PROLOG
LAGOS, NIGERIA - 22 KWIETNIA 1990 ROKU
Z daleka słychać było kanonadę. Serie z broni maszynowej i pojedyncze
wystrzały z działka. Ani ja, ani pan Ryszard zupełnie nie wiedzieliśmy,
czego się spodziewać. Na wszelki wypadek każdy z nas oprócz legitymacji
dyplomatycznej wziął także kilka paczek banknotów nair. Gdyby trzeba
było się wykupić. Ja w skarpetę wcisnąłem płaski scyzoryk. Pan Ryszard
dał mi wielką agrafkę, drugą taką samą schował sobie do buta. Na moje
pytające spojrzenie krótko rzucił: "Dobre do otwierania kajdanek!". Obaj
roześmialiśmy się gromko. Ruszamy.
Przez Victoria Island przejechaliśmy bez problemów, co nas nieco
zdziwiło. Normalnie na mostach prowadzących na sąsiednie wyspy stały
posterunki kontrolne. Teraz zniknęły. A kanonada przycichła. Wjechaliśmy
na wyspę Lagos, a potem skręciliśmy w stronę wyspy Ikoyi, w Obalende
Road. W tę stronę, gdzie się dymiło. Jak dotąd wszystko było okej.
Ale "nieoczekiwane" wcale nie zaspało tego ranka. Po kilkuset metrach
jazdy po Obalende, gdzieś na wysokości cmentarza, nadzialiśmy się na
przeszkodę. W poprzek naszego pasa stał zielony transporter opancerzony.
Na jego wieżyczce siedział olbrzymi wojak w czerwonym berecie i czytał
kolorowy tygodnik "The Nigerian Times".
Musieliśmy się zatrzymać. W niezrozumiałym dla mnie do dzisiaj
przypływie odwagi, brawury albo głupoty wysiadłem z samochodu. I równie
głupawo zapytałem:
- Sir, jestem dyplomatą. Co tu się dzieje?
Żołnierz spojrzał na mnie znad tygodnika. Zastanowił się przez chwilę.
Dziś podejrzewam, że kombinował, co będzie, jak nas zastrzeli. Widać
jednak zmysł państwowotwórczy doszedł u niego do głosu, bo łaskawym
tonem zapytał:
- Jaka ambasada?
- Poland, sir! - brzmiała moja bardzo grzeczna odpowiedź.
- Aaaa, Holland... Okej! Wracajcie do swojej ambasady i słuchajcie radia!
- zakomenderował.
- Tak jest, sir! - odkrzyknąłem służbiście. Wtedy wreszcie zacząłem
obserwować, czy przypadkiem nie zechce sięgnąć po broń. - Panie
Ryszardzie, spieprzamy stąd... zawracamy!
No i zaczęliśmy zawracać. Niestety, przejechanie przez pas zieleni
rozdzielający obie jezdnie było dość ryzykowne ze względu na wysokie
krawężniki. Ale tu peugeot 505 sprawdził się znakomicie. Gdy już
staliśmy na pasie zieleni i pan Ryszard przymierzał się do wolniutkiego
zjeżdżania z krawężnika na wiodącą w przeciwną stronę jezdnię, moją
uwagę przyciągnął dziwny dźwięk dobiegający z prawej strony. Tak jakby
zza transportera, na którego wieżyczce nie było już wojaka z czasopismem. Przed moim nosem miałem cmentarny mur. Transporter charknął
czarnym dymem z rury. Zerknąłem w prawo i zdrętwiałem. Pac, pac, pac,
pac, pac... Z muru na wszystkie strony pryskały fragmenty tynku i kamieni.
Dopiero kiedy wielkokalibrowy kaem transportera zaczął rzygać pociskami,
zdałem sobie sprawę, że to odpowiedź na ostrzał z przeciwnej strony.
Prowadzony z równie śmiercionośnej broni. Seria od strony Dodan Barracks
biegnąca po cmentarnym murze była zapewne skierowana nie w nas, ale w transporter. Tyle że nasz peugeot znajdował się na linii tego ostrzału.
Kule robiły dziury w murze coraz bliżej nas. Jęknąłem tylko:
- Panie Rysiu! Gaz do dechy! Spierdzielamy i to JUŻ!!!
Peugeot zapiszczał oponami w szalonym sprincie. Oddalaliśmy się od
pechowego miejsca. Jednak nie dość szybko. Model 505 nie był golfem GTI.
Kątem prawego oka widziałem, jak seria biegnąca po murze zaczyna nas
powoli wyprzedzać. Czułem, że zaraz dostaniemy w kufer. A tam mamy
przecież zbiornik paliwa!
- Panie Rysiu, gazuuuuu!!! - wrzasnąłem.
Nagle śladów na murze przestało przybywać. Odetchnąłem. I w tym momencie
zobaczyłem po lewej stronie Obalende Road gniazdo karabinu maszynowego
obłożone workami z piaskiem i wtulone w krzaki. Patrzyliśmy wprost w lufę. Jadąc w stronę Dodan Barracks, minęliśmy to gniazdo, zupełnie go
nie zauważywszy. Zdrętwiałem na moment. Strzelą?
WPROWADZENIE
Nazywam się Hagenbeck... Filip Hagenbeck.
Kim jestem?
Jestem "szpiegiem"... a raczej "byłym szpiegiem"! I do tego zupełnie
zwyczajnym. Elegantsza nazwa tej jednej z najstarszych profesji świata
mogłaby brzmieć: "kadrowy funkcjonariusz wywiadu". Na marginesie dodam,
że zawsze bawiła mnie zabawa polegająca na mruganiu do Czytelników, tak
jak to kiedyś uczynił pewien polski "niezwyczajny szpieg",
przedstawiając się w tytule swoich wspomnień jak sam James Bond.
"Nazywam się..." Dlatego wybaczcie mi to mrugnięcie.
Do tej opowieści przymierzałem się od wielu lat. Ale przelanie moich
wspomnień na papier byłoby dawniej zupełnie nie do pomyślenia. Bo wiecie
- świat szpiegów, zarówno tych "zwyczajnych", jak i "niezwyczajnych", a czasem nawet "nadzwyczajnych" jest z reguły hermetyczny. Wpajana nam od
początku zasada poufności skłaniała do pozostawania w cieniu. Mnie
samego wyszkolono zgodnie ze starym złodziejskim (i szpiegowskim)
prawidłem: jeśli cię złapią na gorącym uczynku, to do niczego się nie
przyznawaj, a jeśli chwycą cię za rękę, w której trzymasz łup (tajny
mikrofilm) - zaprzeczaj, że to twoja ręka. Konsekwentnie i do końca.
Pamiętam dokładnie ten wykład w Kiejkutach.
Tłumaczono nam, że skuteczność takiej strategii jest potwierdzana przez
najlepszych prokuratorów. Oskarżyciele mają ułatwione zadanie, gdy
podejrzany podejmuje z nimi dialog, licząc, że wygra z wymiarem
sprawiedliwości. Dlatego przez długie lata po oficjalnym odejściu ze
służby taktownie milczałem. Zgodnie z zasadami. Jako że szpiedzy też
mają zasady.
Pierwszy raz milczałem, gdy Najjaśniejsza Rzeczpospolita w październiku
1990 roku oświadczyła ustami kolegi z kadr w Centrali: "Już tu nie
pracujesz! W kasie czeka odprawa. Pokwituj odbiór świadectwa pracy. O,
tu masz napisane, że jesteś zweryfikowany pozytywnie". Kasę i świadectwo
moralności odebrałem i poszedłem poszukać sobie jakiejś innej pracy.
Długo nie szukałem.
Drugi raz milczałem, gdy Najjaśniejsza Rzeczypospolita w lutym 1991 roku
zorientowała się, że w polskim wywiadzie cywilnym - zmuszonym do
działania w nowej konfiguracji geopolitycznej w Europie - brakuje
fachowców. Kolega z Centrali zadzwonił z pytaniem, czy nie wróciłbym do
służby (już w nowym UOP), bo nie mają doświadczonych ludzi do roboty.
Ktoś musi młody narybek szkolić.
Nie byłem tym zbytnio zainteresowany, gdyż ówcześnie przechodziłem - jak
miliony moich rodaków - zdumiewającą lekcję barbarzyńskiej fazy
kapitalizmu. Pracowałem w prywatnej firmie i nie zamierzałem z tego
"darmowego uniwersytetu" rezygnować. Udało mi się wtedy ocalić od
bankructwa polski przemysł cukrowniczy. Serio. Kiedyś o tym opowiem.
Zarząd Wywiadu UOP kilka razy nieoficjalnie zachęcał mnie do powrotu do
służby. Dałem się przekonać dopiero po trzech latach. Powrót obfitował w rozmaite atrakcyjne przygody. Ale był skuteczny. Pracowałem dla
prezydenta Lecha Wałęsy i kolejnych prezydentów RP oraz jakże
różnorodnych rządów.
Trzeci raz milczałem, gdy szesnaście lat później, w 2009 roku,
Najjaśniejsza Rzeczpospolita poprzez swych reprezentantów w Sejmie
uchwaliła, że jestem "bandytą" z mocy ustawy. I że myliłem się, kiedy
uwierzyłem ustawie z 1994 roku, która wyraźnie stanowiła, że w służbie
dla wolnej od "komunistów" Rzeczpospolitej Polskiej lata z "czasów
niesłusznych" (PRL) będą liczone do mojej emerytury na równi z tymi,
jakie wysłużę za "czasów słusznych".
Dwa lata wcześniej odszedłem z przyczyn rodzinnych na pełną (75%
podstawy) i w pełni zasłużoną emeryturę. Potem nie miałem już szans, jak
ci, których ustawa zastała w służbie, aby "dosłużyć" dodatkowe lata i odzyskać po raz drugi pełną stawkę emerytury według nowych, choć
działających wstecz reguł. Wiara w państwo prawa okazała się jednak
kosztowna. Najjaśniejsza Rzeczpospolita stwierdziła, że to, co przez
ostatnie dziewiętnaście lat było uznawane za "grę w piłkę nożną", teraz
jest "grą w piłkę ręczną", a wszystkie "bramki" zdobyte przeze mnie i innych oficerów za pomocą "kopnięcia piłki nogą", są nieważne właśnie z powodu użycia owej nogi.
Liczne "ważne" polskie partie polityczne najwyraźniej uznały, że
"niepotrzebni mogą odejść". Przy okazji należy ich jednak dodatkowo
kopnąć, aby wiedzieli, gdzie ich miejsce. I opluć - za "zdrady", których
się dopuścili. Wydawało się, że gorzej być nie może. Nic bardziej
błędnego. Po ośmiu latach Najjaśniejsza Rzeczpospolita przygotowała
kolejny cios w plecy.
Czwarty raz już nie milczałem. Napisałem manifest. Nosi tytuł Ale my
wiemy... Powinniście znaleźć go w sieci, jeśli dobrze poszukacie...
Kiedy politycy, powołując się na wolę Suwerena, zmieniają w biegu reguły
gry, obowiązujące nas zasady więdną i mogą ulec zawieszeniu. Dzięki
radykalnym decyzjom kolejnych rządów o ujawnieniu tożsamości rzeszy
"kadrowych oficerów wywiady" i spraw, którymi się zajmowali, wielu z nich już wie, że do ich osobistych historii i dokonań może mieć dostęp
każdy. I każdy może napisać własną historię. Nawet najbardziej kłamliwą.
Taka jest natura narracji bazującej na umiejętnie wyselekcjonowanych
faktach.
Swego czasu - dość dawno temu - usłyszałem w telewizji przy okazji
jakiejś debaty na temat dawnych służb żale pewnej badaczki akt IPN, że
oficerowie wywiadu z "niesłusznych lat" nie palą się do pisania
wspomnień. A przecież są ważnymi świadkami historii. Zaśmiałem się wtedy
gromko. Ale kiedy bez skrupułów ujawniono Zbiór Zastrzeżony IPN, nie
było mi już do śmiechu.
Po tym wszystkim ja także pozbyłem się skrupułów i teraz tworzę swoje
memuary. Zwłaszcza że wielokrotnie próbowano ujawnić moje nazwisko,
nawet gdy służyłem we współczesnej i wydawałoby się "słusznej" służbie
cywilnego wywiadu - w Zarządzie Wywiadu UOP i Agencji Wywiadu.
Ostatecznie jednak Najjaśniejsza Rzeczpospolita uznała, że niewiele z tego, co działo się przed rokiem 1990, jest niejawne. Moja tożsamość,
która miała być chroniona dożywotnio - nie jest chroniona od 2008 roku.
Jest jawna. Moje działania w Czarnej Afryce - jawne. Możecie o nich
poczytać szczegółowo w aktach IPN. Pan doktor Witold Bagieński z IPN
opisał jedną z moich "przygód", pisząc artykuł o "ostatnim
zdrajcy/dezerterze PRL". Nie, nie o mnie. O facecie, który mnie
zdradził. Pan doktor zapewne wziął za to atrakcyjną wierszówkę od
jednego z popularnych tygodników. Czego mu absolutnie nie wypominam.
