Zwycięskie życie - D.L. Moody

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

 

 

"Pewnego dnia przeczytacie w gazetach, że D.L. Moody z East Northfield nie żyje. Nie wierzcie w ani jedno słowo! W tym momencie będę bardziej żywy, niż jestem teraz. Po prostu wejdę trochę wyżej i to wszystko; przejdę z tego starego glinianego naczynia do domu, który jest nieśmiertelny, do ciała, którego śmierć nie może dotknąć, a grzech nie może splamić, do ciała ukształtowanego na podobieństwo Jego chwalebnego ciała. Z ciała urodziłem się w roku 1837. Z Ducha zostałem zrodzony w roku 18561. To, co się narodziło z ciała, może umrzeć, ale to, co się narodziło z Ducha, będzie żyć na wieki".

Chociaż opublikowano już ponad sto biografii, które tysiące ludzi z przyjemnością przeczytało w ciągu tych stu ośmiu lat od jego śmierci, to krótkie stwierdzenie stanowi istotę autobiografii D.L. Moody'ego. Prawdziwie wyraża serce tego wyjątkowego amerykańskiego kaznodziei i ewangelizatora z XIX wieku, który umierającemu i zagubionemu światu zwiastował Ewangelię z pokorą, prostotą i mocą - prowadząc grzeszników do Zbawiciela, wyposażając ich jako Jego uczniów oraz przygotowując do nadchodzącego świata.

Od czasów Georga Whitefielda i Johna Wesleya, czyli od wieku wcześniej, świat nie widział takiego ewangelizatora, który dla Chrystusa byłby w stanie poruszyć dwa kontynenty, co uczynił D.L. Moody. Można chyba powiedzieć, że trudno byłoby dzisiaj znaleźć chrześcijanina, który nigdy nie słyszał nazwiska D.L. Moody'ego. Podczas swych podróży pomiędzy Europą i Ameryką Moody osobiście zaświadczył ponad siedmiuset pięćdziesięciu tysiącom ludzi, przemawiał do ponad stu milionów, a ponad milion przyprowadził do osobistej relacji z Jezusem Chrystusem. Jednak praca i wpływ Moody'ego nie ograniczały się do nauczania. Miał udział we wzniesieniu licznych budynków zborowych oraz założył placówki edukacyjne, włączając w to szkołę w Northfield dla chłopców i dziewcząt, jak również Towarzystwo Ewangelizacyjne w Chicago, które obecnie działa jako Instytut Biblijny Moody'ego. Rozpoczął również działalność wydawnictwa pod nazwą Moody Publishing, które nadal drukuje doskonałą literaturę chrześcijańską.

Jego drogi przyjaciel i współpracownik, R.A. Torrey, tak napisał o Moodym: "Pierwszą rzeczą, która wyjaśnia, dlaczego Bóg tak potężnie używał D.L. Moody'ego, jest fakt, że był on całkowicie poddanym człowiekiem. Każdy gram jego stu trzydziestokilowego ciała należał do Boga; wszystko, kim był, i wszystko, co posiadał, w pełni należało do Boga".

D.L. Moody był człowiekiem zawsze zaangażowanym w szerzenie przesłania Ewangelii. W swej książce To the Work, to the Work [Do pracy, do pracy - przyp. tłum.] zachęca wierzących, aby pomyśleli o poważnej odpowiedzialności, powierzonej im przez Boga, by doprowadzić do przebudzenia chrześcijańskiego na całym świecie. Moody powiedział tak: "wolałbym przebudzić drzemiący Kościół niż drzemiący świat" oraz "człowiek, który robi najwięcej dobra na świecie, to nie ten, który sam pracuje, ale ten, który pobudza innych do pracy".

Chociaż Moody bardziej kładł nacisk na słowo mówione niż pisane, w roku 1896 napisał jedno ze swoich najlepszych dzieł, The Overcoming Life [Zwycięskie życie - przyp. tłum.], aby dodać odwagi wierzącym chrześcijanom w ich codziennej walce. Obecnie, po raz pierwszy od wielu lat, wydawnictwo Bridge-Logos Publishing na nowo wydaje tę wspaniałą klasykę chrześcijańską w ramach serii "Pure Gold Classics" [Klasyczne dzieła z czystego złota - przyp. tłum.]. Zwycięskie życie jest zachętą i inspiracją dla człowieka wierzącego w Chrystusa. Styl pisania Moody'ego, prosty, praktyczny i pełen przykładów z życia, podobnie jak i jego kazania, jest wciągający i zrozumiały dla wszystkich czytelników. Moody z pasją i przekonaniem wyraża niewysłowioną radość, jakiej chrześcijanin może doświadczyć dzięki zwycięstwu w codziennej walce z grzechem, ciałem, światem i diabłem. Natomiast dla osoby nienawróconej książka ta jest wezwaniem - wezwaniem, aby przyjść do Chrystusa, zaciągnąć się do Jego armii, toczyć bitwę i odnieść zwycięstwo w tym oraz w nadchodzącym życiu.

W swej książce Moody powiedział o życiu chrześcijańskim tak: "Świat, ciało i diabeł stanowią zbyt dużą siłę dla każdego człowieka. Jeśli jednak jesteśmy złączeni z Chrystusem przez wiarę i On w nas zrodził nadzieję chwały, wówczas odniesiemy zwycięstwo nad każdym wrogiem. To ludzie wierzący są zwycięzcami... Poprzez Niego będziemy więcej niż zwycięzcami".

Ewangelia zdrowia, bogactwa i powodzenia nie jest Ewangelią Biblii i Moody wiedział o tym lepiej niż większość. Mówi bowiem tak: "Jeśli mamy zdobyć koronę, musimy pracować na nią". Mówi też: "Kościół odnosił najbardziej chwalebne triumfy w czasach prześladowania... były to lata wzrostu i rozwoju. Posłuchajcie głosu Chrystusa: "Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat"" (J 16,33)2. Walka trwa cały czas, ale mamy te słowa zachęty; Jezus zapewnia nas, że na końcu odniesiemy zwycięstwo. Mamy obietnicę chwalebnego triumfu".

Do Zwycięskiego życia dołączyliśmy książkę, którą Moody napisał w roku 1884, The Way to God [Droga do Boga - przyp. tłum.]. W tym drugim dziele Moody z miłością poucza chrześcijan, w jaki sposób zbliżyć się do Boga poprzez miłość Chrystusa i w mocy Ducha Świętego. Książkę tę rozpoczyna od następujących słów: "Gdybym tylko potrafił sprawić, by ludzie pojęli znaczenie słów apostoła Jana - "Bóg jest miłością" (1J 4,8) - wziąłbym ten jeden werset i przeszedłbym cały świat, ogłaszając tę chwalebną prawdę. Jeśli potrafisz przekonać człowieka, że go kochasz, zdobyłeś jego serce. Gdybyśmy naprawdę mogli przekonać ludzi, że Bóg ich miłuje, z pewnością mielibyśmy tłumy podążające do królestwa niebios!" Przekazuje również kilka bolesnych ostrzeżeń przed odstępstwem od Boga.

