Zwycięzca jest sam - Paulo Coelho

Kup ebooka

35.00 zł
29.75 zł (29,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3:17

Beretta Px4 jest nie­wiele więk­sza od tele­fonu komór­ko­wego, waży około 700 gra­mów i można z niej oddać 10 strza­łów. Ma wiele zalet: jest mała i lekka, łatwo ją ukryć w kie­szeni, a jej mało­ka­li­browy pocisk, zamiast prze­bić ciało ofiary na wylot, nisz­czy wszystko, co napo­tka na swo­jej dro­dze.

Nie­wąt­pli­wie ugo­dzony poci­skiem tak małego kali­bru ma spore szanse na prze­ży­cie. Czę­sto kula nie naru­sza żad­nej waż­nej arte­rii, a ofiara ma czas zare­ago­wać i obez­wład­nić prze­ciw­nika. Jeśli jesteś dobrym strzel­cem, masz do wyboru: mie­rzyć mię­dzy oczy lub pro­sto w serce i zabić na miej­scu, albo celo­wać pod odpo­wied­nim kątem w oko­lice żeber, a wtedy minie tro­chę czasu, zanim ofiara sobie uświa­domi, że została śmier­tel­nie postrze­lona - spró­buje się bro­nić, ucie­kać, wołać o pomoc. To wła­śnie naj­więk­sza zaleta tej broni: ofiara ma dość czasu, żeby zoba­czyć twarz mor­dercy. Wolno traci siły - krwa­wie­nie zewnętrzne nie jest obfite - aż pada na zie­mię, nie do końca rozu­mie­jąc, co się wła­ści­wie stało.

To nie jest broń zawo­dowca. "Pasuje do dam­skiej torebki, a nie do agenta", usły­szał James Bond od funk­cjo­na­riu­sza bry­tyj­skiego wywiadu.

Ale jego to nie doty­czy. Dla jego celów to ide­alna broń. Kupił Berettę na czar­nym rynku, żeby zatrzeć ślady. W maga­zynku ma pięć kul, ale zamie­rza użyć tylko jed­nej - tej, któ­rej wierz­cho­łek ma wyryty pil­nicz­kiem do paznokci krzy­żyk. Tra­fia­jąc w cel, taki pocisk roz­pry­śnie się na cztery czę­ści.

Pisto­letu użyje tylko w osta­tecz­no­ści. Ist­nieje tyle innych spo­so­bów znisz­cze­nia czy­je­goś świata. A kiedy infor­ma­cja o odna­le­zie­niu pierw­szej ofiary dotrze do niej z wia­do­mo­ści, pew­nie szybko zro­zu­mie, że to dla niej uni­ce­stwił jeden wszech­świat, że zro­bił to w imię miło­ści i że nie chowa do niej urazy. Że przyj­mie ją z powro­tem, mach­nie ręką na ostat­nie dwa lata, nie zada żad­nych pytań.

Pół roku snu­cia pla­nów powinno przy­nieść pożą­dany sku­tek, ale o tym prze­kona się osta­tecz­nie jutro rano. Sta­ro­żytne grec­kie Furie spłyną na czar­nych skrzy­dłach na ten biało-błę­kitny pej­zaż pełen dia­men­tów i botoksu, i szyb­kich dwu­oso­bo­wych aut. Za sprawą kilku gadże­tów, które przy­wiózł tu z sobą, w jed­nej chwili wszyst­kie marze­nia o potę­dze, suk­ce­sie, sła­wie i mamo­nie pry­sną jak bańka mydlana.

Mógłby już pójść do swo­jego pokoju, bo to, co chciał zoba­czyć, ujrzał o 23:11, cho­ciaż gotów był cze­kać znacz­nie dłu­żej. Wszedł męż­czy­zna w towa­rzy­stwie pięk­nej kobiety, oboje w wie­czo­ro­wych stro­jach. Pew­nie uda­wali się na jedno z tych galo­wych przy­jęć, które zwy­kle przy­cią­gają więk­sze tłumy niż pre­miery pre­zen­to­wa­nych na festi­walu fil­mów.