Postanowiłem więc sam opowiedzieć własną historię, zanim napisze ją za
mnie ktoś inny. Spisywałem ją pracowicie w miarę mych sił i czasu. To
subiektywna i prywatna opowieść, złożona z mniejszych lub większych
okruchów, jakie zwykle pozostają nam wszystkim w pamięci, bo czas
zaciera szczegóły. A skoro zaciera, to zapewne nie są one - i nie były
też dla mnie - tak ważne.
Wiele lat temu, ale już w czasach, o których nadal nie wolno mi
swobodnie mówić, przebywałem w pewnym Gorącym Kraju. Tak się złożyło, że
przez przypadek natknąłem się tam na Bardzo Ważnego Polityka z Polski,
który ów kraj wizytował. W asyście uzbrojonej po zęby ochrony. Taki to
był czas i miejsce.
Gdy sytuacja nakazała się przedstawić - uczyniłem to, uchylając
kapelusza. Bardzo Ważny Polityk zaciekawił się:
- O, a co pan tutaj robi?
Kiedy wyjaśniłem oględnie to, co oficjalnie robiłem w Gorącym Kraju,
Bardzo Ważny Polityk skomentował:
- Ha, to ma pan tu bardzo ciekawą robotę...
Pokiwałem głową. I coś mnie podkusiło, aby dodać pod nosem:
- No! Faktycznie, ciekawa. A memuary puchną i puchną...
- O! - Bardzo Ważny Polityk wykazał się znakomitym słuchem - to warto
będzie poczytać!
- Eeee, chyba nie... No, może za piętnaście-dwadzieścia lat... - starałem
się rakiem wybrnąć z konwersacji zmierzającej w niepożądanym kierunku.
Ów polityk był z urzędu dość dobrze zorientowany w sprawach służb
specjalnych. Nie czekałem więc na "pozdrowienia od Pana Zbyszka". Po
paru sekundach na szczęście ktoś odwrócił uwagę Bardzo Ważnego Polityka
od mojej osoby, więc błyskawicznie zniknąłem "po angielsku" i tyle mnie
widzieli.
Od czasu tej rozmowy minie wkrótce zadeklarowane przeze mnie
nieopatrznie owe 15 lat. Bardzo Ważny Polityk nie przeczyta niczego, co
tu opowiadam. Zmarł przedwcześnie kilka lat temu. Ale mam czwórkę
wnuków. Jako człowiek, który lubi "optymalizować" swoje działania (moja
żona nazywa to zwykłym lenistwem), nie chciałbym - w razie zaciekawienia
wnuków historią dziadka - powtarzać cztery razy tej samej opowieści.
Nie jest to praca naukowa. Nie jest to historia wywiadu cywilnego. Nie
jest to też analiza polityczna ówczesnych czasów. Dlaczego nie? O to
będziecie mogli spytać mnie sami - można mnie spotkać w realnym świecie.
Nie ukrywam się, bo już dawno wyszedłem z cienia. Działam w Fundacji
Po.Int, założonej kilka lat temu przez znanego pisarza, także byłego
ociera wywiadu, Vincenta V. Severskiego.
To będzie jednak moja, "najmojsza" i wyjątkowo subiektywna opowieść o tym, jak zostałem "zwyczajnym szpiegiem" i co z tego wynikło... Wiele lat
później dojdzie do prawie publicznej dyskusji pomiędzy oficerami
wywiadu, czy nazwanie oficera "szpiegiem" nie jest przypadkiem
obraźliwe. Niektórzy będą twierdzić, że tak. Inni, że niekoniecznie.
Nie wszystko mogę ani chcę opowiedzieć. Na pewno jednak zobaczycie, jak
"zwyczajny absolwent" wpada w łapy "mafii" zwanej wywiadem. Jest też
sporo ciekawostek ze szkolenia wywiadowczego, które możecie znać z innych publikacji, niekoniecznie wspomnieniowych. Trochę szczegółów z pracy Departamentu I MSW, z funkcjonowania Centrali wywiadu w lataj
mojej służby, a także arcyciekawych - nie zawaham się użyć tego słowa -
przygód na Czarnym Lądzie.
I jeszcze jedno: zacząłem nazywać sam siebie "zwyczajnym szpiegiem" z lekkim przekąsem w momencie, kiedy przygotowując się do przelania na
papier swoich memuarów, zorientowałem się, że nie zbawiłem świata, nie
zapobiegłem trzeciej wojnie światowej, nie zdziałałem cudów. Że byłem
trybikiem w pewnej specyficznej machinie, jaką każde rozsądne państwo
powołuje, aby widzieć i słyszeć to, czego jego rywale nie chcą ujawnić
publicznie. Historia pełna jest niezwykłych postaci. Zarówno oficerów,
jak i agentów. Szpiegów. Zawodowców i amatorów. Złodziei tajemnic.
"Zwyczajny szpieg" nie wzbudzi niczyjego podziwu. Ani nie wywoła
wypieków na twarzy Czytelnika, który pragnąłby wiedzieć: "Co dalej, co
dalej? Jak to się skończy?".
Życie miałem chyba jednak aż nadto urozmaicone. Zapraszam do mojego
świata, świata "zwyczajnych szpiegów". Nie będziecie rozczarowani.
Z poważaniem,
Filip Hagenbeck - szpieg.
Quarteira nad Oceanem Atlantyckim
(południowa Portugalia).
Późnym popołudniem. Wieje...
Rozdział 1
Początek
Ta opowieść ma wiele początków. Kiedyś, gdy planowałem stworzenie
wspomnień, zacząłem je od napisania zdania "Urodziłem się po śmierci
towarzysza Stalina". I kiedy kliknąłem polecenie "Zapisz plik jako...",
edytor tekstu Microsoft Word, którego tamtej wersji nawet najstarsi
Polacy zapewne już nie pamiętają, zaproponował automatycznie pierwsze
słowa tekstu jako domyślną nazwę pliku. Propozycja Worda brzmiała
złowieszczo - "Urodziłem się po śmierci". Zadumałem się wtedy nad tymi
słowami. Przypomniałem sobie, że przecież "życie to śmiertelna choroba
przenoszona drogą płciową". Potem znudziło mnie stukanie w klawiaturę.
Postanowiłem więc własną historię po prostu opowiedzieć.
Ale bez względu na to, jak zaczniemy dowolną opowieść, każdy początek ma
zawsze jakiś inny początek... W konsekwencji musiałbym najpierw na własny
użytek dogłębnie przestudiować swoje drzewo genealogiczne, aby dociec,
kim byli moi dziadowie i pradziadowie. Ale przypuszczam, że czytelnika
ten fragment mojej historii zbytnio by nie zainteresował. Podążę więc do
jeszcze innego początku. Opowiem, jak trafiłem do wywiadu. A w tym wątku
tropy wiodą do... Japonii.
Profesor Kaoru Ishikawa, japoński uczony, chemik i profesor Uniwersytetu
Tokijskiego, zajmował się zarządzaniem jakością. Szukał naukowych
podstaw w badaniu przyczyn problemów powstających w japońskim przemyśle.
Stworzył słynny diagram nazwany jego nazwiskiem lub diagramem "rybiego
szkieletu". To dość rozbudowana historia. Ograniczę się do wzmianki, że
- według profesora Ishikawy - aby dotrzeć do pierwotnej przyczyny
jakiegoś zdarzenia, wystarczy kilkakrotne (często mówi się, że
pięciokrotne) zadania pytania: "Dlaczego?". Myśląc o odpowiedzi na nasze
pierwotne pytanie: "Jak trafiłem do wywiadu?", tak właśnie postąpiłem.
Zadałem sobie pięć razy pytanie: "Dlaczego?" I do czego doszedłem? Że to
wszystko przez moją żonę Barbarę.
Aby nie przedłużać, zacznę od... początku.
Basię poznałem na letnim obozie młodzieży licealnej w Lesku w 1969 roku.
Już wtedy od czasu do czasu popadałem w ogłupiający stan wstępnego
zauroczenia dziewczętami. Jako nastolatek nie byłem co prawda jeszcze
zdolny zdecydować, jaki model dziewczyny odpowiada mi najbardziej.
Czarnooka brunetka czy niebieskooka blondynka? Co gorsza, wśród
potencjalnych kandydatek była dodatkowo niebieskooka brunetka, oferująca
idealne połączenie obu konkurencyjnych modeli podstawowych.
Ostatecznie przeważył fakt, że ja miałem ze sobą gitarę, a jedna z kandydatek nie tylko pięknie śpiewała altem, ale jeszcze do tego
potrafiła grać na skrzypcach. I potrzebowała akompaniatora do wokalnych
występów przed wakacyjną młodzieżową widownią. Byłem pod ręką. Okazałem
się przydatny, mimo że miałem opanowany zaledwie ograniczony zestaw
akordów. No, ale nie miałem konkurencji.
Dodatkowym atutem mojej kandydatki była nie tylko idealna figura. Nosiła
tak jak i ja okulary. Łączyła nas więc nie tylko muzyka, ale i krótkowzroczność. A ja zawsze chciałem ożenić się z niewidomą
dziewczyną. Okazałbym się wówczas człowiekiem szlachetnym i zapewniłbym
wybrance troskliwą opiekę. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Może z książki dla młodzieży Hanny Ożogowskiej Raz, gdy chciałem być
szlachetny...? Ta konkretna panna co prawda ślepa nie była, ale cóż... nie
można mieć wszystkiego. Poprzestałem na akompaniowaniu. Ożenek odłożyłem
na później.
Jako student drugiego roku socjologii na początku grudnia 1973 roku
poślubiłem w końcu ukochaną Basię. Wkrótce potem urodziła się nasza
pierwsza córka. Nie miałem więc typowego studenckiego życia, bo wraz z żoną walczyliśmy o ekonomiczne przetrwanie. Pomagały nam obie rodziny.
Chwała im za to.
Ale im bliżej było do końca studiów, tym bardziej martwiłem się o swoją
przyszłość zawodową. Jeśli chodzi o żonę, sprawa przedstawiała się
jasno. Była technikiem analityki medycznej. W 1975 roku w służbie
zdrowia kokosów się nie zarabiało. Studiując, starałem się o dobre
wyniki, bo te gwarantowały stypendium. Ale rok po roku z uwagą i ze
smutkiem oglądałem ogłoszenia o pracy na tablicy w Instytucie Socjologii
UW na ulicy Karowej. Niedługo przed obroną pracy magisterskiej moją
uwagę przykuły dwa anonse.
Jeden z nich głosił coś takiego: "WSS "Społem" w Siedlcach zatrudni
socjologa w dziale kadr. Pensja początkowa - 2100 złotych". Tuż obok
znajdował się drugi: "Wyższa Szkoła Oficerska MSW w Legionowie zatrudni
socjologa na stanowisku wykładowcy. Pensja - 3500 złotych". Kurczę! To
wyglądało na okazję!
Chwilę wcześniej jeden z adiunktów, doktor Bogdan C., zagadnął mnie, czy
po obronie pracy magisterskiej nie zechciałbym zostać na uczelni. Pensja
początkującego asystenta - 1400 złotych. Byłem w kropce.
- Chciałbym do tego MSW. - Pokazałem mu ogłoszenie na tablicy.
- Naprawdę? - zdziwił się adiunkt. - Ale wie pan, że z nimi jak z mafią?
Wejść łatwo, ale trudno wyjść.
Nie wiedziałem, ale z całą pewnością siebie, na jaką wtedy było mnie
stać, kiwnąłem głową.
- Wiem, oczywiście, że wiem, panie doktorze. Ale taki mam plan. -
Adiunkt popatrzył na mnie badawczo i odszedł.
Doktor Bogdan C. był moim bóstwem opiekuńczym w czasie studiów. Nie
dość, że teraz ostrzegał przed wiązaniem się z mafią MSW, to trzy lata
wcześniej sprawił, że po pierwszym roku studiowania mogłem pojechać
autostopem na wymarzone wakacje pod namiot z moją nową dziewczyną. Jak
do tego doszło? Otóż termin naszego wyjazdu kolidował z terminami
egzaminów. Jedyną szansę dawało podejście w terminie zerowym,
wyznaczanym zwykle znacznie wcześniej, niż zaczynała się normalna sesja.
Stanowiło to jednak ryzyko, bo do profesora Kazimierza D. na wykłady
chodziłem nieregularnie. Ale zgromadziwszy wszystkie możliwe koleżeńskie
notatki, przeryłem materiał w jedną noc i jeden cholerny dzień, żeby ten
egzamin zaliczyć. Aby wzmocnić własną sprawność umysłową, pożyczyłem też
od mamusi "dopalacz" o nazwie enerbol.
