Rozdział I
W pogoni za wężem morskim
Dziewiątego dnia po opuszczeniu portu Jokohamy "Japonia", jeden z największych i najpiękniejszych parowców należących do Pacific Mail Steamship Company1, znajdował się pod 38° 23' szerokości północnej i 131° 14' długości, licząc na zachód od Greenwich2.
Jest to najszybszy i najlepszy statek kompanii; zbudowany niedawno i urządzony z wszelkim komfortem, daje pasażerom swoim, odbywającym drogę z Jokohamy do San Francisco lub odwrotnie, wszelkie bezpieczeństwo i wygody.
Dnia trzeciego maja 1912 roku o godzinie piątej po południu, przy pięknym stanie pogody, "Japonia", popychana swą machiną o sile trzydziestu tysięcy koni parowych3, pędziła ku wybrzeżom Ameryki z szybkością dwudziestu dwóch węzłów4. Ocean Spokojny usprawiedliwiał swoją nazwę; powierzchni jego od kilku dni nie zmącił najlżejszy powiew wiatru; liczni i różnorodni podróżni, korzystając z pogody, wylegli na pokład z ciasnych i dusznych kabin, chcąc odetchnąć orzeźwiającym powietrzem morskim.
Fizjonomie obu pomostów, tylnego i przedniego, różniły się charakterystycznie między sobą.
Przedni zalegała gromadka pasażerów trzeciej klasy. Obok długich warkoczy i ukośnych brwi Chińczyków widniały czarne głowy Murzynów i opalone twarze Europejczyków. Całe to różnorodne towarzystwo, opuściwszy od kilku minut wygodne miejsca, zajmowane na zwojach lin lub schodkach prowadzących na środkowy pokład, skupiło się na samym przedzie parowca.
Wszystkie oczy skierowane są w jeden punkt powierzchni oceanu; na twarzach maluje się silne zaciekawienie.
Kilku marynarzy żywo gestykuluje, pokazując sobie coś palcem.
Tylny pomost, na którym przebywają zwykle osoby odbywające drogę w elegancko urządzonych kabinach "Japonii", przedstawia podobny widok.
Strojne ladies i gentlemens5, zaopatrzeni w lornetki teatralne, obserwują rzecz jakąś unoszącą się na wodzie.
Przedmiot budzący powszechne zaciekawienie na pierwszy rzut oka nie wydaje się godny uwagi. Przedstawia się jak pień drzewa lub gałąź nieco zakrzywiona, na parę metrów nad powierzchnię oceanu wystająca.
Nie byłoby w tym wszystkim nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ów przedmiot posuwał się niezwykle szparko naprzód; szybkość jego bowiem równała się tej, z jaką płynął parowiec, a nawet przewyższała ją cokolwiek.
Wszyscy wiedzieli, że "Japonia" pruje okolice oceanu wolne zupełnie od prądów, biegnących w kierunku wschodnim. Cóż więc popychało z taką szybkością ów pień drzewa?
Niebawem przekonano się, iż pień ten może poruszać się dowolnie, zmniejszać lub zwiększać prędkość, zanurzać się pod wodę i wypływać znów na jej powierzchnię. Słowem: zachowywał się jak żywa istota.
Nagle zniknął zupełnie pod wodą. Sądzono powszechnie, iż nie ukaże się więcej. Po upływie jednak dwóch minut znów pojawił się na powierzchni oceanu.
Niektórzy z pasażerów, nie mogąc wytłumaczyć sobie tego wszystkiego, zwrócili się z prośbą o wyjaśnienia do starszego porucznika "Japonii", który właśnie znajdował się na pokładzie.
Porucznik Ebb przedstawia doskonały typ marynarza amerykańskiego. Mały, chudy, lecz muskularny, z niebieskimi oczyma spoglądającymi śmiało spod krzaczastych rudych brwi; na ogorzałej i pozbawionej zarostu twarzy maluje się przedsiębiorczość i pewność siebie; rysy nadzwyczaj wyraziste. Marynarska czapeczka nasunięta na oczy pokrywa włosy nieokreślonego koloru.
