3
SŁOŃCE I POGROMCA
Obudziło mnie coś ciepłego, choć nienamacalnego, co otulało moją skórę i rozbłyskiwało pod powiekami. Otworzyłam oczy w poszukiwaniu źródła tego ciepła i jasności. Natychmiast je odnalazłam, ale chwilę zajęło mi zrozumienie, że spomiędzy rozsuniętych zasłon wlewa się światło słoneczne.
Chwila. Światło słoneczne?
Mój mózg natychmiast się obudził, a powieki gwałtownie zamknęły.
Światło słoneczne!
Naciągnęłam pościel na głowę i odsunęłam się od okna, szukając krawędzi łóżka w mroku, który zapewniła mi kołdra.
- Słońce! - wrzasnęłam. - Reg!
Szczęśliwie moja dłoń namacała kraniec materaca, więc stoczyłam się na podłogę z dala od śmiercionośnych promieni. Pościel spadła razem ze mną, leżałam zaplątana w nią i krzyczałam.
- Słońce! Reg, ratunku! PALĘ SIĘ!
- Charlie? - Głos brata zabrzmiał z początku słabo i odlegle, a potem głośniej, bo Reg otworzył drzwi do pokoju. - Charlie?!
- PŁONĘ! PŁONĘ!
Rzucałam się pod kołdrą, usiłując się z niej wyplątać i jednocześnie wsunąć się pod łóżko, a cały mój instynkt podpowiadał mi, żebym schowała się w najciemniejszym możliwym miejscu.
Ale pościel ze mną walczyła, a ja tylko owijałam się nią jeszcze bardziej.
- Płonę - powtórzyłam, lecz tym razem zabrzmiało to jak pełne wyczerpania westchnienie.
- Charlie - odezwał się znów Reg, tym razem ciszej. Jego dłoń przez kołdrę namacała moją głowę. - Światło dziennie nie zrobi ci krzywdy.
Chwilę zajęło, zanim jego słowa do mnie dotarły. Z duszą na ramieniu rozprostowałam jedną rękę, aż wydostała się spod kołdry i znalazła na powietrzu. Skrzywiłam się w oczekiwaniu, ale nie poczułam bólu ani poparzenia. Odsunęłam dalej kołdrę, która nie atakowała mnie już, odkąd przestałam się miotać jak wariatka.
Najpierw zobaczyłam stojącego nade mną Rega, skąpanego w promieniach słońca. Rozłożył szeroko ramiona i wykonał powolny obrót.
- Widzisz? Nic się nie dzieje.
Odrzuciłam resztę kołdry na bok i podniosłam się, odgarniając splątane włosy z twarzy.
- No jasne - odparłam. - Coś... yy... tylko mi się śniło.
- No jasne. - Reg parsknął.
Podeszłam dziarsko do okna i jeszcze szerzej rozsunęłam zasłony z zamiarem udowodnienia, że się nie boję, ale nie uniknęłam zmrużenia oczu, kiedy promienie słoneczne padły z pełną mocą na moją twarz. Powoli, powolutku otworzyłam jedno oko, a potem drugie. Musiałam parę razy zamrugać, zanim przywykły do jasności. A później moje spojrzenie padło na widok za oknem. Wzgórza wokół domku, tak czarne minionej nocy, wyglądały teraz jak kaskady najbardziej nasyconej zieleni, jaką w życiu widziałam. Porozrzucane gdzieniegdzie kępy polnych kwiatów wybijały się jaskrawym fioletem i żółtym na tle długich źdźbeł trawy, która z kolei ustępowała we wszystkich kierunkach słomianym w kolorze polom kukurydzy.
- Pięknie, prawda? - powiedział Reg, stając obok mnie przy oknie.
W odpowiedzi wydałam z siebie "hmm". Nie byłam gotowa na zachwycanie się scenerią.
