Zwycięzcy. Miasto niedźwiedzia. Tom 3 - Fredrik Backman

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Stra­żacy

Chcesz zro­zu­mieć lu­dzi miesz­ka­ją­cych w dwóch ho­ke­jo­wych mia­stecz­kach? Tak na­prawdę zro­zu­mieć? Mu­sisz w ta­kim ra­zie wie­dzieć o wszyst­kich naj­gor­szych rze­czach, do któ­rych je­ste­śmy zdolni.

-

Nad do­mami na obrze­żach Hed nie wieje, ale dudni. Fa­sady pę­kają, pod­łogi wi­brują tak mocno, że czer­wone bluzy Hed Hoc­key i pro­por­czyki roz­wie­szone w po­miesz­cze­niach się ko­ły­szą. Czwórka dzieci znaj­du­jąca się wła­śnie w domu opo­wie póź­niej, że miały wra­że­nie, jakby wszech­świat pró­bo­wał je za­bić. Tess jest naj­star­sza, ma sie­dem­na­ście lat, po­tem pięt­na­sto­letni To­bias, trzy­na­sto­letni Ted i Ture, sied­mio­la­tek. Boją się, jak wszyst­kie dzieci, lecz nie śpią, przy­go­to­wane na każdą ewen­tu­al­ność, bo mimo wszystko nie są jak wszyst­kie dzieci. Ich mama pra­cuje jako po­łożna, a tata jako stra­żak, cza­sem wy­daje się wręcz, że sy­tu­acje kry­zy­sowe to je­dyne chwile, w któ­rych ich ro­dzina na­prawdę funk­cjo­nuje. Gdy tylko do nich do­tarło, co wkrótce się wy­da­rzy, dzie­ciaki wy­bie­gły na ogród, by po­skła­dać me­ble ogro­dowe, huś­tawki i ścianki do wspi­naczki, żeby pod­czas wi­chury, znie­sione przez wiatr, nie ude­rzyły w ja­kieś okno. Tata Johnny po­biegł po­móc w ogro­dzie kilka do­mów da­lej. Mama Han­nah za­dzwo­niła do wszyst­kich zna­jo­mych z za­py­ta­niem, czy cze­goś nie po­trze­bują. Od­była wiele roz­mów, bo znają tu wszyst­kich, uro­dzili się i wy­cho­wali w Hed, a te­raz, gdy jedno pra­cuje w straży po­żar­nej, a dru­gie w szpi­talu, nie ma chyba w oko­licy ni­kogo, kto ich nie zna. To ich mia­sto, ich dzieci uczyły się jeź­dzić na ro­we­rze na tych sa­mych przy­do­mo­wych ulicz­kach co oni sami i wy­cho­wy­wane są we­dług pro­stych za­sad: Ko­chaj ro­dzinę, pra­cuj ciężko, ciesz się, gdy Hed Hoc­key wy­grywa mecz, i ciesz się jesz­cze bar­dziej, gdy Björn­stad Hoc­key do­staje baty. Po­ma­gaj tym, któ­rzy po­trze­bują po­mocy, bądź do­brym są­sia­dem i ni­gdy nie za­po­mi­naj, skąd po­cho­dzisz. Tego ostat­niego ro­dzice uczą nie po­przez słowa, ale czyny. Po­ka­zują im, że można się sprze­czać o wszystko, lecz gdy sprawa jest na­prawdę po­ważna, to trzeba się trzy­mać ra­zem, bo sa­memu nie ma się żad­nych szans.

Wi­chura za oknem wy­wo­łała ko­lejną, już w domu, ro­dzice znów się po­kłó­cili, i to po­rząd­nie. Han­nah to drobna i szczu­pła ko­bieta. Stoi te­raz w oknie ku­chen­nym i za­gryza po­li­czek, roz­ma­so­wu­jąc si­niaki. Po­ślu­biła idiotę. Johnny jest wy­soki i bar­czy­sty, ma gę­stą brodę i ciężką pięść. Jesz­cze jako ho­ke­ista znany był z tego, że go­towy do walki pierw­szy zrzu­cał rę­ka­wice, sza­lony byk z logo Hed Hoc­key rów­nie do­brze mógł być jego ka­ry­ka­turą. Jest po­ryw­czy i uparty, sta­ro­modny i pe­łen prze­są­dów, to je­den z tych ste­reo­ty­po­wych za­czep­nych li­ce­ali­stów, któ­rzy ni­gdy do końca nie do­ro­śli. Grał w ho­keja tak długo, jak się dało, a po­tem zo­stał stra­ża­kiem, za­mie­nił jedną szat­nię na drugą, na­dal kon­ku­ru­jąc we wszyst­kim: kto wy­ci­śnie naj­wię­cej na ła­weczce, kto po­bie­gnie naj­szyb­ciej w le­sie, kto wleje w sie­bie naj­wię­cej piwa na grillu. Od pierw­szego dnia związku Han­nah zda­wała so­bie sprawę z tego, że to, co w John­nym ta­kie cza­ru­jące, może też pew­nego dnia stać się nie­bez­pieczne, słabi prze­gry­wa­jący mogą być agre­sywni, a pe­łen pa­sji tem­pe­ra­ment do­pro­wa­dzić do prze­mocy. "Długi lont, ale dużo pro­chu to naj­nie­bez­piecz­niej­sza kom­bi­na­cja", zwykł ma­wiać jej teść. W ko­ry­ta­rzu stoi wa­zon, dawno temu roz­bity na drobne ka­wałki, a na­stęp­nie sta­ran­nie skle­jony, tak by Han­nah już ni­gdy nie za­po­mniała.

Johnny wraca z ogrodu. Pa­trzy na nią ukrad­kiem, spraw­dza­jąc, czy na­dal jest wzbu­rzona. Kłót­nie za­wsze koń­czą się w ten spo­sób, bo wy­szła za idiotę, który ni­gdy nie słu­cha. I za­wsze coś się tłu­cze.

