znak na niebie jako narodziny nowego króla żydowskiego, tym bardziej, jeśli znali żydowskie proroctwa i oczekiwania mesjańskie (Boże Narodzenie to fakty, a nie legendy, "W Sieci", 2014, nr 51/52 , s. 21-22).
Natomiast Marco Polo, wenecki kupiec i podróżnik, w drodze na Daleki Wschód w XIII w. natknął się na ślad trzech królów. Zanotował to w swojej książce pt. Opisanie świata: Jest w Persji miasto Saveh, z którego wyszli trzej Magowie, kiedy udali się, aby pokłon złożyć Jezusowi Chrystusowi (za: "Forum", nr 26/2014, s. 91).
Po tym wstępie dotyczącym historyczności zjawiska na niebie, zwanego gwiazdą betlejemską, przejdźmy do Ewangelii. Czego możemy nauczyć się od mędrców? Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: "Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon". Kim byli mędrcy? Wiemy, że byli to ludzie mądrzy i znający proroctwa o Mesjaszu. Wiodła ich gwiazda, ale mimo to nie znali dokładnie miejsca pobytu niemowlęcia, zatem pytali. Nie próbowali szukać po omacku. Byli na tyle pokorni, aby pytać. Oprócz tego brali też pod uwagę ludzkie doświadczenia. Mianowicie, skoro narodził się Król żydowski, to rozsądek podpowiadał, że należałoby Go szukać w pałacu królewskim. Zatem nic dziwnego, że udali się do króla Heroda. Jak pamiętamy, chcieli oddać pokłon Dzieciątku, które jest Królem żydowskim. Nie szczędzili czasu ani wysiłku. Uznali w Dziecku osobę bardziej godną od siebie, którą należy powitać i obdarować. Oni wiedzieli, do Kogo się wybrali.
Mędrcy z radością szukali Mesjasza. W szczerości swego serca upadli na twarz i oddali Mu pokłon. Przynieśli też drogocenne dary. Nawet nie przyszło im do głowy, aby zobaczyć w małym, przyszłym Królu, jakieś zagrożenie dla siebie. Cieszyli się, że narodził się ktoś mocniejszy, większy od nich. Ich intencje były czyste. Jakże inaczej było z Herodem. On nie wiedział nic, choć był bliżej miejsca narodzin. Dopiero dowiedział się o nowonarodzonym Królu od mędrców, ale jakże inaczej zareagował. Herod przeraził się, a jak wiemy z dalszych wersetów Ewangelii, od samego początku oszukiwał. Nie chciał odnaleźć Dziecka, po to, aby oddać Mu pokłon, ale uznał Je za groźnego rywala. Chciał odnaleźć, aby zniszczyć, zabić! Dla niego ważna była tylko władza. Egoizm zamknął go na poznanie prawdy i zrodził w nim okrucieństwo. Kazał wymordować chłopców do lat dwóch. To straszne! Czyż dziś nie spotykamy się z podobnie skrajnymi postawami wobec Boga, wobec Kościoła i samego Chrystusa? Wciąż na świecie są chrześcijanie, którzy z radością i pełnym zaufaniem przyjmują Mesjasza, przyjmują Bożą naukę i traktują ją jak światło rozjaśniające drogę ich życia. W Jezusie widzą swego Zbawcę, Pana, a nawet Króla ich serc. Świadomość Jego obecności w życiu im pomaga, dodaje sił i nadaje sens. Niestety, jest też podobnie jak wtedy. Niektórzy widzą w Jezusie, w Bogu, w Kościele, wielkie zagrożenie dla ich panowania nad innymi. Widzą zagrożenie dla ich pychy, egoizmu, żądzy władzy. W ich sercu znajduje się głęboka pustka, którą pragną wypełnić po swojemu, eksperymentując na ludzkiej naturze.
Jednym z takich wojowników tworzących własną ideologię, koncepcję nadczłowieka, był niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche. Każdy z nas wie z historii, do czego ta filozofia doprowadziła. Do jakich okrucieństw doprowadziła podczas II wojny światowej. Nie każdy jednak wie, jak zakończył swój żywot ów człowiek; nadczłowiek, który odrzucił Boga, stawiając się w Jego miejscu, gdyż to on chciał decydować, kto lepszy, kto gorszy, kto ma prawo do życia, a kto nie. Ten wielki we własnych oczach człowiek zmarł w szpitalu psychiatrycznym, w którym zjadał własne odchody. Wiele osób w historii źle kończyło swą walkę z Bogiem i Jego prawami. Aż trudno uwierzyć, że człowiek dobrowolnie może chcieć się wyrzec godności dziecka Bożego i odrzucać Bożą mądrość przekraczającą mądrość wszystkich ludzi razem wziętych, bo oni do tej pory jeszcze nawet nie odkryli tego, co stworzył Bóg.
Każdy dziś w swym sercu mógłby zadać sobie pytanie: Czy mam w sobie tyle pokory i miłości do Boga, aby otworzyć swe serce na Niego i dla Niego? Kim Jezus jest dla mnie? Komu dziś oddam pokłon? Czy pragnę, aby zbawił także i mnie?
A.S.
Św. Rajmunda z Penyafort, prezbitera, wsp. dow.
1 J 3, 22 - 4, 6 - Ps 2, 7-8.10-12a - Mt 4, 12-17.23-25
Gdy Jezus usłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: "Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego. Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan. Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło". Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: "Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie". I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. A wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a On ich uzdrawiał. I szły za Nim liczne tłumy z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i z Zajordania.