Ale rzeczywiście było pięknie. Nawet głupek by zobaczył, że kolory ożywione światłem słonecznym były bardziej spektakularne na żywo niż na zdjęciach. Żaden film czy serial telewizyjny, jakie kiedykolwiek widziałam, nie oddawały temu sprawiedliwości. Zanim zdołałam się pohamować, z ust wyrwało mi się westchnienie, więc pospiesznie przerobiłam je na ziewnięcie.
Reg wystawił twarz do słońca.
- Być może kara będzie miała swoje jasne strony.
Tak, złote, zielone i niesamowicie fioletowe. Przycisnęłam dłoń do okna, jakbym mogła ją wyciągnąć i dotknąć polnych kwiatów. Ciekawe, jaki miały zapach. Powąchałam powietrze, ale aromat, który dotarł do moich nozdrzy, z pewnością nie był kwiatowy.
Odwróciłam się od barw za oknem i zmarszczyłam nos.
- Tak teraz pachniesz? O matko. - Uniosłam swoją koszulkę do nosa i powąchałam. - Ja tak teraz pachnę?
Ale to nie byliśmy my, a kiedy zdałam sobie sprawę, że to nie zapach człowieka, doszłam do wniosku, że nie jest taki zły.
Reg się roześmiał.
- Jedzenie.
Jedzenie. No jasne. Ale jakie? Czemu go nie rozpoznawałam?
Znów pociągnęłam nosem.
- Pachnie... inaczej.
- Mniemam, że trochę nam zbawi przywyknięcie do nowej diety - powiedział Reg.
- Aha, zbawi nam? - powtórzyłam kpiąco. - Mniemasz? Skoro już musimy tu być, postaraj się przynajmniej mówić tak, jakbyś pochodził z bieżącego stulecia. Sprawiasz wrażenie starca.
- I tak się czuję.
- Masz ledwo setkę. Pradawni mają co najmniej tysiąc. - Chciałam go wyminąć, ale zatrzymała mnie nagła myśl. - Chwileczkę, Reg, ile mamy lat? To znaczy ile mamy lat w tej chwili?
Przechylił głowę i zastanowił się.
- Hm. Może szesnaście?
- Może?! - Wciągnęłam gwałtownie powietrze. - Nie możemy nie wiedzieć, w jakim jesteśmy wieku. I czy naprawdę możemy być rówieśnikami?
- Uspokój się - rzucił Reg znudzonym głosem pod tytułem "Charlie sieje panikę bez powodu".
- Nie, jesteśmy na to zupełnie nieprzygotowani. - Panikowałam dalej. - To okrutne. Okrutna i niezwykła kara, a my nie mamy pojęcia, co dalej.
Reg się uśmiechnął.
- Teraz śniadanie.
Wraz z wypowiedzianym słowem do pokoju wlała się nowa fala aromatu, a mój żołądek zareagował obrzydliwym odgłosem, jakby pękały w nim bańki. Nasze nosy zaprowadziły nas do przestronnej kuchni zrobionej w całości z drewna i kamienia. Wszystkie powierzchnie były wypucowane i świeciły w słońcu, które wlewało się do środka przez dwie przeszklone ściany. Może domek był i prosty, ale przynajmniej czysty.
Jakby czytając mi w myślach, starszy mężczyzna odezwał się znad pieca:
- Lśni trochę bardziej niż w budzie, nie sądzisz?
W odpowiedzi uśmiechnęłam się sarkastycznie za jego plecami i wyciągnęłam jedno z misternie rzeźbionych krzeseł spod błyszczącego pośrodku kuchni stołu.
- Ostrożnie z nimi - powiedział mężczyzna, obracając się z ciężką patelnią. - Sam je robiłem.
Przejechałam palcami po krawędzi krzesła, dotykając starannie wykonanych żłobień. Robiło to wrażenie - w minionym życiu za coś takiego zapłacilibyśmy krocie.
- Spektakularne. - Reg wybrał krzesło dla siebie i bardzo delikatnie się z nim obchodził.