Ebb posiada wiele przymiotów cenionych wysoko u ludzi jego zawodu. Zna się doskonale na żegludze, co mu zjednało poszanowanie u załogi; sumienności jego przypisać należy nieograniczone zaufanie, jakim go darzy kapitan; z łatwością radzi sobie we wszystkich okolicznościach dzięki silnie rozwiniętemu zmysłowi praktycznemu, a nie ma lepszego kolegi, oficera punktualniejszego, ambitniejszego i bardziej stanowczego nad niego.
Porucznik Ebb, podobnie jak wielu oficerów marynarki, zajmuje się historią naturalną; jego prace, ogłaszane w najpoczytniejszych pismach specjalnych amerykańskich, zjednały mu uznanie i zwróciły uwagę szerszego koła uczonych.
Dla tej to przyczyny proszono szanownego porucznika o jego zdanie dotyczące natury tajemniczego przedmiotu. Pomimo jednak mnóstwa pytań tak poważnych dżentelmenów, jak i uroczych ladies otaczających go ze wszech stron, porucznik Ebb milczy uparcie.
Wreszcie, z uprzejmym uśmiechem, porucznik drobnym, ale żwawym krokiem udał się do kajuty oficerskiej.
W dziesięć minut potem wstępował znów na schodki prowadzące na pomost, lecz nie sam: towarzyszył mu kapitan Hopkins. Dowódca "Japonii" z trudnością podążał za swym porucznikiem; pokaźna tusza nie pozwalała mu poruszać się tak lekko, jak by tego pragnął; duży fiołkowo-czerwony nos na szerokiej, o dobrodusznym wyrazie twarzy, zdradza pociąg jego właściciela do alkoholu. Pomimo jednak tej słabości kapitan Hopkins jest najzacniejszym ze wszystkich marynarzy.
Pierwszy Ebb stanął na pokładzie; niósł wielką lunetę, którą zabrał z kajuty; teraz zrozumiano milczenie porucznika: pragnął dać objaśnienie jak najdokładniejsze i w tym celu postanowił użyć szkieł.
Przyłożywszy do oka lunetę, Ebb przez kilka minut obserwował ów tajemniczy przedmiot. W końcu jednak, opuściwszy instrument, wzruszył ramionami z miną człowieka, który nic nie wie.
Pasażerowie "Japonii", straciwszy nadzieję otrzymania żądanych objaśnień od porucznika, poczęli sami czynić rozmaite przypuszczenia. Niektórzy dowodzili, iż prąd podwodny unosił jakiś zatopiony statek i że ów pień był szczytem jednego z masztów; inni sądzili, iż mają przed sobą rybę nieznanego gatunku...
Oba te domysły nie nosiły w sobie żadnej cechy prawdopodobieństwa. Okręt, gdyby zatonął, to zupełnie - i zamiast płynąć pod wodą, poszedłby na dno, w tym miejscu nadzwyczaj głębokie; zresztą mapy morskie nie wskazywały w tych okolicach oceanu żadnego prądu głębinowego, a choćby nawet istniał jaki, to szybkość unoszonego przezeń przedmiotu musiałaby wynosić najwyżej cztery węzły, gdy ta przekraczała dwadzieścia mil morskich na godzinę.
Co do drugiego przypuszczenia, to i ono miało licznych przeciwników. Jakżeż ryba mogła pozostawać na powierzchni oceanu tak długo? Przedmiot ów nie przypominał kształtem żadnego znanego potwora morskiego.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby to był jaki statek podwodny - rzekł kapitan, zbadawszy zagadkowy przedmiot z miną znawcy.
I szanowny dowódca "Japonii", zupełnie pewny swego, czynił głośne uwagi nad konstrukcją domniemanego statku.
- Tak, tak - mówił - częścią wystającą nad powierzchnię morza jest niezawodnie peryskop lub rura zaopatrująca w powietrze załogę statku, a...
Kapitan Hopkins nie mógł dokończyć opisania statku podmorskiego, gdyż jakaś potężna ręka schwyciła za lunetę, którą trzymał.
- Przepraszam, kapitanie - rzekł ktoś grubym głosem - może ja zobaczę więcej, niż pan.
Mówiący przed chwilą dopiero zjawił się na pokładzie; dowódca statku uśmiechnął się przyjaźnie.