Jezus miał ogromną popularność. Chociaż czasy, w których żył, nie dawały możliwości wystąpienia w telewizji czy rozgłośni radiowej. Nikt nie miał też komputerów i nie słyszał nawet o mediach społecznościowych, a jedynym nośnikiem głosu Jezusa były wody Jeziora Galilejskiego, gdzie często przemawiał do tłumów. Więc co sprawiało, że do Jezusa ciągnęły tłumy? Autentyczność. Jezus szedł w imieniu Boga. On miał Boga w sercu i dawał Boga wszystkim tym, którzy Go pragnęli poznać.
Słyszymy dziś, że przychodzili do Niego różni ludzie, jedni po uzdrowienie, inni po słowo nadziei. Otrzymywali to wszystko, czego pragnęły ich serca, bo w Jezusie była wielka moc płynąca z bliskiej relacji z Bogiem Ojcem. Czynienie cudów, głoszenie nauki z mocą bierze się z bliskiej relacji z Bogiem Ojcem. Jezus bardzo o tę relację zabiegał. Bardzo o nią dbał. Poprośmy i my dziś o ten dar.
Panie Jezu, naucz nas zanurzać się w obecności Boga. Niech krew Chrystusa oczyszcza i umacnia nasze myśli i modlitwy, które rodzą się w sercu, by były czystym pragnieniem spotkania Boga Ojca. Amen.
F.P.
Hbr 2, 14-18 - Ps 105, 1-2.3-4.6-7.8-9 - Mk 1, 29-39
Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę. Gorączka ją opuściła i usługiwała im. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: "Wszyscy Cię szukają". Lecz On rzekł do nich: "Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem". I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.
Po wyjściu z synagogi Jezus robi przed swoimi uczniami jeszcze jedną niewyjaśnioną rzecz. Ciekawie byłoby się dowiedzieć, o czym była tego dnia mowa w świątyni, ale prawdopodobnie było to coś związanego z chorobami i cierpieniem.
Natychmiast po wejściu do domu powiedziano Jezusowi o cierpieniu teściowej Szymona. Zareagował od razu i ją uzdrowił. Ważne jest, aby zauważyć, że ta kobieta po wyleczeniu bez wahania służy Jezusowi i Jego uczniom, bo prawdopodobnie czuje potrzebę jakiegoś odwdzięczenia się.
Dalej widzimy, że przynoszono Jezusowi wielu chorych i opętanych, bo zapewne w okolicy rozniosło się to, co uczynił teściowej Szymona. Nie możemy zapominać, że w tamtych czasach choroby były o wiele groźniejsze. Nie było tylu leków ani opieki medycznej, więc każda choroba była rzeczywistym zagrożeniem dla życia, a Jezus natychmiast uzdrawia tę kobietę. Z pewnością wywołało to ogromny podziw.
Rozważając ten fragment, spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytania: co Jezus uczynił dla mnie w moim życiu? Czy mówię o tym innym? Dzisiejszy świat głęboko tęskni za Bogiem. Mimo że czasem nie jest tego świadom, to i tak Go szuka. Moje i Twoje świadectwo o doświadczeniu spotkania z Bogiem w modlitwie oraz rozważaniu Bożego Słowa może pomóc wielu zagubionym w znalezieniu Jezusa i zwróceniu się do Niego.S.H.
Hbr 3, 7-14 - Ps 95, 6-7.8-9.10-11 - Mk 1, 40-45
Trędowaty przyszedł do Jezusa i upadając na kolana, prosił Go: "Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić". Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: "Chcę, bądź oczyszczony". Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: "Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich". Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.
Dzisiejsza liturgia słowa wprowadza nas w zadumę nad problemem nieuleczalnej niegdyś choroby, jaką jest trąd. Mimo że minęło już tak wiele czasu, minęły wieki, a nawet tysiące lat, to problem trądu jest wciąż aktualny, podobnie jak aktualny jest problem grzechu. Dziś na świecie trąd już nie jest chorobą nieuleczalną, ale aby zostać uzdrowionym, trzeba w miarę szybko rozpoznać tę chorobę i ją leczyć.
Z grzechem jest podobnie. Im szybciej go odkryjemy w sobie, im wcześniej podejmiemy leczenie, tym łatwiej będzie się z niego wyzwolić, tym łatwiej będzie można wzrastać w dobrym. Tym łatwiej będzie można przywrócić dobre relacje z Bogiem i drugim człowiekiem. Tym łatwiej można pozbyć się lęków i napełnić się Bożym pokojem, mimo przeciwności losu, których w różnym stopniu doświadcza każdy z nas.
W Księdze Kapłańskiej (Kpł 13, 1-2.45-46) są opisane zarówno objawy pojawiającego się trądu, jak i sposób zachowania człowieka. Otóż czytamy, że: Jeżeli u kogoś na skórze ciała pojawi się nabrzmienie albo wysypka, albo biała plama, która na skórze jego ciała jest oznaką trądu (...). Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: Nieczysty, nieczysty! (...) Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem. Zatem człowiek zarażony trądem był całkowicie izolowany od ludzi zdrowych, aby ich nie zarazić.
Wtedy jeszcze nie znano pojęcia zarazków, ale Bóg wiedział i przekazał Mojżeszowi sposób hamowania rozszerzania się tej strasznej choroby, która zabija powoli, sprawiając okropny ból tak, że ciało powoli odpada. Można by powiedzieć, że taka izolacja była nieludzka. Nie dość, że człowiek był chory, ogromnie cierpiał fizycznie, to dodatkowo wciąż musiał obwieszczać innym o swej chorobie i trzymać się z daleka. Ogromna samotność w odosobnieniu. Niestety, w tamtych czasach innej możliwość chronienia zdrowych przed zarażeniem trądem nie było.