Han­nah czę­sto roz­my­śla o tym, że jej mąż po­zwala wszyst­kim my­śleć, że jest twar­dzie­lem, ale w rze­czy­wi­sto­ści to nie­zwy­kle wraż­liwy i ła­twy do ura­że­nia czło­wiek. Je­śli Hed Hoc­key do­staje baty, to tak jakby on sam obe­rwał. Kiedy wio­sną ze­szłego roku w lo­kal­nej ga­ze­cie na­pi­sano, że "Björn­stad Hoc­key re­pre­zen­tuje no­wo­cze­sność, pod­czas gdy Hed Hoc­key sym­bo­li­zuje to, co prze­sta­rzałe", wziął so­bie to do serca tak mocno, jak gdyby na­pi­sano co naj­mniej, że cała jego ro­dzina i wszyst­kie war­to­ści w ży­ciu były nie­wła­ściwe. Klub to mia­sto, a mia­sto to jego ro­dzina. Jego lo­jal­ność jest nie do pod­wa­że­nia i zmu­sza go za­wsze do tego, co naj­bar­dziej eks­tre­malne. Za­wsze gra ostro, ni­gdy się nie boi, za­wsze pierw­szy bie­gnie do każ­dej ka­ta­strofy.

Kilka lat temu w ca­łym kraju pło­nęły lasy. Ani Hed, ani Björn­stad spe­cjal­nie nie ucier­piały, ale parę go­dzin jazdy stąd było na­prawdę nie­bez­piecz­nie. Johnny, Han­nah i dzie­ciaki spę­dzali wtedy, pierw­szy raz od dawna, wspól­nie wa­ka­cje, je­chali wła­śnie do parku wod­nego na po­łu­dniu. W ra­diu usły­szeli wia­do­mość o po­ża­rach. Kłót­nia za­częła się, jesz­cze za­nim za­dzwo­nił te­le­fon, bo Han­nah do­brze wie­działa, że gdy za­dzwo­nią, Johnny na­tych­miast za­wróci. Dzieci ku­liły się na tyl­nych sie­dze­niach mi­ni­busa, bo już to wcze­śniej wi­działy: tę samą kłót­nię, te same krzyki, te same za­ci­śnięte pię­ści. Wy­szła za idiotę.

Każ­dego dnia walki Johnny'ego z po­ża­rami la­sów w te­le­wi­zyj­nych wia­do­mo­ściach przed­sta­wiano co­raz to strasz­niej­sze ob­razy, każ­dego wie­czoru, mimo że dzieci za­sy­piały z pła­czem, Han­nah uda­wała, że wcale się nie nie­po­koi, każ­dej nocy za­ła­my­wała się w sa­mot­no­ści przy ku­chen­nym stole. W końcu wró­cił, gdzieś tak po ty­go­dniu, cho­ciaż mieli wra­że­nie, że nie było go rok. Wy­chu­dzony i tak brudny, że zda­wało się, że ni­gdy do końca nie bę­dzie w sta­nie ze­trzeć tego brudu ze skóry. Han­nah stała w kuchni i do­strze­gła go, jak wy­siada z sa­mo­chodu ka­wa­łek od domu, na skrzy­żo­wa­niu, i ostat­nie kroki prze­mie­rza pie­szo, czła­piąc, tak jakby za­raz miał się roz­sy­pać i za­mie­nić w wielką stertę ku­rzu. Rzu­ciła się w stronę ku­chen­nych drzwi, dzieci też już go za­uwa­żyły, zbie­gły więc pę­dem ze scho­dów, prze­ci­ska­jąc się koło niej i po­ty­ka­jąc jedno o dru­gie, a po­tem na ze­wnątrz. Han­nah przy­sta­nęła przy oknie, ob­ser­wu­jąc, jak rzu­cają się Johnny'emu w ra­miona, aż na końcu cała czwórka wi­siała na nim jak małpki: To­bias i Ted wo­kół szyi, Tess na ple­cach, a mały Ture w ra­mio­nach. Oj­ciec był cały uba­brany, spo­cony i wy­czer­pany, ale pod­niósł wszyst­kie dzieci i wniósł je do domu, jakby wa­żyły tyle co piórko. W nocy spał na ma­te­racu koło łóżka Tu­rego, skoń­czyło się na tym, że po­zo­stałe ro­dzeń­stwo rów­nież przy­tar­gało tam swoje le­go­wi­ska. Han­nah od­zy­skała Johnny'ego do­piero po czte­rech no­cach. Do­piero wtedy po­czuła jego ra­miona i w spo­koju mo­gła za­snąć, od­dy­cha­jąc w jego ko­szulkę. Ostat­niego ranka była już tak za­zdro­sna o dzieci, tak zła na samą sie­bie i zmę­czona wstrzy­my­wa­niem wła­snych uczuć, że rzu­ciła tym cho­ler­nym wa­zo­nem o pod­łogę.

Skle­iła go po­tem sta­ran­nie, a nikt w ro­dzi­nie nie od­wa­żył się do niej ode­zwać, do­póki nie skoń­czyła. Mąż usiadł póź­niej przy niej na pod­ło­dze i jak zwy­kle szep­tał: "Nie bądź na mnie zła, nie zniosę tego, je­śli bę­dziesz na mnie zła". Czuła, że struny gło­sowe ła­mią się jej w gar­dle, gdy wy­rzu­ciła z sie­bie: "To na­wet nie był twój po­żar, to na­wet nie TU się pa­liło!". Johnny po­chy­lił się ostroż­nie, czuła jego od­dech na dło­niach, gdy je ca­ło­wał. "Wszyst­kie po­żary to moje po­żary". Jak­żeż ona nie­na­wi­dziła tego idioty i jed­no­cze­śnie go uwiel­biała. "Twoim za­da­niem jest wra­cać do domu. Twoim je­dy­nym za­da­niem jest wra­cać do domu", przy­po­mniała mu, na co on od­po­wie­dział z uśmie­chem na twa­rzy: "No prze­cież je­stem". Z ca­łej siły ude­rzyła go w ra­mię. Spo­tkała w ży­ciu wielu idio­tów, któ­rzy wma­wiali so­bie, że jako pierwsi po­bie­gliby w ogień, by ra­to­wać in­nych, ale jej idiota jest ta­kim idiotą, który na­prawdę to zrobi. Kłócą się więc o to samo za każ­dym ra­zem, gdy Johnny je­dzie do po­żaru, po­nie­waż za każ­dym ra­zem Han­nah jest tak samo zła na sie­bie, że się o niego boi. I za­wsze koń­czy się tym, że coś roz­bija lub tłu­cze. Wtedy był to wa­zon, tym ra­zem pa­dło na jej wła­sne kostki dłoni. Gdy za­częła się wi­chura i Johnny, by być w go­to­wo­ści, na­tych­miast pod­ła­do­wał te­le­fon, ude­rzyła pię­ścią w zlew. Te­raz roz­ma­so­wuje si­niaka i klnie. Chce, żeby je­chał, ale jed­no­cze­śnie tego nie­na­wi­dzi, i w taki wła­śnie spo­sób daje o tym znać.