- Są spoko - przyznałam. - Co tak pachnie?
- Jajka, rzecz jasna - odpowiedział Reg w chwili, gdy starszy mężczyzna przekładał jedzenie z patelni na talerze.
Jajka. Racja. Teraz rozpoznawałam zapach, ale był znacznie silniejszy - i bardziej apetyczny - niż sobie to przypominałam.
- Nie rozumiem - powiedziałam. - Nasz węch się... poprawił? Sądziłam, że wszystkie zmysły mamy lepiej funkcjonujące niż ludzie.
- Wy jesteście ludźmi - poprawił mnie nasz gospodarz. Odstawił patelnię z powrotem na piec i rozstawił dymiące talerze. - A jakość funkcjonowania to kwestia opinii.
Reg nachylił się nad talerzem i oblizał.
- Ale ma rację - odezwał się. - Zapach jest teraz znacznie silniejszy.
- Jest taki jak zawsze - zauważył mężczyzna. Opadł na krzesło naprzeciwko nas i zanurzył widelec w swojej porcji. - To, czego teraz nie czujecie, sprawia, że wydaje się mocniejszy.
Wymieniliśmy z Regiem zdziwione spojrzenia, a potem zobaczyłam w czarnych oczach brata - nie, momencik, dziś raczej brązowych, nie czarnych, dziwne - że załapał jako pierwszy.
- Krew - rzucił.
- Aha.
Wciągnęłam powietrze, żeby je posmakować. Miał rację. Tak blisko człowieka powinniśmy się czuć odurzeni jego zapachem. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio znajdowałam się w pobliżu jedzenia bez ludzi. A ich woń zawsze przyćmiewała pozostałe aromaty.
- Mam wrażenie, że powinniśmy przypominać sobie tak silny zapach z czasów, gdy byliśmy ludźmi - rzekł Reg. - Może zostało nam to odebrane, kiedy wymazano nam ludzkie wspomnienia?
Przewróciłam oczami.
- Nie odbierają wszystkiego. Nadal potrafimy chodzić, mówić i korzystać z toalety.
Nasz opiekun się uśmiechnął.
- Wampiry tego nie robią.
- No nie - potwierdziłam, czując nieznane ciepło na policzkach. - Ale pamiętamy, jak się to robi.
- Dobrze, bo u człowieka to przydatna umiejętność. - Puścił oko do Rega, który się skrzywił.
Najwyraźniej nie rozważył wszystkich aspektów naszego nowego życia.
Starszy mężczyzna nabrał jajka na widelec.
- Słuchaj, Charlotte...
- Charlie.
- No tak. - Mówił z pełnymi ustami. - Nie wiem, czy naprawdę wymazują pamięć, czy tego rodzaju wspomnienia po prostu same z czasem zanikają, ale nic by mnie nie zdziwiło. Kto wie, jaką logiką kierują się wampiry, kiedy cię z czegoś okradają.
"Okradają". Obróciłam to słowo w głowie. Nie widziałam dotąd w zaniku pamięci kradzieży - raczej ukłon w stronę wampirzych nowicjuszy, wspomagający etap przejściowy. Gdybyśmy pamiętali własne człowieczeństwo, moglibyśmy walczyć z potrzebą żerowania, a bez krwi wampir się zagłodzi i zostanie z niego tylko skorupa. To gorsze niż śmierć, to permanentna agonia. Zanik był w rzeczywistości darem.
Prawda?
- Ciekawe, czemu nie zrobili tego z nami tym razem? - zastanowił się Reg.
- Na to pytanie znam odpowiedź - odparł mężczyzna. - Ludzie z amnezją zbyt wiele czasu poświęcają na grzebanie we własnej przeszłości i próby dokopania się do historii. Lepiej, jeśli mają świadomość kary.
- Fascynujące - skwitował Reg.
Błagam.
- Nieszczególnie.