Czytając o tym, nasuwa się pewna refleksja na temat tak modnego niedawno relatywizmu, na temat tak powszechnie wymaganej tolerancji. Nie tylko, że zabrania się nazywać rzeczy po imieniu tak, jak sam Bóg mówił w Starym i Nowym Testamencie, ale jeszcze człowiek, który by dopuścił się oceny sytuacji w świetle Ewangelii, jest piętnowany. W świetle praw człowieka XXI wieku wszystko wolno tym, którzy lekceważą prawa Boże, ale niewiele wolno nam, ludziom wierzącym. Wszystko w imię równych praw, w imię szeroko rozumianej tolerancji. W imię wolności przekonań, równouprawnienia wszystkich wyznań.
Warto w tym miejscu przypomnieć Ewangelię, w której Jezus mówił, że wszystkie grzechy mogą być odpuszczone człowiekowi, z wyjątkiem tych, które popełni przeciw Duchowi Świętemu. Warto przypomnieć kontekst tych słów, aby zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Otóż Jezus powiedział to do tych, którzy zarzucali Mu, że mocą Belzebuba wyrzuca złe duchy. Wniosek jest prosty. Grzech przeciw Duchowi Świętemu polega na nazywaniu dobra złem, a zła - dobrem. Nierozróżnianie tych rzeczy. Przecież Jezus nigdy nie zrobił niczego złego, a zarzucano Mu moc złego ducha, któremu to duchowi dobro jest obce. Dziś to niezrozumienie nazywa się delikatnym, pięknym słowem "tolerancja". Tolerancja dla innych religii, która tak naprawdę jest w praktyce brakiem tolerancji. U nas w Polsce np. w imię tolerancji, w imię prawa, chciano wyrzucić krzyż z sali sejmowej, usuwać znaki religijne z miejsc publicznych, przydrożne krzyże przypominające, że w danym miejscu w wypadku zginął człowiek, mimo, że katolicy mają demokratyczną większość w demokratycznym kraju.
Warto sobie uświadomić, że żaden przywódca religijny nie umarł za wiarę, a jego życiu i śmierci nie towarzyszyły znaki i cuda. W Nowym Testamencie warto sobie przeczytać, co działo się, gdy Jezus skonał. Warto też poczytać sobie o cudach, które czynił Jezus i czyni nadal, a czego nie ma w innych religiach. Pomijając znaki i cuda dokonywane przez Jezusa na dowód Jego boskości, nie mamy szans obrony naszej wiary. Sami zaś, wyrzekając się mocy Chrystusa, wyrzekając się nawet tych drobnych cudów, które Jezus chciałby uczynić w nas, tracimy naszą tożsamość religijną. Tracimy wiarygodność. Tracimy to, co jest najważniejsze - wskazywanie jasnej drogi do zbawienia, na mocy męki i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Tracimy możliwość wykazania wyższości naszej wiary nad innymi religiami. Dajemy niestety argumenty wątpiącym lub nawet wojujących z naszą moralnością, a także z krzyżem. Jeśli sami nie widzimy największej wartości we własnym zbawieniu, w nieskończonym życiu w obecności Boga, to jak możemy o tym przekonać innych, jak możemy być autorytetem w sprawach wiary dla dzieci, dla młodego pokolenia? Jeśli widzimy potrzebę kształcenia dzieci i młodzieży w naukach świeckich, a wychowanie religijne sami spychamy na margines, to jak możemy spodziewać się, że wygramy walkę z przeciwnikami Kościoła o religijne wychowanie?
Każdy z nas może mieć swą małą cząstkę w zachowaniu wiary na przyszłe pokolenia. Każdy z nas może mieć swój wkład w walkę ze złem, którego sprawcą jest szatan, o czym się zwykle zapomina. Zwykle, niestety, utożsamia się człowieka z jego złym postępowaniem, zapominając o prawdziwym sprawcy grzechu.
Na zakończenie dzisiejszego rozważania, warto wrócić do słów Ewangelii. Jezus ma moc uzdrawiania, zarówno z chorób fizycznych, jak i chorób ducha. Jeśli z pokorą przychodzimy do Niego, prosząc o uzdrowienie lub oddając Mu swoje grzechy w sakramencie pokuty, to On, zdjęty litością, dokonuje cudu uzdrowienia. Problem w tym, czy z wiarą chcemy przyjąć od Niego ten cud.
Jezu Chryste, prosimy Ciebie, ulecz nas ze wszystkiego, co jeszcze dzieli nas od Ciebie, od drugiego człowieka i zakłóca w nas spokój wewnętrzny. Ulecz nas z wszelkich dolegliwości, abyśmy z radością i sercem pełnym wdzięczności mogli iść przez życie, będąc wiarygodnymi, Twoimi świadkami, abyśmy jak św. Kasper del Bufalo, założyciel Misjonarzy i Wspólnoty Krwi Chrystusa, troszczyli się o zbawienie drugich, by żadna kropla Krwi Chrystusa nie była przelana daremnie.
A.S.
Św. Hilarego, biskupa i doktora Kościoła, wsp. dow.
Hbr 4, 1-5.11 - Ps 78, 3 i 4bc.6-7.8 - Mk 2, 1-12
Gdy Jezus po pewnym czasie wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: "Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy". A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w duszy: "Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, jeśli nie Bóg sam jeden?" Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: "Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!" On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: "Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego".