Johnny wcho­dzi do kuchni, Han­nah czuje jego za­rost na karku. Zgrywa twar­dziela, ale w rze­czy­wi­sto­ści jest naj­wraż­liw­szy z nich wszyst­kich, to wła­śnie dla­tego ni­gdy jej nie od­krzy­kuje. Wi­chura ude­rza w okna i oboje do­brze wie­dzą, że te­le­fon za­raz za­dzwoni i że Johnny bę­dzie mu­siał je­chać, a ona znów wpad­nie w złość. "Martw się do­piero wtedy, jak prze­sta­nie się zło­ścić, bo to bę­dzie zna­czyć, że już cię nie ko­cha", po­wie­dział Johnny'emu oj­ciec za­raz po tym, jak on i Han­nah się po­brali. "Długi lont i dużo pro­chu w tej ko­bie­cie, le­piej uwa­żaj!", do­dał, uśmie­cha­jąc się.

Han­nah być może po­ślu­biła idiotę, ale sama też, do cho­lery, jest zdrowo wal­nięta. Jej po­czu­cie hu­moru po­trafi do­pro­wa­dzić Johnny'ego do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, a chaos, który wo­kół niej pa­nuje, jest nie do znie­sie­nia. On sam wpada w pa­nikę, gdy rze­czy nie leżą na swoim miej­scu i nie ma pew­no­ści, gdzie wszystko się znaj­duje, do­ty­czy to za­równo wozu stra­żac­kiego, jak i szaf i ku­chen­nych sza­fek, a oże­nił się z osobą, która nie uważa, że po­winno się mieć swoją wy­zna­czoną stronę łóżka. Han­nah kła­dzie się jed­nego wie­czoru po jed­nej stro­nie, dru­giego po dru­giej, jak po­pad­nie, a on nie wie na­wet, od czego ma za­cząć się wku­rzać. Po­każ­cie mi ko­goś, kto nie ma swo­jej strony w łóżku. Poza tym cho­dzi po domu w bu­tach i nie spłu­kuje za sobą umy­walki, i wciąż prze­kłada noże do ma­sła i do sera, tak że każde śnia­da­nie to ja­kaś cho­lerna wy­prawa w po­szu­ki­wa­niu skar­bów. Jego żona jest gor­sza na­wet od dzieci.

Te­raz jed­nak pod­nosi dłoń i gła­dzi go po bro­dzie, a on obej­muje ją cia­sno i nic in­nego się nie li­czy. Na­uczyli się już sie­bie na­wza­jem. Han­nah za­ak­cep­to­wała, że ży­cie ze stra­ża­kiem ma rytm, któ­rego inni lu­dzie ni­gdy nie zro­zu­mieją. Na­uczyła się na przy­kład si­kać w ciem­no­ści, bo na po­czątku, gdy ze sobą za­miesz­kali, a ona za­pa­lała świa­tło w środku nocy, Johnny się bu­dził, my­śląc, że to lampka alar­mowa na sta­cji. Zry­wał się z łóżka w pół­śnie, ubie­rał się i biegł do sa­mo­chodu, za­nim ona w sa­mych majt­kach zdą­żyła go do­go­nić, za­sta­na­wia­jąc się, co, do ja­snej cho­lery, wy­czy­nia jej mąż. Mi­nęło kilka cha­otycz­nych nocy, nim zro­zu­miała, że Johnny już ni­gdy nie od­uczy się tego za­cho­wa­nia i że w głębi du­szy ona sama też by so­bie tego nie ży­czyła.

To wła­śnie taki fa­cet, który bie­gnie w ogień. Bez wa­ha­nia, bez zbęd­nych py­tań, po pro­stu bie­gnie. Ta­kich jak on jest nie­wielu, ale gdy się ich zo­ba­czy, od razu wia­domo, że to oni.

