Zwykłe akcje, niezwykłe zyski oraz inne dzieła - Philip A. Fisher


Reflow text when sidebars are open.
Tytuł oryginału: COMMON STOCKS AND UNCOMMON PROFITS AND OTHER WRITINGS
Przekład: RENTIER-LANG: Cezary Welsyng, Marcin Bójko, Urszula Pawilcz
Redakcja: Cezary Welsyng, Anna Żółcińska
Copyright ? 1996, 2003 by Philip A. Fisher.
All rights reserved. This translation published under license.
Copyright ? 2010 for the Polish edition by MT Biznes Ltd.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Warszawa 2012
MT Biznes sp. z o.o.
ul. Oksywska 32, 01-694 Warszawa
tel./faks (22) 632 64 20
www.mtbiznes.pl
e-mail: sekretariat@mtbiznes.pl
ISBN 978-83-7746-325-3
Konwersja do pliku Epub:
Bezkartek.pl SA
Przedmowa
Czego nauczyłem się z książek
mojego ojca
Ta książka wciąga i pochłania. Wiem to z autopsji. Pełne zrozumienie Zwykłych akcji, niezwykłych zysków zajęło mi jednak około piętnastu lat. Kiedy po raz pierwszy czytałem tę książkę, miałem wrażenie, iż została ona napisana w zupełnie obcym mi języku. Miałem wtedy osiem lat i czas spędzony na lekturze - a był to początek wakacji - uznałem za kompletnie stracony. Przez te wszystkie mądre słowa musiałem co chwila zaglądać do słownika - koszmar! Ale autorem tej książki był mój ojciec i to napawało mnie dumą. Z opinii, jakie zasłyszałem w szkole, wśród sąsiadów i jakie przeczytałem w lokalnej prasie, wynikało, że Zwykłe akcje, niezwykłe zyski są wielkim hitem. Powiedziano mi też, że jest to pierwsza książka o inwestowaniu, jaka znalazła się na liście bestsellerów "New York Timesa", ale nie rozumiałem, jakie ma to znaczenie. Wszystko to obudziło we mnie "moralny" obowiązek zapoznania się z książką. Tak też zrobiłem, ale kiedy już ją przeczytałem, byłem szczęśliwy, że mam to już za sobą i resztę lata mogę poświęcić na inne rzeczy.
Kto wtedy mógł przewidzieć, że w przyszłości założę dużą firmę inwestycyjną obsługującą tysiące klientów, że sam będę pisał książki, że będę szóstym pod względem długości stażu felietonistą magazynu "Forbes" w jego ponadosiemdziesięcioletniej historii, a także to, że spod mojej ręki wyjdzie wiele "Recenzji Roku" oraz rekomendacji w zakresie literatury inwestycyjnej? Może rzeczywiście osiągnąłem to wszystko dzięki temu, że mogłem pochwalić się przeczytaniem pierwszej książki o inwestowaniu już w wieku ośmiu lat, nawet jeśli nic z niej wtedy nie zrozumiałem.
O tej książce przypomniałem sobie ponownie, kiedy miałem dwadzieścia lat i kończyłem studia. Ojciec zaoferował mi wtedy pracę w firmie, którą prowadził z moim starszym bratem. Podszedłem do tego pomysłu nieco sceptycznie, ale ciekawość wzięła górę i na własnej skórze zdecydowałem się przekonać, czy ta praca okaże się dla mnie szansą rozwoju. W takich oto okolicznościach ponownie przeczytałem Zwykłe akcje, niezwykłe zyski (tym razem niezrozumiałe mi słowa mogłem policzyć na palcach jednej ręki).
Czytając o piętnastu zasadach analizy akcji opracowanych przez mojego ojca, postanowiłem wykorzystać je w codziennej pracy. Byłem przekonany, że takie podejście zapewni mi powodzenie i uznanie w firmie.
Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała moje oczekiwania. W tamtym okresie w ofercie publicznej znajdowały się akcje lokalnej firmy tartacznej Pacific Lumber, które jawiły się jako dobra okazja do zarobku. Niestety pracownicy firmy, od których starałem się uzyskać interesujące mnie z inwestycyjnego punktu widzenia informacje, potraktowali mnie jak niedouczonego detektywa amatora szukającego odpowiedzi na pytania, których sam nie w pełni rozumie. W ich oczach nie wyglądałem na kogoś, kto jest przygotowany do analizowania otrzymanych wiadomości i potrafi cokolwiek z nimi zrobić. Nie wiedziałem nawet, jak właściwie zadawać pytania. Kiedy kilka kolejnych prób przeprowadzenia wywiadu środowiskowego spełzło na niczym, postanowiłem dać sobie spokój. Dzięki temu doświadczeniu dowiedziałem się przynajmniej, że muszę jeszcze sporo nad sobą popracować.
Praca u ojca była niczym wyboista ścieżka pełna zakrętów, podobnie jak mój pierwszy profesjonalny zakup akcji - dokładna odwrotność dziesięciokrotnego zysku: cena akcji po zamknięciu transakcji spadła dziesięciokrotnie. Mówię o tym, żeby pokazać, iż nawet niezbyt bystry dwudziestoparolatek, który nigdy nie miał wybitnych wyników w szkole, który nie ukończył renomowanego uniwersytetu ani też nie zanotował żadnych poważnych osiągnięć zawodowych, jest w stanie w kilka lat opanować do perfekcji filozofię i zasady wyłożone w tej książce. Taki sukces może stać się również twoim udziałem.
Młoda osoba, znajdująca się dopiero u progu kariery w tej branży - tak jak miało to miejsce w moim przypadku - zadaje sobie pytanie o to, co warto kupić, nie myśli o tym, co warto sprzedać. Dzięki tej książce nauczysz się inwestować w akcje, przy których sprzedaż schodzi na dalszy plan, ponieważ bez ryzyka można - a nawet trzeba - trzymać je przez długi czas. A odpowiedź na pytanie "jakie akcje kupić?" stanowi bezpośrednią wypadkową piętnastu zasad opracowanych przez mojego ojca.