Tam, gdzie jest sporo ludzi, musi być coś ciekawego - wielu chodzi na "dobry" film, stoi w kolejkach, bo jest promocja, stoją, bo inni stoją... W Internecie często pojawiają się prośby o pomoc, o modlitwę, i pojawia się myśl: on już umiera, jest mocno chory, co ja mogę? Otóż możesz - pokazać sobie i Bogu, że ten człowiek, proszący o modlitwę, jest kimś ważnym, nie ze względu na chorobę, na niego samego, ale na Boga, który kocha mnie i Ciebie, i tego chorego. Jak cenna jest modlitwa za kogoś. Jednak bez wiary i miłości nie będzie mnie na to stać. Gdy wierzę, że Bóg kocha mnie i bliźniego, że może nas uratować, uzdrowić, nie ma miejsca na wstyd, nawet jeśli trzeba rozebrać dach, wywołać poruszenie u innych, narazić się na drwiny. Warto wybrać Jezusa na adresata naszych próśb, bo tylko On - Bóg - potrafi uleczyć duszę, która niejednokrotnie jest o wiele bardziej chora niż ciało. Jest pokaleczona grzechem - on nigdy nie koi, ale ZAWSZE rani, niszczy relacje, zamiast zaufania tworzy podejrzliwość, zamiast pokoju - wojnę. Na życiowy paraliż wywołany grzechem nie ma lepszego lekarstwa niż modlitwa i przebaczenie.
Stanę w tłumie przed Jezusem, bo tam jest coś ciekawego, dobrego - kochający Jezus. Opowiem Mu o tym, co mnie i innych boli na ciele i duszy.J.S.
II niedziela zwykła
Iz 49, 3.5-6 - Ps 40, 2 i 4ab.7-8a.8b-9.10 - 1 Kor 1, 1-3
- J 1, 29-34
Jan zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: "Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: "Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie". Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi". Jan dał takie świadectwo: "Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: "Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym". Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym".
Świadectwo, którym dziś dzieli się z nami Jan Chrzciciel, otwiera w nas taką przestrzeń, której w naszej codzienności nie dostrzegamy i - co za tym idzie - mało z niej korzystamy. Jest to obszar działania Ducha Świętego, otwartości na Jego natchnienia i poruszenia, poprzez które pragnie nas prowadzić. Swoim natchnieniem pociąga nas ku sobie i otwiera nasze oczy serca, oczy umysłu na to, czego tak naprawdę naszymi zmysłami nie jesteśmy w stanie dostrzec, usłyszeć, a tym bardziej podążać.
Jan Chrzciciel, poprzez wyjście na pustynię, oderwanie się od spraw tego świata, jest otwarty na to, by usłyszeć i dać posłuch słowom pochodzącym od Boga. Wychodzi ze swojej pustyni, by przekazywać ludowi Izraela zamiary Boga względem nich - staje się prorokiem, który przygotowuje jakby bezpośrednio przyjście Mesjasza. Swoim głoszeniem przygotowuje serca ludzi na Jego przyjście. Daje o Nim świadectwo - dodajmy: świadectwo osobistego wybrania i posłania przez Boga. Więcej jeszcze: konkretnego pouczenia co do Osoby Syna Bożego.
Każdy z nas, idąc przez życie, powinien nieustannie robić miejsce i przestrzeń na "swoją pustynię", na spotkanie z Bogiem, wsłuchiwanie się w Jego głos, by cieszyć się tą obecnością oświecającą ścieżki, po których kroczymy i drogi naszych wyborów napełnia miłością.
H.C.
Św. Sebastiana, męczennika;
św. Fabiana, papieża i męczennika, wsp. dow.
Hbr 8, 6-13 - Ps 85, 8 i 10.11-12.13-14 - Mk 3, 13-19
Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki, i by mieli władzę wypędzać złe duchy. Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał.
Księża często spotykają się z pytaniami o powołanie. Jaka była twoja reakcja? Albo skąd wiedziałeś, że Bóg wzywa cię do właśnie tego zakonu? Jak zareagowało otoczenie, twoja rodzina i przyjaciele? Zawsze ciekawie jest posłuchać kapłanów, mówiących o doświadczeniach związanych z powołaniem, bo ludzi ciekawi jak to było możliwe, że ktoś w danym momencie decyduje się zostawić dotychczasowe życie i je zmienić, czasem nawet w totalnie inną stronę.
W dzisiejszej Ewangelii słyszymy o wyborze apostołów, dwunastu najbliższych współpracowników Jezusa. Ważne jest, aby zwrócić uwagę na kilka istotnych elementów dzisiejszego fragmentu. Jednym z nich jest to, że Jezus wybrał tych, których sam chciał, a nie tych, którzy na to zasłużyli, nie jakichś najlepszych ani tych już jakoś wcześniej przeszkolonych. Wybrał tych, których rzeczywiście chciał. Później widzimy, że zaprosił ich do siebie. Nie wybrał i nie zostawił ani nie pozostawił samych sobie. Wybrał ich do bycia z Nim, a także dał im władzę i posłał. W kontekście tych myśli ważne jest obserwowanie kapłanów, których znamy, mamy dookoła siebie - naszego proboszcza, kapelana, przyjaciela, członka rodziny... Jezus ich też nie wezwał ze względu na zasługi czy bycie lepszym od innych świeckich. Powołał ich, bo sam tego bardzo pragnął.
Powołał także Judasza Iskariotę, który Go później zdradził. Widzimy tu, że nikt nie jest chroniony przed odejściem od Jezusa. Jeśli jeden z apostołów się zagubił i odszedł od Jezusa, to wiele może się zdarzyć, nie tylko księżom, ale i każdemu z nas.S.H.