Mama, mająca zdiagnozowaną nerwicę, która wiele lat potem okazała się
chorobą dwubiegunową afektywną, dysponowała lekami ordynowanymi jej
przez lekarkę w celu łagodzenia depresji i podtrzymywania "woli życia".
Jednym z nich był właśnie enerbol. Psychostymulant. Naszpikowany
enerbolem i wolą zdania trudnego egzaminu udałem się na Krakowskie
Przedmieście. Tam gdzie urzędował profesor Kazimierz D.
Profesor był ekspiłkarzem, który z powodu kontuzji kręgosłupa nie mógł
grać. Został więc naukowcem. Zasłynął swego czasu jako badacz klasy
robotniczej dzięki oryginalnej metodzie obserwacji uczestniczącej.
Zatrudnił się w Hucie Warszawa jako spawacz i obserwował przodującą siłę
narodu. Dziś nieżyczliwi powiedzieliby, że infiltrował.
Profesor siedział sztywno w swoim fotelu, tak jakby miał na stałe
zamontowany gorset. Pewnie miał. I kosił wszystkich desperados, którzy
byli na tyle bezczelni, że pojawili się u niego w terminie zerowym. Po
kolei koledzy i koleżanki wychodzili z gabinetu profesora ze skwaszonymi
minami. Powtórka w czasie sesji!
Mój zaskakująco dobry humor budził wśród ofiar profesora niejakie
zdumienie. W końcu wszyscy wiedzieli, że na jego wykładach nie bywałem.
Kiedy przyszła moja kolej, energicznym krokiem wmaszerowałem do gabinetu
i stanąłem karnie za krzesłem, na którym siadali desperados.
- Nazwisko studenta? - rzucił profesor, patrząc na mnie spod oka.
Sprawdził moje nazwisko na jakiejś liście leżącej na biurku. Potem
wysunął szufladę, zajrzał do jej wnętrza i znów wbił wzrok w moją
facjatę.
- Proszę siadać i pokazać indeks - brzmiało kolejne polecenie.
- Chodził pan na moje wykłady?
Już wtedy ćwiczyłem tak zwane inteligentne kłamanie.
- Niestety, nie mogłem być na wszystkich, panie profesorze. Ale mam
kompletne notatki i przeczytaną literaturę. Zależy mi na zdaniu egzaminu
w terminie zerowym - tu rzutem na taśmę zaatakowałem profesora
szczerością - bo chcę ze swoją dziewczyną pod namiot pojechać...
Przygotowywałem się do egzaminu od tygodnia. - Bezczelnie kłamałem,
patrząc profesorowi prosto w oczy. W końcu też byłem zdesperowany. I pod
zbawiennym wpływem enerbolu.
Profesor spojrzał na mnie uważniej. Potem znowu zajrzał do szuflady.
- Uczył się pan? A na ile sam pan ocenia to swoje uczenie? - zapytał
chytrze.
Przez głowę przemknęły mi konkurencyjne strategie: iść na całość i ryzykownie twierdzić, że umiem na piątkę, albo odegrać skromnisia.
Wybrałem to drugie.
- Myślę, że umiem na mocną czwórkę. No... może nawet na czwórkę z plusem,
ale tego nie jestem na sto procent pewien - zadeklarowałem, patrząc w sufit nad głową profesora, obawiając się gromu z jasnego nieba.
Profesor wziął do ręki mój indeks. Niewiele widniało w nim wpisów po
wiosennej sesji. Ale ogólnie miałem dobre oceny z zaliczeń i wcześniejszych egzaminów.
- Hmm... No cóż... - mruczał do siebie profesor. - Pan doktor Bogdan C. ma o panu dobre zdanie, był pan aktywny na jego seminarium. Myślę, że polska
socjologia nie poniesie uszczerbku - profesor zaczął coś zamaszyście
pisać w moim indeksie - jeśli uczynię to, co uczynię. Proszę, oto pański
indeks, zdał pan egzamin. Może pan jechać na ten autostop. - Uśmiechnął
się nie wiedzieć czemu. - Powodzenia! I niech pan poprosi następnego
delikwenta - dodał zgryźliwie, wręczając mi indeks.
Lekko oszołomiony wyszedłem i zaraz za drzwiami zajrzałem do indeksu.
Widniała tam mocna czwórka od profesora. Z plusem! Doktorze Bogdanie C.,
dzięki ci, że istniejesz! Zdałem egzamin bez zdawania!
Kolejka desperados na korytarzu nie uwierzyła mi...
Pojechałem tym autostopem nad morze. Dziewięć miesięcy później byłem już
tatusiem. I zapoznawałem się z wanną pełną pieluszek do prania i płukania. Bo na świat przyszła nasza Kasia. Dziś myślę, że gdyby nie
dobra opinia od doktora Bogdana... Ach... Wtedy zapewne jego córka Natalia
trzydzieści pięć lat później nie zostałaby przyjaciółką mojej Kasi.
Wracajmy do głównego nurtu opowieści.
Był rok 1977. Tak się złożyło, że w naszym mieszkaniu na Bielanach bywał
dobry kumpel i dawny znajomy mojej Basi, rozrywkowy gość - Romek F.
Ważną zaletą Romka - pośród wielu innych zalet - było jego miejsce
pracy. A raczej służby. Romek był bowiem funkcjonariuszem Departamentu
Techniki MSW. Czasem wpadał do nas w odwiedziny o dziwnych porach i prosił o poratowanie mocną kawą. I nie krył, że wraca z "zadania
bojowego", które nazywał "dosiadem". W ich służbowym żargonie tak ponoć
nazywano operację podglądu/podsłuchu pokojowego organizowanego ad hoc, w odróżnieniu od obsługi stałych instalacji. Tak przynajmniej to
rozumiałem z jego oględnych wyjaśnień. Ignorując ostrzeżenia adiunkta
Bogdana C. i mając w głowie widok owego kuszącego ogłoszenia MSW,
właśnie do Romka F. zwróciłem się z prośbą o zarekomendowanie mnie do
pracy na stanowisku wykładowcy socjologii w resorcie spraw wewnętrznych.
Długo zastanawiałem się, jak zacząć. Zagaiłem oględnie. Ale Romek od
razu poczuł swoją wartość. I przewagę. Zawsze miał do mnie po cichu żal,
że to ja poślubiłem Baśkę, a nie on. Uważał, że skoro znał ją wcześniej
niż ja (fakt!), to powinien być na moim miejscu. Podkreślał to głośno,
choć z żartobliwym przekąsem. Teraz poczuł się moim "guru" na drodze do
tajemniczego świata, do którego na razie nie miałem dostępu.
- Ach, oczywiście, przecież w "jedynce" potrzebują socjologów. Taaak... -
Roman zadumał się przez chwilę - tak, faktycznie, są miejsca w sekcji
bałkańskiej i skandynawskiej.
Brzmiało to dla mnie jak bajka. Nie wiedziałem tylko, co to jest
"jedynka". Zapytałem. Romek tonem wszystkowiedzącego zrobił mi króciutki
wykład, dzięki czemu już wiedziałem, że w MSW "jedynka" to wywiad,
"dwójka" to kontrwywiad, a "trójka"... nie, o "trójkę" już nie pytałem...
- Romuś - zakwiliłem prosząco, chowając na chwilę godność do kieszeni -
a nie pomógłbyś mi dostać się do was do roboty? - Już widziałem się w roli wykładowcy w szkole oficerskiej MSW w Legionowie za całe trzy i pół
tysiąca złociszów. To byłoby więcej niż nasze ówczesne łączne dochody,
nawet z uwzględnieniem pomocy rodziców. O "jedynce" nawet marzyć nie
śmiałem.
Romuś nadął się odpowiednio do sytuacji i patrząc na mnie z wyższością,
łaskawie zgodził się być moim protektorem. Czułem "dozgonną
wdzięczność". Wdzięczność ta jednak nie trwała długo. Tylko do pewnego
momentu. Aż z Wojskowej Komendy Uzupełnień przyszło wezwanie do
stawienia się do służby wojskowej w ramach szkolenia absolwentów studiów
wyższych. Do Szkoły Oficerów Rezerwy - SOR. Właśnie zdałem egzamin
magisterski i bardzo liczyłem na Romka. A ten zniknął i zamilkł.
W ten sposób armia zyskała nowego podchorążego. Na szczęście dla
finansów mojej rodziny MON zaoferował dość godziwe stypendium. Ale przez
sześć miesięcy tupałem na poligonie Zdrowie w Łodzi, uczyłem się służby
wartowniczej, rzutu granatem oraz strzelania z pistoletu czak (P-64),
kbk AK-47 i ręcznego karabinu maszynowego PK. A także czołgania przez
pełzanie oraz nacierania pododdziału w kierunku komina opuszczonej
cegielni. Wszystko po to, abym w warunkach konfliktu wojennego z państwami NATO mógł - jako zastępca do spraw polityczno-wychowawczych -
przejąć dowodzenie plutonem lub kompanią w razie śmierci zawodowego
dowódcy.
Pocieszano nas nadziejami na szybki frontowy awans - statystyki z okresu
drugiej wojny światowej wskazywały, że dowódca kompanii trwał na
stanowisku zaledwie kilka tygodni. O statystykach dotyczących zastępców
polowych nic nam nie mówiono - zapewne przez przeoczenie. Dawany nam
wycisk poligonowy motywowano tym, że musimy poznać dole i niedole
szeregowego rekruta, którego będziemy w przyszłości wychowywać lub
prowadzić do szturmu.
Najbardziej jednak ceniłem sobie zajęcia z "naukowego komunizmu".
Dlaczego? Prowadził je z zapałem i dużą profesjonalną sprawnością prymus
z Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Chemicznych w Krakowie kapitan K. Nie
ględził o wyższości świąt jednych nad drugimi, tylko zaganiał nas do
studiowania materiałów źródłowych. W życiu nie przeczytałem tylu prac
"ojców założycieli" (Marksa, Engelsa oraz Lenina) co wtedy, w ciągu
sześciu miesięcy w SOR-ze w Łodzi. Wtedy to zrozumiałem, dlaczego nijak
nie umiałem pojąć subtelności ekonomii politycznej socjalizmu, czego
dowodem była "zawstydzająca" trója wśród znacznie lepszych ocen z innych
przedmiotów uniwersyteckich.
Szkolenie szybko mijało. Podobnie szybko rosło w brzuszku u żony moje
kolejne dziecko. Sprawa pracy po zakończeniu SOR-u i następującej po nim
także sześciomiesięcznej praktyki w jednostce wojskowej stawała się
paląca. Zacząłem działać dwutorowo. Z pierwszym problemem - ryzykiem
zesłania do "zielonego garnizonu" gdzieś pod granicę z NRD (pamiętajmy,
że był to rok 1977), poradziłem sobie, pisząc raport (drogą służbową) do
Ministra Obrony Narodowej z prośbą o skierowanie mnie na praktykę do
jednostki w pobliżu miejsca zamieszkania, co motywowałem sytuacją
rodzinną.
Absolwent SOR-u z żoną i z drugim dzieckiem w drodze nie był spotykany
zbyt często. Dlatego ze spokojem przyjąłem informację, że szef Sztabu
Generalnego, generał Henryk Szumski (cześć ci i chwała, Panie Generale),
wyraził zgodę i zostanę skierowany na praktykę do jednostki w garnizonie
warszawskim.
Drugi problem ciągle nade mną wisiał. Po pięciu miesiącach szkolenia
nasi porucznicy, dowodzący poszczególnymi plutonami kursantów SOR-u,
prowadzili dyskretną akcję werbunkową do armii. To odpowiadało moim
zamiarom. I o mało co nie zostałem zawodowym żołnierzem. Ze wszystkimi
tego konsekwencjami. Uratowały mnie moje dzieci. I żona. Na pytanie
mojego dowódcy (nazwiska już nie odtworzę, ale fajny był gość), co
zamierzam robić po SOR-ze, jak ten debil zeznałem, że chciałbym do
"jedynki", do wywiadu.
Ten nie pojął, bo był zafiksowany na swoich armijnych sprawach. "Jak do
wywiadu, to chyba do "dwójki"?" - dopytywał. Upierałem się przy
"jedynce", myśląc o wywiadzie cywilnym w MSW, a mój dowódca - myślał o "dwójce". (II Zarządzie Sztabu Generalnego), czyli wywiadzie wojskowym.
Koniec końców zanotował coś w kajeciku. Po tygodniu wziął mnie na bok i poinformował, że niestety, nie wezmą mnie do wojskowej tajnej służby, bo
tam szkolą samych kawalerów. Szkolenie trwa dwa lata i żadna żona by
tego nie wytrzymała. Westchnąłem i uznałem, że armia nie jest mi jednak
pisana. Naiwny byłem. Ale nie tak znowu bardzo.
Po zakończeniu szkolenia SOR w Łodzi święta Bożego Narodzenia w 1977
roku spędziłem w domu z rodziną. Obeznany z wiedzą, jak naciera pluton i kompania, w styczniu 1978 roku dostałem skierowanie do jednostek
zabezpieczenia MON w Warszawie. Do sekcji politycznej pewnego pułku.