Igor zasło­nił twarz jedną z fran­cu­skich gazet (rosyj­ski dzien­nik mógłby wzbu­dzić jej czuj­ność). Nie chciał, żeby go zauwa­żyła, ale zabieg oka­zał się zby­teczny. Ni­gdy nie roz­glą­dała się wokół - jak każda kobieta uwa­ża­jąca się za kró­lową świata. Takie kobiety żyją, żeby błysz­czeć i sta­rają się nie patrzeć na inne, bo widok cudzych bry­lan­tów i sukni można przy­pła­cić depre­sją, złym humo­rem i poczu­ciem niż­szo­ści. Nawet jeżeli wła­sna gar­de­roba i dodatki kosz­to­wały praw­dziwą for­tunę.

Jej towa­rzysz, szpa­ko­waty, świet­nie ubrany męż­czy­zna, pod­szedł do baru i zamó­wił szam­pan - obo­wiąz­kowy ape­ri­tif przed nocą spo­tkań, nowych kon­tak­tów, dobrej muzyki i wspa­nia­łych wido­ków na plażę i jachty zako­twi­czone w por­cie.

Zauwa­żył, że męż­czy­zna potrak­to­wał kel­nerkę bar­dzo uprzej­mie, grzecz­nie podzię­ko­wał, zosta­wił suty napi­wek.

Znali się wszy­scy troje. Jego serce prze­peł­niła radość, poczuł przy­pływ adre­na­liny we krwi. Jutro ona dowie się o jego obec­no­ści i prę­dzej czy póź­niej ich drogi się skrzy­żują.

Bóg jeden wie, co wynik­nie z tego spo­tka­nia. Jesz­cze w Moskwie Igor ślu­bo­wał przed reli­kwią Marii Mag­da­leny, spro­wa­dzoną na jeden tydzień do sto­licy Rosji. Tkwił w kolejce przez całe pięć godzin, a kiedy już sta­nął przed reli­kwia­rzem, wszystko wydało mu się zaaran­żo­wane przez kapła­nów. Wolał jed­nak nie ryzy­ko­wać i nie zła­mał zło­żo­nej wcze­śniej przy­sięgi. Pro­sił więc o opiekę i pomoc w osią­gnię­ciu celu, bez nie­po­trzeb­nych cier­pień. Obie­cał, że po pomyśl­nym zakoń­cze­niu misji i po powro­cie do ojczy­zny zamówi złotą ikonę u zna­nego mala­rza z mona­styru w Nowo­sy­bir­sku.

O trze­ciej nad ranem w barze hotelu Mar­ti­nez śmier­dzi papie­ro­sami i potem. Jimmy odszedł już od pia­nina (Jimmy nosi na każ­dej sto­pie but innego koloru), a kel­nerka sła­nia się ze zmę­cze­nia, ale goście nie opusz­czają baru, gotowi cze­kać w hote­lo­wym lobby nawet do rana, aż w końcu coś się wyda­rzy!

Od początku festi­walu minęły już cztery dni, a tak naprawdę nic się jesz­cze nie wyda­rzyło. Sie­dzący przy sto­li­kach mają jedno wspólne życze­nie: spo­tkać Wiel­kich tego świata. Piękne kobiety cze­kają na pro­du­centa, który się w nich zako­cha i zapro­po­nuje dużą rolę w fil­mie. W głębi sie­dzi grupa akto­rów. Roz­ma­wiają, śmieją się, uda­jąc, że ta gra ich nie doty­czy, ale nie spusz­czają oka z drzwi wej­ścio­wych.

Ktoś przyj­dzie. Ktoś musi przyjść. Z gło­wami peł­nymi pomy­słów i listami fil­mów wideo zre­ali­zo­wa­nych pod­czas stu­diów, począt­ku­jący reży­se­rzy, któ­rzy prze­czy­tali wszystko o foto­gra­fii i pisa­niu sce­na­riu­szy, cze­kają na cud. Może ktoś ważny, wra­ca­jący z przy­ję­cia, zaha­czy o hote­lowy bar, przy­sią­dzie się do ich sto­lika, poprosi o kawę, zapali papie­rosa i znu­dzony mono­to­nią zawsze takich samych ban­kie­tów, zain­te­re­suje się nową pro­po­zy­cją.