- Ach, to ty, inżynierze - rzekł - proszę, proszę - dodał, wręczając mu lunetę - spojrzyj pan i przekonaj się, czy nie mam racji.
Inżynier Elski, przetarłszy szkła połą swego munduru, oparł lunetę na ramieniu stojącego obok majtka i skierował ją na morze.
Zajęty badaniem tajemniczego pnia, inżynier nie dostrzegł, iż jego własna osoba jest przedmiotem obserwacji dla dam znajdujących się na pokładzie.
Bo też, o ile porucznik przedstawia się niepozornie, o tyle inżynier zwraca uwagę swym kolosalnym wzrostem, eleganckim ułożeniem i męskimi, regularnymi rysami twarzy, ozdobionej bujnym, ciemnym zarostem.
Swoboda, z jaką się porusza, przekonuje, że nie zbywa mu na pewności siebie; zaciśnięte lekko wargi zdradzają upór, a wydatna wklęsłość na górnej wardze znamionuje charakter niepospolity; czarne oczy, ocienione czysto zarysowanymi brwiami, patrzą przenikliwie i wyzywająco, nie zatrzymując się dłużej na żadnym przedmiocie, co dowodzi żywego usposobienia. Inżynier unosi się łatwo, co, przy wrodzonej nierozwadze, było przyczyną wielu zajść; wszakże nie pamięta długo wyrządzonych sobie krzywd i mścić się za nie nie umie; posiada nadto złote serce i odwagę dochodzącą do zuchwalstwa.
Elski od niedawna dopiero znajduje się na pokładzie "Japonii". Nim się tu dostał, przechodził najrozmaitsze koleje.
Zostawszy inżynierem marynarki, powrócił do kraju, nie znalazł tu jednak sposobności służenia ojczyźnie. Zmuszony szukać pracy, puścił się w świat.
Z początku, w braku czegoś lepszego, został nauczycielem języków w Paryżu, ale ponieważ niespokojny charakter nie pozwolił mu długo usiedzieć na jednym miejscu, zmienił rychło zajęcie: był z kolei to agentem w Londynie, to reporterem i korespondentem w Nowym Jorku, to dziennikarzem, w ostatnich czasach kupcem, aż wreszcie tym, czym go widzimy obecnie.
W miarę tego, jak inżynier patrzył, na ogorzałej jego twarzy malowało się coraz silniejsze zadziwienie.
Nagle wyprostował się, przetarł oczy dłonią, jak gdyby chcąc się upewnić, czy mu ich co nie zasłania, po czym znów schylił się do ramienia majtka.
- Tak jest, ależ nie mylę się - mruczał, spoglądając znów przez lunetę.
Wszyscy w milczeniu patrzyli na niego, oczekując, co powie.
Wreszcie po kilku minutach Elski odjął lunetę od oczu i zwrócił się do stojącego obok porucznika.
- No i cóż? - zagadnął tenże.
- Panowie - rzekł inżynier - przyjrzawszy się przedmiotowi, który mam przed oczyma, doszedłem do wniosku, iż jest to stworzenie, o którego istnieniu wątpią niemal wszyscy, a które jednak istnieje rzeczywiście. Stworzenie to nazywa się wąż morski.
Ostatnie dwa wyrazy inżynier wymówił z naciskiem.
Łatwo sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarły te słowa na obecnych. W kilka sekund na całym pokładzie powtarzano je, to z pewnego rodzaju przestrachem, to z podziwem, to wreszcie z uśmiechem niedowierzania; wszyscy jednak z podwójną ciekawością poczęli śledzić wzrokiem płynący równolegle z "Japonią" przedmiot, odległy teraz od niej nie więcej jak o tysiąc pięćset metrów.
- Więc pan sądzisz, że to nie peryskop od monitora6 podmorskiego? - zagadnął kapitan, którego słowa inżyniera bardziej gniewały, niż zaciekawiały.
- Stanowczo nie; czy nie widzisz pan, jak zwija się i rozwija? Ot, w tej chwili na przykład wyraźnie dostrzegłem środkową część jego wydłużonego ciała i umieszczone na grzbiecie garby. Patrz pan, spłoszył właśnie rekina, który by przecież nie umykał tak przed statkiem.