Św. Agnieszki, dziewicy i męczennicy, wsp. dow.
Dzień Babci
Hbr 9, 1-3.11-14 - Ps 47, 2-3.6-7.8-9 - Mk 3, 20-21
Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: "Odszedł od zmysłów".
Dzisiejszy fragment jest krótki, ale wymowny. Niesie z sobą dwie informacje. Pierwsza z nich mówi, że wszędzie, gdzie był Jezus, tłum się zbierał. Świadczy o tym słowo "znów".
Druga informacja to zatroskanie krewnych o Jezusa; krewnych, którzy nie rozumieli tego, co robił Jezus, więc chcieli Go powstrzymać, myśląc, że odszedł od zmysłów. Dziś powiedzielibyśmy: po prostu zwariował! Mówić o Jezusie, że odszedł od zmysłów, to rzeczywiście wielkie nieporozumienie. Niestety i w dzisiejszych czasach, jeśli ktoś się wychyla, nawet w stronę bardzo pozytywną, to często uznaje się go za oszusta, a nawet za wariata. O nas, ludziach wierzących i wprowadzających naukę Chrystusa we własne życie codzienne, też niektórzy mówią, że jesteśmy głupi, nawiedzeni. Zatem nie martwmy się, gdyż, jak mówił sam Jezus: Uczeń nie przewyższa nauczyciela, a Nauczyciela - Jezusa też nie rozumiano.
Zobaczmy, ile jest rozwodów, kolejnych związków, nieszczęśliwych ludzi. Jeśli poczytać gazety lub pooglądać telewizję, to można zauważyć rzeczywiście wiele zła. Wciąż nowe afery korupcyjne, oszustwa, znęcanie się nad dziećmi, zabójstwa, nierówność społeczna w dziedzinie materialnej. Zwykle jednak ci ludzie nie widzą swego zła i wynajdują dla siebie usprawiedliwienie. Złodzieje lub oszuści mówią, że trzeba kombinować, bo inaczej nie da się żyć. Rzadko jednak ktoś zło nazywa złem, grzech - grzechem. Wszyscy zaś niestety myślą, że robią dobrze, zapominając o konsekwencjach, nie mówiąc już nawet o przykazaniach, o Jezusie, który przygotował nam życie wieczne, ale nie bezwarunkowo.
A my sami, jeśli spojrzymy na nasze dawne życie w prawdzie Ewangelii, czyż nie zauważymy w nim grzechów, których niegdyś nie dostrzegaliśmy? Czyż z perspektywy czasu nie czujemy, jak bardzo jest nam potrzebny Jezus, aby nam je przebaczył, byśmy mogli być zbawieni?
Jeśli jednak jeszcze dziś ktoś uważa, że jest doskonały lub jego grzechy są niewielkie w porównaniu z grzechami innych, których zna osobiście, to niech poprosi Boga o przejrzenie i zobaczenie błędów, które popełnił i być może nadal popełnia, aby mógł oddać je Jezusowi i zostać usprawiedliwiony.
Po takim oczyszczeniu z grzechu każdy człowiek jest silniejszy do walki ze złem w sobie i, co ciekawsze, coraz jaśniej odróżnia dobro od zła i coraz więcej pragnie unikać zła, unikać grzechów, a Bóg mu w tym pomaga. Zwykle jednak człowiek, który już bardzo radykalnie przybliżył się do Boga i pragnie tego samego również dla innych ludzi, dając świadectwo swym własnym życiem, jest niezrozumiany przez swoje otoczenie. Czasem mówią o takim "nawiedzony, nie na te czasy, staromodny lub wariat, który nie umie korzystać z życia". Niektórzy pod wpływem presji otoczenia załamują się.
Jakże jednak inaczej żył Jezus. On nie załamywał się z powodu słów ani też nie potrzebował potwierdzenia, aby mieć zapał do pracy. On pracował tak, że towarzyszyły Mu tłumy, nie miał nawet czasu, aby się posilić wraz ze swymi uczniami. Nie było jednak zrozumienia ani pochwały ze strony najbliższych. Oni chcieli Go powstrzymać, gdyż mówiono o Nim, że odszedł od zmysłów, czyli zwyczajnie: że jest wariatem. No cóż, jeśli nawet rodzina Jezusa nie rozumiała Go i uważała, że w tym, co robi, jest coś nie tak, jak być powinno, a niektórzy ludzie mówili, że postradał zmysły, to co w tym dziwnego, że czasem o nas tak mówią? My róbmy swoje, nie opierając uzasadnienia swego postępowania na zmiennych opiniach ludzkich, ale na Bogu, który jest zawsze wierny, który nigdy nas nie zawiedzie, o ile z ufnością Go o to poprosimy i oczywiście o ile będziemy na tyle znali wolę Bożą względem nas, na ile potrudziliśmy się poznać Jezusa objawionego nam w Piśmie Świętym. Zatem czytajmy i rozważajmy Pismo Święte, aby mieć pewność słuszności naszego postępowania. Pamiętajmy, że mimo tych różnych nieporozumień, które doprowadziły Jezusa do śmierci krzyżowej, to w ostatecznym rozrachunku Jezus zwyciężył świat, zwyciężył śmierć i otworzył nam drogę do zbawienia właśnie przez swoją krew przelaną na krzyżu.
Dzisiaj mamy sobotę, a więc dzień, który Kościół ustanowił dniem Najświętszej Maryi Panny. Czy jednak my, katolicy, a w tym nawet kapłani, animatorzy i członkowie Wspólnoty Krwi Chrystusa, rzeczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, kim tak naprawdę jest Maryja i jaki ogrom łask otrzymała i nadal otrzymuje od Pana Boga?