W swej biografii o Moodym R.A. Torrey pisze: "Przypuszczam, że większość z was słyszała historię, którą prezydent Wilson zwykł opowiadać o D.L. Moodym. Prezydent Wilson powiedział, że kiedyś wszedł do fryzjera i usiadł na krześle obok krzesła, na którym siedział D.L. Moody, choć nie wiedział, że to był on. Nie siedział na tym krześle zbyt długo, kiedy zorientował się, "że na krześle obok siedzi jakaś wyrazista osobowość" - jak to ujął prezydent - i zaczął się przysłuchiwać toczącej się rozmowie. Usłyszał, jak Moody mówił fryzjerowi o Drodze Życia; prezydent Wilson powiedział: "Do dziś pamiętam tę scenę". Kiedy Moody wyszedł, zapytał fryzjera, kto to był. Usłyszał, że to był D.L. Moody. Prezydent Wilson powiedział: "On wywarł na mnie wrażenie, które pamiętam do tej pory"".

Dzieła te, wraz z przykuwającą uwagę biografią, dziesiątkami zdjęć oraz licznymi krótszymi dziełami Moody'ego, tworzą prawdziwie fascynującą pozycję włączoną do serii "Pure Gold Classics", która składa się ze wspaniałych książek chrześcijańskich.

Biografia D.L. Moody'ego stanowi wyjątkowe połączenie biograficznych dzieł jego dwóch synów, Williama i Paula, które przedstawiają posługę duszpasterską i życie ich ojca. Zawiera ona również szereg fragmentów biografii napisanych przez jego drogich przyjaciół, Artura Percy'ego Fitta i Rubena Archera Torrey'a. Dzięki zebraniu ich w jednym miejscu czytelnik będzie mógł poznać Moody'ego jako człowieka, ale także jako pastora i ewangelizatora.

Chociaż te pisma D.L. Moody'ego nie są tak dobrze znane jak inne wspaniałe klasyki chrześcijańskie, jestem przekonany, że zostaniecie pobłogosławieni i zachęceni do tego, by poznać i prowadzić zwycięskie życie w Chrystusie Jezusie.

 

Gene Fedele

Redaktor

Maj 2007

 

 

 

 

BIOGRAFIA

DWIGHT L. MOODY

1837-1899

Dzięki wczesnemu wychowaniu D.L. Moody był religijny, ale dzieła odrodzenia przez Ducha Bożego poprzez osobiste przyjęcie Jezusa Chrystusa doświadczył dopiero w okresie młodzieńczym, kiedy miał siedemnaście lat. Wiosną 1854 roku podczas lekcji biblijnych prowadzonych w szkole niedzielnej w zborze Mount Vernon Church jego nauczyciel stopniowo prowadził młodego Moody'ego do pełniejszego poznania Bożego planu zbawienia. Potrzebna była tylko dodatkowa osobista rozmowa, by przyprowadzić go do tego miejsca w życiu, w którym zobaczył on łaskę Bożą daną dla pokonania grzechu i wejścia w pełną harmonii relację z samym Bogiem. Sposobność do tej rozmowy nie była przypadkowym wydarzeniem. Właściwej okazji pilnie i przez modlitwę szukał nauczyciel o nazwisku Kimball. Oto jak relacjonuje przebieg nawrócenia Dwighta Moody'ego:

Byłem zdecydowany, by z nim porozmawiać o Chrystusie oraz o jego duszy, poszedłem więc do sklepu obuwniczego Holtona (gdzie pracował Moody). Kiedy już tam prawie doszedłem, zacząłem się zastanawiać, czy powinienem tam wejść w godzinach pracy. Pomyślałem, że moje odwiedziny mogą wprawić chłopca w zażenowanie, a po moim wyjściu inni pracownicy będą pytać, kim jestem, i szydzić, że próbuję zrobić z niego dobrego chłopaka. Tymczasem minąłem sklep i zauważywszy to, postanowiłem jednak tam zajrzeć i mieć to już za sobą. Znalazłem Moody'ego w tylnej części budynku zajętego pakowaniem butów. Podszedłem od razu do niego i, kładąc rękę na jego ramieniu, zacząłem go przekonywać, dosyć słabo, jak później odczuwałem, by zwrócił się do Chrystusa. Po prostu nie wiem, jakich słów użyłem, Moody też nie był w stanie tego powiedzieć. Powiedziałem mu jedynie o miłości Chrystusa do niego oraz o miłości, jakiej Chrystus chciał w zamian. I to było wszystko. Wydawało się, że ten młody człowiek był po prostu gotowy, by przyjąć światło, które go wtedy oświeciło, i tam na tyłach tego sklepu w Bostonie oddał samego siebie i swoje życie Chrystusowi.

Od chwili, kiedy Moody przyjął Chrystusa, całe jego życie się zmieniło. Wyłącznie bierne życie religijne, w którym przeżywał męczarnie z powodu ograniczeń moralnego prawa, nagle zmieniło się w życie wypełnione radosną służbą. Podczas gdy wcześniej chodzenie do zboru było dla niego jedynie obowiązkiem, od tej chwili służenie Bogu stało się jego największą radością przez prawie czterdzieści pięć lat. "Przed moim nawróceniem", jak sam to wyraził, "pracowałem, podążając ku krzyżowi, ale od tamtej pory pracowałem, wychodząc od krzyża; przedtem pracowałem, by zostać zbawionym, teraz pracuję, ponieważ zostałem zbawiony".

Czterdzieści lat później w czasie nauczania w Bostonie w taki oto sposób opisał wpływ nawrócenia na całe swoje życie:

Jedynie rzut kamieniem dzieli to miejsce w Tremont Temple od miejsca, w którym znalazłem Boga ponad czterdzieści lat temu. Chciałbym móc coś uczynić, by przyprowadzić niektórych z was, młodzi ludzie, do tego samego Boga. On był milion razy lepszy dla mnie niż ja dla Niego.

Pamiętam poranek, gdy wyszedłem z mojego pokoju, kiedy po raz pierwszy zaufałem Chrystusowi. Myślałem, że stare słońce świeci o wiele jaśniej, niż świeciło kiedykolwiek wcześniej - pomyślałem, że po prostu uśmiecha się do mnie; a gdy szedłem przez centralny park Bostonu i słyszałem śpiew ptaków na drzewach, pomyślałem, że wszystkie śpiewają pieśń dla mnie. I zakochałem się w ptakach, a nigdy przedtem nie obchodziły mnie. Wydawało mi się, że zakochałem się w całym stworzeniu. W moim sercu nie było uczucia goryczy w stosunku do żadnego człowieka i byłem gotowy przyjąć wszystkich ludzi do mego serca. Jeżeli człowiek nie doświadcza Bożej miłości, która jest szeroko rozlana w jego sercu, to nie przeżył nigdy odrodzenia. Jeśli słyszycie, że na spotkaniu modlitewnym ktoś wstaje i modli się, wytykając wady u wszystkich, możecie mieć wątpliwość co do prawdziwości jego nawrócenia; może być fałszywe. Nie jest to właściwy dźwięk, ponieważ impulsem nawróconej duszy jest miłość, a nie narzekanie na wszystkich innych i wynajdywanie wad.