-

Ana ma osiem­na­ście lat. Wy­gląda przez okno w domu ojca na obrze­żach Björn­stad. Lekko ku­leje, bo nie­chcący uszko­dziła so­bie ko­lano na tre­ningu sztuk walki, po tym, jak ja­kiś rów­no­la­tek po­wie­dział, że dziew­czyny nie po­tra­fią po­rząd­nie ko­pać. Sko­pała mu więc że­bra i do­ło­żyła jesz­cze z ko­lana w głowę, ale nie­stety, jego czaszka - mimo że pu­sta - na­dal była dość twarda, dla­tego te­raz ku­leje. Jej ru­chy są za­wsze szyb­kie ni­czym bły­ska­wica, nie to co ocena sy­tu­acji, nie­zbyt do­brze ro­zu­mie lu­dzi, ale za to świet­nie po­trafi od­czy­ty­wać przy­rodę. Te­raz wi­dzi, jak za oknem po­ru­szają się drzewa, już ran­kiem zwró­ciła na to uwagę, na długo przed in­nymi wie­działa, że na­dej­dzie wi­chura. Dzieci do­brych my­śli­wych uczą się wy­czu­wać ta­kie rze­czy, a w oko­licy nie ma lep­szego my­śli­wego niż jej oj­ciec. Ten czło­wiek spę­dził w le­sie tyle czasu, że nie­kiedy za­po­mina o tym, że te­le­fon to nie my­śliw­skie wal­kie-tal­kie, i gdy ktoś do niego dzwoni, na końcu każ­dej wy­po­wie­dzi do­rzuca "od­biór". Ana uczyła się w le­sie racz­ko­wać, a po­tem cho­dzić, bo to był je­dyny spo­sób, by spę­dzać czas z tatą. Las był jej pla­cem za­baw i szkołą, oj­ciec na­uczył ją wszyst­kiego o dzi­kich zwie­rzę­tach i nie­wi­dzial­nych si­łach drze­mią­cych w ziemi i po­wie­trzu. To była jego me­toda na oka­zy­wa­nie jej mi­ło­ści. Gdy była mała, po­ka­zy­wał jej, jak się tropi i strzela, gdy była star­sza, za­bie­rał ją na zle­cone przez gminę po­szu­ki­wa­nia po­trą­co­nej w wy­pad­kach dzi­kiej zwie­rzyny. Ży­cie w le­sie uczy nie tylko tego, jak na­leży chro­nić przy­rodę, ale rów­nież jak ona może chro­nić czło­wieka. Ko­niec koń­ców poza tym, że wy­pa­truje się tego sa­mego co ro­śliny: wio­sny i słońca, oba­wia się także po­dob­nych rze­czy: oczy­wi­ście ognia, ale jesz­cze bar­dziej wia­tru. Bo jego nie da się za­trzy­mać ani uga­sić. Wiatr nie zbo­czy z kursu przed ja­kimś pniem czy skórą, po pro­stu znisz­czy, po­ła­mie i uśmierci, co tylko ze­chce.

Ana sły­szała nie­po­godę w czub­kach drzew i prze­czu­wała ją w piersi, gdy jesz­cze wszę­dzie było spo­koj­nie i ci­cho. Na­lała wody do wszyst­kich ko­szy i wia­der, przy­nio­sła z piw­nicy ku­chenkę ga­zową i wy­mie­niła ba­te­rie w la­tar­kach czo­ło­wych, przy­go­to­wała świece i za­pałki. Na ko­niec jak w tran­sie na­rą­bała drewna i przy­nio­sła je do po­koju dzien­nego. Te­raz, gdy wi­chura nad­ciąga już nad Björn­stad, za­myka wszyst­kie okna i drzwi i tłu­kąc się na całą kuch­nię, zmywa na­czy­nia w rytm ulu­bio­nej pio­senki Mai pusz­czo­nej z wieży ste­reo. Głos przy­ja­ciółki ją uspo­kaja, a naj­zwy­klej­sze na świe­cie ku­chenne od­głosy uspo­ka­jają jej psy. To one ją chro­niły, gdy była dziec­kiem, te­raz jest na od­wrót. Je­śli za­py­tasz Mayę, kim jest jej przy­ja­ciółka, od­po­wie: "Wo­jow­ni­kiem". Nie mówi tego jed­nak dla­tego, że Ana może po­ko­nać w walce każ­dego, ale przede wszyst­kim dla­tego, że ży­cie już nie raz pró­bo­wało po­ko­nać Anę i ni­gdy nie dało rady. Ana jest nie do po­ko­na­nia.

Cho­dzi do ostat­niej klasy li­ceum w Björn­stad, lecz już od dawna jest do­ro­sła, córki ro­dzi­ców ukry­wa­ją­cych się na dnie bu­te­lek do­ra­stają szyb­ciej. Gdy była mała, tata na­uczył ją pil­no­wać ognia w ko­minku, w od­po­wied­nim mo­men­cie do­kła­dać kilka do­dat­ko­wych szczap, tak by pło­mień ni­gdy nie zgasł. Te­raz, w gor­szych okre­sach, cza­sem dniach, a cza­sem mie­sią­cach, w ten sam spo­sób pod­syca swoje upo­je­nie. Ni­gdy nie jest nie­przy­jemny ani na­wet gło­śny, po pro­stu ni­gdy nie jest do końca trzeźwy. Prze­śpi całą bu­rzę, po­chra­pu­jąc na krze­śle w po­koju dzien­nym, oto­czony pu­cha­rami zdo­by­tymi przez Anę, z któ­rych jest tak dumny, i jej zdję­ciami z dzie­ciń­stwa, z któ­rych pie­czo­ło­wi­cie wy­ciął głowę matki Any. Zbyt pi­jany, by usły­szeć dzwo­niący te­le­fon. Ana zmywa i po­gła­śnia mu­zykę w kuchni, psy leżą u jej stóp, one też nic nie sły­szą. A te­le­fon dzwoni i dzwoni.

W końcu, za­miast tego, ktoś dzwoni do drzwi.

-

"Nic się nie dzieje, to tylko wiatr", szep­cze Johnny. Han­nah bar­dzo chce w to wie­rzyć. Tym ra­zem nie będą ga­sić po­ża­rów, jej mąż wraz z po­zo­sta­łymi stra­ża­kami chwycą za piły elek­tryczne i pójdą oczysz­czać drogi z po­ła­ma­nych drzew, tak aby inne służby ra­tun­kowe i opieka do­mowa osób star­szych mo­gły się prze­do­stać. Za­wód stra­żaka w tych oko­li­cach w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach ozna­cza pracę drwala w le­sie, zwykł po­hu­ki­wać Johnny, ale Han­nah do­sko­nale wie, że jest z tego dumny. Na­leży prze­cież do tego lasu.