Stosowanie tych piętnastu punktów stanowiło dla mnie ciąg praktycznych doświadczeń powiązanych z pozyskiwaniem "informacji z niestandardowych źródeł" - a wszystko to miało na celu dogłębną analizę akcji. Przynosiło to dobre rezultaty. Nie będę tu wymieniał sukcesów, które osiągnąłem dzięki temu na początku mojej kariery, ale chcę zaznaczyć, że nabrała ona rozpędu po tym, kiedy odkryłem kilka przedsiębiorstw, o których dowiedziałem się wyłącznie dzięki informacjom z niestandardowych źródeł i piętnastu punktom z książki mojego ojca. Piętnaście punktów dawało mi możliwość szybkiego i skutecznego oszacowania, w jakim położeniu na biznesowej mapie świata znajdowała się dana firma i jak - jeśli w ogóle - będzie się rozwijać. Jeśli jej przyszłość rysowała się w czarnych barwach, potrafiłem wskazać, z czego wynikają jej problemy. Wkrótce uświadomiłem sobie również, dlaczego na studiach nie udało mi się wcielić tych piętnastu zasad w życie. Wszystko opiera się na rzemiośle pozyskiwania informacji z niestandardowych źródeł, którego opanowanie wymaga czasu (podobnie jak opanowanie każdego innego rzemiosła). Sprowadza się to do umiejętności ustalenia w oparciu o informacje uzyskane z wiarygodnych źródeł i od autorytetów prawdziwej sytuacji rynkowej firmy. Większość sektora finansowego nie zawraca sobie jednak tym głowy, licząc na "cynk" od znajomych bądź wsłuchując się w głosy dobiegające z Wall Street, które od zawsze były nastawione na prostą sprzedaż produktów inwestycyjnych.
Przełom stuleci powinien był uświadomić wszystkim, jak wielki potencjał drzemie w umiejętnym pozyskiwaniu informacji ze źródeł niestandardowych, jednak nic takiego nie miało miejsca. Kierując się piętnastoma zasadami, a także czerpiąc informacje od ludzi bezpośrednio związanych z daną branżą - nie zaś z Wall Street - łatwo można było uniknąć zakupu skandalicznych wręcz akcji firm, których nazwy trafiły na pierwsze strony gazet przy okazji rynku niedźwiedzia w latach 2000-2001. Mam tu na myśli takie organizacje jak Enron, Tyco czy WorldCom. Ci, którzy nabyli akcje tych spółek, zaufali plotkom i wycenie Wall Street, nie zaś rzetelnym analizom silnych i słabych stron poszczególnych firm. Piętnaście zasad obejmuje sobą najbardziej podstawowe filary biznesu, przy ocenie których nie da się nagiąć faktów. Pozyskiwanie informacji z niestandardowych źródeł to unikanie bzdurnej gadaniny i uzyskiwanie informacji bezpośrednio od konkurencji, klientów i dostawców. Wszystkie te grupy są bowiem żywotnie zainteresowane daną spółką i w ich interesie leży jak najbardziej realistyczna ocena organizacji. W praktyce oznacza to rozmowy z przedstawicielami handlowymi konkurentów analizowanej firmy, którzy podświadomie mają zakodowane negatywne postrzeganie innego przedsiębiorstwa, jednak reguła ta się nie sprawdza, jeśli konkurent jest liderem branży i wzorem do naśladowania. To również wywiad przeprowadzany wśród menedżerów i zespołów badawczych. Jeśli wszyscy oni dostrzegają silne strony konkurenta, chwalą jego działalność operacyjną, szanują go, a czasem nawet odczuwają przed nim strach, to najzwyczajniej w świecie firma taka nie okaże się kolejnym Enronem czy Adelphią. Można stawiać na to w ciemno.
Pozyskiwanie informacji z niestandardowych źródeł może przybierać formę swego rodzaju sztuki, która pozwala bezbłędnie wpisać uzyskiwane informacje w ramy piętnastu zasad. Istnieje bowiem pewna różnica między nauką gry na fortepianie (rzemiosło) a komponowaniem (sztuka). Sztuka wymaga czasu. Nie da się komponować, jeśli nie ma się opanowanej do perfekcji gry na fortepianie. Trening z każdego potrafi uczynić solidnego rzemieślnika. Można cenić sztukę, nie posiadając żadnych ponadprzeciętnych zdolności. Zdarza się też i tak, że dobry rzemieślnik z biegiem lat staje się prawdziwym artystą. Ta książka pozwoli ci docenić sztukę inwestowania; na szczęście nie zabierze ci to zbyt wiele czasu, gdyż znaczna część omówionych tu zagadnień bazuje na zdrowym rozsądku. Problem większości ludzi polega na tym, iż nie mają oni pojęcia o możliwości wykorzystania zdrowego rozsądku w omawianej dziedzinie i z tego też powodu nawet nie próbują. Książka Zwykłe akcje, niezwykłe zyski pokazuje, jak to zrobić.
Zastanówmy się przez chwilę nad piętnastoma punktami. Wiem, że jeszcze się z nimi nie zapoznałeś, ale pozwól, że w prosty sposób opiszę podstawowe założenia, a w mgnieniu oka dostrzeżesz ich uniwersalny charakter. Pełniejszy opis oferuje mój ojciec, dlatego warto zapoznać się z tymi zasadami, analizując jego własne słowa.
Piętnaście zasad stanowi swego rodzaju receptę na to, w jakie akcje warto inwestować. Dzięki nim możliwe staje się zidentyfikowanie firmy o ogromnym potencjale produktowym i rynkowym, której zarząd nie boi się nowych wyzwań i jest gotowy rozwijać organizację bez względu na ryzyko. Przedsiębiorstwo takie dysponuje również efektywnym pionem badawczym zdolnym opracowywać nowe produkty, a także szeroko rozwiniętą siecią sprzedaży i dystrybucji, które mimo ewentualnych przeszkód są w stanie dostarczyć na rynek innowacyjne produkty. Podejście takie jest niezwykle perspektywiczne, pozwala bowiem opisać firmę, która odnotowuje wystarczającą zyskowność surowcową, odpowiednio wysoką marżę zysku oraz należyte pokrycie kosztów administracyjnych osiąganym zyskiem brutto, aby w pełni sfinansować swój rozwój. Zdolność taka wymaga długofalowej strategii nakierowanej na utrzymanie zyskowności i zadowolenia pracowników wszystkich szczebli, którzy w zamian zaoferują swoją lojalność i zwiększoną wydajność. Niezbędnym składnikiem sukcesu jest tutaj także ścisła kontrola kosztów oraz pewien unikalny czynnik, który czyni firmę wyjątkową na tle konkurencji. Klamrą zwieńczającą wszystkie opisane tu mechanizmy i zależności powinien być zaś spójny wewnętrznie, stanowczy, lecz jednocześnie otwarty na dialog zarząd.