Czy darzymy Maryję czcią i potrafimy prosić ją o pomoc w sprawach, z którymi nie potrafimy sobie poradzić sami, z własnymi wadami, nałogami, słabościami?A.S.
III niedziela zwykła
Niedziela Słowa Bożego
Dzień Dziadka
Iz 8, 23b - 9, 3 - Ps 27, 1.4.13-14 - 1 Kor 1, 10-13.17
- Mt 4, 12-23
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: "Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego. Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło". Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: "Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie". Gdy [Jezus] przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: "Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi". Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci: Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszystkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu.
Lud, który siedział w ciemności ujrzał światło wielkie (Mt 4, 16).
Dzisiejsza Ewangelia mówi o ciemności, w której niejednokrotnie sami tkwimy. Jak lud, który siedział w ciemności, też tkwimy bez ruchu, bez głosu, skuleni z obawy, niemocy, przyzwyczajenia czy zatroskania o sprawy przyziemne, doczesne i małe. I nagle ten lud, który siedział w ciemności, jak Ewangelia mówi, ujrzał, czyli dostrzegł, wykonał jakąś czynność, pomimo marazmu, w którym tkwił.
Co lud ujrzał w ciemności? Co sprawiło w nim poruszenie? Ujrzał światło wielkie, nie małe, ale WIELKIE. Gdy się pojawiło, samo wdarło się do ciemnej i nieruchomej rzeczywistości człowieka, bo było jasne i żywe. Światło stanowi odwrotność stagnacji i ciemności, w której częstokroć żyjemy. Światło wielkie, rozpromieniając ciemności i mroki, pozwala zobaczyć wyraźnie wszystkie aspekty życia, wniknąć w głębię tego, czym żyjemy. Jego blask sprawia, że kształty, obrazy, kolory naszego życia nabierają właściwego znaczenia, właściwej wartości nadanej im przez Boga Ojca - Stwórcę.
Ten lud siedzący w ciemności, dzięki światłu może wreszcie zobaczyć dokładnie, gdzie jest, i perspektywę, dokąd dojść może. To perspektywa Bożego spojrzenia na naszą rzeczywistość. Zaproszenie nas, abyśmy dzięki "Światłu Wielkiemu" - Bogu samemu doznali ożywienia ducha tak, jak światło ożywia wszystko, na czym spocznie. Dzisiaj Bóg zaprasza mnie i Ciebie do spotkania ze Światłem Wielkim, które rozproszy mroki ciemności, delikatnie ożywi barwy życia, zaprosi do podążania ku Jezusowi narodzonemu - Bogu wcielonemu, Dawcy życia, wiary, miłości i nadziei.
Czy dostrzegasz Światło Wielkie - Boga - w swoim życiu? Na co pada Boży promień, by to ożywić? Szukaj codziennie promienia łaski Bożej i od niego w Twoim życiu ożyw wiarę, wskrześ nadzieję, rozpal miłość do Boga i ludzi właściwą dla Twojego stanu: małżeńską, do przyjaciół, rodziny, współbraci. Kształtuj swe życie według zamysłu Bożego.
M.S.
Hbr 9, 15.24-28 - Ps 98, 1.2-3ab.3cd-4.5-6 - Mk 3, 22-30
Uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili o Jezusie: "Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy". Wtedy Jezus przywołał ich do siebie i mówił im w przypowieściach: "Jak może szatan wyrzucać szatana? Jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. Jeśli więc szatan powstał przeciw sobie i wewnętrznie jest skłócony, to nie może się ostać, lecz koniec z nim. Nie, nikt nie może wejść do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże, i wtedy dom jego ograbi. Zaprawdę powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego". Mówili bowiem: "Ma ducha nieczystego".
Chrystus gromadził wokół siebie więcej ludzi niż uczeni w Piśmie. I, oczywiście, najczęstszym sposobem wśród tych zazdrosnych i samolubnych ludzi, aby odwrócić uwagę słuchających Jezusa, jest oszczerstwo. To właśnie robią. Boją się spotkać z Jezusem twarzą w twarz, by Go oczernić.
Ale Chrystus daje im lekcję. Najpierw mówi im, że ich rozumowanie jest błędne, gdy odnoszą się do wewnętrznego podziału królestwa. Jezus nie należy do tego samego królestwa co diabeł. Takie myślenie uczonych w Piśmie to błąd. I Jezus wyjaśnia to w przypowieści. Przez Niego jesteśmy zbawieni i doznajemy przebaczenia, bo wielkie jest miłosierdzie Boże nad nami. Bóg darzy nas swoją nieskończoną miłością.
Następnie Jezus ostrzega uczonych w Piśmie przed najgorszym grzechem, jaki może popełnić człowiek, czyli bluźnierstwem przeciwko Duchowi Świętemu. Ten, kto bluźni lub odrzuca Ducha Świętego z własnego wyboru, jest winny wiecznego potępienia. Dlatego jeśli człowiek odrzuca miłość daną mu przez Ducha miłości, Ducha Świętego, odrzuca samego Boga. Innymi słowy, sam wybiera swoje potępienie. Uczmy się przebaczać, abyśmy mogli otrzymać przebaczenie w miłości Boga, w Duchu Świętym. Wybaczmy tym, którzy nas obrażają lub których nie lubimy.
Bóg, w swojej nieskończonej miłości, nam przebacza. Naśladujmy Go, kochając i przebaczając z serca, zapominając o zniewagach.W.Cz.