Od­wraca się do niego przo­dem, staje na pal­cach i gry­zie go w po­li­czek, tak że aż ugi­nają się pod nim ko­lana. Jest naj­więk­szy i naj­sil­niej­szy w pra­wie każ­dym po­miesz­cze­niu, do któ­rego wcho­dzi, ale bez względu na to, co my­ślą inni, wie, że je­śli dzieci zna­la­złyby się po dru­giej stro­nie ściany ognia, to Han­nah po­bie­głaby tam po nie szyb­ciej niż on sam. Jest skom­pli­ko­wana, wy­bu­chowa i py­skata, i, wierz­cie mi, nie­ła­two jej do­go­dzić, ale Johnny ko­cha ją naj­bar­dziej na świe­cie za jej cał­ko­wi­cie bez­kom­pro­mi­sowy in­stynkt obronny. "Po­ma­gamy tym, któ­rym mo­żemy", szep­cze mu za­wsze do ucha po naj­gor­szych dniach, gdy on straci ko­goś w pracy albo ona u sie­bie. Stra­żak musi być przy­go­to­wany na oglą­da­nie śmierci na każ­dym eta­pie ży­cia, ona jed­nak pra­cuje jako po­łożna, zwy­kle wi­dzi ją więc w tym pierw­szym: w pierw­szych se­kun­dach ży­cia. Wy­po­wia­dane przez nią słowa mają nie tylko przy­nieść uko­je­nie, ale rów­nież przy­po­mi­nać im o ich obo­wiązku. Po­ma­gamy, je­śli mo­żemy, kiedy mo­żemy i tym, któ­rym mo­żemy. Taki ro­dzaj pracy, ale też taki typ czło­wieka.

Wolno wy­pusz­cza ją z ob­jęć, ni­gdy nie przy­zwy­czai się do tego, że ta nie­chlujna awan­tur­nica wciąż po­trafi tak na niego po­dzia­łać. Idzie spraw­dzić, czy jego te­le­fon się ła­duje, Han­nah długo za nim pa­trzy, ni­gdy się nie przy­zwy­czai, że na­wet po dwu­dzie­stu la­tach, gdy ten ma­rudny pe­dant rzuca jej tylko jedno spoj­rze­nie, ma ochotę ze­rwać z niego całe ubra­nie.

Z ko­ry­ta­rza do­biega dźwięk te­le­fonu. Już czas. Za­myka oczy, klnie i obie­cuje so­bie, że nie bę­dzie się już kłó­cić. Johnny ni­gdy jej nie mówi, że wróci do domu bez szwanku, bo to przy­nosi nie­szczę­ście. Po­wta­rza tylko, że ją ko­cha, raz za ra­zem, aż ona w końcu mu od­po­wiada: "Masz szczę­ście". Te­le­fon dzwoni nie­prze­rwa­nie, Han­nah przy­cho­dzi do głowy, że mąż jest pew­nie w to­a­le­cie i dla­tego nie od­biera, więc krzy­czy na niego, bo szyby w oknach tłuką się nie­mi­ło­sier­nie od wia­tru. Dzieci już cze­kają usta­wione w sze­regu na scho­dach, by po­że­gnać się z oj­cem. Tess trzyma ręce na ple­cach trzech braci: To­biasa, Teda i Tu­rego. Tata uwa­żał, że to głu­pie, że wszy­scy mają mieć imiona na tę samą li­terę, ale do­ga­dał się z mamą, że to ona wy­biera imiona dla dzieci, a on dla psów. Ja­koś ni­gdy nie spra­wili so­bie psa. Han­nah za­wsze była lep­szym ne­go­cja­to­rem.

Ture po­pła­kuje w swe­ter Tess, nikt z ro­dzeń­stwa nie na­ka­zuje mu prze­stać. Sami pła­kali, gdy byli mniejsi, bo w ro­dzi­nie nie ma się stra­żaka, to tak nie działa, cała ro­dzina na­gle się nim staje. Nie mają tego kom­fortu, że mogą po­wie­dzieć: "To się nam nie przy­da­rzy", wie­dzą, że tak może być. Ro­dzice usta­no­wili więc bar­dzo pro­stą za­sadę: ni­gdy nie wy­sta­wiają się ra­zem na nie­bez­pie­czeń­stwo. Dzieci za­wsze mu­szą mieć jed­nego ro­dzica, gdyby dru­giemu na­gle coś się stało.

Johnny stoi w ko­ry­ta­rzu i co­raz gło­śniej mówi do te­le­fonu, w końcu wręcz krzy­czy, ale po dru­giej stro­nie ni­kogo nie ma. Być może wci­snął zły gu­zik, spraw­dza więc li­stę po­łą­czeń, ale oka­zuje się, że od­kąd przed dzie­się­cioma mi­nu­tami skoń­czył roz­mowę z wła­sną matką, nikt do niego nie dzwo­nił. Mija ko­lej­nych kilka dźwię­ków, za­nim do­ciera do niego, że to nie jego te­le­fon, tylko jej. Han­nah pod­nosi go zdez­o­rien­to­wana, wpa­truje się w nu­mer i sły­szy głos prze­ło­żo­nego po dru­giej stro­nie słu­chawki. Trzy­dzie­ści se­kund póź­niej wy­biega z domu.

Chcesz zro­zu­mieć lu­dzi? Tak na­prawdę zro­zu­mieć? To mu­sisz wie­dzieć, do czego naj­lep­szego są w ży­ciu zdolni.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Bu­rze

"Nie kom­pli­kuj". To pro­sta rada za­równo w ho­keju, jak i w ży­ciu. Nie kom­pli­kuj rze­czy bar­dziej, niż trzeba, nie myśl za wiele, naj­le­piej wcale. Po­winno to do­ty­czyć rów­nież tej hi­sto­rii, bo dzięki temu można by ją było opo­wie­dzieć o wiele szyb­ciej, trwa prze­cież nie­całe dwa ty­go­dnie, a ile może się wy­da­rzyć w tak krót­kim cza­sie w dwóch ho­ke­jo­wych mia­stecz­kach? Za­pewne nie za wiele.

Po pro­stu wszystko.