Pochylmy się przez chwilę nad kwestią mizernych akcji i przecenionych portfeli inwestycyjnych. Żadna z upadłych ostatnimi czasy firm nie mogłaby przejść testu piętnastu punktów poprzez pozyskiwanie informacji ze źródeł niestandardowych, ponieważ z rozmów z ich konkurentami wynikało jasno, że nie odczuwali oni w stosunku do tych firm choćby cienia niepokoju. Podobnie rzecz miała się z ich klientami i dostawcami. Ci pierwsi nie byli jednak specjalnie zadowoleni, ponieważ produkty oferowane przez poszczególne firmy nie zachwycały w odniesieniu do tych oferowanych przez konkurentów.
Natomiast dostawcy nie mieli powodów do radości, gdyż klienci innych dostawców zamawiali więcej, przez co wartość ich własnej sprzedaży nie wzrastała. Z kolei bezpośredni konkurenci organizacji, które znalazły się w kłopotliwej sytuacji, nie przejmowali się nimi, ponieważ nie zmuszało ich to do walki o odzyskanie pozycji lidera branży.
Zastosowanie piętnastu punktów nie tylko z łatwością pozwoliłoby wskazać wszystkie braki "katastroficznych" akcji z lat 2000-2002, lecz także uwidoczniłoby zagrożenie, jakie niosły ze sobą udziały tzw. klubu 95% - spółek technologicznych, które podczas bessy straciły co najmniej 95% ze swojej wartości, zawdzięczanej wyłącznie szumowi medialnemu otaczającemu dotcomy w ostatnich latach XX wieku. Wystarczy spojrzeć, ile firm internetowych nie dysponowało siecią sprzedaży (a przynajmniej taką, która mogłaby wzbudzić respekt konkurencji), nie osiągało odpowiedniej marży zysku, nie miało opracowanego planu dojścia do rentowności, o jej poprawie nie wspominając, nie mogło pochwalić się innowacyjnymi badaniami, nie istniałoby bez zaciągania kolejnych zobowiązań. Nie, nie, nie. Pozytywna ocena takich organizacji nie byłaby możliwa nawet w połowie z piętnastu punktów. Oczywiście przez sito piętnastu punktów nie przeszłyby również inne spółki, jednak warto uświadomić sobie, co by było, gdyby metodą tą posłużyć się odpowiednio wcześniej. Zaowocowałoby to posiadaniem w portfelu inwestycyjnym tańszych bądź droższych, lecz zawsze solidnych akcji, a także umożliwiłoby bezpieczną żeglugę po wzburzonym morzu rynku finansowego bez względu na to, czy zakup udziałów nastawiony jest na wzrost, wartość czy wielkość.
Cele, jakie stawiał przed sobą mój ojciec, zazwyczaj różniły się od moich, ale ta książka pomaga w osiąganiu wszystkich celów - również twoich. Mój ojciec prawie zawsze szukał akcji wzrostowych - prawie zawsze. Taki już był. Ja zaś w młodości - z różnych powodów - kierowałem się wartością akcji. Obecnie nie szukam ani wartości, ani wzrostu, ani wielkiej czy małej kapitalizacji. Chadzam różnymi ścieżkami, jednak jest to temat na inną książkę. Tak czy inaczej, będąc młodym graczem, w głowie miałem "wartość", a piętnaście zasad sprawdzało się w moim przypadku doskonale. Dzięki nim nabyłem wiele tanich udziałów w świetnych firmach, które na rynku radziły sobie doskonale, ale z różnych powodów były niedocenione przez inwestorów. Ojciec interesował się organizacjami, które mogły rosnąć w nieskończoność, a których akcje można było kupić po rozsądnej cenie, tak aby praktycznie nigdy ich nie sprzedać. Ja z kolei szukałem "obrzydliwie" tanich akcji solidnych firm, które - niedocenione na Wall Street - oferowały w perspektywie 5-10 lat krociowe zyski.
Zmierzam do tego, że korzystanie z informacji ze źródeł niestandardowych i stosowanie w ocenie firmy piętnastu punktów sprawdza się w każdym przypadku, nieważne czy chodzi o wzrost, wartość, czy jeszcze o coś innego. Weźmy punkt czwarty: ponadprzeciętna organizacja sprzedaży jest tak samo ważna - jeśli nie bardziej - w przypadku firmy, która nigdy nie charakteryzowała się silnymi tradycjami w tej dziedzinie, co w przypadku organizacji notującej wieczny wiatr w żagle. Kwestia ta nie powinna być też ignorowana przez małe firmy, które pragną zdystansować większych konkurentów. Co więcej, nieprzeciętne umiejętności sprzedażowe, jakkolwiek trudne do opanowania, są niezwykle istotne w dużej korporacji pragnącej odeprzeć rynkowe zakusy małych firm o dużych ambicjach, założonych w oparciu o kapitał wysokiego ryzyka. Sytuacja wygląda podobnie w przypadku punktu piątego, dotyczącego marży zysku. Na przykład w odniesieniu do branży zajmującej się towarem powszechnie dostępnym, w której nie odnotowuje się naturalnego wzrostu sprzedaży, prawdziwe jest twierdzenie, że istnieją bliskie zależności między udziałem w rynku, względnymi kosztami produkcji i długoterminową marżą zysku. Umiejętne zarządzanie pozwala na zwiększenie udziału w rynku i obniżenie względnych kosztów produkcji często za sprawą wprowadzania ulepszonych technologii produkcji (chodzi raczej o stosowanie technologii niż o jej tworzenie). Natomiast nieumiejętne zarządzanie prowadzi po prostu (choć nie w każdym przypadku) do obniżania marż, aż do ich zniknięcia.
W roku 1976 odkryłem niewielką firmę Nucor, o niskim poziomie kosztów, zajmującą się sprzedażą stali, która charakteryzowała się świetnym zarządzaniem, innowacyjnymi technologiami, niskimi kosztami produkcji, wysokim względnym udziałem w przypadku niewielkich nisz na rynku stali, zwiększaniem udziału w tym rynku i mnożeniem kolejnych nisz. Kupiłem tę firmę jako specjalista od zaniżonej wartości przedsiębiorstw, a mój ojciec natychmiast zrobił to samo jako ekspert w zakresie identyfikowania akcji wzrostowych. Obaj stosowaliśmy listę tych samych piętnastu punktów. Kilka lat później pozbyłem się udziałów w Nucorze, notując przy tym olbrzymi zysk. Mój ojciec trzymał swoje akcje znacznie dłużej i sprzedał je o wiele korzystniej - w chwili, kiedy Nucor mógł poszczycić się statusem drugiego co do wielkości producenta stali w Stanach Zjednoczonych.