Sekcja składała się z dwóch żołnierzy - z bardzo fajnego podpułkownika i mnie, plutonowego podchorążego. Pułk z kolei składał się z trzech
batalionów. I to nie byle jakich. Moim zadaniem było prowadzenie zajęć
polityczno-wychowawczych dla żołnierzy.
Mój szef podpułkownik, wprowadzając mnie w obowiązki, z pewnym
zażenowaniem objaśniał, cóż to za wojsko mamy szkolić. Miękko, po
wschodniemu zaciągając, wyłożył mi, że oto formalnie mamy do czynienia z żołnierzami. Ale praktycznie to żule i kryminaliści, grypsujący i tatuowani, z przeszłością, czyli tak zwany element. Strach im dać broń
do ręki, nie wspominając o amunicji do niej. Służbę wojskową odbywają w jednostce zabezpieczenia MON.
W praktyce oznaczało to, że w ramach dwuletniej służby ci chłopcy
wykonywali prace fizyczne, najczęściej transportowo-budowlane przy
wszelakiego typu budowach, przebudowach i remontach w obiektach
Ministerstwa Obrony Narodowej na terenie Warszawy i okolic. To znaczy
była to darmowa siła robocza. A po ośmiu godzinach ich ciężkiej pracy ja
miałem im wykładać popołudniami wyższość Układu Warszawskiego nad
Sojuszem Północnoatlantyckim i temu podobne tematy.
Za pierwszym razem stanąłem przed setką żołnierzy, których największym
marzeniem było walnąć się na wyrko i odespać. Niektórzy już na początku
zajęć układali w "chiński paragraf" na niewygodnych składanych
krzesełkach swoje zmęczone ciała. Nie wiem, co mnie natchnęło, ale chyba
odezwał się we mnie socjolog rodziny (taka była moja naukowa specjalność
w trakcie studiów). Zamiast ględzić o Układzie Warszawskim, zacząłem im
mówić o nich samych. O ich trudnej i nużącej służbie. O pozostawionych
gdzieś tam bliskich. O rodzicach i rodzeństwie. Ale dopiero gdy zacząłem
mówić o pozostawionych dziewczynach, przez salę przebiegł dreszcz.
Nikomu nie było już do snu. Ci, co mieli dziewczyny, i ci, co dopiero
zamierzali mieć, poczuli, że jest tu mowa o ich problemach. Na tym
pierwszym spotkaniu wykorzystałem całą swoją wiedzę teoretyczną i praktyczną. Nie oczekujcie jednak, że odtworzę, co wtedy mówiłem. Ale
chyba musiałem być jak jakiś złotousty kaznodzieja, ponieważ wkrótce
potem żołnierze uhonorowali mnie orderem. Bardzo szczególnym orderem. I mam stuprocentowe przekonanie, że to odznaczenie przyznali mi za te
rozmowy raz w tygodniu o ich problemach, które wplatałem w odgórnie
narzuconą trochę górnolotną tematykę szkolenia politycznego.
Zbliżała się Wielkanoc i zaplanowaliśmy tygodniową przerwę w zajęciach.
Jeden z kaprali - gdy szykowałem się do wyjścia z jednostki - podszedł
do mnie, zameldował się dziarsko, zupełnie nie jak żul z Targówka, i wręczył mi plastikową torbę:
- To dla pana, panie podchorąży. Proszę to przekazać żonie wraz
życzeniami wielkanocnymi od batalionu. - Zaglądam do paczki, a w niej
leży dobre dwa kilo surowego schabu.
- To dla pana od wszystkich chłopaków, zorganizowaliśmy na kuchni -
ponownie wyjaśnił kapral. Zgłupiałem.
- Kapralu, ale ja nie mogę tego przyjąć, przecież to jest wasze mięso,
nie mogę was ogałacać z tego, co ma iść do wspólnego kotła - upierałem
się jak dziewica przed ołtarzem. Kapral tylko pokiwał z politowaniem
głową i powiedział:
- Panie podchorąży, przecież nas tu jest czterystu, każdy oddał malutki
kawałeczek, nam nie ubędzie, a pana żona na mieście takiego superschabu
nie dostanie - Tym mnie przekonał. Fakt. Zostało mi tylko podziękować.
Podziękowałem i poniosłem order ze schabu do domu. Mieliśmy we troje
schabową - o zgrozo - Wielkanoc. Czwarty członek rodziny, dwumiesięczna
Anna Maria, zadowoliła się mlekiem mamy.
Jak to się miało do moich losów? Chyba nijak. Ale pamiętam to do dziś. I to w tę Wielkanoc zdałem sobie sprawę, że w kwestii roboty Roman mi
chyba nie pomoże. Groziło mi, że dostanę pracę w Radiokomitecie albo w Instytucie Kultury. A tego bardzo nie chciałem. Dlaczego?
Jestem jedynakiem. Ale nie takim sobie zwykłym jedynakiem. Moja
"jedynakowatość" była pogłębiona i wzmocniona. Miałem mieć dwie siostry.
I to bliźniaczki. Młodsze o dwa lata. One jednak uznały, że nie podoba
im się na tym świecie i zmarły dwa dni po wcześniaczym porodzie. Lekarz
położnik, który był przy ich urodzinach i zapewne przy śmierci,
powiedział mojej mamie, upewniwszy się, że ma już syna: "Niech go pani
pilnuje jak oka w głowie, bo więcej dzieci pani mieć nie może". Jak
myślicie, jak po czymś takim przebiegało dalej moje jedynacze
dzieciństwo?
Efektem tego mojego jedynactwa było nadmierne - moim zdaniem -
zainteresowanie taty przyszłą karierą zawodową syna. Jego różni koledzy
pod koniec moich studiów socjologicznych dobrotliwie się dopytywali:
"Irek, kiedy twój syn wreszcie przyjdzie do mnie do pracy?". Tata -
który sam był socjologiem z wykształcenia, a z zawodu partyjnym
aparatczykiem - o niczym innym nie marzył, jak o oddaniu jedynego
potomka w ręce zaufanych przyjaciół. Aby móc mnie nadal kontrolować z ich pomocą, jak podejrzliwie mniemałem. A do tej pory miał do tego
mnóstwo okazji.
Pomagając mi finansowo po ślubie, pomagając mi załatwić kwaterunkowe
mieszkanie (rodzina studencka o dochodzie "zero"), dyskretnie pilotując
decyzje wyższych władz wojskowych o skierowaniu mnie po szkoleniu w SOR-ze do jednostki wojskowej w Warszawie - cały czas sprawował nade mną
swego rodzaju pieczę. Tata był dobrym człowiekiem, ale zbyt upierdliwym
teściem jak na nerwy i cierpliwość mojej żony. Dlatego zależało mi, aby
być od niego niezależnym, po tylu latach przedłużonej zależności. Zatem
nie zawahałem się ani przez chwilę.
- Tato, kolega, który miał mnie rekomendować do pracy w MSW, wycofał
się, a ja za dwa miesiące kończę wojsko i muszę iść do pracy. W Radiokomitecie i w Instytucie Kultury nie chcę robić. Musisz mi POMÓC z tym MSW - wypowiedziałem magiczne słowa. I to podziałało.
"Pomoc" to był taty żywioł. Zupełnie jakby pomaganie innym (a robił to
często) potwierdzało coś ważnego w jego życiu. Ludzie z rodzinnej wioski
mojej mamy do dziś wspominają, jak to "Irek z Warszawy" załatwiał różne
sprawy: a to ułatwił uzyskanie zezwolenia na budowę kaplicy na
cmentarzu, a to przyspieszył budowę gazociągu albo sieci elektrycznej, a to obronił prezesa kółka rolniczego przez zwolnieniem, bo ten nie miał
matury itd., itp.
No to tą "pomocą" trafiłem tatę w czuły punkt.
Ojciec ostatecznie i z najwyższym obrzydzeniem ("po co ci to, każą ci
skakać po dachach z pistoletem") nacisnął jakiś sobie tylko znany guzik.
Jeszcze nie skończyłem praktyki w jednostce wojskowej, a on już
przekazał mi wiadomość:
- Pisz podanie o przyjęcie do pracy w MSW. - I nie miał najweselszej
miny.
Podanie napisałem. Jakiś czas potem zadzwonił do mnie (chyba do
jednostki wojskowej, nie do domu) miły dżentelmen, przedstawiając się
jako pracownik kadr z MSW, i zaprosił mnie na rozmowę. Bardzo zadowolony
z obrotu wydarzeń na rozmowę poszedłem. W biurze przepustek na
Rakowieckiej, gdzie czekałem o umówionej porze, niespodziewanie ktoś
niegłośno zapytał:
- Pan Filip? - Gdy przytaknąłem, równie cicho upewnił się co do
nazwiska. Miał już dla mnie gotową plakietkę oznaczającą gościa, więc
nie musiałem niczego zeznawać pani wypisującej przepustki przy wejściu.
Zapamiętałem, że facet z kadr był kruczowłosy, smagły i bardzo
przystojny.
Poprowadził mnie przez główne wejście do ministerstwa gdzieś w boczny
korytarz do drzwi z napisem "Samodzielna Sekcja Kadr". Od razu spodobała
mi się ta "samodzielność". W ogóle wszystko mi się podobało - nawet
wieloczłonowe gmaszysko Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, większe niż
budynek KC PZPR. Ten to znałem nawet od środka. Ojciec pracował tam na
piątym piętrze jako instruktor w Wydziale Organizacyjnym. Tak, tak... Nie
byłem resortowym dzieckiem, tylko "nasłańcem".
Zacząłem sobie wyobrażać, że towarzysze z KC z radością wstawiali do MSW
syna ich aparatczyka. Gdybym był lepiej poinformowany, to spodziewałbym
się nieufności i oporu ze strony funkcjonariuszy. Bo wtedy, w połowie
1978 roku, era Edwarda Gierka i rządów zadufanej w sobie "śląskiej
mafii" z Katowic powoli zmierzała do roku 1980. Ale ja o tym nie miałem
zielonego pojęcia.
Kadrowiec wypytywał mnie o różne rzeczy, dużo przy tym notując.
Szczególnie dopytywał się o mój angielski. Ale zgłupiałem, kiedy miałem
mu podać, kto mnie rekomenduje do służby. W innej sytuacji podałbym
nazwisko Romana. Ale teraz... Zawahałem się, ale tylko na moment, i wypaliłem, że nie wiem. Zanim kadrowiec zdołał zdurnieć bardziej niż ja
przed chwilą, szybko mu wyjaśniłem rolę ojca i jego tajemniczego,
zupełnie mi nieznanego "guzika".
Po latach dowiedziałem się, że był to ojca kolega z Wydziału
Organizacyjnego albo Administracyjnego, który z urzędu opiekował się
organizacją partyjną w MSW. A ta funkcjonowała w owych czasach na
prawach komitetu dzielnicowego, ale nie podlegała Komitetowi
Warszawskiemu (wojewódzkiemu), bo reprezentowała aktyw z jednostki
centralnej, ogólnopolskiej. Dlatego pozostawała pod parasolem KC PZPR.
Stąd rekomendacja z takiej pozycji miała swoją wagę. Ale wtedy tego też
nie wiedziałem.
Kadrowiec szybko zorientował się z jakim modelem rekomendacji ma do
czynienia i uspokoił mnie, że ta moja niewiedza to żaden problem. "Się
ustali później". Odetchnąłem. Ale trochę za wcześnie. Kadrowiec
poinformował mnie, że jest możliwość, iż przyjmą mnie do wywiadu. I że
to wiąże się z dziewięciomiesięcznym szkoleniem poza Warszawą. Jęknąłem.
Basia mnie zabije. Znowu chłop poza domem. A tu na karku dwójka małych
dzieci. Byłem w rozterce.
Kadrowiec znał już moją sytuację rodzinną. Poradził, abym zastanowił się
nad tym wspólnie z rodziną. Dla uspokojenia dodał, że będę kompletnie
oderwany od bliskich przez pierwsze miesiące, potem będą krótkie
przepustki ze szkolenia. Z reguły w okolicy wszelakich świąt. I na tym
skończyliśmy. Za kilka dni miałem mu dać znać, czy "idziemy dalej".
W domu musiała się odbyć sztabowa narada z udziałem moich rodziców.
Dlaczego? Bo moja mama od kilku lat była na rencie inwalidzkiej z powodu
"nerwicy", jak to oględnie zapisano w jej papierach. I to dawało mi
szansę. Mama rozumiała, co dla mnie oznacza wyrwanie się spod kurateli
taty. Sama funkcjonowała od kilku lat pod taką kuratelą, czasami dość
upierdliwą. Dlatego wspierała mnie w dyskusjach z żoną i obiecywała
daleko idącą pomoc, zwłaszcza że młodsza córka Ania, jako brzdąc
kilkumiesięczny, do żłobka mogłaby pójść najwcześniej za półtora roku.