Naj­bar­dziej pro­ble­ma­tyczne tak w ho­keju, jak i w ży­ciu jest mia­no­wi­cie to, że nie­skom­pli­ko­wane chwile wy­stę­pują nie­zwy­kle rzadko. Wszystko inne to walka. Ta opo­wieść nie za­czyna się dzi­siaj, to­czy się już od dwóch lat, to wtedy Maya An­ders­son się stąd wy­pro­wa­dziła. Opu­ściła Björn­stad i w dro­dze na po­łu­dnie prze­je­chała przez Hed. Oba te le­śne mia­steczka leżą po są­siedzku, a jed­no­cze­śnie tak da­leko od wszyst­kiego in­nego, że była to nie­malże emi­gra­cja. Któ­re­goś dnia Maya za­śpiewa o tym, że lu­dzi do­ra­sta­ją­cych bli­sko dzi­czy nie­wiele dzieli od dzi­ko­ści w nich sa­mych. Bę­dzie to za­równo prze­sada, jak i nie­do­sza­co­wa­nie, pra­wie za­wsze mówi się o nas wła­śnie w taki spo­sób. Je­śli jed­nak za­wi­tasz w te strony i ja­kimś cu­dem za­wieje cię aż do baru Fu­tro, a na dzień do­bry nie do­sta­niesz w dziób za głu­pie py­ta­nie o wiek bar­manki albo o pla­ste­rek cy­tryny w drinku, to może sto­jąca za ba­rem Ra­mona wy­ja­śni ci coś waż­nego: "Tu­taj, w le­sie, lu­dzie są od sie­bie o wiele bar­dziej za­leżni niż w du­żych mia­stach. Tu trzy­mamy się ra­zem, czy tego chcemy, czy nie, tak mocno, że gdy je­den z nas zbyt gwał­tow­nie ob­raca się we śnie, to dru­giemu bra­kuje koł­dry w in­nej czę­ści gminy".

Chcesz zro­zu­mieć to miej­sce? Naj­pierw mu­sisz więc zro­zu­mieć jego kon­tekst, jak wszystko i wszy­scy po­zo­stają ze sobą zwią­zani nie­wi­dzialną ni­cią re­la­cji, lo­jal­no­ści i zo­bo­wią­zań: hala lo­do­wi­ska i fa­bryka, dru­żyna ho­ke­jowa i po­li­tycy, miej­sce w ta­beli i pie­nią­dze, sport i moż­li­wo­ści pracy, przy­ja­ciele z dzie­ciń­stwa i ko­le­dzy z dru­żyny, są­sie­dzi, współ­pra­cow­nicy i ro­dziny. To wszystko trzyma lu­dzi ra­zem i po­zwala im prze­trwać, ale jed­no­cze­śnie zmu­sza do nik­czem­nych prze­stępstw prze­ciwko so­bie na­wza­jem. Ra­mona nie opo­wie ci wszyst­kiego, nikt tego nie zrobi, ale chcesz nas zro­zu­mieć? Tak na­prawdę? Mu­sisz się w ta­kim ra­zie do­wie­dzieć, jak się tu zna­leź­li­śmy.

Zimą dwa i pół roku temu Maya An­ders­son zo­stała zgwał­cona na im­pre­zie przez Ke­vina Er­dahla, naj­lep­szego ho­ke­istę, ja­kiego do tam­tej pory wi­działa ta oko­lica. Oczy­wi­ście nikt nie używa te­raz słowa "gwałt", ra­czej "skan­dal" lub też okre­śleń typu: "to, co się wy­da­rzyło" albo "to... no wiesz". Wszy­scy się wsty­dzą, nikt nie po­trafi o tym za­po­mnieć. Łań­cuch wy­da­rzeń ma­jący swój po­czą­tek na tej im­pre­zie wpły­nął na po­li­tyczne de­cy­zje i prze­su­nął pie­nią­dze z jed­nego mia­sta do dru­giego. To z ko­lei do­pro­wa­dziło do wy­peł­nio­nych nie­na­wi­ścią wio­sny i lata, a na­stęp­nie bru­tal­nej zimy. Za­częło się od zwy­kłej bójki w hali lo­do­wi­ska, a skoń­czyło pra­wie na ulicz­nej woj­nie, w któ­rej męż­czyźni w czar­nych kurt­kach, zwani przez po­li­cję "chu­li­ga­nami", a przez miesz­kań­ców Björn­stad po pro­stu "Grupą", za­ata­ko­wali wroga z Hed, na co męż­czyźni z Hed od­po­wie­dzieli pod­pa­le­niem Fu­tra. W po­goni za ze­mstą Grupa stra­ciła w wy­padku sa­mo­cho­do­wym Vi­dara, mło­dego chło­paka, któ­rego jej człon­ko­wie uwiel­biali po­nad wszystko. Ta kro­pla prze­lała czarę, po la­tach agre­sji nikt już nie miał wię­cej siły. Vi­dara po­cho­wano, dwaj miesz­kańcy Hed tra­fili do wię­zie­nia, a po­mię­dzy chu­li­ga­nami i mia­stami za­pa­no­wał ro­zejm. Ja­kimś cu­dem udało się go do­cho­wać aż do te­raz, cho­ciaż z dnia na dzień wy­da­wał się co­raz bar­dziej kru­chy.

Ke­vin wraz z ro­dziną się wy­pro­wa­dził i ni­gdy już tu­taj nie wróci. Nikt by się na to nie zgo­dził. Całe Björn­stad ze wszyst­kich sił sta­rało się wy­ma­zać Ke­vina z pa­mięci, a mimo że nikt się do tego nie przy­znał, to wszy­scy ode­tchnęli z ulgą, gdy Maya rów­nież spa­ko­wała wa­lizki i się wy­nio­sła. Wy­je­chała aż do sa­mej sto­licy, za­częła na­ukę w szkole mu­zycz­nej i nie­malże stała się cał­kiem in­nym czło­wie­kiem. A wszy­scy, któ­rzy zo­stali w le­sie, co­raz rza­dziej wspo­mi­nali o "skan­dalu", pra­wie tak, jakby się ni­gdy nie wy­da­rzył.

Benji Ovich, kie­dyś naj­lep­szy przy­ja­ciel Ke­vina Er­dahla, rów­nież spa­ko­wał wa­lizkę. Znacz­nie mniej­szą od ba­gażu Mai. Ale za to jego po­dróż trwała o wiele dłu­żej. Maya wy­je­chała do cze­goś, on na­to­miast po pro­stu wy­je­chał od nich. Ona szu­kała od­po­wie­dzi w ja­sno­ści, Benji w ciem­no­ściach. Maya w sztuce, a on na dnie bu­telki. Oby­dwoje nie­wiele tam zna­leźli.