- W takim razie, Charlie, może zafascynuje cię smak jajecznicy. - Mężczyzna wycelował widelec w mój talerz. - Spróbuj. Jestem całkiem dumny z tego przepisu.
Skrzyżowałam ręce na piersi i odchyliłam się, ale mój żołądek znów zaburczał, bo miał odmienne zdanie.
Reg uśmiechnął się przepraszająco.
- Zapomnieliśmy z Charlie, co to głód. Ale z pewnością pamiętamy o manierach.
To ostatnie zdanie rzucił pod moim adresem i ostentacyjnie uniósł widelec, wbijając go w jajecznicę.
- Kiedyś miała maniery, tak? - Mężczyzna wydał z siebie ten swój chrapliwy śmiech.
Reg nabrał jajecznicy na widelec i wsunął do ust. Natychmiast przymknął oczy i przełknął z jękiem.
- Wow.
- Mówiłem. To mój sekretny przepis.
- Nie... nie ma na nią słów - zachwycił się Reg. - Wielkie dzięki... ee... chyba nie dosłyszeliśmy imienia.
- W sumie podobało mi się, kiedy nazwałeś mnie "sir".
- Tak nie będę się zwracał - odparł Reg. - To jakaś tajemnica? Po prostu powiedz, jak się nazywasz.
- Chcesz poznać moje imię? - Widelec opadł z brzękiem na talerz, a mężczyzna zaczął wyłamywać sobie pokrzywione stare palce. - No dobrze, w takim razie miejmy to za sobą. Pora jak każda inna. - Spojrzał każdemu z nas w oczy. - Nazywam się Salvador Sicarius.
Nie! W ułamku sekundy ja i mój brat zerwaliśmy się z krzeseł i przywarli plecami do kamiennej ściany kuchni.
- Zabójca! - syknął Reg.
- Pogromca! - krzyknęłam jednocześnie.
Oboje odchyliliśmy głowy jednakowym ruchem i otwarli usta, żeby obnażyć kły, ale oczywiście żadnych nie mieliśmy.
Starszy mężczyzna - nie, pogromca - podniósł swój widelec i machnął nim w naszym kierunku.
- Na waszym miejscu pozbyłbym się tego nawyku. Wyglądacie strasznie głupio z takimi minami bez zaostrzonych siekaczy.
Zasłoniłam zęby wargami, czując zażenowanie, ale przede wszystkim strach. Obok mnie Reg szukał wzrokiem na lewo i prawo drogi ucieczki.
- Okłamałeś nas - wyrzucił z siebie.
- Wcale nie.
- Owszem - obstawał Reg.
Mimo strachu zdobyłam się na przewrócenie oczami.
- Serio?
- Znamy twoje imię - powiedział Reg, nie odrywając wzroku od zabójcy. - Każdy wampir stąd do Transylwanii je zna. I wiemy, na co cię stać.
Salvador Sicarius wrócił do pałaszowania jajecznicy.
- Podejrzewam, że stać mnie na znacznie mniej, niż wam się wydaje. Ale tak, często to słyszę.
Kawałek jajka wypadł mu z ust i wylądował na brodzie. Ten widok ostudził nieco mój strach. Trudno było w nim dostrzec legendarnego Sicariusa pogromcę. W ogóle nie przypominał pogromcy wampirów. Wyglądał tylko na niechlujnego starszego kolesia. Zmarszczyłam brwi, czując niemal rozczarowanie, że nie dorasta do moich koszmarów.
- W życiu nie sądziłam, że poznam Sicariusa - powiedziałam. - Jesteś...
- Nie tym, kogo się spodziewaliśmy - dokończył Reg.
Skrzyżowałam ręce. Mogłam wymyślić barwniejsze określenie, ale mój brat zapewne słusznie rozegrał sprawę dyplomatycznie. Salvador otarł brodę serwetką, zrzucając z niej kawałek jajka. Ten wylądował z plaśnięciem na stole.