 

Pragnienie Moody'ego, by Bóg używał go do przyprowadzenia młodych ludzi do Chrystusa, spełniło się w bardzo szczególny sposób. Kiedy rozdajemy chleb w obfitości, po wielu dniach odnajdujemy go. Wspomniany nauczyciel szkółki niedzielnej otrzymał błogosławieństwo w swoim własnym domu siedemnaście lat później poprzez nawrócenie jego własnego syna. Najstarszy syn Edwarda Kimballa odwiedzał wuja w mieście Worcester w stanie Massachusetts w czasie, kiedy Moody prowadził tam misję ewangelizacyjną. Po jednym z nabożeństw młody Kimball przedstawił się Moody'emu jako syn jego starego nauczyciela.

- Co takiego?! Ty jesteś synem Edwarda Kimballa z Bostonu? Jak masz na imię?

- Henry.

- Cieszę się, że mogę cię widzieć. Henry, czy jesteś chrześcijaninem?

- Nie, proszę pana. Myślę, że nie.

- A ile masz lat?

- Siedemnaście.

- Henry, kiedy ja miałem siedemnaście lat, a ty byłeś małym niemowlakiem w kołysce, twój ojciec przyszedł do mnie, położył swą rękę na moim ramieniu i poprosił mnie, bym stał się chrześcijaninem. I on był jedynym człowiekiem, który kiedykolwiek przyszedł do mnie i rozmawiał ze mną, ponieważ kochał moją duszę. Teraz ja pragnę, mój chłopcze, byś stał się chrześcijaninem. Henry, czy nie chciałbyś stać się chrześcijaninem?

- Tak, proszę pana. Myślę, że chciałbym - odpowiedział chłopak.

Usiedli razem i Moody otworzył Biblię, a chłopak uważnie słuchał jego słów, które robiły na nim coraz większe wrażenie, aż w końcu te słowa doprowadziły go do miejsca, do którego sam Moody został doprowadzony tak dawno temu.

Historia rodziny Moody'ego

Najwcześniejsze wzmianki o rodzinie Moody'ego w Ameryce sięgają czasu, kiedy John Moody przybył na ten kontynent w roku 1633. Początkowo osiadł on w Roxbury, potem przeprowadził się do doliny rzeki Connecticut, gdzie stał się jednym z pierwszych właścicieli nieruchomości w osadzie Hartford, a stamtąd przeniósł się do Hadley w stanie Massachusetts. Na początku XIX wieku Isaiah Moody i jego synowie osiedlili się w Northfield. Najstarszym z nich był Edwin, ojciec Dwighta L. Moody'ego.

 

Miejsce narodzin D.L. Moody'ego w Northfield w stanie Massachusetts

Poprzez swoją żonę Edwin Moody otrzymał znaczne dziedzictwo wywodzące się z purytanów; Holtonowie przybyli do Ameryki trzy lata wcześniej niż rodzina Moody. Wylądowali w 1630 roku i byli jednymi z pierwszych osadników w Northfield, gdzie mieszkali przez ponad dwieście lat. Rodzina ta odczuwa dumę z faktu, że od dnia pierwotnego nadania tytułu własności do starego domostwa Holtonów przez koronę brytyjską nigdy nie sporządzono żadnego aktu przeniesienia jego własności. Ta przepięknie położona farma leży na zachodnim brzegu rzeki Connecticut, milę lub dwie od ulicy Northfield, przylegając do imponującej nieruchomości zakupionej przez Moody'ego, gdzie zbudował słynną szkołę Mount Hermon School.

Betsy Holton i Edwin Moody pobrali się 3 stycznia 1828 roku. Ustalono, że ceremonia odbędzie się w Nowy Rok, ale rzeka Connecticut nie miała względu na zakochanych młodych i nieoczekiwanie wystąpiła z brzegów po nagłych roztopach. Chociaż domy państwa młodych były odległe od siebie o jedynie cztery mile, w tamtych czasach, zanim zbudowano mosty, wezbrana rzeka stanowiła przeszkodę nie do pokonania nawet dla tak zdecydowanej osoby, jaką był Edwin Moody, i ceremonia ślubu odbyła się bez odkładania jej na jeszcze późniejszy termin wyłącznie dzięki temu, że nadłożył on wiele mil, udając się na miejsce okrężną drogą. Gdy styczniowego wieczora nowożeńcy opuszczali stary dom rodziny Holtonów, by założyć nowy dom w Northfield, panna młoda miała dwadzieścia trzy lata, a jej mąż dwadzieścia osiem.

Było to małżeństwo zawarte z prawdziwej miłości pomiędzy lekkomyślnym, dziarskim i hojnym młodzieńcem i jego śliczną ukochaną. Cieszyli się swoim szczęściem przez dwanaście i pół roku. W tym czasie Bóg pobłogosławił ich związek siedmiorgiem dzieci. Ojciec, dzięki umiejętnościom i przedsiębiorczości wykazywanym w swoim zawodzie, mógł zapewnić całej rodzinie przyzwoite utrzymanie. Dwight Lyman, szóste dziecko, urodził się 5 lutego 1837 roku.

Śmierć ojca Moody'ego

To nie leżało w usposobieniu Edwina Moody'ego, by zbytnio zastanawiać się nad przyszłością, dlatego nie dziwi fakt, że nie poczynił żadnych zabezpieczeń, czy też może jakieś niewielkie, na wypadek swojej nagłej śmierci. Kiedy zatem zmarł nagle w wieku czterdziestu jeden lat, bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia, wdowa została praktycznie bez żadnych środków do życia. Sam dom rodzinny był obciążony długiem hipotecznym i gdyby nie przychylne przepisy prawa, które zapewniały wdowom prawo do pozostawionego majątku, wdowa po Edwinie Moodym i cała jej rodzina zostaliby bez dachu nad głową. Wierzyciele zabrali wszystko, co tylko mogli zabrać, nawet drewno na opał składowane w szopie, i zostawili wdowę z siedmiorgiem dzieci w ogromnych tarapatach. W tym właśnie okresie jeden z braci Betsy Moody przyszedł z pomocą i hojnie wsparł rodzinę w jej potrzebach. Zapas drewna na opał całkowicie się skończył i dzieciom powiedziano, że mają pozostawać w łóżku aż do czasu pójścia do szkoły, by było im ciepło. I wtedy właśnie na ratunek przybył "Wujek Cyrus" Holton, przywożąc drewno. A że z charakteru był samarytaninem, pociął i porąbał je, by można było je od razu użyć.

"Pamiętam wszystko doskonale", powiedział Moody w późniejszych latach, "jakby to było wczoraj; słyszałem dźwięk odrąbywanych szczap i wiedziałem, że ktoś rąbie drewno w naszej szopie i że wkrótce będziemy mieli ogień. Nigdy nie zapomnę Wujka Cyrusa wchodzącego, jak mi się wtedy zdawało, z największym stosem drewna, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem". Wspomnienia tego właśnie rodzaju zawsze sprawiały, że jego serce wypełniało szczególne współczucie dla tych, którzy znajdowali się w potrzebie.