Żona nie liczyła na wielką pomoc ze strony "znerwicowanej" teściowej,
ale rozumiała, że dwie wnuczki działały na moją mamę kojąco. Starsza
miała na imię Kasia, tak jak moja przedwcześnie zmarła siostra, jedna z bliźniaczek. Nie odważyłem się zaproponować żonie, aby drugiej córce dać
na imię Małgosia - jak miała na imię druga z moich sióstr. Uznaliśmy, że
jeden duch z przeszłości wystarczy. Anna Maria wydawała mi się
najlepszym wyborem i oboje zdecydowaliśmy się oddać swoisty hołd
popkulturze z czasów późnego Gomułki. I Czerwonym Gitarom oczywiście.
Kiedy żona dostrzegła moją determinację w kwestii MSW, zrozumiała, że
gdyby stanęła okoniem, to oczywiście ugiąłbym się i nigdy nie poszedł
tamtą ścieżką. Zostałbym badaczem opinii publicznej w Radiokomitecie i dwa lata później - jako protegowany wiceprezesa tegoż Radiokomitetu
(kumpla mojego taty z KC) - wyleciałbym z hukiem z roboty, aby zrobić
miejsce dla kogoś z nowej ekipy. A ta przecież musiała dokonać
rozliczenia "ludzi Krwawego Maćka", jak mawiano o prezesie. Wiem, że
milcząca aprobata nie przyszła jej łatwo i najchętniej widziałaby mnie w tym Radiokomitecie lub Instytucie Kultury. Do dziś jestem jej wdzięczny
za to milczenie. Zadzwoniłem więc do kadrowca. "Kontynuujmy" -
powiedziałem. Była połowa roku 1978.
Dostałem skierowanie na badania medyczne. Klasyka. Internista, okulista,
neurolog, prześwietlenia wszelakie, badanie kompleksowe krwi. Dzięki
temu poznałem zdumiewający ogromem labirynt resortowej służby zdrowia.
I wreszcie przyszedł czas na psychologa. Podano mi adres i godzinę
stawienia się. Dziesiąta. Służew. Nowe bloki. Pierwszy raz w życiu
jestem w tej części Warszawy. Szukam tego cholernego domu i nijak
znaleźć nie mogę. Przeklinam w myślach. Numeracja kończy się przy
szerokiej ulicy i zanim połapię się, że dalsze numery są po drugiej
stronie, tracę cenne minuty. Do drzwi wskazanego mieszkania dzwonię
dwie-trzy minuty po dziesiątej.
Otwiera mi niewysoki facet w miodowo-brązowej marynarce. Wbija we mnie
wzrok i cedzi oskarżycielsko:
- Właśnie ktoś przez pana zginął... bo spóźnił się pan na ważne spotkanie!
Przerażony, że jeszcze na dobre nie zacząłem służby w wywiadzie, a już
mam trupa na koncie, coś wybełkotałem na usprawiedliwienie. Nie pamiętam
co... zbyt byłem wtedy wstrząśnięty. I zmieszany. A potem przeprowadzano
rozmaite testy. Wśród nich test z wiedzy. Musiałem podawać znaczenie
różnych słów i skrótów. Było tego coś ponad setkę. Wydawało mi się, że
nie znałem tylko dwóch. Co to jest "proliferacja" i... no właśnie, znowu
zapomniałem. Chodziło o trzyliterowy skrót (MTI? Ale głowy nie dam)
oznaczający ówczesną węgierską agencję prasową, odpowiednik naszego PAP.
Badano moją inteligencję i do dziś jestem ciekaw, jaki miałem wtedy
wynik. Zapewne był prawdziwy. Przecież żaden tatuś z KC nie mógł
"podrasować" odczytu IQ w badaniach rekrutacyjnych do wywiadu. Na
szczęście...
Rozdział 2
Szkoła Szpiegów - inicjacja
Gdy w procesie naboru kandydata na "zwyczajnego szpiega" okazywało się,
że spełnia on obowiązujące kryteria, "Firma" inicjowała przyjęcie go do
służby przygotowawczej. Niektórzy kandydaci kierowani byli na szkolenie
do "Lasu", czyli Ośrodka Kształcenia Kadr Wywiadowczych (OKKW) w Starych
Kiejkutach niedaleko Szczytna.
Inni, przeznaczeni do bardziej zakonspirowanej formy szkolenia,
delegowani byli bezpośrednio na etaty zewnętrzne do docelowych lub
pośrednich instytucji przykrycia (ministerstw, instytucji centralnych).
Byli przygotowywani do służby w trybie indywidualnym i mieli unikać
jakiegokolwiek kontaktu z Centralą i pokrewnymi organami resortu spraw
wewnętrznych. W slangu wewnętrznym wywiadu zwano ich oficerami "drugiej
linii". Kontakt z nimi - z zachowaniem zasad ścisłej konspiracji -
utrzymywali wyselekcjonowani oficerowie Centrali.
Jeszcze inni, wytypowani do służby kompletnie "nielegalnej", za moich
czasów szkoleni byli przez ówczesny Wydział XIV Departamentu I MSW pod
kątem wyeksportowania ich pod różnymi pretekstami do krajów będących
obiektem zainteresowania operacyjnego wywiadu. Klasyczny nielegał
korzystał z innej, przybranej i zabezpieczonej odpowiednimi dokumentami
zagranicznej tożsamości. Stawał się obywatelem owego obcego państwa i funkcjonował w uśpieniu przez okres tak zwanej aklimatyzacji. A potem...
sky was the limit!
Ale proces przemiany Janka Nowaka w Hansa Steina lub Johna Browna bywał
z reguły długotrwały, ostrożny i precyzyjny. Jeśli taki nie był, to źle
wróżyło zarówno samemu nielegałowi, jak i sensowi oraz przyszłości całej
operacji. I należy także pamiętać, że pierwotnie koncept plasowania
oficerów "nielegalnych" wynikał z planowania wojennego, gdy
przewidywano, że kiedyś w przyszłości stan skrajnego napięcia
politycznego lub konflikt zbrojny odetnie normalną, choć niejawną
komunikację z legalnymi rezydenturami lub pojedynczymi oficerami
działającymi w przedstawicielstwach konsularnych czy dyplomatycznych. W stosunkach międzynarodowych wtedy z reguły bywały zawieszane przywileje
takie jak immunitet dyplomatyczny i legalne, oficjalne kanały łączności
placówek z krajem macierzystym. Wracajmy jednak do "zwyczajnych
szpiegów".
Kandydat na "zwyczajnego szpiega", zanim trafił do Starych Kiejkut,
musiał przejść przez czyściec miesięcznego przygotowania
paramilitarnego. W moich czasach odbywało się to na terenie poligonu
Nadwiślańskich Jednostek MSW w Raduczu. Tam gdzie kiedyś kręcono wiele
scen serialu Czterej pancerni i pies. Z okresu mojej rekrutacji jakoś
słabo pamiętam spotkanie z Wysoką Zatwierdzającą Komisją.
Wiem, że się odbyło, ale pamiętam z niego jedynie polecenie wybrania
sobie nazwiska legalizacyjnego. Kiedy przeglądałem długaśną listę
nazwisk, na której część odhaczono na znak, że już ktoś je wybrał, moją
uwagę zwróciło coś znajomego. Bartoszewicz. Jako dziecko mieszkałem
przecież na ulicy Juliana Bartoszewicza. Uznałem, że - jak ten pies
Pawłowa - będę na takie nazwisko reagował jak na własne. I dokonałem
wyboru. Na długie, zaskakująco długie lata.
Pod koniec sierpnia 1978 roku przyszedł wreszcie czas, abym i ja na
serio zaczął żywot kandydata na "zwyczajnego szpiega". Cały mój rocznik
szkoleniowy - w sumie pięćdziesięciu pięciu facetów - zebrano w Warszawie w jakiejś bocznej uliczce odchodzącej od Wisłostrady, skąd
nowoczesny autokar miał wywieźć nas na poligon. Ale zanim odjechał, za
moją sprawą dokonał się mimowolny, choć dyskretny i nigdy nieujawniony,
akt równoczesnej dekonspiracji dwóch rekrutów.
Kiedy wysiadłem z autobusu na przystanku w pobliżu miejsca zbiórki,
dostrzegłem trzech młodych facetów, ubranych na sportowo, idących w moją
stronę. Każdy z nich dźwigał miękką torbę turystyczną dość dużych
rozmiarów. Dokładnie tak jak ja. Wydało mi się to podejrzane. Przypadek?
W ten sposób po raz pierwszy - choć nie ostatni - doznałem, naiwnej
wtedy, "profesjonalnej paranoi".
Postawiłem ostrożnie torbę na ławce na przystanku, udając oczekującego
na autobus pasażera. Starałem się nie wiadomo czemu, być może na wszelki
wypadek, ustawiać bokiem do nadchodzących. Sylwetka jednego z tych
facetów wydała mi się bowiem znajoma. Kiedy podeszli bliżej, na
szczęście nie zwracając na mnie uwagi zajęci ożywioną rozmową, zdałem
sobie sprawę, że oto w kierunku miejsca zbiórki kandydatów na
"zwyczajnych szpiegów" idzie mój niedawny kolega z wojska, ze Szkoły
Oficerów Rezerwy, z którym spędziłem sześć miesięcy szkolenia w tym
samym czteroosobowym pokoju.
Zastanawiałem się, co robić w tej sytuacji. W końcu doszedłem do
wniosku, że będę udawał, że się nie znamy. Andrzej zastosował identyczną
taktykę. I do końca szkolenia w zasadzie udało nam się naszą
wcześniejszą znajomość zachować w tajemnicy. Tak więc on "rozkuł" mnie,
a ja jego. Dwóch trafionych za jednym razem...
Kiedy podchodziłem do autokaru, spojrzałem krytycznie na całą grupę, w większości młodych mężczyzn, ładujących do luków bagażowych torby
turystyczne. Gdyby nie brak odpowiednich napisów i logo, można by
odnieść wrażenie, że to zespół sportowców z jakiegoś klubu udaje się
właśnie na zgrupowanie treningowe.
Szkolenie w OKKW było dość specyficznie zamaskowane - ośrodek udawał
jednostkę wojskową. Kadra instruktorska na co dzień nosiła mundury wojsk
lądowych. Podobnie słuchacze. Ale zanim ci ostatni mogli pojawić się
wewnątrz ośrodka, musieli nauczyć się wojskowego ABC. Udawanie wojska
nie było proste. Ja miałem zdecydowanie ułatwione zadanie. Elementy
musztry, wojskowego zachowania się w szyku i marszu, zasady noszenia
munduru, posługiwanie się bronią - miałem właśnie za sobą sześć miesięcy
takich "zabaw", a w tle rangę podporucznika rezerwy Wojska Polskiego.
Ukrytą przed innymi, bo na pagonach miałem podobnie jak i inni słuchacze
w "Lesie" biało-czerwone obszycie właściwe dla podchorążego.
Swoją drogą, moje pasowanie na dwugwiazdkowego rycerza PRL odbyło się
zaledwie dwa miesiące wcześniej. W Lublinie. Tam szablą - gdy razem z dziesięcioma innymi podchorążymi wdzięcznie przyklęknąłem w długo
ćwiczonym ruchu na specjalnie rozwiniętym dywanie - spłazował mnie po
ramieniu sam generał Oliwa, odziany w paradny mundur z koalicyjką,
oficerki z błyszczącymi cholewami i cieniutkie rękawiczki.
- Mianuję was podporucznikiem Wojska Polskiego! - wyrecytował gromko
generał.
- Ku chwale ojczyzny, obywatelu generale! - odkrzyknąłem równie dziarsko
i gromko. Czułem wzruszenie i dumę. W mojej rodzinie już od lat
międzywojennych kultywowano szacunek do munduru. Uważano, że facet,
który nie przeszedł obowiązkowej służby wojskowej, nie był pełnokrwistym
mężczyzną. I panny nie chciały się z takimi prowadzać. Mit ten
przywoływałem sobie na pociechę, gdy dopadał mnie wirus zwątpienia w sens żołnierskiej służby.
I tak oto zostałem oficerem po raz pierwszy. Wtedy w Lublinie nie mogłem
wyjść z podziwu, jak bardzo nazwiska kilku prominentnych generałów
oddawały ducha i ówczesny stan bojowy naszej armii - Oliwa, Kufel,
Baryła... Wracajmy jednak do Raducza, bo inaczej nigdy nie dojdziemy do
Starych Kiejkut.
Raducz to dość spory poligon. Dziś ćwiczą tam różne formacje, głównie
BOR. Ale wtedy był domeną "nadwiślańczyków", owej gwardii
pretoriańskiej, którą wiele, wiele lat później próbowano wykorzystać do
internowania prezydenta Wałęsy.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, przejechawszy w żółwim tempie poprzez zryte
gąsienicami czołgowymi drogi gruntowe, wysadzono nas wraz z bagażami
przy obozowisku składającym się z sześciu zielonych hangarowych
namiotów, gdzie mieliśmy spać, oraz grupy namiotów zaplecza. Była
stołówka, łazienka i latryny. Rozlokowano nas z podziałem na drużyny.