- Więc pan nieodwołalnie twierdzisz, iż jest to słynny wąż morski? - zagadnął nagle z ironicznym uśmiechem Ebb.
- Tak sądzę, panie - odparł żywo Elski, któremu widocznie nie podobał się ton porucznika. - Weź pan jeszcze raz lunetę, a przypatrzywszy się uważnie, przyjdziesz do przekonania, że to, co kapitan bierze za peryskop podmorskiego statku, a niektórzy pasażerowie za maszt okrętu zatopionego, jest szyją jakiegoś zwierzęcia; jeżeli pan nie wierzysz swoim oczom, to daj lunetę po kolei wszystkim obecnym, a jestem pewny, że przyznają mi słuszność.
Porucznik wzruszył ramionami.
- Przedmiot, który pan wziąłeś za bajecznego potwora, znajduje się zbyt daleko, aby można powiedzieć coś stanowczego o jego naturze - rzekł. - Gdyby nawet kilka osób obdarzonych bujną wyobraźnią zgodziło się z panem, jeszcze nie uwierzyłbym w istnienie węża morskiego. Wiesz pan o rezultatach wypraw "Travailleura" i "Talismana"7, i późniejszej "Challengera"8, przedsięwziętych kosztem rządów angielskiego i francuskiego, a także o badaniach księcia Monako. Dzięki tym wyprawom dowiedzieliśmy się, że głębie oceanu, które dotąd uważaliśmy za pozbawione wszelkich żyjących istot, mają licznych mieszkańców. Twory jednak, przebywające w tych warstwach, gdzie ciśnienie dochodzi setek atmosfer i gdzie panują zupełne ciemności, przystosowały swoje organizmy do warunków fizycznych, jakie tam napotkały. Przekonano się także, że nie mogą one bezkarnie przenosić się w warstwy oceanu, gdzie warunki owe nie istnieją; ryby bowiem, wydobyte z wielkich głębin na powierzchnię, zdychały natychmiast. Ich pęcherz pławny rozszerzał się niepomiernie skutkiem zmniejszenia się ciśnienia, uszkadzając wnętrzności, a tkanki ciała traciły spójność. W żaden sposób więc nie możemy przypuścić, iż pański wąż morski zamieszkuje głębie oceanu; skoro widzimy go na powierzchni, musi więc trzymać się warstw niezbyt od niej oddalonych. Nie pojmuję zatem, dlaczego tak mało osób dotąd oglądało potwora lub dlaczego nie znaleziono choćby jego szczątków.
Inżynier wysłuchał cierpliwie tego dowodzenia, wypowiedzianego tonem profesora; znać jednak było, że tłumił gniew.
- Podług mnie, wyprawy "Challengera", "Travailleura", "Talismana" i inne dowiodły przede wszystkim jednej rzeczy - rzekł żywo - a mianowicie, że na naszej planecie znajdują się twory, o których istnieniu nie śniło się do niedawna naszym uczonym. Nie przypuszczano nawet, że głębie oceanu mogą być zamieszkane przez jakiekolwiek organizmy, a już rybacy od niepamiętnych czasów znali i podawali sobie z rąk do rąk rozmaite okazy fauny głębinowej; uczeni nie wierzyli, jak i nie wierzą do dziś dnia w węża morskiego, choć znają szczątki wygasłych gatunków tych gadów. Pomimo więc tego, coś pan powiedział, pozostanie faktem niezaprzeczonym, że dnia trzeciego maja 1912 roku z pokładu "Japonii" mnóstwo osób widziało potwora. Doprawdy, wąż ten jest bardzo niegrzeczny, że nie pozwala się złowić dla przyjemności naszych uczonych, a co najważniejsze, że ukazuje się tak rzadko. Przed nami niejeden okręt spotkał go przecież.
Ostatnie zdanie inżynier wymówił tonem ironicznym, patrząc w oczy porucznikowi.
Ebb nie odpowiedział, uchwycił tylko szybko lunetę i przez kilkanaście sekund śledził ruchy potwora, który ciągle płynął równolegle do parowca.
- No i cóż to jest, podług pana? - zagadnął inżynier, który z widocznym rozdrażnieniem przypatrywał się porucznikowi.