Cóż za naiw­ność!

Gdyby rze­czy­wi­ście ktoś taki miał się poja­wić, to nie po to, żeby wysłu­chi­wać o "nowym uję­ciu zna­nego tematu". No cóż, nadzieja jest matką głu­pich. Ci, od któ­rych cokol­wiek zależy, od wej­ścia omia­tają spoj­rze­niem wszystko dookoła i udają się do swo­ich apar­ta­men­tów. Niczym się nie mar­twią, niczego się nie oba­wiają. Super­klasa nie wyba­cza zdrady i każdy wybra­niec zna wła­sne moż­li­wo­ści. Wbrew temu, co się powszech­nie sądzi, nie wspi­nali się na szczyty dep­cząc po cudzych kar­kach. A jeżeli coś zaska­ku­ją­cego i inte­re­su­ją­cego w świe­cie filmu, muzyki czy mody wciąż czeka na odkry­cie, prę­dzej czy póź­niej zosta­nie odkryte, ale na pewno nie przy sto­liku w hote­lo­wym barze.

Wybrańcy z Super­klasy kochają się teraz z goto­wymi na wszystko dziew­czy­nami, któ­rym udało się wedrzeć na ban­kiet bez zapro­sze­nia. Zmy­wają maki­jaż, przy­glą­dają się swoim zmarszcz­kom i zasta­na­wiają się, czy już nie czas na następną ope­ra­cję pla­styczną. Prze­glą­dają Inter­net w poszu­ki­wa­niu new­sów z minio­nego dnia. Poły­kają nie­za­stą­pione pigułki nasenne i popi­jają her­batą, gwa­ran­tu­jącą szyb­kie schud­nię­cie. Odha­czają w for­mu­la­rzu hote­lo­wym zestaw śnia­da­niowy do pokoju, a potem zosta­wiają go na klamce obok wywieszki "Nie prze­szka­dzać". Zamy­kają oczy. Myślą: "Mam nadzieję, że szybko zasnę. Jutro pierw­sze spo­tka­nie o dzie­sią­tej".

Każdy jed­nak wie­rzy, że Wybrańcy prze­sia­dują w barze hotelu Mar­ti­nez, a to daje jakiś cień szansy.

Nikomu nie przyj­dzie nawet do głowy, że Wybrańcy roz­ma­wiają tylko z Wybrań­cami. Że od czasu do czasu spo­ty­kają się, żeby zjeść i napić się w swoim gro­nie, a jed­no­cze­śnie roz­bu­dzić w innych ilu­zo­ryczne prze­ko­na­nie, że do wiel­kiego świata może wstą­pić każdy, kto ma dosyć odwagi, żeby dążyć do celu. Spo­ty­kają się, żeby zapo­bie­gać woj­nom, na któ­rych mogą stra­cić i żeby roz­bu­dzać kon­flikty mię­dzy pań­stwami i kor­po­ra­cjami, jeżeli da im to wię­cej wła­dzy i pie­nię­dzy. Spo­ty­kają się, żeby uda­wać, że są szczę­śliwi, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści są nie­wol­ni­kami wła­snego suk­cesu. Żeby stale wal­czyć o wpływy i bogac­two, cho­ciaż te prze­kra­czają już wszel­kie wyobra­że­nia. Bo w swej próż­no­ści Super­klasa ściga się z samą sobą o to, kto zaj­mie naj­wyż­szy szczyt.