W wielkim stopniu trosk i trudności przysporzyły matce Moody'ego narodziny bliźniaków, już po śmierci męża. W czasie długiego lata, które nadeszło, wielokrotnie wydawało się, że jest to ciężar ponad ludzkie siły.

Ponure perspektywy przyszłości złamałyby serce mniej zdeterminowane i odważne niż nieugięte serce wdowy, ale ta szczera dusza odziedziczyła niezłomną siłę i niezachwianą odwagę, które wyróżniały jej pierwszych przodków będących pionierami w Nowym Świecie, i z mocną wiarą w Boga, stanęła do walki z biedą.

Można by pomyśleć, że skoro w pojedynkę musiała się troszczyć o tak dużą rodzinę, to religijne nauki w domu poniosą szkodę, ale pani Moody uczyła swe dzieci prawdziwej religii serca, które najpierw szuka Boga i Jego sprawiedliwości.

"Ufaj Bogu" było krótkim wyznaniem prostej chrześcijańskiej wiary jego matki i dzieci już na początku swego życia uczyły się kochać Boga i modlić się do Tego, który jest siłą sierot i wdów. We wczesnych przeżyciach Dwighta i jego braci jest wiele dowodów, które świadczą, że ta lekcja została im dokładnie przekazana.

Pani Moody miała wrażliwe serce i dzieci wcześnie nauczyły się dzielić swoimi skromnymi zasobami z innymi ludźmi. Głodni nigdy nie odchodzili z pustymi rękami od ich drzwi, a nawet pewnego razu, gdy na wieczorny posiłek było niewiele jedzenia, przeprowadzono głosowanie pomiędzy najmłodszymi, czy mają podzielić się niewielkimi zapasami z biednym żebrakiem, który poprosił o pomoc. Dzieci usilnie prosiły, aby mu pomóc, i zaproponowały, żeby ich kromki były cieńsze.

Chodzenie do zboru było kwestią, która nie podlegała dyskusji w rodzinie, i było to czymś tak oczywistym jak prawa natury. A dzień odpoczynku w niedzielę, zaczynający się od zachodu słońca w sobotę i kończący się o tej samej porze w niedzielny wieczór, był dla Betsy Moody szczególnie mile widzianym czasem wytchnienia.

 

 

 

Betsy Holton Moody, matka D.L. Moody'ego, w 1867 roku

W późniejszych latach Moody z wdzięcznością wspominał to surowe wymaganie chodzenia do zboru. Z czasem zaczął patrzeć na te godziny, aczkolwiek nużące, spędzone w wiejskim zborze na przymusowym słuchaniu kazań, których nie był w stanie zrozumieć, jak na błogosławieństwo, ponieważ utrwaliły w nim nawyk chodzenia do domu Bożego. Powiedział kiedyś:

Pamiętam, jak winiłem moją matkę za to, że wysyła mnie do zboru w niedzielę [...]. Była nawet taka sytuacja, że kaznodzieja musiał posłać kogoś na balkon, by mnie obudzić. Myślałem, że to jest trudna rzecz, kiedy musisz pracować w polu przez cały tydzień, a potem każą ci iść do zboru i słuchać kazania, którego nie rozumiesz. Pomyślałem, że gdy opuszczę dom, to nie będę już chodzić do kościoła; jednak tak nabrałem nawyku chodzenia, że nie mogłem nie chodzić. Po jednej lub dwóch niedzielach znowu szedłem do domu Bożego. Tam po raz pierwszy znalazłem Chrystusa i od tamtej pory często mówiłem: "Matko, dziękuję ci, że zmuszałaś mnie do chodzenia do domu Bożego, kiedy ja nie chciałem iść".

Moody nigdy nie potrafił mówić o tamtych dniach pełnych potrzeb i przeciwności bez czułego wspominania swojej odważnej matki, której samopoświęcenie i oddanie w święty sposób strzegło dom powierzony jej opiece. A kiedy w wieku dziewięćdziesięciu lat dokończyła podróż życia i weszła do nieba odpocznienia, jej dzieci, dzieci jej dzieci oraz cała społeczność lokalna nazwali ją osobą błogosławioną. I z pewnością zasługiwała na uznanie, jakim ją obdarzyli, ponieważ wykonywała obowiązki powierzone jej przez Boga z mądrością i roztropnością, a kiedy znalazła się przed obliczem jej Mistrza, mogła zdać relację z jej wiernego szafarstwa, jakie sprawowała poprzez macierzyństwo. Zarządzanie domem, w którym było siedmiu silnych chłopców, najstarszy w wieku dwunastu lat, i dwie dziewczynki, wymagało wyjątkowego taktu i zdrowego osądu, ale ta wierna matka postępowała w tak roztropny sposób, że aż do samego końca czyniła z domu najbardziej ukochane dla rodziny miejsce na ziemi, wychowała też swoje dzieci w taki sposób, że były błogosławieństwem dla społeczeństwa.

"Przez prawie pięćdziesiąt lat wracałem do Northfield", powiedział Moody wiele lat później, gdy ten mały krąg rodzinny rozdzielił się, "i zawsze czyniłem to chętnie. Kiedy przybliżam się na odległość pięćdziesięciu mil od domu, zaczynam się robić niespokojny i chodzę w tę i z powrotem po wagonie. Wydaje mi się wtedy, że pociąg nigdy nie dotrze do Northfield. Kiedy wracam tam już po zapadnięciu zmroku, zawsze szukam światła w oknie pokoju mojej matki".

Lata chłopięce

Wczesne życie Dwighta nie różniło się bardzo od życia innych chłopców w Nowej Anglii. Chodził do szkoły jesienią i w zimie. Latem pracował na farmie sąsiada, wyprowadzając krowy na pastwisko, i za swoją pracę otrzymywał jednego centa dziennie.

Z natury Moody uwielbiał zabawę i płatanie różnych figli, co było cechą, która charakteryzowała go przez całe życie, ale która również pomagała w rozwijaniu cech przywódczych w jego późniejszej karierze zawodowej.

Dwight, zawsze pełniący rolę przywódcy w rozrabianiu, był jednym z pierwszych, który złamał zasady szkolne. Nauczycielka kazała mu zostać po lekcjach. Ponieważ szkoła miała w zwyczaju karać takie niezdyscyplinowanie przy użyciu trzciny, Moody przygotowywał się na to i był w bojowym nastroju. Nauczycielka wzięła go na stronę i zaczęła z nim rozmawiać łagodnie. To było dla niego gorsze niż kara fizyczna. Powiedziała mu: "Postanowiłam, że jeśli nie będę w stanie panować nad klasą, używając miłości, zrezygnuję. Nie będę stosować kar. Jeśli mnie kochasz, to przestrzegaj zasad". Tego dnia miłość go zdobyła!