Gdy niniejsza książka ukazała się w druku, mój ojciec miał pięćdziesiąt jeden lat i był nieco eklektycznym geniuszem z licznymi sukcesami na koncie. Myślę jednak, że nie dostrzegał on, że zrozumienie rzemiosła, które sam uprawiał intuicyjnie na przestrzeni wielu lat, może zająć nowicjuszowi sporo czasu. To była zresztą jego charakterystyczna cecha: zawsze w końcu myślał o wszystkim inaczej, niż początkowo mu się wydawało. Na tym polegało pozytywne dziwactwo jego mózgu. Kiedy piszę te słowa, mam 52 lata, niemal tyle samo, ile mój ojciec w chwili wydania książki, i jako osoba, która nie wymyśliła, lecz musiała nauczyć się całego procesu od podstaw, wiem, że zadanie to wymaga czasu.
Moje postrzeganie jest nieco bardziej linearne i introspekcyjne niż miało to miejsce w przypadku ojca, dlatego też zachęcam cię do kilkakrotnej lektury niniejszej książki w trakcie twojej działalności inwestycyjnej. Wróćmy na chwilę do pozyskiwania informacji ze źródeł niestandardowych. Rozdział dotyczący tej kwestii liczy zaledwie trzy strony, choć należą one do jednych z najważniejszych w całej książce. Patrząc wstecz, widzę teraz, że mój ojciec po prostu pominął część dotyczącą samego rzemiosła. Po prostu założył sobie, że jest to coś oczywistego.
Przez wiele lat wykorzystywałem opisany w tej książce proces do analizy różnego rodzaju akcji, dzięki czemu zdobyłem sporo doświadczeń. Kluczem do sukcesu jest skupienie się na klientach, konkurentach i dostawcach. Związane z tym rzemiosło, w tym sposób jego uprawiania, opisałem w swojej pierwszej książce, Super Stocks (Dow Jones-Irwin, 1984),którą wzbogaciłem kilkoma przykładami z prawdziwego życia. Moja książka zyskała uznanie, w latach 1984-1985 stała się bestsellerem w swojej kategorii i fakt ten napawa mnie dumą. Niemniej jednak mój tekst nie był nawet w połowie tak dobry jak niniejsza publikacja. Książka Zwykle akcje, niezwykle zyski zawiera znacznie mniej informacji, które z biegiem czasu straciły na aktualności, niż moja pierwsza książka, i choć obie prace wprowadzają nowe koncepcje, te przedstawione przez mojego ojca były dużo bardziej radykalne jak na swoje czasy, bardziej uniwersalne i ponadczasowe - właśnie dlatego ten tekst jest tak wyjątkowy. Moja książka traktowała wyłącznie o rzemiośle, nie o sztuce. Dzięki odpowiedniemu przygotowaniu technicznemu zawsze można uzyskać odpowiedzi na zadawane pytania. Sztuka polega jednak tym, aby umieć zadawać dodatkowe, właściwe pytania na podstawie otrzymywanych odpowiedzi. Znam ludzi, którzy sztywno trzymają się standardowej listy pytań, niezależnie od odpowiedzi, które uzyskują - a nie na tym ta sztuka polega. Jeśli w czasie rzeczywistym uda ci się sprawnie trzymać schematu: ty pytasz, ktoś odpowiada, zadajesz kolejne pytanie, które najlepiej wynika z właśnie uzyskanej odpowiedzi itd., to jesteś kompozytorem, artystą, kreatywnym i dociekliwym inwestorem. Właśnie w tym tak świetny był mój ojciec.
W latach 1972-1982 tysiące razy odwiedzałem z ojcem różne przedsiębiorstwa. Pracowałem dla niego tylko przez rok, ale nawet kiedy zmieniłem pracę, podejmowaliśmy wspólnie wiele działań. Analizując sytuację jakiejś firmy, ojciec zawsze z wyprzedzeniem przygotowywał sobie na żółtych kartkach listę pytań, pozostawiając między nimi wolne miejsca na notatki. Zawsze chciał być przygotowany i pragnął, aby firmy te dostrzegały to i doceniały. Przygotowane pytania wykorzystywał jako listę tematów do omówienia, były też one bardzo pomocne w tych sporadycznych przypadkach, gdy rozmowa się nie kleiła i przybierała zły obrót. Wtedy mógł natychmiast nakierować ją na właściwe tory, zadając jedno z przygotowanych pytań. Jednak jego najlepsze pytania nigdy nie były przygotowane i wcześniej spisane, lecz zawsze padały niespodziewanie w natychmiastowej reakcji na odpowiedź, jaką uzyskał na swoje wcześniejsze pytanie. Zadawanie pytań w tak kreatywny sposób było nie lada sztuką. Moim zdaniem to właśnie dzięki tej sztuce jego przepytywania można określić jako doskonałe.
Umysł ojca świetnie sobie radził z kwestiami finansowymi aż do późnej starości. Chciałbym przytoczyć tu jedno z najlepszych pytań, jakie zdarzyło mi się słyszeć, a które nigdy nie padło z ust mojego ojca. Jego autorem był James Michaels, a samo pytanie stanowiłoby doskonały dodatek do każdej książki.
Los chciał, że przez piętnaście lat miałem szczęście i zaszczyt współpracować z Jamesem Walkerem Michaelsem, który odchodząc na emeryturę w 1998 roku i opuszczając stanowisko redaktora naczelnego magazynu "Forbes", cieszył się statusem niekwestionowanego mentora amerykańskiego dziennikarstwa biznesowego. To on zwerbował mnie do redakcji, wziął mnie pod swoje skrzydła i osobiście analizował każdą linijkę tekstu, która wyszła spod mojej ręki (co zdarza się niezwykle rzadko w tej branży). Co więcej, darzył mojego ojca niezwykłym szacunkiem. Tylko raz w dziejach naszej przyjaźni zdarzyło się, że mieliśmy okazję spędzić wspólnie weekend na Zachodnim Wybrzeżu. Jim uznał to za doskonałą sposobność, aby spotkać się z moim ojcem, który miał wkrótce obchodzić 89. urodziny, i przybył na miejsce nieco wcześniej.