- Prawdopodobnie mamy przed sobą rybę wstążkową (ribbon fish Gymnetrus)9, opisaną przez pana J.M. Jonesa w "Proceedings of Zoological Society" - odparł chłodno Ebb - a chociaż nie mogę dać panu kategorycznej odpowiedzi na zrobione mi pytanie, nie mogę także uwierzyć w bajecznego potwora.
To do reszty zniecierpliwiło inżyniera.
- Musisz pan uwierzyć! - rzekł, zapalając się. - Zobaczysz go z bliska, dotkniesz się go, a nawet zakonserwujesz w słoju; wtenczas, sądzę, nie będzie już chyba wątpliwości.
Pasażerowie, świadkowie tej sceny, spoglądali zdziwieni na inżyniera; każdy gubił się w domysłach nad tym, jakiego sposobu użyje Elski, ażeby przekonać porucznika. Przypuszczano, iż każe strzelać; lecz z czego? Na całej "Japonii" nie było broni palnej, której można by użyć przeciw potworowi. Ci jednak, którzy znali inżyniera, wiedzieli, że dotrzymuje on zwykle tego, co obiecał. Wkrótce też przekonano się, że wcale nie żartował. Przyjrzawszy się jeszcze wężowi, Elski zawezwał do siebie mechanika.
- Całą siłą pary! - rzekł. - Całą siłą! rozumiesz pan?
Mechanik, skłoniwszy się, pobiegł wypełnić rozkaz inżyniera. Dorzucono ogromne ilości węgla do licznych pieców machiny, i zaraz szybkość statku poczęła się zwiększać.
- Prosto na węża! - zawołał inżynier, zwracając się do sternika. - Dogonimy go!
A więc "Japonia" miała ścigać potwora!
Zamiar ten przyjęto okrzykami zadowolenia; Amerykanie zebrani na pokładzie z zapałem powtarzali słowa inżyniera.
Parowiec zmienił kierunek i starał się przeciąć drogę płynącemu równolegle z nim wężowi; równocześnie mechanik wpuścił całą ilość pary do olbrzymich cylindrów machiny, i "Japonia", pędzona siłą swych trzydziestu tysięcy koni parowych, pomknęła naprzód lotem ptaka.
Pogoń się zaczęła.
Od tej chwili wszyscy z natężoną uwagą wpatrywali się w sunącego pod samą powierzchnią oceanu potwora, który, przestraszony widocznie łoskotem machiny i kłębami dymu czarnego wydobywającego się z kominów parowca, począł również zwiększać swoją szybkość. Kilkakroć głowa jego niknęła pod wodą, lecz wkrótce ukazywała się na nowo, tak jak gdyby potwór wypływał na powierzchnię dla nabrania powietrza.
Dostrzegł snadź, że "Japonia" zbliża się ku niemu, zatrzymał się na chwilę, nagle zmienił kierunek i popłynął znów równolegle z parowcem.
- A co, a co? - mówił z triumfem inżynier do stojącego obok Ebba - ucieka!
Jednocześnie Elski przesłał machinalnie przez tubę rozkaz przyśpieszenia biegu. Odległość między "Japonią" a wężem zmniejszyła się widocznie, i w pół godziny po rozpoczęciu ścigania wynosiła już tylko tysiąc dwieście metrów.
W ruchach potwora dostrzegać się dawało pewne zaniepokojenie.
- Mamy go! - krzyczał inżynier. - Prędzej, prędzej!
Mechanik czynił, co mógł; "Japonia" nigdy jeszcze nie pruła z taką szybkością fal oceanu. Maszty jej drżały w posadach i całe pudło trzęsło się jak w febrze. Piece były rozpalone do czerwoności, para co chwila z szumem ogłuszającym uchodziła przez klapy bezpieczeństwa. Śruba robiła osiemdziesiąt obrotów na minutę, wyrzucając w górę potoki piany.
- Palcie! Palcie! - krzyczał inżynier.
- Piece napełnione - odparł mechanik.
- Obciążyć klapy!
Rozkazowi stało się zadość; wkrótce manometr wskazywał ciśnienie szesnastu atmosfer.
Pokład "Japonii" przedstawiał widok malowniczy.