Kiedy Dwight był już starszy, znalazł pracę w pobliskim mieście, podobnie jak jego bracia. Nigdy nie zapomniał doświadczenia, a tęsknota za domem, która opanowała go z powodu pierwszej rozłąki ze swą rodziną, pozostawiła trwałe wrażenie. Kiedyś opisał to tak:

Było nas dziewięcioro dzieci, a moja owdowiała matka z trudem wiązała koniec z końcem. Mój starszy brat znalazł mi pracę na okres zimowy w sąsiedniej miejscowości, około trzynaście mil od domu. Wcześnie rano w pewien listopadowy poranek wyruszyliśmy w naszą przygnębiającą podróż. Czy wiecie, że od tamtej pory listopad jest dla mnie ponurym miesiącem? Gdy przeszliśmy rzekę i wspięliśmy się na drugą stronę doliny, odwróciliśmy się, by po raz ostatni spojrzeć na dom. Być może było to moje ostatnie spojrzenie na tygodnie, miesiące lub może nawet na zawsze i na myśl o tym moje serce się załamało. Była to najdłuższa podróż, jaką kiedykolwiek odbyłem, ponieważ dla mnie, dziesięciolatka, trzynaście mil oznaczało więcej niż w późniejszym czasie obwód Ziemi.

Kiedy wreszcie przybyliśmy do tego miasteczka, z trudem powstrzymywałem łzy, a brat robił, co mógł, by mnie pocieszyć. Nagle wskazał na kogoś i powiedział: "Tam jest człowiek, który da ci centa. On daje jednego centa każdemu nowemu chłopcu, który przyjeżdża do miasteczka". To był słabowity, stary, siwy mężczyzna i bardzo się bałem, że mnie minie, więc szedłem tak, by znajdować się bezpośrednio na jego ścieżce. Kiedy doszedł do nas, mój brat zagadnął go, on zaś stanął i spojrzał na mnie. "Chyba nigdy przedtem cię nie widziałem. Z pewnością jesteś nowym chłopcem", powiedział. Zapytał mnie o mój dom, a następnie, kładąc trzęsącą się rękę na mojej głowie, powiedział mi, że choć nie mam ziemskiego ojca, mój Niebiański Ojciec kocha mnie i posłał swego Syna, Jezusa Chrystusa, na ziemię i On umarł za mnie. Mówił tylko przez około pięć minut, ale tak zaabsorbował moją uwagę, że zapomniałem o cencie. Potem włożył rękę do kieszeni, wyciągnął z niej nowego błyszczącego centa i dał mi go. Nie pamiętam, co się stało z tym centem, ale błogosławieństwo tego człowieka towarzyszyło mi przez ponad pięćdziesiąt lat i do dnia mojej śmierci będę czuł delikatny nacisk tej ręki na mojej głowie. Uczynek miłości niewiele kosztuje, ale uczyniony w imieniu Chrystusa będzie trwał wiecznie.

 

W 1854 roku Dwight zdecydował się pojechać do Bostonu. "Jestem już tym zmęczony! Nie zamierzam zostać tutaj ani chwili dłużej. Jadę do miasta". Rodzina bardzo sprzeciwiała się jego wyjazdowi do Bostonu, ponieważ nikt nie wierzył, że ma on jakieś szczególne kwalifikacje niezbędne do pomyślnego rozwijania kariery zawodowej w mieście. Miasta były pełne młodych ludzi szukających zatrudnienia, podczas gdy w Northfield przynajmniej miał zapewnioną stałą pracę na farmach. Jednak młody Moody postanowił, że to właśnie powinien zrobić - pojechać do Bostonu i pomimo wszystkich przeszkód szukać tam pracy.

 

Dwight L. Moody w czasie, kiedy wyjechał z domu do Bostonu

Opowiadając pewnego dnia o tych pierwszych trudnych dniach samodzielnego życia, Moody wspominał je tak:

Wydawało mi się, że dla wszystkich innych było miejsce na świecie, ale dla mnie nie było żadnego miejsca. Przez około dwa dni było we mnie uczucie, że nikt mnie nie chce. Od tamtej pory nigdy nie miałem tego uczucia i nie chcę go już nigdy mieć. Jest to okropne uczucie. Wydaje mi się, że Boży Syn musiał mieć takie uczucie, gdy był tutaj na ziemi. Nie chcieli Go. Przyszedł, by zbawić ludzi, ale oni nie chcieli dać się zbawić. Przyszedł, by podnieść człowieka, ale oni nie chcieli, aby ich podniesiono. Nie było dla Niego miejsca na świecie i nadal nie ma.

Młody Moody nie bardzo znał sposób życia w mieście i miejskie maniery, lecz wkrótce stało się oczywiste, że dzięki wrodzonej inteligencji i bystrości umysłu był jednym z najlepszych sprzedawców. Posiadając spostrzegawczość i niespożytą energię, szybko odniósł sukces. Nie zadowalał się zwykłymi metodami sprzedawcy i sprzedawał swoje towary jak handlarze w dawnych czasach, chodząc od drzwi do drzwi, a w rzeczywistości wychodził na ulicę, by przekonać niezainteresowanych przechodniów, że chcą je kupić. Nic bardziej nie dawało mu większego zadowolenia niż tego rodzaju sukcesy i nie jest zaskakujące, że miał ich wiele.

Nowe zajęcie nie zmniejszyło jego zamiłowania do płatania figli, a wręcz przeciwnie, wydawało się, że jeszcze bardziej je wzmocniło. Zawsze szukając osoby, z której mógłby sobie pożartować, znalazł kuszącą ofiarę w osobie szewca, który pracował w sklepie. Pewnego dnia w czasie jego nieobecności młody Moody ostrym nożem zrobił zgrabne nacięcie w skórzanym siedzisku skrzyni szewca. Następnie wziął kubeł z wodą i ustawił go pod siedziskiem w taki sposób, by ciężar siadającego szewca sprawił, że siedzisko zetknie się z wodą, która oczywiście wydostałaby się przez nacięcie.

Zastawiwszy tę pułapkę, żartowniś czekał na rezultat. Wkrótce wszedł szewc i usiadł. Łatwo można sobie wyobrazić efekt. Ofiara usiadła i natychmiast podskoczyła, ale gdy tylko ciężar został usunięty ze skórzanego siedziska, szczelina się zamknęła. Szewc wytarł siedzisko i znowu usiadł na nim, by rozpocząć pracę. Dopiero za trzecim lub czwartym razem odkrył, w czym był problem, a Moody musiał ratować się szybką ucieczką.

Takie były głupie zabawy żywego siedemnastolatka, lecz z tego nieszkodliwego zamiłowania do wygłupów wyrósł dorosły człowiek o miłym usposobieniu. To poczucie humoru, zdrowe upodobanie do tego, co śmieszne, jest solą wspaniałego usposobienia. Tego rodzaju człowiek, niezależnie od tego, jak żywy ma temperament, nigdy nie będzie fanatykiem, a ludzie - zwykli ludzie na ulicy - od razu to wyczuwają.