W mie­ście, które za sobą zo­sta­wili, klub Björn­stad Hoc­key chy­lił się ku upad­kowi. Tam, gdzie do tej pory wszy­scy ma­rzyli o nie­moż­li­wych wręcz rze­czach, te­raz nikt już nie miał siły na ja­kie­kol­wiek ma­rze­nia. Pe­ter An­ders­son, oj­ciec Mai, za­koń­czył ka­rierę dy­rek­tora spor­to­wego i na do­bre od­pu­ścił ho­keja. Spon­so­rzy po­ucie­kali, a w gmi­nie za­częto na­wet prze­bą­ki­wać o za­mknię­ciu ca­łego klubu i prze­nie­sie­niu wszyst­kich środ­ków oraz fi­nan­so­wa­nia do Hed Hoc­key. Tak na­prawdę klub udało się ura­to­wać w ostat­nim mo­men­cie dzięki no­wym pie­nią­dzom i upar­tym miej­sco­wym biz­nes­me­nom. Nowi za­gra­niczni wła­ści­ciele fa­bryki do­strze­gli w nim spo­sób na zdo­by­cie ak­cep­ta­cji lo­kal­nej spo­łecz­no­ści, a opor­tu­ni­styczny po­li­tyk Ri­chard Theo szansę na no­wych wy­bor­ców. Dzięki nim w od­po­wied­niej chwili zgro­ma­dzony zo­stał ka­pi­tał, który po­zwo­lił uchro­nić klub od za­głady. W tym sa­mym cza­sie wy­mie­niono w nim sta­rych człon­ków za­rządu, prze­pro­wa­dzono spo­tka­nia do­ty­czące "marki" klubu i nie­długo po­tem oczom świata dum­nie przed­sta­wiono cał­ko­wi­cie nową "de­kla­ra­cję war­to­ści". Ro­ze­słano ulotki z ha­słem: "Spon­so­ring Björn­stad Hoc­key jest nie tylko moż­liwy, ale rów­nież wła­ściwy!". I wbrew wszel­kim prze­ciw­no­ściom losu udało się to wszystko od­wró­cić, naj­pierw na lo­dzie, a póź­niej i poza nim. Eli­sa­beth Za­ckell, tre­nerka z Björn­stad, sta­rała się o pracę w więk­szym klu­bie, ale jej nie do­stała, za­miast niej sta­no­wi­sko ob­jął tre­ner Hed, który na­tych­miast opu­ścił mia­sto, za­bie­ra­jąc ze sobą naj­lep­szych gra­czy. Hed zo­stało na­gle bez przy­wódcy i po­dob­nie jak inne kluby po­sta­wione w ta­kiej sy­tu­acji, szybko za­ko­pało się w in­try­gach i walce o wła­dzę. W tym sa­mym cza­sie Za­ckell bu­do­wała w Björn­stad nową dru­żynę, mło­dego męż­czy­znę o imie­niu Bobo uczy­niła tre­ne­rem po­moc­ni­czym, a na czele bandy roz­ra­bia­ków na lo­dzie po­sta­wiła szes­na­sto­let­niego Amata. Amat ma te­raz osiem­na­ście lat i bez wąt­pie­nia jest naj­więk­szą gwiazdą ho­keja, jaką wi­działa ta oko­lica, z tak ogrom­nym ta­len­tem, że całą ostat­nią zimę plot­ko­wano o tym, że wkrótce zo­sta­nie zdra­fto­wany do NHL i bę­dzie grał za­wo­dowo w Ame­ryce Pół­noc­nej. Za­wod­nik do­mi­no­wał w każ­dym me­czu ostat­niego se­zonu, aż do wio­sny, kiedy to na­ba­wił się kon­tu­zji. Całe mia­sto było prze­ko­nane, że gdyby nie to, Björn­stad wy­gra­łoby całą se­rię i awan­so­wało do wyż­szej ligi. A gdyby w tym sa­mym cza­sie ja­kimś cu­dem Hed nie udało się zdo­być punk­tów w ostat­nich me­czach, to spa­dliby na sam dół ta­beli i tym sa­mym do niż­szej ligi.

Tak więc wszystko, co jesz­cze dwa lata temu, gdy Maya i Benji stąd wy­je­chali, wy­da­wało się kom­plet­nie nie­moż­liwe, te­raz na­gle stało się tylko kwe­stią czasu: zie­lone mia­sto pnie się w górę, pod­czas gdy czer­wone spada. Każ­dego mie­siąca do Björn­stad przy­bywa wię­cej spon­so­rów, a do Hed co­raz mniej, hala lo­do­wi­ska w Björn­stad zo­stała wy­re­mon­to­wana, a dach w Hed pra­wie się wali. Naj­więksi pra­co­dawcy w Björn­stad, fa­bryka i sklep spo­żyw­czy, za­trud­niają no­wych pra­cow­ni­ków. Naj­więk­szy pra­co­dawca w Hed, czyli szpi­tal, rok do roku ob­cina etaty. To w Björn­stad są te­raz pie­nią­dze, to tu jest praca, to my je­ste­śmy zwy­cięz­cami.