Pasażerowie tłoczyli się do parapetów10 z lunetami i lornetkami w rękach; niektórzy wraz z majtkami wdrapywali się na drabinki sznurowe, aby widzieć lepiej węża. Za każdym razem, gdy potwór, zmęczony widocznie, zanurzał się pod wodę, wybuchały okrzyki pełne niepokoju. Z masztów rozległo się kilka strzałów karabinowych skierowanych na węża. Widziano doskonale, jak kule odbijały się od powierzchni wody, lecz żadna nie trafiła.
Prawdziwy szał ogarnął ścigających; wszystkie serca uderzyły żwawiej, za pół godziny bowiem najdalej "Japonia" dogoni węża, i jedna z najciemniejszych zagadek zoologii zostanie rozwiązana.
Teraz już nie było na pokładzie prawie nikogo, kto by w mniemanym pniu nie dopatrzył się szyi głowy żyjącego stworzenia.
Widocznie jednak nie mogło ono przebywać dłużej pod wodą, gdyż inaczej z łatwością uniknęłoby pogoni.
O godzinie szóstej minut siedemnaście nie więcej jak tysiąc metrów dzieliło parowiec od uciekającego potwora. Z tej odległości dokładnie widziano ruchy jego podobne do tych, jakie czyni pijawka, posuwając się naprzód.
- No i cóż, jeszcze pan wątpisz? - zagadnął rozgorączkowany inżynier Ebba, który ciągle z zimną krwią obserwował przez lunetę.
To pewne, że szanowny porucznik nie prędzej uwierzy w istnienie węża morskiego, aż dopiero, kiedy go złowi, zmierzy, orzecze na pewno do jakiej klasy, rzędu i rodziny należy, i dopóki nie prześle całego potwora lub choć skóry jego wraz z zupełnie dokładnym opisem członkom National Academy of Science. Dopóki to nie nastąpi, Ebb, jako prawdziwy uczony, nie może przyznać się nawet, iż kiedykolwiek widział tajemniczego potwora, którego powszechnie nazywają wężem morskim.
Od tej chwili inżynier nie panował już nad sobą, upór porucznika doprowadzał go do wściekłości. Pobiegł sam na spód statku.
- Jakie ciśnienie? - zagadnął mechanika.
- Szesnaście atmosfer.
Inżynier wiedział, że "Japonia" posiada nowej konstrukcji machinę, która pozwala używać pary o wysokim ciśnieniu, nie omieszkał więc z tego korzystać.
- Obciążyć klapy do osiemnastu atmosfer - rzekł stanowczym głosem.
"Japonia" dosięgła szybkości niesłychanej - dwudziestu sześciu węzłów. Prędzej płynąć już nie było można.
Na pokładzie powtarzano sobie z pewną trwogą ostatni rozkaz inżyniera; trwało to jednak niedługo, wnet zapomniano o tym, że parowiec mógł w powietrze wylecieć; uwagę wszystkich zajął wąż morski.
Stanowcza chwila nadchodziła. Załoga przygotowywała się do schwytania potwora. Majtkowie, uzbrojeni w olbrzymie bosaki i drągi, zajęli wskazane im miejsca. Liczne strzały rozległy się z masztów.
Godzina szósta minut trzydzieści sześć. Już tylko trzysta metrów oddziela "Japonię" od węża; za chwilę zacznie się polowanie.
Porucznik, który od pewnego czasu zdradzał niepokój, podążył za inżynierem na przód statku, gdzie znajdowało się kilku Amerykanów uzbrojonych w karabiny. Oczekiwali oni, aż "Japonia" zbliży się na sto metrów do węża, aby móc strzelać do niego celnie.
Nagle wąż, wzniósłszy głowę na jakie trzy metry ponad wodę, zatrzymał się.
- Baczność! - zawołał inżynier.
Potwór szybko poruszał całą połową ciała wynurzającą się z fali; widziano dokładnie jego brązowe sploty, pokryte łuską lśniącą na słońcu, i głowę przypominającą kształtem delfinową. Wąż zachowywał się tak, jak gdyby zamierzał natrzeć na ścigających go wrogów: majtkowie podnieśli bosaki. Amerykanie zaś celowali w potwora.
Wtem... do uszu zebranych na pokładzie dobiegł z wnętrza parowca łoskot ogłuszający, straszliwy, podobny do tego, jaki wydają olbrzymie młoty uderzające w żelazo.
Nikt jednak nie zważał na to, "Japonia" bowiem zbliżała się ciągle do węża, który wcale nie zmieniał pozycji.
Gdy bukszpryt11 sterczący poziomo nad wodą dotknął prawie potwora, huknęło nagle kilkanaście strzałów karabinowych.
Wąż zwinął się jak sprężyna i znikł pod wodą.
- Trafiony, trafiony! - krzyknął inżynier.
Tymczasem piekielny hałas nie ustawał; wyraźnie słychać było uderzenia tłoków w cylindrach, następujące po sobie z niesłychaną szybkością.
- Machina popsuta! - odzywały się głosy.
Tylko inżynier nic nie słyszał; przechyliwszy się przez parapet, śledził wytężonym wzrokiem miejsce, gdzie zniknął potwór, nie spostrzegając nawet, że "Japonia" zwalnia ciągle biegu.
- Ucieka, ucieka! - wybuchły nagle okrzyki.
Inżynier odwrócił się.
W odległości już tysiąca metrów widać było węża, umykającego szybko w kierunku przeciwnym temu, w jakim płynął statek.
- Wstecz! - zakomenderował inżynier.
Ale pomimo rozkazu "Japonia" nie zawracała; chwilę jeszcze posuwała się wolno naprzód, wreszcie stanęła nieruchomo, jak gdyby przyrosła do spokojnej powierzchni oceanu.
Elski z płonącą od wzruszenia twarzą patrzył szeroko rozwartymi oczyma na znikającego w dali węża.
Długo by tak stał, gdyby nie ironiczny śmiech, który nagle dał się słyszeć tuż obok niego.
Inżynier odwrócił się i ujrzał Ebba.
- Pański wąż, cha, cha, cha! wąż! - śmiał się dalej porucznik.
- Trzeba być ślepym i upartym jak pan i wszyscy pańscy uczeni koledzy, ażeby śmieć zaprzeczać! - wybuchnął inżynier, nie panując już nad sobą.
Szanowny porucznik stawał się niezmiernie drażliwy, kiedy chodziło o jego sławę jako uczonego, toteż usłyszawszy powyższe słowa, zbladł i przygryzł wargi.
- Panie - rzekł - obrażasz pan nie tylko mnie, ale i wszystkich uczonych, którzy...
- Którzy pragną uchodzić we wszystkich kwestiach za wyrocznię, jak i pan - dokończył Elski. - Nie chcesz uznać, że wąż morski istnieje, dlatego tylko, żeś poprzednio temu zaprzeczył; byłoby to przyznaniem się do pomyłki, co nie smakuje panom uczonym, nieprawdaż?
- Inżynierze - bełkotał porucznik - zdasz mi rachunek z tych słów.
- I owszem, i owszem!
Rzekłszy to, Elski pobiegł za mechanikiem, aby obejrzeć zepsutą maszynę.
Zbadawszy motor, inżynier przekonał się, iż walec transmisyjny biegnący od machiny do śruby złamał się tak nieszczęśliwie, iż niepodobna było myśleć nawet o tym, aby "Japonia" mogła za pomocą pary odbywać dalszą drogę.
Para, przestawszy działać na śrubę, poruszała machinę samą, co było przyczyną owego strasznego łoskotu.
Pogoń za wężem morskim zakończyła się tedy dość nieprzyjemnie.
Gdy inżynier wrócił z tą wiadomością na pokład, zastał porucznika biegającego po mostku w najwyższym rozdrażnieniu.
- Przepadłem, zginąłem - jęczał szanowny porucznik. - Spóźnimy się! Czy pan rozumiesz? Spóźnimy się!
Kto znał bliżej porucznika Ebba, ten pojmował dokładnie uczucia, jakie miotały nim w chwili, gdy dowiedział się, że "Japonia" nie może płynąć dalej.
Ebb był zaciekłym formalistą, przy tym punktualnym w najwyższym stopniu.
Na pokładzie "Japonii" szło wszystko podług chronometru; dość powiedzieć, że od sześciu lat, to jest od czasu, jak porucznik dowodził "Japonią" w zastępstwie kapitana, nie spóźniła się ona ani razu, niezmiennie potrzebując na przebycie oceanu dziesięciu dni, czternastu godzin i trzydziestu minut, i nigdy ani mniej, ani więcej.
- Co powie Kompania, co powie publiczność?! - biadał dalej Ebb, biegając po mostku - co za głupiec ze mnie, że pozwoliłem na taką szaloną jazdę. I co robić teraz?!
To pewne, że porucznik dla ocalenia swojej opinii gotów był odważyć się na wszystko: nawet kazałby obracać załodze nadwerężoną śrubę, gdyby to co pomogło.
Na szczęście pogoda zlitowała się nad biednym porucznikiem, gdyż nad wieczorem zawiał silny wiatr od zachodu.
Wydawszy rozkazy podniesienia żagli, Ebb pobiegł do swej kajuty, przeklinając najdosadniejszymi wyrazami siebie, inżyniera, pasażerów parowca, a nade wszystko węża morskiego.
W dwa dni potem "Japonia" wpływała do portu San Francisco, spóźniwszy się o dwadzieścia cztery godziny i czterdzieści trzy minuty.
Porucznik Ebb był w rozpaczy.
1 Pacific Mail Steamship Company - spółka akcyjna założona w Nowym Jorku w 1848 roku, organizowała żeglugę między wschodnim wybrzeżem USA a Kalifornią, gdzie wybuchła gorączka złota, w 1867 roku uruchomiła linie między San Francisco a Jokohamą, Hongkongiem i Szanghajem, sprzedana w 1925 roku.
2 Greenwich - dzielnica Londynu, w której znajduje się obserwatorium astronomiczne, od 1883 roku uznane za leżący na południku zerowym, od którego liczy się długość geograficzną.
3 Koń parowy - dawna nazw konia mechanicznego, w Anglii stosowany był koń parowy (horse power) wynoszący 550 funtów siły razy stopa na sekundę, ok. 745 watów.
4 Węzeł - miara stosowana do określania prędkości jednostek morskich, równająca się jednej mili morskiej (1852 m) na godzinę.
5 Ladies (ang.) - panie; gentlemens (ang.) - panowie.
6 Monitor - dawny okręt bojowy, przeznaczony głównie do ostrzeliwania nabrzeży i artylerii.
7 Francuski parowiec "Travailleur" prowadził w latach 1880-1882 badania ichtiologiczne na Morzu Śródziemnym i wschodnim Atlantyku; w roku 1883 został zastąpiony przez "Talisman", nowocześniejszy i większy statek, który został wykorzystany podczas ostatniej wyprawy na Morze Sargassowe.
8 HMS "Challenger" - XIX-wieczna brytyjska korweta parowo-żaglowa typu Pearl, służąca w Royal Navy w latach 1858-1878; uczestniczyła w trwającej w latach 1872-1876 wyprawie badawczej dookoła świata, uznawanej za pierwszą wyprawę oceanograficzną w historii; podczas wyprawy, kierowanej przez Johna Murraya i Charlesa Wyville'a Thomsona, odkryty został m.in. Grzbiet Śródatlantycki oraz Rów Mariański.
9 Ryba wstążkowa (ribbon fish Gymnetrus) - polska nazwa użyta przez autora jest dosłownym tłumaczeniem angielskiego terminu ribbon fish; mowa tu o wstęgorze królewskim (Regalecus glesne), nazywanym też królem śledziowym - gatunku ryby głębinowej z rodziny Regalecidae, wcześniej zaliczanej do wstęgorowatych; to jedna z najdłuższych ryb świata, gatunek kosmopolityczny, występujący w wodach Oceanu Indyjskiego, Pacyfiku, Atlantyku, Morza Północnego i Śródziemnego; Gymnetrus to jedna z dawniej używanych nazw systematycznych.
10 Parapet - lita płaska poręcz obiegająca pokład statku ponad wierzchnią częścią burty.
11 Bukszpryt - drewniana lub metalowa belka umocowana do dziobnicy żaglowca, wystająca ukośnie do góry przed dziób statku, służąca do rozpinania lin i żagli.