Przyjście do Chrystusa

Zgodnie z umową, na podstawie której znalazł zatrudnienie u wuja, Moody zaczął regularnie uczęszczać do zboru Mount Vernon Congregational Church. Zapisano go także na zajęcia szkoły niedzielnej oraz skierowano na spotkania biblijne dla młodzieży prowadzone przez Edwarda Kimballa.

Nowy uczeń nie znał dobrze Biblii, ponieważ w jego domu, chociaż żył zawsze w prawdziwie chrześcijańskiej atmosferze, był tylko jeden egzemplarz Bożego Słowa. Była to wielka i ciężka rodzinna Biblia, zbyt święta, by mogły do niej zaglądać ciekawskie małe dzieci i zbyt zniechęcająca dla starszych z powodu jej pokaźnych rozmiarów.

Będąc członkiem grupy młodzieżowej w zborze w Bostonie, pewnego razu na spotkaniu biblijnym siedemnastoletni Dwight poczuł się oszołomiony, gdy poproszono go o znalezienie prostego wersetu w Piśmie Świętym. Nie wiedział, jak znaleźć w Biblii Ewangelię Jana, a pozostali członkowie grupy szybko odkryli jego niewiedzę i skorzystali z tej okazji, by wprawić go w zakłopotanie. Wątpliwe jest jednak, aby pozostali rozbawieni koledzy byli bardziej ugruntowani w "czystej i nieskalanej pobożności przed Bogiem" niż on. Z pewnością żaden z nich nie był bardziej niewinny i czysty w sercu niż ten żywy wiejski chłopak bez ogłady. W rzeczywistości nawrócił się dopiero po opuszczeniu domu rodzinnego, gdy na tych niedzielnych spotkaniach jego wrażliwe sumienie i otwarte serce zostały zaproszone do przyjęcia Ewangelii, a dusza już nauczona miłowania i oddawania czci Bogu chętnie przyjęła Jego dar zbawienia.

Po nawróceniu młody Moody był tak samo energiczny i ambitny w sprawach królestwa Bożego jak w biznesie. Niektórzy starsi członkowie zboru patrzyli na jego żywego i pełnego energii ducha z obawami. W tej pierwszej wspaniałej radości płynącej z chrześcijańskiego przeżycia pragnął mieć jakiś kanał, do którego mógłby skierować swoją energię i poprzez który mógłby mieć udział w rozpowszechnianiu królestwa. Nie musiał czekać zbyt długo.

Przeprowadzka do Chicago

Młody Moody przybył do Chicago wczesną jesienią 1856 roku. Z początku napotkał podobne trudności ze znalezieniem pracy jak dwa lata wcześniej w Bostonie, kiedy jego hart ducha został poddany poważnej próbie. Jednak po dwóch dniach znalazł posadę dającą, jak się spodziewał, większe możliwości niż praca, którą zostawił, i od samego początku jego energia i właściwe rozeznanie w interesach zostały nagrodzone poprzez powierzanie mu coraz większej odpowiedzialności oraz stały wzrost dochodów.

W jego życiu w Chicago dominował ten sam gorliwy duch chrześcijański, który widoczny był w Bostonie, i po przybyciu do miasta, jak dowodzą jego listy, szybko związał się z chrześcijanami. W liście do matki, datowanym na 25 września 1856 roku, pisze:

Dotarłem do tego słynnego miasta Zachodu tydzień temu... Wczoraj wieczorem poszedłem na spotkanie modlitewne i gdy tylko się przedstawiłem, zyskałem wielu przyjaciół. Po spotkaniu podeszli do mnie i wydawali się bardzo zadowoleni, że widzą mnie, tak jakbym był ich ziemskim bratem. Bóg jest taki sam tutaj, jak był w Bostonie, i w Nim mogę znaleźć pokój.

 

 

 

Moody na początku swego pobytu w Chicago

 

 

 

Moody w wieku dwudziestu siedmiu lat, pracownik szkoły niedzielnej

Wielkie przebudzenie religijne, które przetoczyło się przez kraj w roku 1856, dotarło także do Chicago i młody Moody z całego serca cieszył się z powodu okazji i błogosławieństw, jakie ono przyniosło. Pisząc do matki w 1857 roku, wyraził ogromną radość z powodu zainteresowania, jakie ono zrodziło, wykorzystując w tym liście zwroty, których powszechnie używano w tamtym czasie:

Nie mam nic, o czym mógłbym pisać i co zainteresowałoby cię, poza tą wieścią, że w mieście jest wielkie przebudzenie. Chodzę na spotkania co wieczór. Ileż radości one mi dają! Wydaje się, że sam Bóg jest tu obecny. Mamo, módl się za nas. Módl się, by ta praca była kontynuowana, aż każde kolano się ugnie. Chciałbym, aby w Northfield było przebudzenie, by wielu przyprowadzono do owczarni Chrystusa. Mamo, trzymaj rodzinę z dala od spotkań spirytualistów, ponieważ obawiam się, że mogą zostać sprowadzeni na manowce.

Moody z wielkim powodzeniem prowadził interesy, ale jego serce coraz bardziej tęskniło za czymś więcej. W liście do matki pisze tak:

Jeśli będę zdrowy i mój Bóg będzie ze mną, powiedzie mi się tutaj w Chicago lepiej, niż kiedykolwiek myślałem. Mamo, mam nadzieję, że nie zapomnisz modlić się o swego syna na Zachodzie, otoczonego pokusami ze wszystkich stron. Od chwili nawrócenia nie pracowałem w miejscu, w którym byłoby tylu młodych mężczyzn, co tutaj. Mam nadzieję, że będziesz błagać Boga, bym żył przed nimi życiem chrześcijańskim zgodnym z Bożym Słowem. Mam nadzieję żyć przed nimi w taki sposób, by udało mi się pozyskać ich dusze dla Chrystusa. Módl się za mnie, droga Mamo.

Początki pracy chrześcijańskiej

Moody był człowiekiem, który nigdy nie zadowalał się stanem bezczynności i szukał wielu okazji do służby, by wykorzystać czas i swoją energię. Założył szkołę niedzielną Wells Street Sunday School przy misji Wells Street Mission. Tu poznał kobietę, która cztery lata później została jego żoną - Emmę C. Revell. Miała ona wówczas piętnaście lat i uczyła w tej szkole niedzielnej.

Odczuwając, że jego sukces w misji Wells Street Mission prowadzi go do większych przedsięwzięć, jesienią 1858 roku zdecydował się założyć kolejną szkołę misyjną na większą skalę w innej części miasta. Podobne sukcesy towarzyszyły tym wysiłkom i szybko stwierdzono, że potrzebna jest większa sala, która mogłaby pomieścić uczestników spotkań. Miejsce takie znaleziono w budynku North Market Hall, publicznej sali mieszczącej się nad jedną z dużych miejskich hal targowych w Chicago. Tutaj Moody wraz z przyjaciółmi rozpoczął pracę w szkole niedzielnej, która później przekształciła się w zbór Illinois Street Church, a następnie zbór Chicago Avenue Church, którego był członkiem w późniejszych latach swego życia.