Świętych Tymoteusza i Tytusa, biskupów, wsp. obow.
2 Tm 1, 1-8 (lub Tt 1, 1-5 ) - Ps 96, 1-2.3.7-8a i 10 - Łk 10, 1-9
Spośród swoich uczniów wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: "Pokój temu domowi!" Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: "Przybliżyło się do was królestwo Boże"".
Panie, mnie też posyłasz jak uczniów. Wysyłasz mnie, żebym szedł przed Tobą, bo chcesz, abym przygotował miejsce, do którego idziesz. Czyż moja służba w codziennym życiu nie jest przygotowaniem na Twoje przybycie?
Gdziekolwiek mnie wyślesz, Jezu, nie jest to nadaremno. Wszystko ma swój głęboki sens. Także i ta sytuacja, w której się znajduję - ludzie dookoła, bracia i siostry, moi przyjaciele, znajomi, współpracownicy, rodzina... Każdy z nich jest szansą na przygotowanie drogi na Twoje nadejście. Każde dobre , piękny gest, ciepłe spojrzenie, szeroki uśmiech... wszystko to jest częścią przygotowań na Twoje przyjście.
Mówisz o nadchodzących zbiorach i wzywasz robotników na żniwa, bo czas zasiewów już dawno minął. Chociaż strach chce mnie ogarnąć, kiedy patrzę na ogromne połacie, z których trzeba zebrać owoce, to i tak Twoje Słowo dodaje mi odwagi i robię krok naprzód. Oto jestem, poślij mnie! Gotów jestem iść sam za Twoim wezwaniem, nawet jeśli nikt nie pójdzie. Nawet jeśli wszystko będzie przeciw, to ja pójdę.
Jezu, wiem, że jesteś ze mną i obdarzyłeś mnie wszystkim, co potrzebne, aby ukończyć żniwa. Ani żaden strach, ani niepokój nie będą mieć nade mną władzy. Oddaję się Tobie, w Twoje ręce. Ty wiesz wszystko.
K.M.P.
Św. Tomasza z Akwinu, prezbitera i doktora Kościoła,
wsp. obow.
Hbr 11, 1-2.8-19 - Łk 1, 69-75 - Mk 4, 35-41
Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: "Przeprawmy się na drugą stronę". Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź się już napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: "Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?" On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: "Milcz, ucisz się!" Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: "Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?" Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: "Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?"
Słowo, które dziś przeczytaliśmy, wprowadza nas w szczególne doświadczenie obecności Jezusa. Kiedy czytamy, jak apostołowie denerwują się na Jezusa, którego nie obchodzi niebezpieczeństwo grożące łodzi, to nie możemy oprzeć się wrażeniu, jak mało wiary mają uczniowie spędzający z Jezusem tyle czasu. Czy możliwe jest, że oni - którzy Go oglądają każdego dnia jak wskrzesza z martwych, leczy z ciężkich chorób albo wygania duchy nieczyste - wierzą, że nie troszczy się o swoich wybrańców?
Czy to prawda, że Jezusa to nie obchodzi i śpi głęboko, nie dbając o swoich? To by była prawda, gdyby na Jego miejscu był ktokolwiek inny. Chwila, w której Jezus śpi na łodzi i jest pozornie nieobecny, jest testem zaufania Jego uczniów. Jezus chce zobaczyć, jak bardzo Mu ufają. Kołysanie łodzią i fale na morzu wzbudzają nieprzenikniony strach u uczniów, których wiara szybko zanika, a wszelkie niepokoje i strach rosną. I cały czas kiedy śpi, to i tak troszczy się o uczniów i ich nie opuszcza.
Bóg nie jest człowiekiem. To my jesteśmy tymi, którzy śpią i pozwalają strachowi przejąć nad nami kontrolę.
To wydarzenie powinno zachęcić nas do zbliżenia się do Jezusa w każdych okolicznościach życia, wiedząc, że łódź nigdy nie zatonie, dopóki On w niej jest.
K.M.P.
IV niedziela zwykła
So 2, 3; 3, 12-13 - Ps 146, 6c-7.8-9a.9b-10
- 1 Kor 1, 26-31 - Mt 5, 1-12a
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: "Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie".
Jeśli matka i ojciec błogosławią synowi, który wchodzi w związek małżeński, oznacza to płynące z serca życzenie, aby temu synowi dobrze wiodło się na jego nowej drodze. Błogosławieństwo oznacza też nie tylko bierną akceptację, ale i zrozumienie, i poparcie dla decyzji syna. Błogosławieństwo daje też nadzieję na przyszłe wsparcie nowej rodziny przez błogosławiących rodziców. Brak błogosławieństwa oznaczałby odcięcie się od syna, brak akceptacji dla jego planu czy decyzji i brak przyszłego wsparcia.
Błogosławieństwo w Biblii jest pewnym mądrościowym sposobem pokazywania myśli, życzeń, serca, emocji, jest życzeniem, ale też Jezus wypowiada swoje błogosławieństwa jako "gratulacje" (jak mówił kard. Daneels) i "program" (jak komentował te słowa Chrystusa ks. prof. Grzybek).
Mistrz z jednej strony gratuluje tym, którzy budują pokój, którzy nie przywiązują się do rzeczy materialnych, ale potrafią być od nich wolni; tym, którzy są łagodni i miłosierni, ale też tym, którzy walczą o sprawiedliwość dla innych i potrafią nawet przyjąć prześladowanie, by być wiernymi prawdzie... Jezus już teraz im gratuluje takich wyborów i obiecuje nagrodę w niebie.