- Spodziewaliście się wojownika? Może kogoś w zbroi? Wymachującego kołkiem? - Podrzucił widelec w dłoni, żeby chwycić go jak broń, i dźgnął nim powietrze. - Krzyczącego: "Rozgromię was!" czy inny nonsens?
Wzdrygnęliśmy się i odsunęli od widelca, dopóki nie wycelował go z powrotem w kierunku talerza i nie wrócił do pochłaniania posiłku.
- Przykro mi, że was rozczarowałem. Moje dni władania zaostrzonym kołkiem są zakończone.
- Nie potrzebujesz kołka - zauważył Reg. - Wystarczą ci ręce.
- To prawda. Może jednak wiecie więcej niż inni. - Salvador zaniósł swój opróżniony talerz do zlewu i wrócił do stołu, unosząc rzeczone dłonie. - Macie pojęcie, co one potrafią?
- Zabijać? - Starałam się powiedzieć to na luzie, ale wyszło raczej jak pisk.
- Niektóre wampiry mogłyby tak na to spojrzeć.
Usiadł i gestem zaprosił nas do tego samego. Odsunęłam swoje krzesło tak daleko od stołu, jak to możliwe, i usiadłam na skraju gotowa w każdej chwili dać nogę.
- Mój dotyk nie zabija - stwierdził Salvador. - On daje życie.
- A, tak - powiedziałam. - Ręce zabójcy, które leczą. Właśnie taką milutką dobranockę pamiętam.
Roześmiał się, jakbym zażartowała w jego imieniu, a nie jego kosztem.
- Nie, z pewnością słyszałaś zupełnie inną wersję.
- Rozumiem - włączył się Reg.
- Naprawdę? - Przechyliłam głowę w jego stronę, ale on miał wzrok utkwiony w mężczyźnie po drugiej stronie stołu.
- Czytałem na ten temat w którymś ze starszych tekstów. Twój dotyk zamienia nas w śmiertelników.
Przeniosłam wzrok na dłonie pogromcy.
- Naprawdę? - Nie byłam w stanie powściągnąć podziwu w głosie.
- Naprawdę.
- Ale nas nie dotknąłeś - stwierdziłam. - Nie zrobiłeś tego.
- W pewnym sensie zrobiłem. - Ruchem głowy wskazał biały płot za kuchennym oknem.
- Płot? - Zdziwiłam się. - Ale jak?
- Myślę, że na razie wystarczy. Powinniście, młodzi, zjeść jajka, zanim wystygną. - Pokręcił głową.
Ale nawet Reg stracił apetyt w obecności pogromcy.
- Nadal nie wyjaśniłeś... - zaprotestowałam.
- Powiedziałem, jak się nazywam - przerwał mi. - O to pytaliście. Skoro moje imię przyprawia was o gęsią skórkę, możecie mówić na mnie Sal.
- Sal - powtórzyłam na próbę.
- Tak, Sal może być, jak sądzę - odparł Reg, odzyskując panowanie po szoku, i ponownie zaczął napełniać sobie usta jedzeniem.
- Przynajmniej tu, w domu - dodał Sal. - Jeśli jednak chcecie uniknąć pytań, na które nie możecie odpowiedzieć, sugeruję, żebyście w szkole nazywali mnie dziadkiem.
- Co takiego? - prychnęłam.
Reg zakrztusił się jajecznicą.
- Czy powiedziałeś właśnie...
- W szkole?! - dokończyłam.
Sal zaniósł się od śmiechu suchym kaszlem, w którym utonęły nasze protesty. Wyjąc z radości, podniósł się od stołu i poczłapał na zewnątrz.
Reg odsunął od siebie talerz, tracąc wreszcie apetyt, i przez dłuższy czas wpatrywaliśmy się w siebie w osłupieniu.
- Szkoła - wyszeptał.
Ukryłam twarz w dłoniach.
- Może jednak próbuje nas zabić.