Bagaże złożyliśmy pod łóżkami polowymi na podłodze pokrytej linoleum.
Pełen komfort. A potem rozpoczął się proces przepoczwarzania nas w "prawdziwe wojsko". Jak to się robi, wiedziałem już z doświadczenia - ze
Szkoły Oficerów Rezerwy w Łodzi.
Kluczowym elementem były buty. Buty? Tak, buty. I czapki. Pozostałe
elementy umundurowania są mniej istotne. Żołnierz w niedopasowanych
butach to nie żołnierz. To najczęściej kaleka z obtartymi piętami.
Zwłaszcza że w Raduczu takim jak my nie wyfasowano onuc. Młodszym osobom
spieszę wyjaśnić, co to jest onuca. To ogólnowojskowy odpowiednik
dzisiejszych skarpet. Tyle że od skarpet lepszy. Prawidłowo założona
onuca nie miała prawa zezwolić najtwardszemu trzewikowi na otarcie stopy
żołnierza. Powie wam to każdy weteran długich marszów. W trakcie
szkolenia w SOR-ze doświadczeni wojacy uczyli mnie precyzyjnego
zakładania onuc. Nauczyli mnie też innej sztuczki.
Kiedy fasuje się buty, młode wojsko z reguły naiwnie sądzi, że trzeba
szukać buta nowego, wprost z fabryki. Nic bardziej mylnego! Buty w wojsku ówcześnie podlegały swoistemu recyklingowi. Odchodząc z wojska,
żołnierz swoje buty oddawał służbie mundurowej. Ta oceniała, czy nadają
się do dalszej eksploatacji. I na takie buty należało polować. Dlaczego?
Bo zostały dla ciebie przygotowane do długich wędrówek przez
poprzednika. Rozchodzone i dopasowane do ludzkiej stopy, której budowy
producenci nie potrafili oddać w kształcie owych trepów. Rozmiękczone
ciepłem umęczonych stóp i nierzadko krwią serdeczną nieszczęsnego
rekruta, który wcześniej nie miał dość rozumu i dorwał dla siebie
nowiuśkie buty. I co z tego, że teraz były używane i przepocone?
Należało tylko uwierzyć, że wobec używanych butów zastosowano przedtem
niezbędne procedury, ponoć chroniące przed podłapaniem od kogoś
grzybicy. Tak jakby to miało nas uchronić od wyhodowania własnej.
Nowoczesnym wynalazkiem stosowanym w wojsku za moich czasów była
plastikowa, ażurowa wkładka do butów. Tworzyła pod stopą przestrzeń
wypełnioną powietrzem, która teoretycznie miała odprowadzać nadmiar
wilgoci do podeszwy buta. Zdaje się, że niezbyt dobrze to działało.
Działały natomiast onuce. Dziś trudno sobie wyobrazić onucę, jeśli nie
żyło się w epoce przedpampersowej. Kiedyś niemowlaki do sikania używały
pieluch z tetry, to jest z niezbyt gęsto tkanej materii bawełnianej, o rozmiarach jakieś 65x65 centymetrów. Czasem zawijano je w pieluchy z tkaniny bajowej, także bawełnianej, ale bardziej soczystej, gęściej
tkanej, z delikatnym meszkiem z włosków bawełny z jednej strony, a gładszej z drugiej strony. Jej pożądaną cechą był duża chłonność.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że mimo faktu, iż za czasów PRL Polska
była potęgą włókienniczą, to w okresie tak zwanej gospodarki niedoborów
pieluchy bywały reglamentowane i kupić je można było jedynie na
specjalny przydział w ramach wyprawki dla nowo narodzonego niemowlęcia.
Takie właśnie grubsze pieluszki już wcześniej zakładałem moim dzieciom
na noc, aby unikać wstawania i przewijania córeczek za każdym
siknięciem. Z takiej właśnie tkaniny robiono też onuce. Wiedza na temat
pieluszek skutkowała u mnie wtedy niejako automatycznym zaufaniem do
ogólnowojskowej onucy.
Niestety, ku mojemu wielkiemu żalowi w Raduczu onuc nie fasowaliśmy.
Pozostały nam skarpety, które upierdliwie dawały się regularnie i wbrew
naszej woli wciągać do środka buta, wałkując się i obcierając nogi
wszystkim bez mała dzielnym piechurom. Było to o tyle istotne, że każdy
dzień na poligonie w Raduczu - a było ich trzydzieści - zaczynaliśmy od
obowiązkowej zaprawy fizycznej, połączonej z biegiem na dość długim
dystansie.
W trakcie trwania zabaw poligonowych całą "kompanią", jak tytułowano na
zbiórkach naszą grupę, dowodził kapitan Gustaw Cz., powszechnie zwany
Gutkiem. Człowiek legenda, utrwalony w pamięci wielu roczników
"zwyczajnych szpiegów". Budził swoją osobą naszą niekłamaną sympatię,
mimo że pełnił funkcję bezlitosnego kata i kontrolera dyscypliny w początkowo rozbrykanej grupie młodszych i starszych. Do stanu tężyzny
fizycznej kandydatów na "zwyczajnych szpiegów" podchodził naukowo.
Krzesełko, stoper, stetoskop, aparat do pomiaru ciśnienia krwi oraz
niewysoki stołek stanowiły podstawę aparatury, jaką Gutek wykorzystywał
do naukowego i poprawnego metodologicznie z punktu widzenia nauki o kulturze fizycznej oszacowania, jak bardzo może gnębić ćwiczeniami
każdego z delikwentów.
Kiedy Gutek pojawił się przez nami z tym całym instrumentarium,
"kompania" nieco się rozbawiła. Ale za chwilę nie było nam już do
śmiechu. Gutek wywoływał z listy po kolei, sadzał człowieka na krzesełku
i ze stoperem w ręku skrupulatnie mierzył tętno, a potem spoczynkowe
ciśnienie krwi. Wynik ze stoickim spokojem wpisywał do przygotowanych
tabel w dossier, jakie zakładał dla każdego z nas. Jeśli nie na
pierwszy, to na pewno na drugi rzut oka widać było profesjonalne
przygotowanie kapitana Gustawa do bezlitosnej weryfikacji naszych
indywidualnych możliwości.
Kiedy dane początkowe zostały należycie odnotowane, Gutek przystępował
do kolejnej fazy testu. Tak zwanego step-testu. Kiedy przyszła moja
kolej, Gutek pomierzył to, co miał pomierzyć, wpisał dane do tabelek i polecił mi, abym wchodził na naukowy stołek i schodził z niego w równym
rytmie. Przez jedną minutę.
Po owej minucie Gutek posadził mnie znowu na krzesełku. Ze stoperem w ręku zmierzył mi tętno. Potem ponownie. I jeszcze raz. Aż moje tętno
powróciło do stanu sprzed testu. Siedziałem cichy i spokojny. Gutek
zajrzał w papiery. Raz i drugi. Sprawdził to samo raz jeszcze, po czym
zwrócił się do mnie z uspokajającym uśmiechem:
- Proszę pamiętać, aby nie szarżować na dłuższych dystansach. Ma pan
charakterystykę sprintera. Może pan gonić przez kilkanaście sekund za
autobusem lub tramwajem, ale dłuższe dystanse to nie pana domena. Ma pan
szybko rosnący dług tlenowy. W związku z tym na porannej zaprawie proszę
w czasie obowiązkowej rundy po poligonie nie forsować zbyt ostrego tempa
i ignorować, gdy ktoś taki jak Helmut pana wyprzedzi. - Gutek już się
połapał, że jeden z naszych kolegów o imieniu Waldek i niesamowitej
kondycji do biegów na dowolnych dystansach potwierdzonej przez step-test
właśnie uzyskał od nas ksywę Helmut, i starał się mi tą wiedzą
zaimponować.
Z pokorą odebrałem ten instruktaż, który w ustach Gustawa brzmiał
uprzejmie i naukowo. Ale znaczył ni mniej, ni więcej tylko to, że mam
gównianą kondycję. Postanowiłem więc nie migać się na porannych
zaprawach i rzetelnie odbębniać wymagany dystans. Aby zmniejszyć
zadłużenie. Tlenowe...
Dni upływały nam na ćwiczeniach z musztry, ale także na zapoznawaniu się
z bronią. Miałem więc swoistą powtórkę ze Szkoły Oficerów Rezerwy.
Trzeba tu wyjaśnić, że większość kandydatów na "zwyczajnych szpiegów"
nie odbywała obowiązkowej służby wojskowej. Byli z urzędu z niej
zwolnieni. Powołanie do służby w resorcie spraw wewnętrznych zmieniało
sytuację mobilizacyjną poborowego. Akta potencjalnego żołnierza,
przygotowane pracowicie przez wojskową administrację z komisji
uzupełnień, zmieniały lokalizację. Wędrowały - jak wtedy mniemałem - do
specjalnej szafy. A delikwent znikał z list potencjalnego poboru do
wojska na wypadek wybuchu wojny. Ja, jako podporucznik rezerwy Wojska
Polskiego, także zniknąłem. Wojsko zrzekało się praw do mojej osoby. I nie powoływało mnie na żadne ćwiczenia. Jednym słowem dla armii byłem
"zniknięty".
Zniknięcie było na tyle skuteczne, że gdy ponad trzydzieści lat później
Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej chciała mi wręczyć pewne
pamiątkowe odznaczenie jako weteranowi służby w Bardzo Gorącym Kraju, to
wojskowa komenda uzupełnień przez wiele miesięcy nadal nie potrafiła
mnie zlokalizować.
Jednakże większość moich kolegów z "kompanii" - także "znikniętych" dla
ekspertów od poboru do armii - nie miała uprzednio nic do czynienia z wojskiem, które wkrótce musieliśmy udawać. Należało więc z pokorą uczyć
się tego wojskowego abecadła od zera. Wspólnie. Więcej grzechów z Raducza nie pamiętam.
Po miesiącu nasz czyściec dobiegł końca i wreszcie pojechaliśmy do
tajemniczego "Lasu".
Całą tę pseudowojskową maskaradę przygotowywaną w Raduczu i kontynuowaną
w "Lesie" przeprowadzano dla potencjalnych ciekawskich obserwatorów.
Zwłaszcza obcych szpiegów, ale nie tylko. Mieszkańcy Starych Kiejkut
musieli domyślać się, że coś jest nie tak z tym "wojskiem". Zwłaszcza że
objęto ich ścisłą i dokuczliwą kontrolą kontrwywiadowczą. Podobnie było
z załogą ochronną z Nadwiślańskich Jednostek MSW, ponoć specjalnie
wyselekcjonowaną spośród kilku tysięcy żołnierzy tej formacji.
Profesjonalni - mimo że z poboru - żołnierze przyglądali się z daleka
przebierańcom, wśród których widać było także kilku wyraźnie starszych
od całej reszty panów. My, świeżo upieczeni absolwenci wyższych uczelni,
nazywaliśmy ich "wujkami". Ale tylko jeden z nich dostąpił zaszczytu i zyskał ksywę "Dziadek", nie tyle z racji wieku, ile imponujących siwych
włosów.
Byli to funkcjonariusze z kilkuletnim stażem w służbie, oddelegowani do
szkoły wywiadu z różnych jednostek resortu spraw wewnętrznych. Z centrali ministerstwa, a także ze struktur terenowych. W owym czasie w Polsce na terenie województw funkcjonowały Komendy Wojewódzkie MO, które
potem przemianowano na Wojewódzkie Urzędy Spraw Wewnętrznych. W ich
strukturze znajdował odbicie schemat funkcjonalny ministerstwa w Warszawie. Departamentom w Centrali odpowiadały wydziały w województwach. Z jednym wyjątkiem. Departament I MSW dysponował w terenie albo pojedynczymi przedstawicielami, albo całymi referatami
(inspektoratami) grupującymi po kilku oficerów.
Domyślałem się, że "wujkowie" zostali wytypowani do przeszkolenia, aby
zasilić potem kadry wywiadu lub powrócić do jednostki macierzystej. Na
nas, młokosów, patrzyli z pewną wyższością. Znali z praktyki różne
niuanse pracy operacyjnej. Wiedzieli, co to jest "piętnastka", jak się
zakłada nową sprawę operacyjną i jak się ją składa do archiwum.
Przeprowadzili wiele rozmów operacyjnych w swojej karierze w kontrwywiadzie lub służbie bezpieczeństwa, kontrolując kręgi opozycyjne,
przemysłowe czy też kler. Rozpracowywali rozmaitych figurantów, czyli
osoby figurujące na okładkach teczek operacyjnych zakładanych w różnych
kategoriach spraw. Sprawdzali rozmaitych "przechodzących w sprawie", aby
wyjaśnić ich rolę i ewentualny potencjał operacyjny, wynikający z ustalonych faktów i powiązań.