Chcesz to zro­zu­mieć? Mu­sisz w ta­kim ra­zie wie­dzieć, że tu­taj cho­dzi o coś wię­cej niż tylko punkt na ma­pie. Z góry mo­żemy wy­glą­dać jak dwa zwy­kłe le­śne mia­steczka, w oczach nie­któ­rych prak­tycz­nie wsie. Je­dyne, co nas od­dziela, to kręta droga mię­dzy drze­wami. Nie wy­gląda na­wet na spe­cjal­nie długą, ale może się oka­zać, że za­fun­du­jesz so­bie po­rządny spa­cer, je­śli po­sta­no­wisz ru­szyć nią w mi­nu­so­wej tem­pe­ra­tu­rze i pod wiatr, bo tu­taj nie mamy in­nej tem­pe­ra­tury ani in­nych wia­trów. Nie­na­wi­dzimy Hed, a oni nie­na­wi­dzą nas. Je­śli przez cały se­zon wy­gramy wszyst­kie me­cze, ale na końcu po­le­gniemy z nimi, to mamy po­czu­cie prze­gra­nego roku. Nie wy­star­czy, że nam się po­wo­dzi, praw­dziwe za­do­wo­le­nie od­czu­wamy do­piero, gdy im się nie wie­dzie. Björn­stad gra w zie­lo­nych ko­szul­kach z niedź­wie­dziem, a Hed w czer­wo­nych z by­kiem, brzmi to cał­kiem pro­sto, ale ko­lory nie po­wie­dzą nam, gdzie koń­czy się ja­kiś pro­blem do­ty­czący ho­keja, a za­czy­nają po­zo­stałe. W Björn­stad nie ma ani jed­nego płotu po­ma­lo­wa­nego na czer­wono, a w Hed ani jed­nego w ko­lo­rze zie­lo­nym, bez względu na to, czy jego wła­ści­ciel in­te­re­suje się ho­ke­jem czy nie, nikt więc do końca nie wie, czy kluby wzięły swoje ko­lory z pło­tów czy wręcz na od­wrót. Czy to nie­na­wiść stwo­rzyła kluby, czy też kluby nie­na­wiść? Chcesz zro­zu­mieć ho­ke­jowe mia­steczka? Mu­sisz za­tem wie­dzieć, że tu­taj sport zna­czy o wiele wię­cej niż tylko sport.

Chcesz zro­zu­mieć tych lu­dzi? Tak na­prawdę zro­zu­mieć? Mu­sisz też w ta­kim ra­zie wie­dzieć, że za chwilę na­dej­dzie okropna ka­ta­strofa na­tu­ralna, która znisz­czy to, co ko­chamy. Może i miesz­kamy w ho­ke­jo­wych mia­stach, ale przede wszyst­kim je­ste­śmy ludźmi lasu. Oto­czeni drze­wami, ska­łami i zie­mią, które przez ty­siące lat wi­działy, jak ro­dzą się i za­ni­kają ga­tunki. Może i uda­jemy, że je­ste­śmy wielcy i silni, ale z zie­mią nie wy­gramy. Któ­re­goś dnia za­cznie wiać, a na­stę­pu­ją­cej po nim nocy bę­dziemy mieć wra­że­nie, że już ni­gdy nie prze­sta­nie.

Za ja­kiś czas Maya za­śpiewa pie­śni o nas i dzi­czy bli­skiej nam za­równo na ze­wnątrz, jak i w środku. Za­śpiewa o tym, że miej­sce jej do­ra­sta­nia de­fi­niują tra­ge­die, te, któ­rych do­świad­czy­li­śmy, i te, któ­rych by­li­śmy spraw­cami. Za­śpiewa o je­sieni, w któ­rej las z pełną siłą ob­róci się prze­ciwko nam. Za­śpiewa o tym, że wszyst­kie spo­łecz­no­ści są sumą wła­snych wy­bo­rów i że to, co ko­niec koń­ców trzyma nas ra­zem, to na­sze hi­sto­rie. Za­śpiewa:

Wszystko za­częło się od wi­chury.

Naj­gor­szej w tej oko­licy od co naj­mniej po­ko­le­nia. Może i mó­wimy tak o każ­dej wi­chu­rze, ale ta była nie­po­rów­ny­walna z żadną inną. Prze­bą­ki­wano, że w tym roku śnieg przyj­dzie pew­nie póź­niej, ale wiatr nad­cią­gnął szyb­ciej. Sier­pień za­koń­czył się zło­wróżbną falą go­rąca, lecz za­raz po­tem, na prze­ło­mie mie­sięcy, je­sień jed­nym kop­nię­ciem wy­wa­żyła drzwi i tem­pe­ra­tury spa­dły.

Przy­roda wo­kół nas staje się nie­obli­czalna i agre­sywna, psy i my­śliwi wy­czu­wają to jako pierwsi, nie­długo po nich cała reszta. Do­strze­gamy sy­gnały ostrze­gaw­cze, mimo to wi­chura przy­cho­dzi z taką siłą, że po­zba­wia nas po­wie­trza w płu­cach. Sie­cze las z ko­rze­niami, gasi niebo, rzuca się na na­sze domy i mia­sta ni­czym do­ro­sły męż­czy­zna bi­jący dziecko. Pra­stare pnie drzew się ugi­nają, do tej pory nie­wzru­szone ni­czym skały, na­gle pod stopą przy­po­mi­nają źdźbła trawy, wiatr dudni w uszach tak gło­śno, że nie sły­chać, gdy któ­reś z nich za­wala się obok nas. W mie­ście wśród bu­dyn­ków ka­wałki bla­chy i da­chówki od­ry­wają się i niosą ciężko z wia­trem, wy­ostrzone po­ci­ski po­lu­jące na każ­dego, kto za wszelką cenę pró­buje się schro­nić w domu. Las za­wala drogi, aż w końcu nie da się ani stąd wy­je­chać, ani tu do­stać, prze­rwa w do­sta­wie prądu ośle­pia mia­sta w nocy, te­le­fony ko­mór­kowe dzia­łają tylko w nie­któ­rych miej­scach. Wszy­scy, któ­rym udaje się do­dzwo­nić do ko­goś bli­skiego, wy­krzy­kują w słu­chawkę tę samą wia­do­mość: "Zo­stań w domu, zo­stań w domu!".

Ale je­den młody pa­nicz­nie wy­stra­szony męż­czy­zna z Björn­stad pę­dzi swoim nie­wiel­kim sa­mo­cho­dem po wą­skich dro­gach do szpi­tala w Hed. Nie miał od­wagi opusz­czać domu, ale bał się rów­nież w nim zo­stać, jego cię­żarna żona sie­dzi obok niego i nad­szedł już jej czas, z wi­churą czy bez niej. Kie­rowca mo­dli się do Boga ni­czym ate­iści w oko­pach, żona wy­daje z sie­bie okrzyk, gdy na­gle drzewo przed nimi ła­mie się i bez­li­to­śnie ude­rza w ma­skę sa­mo­chodu. Bla­cha ugina się tak mocno, że ko­bietę aż rzuca na przed­nią szybę. Nikt ich nie sły­szy.