Każdego dnia po zakończeniu zajęć w szkole Moody zajmował miejsce w drzwiach i wydawało się, że znał wszystkich chłopców i wszystkie dziewczynki. Każdemu uścisnął dłoń, każdego też obdarzył uśmiechem i miłym słowem. Dzieci żywiołowo zbierały się wokół niego i z pewnością po tych spotkaniach wiele razy bolało go ramię.

 

 

Budynek zboru Illinois Street Church w Chicago. Pierwszy budynek wznie- siony przez Moody'ego. Miejsce jego służby w okresie przed wielkim pożarem w Chicago

Łatwo było zobaczyć, jaki wpływ miał na życie tych młodych ludzi i dlaczego tydzień po tygodniu lgnęli do tego miejsca.

Służba na pełny etat

Podążając za Bożym prowadzeniem, w 1860 roku Moody zrezygnował z działalności w biznesie i cały swój czas poświęcił służbie chrześcijańskiej. "Największy bój, jaki stoczyłem w moim życiu, nastąpił w momencie, gdy miałem zrezygnować ze swej pracy", często mówił Moody. Stale rosnące obowiązki w jego pionierskiej pracy chrześcijańskiej nie przeszkadzały mu w odnoszeniu sukcesu w biznesie i pomimo tego, że prowadził największą szkołę niedzielną w kraju, był w stanie utrzymywać swoje stanowisko bez szkody dla interesów pracodawcy.

Mniej więcej w tym samym czasie związał się aktywnie ze zborem kongregacjonalnym mieszczącym się przy ulicy North Side. Spotkania toczyły się zbyt wolno dla Moody'ego, podszedł więc do pewnego dobrego brata i spytał go, czy na następnym spotkaniu nie zechciałby wstać i przemówić jako pierwszy. On się zgodził. Następnie Moody poszedł do kolejnych braci i umówił kolejnych trzech mówców, by wystąpili jako drugi mówca, a kolejnych trzech, aby wystąpili jako trzeci mówca. Kiedy pierwszy skończył przemawiać i przyszła kolej na następnych, kilku braci wstało jednocześnie. Ten niezwykły widok wzbudził na spotkaniu entuzjazm mający oznaki przebudzenia i tak naprawdę to wydarzenie stało się w tym zborze początkiem wielkiego duchowego ożywienia.

Dla narodu był to okres wielkiego poruszenia. Abraham Lincoln został nominowany i wybrany na prezydenta i podobnie jak wszyscy młodzi ludzie, którzy byli jego współpracownikami, Moody był głęboko zanurzony w biznesie i polityce, żywo interesując się bieżącymi wydarzeniami. Jednak w tym czasie przeżył coś, co całkowicie zmieniło jego karierę zawodową i doprowadziło go do pełnego oddania się pracy chrześcijańskiej. Poświęcił wszystkie ambicje osiągnięcia bogactwa, ale dopiero po walce, która trwała trzy miesiące. W końcu zwyciężyło przekonanie, że to, co odczuwa, jest powołaniem od Boga, i poddał własne plany planom swego Ojca. Jak doszedł do tego, że całkowicie porzucił biznes, najlepiej wyrażają jego własne słowa:

Nigdy nie straciłem z oczu Jezusa Chrystusa od chwili, gdy po raz pierwszy spotkałem go w sklepie w Bostonie, lecz przez lata byłem przekonany, że nie mógłbym pracować dla Boga. Nikt nigdy mnie nie prosił, bym cokolwiek robił.

Kiedy pojechałem do Chicago, zarezerwowałem kilka ławek w zborze; wychodziłem na ulicę i zbierałem młodych ludzi, zapełniając nimi te ławki. Nigdy nie rozmawiałem z tymi młodymi ludźmi o ich duszy; sądziłem, że to jest zadanie dla starszych zboru. Po pewnym czasie, kiedy służyłem w taki właśnie sposób, założyłem misyjną szkołę niedzielną. Myślałem, że przede wszystkim chodzi o liczby, więc pracowałem dla tych liczb. Kiedy liczba uczestników była mniejsza niż tysiąc, zaczynałem się martwić, a gdy się pojawiło tysiąc dwieście lub półtora tysiąca, byłem uszczęśliwiony. Jednak nikt się nie nawrócił; nie było żniwa.

Wtedy Bóg otworzył moje oczy! W szkole była klasa młodych dziewcząt, które bez wyjątku były najbardziej frywolne, jakie kiedykolwiek poznałem. Pewnej niedzieli nauczyciel zachorował i ja go zastąpiłem. One śmiały mi się w twarz. Miałem ochotę otworzyć drzwi, kazać im wszystkim wyjść i nigdy nie wracać.

Tamtego tygodnia nauczyciel tej klasy przyszedł do sklepu, w którym pracowałem. Był blady i wyglądał na bardzo chorego.

- W czym problem? - spytałem.

- Miałem kolejny krwotok z płuc. Lekarz powiedział mi, że nie mogę mieszkać nad jeziorem Michigan, więc wracam do stanu Nowy Jork. Myślę, że umrę.

Wydawał się bardzo zatroskany i gdy zapytałem o powód, odpowiedział:

- Nigdy nie przyprowadziłem nikogo z mojej klasy do Chrystusa. Tak naprawdę to wierzę, że uczyniłem tym dziewczętom więcej złego niż dobrego.

Nigdy przedtem nie słyszałem, by ktoś tak mówił, i to sprawiło, że zacząłem myśleć.

Po pewnym czasie powiedziałem:

- A może pojedziesz i powiesz im, co czujesz. Pojadę z tobą powozem, jeśli chcesz.

Zgodził się i wyruszyliśmy razem. To była jedna z najlepszych podróży, jaką odbyłem na tej ziemi. Pojechaliśmy do domu jednej z dziewcząt, zawołaliśmy ją i nauczyciel zaczął rozmawiać z nią o jej duszy. Wtedy nie było już śmiechu. W jej oczach szybko pojawiły się łzy. Po wyjaśnieniu drogi życia zaproponował, byśmy się pomodlili. Poprosił mnie o modlitwę. Prawdę mówiąc, nigdy w życiu nie robiłem czegoś takiego, by modlić się do Boga o nawrócenie młodej niewiasty od razu, na miejscu. Ale pomodliliśmy się i Bóg odpowiedział na naszą modlitwę.

Poszliśmy do innych domów. Wchodził na piętra bez tchu i mówił dziewczętom, po co przyszedł. Nie mijało wiele czasu, a one załamywały się i szukały drogi zbawienia.

Kiedy już zabrakło mu sił, zabrałem go do domu. Następnego dnia znowu pojechaliśmy. Po prawie dziesięciu dniach przyszedł do mnie do sklepu i twarz mu dosłownie jaśniała.

- Moody - powiedział - ostatnia dziewczyna z mojej klasy oddała swe życie Chrystusowi.

Mówię wam, mieliśmy wspaniały czas radości.

Następnej nocy musiał wyjechać, zebrałem więc jego klasę tego wieczoru na spotkanie modlitewne, a Bóg wzbudził ogień w mojej duszy, który nigdy nie zgasł. Szczytem moich ambicji było odnieść sukces jako handlowiec i gdybym wiedział, że na tym spotkaniu ta ambicja zostanie mi zabrana, być może nie poszedłbym tam. Jednak, jak wiele razy od tamtej pory, dziękowałem Bogu za to spotkanie!