Jezus, wypowiadając błogosławieństwa, ukazuje też program dla swoich uczniów. Program ten będzie wymagał trudu, wyrzeczeń, poświęcenia, ale będzie też prowadzić do szczęścia uczniów Chrystusa. Tym ludziom, którzy błogosławieństwa czynią swoim programem, Bóg błogosławi i są oni zawsze w Jego sercu.
Panie, pomóż nam być wiernymi drodze pokoju, prawdy, sprawiedliwości, miłosierdzia i umacniaj nas na naszych drogach swoim błogosławieństwem!
K.K.
Hbr 11, 32-40 - Ps 31, 20.21-22.23.24 - Mk 5, 1-20
Jezus i uczniowie Jego przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. Ledwie wysiadł z łodzi, zaraz wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on stale w grobach i nawet łańcuchem nie mógł go już nikt związać. Często bowiem wiązano go w pęta i łańcuchy; ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. Wciąż dniem i nocą krzyczał, tłukł się kamieniami w grobach i po górach. Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon i krzyczał wniebogłosy: "Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie". Powiedział mu bowiem: "Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka". I zapytał go: "Jak ci na imię?". Odpowiedział Mu: "Na imię mi legion, bo nas jest wielu". I prosił Go na wszystko, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy. A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. Prosili Go więc: "Poślij nas w świnie, żebyśmy w nie wejść mogli". I pozwolił im. Tak duchy nieczyste wyszły i weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze. Pasterze zaś uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach, a ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie legion, jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic. Gdy wsiadł do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł zostać przy Nim. Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: "Wracaj do domu, do swoich, i opowiadaj im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą". Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus z nim uczynił, a wszyscy się dziwili.
Człowiek często dobrem nazywa zło, a zło - dobrem, które nigdy do dobrego nie prowadzi. Szatan przybiera różne postawy, obrazy, kusi człowieka na różne sposoby, ale zawsze decyzja o wyborze leży po naszej stronie. Można w życiu wybrać Boga, Jego przykazania, naukę, miłość, i można to wszystko odrzucić, przekreślić, nazwać kłamstwem. Wielu ludzi odrzuca Boga, bo po prostu Go nie zna i się Go boi. Spowodowane jest to różnymi czynnikami: doświadczeniem rodzinnym, zgorszeniem przez ludzi Kościoła, nieuporządkowanym życiem chrześcijańskim. Bóg zawsze pragnie dobra człowieka i nie zważa na cenę, jaką musi zapłacić. Dla Boga liczy się każdy z nas, On po prostu kocha człowieka, każdego z nas do szaleństwa i to szaleństwa krzyża.
Czy moje wybory zawsze są przemodlone? Czy ufam Bogu i idę za Jego głosem?K.S.
Św. Jana Bosko, prezbitera, wsp. obow.
Hbr 12, 1-4 - Ps 22, 26b-27.28 i 30ab.30c-32 - Mk 5, 21-43
Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: "Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła". Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd Go ściskali. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: "Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa". Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: "Kto się dotknął mojego płaszcza?" Odpowiedzieli Mu uczniowie: "Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął?" On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: "Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości". Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?" Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: "Nie bój się, wierz tylko". I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: "Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi". I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: "Talitha kum", to znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań". Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść.
Jair ma wiarę, ale wiarę tak niedoskonałą, iż nie widzi jasno, że Jezus jest Bogiem żywych, pomimo tego, że jego córka umarła. Natomiast niedoskonałość wiary kobiety cierpiącej na upływ krwi polega na tym, że nie ma ona odwagi prosić Jezusa o to, co wie, że może od Niego otrzymać. Dlatego stara się to zrobić anonimowo, niezauważenie. Ale ta niedoskonałość powoduje, że wydarza się cud, a Jezus pochwala wiarę tej kobiety.
I mówiąc o wierze w Mesjasza, jakim jest Jezus, wskazuje na to, że ta kobieta musi najpierw zerwać więzy niesprawiedliwego prawa, które zabraniało jej zbliżania się do kogokolwiek. Natomiast Jair musi odrzucić dobre rady ludzi ze swojego otoczenia, którzy doradzali mu, żeby "nie zawracał głowy Nauczycielowi, bo przecież jego córka już umarła". To dzięki odwadze swojej wiary Jair, mimo wszystko, zbliża się do Jezusa i wtedy wydarza się cud.
Wiara to pewność bliskości Boga. My, którzy przecież wiemy więcej o Jezusie - chociaż czasami nasza wiara jest mniejsza - niż Jair i kobieta cierpiąca na upływ krwi, nauczyliśmy się od Jezusa, że podstawą wiary chrześcijańskiej są słowa "nie bój się, wierz tylko", czyli po prostu przyjmij całym sercem to, że Bóg jest Ojcem i jako Ojciec zawsze pragnie Twojego dobra i Cię chroni. Wiara oznacza mieć w sobie to właśnie przekonanie, to znaczy żyć tak, jak żył Jezus, aby móc wejść, tak jak On to uczynił, w zażyłość ze swoim Ojcem.
Niech Pan nas dotknie, niech zbliży się do naszego domu bez względu na to, jak wielu żałobników chce Mu w tym przeszkodzić, abyśmy byli przez Niego kochani, uzdrawiani i uwalniani. Tylko w ten sposób także i my będziemy potrafili kochać, leczyć i wyzwalać. W ten sposób spełnimy Jego słowa: "Będziecie moimi przyjaciółmi, jeśli będziecie czynić to, co wam nakazuję" (por. J 15, 9-17).
W.Cz.