Jednym słowem "wujkowie" byli już ukształtowanymi oficerami służby
specjalnej. Poczucie pewności siebie naszych "wujków" wkrótce miało
ustąpić może nie tyle pokorze, ile skupieniu. Skupieniu koniecznemu do
opanowania całkiem nowych obszarów wiedzy i zrozumienia zupełnie
odrębnych kontekstów, jakich dostarczać miała nam praca w wywiadzie.
Żaden z nas - ani "wujek", ani "Dziadek", ani zielony magister - jeszcze
tego nie rozumiał. Bo nie mógł. Rozumieli to natomiast doskonale nasi
wykładowcy, trenerzy i opiekunowie.
Na temat Ośrodka Kształcenia Kadr Wywiadowczych w Starych Kiejkutach
jest już tyle literatury dokumentalnej oraz materiałów wideo, że
teoretycznie mógłbym sobie pozwolić na taktowne milczenie w kwestii jego
lokalizacji, wewnętrznej organizacji, ochrony itp. Ale wyobrażam sobie,
że skazałbym wtedy wszystkich zainteresowanych na żmudne przeszukiwanie
internetu i oglądanie lub czytanie licznych materiałów na temat Szkoły
Szpiegów autorstwa bardzo różnych ludzi. Odebrałoby mi to jednakże
oczywistą przyjemność płynącą z możliwości zaprezentowania tego, co było
moim osobistym i subiektywnym doświadczeniem w "Lesie".
Jeśli ktoś dociekliwy odnajdzie dziś na mapach lokalizację Starych
Kiejkut, to na odpowiadających jej zdjęciach satelitarnych z zasobów map
znanej amerykańskiej firmy Google dostrzeże kilka interesujących
szczegółów. Oto zobaczy błyszczącą w słońcu plamę jeziora. Powyżej
jeziora, tuż przy słabo widocznej przystani, będzie widział rdzawą plamę
kortów tenisowych i zielony kwadrat boiska do koszykówki i siatkówki.
Jeszcze dalej na północ może zobaczyć dach internatu, gdzie
zakwaterowano wszystkich słuchaczy i część kadry. Część, bo ci, którzy
przebywali w "Lesie" z rodzinami, a byli tacy, otrzymywali do dyspozycji
mieszkania w osobnym budynku położonym w oddaleniu od internatu. Tak aby
twarze kursantów nie wbijały się za bardzo w pamięć żon i dzieci
oficerów kadry.
Internat miał dwa poziomy - parter i piętro. Od strony północnej, gdzie
znajdowało się wejście do budynku, biegły w nim korytarze z oknami
zwróconymi w stronę stołówki. Od południa okna balkonowe pokoików
zajmowanych przez kursantów zapewniały widok na jezioro. Notabene - do
dziś pamiętam nasz zachwyt nad precyzją wykonania stolarki budowlanej,
czyli drzwi i okien. Ich jakość wydawała nam się wtedy czymś nierealnym.
Opadająca od budynku internatu ku jezioru skarpa obsadzona została
drzewami iglastymi, abyśmy stali się niewidoczni od strony wsi i jeziora. Jednak jeszcze w roku 1978 nie były one na tyle wysokie, aby
zasłonić widok z balkonów na szosę biegnącą przez Stare Kiejkuty i odwrotnie - z szosy na balkony. Pamiętam, jak niechętnie wychodziłem na
balkon mojej kwatery pełen obaw, że obcy wywiad sfotografuje mi facjatę
z samochodu, który bez problemu przejedzie wokół jeziora. A na dodatek
koledzy "wujkowie" niby to żartem ostrzegali, aby na terenie ośrodka nie
zadzierać głowy i nie patrzeć w niebo. Wiadomo - satelity szpiegowskie
CIA nie próżnują.
Przed budynkiem internatu znajdował się mały plac, który pozwalał na
codzienna poranną zbiórkę całej "kompanii" przed wyjściem na zajęcia.
Wtedy to weryfikowano naszą wiedzę wojskową w zakresie musztry. Na
północ od internatu (patrząc na zdjęcie satelitarne, to nieco powyżej)
jest foremna bryła innego budynku. To tam zlokalizowana była stołówka,
bufet ze sklepikiem, sala telewizyjna, służąca też do konsumpcji
nabytych w bufecie produktów, biblioteka i kilka mniejszych pomieszczeń
klubowo-konferencyjnych. Nie napiszę, gdzie umieszczono pracownie do
zajęć z techniki operacyjnej i laboratorium fotograficzne. Zapewne do
dziś nie jest to informacja jawna. Ale gdzieś tam były. Na pewno.
Na prawo od stołówki (gdy patrzymy z lotu ptaka) był basen wraz z sauną.
Jeśli wyjdziecie z internatu i razem z całą "kompanią" po śniadaniu
ruszycie w prawo, na wschód, aby dojść na zajęcia do głównego budynku
dydaktycznego, to po lewej stronie dostrzeżecie długą ścieżkę wiodącą do
basenu.
Bardziej zainteresowany ośrodkiem czytelnik może zechcieć również rzucić
okiem na półgodzinny film pod tytułem Szkoła Szpiegów - pierwszy nabór
zrealizowany w 2011 roku dla TVP S.A. przez Roberta Walenciaka. Tam w kilku fragmentach pokazano oryginalne fotografie wykonane na terenie
naszego obiektu. Już w pięćdziesiątej siódmej sekundzie materiału widać
zdjęcie czterech panów. Jeden - w garniturze - to były szef Departamentu
I MSW, wiceminister Mirosław Milewski. Pozostali to lokalna kadra
wywiadowcza.
Fotograf zwrócił swój obiektyw na zachód, w kierunku bramy wjazdowej do
ośrodka, mając po prawej ręce niewidoczne wejście do stołówki. Z lewej
strony widać skrajną część internatu, w której mieściły się wtedy
"apartamenty" dla części kadry. Tej - przypomnę - przebywającej na
terenie OKKW bez rodzin. W głębi widać też budynek wartowni, mieszczący
załogę ochronną - wyselekcjonowaną z Nadwiślańskich Jednostek MSW.
Przewinięcie filmu do momentu 1 m 40 s pokaże wam zdjęcie internatu od
frontu. Z charakterystyczną przeszkloną nadbudówką ponad linią dachu,
nad centralną klatką schodową.
To owa słynna "jaskółka", gdzie odbywały się symulowane spotkania
dyplomatyczne, na których kadra pozwalała kursantom testować granice
wytrzymałości na napoje alkoholowe różnej mocy oraz obserwowała wzorce
zachowania delikwentów. Mniej interesująca od "jaskółki" jest osoba
pochylona do powitania, która z pozoru wygląda na premiera Piotra
Jaroszewicza. Ale to nie jest premier. To ówczesny minister spraw
wewnętrznych Stanisław Kowalczyk.
Jeśli popatrzeć uważnie na fotograficzny widok OKKW z lotu ptaka, czy
może z satelity, to na środku pozbawionej drzew przestrzeni można
dostrzec jasny punkt - jakby kropkę pośrodku łąki - okolony małym,
białym kręgiem. To jest heliport. Lądowisko helikopterów. I zapewniam
wszystkich, że tam lądowały. Z Bardzo Ważnymi Osobami na pokładzie. W pobliżu lądowiska widać kolejny krąg, trochę mniej rzucający się w oczy,
bo utworzony z drzew różnej wysokości. Ten krąg jest dla słuchaczy
miejscem symbolicznym. Podwójnie. W jego centrum - czego na fotografii
nie widać - stoi ciemnobrunatny słup wykonany z potężnego pnia. Zupełnie
jak axis mundi. Na jego szczycie cztery twarze Świętowita. Boga Słowian
połabskich. Słup wygląda trochę jak indiański totem. Całą powierzchnię
od góry do dołu zajmują wyrzeźbione daty i nazwy miejsc chwały i pamięci
w polskiej historii.
Drzewa tworzące krąg wokół totemu ze Świętowitem mają zróżnicowaną
wysokość nie bez przyczyny. Każda ich kępa zastała posadzona innego
lata. Przez kolejny rocznik słuchaczy. A że przy którymś roczniku
pierwszy krąg się domknął, stworzono drugi. I mam nadzieję, że będzie i trzeci. I kolejne. Miejsca jest dość.
Najszerszy "krąg" w "Lesie" stworzył osobiście kapitan Gustaw. Ten
"krąg" nie był zbyt dosłownie krągły i raczej mało foremny. Geodecie by
się nie spodobał. Nam, słuchaczom i równocześnie podopiecznym Gutka,
także się nie podobał. Był to "krąg" w cudzysłowie, ponieważ wyznaczała
go trasa biegu okrężnego. Biegu serwowanego nam przez Gutka na zimno
codziennie o godzinie 6.07 rano. W ramach tak zwanej zaprawy. W pierwszej porannej zaprawie w OKKW, tuż po przyjeździe z poligonu w Raduczu, nie uczestniczyłem. Ale nie dlatego, że się wymigałem.
Tuż po przyjeździe do "Lasu" podano nam kolację. Potem przydzielono
pokoje. Nie pamiętam, czy odbyło się losowanie, czy też pozwalano
dobierać się w pary, bo pokoje były dwuosobowe. Wiem, że od pierwszego
dnia dzieliłem kwaterę z kolegą Andrzejem, moim kumplem z wojska. Z tego
wynikałby logiczny wniosek, że pozwalano na pewną swobodę w doborze
współlokatorów. Ale kluczowym tego wieczoru momentem była chwila, gdy
Gutek po naszej pierwszej kolacji zapowiedział w obecności wszystkich
słuchaczy, że w internacie ma działać służba dyżurna, pełniona od
wieczora - po obowiązkowych zajęciach, które czasem trwały do kolacji -
do szóstej rano.
- Kto na ochotnika obejmie pierwszą wachtę? - pytanie Gutka przez chwilę
zawisło w ciszy.
Znałem takie momenty. Zarówno wszystkie wieczne cwaniaczki, jak i nieustający frajerzy włączają wtedy w mózgu teoretycznie nieistniejący u nich tryb analityczno-kalkulacyjny. Co mi się bardziej opłaca? Czym
grozi taka niespodziewana propozycja? Coś powiedzieć czy udawać, że mnie
nie ma?
Mnie poniosła pycha. Czułem się jak doświadczony żołnierz, weteran wielu
służb wartowniczych odbywanych w trakcie szkolenia w Łodzi, w Szkole
Oficerów Rezerwy. Służba dyżurna w tajnym ośrodku wywiadu na Mazurach? W pierwszym dniu pobytu? Wielkie mi coś! Nawet jak coś dupnie, to co? Ja
sobie nie poradzę? Natychmiast wstałem, zgłaszając się na pierwszą
służbę dyżurną mojego rocznika. Nie wiem, czy moi koledzy to pamiętają.
Ale ja pamiętam.
Noc upłynęła spokojnie. Przez pewien czas siedziałem po prostu w dyżurce
przy wejściu do internatu na parterze. Gutek uprzedził mnie, że tryb
pełnienia służby przewiduje kontrolę sytuacji w godzinach od 20.00 do
22.00, kiedy to internat był zamykany przez dyżurnego od wewnątrz. Potem
już tylko aktywne czuwanie z możliwością odpoczynku w pozycji leżącej w pokoiku na zapleczu dyżurki. Moim końcowym obowiązkiem było ogłoszenie o godzinie szóstej rano przez wewnętrzny interkom pobudki dla słuchaczy.
Uzbrojony w jakieś stare książki i czasopisma miałem zamiar przetrwać do
świtu.
Początkowo spokój zakłócali mi tylko przedstawiciele kadry dydaktycznej
powracający ze spotkań towarzyskich poza internatem po godzinie 22.00.
Ponieważ nikogo z nich nie znałem, wpuszczałem ich jak leci, bez oporów,
reagując czujnie na każdy gong do drzwi wejściowych. Ale każdego z wchodzących honorowałem elegancko ogólnowojskową postawą zasadniczą i wytrenowanym w armii krótkim, dynamicznym skłonem głowy, jako że moja
czapka spoczywała wtedy spokojnie na wieszaku. Odpowiadano mi albo
cywilnym "dobry wieczór", albo uściskiem dłoni.
Coś mnie podkusiło dopiero gdzieś około 5.45. Mając do dyspozycji
radioodbiornik, wysłuchałem prognozy pogody na nadchodzący dzień. Radio
Olsztyn nadawało lokalnie, chyba na falach UKF. Gdy wybiła 6.00,
włączyłem mikrofon, nastroiłem gardło na najniższe możliwe tony. We
wszystkich pokojach internatu rozległo się z głośników
interkomu-kołchoźnika mniej więcej coś takiego, wygłaszanego ciepłym
sznapsbarytonem:
- Dzień dobry wszystkim. Witam o pogodnym, choć wilgotnym poranku. Jest
godzina 6.00, w poniedziałek, czwartego września 1978 roku. Słońce
wstało o godzinie 4.47, zajdzie o 18.22. Temperatura wynosi obecnie 16
stopni Celsjusza, maksymalna zapowiadana 21 stopni. Wiatr umiarkowany,
północno-zachodni, w ciągu dnia zamierający. Zachmurzenie niewielkie.