Ich rozmowa trwała kilka godzin i odbyła się w pokoju konferencyjnym w siedzibie mojej firmy usytuowanej na szczycie Kings Mountain w Kalifornii. Następnie Jim i ja wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy na północ, w stronę Russian River. Przez całą drogę James wypytywał mnie o "to pytanie". Mimo iż znałem ojca lepiej niż ktokolwiek inny, nie miałem pojęcia, o co mogło mu chodzić, a fakt ten sprawił, że czułem się nieco zażenowany. Blisko godzinę Jim starał się poukładać w logiczną całość to, co usłyszał od mojego ojca, jednak wobec niepowodzenia i narastającej frustracji dał sobie spokój. I wtedy, jak to często bywa w takich sytuacjach, myśl sama wskoczyła mu do głowy: "Co takiego robi wasza firma, co jeszcze nie zostało zaadaptowane przez konkurencję?". Cóż za genialne pytanie! Nacisk kładzie bowiem na słowo jeszcze. Zdumiewające. Większość ludzi słysząc takie pytanie uświadamia sobie, że ich firma nie robi nic niezwykłego, nic, czego nie można byłoby już spotkać u konkurencji. W takiej sytuacji zostaje już tylko poczucie lekkiego szoku i głowienie się, dlaczego nie pomyślano o tym wcześniej.
Firma, która nieustannie zadaje sobie wspomniane wyżej pytanie, nigdy nie spoczywa na laurach, przez co niezwykle trudno jest ją zaskoczyć. Taka organizacja nie ma też problemów z kapitałem intelektualnym niezbędnym do systematycznej pracy nakierowanej na lepszą przyszłość. Dzięki spójnemu i inspirującemu przywództwu filozofia korporacyjna przedsiębiorstwa takiego pokroju jest bezpośrednią pochodną piętnastu punktów. Pytanie "Co takiego robi wasza firma, co jeszcze nie zostało zaadaptowane przez konkurencję?" implikuje dążenie firmy do naturalnej pozycji lidera branży, zmuszając konkurencję do naśladownictwa. Wyższość takiego podejścia nad innymi wypływa z faktu, iż stawia ono sobie za cel dobro klientów, pracowników i udziałowców. Pytanie sformułowane przez Jima stanowiło idealne podsumowanie życiowych osiągnięć mojego ojca, a także jego piętnastu punktów. Po dziś dzień zachodzę w głowę, w jaki sposób udało się Jimowi wymyślić takie pytanie. Tak czy inaczej, chyba każdy się zgodzi, że jest ono genialne w swojej prostocie.
Po weekendowym odpoczynku i powrocie do Nowego Jorku Jim, który od zawsze charakteryzował się zmysłem prawdziwie dziennikarskim, napisał do "Forbesa" artykuł nawiązujący do owego pytania. Artykuł łączył w sobie najlepsze elementy stylu Jamesa Walkera Michaelsa oraz naturalną błyskotliwość mojego ojca. Całe to wydarzenie upewniło mnie tylko w przekonaniu, że w porównaniu do eklektycznego geniuszu ojca ja byłem jedynie solidnym rzemieślnikiem. Nie jest to z mojej strony fałszywa skromność; myślę, że nie mam się czego wstydzić. Jednak przyznaję, że w swoim podejściu jestem bardzo linearny, a wszystkie moje osiągnięcia wymagały ode mnie ciężkiej pracy i determinacji. Ojciec był natomiast autentycznym geniuszem.
Moja firma stosuje piętnaście punktów oraz informacje ze źródeł niestandardowych do analizy różnych przedsiębiorstw, jednak głównie skupialiśmy się na tych mniejszych i na skraju upadku, z dowolnej branży: sprzedaży detalicznej, nowych technologii, usług, prowadzących obrót betonem, stalą, produktami konsumpcyjnymi, zajmujących się przetwórstwem chemicznym, hazardem itd. Piętnaście punktów nie zawsze stanowiło narzędzie, które w ostatecznym rozrachunku okazywało się decydujące, niemniej jednak zawsze bardzo ułatwiało analizę. Jako założyciel firmy miałem pewnego rodzaju swobodę działania, dlatego też starając się na dużą skalę trafnie przeanalizować setki akcji rocznie, wprowadziłem w organizacji proces o nazwie "Dwanaście-Rozmów" (ang. Twelve-Call),który zakładał, że pracownicy w różnych lokalizacjach będą przeprowadzać telefoniczne wywiady z klientami, konkurentami i dostawcami danej firmy. Może działanie takie nie było tak efektywne jak osobista rozmowa z przedstawicielami analizowanego przedsiębiorstwa, jednak pozwalała nam uzyskać sporo danych, o oszczędności czasu nie wspominając. Dziś strategia ta ustąpiła miejsca nowszej technologii rynków kapitałowych, jednak dalsze rozwodzenie się nad tym wykraczałoby poza ramy niniejszej książki.
Obecnie moja firma obraca miliardami dolarów, osiągając różne cele poprzez zakup akcji z całego świata przy pomocy ponad pięciuset pracowników. Zapewne wszystko to nie należy do twoich codziennych zajęć, dlatego też nie staraj się kopiować moich działań. Ja z kolei nie będę robił tego, do czego ty powinieneś dążyć. Jeśli działasz sam, wszystkie piętnaście punktów jest nadal aktualnych. Patrząc na nie przez pryzmat taktyki, powinieneś oprzeć się na nich tak, jak ja to zrobiłem, kiedy byłem młody i nie dysponowałem środkami, jakie mam dzisiaj. Zapewne nie jesteś też w stanie działać na taką skalę jak ja teraz, jednak nie jest to konieczne. Zmierzam do tego, iż aplikacja piętnastu punktów ma sens zarówno w formie, którą opracował dla nich mój ojciec, jak i w innym, szerszym i nieco uogólnionym ujęciu. Technika ta sprawdza się w przypadku akcji rodzimych, zagranicznych, wzrostowych, wartościowych, a także w przypadku prywatnych, nawet całkiem niedużych przedsiębiorstw. Zasady zawsze pozostają te same.
Nie myśl tylko, że jedynymi wartymi uwagi częściami Zwykłych akcji, niezwykłych zysków są rozdziały poświęcone informacjom ze źródeł niestandardowych i piętnastu punktom. Według mnie są to po prostu perełki, ale oczywiście można tam również znaleźć wiele innych błyskotliwych myśli i złotych uwag. Oto przykład. W roku 1990 byłem już profesjonalistą z osiemnastoletnim stażem i niemałymi sukcesami na koncie, a dodatkowo mogłem pochwalić się sześcioma latami pracy w redakcji "Forbesa". I wtedy pojawiła się kwestia Saddama Husajna. Wraz ze wzrostem ryzyka wybuchu wojny rósł niepokój inwestorów, a wraz z nim pogorszeniu uległy nastroje na rynku. Poświęciłem dużo czasu na studiowanie historii i napisałem dwie książki na temat historii finansów. Z mojego punktu widzenia historia uczyła nas, aby "kupować", ale nie byłem tego do końca pewien. Pewnego dnia utwierdziłem się jednak w swoim przekonaniu, gdy w wolnej chwili ponownie przeczytałem rozdział 8 - "Pięć zakazów dla inwestorów" i rozdział 9 - "Kolejne pięć zakazów dla inwestorów". Od tej pory wiedziałem już, że strach przed wojną stanowi doskonałą okazję do dokonywania zakupów na rynku. Na tej podstawie oraz w oparciu o moje ekonomiczne prognozy napisałem idealnie wpasowane w okres późnych lat 90. felietony zachęcające do "kupowania". To wyczucie czasu zagwarantowało mi długoletnią współpracę z magazynem "Forbes". Analogiczny wzorzec można było zaobserwować w latach 2000-2002, kiedy to zbliżającą się recesję można było ponownie przypisać problemom z Saddamem Husajnem.
Piszę te słowa w roku 2002, kiedy - w zależności jak na to spojrzymy - wychodzimy z najgorszego załamania giełdowego od czasu krachu z roku 1974 i początków mojej kariery lub wielkiego kryzysu z lat 1937-1938. W efekcie wiele osób porzuciło swoje dotychczasowe przekonania inwestycyjne, a inni postanowili zaufać nowym koncepcjom, które - jestem tego pewny - okażą się wkrótce płytkie, banalne i pozbawione sensu. W takich okolicznościach mój ojciec spojrzałby w przyszłość i stwierdził, że kapitalizm zwycięży, a Stany Zjednoczone i cała zachodnia cywilizacja wyjdą z kryzysu mocniejsze, że w takiej sytuacji można debatować o absolutnym dnie rynkowym, lecz że on sam nie wniósłby zbyt wiele do dyskusji (co nie jest do końca prawdą, ponieważ w swojej długiej i barwnej karierze zdarzyło mu się być autorem kilku spektakularnych prognoz). Ojciec zapewniłby również, że każdy, kto posiada akcje spółek dobrze ocenianych w każdym z piętnastu punktów i nie ulega przelotnym modom i kaprysom, może spać spokojnie, ci zaś, którzy takowych akcji nie nabyli, powinni to zrobić jak najszybciej. Tu pojawia się pytanie: czy cena akcji może się jeszcze obniżyć? Ojciec dopuszczał taką ewentualność, lecz jego zdaniem fakt ten po kilku latach od zakupu całkowicie tracił na znaczeniu. Czy w obliczu załamania rynku kiedykolwiek przeszła mu przez myśl sprzedaż udziałów i "ucieczka"? Nigdy. Taki krok nie był po prostu w jego stylu. Co prawda w ultra-długiej karierze ojca zdarzyło mu się kilka razy sprzedać akcje z myślą o ich późniejszym odkupieniu, jednak miało to miejsce tylko wtedy, gdy był całkowicie przekonany, iż rynek nie sięgnął jeszcze absolutnego dna.
Czy ojciec bał się Saddama Husajna, Osamy bin Ladena lub terrorystów? Nie. Czy obawiał się wojny? Na stronach niniejszej książki znajduje się jasna odpowiedź: nie. Czy podzielał poglądy prezydenta Busha, który dążył do konfliktu zbrojnego? Nie. Niezwykle rzadko zdarzało mu się podziwiać prezydentów, ponieważ postrzegał ich jako polityków, którymi nie zaprzątał sobie głowy, a kilku ludzi ze świata polityki, których szanował, nie piastowało tak wysokich stanowisk. Ojciec zwykł mawiać o politykach, że "im wyżej się pną, tym bardziej kłamliwi się stają". Ojciec nienawidził więc wojny i nigdy nie potrafił znaleźć dla niej wytłumaczenia. Czy martwił go natłok negatywnych informacji, którymi codziennie karmią nas media, np. brak etyki w biznesie, nielegalne dorabianie się w czasach kryzysu, wysokie rynkowe współczynniki ceny do zysku, niewypłacalność Brazylii itp.? Nie, zupełnie nie. Czas niepokoju i gorączki, kiedy to wszyscy tracili z oczu naprawdę ważne rzeczy, ojciec wykorzystywał na fundamentalny przegląd swojego portfela akcji, aby sprawdzić, czy nie ma w nim akcji wartych sprzedaży. Spoglądając na najsłabszą firmę w grupie, zawsze analizował ją pod kątem reszty branży, szukając jednej lub dwóch firm, które mogłyby stanowić wartościowy zamiennik. Spadek koniunktury od zawsze stanowił bowiem doskonałą okazję do poprawy jakości posiadanego portfela inwestycyjnego i kiedy wszyscy dookoła zaprzątali sobie głowę recesją rynku jako takiego, ojciec z nie mniejszym przejęciem weryfikował stan posiadanych akcji, analizując je przez pryzmat udziałów, których nie posiadał, a które były tego warte.
Będąc u schyłku kariery, ojciec usłyszał pytanie dotyczące wyczucia czasu na rynku, a jego odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: "Cóż, mój syn niejednokrotnie dowiódł, że w tej dziedzinie radzi sobie dużo lepiej niż ja, jednak nie ufałbym mu do końca...". Nigdy nie ufał innym, jeżeli chodzi o takie decyzje. Zawsze wierzył w swoje piętnaście punktów i akcje firm, które mogły pochwalić się wszystkimi piętnastoma punktami. Nic więcej go nie interesowało. I tak też byłoby dzisiaj.
Wielokrotnie w czasie mojej kariery zawodowej różni ludzie mówili mi, że (a) jestem w błędzie (co nie zawsze rozmijało i będzie rozmijać się z prawdą) i (b) mój ojciec postąpiłby zupełnie inaczej. W takich momentach doskonale dostrzegałem, że ludzie ci nie rozumieli ojca nawet w połowie tak dobrze jak ja, a także nie czytali jego dzieł tak często, jak miało to miejsce w moim przypadku. Tak więc nigdy nie martwiłem się opiniami innych na temat tego, co zrobiłby, a czego by nie zrobił mój ojciec. Fakt, że byłem osobą, która w wymiarze biznesowym znała ojca lepiej niż ktokolwiek inny, nie przeszkadzał mi bynajmniej w wielokrotnym wracaniu do jego prac. Nawet dogłębne zrozumienie książki nie oznacza, iż kolejna lektura tego samego tekstu nie zaowocuje nowymi spostrzeżeniami. Wręcz przeciwnie - czytelnik ograniczający się do jednorazowej lektury książki wyrządza sobie krzywdę. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, ludzka pamięć jest krótka. Po drugie, im więcej razy coś czytamy, tym więcej z tego rozumiemy. Nie chcę być posądzony o herezję, jednak ta książka powinna być traktowana jak mała inwestycyjna biblia - księga, którą należy czytać i czytać, i której przydatność nie kończy się z ostatnią stroną.
Na kartach tej książki znajdziesz wiele cennych uwag, które, podobnie jak ja, możesz uznać za bardzo przydatne. Jednak na koniec istotne jest zwrócenie uwagi na pewną jej cechę, jaką jest jej "podstawowość". Książka bowiem nie tylko przybliża zasadnicze kwestie dotyczące inwestowania, lecz również stanowiła podstawowy element szkolenia wielu wiodących specjalistów z tej dziedziny. Przez wiele lat Zwykle akcje, niezwykle zyski należały do kanonu książek akademickich obowiązujących w Szkole Biznesu Uniwersytetu Stanforda. Rzesze studentów przewinęły się przez Stanford; wielu z nich przeczytało tę książkę, by po opuszczeniu murów uczelni stać się jednymi z najlepszych inwestorów w kraju. Książka ta miała jednak jeszcze większy zasięg. Na przykład Warren Buffett wielokrotnie wyrażał swoje uznanie dla mojego ojca i jego książki jako dzieła, które odegrało niebagatelną w rolę w kształtowaniu jego własnej filozofii inwestycyjnej. Chcesz sprawdzić, o co chodzi? Przeczytaj pierwszy z "zakazów" mojego ojca, wymieniony w rozdziale 9: "Nie przeceniaj znaczenia dywersyfikacji". Szybko dotrzesz do kluczowego kamienia węgielnego filozofii Buffetta - znajdziesz go w tym samym miejscu, co on na początku swej drogi.
W okresie pomiędzy napisaniem przez mojego ojca jego pierwszej książki i książki trzeciej, a zarazem ostatniej - Konserwatywni inwestorzy śpią spokojnie - niewiele zmieniło się w fundamentalizmie rynkowym, ale sporo wody upłynęło w "inwestycyjnej rzece": w latach 1958-1974 na rynku zanotowano potężną hossę, potem bessę, doświadczono wielu chwilowych mód. W roku 1974 mój ojciec miał sześćdziesiąt siedem lat. Jego ostatnia książka była dobra, ale nie tak dobra jak Zwykle akcje, niezwykle zyski. Ojciec na swój sposób padł ofiarą własnego sukcesu - jego pierwsze dzieło okazało się tak doskonałe, że kolejne książki były w stanie zaoferować jedynie kosmetyczne poprawki i co najwyżej poprawne spostrzeżenia. Drogi Czytelniku, jeśli więc z jakichś powodów możesz zapoznać się tylko z jedną książką ojca, niech będzie to jego pierwszy autorski tekst. Jest najlepszy. Drugą co do ważności książką jest jego ostatnie chronologicznie dzieło. Oferowało szersze rozważania w zakresie niektórych fundamentalnych zasad inwestycyjnych i choć jak na swoje czasy było nieco wybiórcze, to w pewnym sensie również pozostało ponadczasowe.
Moim zdaniem część rozdziału 6 książki Konserwatywni inwestorzy śpią spokojnie, poświęcona Motoroli, to klasyczny Phil Fisher. To właśnie tam ojciec jasno przedstawia powody, dla których był gotów zaryzykować wszystko, kupując akcje firmy z myślą o długoterminowych zyskach, co w tamtym okresie nie znalazło powszechnego uznania. Czytając ten fragment, trudno jest nie docenić szczególnego charakteru Motoroli. Spójrzmy jednak, co było dalej. W ciągu kolejnych 25 lat akcje tej spółki - nie licząc dywidendy - zyskały na wartości trzydziestokrotnie, a wszystko to miało miejsce w firmie ustabilizowanej, dobrze zarządzanej, niegenerującej co roku kosztów maklerskich, kosztów operacyjnych funduszy inwestycyjnych i bez konieczności dokładania nadmiernych starań przez zainteresowany tą firmą podmiot. Motorola była więc idealną inwestycją dla ludzi wielkiej wiary. Jak często zdarza się trafić "pewniaka", który oferuje realną perspektywę zysków w długim okresie? Prawie nigdy. Czy spotyka się ludzi, którzy są gotowi trzymać udziały jednej firmy przez 25 lat? Tak, i dane mi było poznać taką osobę. Mam tu oczywiście na myśli Philipa A. Fishera, który zachował w swoim portfelu znaczny pakiet akcji Motoroli, mimo iż w rankingu Standard & Poor's 500 wielokrotnie otrzymywały one niepochlebne oceny i rekomendacje. W tym leżał klucz do sukcesu Philipa Fishera, który starannie selekcjonował kilka firm, poznawał je na wylot, a następnie nabywał akcje i z anielską wręcz cierpliwością czekał, aż ich wartość urośnie do niebotycznych rozmiarów. Książka Konserwatywni inwestorzy śpią spokojnie to po prostu zbiór najlepszych rad dotyczących nabywania i trzymania akcji wzrostowych bez ponoszenia przy tym znacznego ryzyka. Oczywiście wskazówki takie można znaleźć zarówno w ostatniej, jak i w pierwszej książce ojca (mimo dzielących je szesnastu lat są one w pewnym sensie jak rodzeństwo), jednak decydując się na przeczytanie tylko jednej, polecam Zwykłe akcje. Książka ta jest znacznie bogatsza, bardziej radykalna jak na swoje czasy, jest lepiej napisana, ponadczasowa, obejmuje sobą większy zakres tematyczny i mimo wszystko jest bardziej filozoficzna. Nie ukrywam, że najlepszym rozwiązaniem jest lektura obu tekstów.
W kolejnej części książki, we wstępie, przytaczam kilka faktów z życia ojca, które nie były powszechnie znane. Ludzie nieustannie pytają mnie bowiem o relacje z ojcem, pracę w tej samej branży itp., a ponieważ ojciec, podobnie jak i ja, był nieco ekscentryczny, moje odpowiedzi również mogą okazać się nieco dziwne. Na przykład kiedy słyszałem pytanie o ulubione wspólne z moim ojcem doświadczenie, odpowiadałem: "To, które będzie następne". Oczywiście taka odpowiedź nie wchodzi już w grę, jednak przez długi czas była w takiej sytuacji standardem. Niektórzy, dalej drążąc temat, dociekają: "Nie pamiętasz żadnych miłych chwil z dzieciństwa?". Natychmiast przyznaję, że owszem, były, bo ojciec najlepiej na całym świecie potrafił opowiadać bajki na dobranoc, ale jego opowieści nie miały nic wspólnego z rynkiem papierów wartościowych. Co więcej, wiele z nich wymyślał sam. Jako dziecko uwielbiałem to i każdy spędzany z nim moment. Rosnące rzesze zwolenników filozofii Buffetta nienawidzą takich odpowiedzi - woleliby usłyszeć opowieść o wspólnej analizie akcji. Dla nas jednak była to tylko i wyłącznie praca - nigdy nie wiązały się z tym emocje. Zirytowani zadają więc często pytanie: "Gdybyś mógł streścić rady swojego ojca w jednym zdaniu, jak by ono brzmiało?". Mam na nie tylko jedną odpowiedź: "Przeczytaj jego książki i spróbuj się zastosować do ich treści". Nie zostaje mi zatem nic innego. Miłej lektury.
Kenneth L. Fisher
Kings Mountain, Kalifornia
Lipiec 2003
Spis treści
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Przedmowa. Czego nauczyłem się z książek mojego ojca
Piętnaście zasad
Cele, a pozyskiwanie informacji z niestandardowych źródeł
To i wiele więcej
Wstęp
Początki
Okres pośredni
Co to był za człowiek?
Trzy "P"
Znaczenie - lustrzane odbicie
Część pierwsza. Zwykłe akcje, niezwykłe zyski
Przedmowa
Rozdział 1. Wskazówki z przeszłości
Rozdział 2. Czemu służą "informacje z niestandardowych źródeł"
Rozdział 3. Co kupować. Piętnaście punktów, których należy szukać w akcjach zwykłych
Rozdział 4. Co kupować.Stosowanie 15 punktów do własnych potrzeb
Rozdział 5. Kiedy kupować
Rozdział 6. Kiedy sprzedawać a kiedy nie
Rozdział 7. Zamieszanie wokół dywidend
Rozdział 8. Pięć zakazów dla inwestorów
1. Nie kupuj akcji bardzo młodych firm.
2. Nie ignoruj dobrych akcji tylko dlatego, że są sprzedawane "poza obrotem giełdowym".
3. Nie kupuj akcji tylko dlatego, że podoba ci się "ton" raportu rocznego danej firmy.
4. Nie zakładaj, że wysoka cena sprzedaży akcji w stosunku do zysków wskazuje na to, iż dalszy wzrost tych zysków został już w znacznym stopniu dyskontowany w tej cenie.
5. Nie spieraj się o drobne.
Rozdział 9. Kolejne pięć zakazów dla inwestorów
1. Nie przeceniaj znaczenia dywersyfikacji.
2. Nie bój się kupować w czasach wojennej paniki.
3. Nie zapominaj o Gilbercie i Sullivanie.
4. Pamiętaj, aby kupując prawdziwe akcje wzrostowe, wziąć pod uwagę czas i cenę.
5. Nie podążaj za tłumem.
Rozdział 10. Jak znaleźć akcje wzrostowe
Rozdział 11. Podsumowanie i wnioski
Część druga. Konserwatywni inwestorzy śpią spokojnie
Wstęp
Rozdział 1. Pierwszy wymiar konserwatywnych inwestycji
Niskonakładowa produkcja
Doskonały marketing
Wizjonerskie prace badawcze i rozwój technologiczny
Umiejętności finansowe
Rozdział 2. Drugi wymiar. Czynnik ludzki
Rozdział 3. Trzeci wymiar. Uwarunkowania inwestycyjne niektórych przedsiębiorstw
Rozdział 4. Czwarty wymiar. Cena konserwatywnej inwestycji
Rozdział 5. Więcej o czwartym wymiarze
Rozdział 6. Jeszcze kilka słów o czwartym wymiarze
Część trzecia. Wypracowywanie filozofii inwestycyjnej
Rozdział 1. Korzenie filozofii
Narodziny fascynacji
Doświadczenia kształtujące mnie jako inwestora
Pierwsze lekcje w szkole życia
Podstawy
Rynek akcji podczas wielkiego kryzysu
Szansa na rozwinięcie skrzydeł
Katastrofa jako szansa świeżego początku
Podstawy nabierają kształtu
Rozdział 2. Nauka w praktyce
Food Machinery jako szansa na dobrą inwestycję
Zygzakowanie
W opozycji, ale nie w błędzie
Cierpliwość i działanie
Od każdej reguły są wyjątki... jednak niewiele
Eksperyment z wyczuwaniem właściwego momentu
Szukanie ceny, rezygnowanie z okazji
Rozdział 3. Filozofia dojrzewa
E pluribus unum
Historia w starciu z szansami
Wnioski z dobrych lat
Nie ilość się liczy, lecz jakość
Być cierpliwym czy wyprzedawać akcje w obliczu potencjalnego załamania?
Szybki obrót akcjami może być szybką drogą w dół
Długi cień dywidend
Rozdział 4. Czy rynek jest efektywny?
Mit efektywnego rynku
Raychem Corporation
Raychem, zniszczone marzenia i kryzys
Raychem i efektywny rynek
Podsumowanie
Załącznik. Kluczowe czynniki niezbędne do oceny dobrze rokujących firm
Czynniki funkcjonalne
Czynnik ludzki
Czynniki biznesowe