W ide­al­nym świe­cie Wybrańcy roz­ma­wia­liby z począt­ku­ją­cymi akto­rami, reży­se­rami, sty­li­stami, pisa­rzami, wszyst­kimi, któ­rzy z prze­krwio­nymi z braku snu oczami sie­dzą jesz­cze przy barze, cze­ka­jąc na cud i zasta­na­wiają się, jak wró­cić do wyna­ję­tych z dala od cen­trum poko­ików. Z tymi, któ­rych jutro od samego rana czeka nowy mara­ton bła­gal­nych próśb o spo­tka­nie, o chwilkę czasu, choćby w biegu, choćby na scho­dach.

W świe­cie real­nym Wybrańcy są o tej porze w swo­ich apar­ta­men­tach, spraw­dzają pocztę elek­tro­niczną, narze­kają na ban­kiety, które niczym się od sie­bie nie róż­nią, mar­twią się, że któ­raś z pań miała więk­sze bry­lanty, a jacht rywala bogat­szy wystrój.

Igor nie roz­ma­wia z nikim. Nie zależy mu na towa­rzy­stwie. Zwy­cięzca jest sam.

Igor jest wła­ści­cie­lem i pre­ze­sem pew­nej dobrze pro­spe­ru­ją­cej sieci tele­fo­nii komór­ko­wej w Rosji. Z rocz­nym wyprze­dze­niem zare­zer­wo­wał naj­lep­szy apar­ta­ment w Mar­ti­ne­zie, co zobo­wią­zuje do opła­ce­nia dwu­na­stu dób hote­lo­wych z góry, choćby gość zamie­rzał spę­dzić w hotelu tylko jedną noc. Przy­le­ciał po połu­dniu pry­wat­nym odrzu­tow­cem, wziął prysz­nic i zszedł do baru, żeby zoba­czyć jedną, jedyną scenę.

Przez jakiś czas naga­by­wały go aktorki, akto­rzy i reży­se­rzy, aż wpadł na dosko­nały pomysł, żeby się od nich uwol­nić:

- Nie mówię po angiel­sku. Prze­pra­szam, jestem Pola­kiem.

Albo:

- Nie mówię po fran­cu­sku. Prze­pra­szam, jestem Mek­sy­ka­ni­nem.

Kiedy ktoś zwró­cił się do niego po hisz­pań­sku, zasto­so­wał inną tak­tykę. Zaczął wpi­sy­wać w note­sie kolumny cyfr, żeby nikt go nie wziął za dzien­ni­ka­rza (takim inte­re­sują się wszy­scy), ani za czło­wieka zwią­za­nego z prze­my­słem fil­mo­wym. Obok poło­żył rosyj­ski tygo­dnik eko­no­miczny (w końcu któż tu odróżni rosyj­ski od pol­skiego, czy hisz­pań­skiego?) z banalną foto­gra­fią finan­si­sty na okładce.

Bywalcy baru, któ­rzy uwa­żają się za znaw­ców rodzaju ludz­kiego, pozo­sta­wiają Igora w spo­koju. Kiedy odpra­wił piątą z kolei kobietę, która, tłu­ma­cząc się bra­kiem wol­nych miejsc, dosia­dła się do jego sto­lika i popro­siła o wodę mine­ralną, wszy­scy już wie­dzieli: ten samotny facet nie należy do świata filmu czy mody. Nie ma co nim sobie głowy zaprzą­tać, bo to "Pach­ni­dło".

"Pach­ni­dło" to w żar­go­nie akto­rek (lub "gwiaz­de­czek", jak nazywa się je na festi­walu) bogaty facet, który przy­jeż­dża do Can­nes na pod­ryw. Podob­nie jak z per­fu­mami, łatwo zmie­nić markę, a od czasu do czasu można natra­fić na praw­dziwy skarb. Aktorki oble­gają "Pach­ni­dła" w dwa ostat­nie dni festi­walu, o ile wcze­śniej nie zna­la­zły kogoś inte­re­su­ją­cego ze świata filmu. Dla­tego temu nie­zna­jo­memu, z wyglądu boga­temu męż­czyź­nie, odpusz­czą jesz­cze jeden dzień. Tyle że w końcu lepiej wyje­chać z festi­walu w męskim towa­rzy­stwie (a ten egzem­plarz pew­nie da się prze­ro­bić na pro­du­centa fil­mo­wego), niż na następ­nej impre­zie powta­rzać ten sam rytuał: pić, uśmie­chać się (zwłasz­cza się uśmie­chać) i uda­wać, że nie są zain­te­re­so­wane nikim szcze­gól­nym, cho­ciaż serce bije przy­spie­szo­nym ryt­mem, wska­zówki zegarka pędzą jak sza­lone, galowe noce już się koń­czą, a wciąż nikt ich ni­gdzie nie zapro­sił. Tym­cza­sem "Pach­ni­dła" już dawno mają zapro­sze­nia w kie­szeni.

Znają na pamięć wszystko, co "Pach­ni­dła" mają im do powie­dze­nia i udają, że w to wie­rzą:

"Mogę odmie­nić twoje życie".

"Nie­jedna kobieta chcia­łaby zna­leźć się na twoim miej­scu".

"Jesteś jesz­cze bar­dzo młoda. Pomyśl jed­nak o przy­szło­ści. Pora zain­we­sto­wać w sie­bie".

"Jestem żonaty, ale żona..." (po czym nastę­puje jedna z kilku wer­sji: "jest chora", "zagro­ziła, że popełni samo­bój­stwo, jeśli ją zosta­wię" itd.)

"Jesteś księż­niczką i zasłu­gu­jesz na to, żeby cię trak­to­wać jak księż­niczkę. Wła­ści­wie przez całe życie cze­kam wła­śnie na cie­bie. Nie wie­rzę w przy­padki, musimy dać sobie szansę".

Cią­gle ta sama śpiewka. Jedyne zmienne, to war­tość pre­zen­tów, które uda się wydrzeć (naj­le­piej biżu­te­ria, którą naj­ła­twiej spie­nię­żyć), ilość zapro­szeń na przy­ję­cia na luk­su­so­wych jach­tach, zgro­ma­dzo­nych wizy­tó­wek, kart wstępu na wyścigi For­muły 1, gdzie spo­ty­kają się ci sami ludzie i gdzie przy odro­bi­nie szczę­ścia pojawi się wresz­cie wielka szansa.

Mia­nem "Pach­ni­dła" mło­dzi akto­rzy okre­ślają także wie­kowe milio­nerki po ope­ra­cjach pla­stycz­nych i zastrzy­kach botoksu, znacz­nie mądrzej­sze od panów. One ni­gdy nie tracą czasu: zjeż­dżają w ostat­nie dni festi­walu i dobrze wie­dzą, że cały sekret tkwi w dobrze zasi­lo­nym kon­cie ban­ko­wym.

Męskie "Pach­ni­dło" łudzi się, że pod­biło serce dłu­go­no­giej pięk­no­ści i może teraz mani­pu­lo­wać nią do woli. Dam­skie "Pach­ni­dło" ufa jedy­nie mocy swo­ich bry­lan­tów.

Igor nic o tym nie wie. Jest tu po raz pierw­szy. Ku swemu wiel­kiemu zdzi­wie­niu odkrył jedy­nie, że nikogo w grun­cie rze­czy film nie inte­re­suje, oczy­wi­ście poza tymi, któ­rzy obsia­dają w tej chwili hote­lowy bar. Prze­wer­to­wał kilka cza­so­pism i otwo­rzył kopertę, w któ­rej jego sekre­tarka umie­ściła zapro­sze­nia na naj­waż­niej­sze imprezy. Nie zna­lazł wśród nich żad­nego na fil­mową pre­mierę. Przed przy­jaz­dem do Fran­cji pró­bo­wał dowie­dzieć się, jakie filmy kon­ku­rują o główną nagrodę, ale bez skutku. W końcu przy­ja­ciel uspo­koił go:

- Zapo­mnij o fil­mach. Can­nes jest festi­wa­lem mody.

Moda. Czym jest wła­ści­wie moda? Czy to coś, co zmie­nia się zgod­nie z porami roku? Czy rze­czy­wi­ście zje­chali się tu ze wszyst­kich stron świata, żeby popi­sać się swoją gar­de­robą, biżu­te­rią i całą kolek­cją butów? Nie rozu­mieją w czym rzecz. "Moda" to spo­sób na wyar­ty­ku­ło­wa­nie pew­nego komu­ni­katu: ja także należę do two­jego świata. Noszę ten sam mun­dur, co twoje woj­ska, nie strze­laj więc.

Od cza­sów jaski­nio­wych moda jest jedy­nym, powszech­nie zro­zu­mia­łym języ­kiem, nawet wśród zupeł­nie obcych sobie ludzi, któ­rzy zdają się w ten spo­sób mówić: "Ubie­ramy się tak samo, należę do two­jego szczepu, zewrzyjmy więc sze­regi prze­ciwko sła­be­uszom, a prze­ży­jemy".

Do Can­nes zjeż­dżają ludzie, dla któ­rych moda jest wszyst­kim. Co pół roku wydają for­tunę na jakiś dro­biazg, który pod­kre­śli ich pozy­cję w eks­klu­zyw­nym ple­mie­niu boga­czy. Gdyby odwie­dzili Dolinę Krze­mową, gdzie mul­ti­mi­lio­ne­rzy z branży infor­ma­tycz­nej noszą pla­sti­kowe zegarki i sprane dżinsy, zro­zu­mie­liby może, że świat się zmie­nił. W tym zakątku pla­nety wszy­scy są równi, nikt nie przej­muje się wiel­ko­ścią dia­men­tów, marką kra­wata, czy mode­lem skó­rza­nej aktówki. Zresztą jedwabne kra­waty i skó­rzane aktówki nie ist­nieją w Doli­nie Krze­mo­wej. Tym­cza­sem pobli­skie Hol­ly­wood, wciąż wpły­wowe, choć nie tak jak daw­niej, pod­trzy­muje wciąż powszechną wśród naiw­nych wiarę w zna­cze­nie mod­nych kre­acji, szma­rag­do­wych kolii i gigan­tycz­nych limu­zyn. A ponie­waż zdję­cia takich arty­ku­łów zapeł­niają strony kolo­ro­wych cza­so­pism, nikt nie odważy się pod­nieść ręki na przy­no­szący bilio­nowe dochody prze­mysł rekla­mowy, na han­del bez­u­ży­tecz­nymi arte­fak­tami, two­rze­nie nie­po­trzeb­nych tren­dów, na pro­duk­cję wiecz­nie tych samych kre­mów w zmie­nia­ją­cych się opa­ko­wa­niach.

Śmie­chu warte. Igor gar­dzi tymi ludźmi, zepsu­tymi do cna, któ­rych decy­zje wpły­wają na losy milio­nów uczci­wie pra­cu­ją­cych męż­czyzn i kobiet. Robot­ni­ków, któ­rzy żyją god­nie i cie­szą się, że dopi­suje im zdro­wie, mają dach nad głową i są kochani przez swo­ich naj­bliż­szych.

Kiedy wszystko bie­gnie swoim ryt­mem, gdy rodziny gro­ma­dzą się przy stole, żeby się wspól­nie posi­lić, poja­wia się widmo Super­klasy, sprze­da­ją­cej nie­moż­liwe do zre­ali­zo­wa­nia sny o prze­py­chu, uro­dzie, wła­dzy. A skut­kiem jest roz­pad rodziny.

Ojciec bie­rze nad­go­dziny, żeby kupić synowi modne adi­dasy, bo w prze­ciw­nym wypadku jego dziecko czeka w szkole ostra­cyzm. Żona roni ukrad­kiem łzy, bo nie stać ich na mar­kowe ciu­chy. Zamiast pozna­wać praw­dziwe war­to­ści wiary i nadziei, nasto­latki marzą o karie­rze pio­sen­kar­skiej lub fil­mo­wej. Dziew­czyny z pro­win­cji cią­gną do wiel­kich miast, gotowe zro­bić wszystko, abso­lut­nie wszystko, żeby sobie spra­wić jakieś świe­ci­dełko. Świat, który powi­nien dążyć ku spra­wie­dli­wo­ści, zaczyna się krę­cić wokół dóbr mate­rial­nych, które za pół roku nie będą już nic warte i trzeba je będzie zastą­pić tym, co modne. Tylko dzięki temu te odpy­cha­jące kre­atury, które teraz spo­tkały się w Can­nes, wciąż zaj­mują miej­sce na szczy­cie.

Igor jest poza zasię­giem tej destruk­tyw­nej mocy. Wyko­nuje pracę, któ­rej każdy mu zazdro­ści. Dzien­nie zara­bia tyle, ile z tru­dem zdo­łałby wydać w ciągu roku, nawet gdyby pozwo­lił sobie na wszyst­kie moż­liwe przy­jem­no­ści - legalne i nie­le­galne. Może zdo­być każdą kobietę, i to wcale nie dzięki bogac­twu. Spraw­dzał to wie­lo­krot­nie i zawsze odno­sił suk­cesy. Wła­śnie skoń­czył 40 lat, jest w świet­nej for­mie, cie­szy się dosko­na­łym zdro­wiem, co potwier­dzają wyko­ny­wane co roku kom­plek­sowe bada­nia lekar­skie. Nie ma dłu­gów. Nie musi nosić desi­gner­skich ubrań, jadać w mod­nych restau­ra­cjach, spę­dzać waka­cji na pla­żach, gdzie spo­tyka się świa­towa śmie­tanka, czy kupo­wać zegarka rekla­mo­wa­nego przez gwiazdę sportu. Wolno mu pod­pi­sy­wać milio­nowe kon­trakty dłu­go­pi­sem za parę gro­szy, nosić wygodne, ele­ganc­kie mary­narki uszyte na miarę w małym zakła­dzie kra­wiec­kim, który sąsia­duje z jego biu­rem. Wolno mu robić to, na co ma ochotę i nie musi nikomu udo­wad­niać, że jest czło­wie­kiem boga­tym. Ma inte­re­su­jącą pracę i kocha to, co robi.

Być może na tym polega jego pro­blem: cią­gle kocha to, co robi. Jest pewien, że to wła­śnie dla­tego kobieta, którą kilka godzin wcze­śniej zoba­czył w barze, nie sie­dzi z nim przy sto­liku.

Dla zabi­cia czasu Igor pozwala biec swoim myślom swo­bod­nie. Prosi Kri­stellę o kolej­nego drinka - imię dziew­czyny poznał przed godziną. Przy barze zro­biło się luź­niej (goście hote­lowi spo­ży­wali kola­cję). Zamó­wił szkla­neczkę whi­sky. Powie­działa, że wydaje się smutny. Że powi­nien coś zjeść dla poprawy humoru. Podzię­ko­wał jej za tro­skę. Poczuł się od razu lepiej wie­dząc, że ktoś oka­zuje zain­te­re­so­wa­nie sta­nem jego ducha.

Praw­do­po­dob­nie jako jedyny w barze zna imię kel­nerki. Pozo­sta­łych gości inte­re­sują tylko nazwi­ska - i sta­no­wi­ska - tych, któ­rzy roz­sie­dli się przy sto­li­kach i w fote­lach.

Stara się skon­cen­tro­wać, ale minęła już trze­cia nad ranem. Piękna kobieta i szar­mancki męż­czy­zna - nawia­sem mówiąc, fizycz­nie bar­dzo do niego podobny - nie wró­cili. Pew­nie poszli pro­sto do swo­jego apar­ta­mentu i teraz się kochają. A może piją jesz­cze szam­pana na pokła­dzie któ­re­goś z jach­tów, gdzie zabawa zaczyna się dopiero wtedy, kiedy wszyst­kie ban­kiety w mie­ście dobie­gną już końca. Może jed­nak leżą w łóżku, czy­tają kolo­rowe pisma i nawet na sie­bie nie patrzą.

Zresztą to nie ma żad­nego zna­cze­nia. Igor jest sam, zmę­czony i bar­dzo senny.