Szykuje się nam się uroczy dzień. Kapitan Gustaw Cz. oraz podchorąży
Filip Bartoszewicz ze służby dyżurnej internatu Ośrodka Kształcenia Kadr
Wywiadowczych zapraszają wszystkich słuchaczy na codzienną zaprawę
poranną. Zbiórka przed internatem o godzinie 6.07. Dziękuję za uwagę...
Rozbawione miny kolegów wybiegających z pokojów potwierdzały, że pomysł
był dobry. Zaskoczeni przyznawali, że dali się nabrać - myśleli iż to
nadawało radio Olsztyn. Szkoda, że nie poszedłem wtedy za ciosem. Kto
wie, może mógłbym zainicjować polski pierwowzór scenariusza Good
morning Vietnam. Ten narodził się jednak dopiero jakieś dziewięć lat
później.
Trasa porannego biegu wiodła wokoło ośrodka. Czasem w wariancie dłuższym
trzeba było biec do budynku głównego, obiec go dookoła i alejką wiodącą
w dół do jeziora truchtać dalej. Truchtać, bo większość nas trochę
cwaniakowała, kombinując, jakby tu zaoszczędzić trochę porannej energii.
Jedynie "Helmut" gnał zawsze jak szalony, budząc nasz szczery podziw i równocześnie zawstydzenie.
Trasa wiodła wzdłuż jeziora. Mijaliśmy wiaty i stanowiska do
piknikowania i grillowania. Trzeba było przebiec koło chatki Baby-Jagi,
gdzie zwykle czaił się Gutek. Odhaczał kolejnych biegaczy na liście
obecności. Po przekroczeniu mostka nad rzeczką robiliśmy pętlę -
wbiegaliśmy na teren strefy "B", gdzie znajdował się leśny stadion,
jedyne miejsce, w którym mogli przebywać słuchacze. Reszta była haram
- zakazana. Z satelity widać było nawet rozstawione na stadionie
namioty. To pokłosie późniejszych decyzji o rezygnacji z Raducza jako
miejsca wstępnego obozu treningowego. Poligon poza terenem OKKW stracił
rację bytu.
Po obiegnięciu stadionu wracaliśmy na północną stronę rzeczki. Tam bieg
kontynuowaliśmy wzdłuż niej na wschód już w strefie "A". Kiedy
docieraliśmy do kolejnego mostka nad rzeczką, gdzie szeroka jezdnia
wiodła z północnej części terenu, od budynku głównego w dół do samego
centrum strefy B", skręcaliśmy w lewo i biegliśmy w stronę strzelnicy.
Też ją widać na zdjęciach satelitarnych po prawej stronie wielkiej łąki
ze Świętowitem.
Teraz było trudniej, bo pod górę. Wielu z nas na tym etapie przechodziło
z truchtu do marszu. Pętla biegu wiodła obok auli, basenu i stołówki do
internatu, a ściśle mówiąc - do pryszniców. Prysznice znajdowały się w osobnych pomieszczeniach na parterze i piętrze internatu. Wtedy nasz
luksus ograniczał się jedynie do indywidualnej toalety z umywalką w każdym pokoju.
Pierwsza poranna zaprawa zapowiadała nowy etap w naszym szkoleniu.
Szkoleniu, po którym mieliśmy szansę zostać "zwyczajnymi szpiegami".
Niedziela była wolna i od zaprawy porannej, i od innych obowiązków.
Pełna laba. Pierwsze tygodnie w "Lesie" wkręcały nas w szalony wir
zajęć, których - poza lekcjami języka i elementami nauk politologicznych
- nie wykładano na żadnej wyższej uczelni w Polsce. Były to zajęcia
intensywne i wbrew pozorom męczące.
W niedzielę niektórzy zajmowali się gapieniem w telewizor. Inni gnali na
basen. Jeszcze inni po prostu leniuchowali lub odsypiali sobotni
wieczór. A nieliczni zajmowali się didżejowaniem. Co prawda wtedy
takiego słowa chyba nie znano w naszym rodzimym języku. A i na moich
lekcjach angielskiego w liceum i na studiach określenie DJ albo Dee Jay,
czyli disc jockey, nie było wzmiankowane.
Wtedy to po raz pierwszy dowiedziałem się, że od czasu rozpadu zespołu
The Beatles muzyka rozrywkowa wzbogaciła się o kolejny fenomenalny
zespół. W któreś, chyba październikowe, niedzielne popołudnie
przechodziłem przez nasz internat. Usłyszałem zza drzwi jednego z pokojów męskie głosy skandujące melodyjnie jakieś dziwne słowa:
- ...Scaramouche, Galileo, Figaro, Magnifico, Fandango... a potem:
- Bismillah!
Zatrzymałem się. Nawet nie stukałem do drzwi, po prostu je uchyliłem. W pokoju siedziała grupka moich kolegów z nabożeństwem wsłuchanych w słowa
śpiewane przez nieznany mi zespół. Muzykę odtwarzano z winylowej płyty.
Nie wiem, skąd wzięli gramofon. I wzmacniacz z głośnikami. Ale głosy
wokalistów na tle głębokich tonów gitary basowej towarzyszącej perlistym
dźwiękom fortepianu robiły piorunujące wrażenie. Bezgłośnie, jedynie
unosząc pytająco brwi, zagadnąłem gospodarza pokoju Marka K.: "Kto to
śpiewa!?".
Odpowiedzią była podniesiona wysoko przez współlokatora Marka, Jarka Z.,
okładka longplaya. Jaskrawe, cukierkowe kolory jakichś gryfów, łabędzia
i sylwetki niby disnejowskiej wróżki z Piotrusia Pana. I napis "Queen -
A Night at the Opera". Królowa w operze nocą? Ki diabeł? Dlaczego ja
tego nie znam?
I tak właśnie w Szkole Szpiegów poznałem Zanzibarczyka Farrokha Bulsarę
i jego kolegów. To znaczy Freddiego Mercury'ego i zespół Queen.
Wtedy to uznałem, że jestem wyjątkowo zacofany. Jeśli idzie o muzykę,
oczywiście.
Rozdział 3
Szkoła Szpiegów - nieuchronny ciąg dalszy
Od pierwszego dnia po przyjeździe "Las" - oprócz codziennego biegania -
oferował nam mnóstwo innych atrakcji, zarówno oczekiwanych, jak i nieoczekiwanych. Już od pierwszych dni poligonu w Raduczu byliśmy
podzieleni na drużyny. Miało to sens organizacyjny, bo zgodnie z tym
podziałem przydzielano nam namioty, stawialiśmy się razem na zbiórki,
chodziliśmy na szkolenia i inne zajęcia. Przydzielano do drużyny na
podstawie ustalonych przy naborze umiejętności językowych: średni
angielski - drużyna pierwsza, zerowy angielski - drużyna druga, po
jednej z niemieckim i francuskim, podobnie jedna z językiem hiszpańskim.
Taki układ organizacyjny pozostał do końca szkolenia.
W gmachu głównym w OKKW, oprócz auli-audytorium na parterze, były
rozlokowane bardzo nowoczesne jak na owe czasy laboratoria językowe.
Zarówno lektor, jak i słuchacze mieli do dyspozycji system audio
wyposażony w supermagnetofony firmy Uher - wtedy sprzęt o najwyższej
światowej jakości. Katowano nas tymi językami codziennie przez co
najmniej trzy godziny do południa. Co ciekawe, potem dowiedziałem się od
naszych opiekunów, że kryterium znajomości języków obcych nie miało
najwyższej wagi w procesie naboru. Mądrzy oficerowie uznawali, że jeśli
kandydat ma predyspozycje do pracy operacyjnej mierzone jakimiś
ówcześnie tajemniczymi dla nas rekrutów wskaźnikami, to języka zawsze
można go nauczyć. Najpierw jednego, potem kolejnego. Niestety, zasada ta
nie zawsze się sprawdzała.
Drużyna zasiadała w laboratorium i zaczynała się orka. Każdy z nas
przybrał sobie "angielski" pseudonim, którym podpisywał sprawdziany
spadające na nas nieuchronnie i regularnie. Tak jak się spodziewałem
moje piękne "staropolskie" imię Filip przekształciło się w Philipa.
Nasz pierwszy lektor wykazał się znakomitym przygotowaniem językowym.
Niestety, po jakimś stosunkowo krótkim czasie wycofano go z OKKW.
Oficjalnym powodem było odkrycie pewnej "nieszczerości" lektora wobec
służby. Prawdopodobnie nie złożył wystarczająco "szczerego" raportu z incydentu, jaki przytrafił mu się gdzieś poza granicami kraju. Gdy
wiedza o incydencie dotarła do kierownictwa Departamentu I, uznało ono,
że brak "szczerości" lektora może znamionować coś znacznie
poważniejszego. Nieco później pocztą pantoflową dotarły do nas sygnały,
że incydent wydarzył się w trakcie wcześniejszej pracy owego lektora
jako tłumacza w Międzynarodowej Komisji Kontroli i Nadzoru. Tam gdzie
służył też niejaki Kukliński.
Wkrótce przydzielono nam w trybie awaryjnym pracującą z inną drużyną
lektorkę języka hiszpańskiego, której znajomość angielskiego była
znakomita. Najpierw ona, a potem jej pełnoetatowa następczymi aplikowały
nam zadania, które miały sprawić, że będziemy w stanie prowadzić rozmowę
w obcym kraju nie tylko na tematy polityczne. Obie panie rozumiały
doskonale, że czytanie "Economista", "Timesa" czy "Newsweeka" z ich
wyszukanym językiem nie jest wystarczające w naszym fachu. Dlatego
nękały nas zadaniami bazującymi na krótkich tekstach, które potem kazały
nam opowiadać "własnymi słowami". Do dziś pamiętam dwa eseje. Is
television making irreparable harm? oraz Television as an universal
pacifier. Chwytacie? Wtedy pierwszy raz w moim krótkim życiu usłyszałem
słowo pacifier - smoczek! Takich esejów były dziesiątki.
Przyznam, że początkowo czułem się tym angielskim treningiem zirytowany.
Ale już pierwsze zajęcia nie ze szkolną taśmą, gdzie w nagranej lekcji
"brytyjski" lektor z nienaganną dykcją odczytywał zdania, jakie
musieliśmy powtarzać, ale z autentycznymi audycjami Radia BBC i Radia
Liberty nauczyły mnie pokory. Pierwsze spotkanie z tymi oryginalnymi
nagraniami pokazały, że żaden z nas nie potrafił w stu procentach
odcyfrować szybko odczytywanych wiadomości. Po takiej niezbędnej lekcji
pokory lektorka litościwie wykonała krok wstecz. Odtwarzała nam audycje
z BBC czy też Radio Liberty zatytułowane Broadcasts in special
English, odczytywane przez spikera powoli i wyraźnie tak długo, aż
byliśmy w stanie bezbłędnie spisać z taśmy każdy przecinek i każdy
rodzajnik a lub an, the, that, these i those. I to bez
powtórnego przewijania.
Po zajęciach językowych z reguły drużyny rozchodziły się na zajęcia
operacyjne prowadzone w małych salkach przez opiekunów grup, przeplatane
aż do obiadu wykładami z rozmaitych dziedzin, odbywającymi się w głównej
auli. Dziś treści większości tych wykładów już nie pamiętam - ich
szczegóły po prostu inkorporowałem do mojego zasobu wiedzy i uznałem za
własne. Ale jednego z wykładowców zapamiętam na zawsze.
Pułkownik Henryk J. (nie, nie, to nie nasz późniejszy generał z czasów
UOP, to inny oficer) prowadził wykłady z tematyki politycznej na zmianę
z majorem Stefanem P. Major był błyskotliwy, pełen pasji pedagogicznej i powszechnie lubiany. Jego żona, także przez nas lubiana pani Basia,
pełniła ważne funkcje w komendanturze. Natomiast pułkownik Henryk,
uroczy jako człowiek, co dawało się szybko stwierdzić w sali
telewizyjnej przy bufecie, gdy razem sączyliśmy piwo, po wejściu na
mównicę w auli zmieniał się w Demona.
Demon objawiał się nieoczekiwanie. Kiedy wszyscy słuchacze już podnieśli
pulpity, aby robić notatki z jakże ważnej tematyki, kiedy chwycili w dłonie przydziałowe operacyjne długopisy po otwarciu równie
przydziałowych i operacyjnych oraz niejawnych skoroszytów o ponumerowanych i przesznurowanych kartach, Demon jak dżinn z lampy
Aladyna spływał z ust pułkownika i zasnuwał powoli całą salę wykładową.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki