3:17
Beretta Px4 jest niewiele większa od telefonu komórkowego, waży około
700 gramów i można z niej oddać 10 strzałów. Ma wiele zalet: jest mała i lekka, łatwo ją ukryć w kieszeni, a jej małokalibrowy pocisk, zamiast
przebić ciało ofiary na wylot, niszczy wszystko, co napotka na swojej
drodze.
Niewątpliwie ugodzony pociskiem tak małego kalibru ma spore szanse na
przeżycie. Często kula nie narusza żadnej ważnej arterii, a ofiara ma
czas zareagować i obezwładnić przeciwnika. Jeśli jesteś dobrym
strzelcem, masz do wyboru: mierzyć między oczy lub prosto w serce i zabić na miejscu, albo celować pod odpowiednim kątem w okolice żeber, a wtedy minie trochę czasu, zanim ofiara sobie uświadomi, że została
śmiertelnie postrzelona - spróbuje się bronić, uciekać, wołać o pomoc.
To właśnie największa zaleta tej broni: ofiara ma dość czasu, żeby
zobaczyć twarz mordercy. Wolno traci siły - krwawienie zewnętrzne nie
jest obfite - aż pada na ziemię, nie do końca rozumiejąc, co się
właściwie stało.
To nie jest broń zawodowca. "Pasuje do damskiej torebki, a nie do
agenta", usłyszał James Bond od funkcjonariusza brytyjskiego wywiadu.
Ale jego to nie dotyczy. Dla jego celów to idealna broń. Kupił Berettę
na czarnym rynku, żeby zatrzeć ślady. W magazynku ma pięć kul, ale
zamierza użyć tylko jednej - tej, której wierzchołek ma wyryty
pilniczkiem do paznokci krzyżyk. Trafiając w cel, taki pocisk rozpryśnie
się na cztery części.
Pistoletu użyje tylko w ostateczności. Istnieje tyle innych sposobów
zniszczenia czyjegoś świata. A kiedy informacja o odnalezieniu pierwszej
ofiary dotrze do niej z wiadomości, pewnie szybko zrozumie, że to dla
niej unicestwił jeden wszechświat, że zrobił to w imię miłości i że nie
chowa do niej urazy. Że przyjmie ją z powrotem, machnie ręką na ostatnie
dwa lata, nie zada żadnych pytań.
Pół roku snucia planów powinno przynieść pożądany skutek, ale o tym
przekona się ostatecznie jutro rano. Starożytne greckie Furie spłyną na
czarnych skrzydłach na ten biało-błękitny pejzaż pełen diamentów i botoksu, i szybkich dwuosobowych aut. Za sprawą kilku gadżetów, które
przywiózł tu z sobą, w jednej chwili wszystkie marzenia o potędze,
sukcesie, sławie i mamonie prysną jak bańka mydlana.
Mógłby już pójść do swojego pokoju, bo to, co chciał zobaczyć, ujrzał o 23:11, chociaż gotów był czekać znacznie dłużej. Wszedł mężczyzna w towarzystwie pięknej kobiety, oboje w wieczorowych strojach. Pewnie
udawali się na jedno z tych galowych przyjęć, które zwykle przyciągają
większe tłumy niż premiery prezentowanych na festiwalu filmów.
Igor zasłonił twarz jedną z francuskich gazet (rosyjski dziennik mógłby
wzbudzić jej czujność). Nie chciał, żeby go zauważyła, ale zabieg okazał
się zbyteczny. Nigdy nie rozglądała się wokół - jak każda kobieta
uważająca się za królową świata. Takie kobiety żyją, żeby błyszczeć i starają się nie patrzeć na inne, bo widok cudzych brylantów i sukni
można przypłacić depresją, złym humorem i poczuciem niższości. Nawet
jeżeli własna garderoba i dodatki kosztowały prawdziwą fortunę.
Jej towarzysz, szpakowaty, świetnie ubrany mężczyzna, podszedł do baru i zamówił szampan - obowiązkowy aperitif przed nocą spotkań, nowych
kontaktów, dobrej muzyki i wspaniałych widoków na plażę i jachty
zakotwiczone w porcie.
Zauważył, że mężczyzna potraktował kelnerkę bardzo uprzejmie, grzecznie
podziękował, zostawił suty napiwek.
Znali się wszyscy troje. Jego serce przepełniła radość, poczuł przypływ
adrenaliny we krwi. Jutro ona dowie się o jego obecności i prędzej czy
później ich drogi się skrzyżują.
Bóg jeden wie, co wyniknie z tego spotkania. Jeszcze w Moskwie Igor
ślubował przed relikwią Marii Magdaleny, sprowadzoną na jeden tydzień do
stolicy Rosji. Tkwił w kolejce przez całe pięć godzin, a kiedy już
stanął przed relikwiarzem, wszystko wydało mu się zaaranżowane przez
kapłanów. Wolał jednak nie ryzykować i nie złamał złożonej wcześniej
przysięgi. Prosił więc o opiekę i pomoc w osiągnięciu celu, bez
niepotrzebnych cierpień. Obiecał, że po pomyślnym zakończeniu misji i po
powrocie do ojczyzny zamówi złotą ikonę u znanego malarza z monastyru w Nowosybirsku.
O trzeciej nad ranem w barze hotelu Martinez śmierdzi papierosami i potem. Jimmy odszedł już od pianina (Jimmy nosi na każdej stopie but
innego koloru), a kelnerka słania się ze zmęczenia, ale goście nie
opuszczają baru, gotowi czekać w hotelowym lobby nawet do rana, aż w końcu coś się wydarzy!
Od początku festiwalu minęły już cztery dni, a tak naprawdę nic się
jeszcze nie wydarzyło. Siedzący przy stolikach mają jedno wspólne
życzenie: spotkać Wielkich tego świata. Piękne kobiety czekają na
producenta, który się w nich zakocha i zaproponuje dużą rolę w filmie. W głębi siedzi grupa aktorów. Rozmawiają, śmieją się, udając, że ta gra
ich nie dotyczy, ale nie spuszczają oka z drzwi wejściowych.
Ktoś przyjdzie. Ktoś musi przyjść. Z głowami pełnymi pomysłów i listami
filmów wideo zrealizowanych podczas studiów, początkujący reżyserzy,
którzy przeczytali wszystko o fotografii i pisaniu scenariuszy, czekają
na cud. Może ktoś ważny, wracający z przyjęcia, zahaczy o hotelowy bar,
przysiądzie się do ich stolika, poprosi o kawę, zapali papierosa i znudzony monotonią zawsze takich samych bankietów, zainteresuje się nową
propozycją.
Cóż za naiwność!
Gdyby rzeczywiście ktoś taki miał się pojawić, to nie po to, żeby
wysłuchiwać o "nowym ujęciu znanego tematu". No cóż, nadzieja jest matką
głupich. Ci, od których cokolwiek zależy, od wejścia omiatają
spojrzeniem wszystko dookoła i udają się do swoich apartamentów. Niczym
się nie martwią, niczego się nie obawiają. Superklasa nie wybacza zdrady
i każdy wybraniec zna własne możliwości. Wbrew temu, co się powszechnie
sądzi, nie wspinali się na szczyty depcząc po cudzych karkach. A jeżeli
coś zaskakującego i interesującego w świecie filmu, muzyki czy mody
wciąż czeka na odkrycie, prędzej czy później zostanie odkryte, ale na
pewno nie przy stoliku w hotelowym barze.
Wybrańcy z Superklasy kochają się teraz z gotowymi na wszystko
dziewczynami, którym udało się wedrzeć na bankiet bez zaproszenia.
Zmywają makijaż, przyglądają się swoim zmarszczkom i zastanawiają się,
czy już nie czas na następną operację plastyczną. Przeglądają Internet w poszukiwaniu newsów z minionego dnia. Połykają niezastąpione pigułki
nasenne i popijają herbatą, gwarantującą szybkie schudnięcie. Odhaczają
w formularzu hotelowym zestaw śniadaniowy do pokoju, a potem zostawiają
go na klamce obok wywieszki "Nie przeszkadzać". Zamykają oczy. Myślą:
"Mam nadzieję, że szybko zasnę. Jutro pierwsze spotkanie o dziesiątej".
Każdy jednak wierzy, że Wybrańcy przesiadują w barze hotelu Martinez, a to daje jakiś cień szansy.
Nikomu nie przyjdzie nawet do głowy, że Wybrańcy rozmawiają tylko z Wybrańcami. Że od czasu do czasu spotykają się, żeby zjeść i napić się w swoim gronie, a jednocześnie rozbudzić w innych iluzoryczne przekonanie,
że do wielkiego świata może wstąpić każdy, kto ma dosyć odwagi, żeby
dążyć do celu. Spotykają się, żeby zapobiegać wojnom, na których mogą
stracić i żeby rozbudzać konflikty między państwami i korporacjami,
jeżeli da im to więcej władzy i pieniędzy. Spotykają się, żeby udawać,
że są szczęśliwi, chociaż w rzeczywistości są niewolnikami własnego
sukcesu. Żeby stale walczyć o wpływy i bogactwo, chociaż te przekraczają
już wszelkie wyobrażenia. Bo w swej próżności Superklasa ściga się z samą sobą o to, kto zajmie najwyższy szczyt.
W idealnym świecie Wybrańcy rozmawialiby z początkującymi aktorami,
reżyserami, stylistami, pisarzami, wszystkimi, którzy z przekrwionymi z braku snu oczami siedzą jeszcze przy barze, czekając na cud i zastanawiają się, jak wrócić do wynajętych z dala od centrum pokoików. Z tymi, których jutro od samego rana czeka nowy maraton błagalnych próśb o spotkanie, o chwilkę czasu, choćby w biegu, choćby na schodach.
W świecie realnym Wybrańcy są o tej porze w swoich apartamentach,
sprawdzają pocztę elektroniczną, narzekają na bankiety, które niczym się
od siebie nie różnią, martwią się, że któraś z pań miała większe
brylanty, a jacht rywala bogatszy wystrój.
Igor nie rozmawia z nikim. Nie zależy mu na towarzystwie. Zwycięzca jest
sam.
Igor jest właścicielem i prezesem pewnej dobrze prosperującej sieci
telefonii komórkowej w Rosji. Z rocznym wyprzedzeniem zarezerwował
najlepszy apartament w Martinezie, co zobowiązuje do opłacenia dwunastu
dób hotelowych z góry, choćby gość zamierzał spędzić w hotelu tylko
jedną noc. Przyleciał po południu prywatnym odrzutowcem, wziął prysznic
i zszedł do baru, żeby zobaczyć jedną, jedyną scenę.
Przez jakiś czas nagabywały go aktorki, aktorzy i reżyserzy, aż wpadł na
doskonały pomysł, żeby się od nich uwolnić:
- Nie mówię po angielsku. Przepraszam, jestem Polakiem.
Albo:
- Nie mówię po francusku. Przepraszam, jestem Meksykaninem.
Kiedy ktoś zwrócił się do niego po hiszpańsku, zastosował inną taktykę.
Zaczął wpisywać w notesie kolumny cyfr, żeby nikt go nie wziął za
dziennikarza (takim interesują się wszyscy), ani za człowieka związanego
z przemysłem filmowym. Obok położył rosyjski tygodnik ekonomiczny (w końcu któż tu odróżni rosyjski od polskiego, czy hiszpańskiego?) z banalną fotografią finansisty na okładce.
Bywalcy baru, którzy uważają się za znawców rodzaju ludzkiego,
pozostawiają Igora w spokoju. Kiedy odprawił piątą z kolei kobietę,
która, tłumacząc się brakiem wolnych miejsc, dosiadła się do jego
stolika i poprosiła o wodę mineralną, wszyscy już wiedzieli: ten samotny
facet nie należy do świata filmu czy mody. Nie ma co nim sobie głowy
zaprzątać, bo to "Pachnidło".
"Pachnidło" to w żargonie aktorek (lub "gwiazdeczek", jak nazywa się je
na festiwalu) bogaty facet, który przyjeżdża do Cannes na podryw.
Podobnie jak z perfumami, łatwo zmienić markę, a od czasu do czasu można
natrafić na prawdziwy skarb. Aktorki oblegają "Pachnidła" w dwa ostatnie
dni festiwalu, o ile wcześniej nie znalazły kogoś interesującego ze
świata filmu. Dlatego temu nieznajomemu, z wyglądu bogatemu mężczyźnie,
odpuszczą jeszcze jeden dzień. Tyle że w końcu lepiej wyjechać z festiwalu w męskim towarzystwie (a ten egzemplarz pewnie da się
przerobić na producenta filmowego), niż na następnej imprezie powtarzać
ten sam rytuał: pić, uśmiechać się (zwłaszcza się uśmiechać) i udawać,
że nie są zainteresowane nikim szczególnym, chociaż serce bije
przyspieszonym rytmem, wskazówki zegarka pędzą jak szalone, galowe noce
już się kończą, a wciąż nikt ich nigdzie nie zaprosił. Tymczasem
"Pachnidła" już dawno mają zaproszenia w kieszeni.
Znają na pamięć wszystko, co "Pachnidła" mają im do powiedzenia i udają,
że w to wierzą:
"Mogę odmienić twoje życie".
"Niejedna kobieta chciałaby znaleźć się na twoim miejscu".
"Jesteś jeszcze bardzo młoda. Pomyśl jednak o przyszłości. Pora
zainwestować w siebie".
"Jestem żonaty, ale żona..." (po czym następuje jedna z kilku wersji:
"jest chora", "zagroziła, że popełni samobójstwo, jeśli ją zostawię"
itd.)
"Jesteś księżniczką i zasługujesz na to, żeby cię traktować jak
księżniczkę. Właściwie przez całe życie czekam właśnie na ciebie. Nie
wierzę w przypadki, musimy dać sobie szansę".
Ciągle ta sama śpiewka. Jedyne zmienne, to wartość prezentów, które uda
się wydrzeć (najlepiej biżuteria, którą najłatwiej spieniężyć), ilość
zaproszeń na przyjęcia na luksusowych jachtach, zgromadzonych wizytówek,
kart wstępu na wyścigi Formuły 1, gdzie spotykają się ci sami ludzie i gdzie przy odrobinie szczęścia pojawi się wreszcie wielka szansa.
Mianem "Pachnidła" młodzi aktorzy określają także wiekowe milionerki po
operacjach plastycznych i zastrzykach botoksu, znacznie mądrzejsze od
panów. One nigdy nie tracą czasu: zjeżdżają w ostatnie dni festiwalu i dobrze wiedzą, że cały sekret tkwi w dobrze zasilonym koncie bankowym.
Męskie "Pachnidło" łudzi się, że podbiło serce długonogiej piękności i może teraz manipulować nią do woli. Damskie "Pachnidło" ufa jedynie mocy
swoich brylantów.
Igor nic o tym nie wie. Jest tu po raz pierwszy. Ku swemu wielkiemu
zdziwieniu odkrył jedynie, że nikogo w gruncie rzeczy film nie
interesuje, oczywiście poza tymi, którzy obsiadają w tej chwili hotelowy
bar. Przewertował kilka czasopism i otworzył kopertę, w której jego
sekretarka umieściła zaproszenia na najważniejsze imprezy. Nie znalazł
wśród nich żadnego na filmową premierę. Przed przyjazdem do Francji
próbował dowiedzieć się, jakie filmy konkurują o główną nagrodę, ale bez
skutku. W końcu przyjaciel uspokoił go:
- Zapomnij o filmach. Cannes jest festiwalem mody.
Moda. Czym jest właściwie moda? Czy to coś, co zmienia się zgodnie z porami roku? Czy rzeczywiście zjechali się tu ze wszystkich stron
świata, żeby popisać się swoją garderobą, biżuterią i całą kolekcją
butów? Nie rozumieją w czym rzecz. "Moda" to sposób na wyartykułowanie
pewnego komunikatu: ja także należę do twojego świata. Noszę ten sam
mundur, co twoje wojska, nie strzelaj więc.
Od czasów jaskiniowych moda jest jedynym, powszechnie zrozumiałym
językiem, nawet wśród zupełnie obcych sobie ludzi, którzy zdają się w ten sposób mówić: "Ubieramy się tak samo, należę do twojego szczepu,
zewrzyjmy więc szeregi przeciwko słabeuszom, a przeżyjemy".
Do Cannes zjeżdżają ludzie, dla których moda jest wszystkim. Co pół roku
wydają fortunę na jakiś drobiazg, który podkreśli ich pozycję w ekskluzywnym plemieniu bogaczy. Gdyby odwiedzili Dolinę Krzemową, gdzie
multimilionerzy z branży informatycznej noszą plastikowe zegarki i sprane dżinsy, zrozumieliby może, że świat się zmienił. W tym zakątku
planety wszyscy są równi, nikt nie przejmuje się wielkością diamentów,
marką krawata, czy modelem skórzanej aktówki. Zresztą jedwabne krawaty i skórzane aktówki nie istnieją w Dolinie Krzemowej. Tymczasem pobliskie
Hollywood, wciąż wpływowe, choć nie tak jak dawniej, podtrzymuje wciąż
powszechną wśród naiwnych wiarę w znaczenie modnych kreacji,
szmaragdowych kolii i gigantycznych limuzyn. A ponieważ zdjęcia takich
artykułów zapełniają strony kolorowych czasopism, nikt nie odważy się
podnieść ręki na przynoszący bilionowe dochody przemysł reklamowy, na
handel bezużytecznymi artefaktami, tworzenie niepotrzebnych trendów, na
produkcję wiecznie tych samych kremów w zmieniających się opakowaniach.
Śmiechu warte. Igor gardzi tymi ludźmi, zepsutymi do cna, których
decyzje wpływają na losy milionów uczciwie pracujących mężczyzn i kobiet. Robotników, którzy żyją godnie i cieszą się, że dopisuje im
zdrowie, mają dach nad głową i są kochani przez swoich najbliższych.
Kiedy wszystko biegnie swoim rytmem, gdy rodziny gromadzą się przy
stole, żeby się wspólnie posilić, pojawia się widmo Superklasy,
sprzedającej niemożliwe do zrealizowania sny o przepychu, urodzie,
władzy. A skutkiem jest rozpad rodziny.
Ojciec bierze nadgodziny, żeby kupić synowi modne adidasy, bo w przeciwnym wypadku jego dziecko czeka w szkole ostracyzm. Żona roni
ukradkiem łzy, bo nie stać ich na markowe ciuchy. Zamiast poznawać
prawdziwe wartości wiary i nadziei, nastolatki marzą o karierze
piosenkarskiej lub filmowej. Dziewczyny z prowincji ciągną do wielkich
miast, gotowe zrobić wszystko, absolutnie wszystko, żeby sobie sprawić
jakieś świecidełko. Świat, który powinien dążyć ku sprawiedliwości,
zaczyna się kręcić wokół dóbr materialnych, które za pół roku nie będą
już nic warte i trzeba je będzie zastąpić tym, co modne. Tylko dzięki
temu te odpychające kreatury, które teraz spotkały się w Cannes, wciąż
zajmują miejsce na szczycie.
Igor jest poza zasięgiem tej destruktywnej mocy. Wykonuje pracę, której
każdy mu zazdrości. Dziennie zarabia tyle, ile z trudem zdołałby wydać w ciągu roku, nawet gdyby pozwolił sobie na wszystkie możliwe przyjemności
- legalne i nielegalne. Może zdobyć każdą kobietę, i to wcale nie dzięki
bogactwu. Sprawdzał to wielokrotnie i zawsze odnosił sukcesy. Właśnie
skończył 40 lat, jest w świetnej formie, cieszy się doskonałym zdrowiem,
co potwierdzają wykonywane co roku kompleksowe badania lekarskie. Nie ma
długów. Nie musi nosić designerskich ubrań, jadać w modnych
restauracjach, spędzać wakacji na plażach, gdzie spotyka się światowa
śmietanka, czy kupować zegarka reklamowanego przez gwiazdę sportu. Wolno
mu podpisywać milionowe kontrakty długopisem za parę groszy, nosić
wygodne, eleganckie marynarki uszyte na miarę w małym zakładzie
krawieckim, który sąsiaduje z jego biurem. Wolno mu robić to, na co ma
ochotę i nie musi nikomu udowadniać, że jest człowiekiem bogatym. Ma
interesującą pracę i kocha to, co robi.
Być może na tym polega jego problem: ciągle kocha to, co robi. Jest
pewien, że to właśnie dlatego kobieta, którą kilka godzin wcześniej
zobaczył w barze, nie siedzi z nim przy stoliku.
Dla zabicia czasu Igor pozwala biec swoim myślom swobodnie. Prosi
Kristellę o kolejnego drinka - imię dziewczyny poznał przed godziną.
Przy barze zrobiło się luźniej (goście hotelowi spożywali kolację).
Zamówił szklaneczkę whisky. Powiedziała, że wydaje się smutny. Że
powinien coś zjeść dla poprawy humoru. Podziękował jej za troskę. Poczuł
się od razu lepiej wiedząc, że ktoś okazuje zainteresowanie stanem jego
ducha.
Prawdopodobnie jako jedyny w barze zna imię kelnerki. Pozostałych gości
interesują tylko nazwiska - i stanowiska - tych, którzy rozsiedli się
przy stolikach i w fotelach.
Stara się skoncentrować, ale minęła już trzecia nad ranem. Piękna
kobieta i szarmancki mężczyzna - nawiasem mówiąc, fizycznie bardzo do
niego podobny - nie wrócili. Pewnie poszli prosto do swojego apartamentu
i teraz się kochają. A może piją jeszcze szampana na pokładzie któregoś
z jachtów, gdzie zabawa zaczyna się dopiero wtedy, kiedy wszystkie
bankiety w mieście dobiegną już końca. Może jednak leżą w łóżku, czytają
kolorowe pisma i nawet na siebie nie patrzą.
Zresztą to nie ma żadnego znaczenia. Igor jest sam, zmęczony i bardzo
senny.