 

Mając sporą sumę oszczędności zgromadzonych w czasie działalności biznesowej, Moody zdecydował się utrzymywać z niej tak długo, na jak długo mu tych pieniędzy wystarczy. Wierzył, że potrzebne środki zostaną zapewnione, jeśli na koniec tego czasu to Bóg zacznie wynagradzać jego pracę, w ten sposób pokazując, że jest to właściwy kurs, którym powinien podążać. Kiedy porzucił biznes, już nigdy nie otrzymywał regularnego wynagrodzenia z żadnego źródła.

Jak poprzednio w biznesie, w pracy chrześcijańskiej Moody także nie zważał na ścisłe konwenanse, których nie uważał za użyteczne czy efektywne - według jego praktycznej oceny - i z tego powodu wielokrotnie znajdował się w dziwnym położeniu. Działo się tak, kiedy dążył do osiągnięcia swego celu, nie zważając na to, jaka jest normalna, choć mniej bezpośrednia, metoda. Często zatrzymywał dzieci na ulicy, zapraszając je do swej szkoły niedzielnej, i prosił, by przedstawiły go swoim rodzicom, aby uzyskać ich zgodę na uczęszczanie do szkoły.

Większość dzieci, które chodziły do szkoły niedzielnej mieszczącej się w budynku North Market Hall, pochodziła z domów, w których nie było żadnego oddziaływania chrześcijańskiego. Moody odczuwał, że on ma je tylko przez jedną godzinę w tygodniu, a diabeł przez resztę czasu. Z tego powodu rozpoczął spotkania w niedzielę wieczorem. Nie minęło dużo czasu, a rozpoczęło się duchowe poruszenie i liczba nawróconych zaczęła wzrastać.

Wojna secesyjna i służba Moody'ego

Po przyjeździe do Chicago w 1861 roku Moody wstąpił do Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (Young Men's Christian Association - YMCA), którego oddział niedawno zorganizowano w tym mieście jako jeden z rezultatów ruchu przebudzeniowego, i aktywnie włączył się w spotkania modlitewne, które odbywały się w południe.

Po zrezygnowaniu z działalności biznesowej Moody poświęcał wiele czasu na pracę w organizacji YMCA (później stając się jej przewodniczącym) i był z nią ściśle związany na początku wojny secesyjnej. Udało mu się zapewnić spore wsparcie dla rozszerzenia organizacji YMCA. Jej cel określił następująco:

Wspieranie duchowych dążeń młodych mężczyzn oraz troska o ich doczesne dobro. Każdy oddział organizacji powinien być kuźnią chrześcijańskiego charakteru, skuteczną stacją misyjną, centrum spotkań społecznych i sposobem na wspieranie postępu młodych mężczyzn w ich życiowych dążeniach. Ale wraz z szerokim zakresem celów musimy zadbać o staranność szczegółów. Duchowe sprawy muszą być dominujące w wyraźny sposób. Nie można jednak stawiać związku w miejscu zboru; jest on jedynie sługą i pomocnikiem zboru. Związek musi znaleźć jakąś pracę dla każdego człowieka i wykorzystywać każdą cząstkę siły w młodych nawróconych osobach.

W dniach, które nastąpiły po ostrzale Fortu Sumter3, w Chicago dało się odczuć ogromne poruszenie, podobnie jak we wszystkich innych miastach Unii. Pierwszą służbą Moody'ego w czasie wojny było głoszenie Ewangelii żołnierzom, którzy przechodzili przez Chicago w drodze do przydzielonych im jednostek. Najciekawsza jednak okazja przydarzyła się krótko potem, gdy armia Unii wzięła do niewoli dziewięć tysięcy konfederackich żołnierzy i umieściła ich w obozie na terenie Chicago. Moody zwerbował swego przyjaciela Hawley'a, aby towarzyszył mu w obozie podczas przekazywania Ewangelii jeńcom. Po wielu wysiłkach podjętych w celu przekonania strażników, by pozwolili na tę służbę, Moody w końcu stanął za kazalnicą. Słowa Hawley'a opisują rezultat:

Moody poprowadził spotkanie i wydawało się, że Duch Święty zstąpił na tych ludzi z wielką mocą. Wychodzili do przodu - dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu na raz. Zakończyliśmy spotkanie i zaczęliśmy indywidualne rozmowy. Moody głosił i Bóg użył go we wspaniały sposób. Serca w całym zgromadzeniu stopniały i widzieliśmy silnych mężczyzn zalanych łzami. Moody wyszeptał do mnie: "Bóg jest tutaj!".

Moody próbował zdobyć dla Chrystusa wielu żołnierzy poprzez nabożeństwa uwielbienia, spotkania modlitewne, usługę pieśniami, rozdawanie Biblii, książek i traktatów oraz osobiste odwiedziny. Żołnierze bardzo go lubili i mieli wielki szacunek dla jego pełnej poświęcenia służby. Kiedy był na froncie, każdego wieczora żołnierze zbierali się wokół płonącego ogniska i słuchali jego żarliwych wezwań do nawrócenia. Często można było usłyszeć jego głos wznoszący się w modlitwie z namiotów bezbożnych.

Pod wieloma względami doświadczenia wojenne posłużyły jako przygotowanie go do większego dzieła. Dzięki temu cały kraj go zauważył. Moody nauczył się, że gdy ma się do czynienia z umierającymi ludźmi, sytuacja jest nagląca i nie można zwlekać ze sprawami dotyczącymi wiecznego zbawienia.

Ślub z Emmą Revell

Dwight L. Moody poślubił Emmę Charlotte Revell 28 sierpnia 1862 roku. Bóg pobłogosławił ich trójką pięknych dzieci, które nazwali Emma (1864), William Revell (1869) i Paul Dwight (1879). W biografii swego ojca Paul Moody przedstawia osobisty opis ich relacji:

Jeśli z perspektywy czasu nasz dom wydawał się idealny, to sekretem była moja matka. Podziw mojego ojca dla niej był bezgraniczny, tak samo jak jego miłość. Nigdy nie przestał zadziwiać go cud zdobycia miłości kobiety, którą uważał za całkowicie górującą nad nim. Żadnych dwoje ludzi nie było bardziej przeciwnymi charakterami. W czasie, gdy się poznali, on był impulsywny, szczery do bólu, dominujący i bezpośredni oraz miał niewielkie wykształcenie. Ona zaś była niezwykle tradycyjna i konserwatywna, o wiele lepiej wykształcona, lubiła czytać, posiadała wykwintny smak i była w najwyższym stopniu skromna.

W sumie okazało się, że wspaniale pasowali do siebie pod wszystkimi względami i uzupełniali się w służbie, do której Moody został powołany przez Boga.

 

Emma i Dwight Moody w roku 1864 i 1896

Informacje o książce

Tytuł oryginału: The Overcoming Life

Autor: Dwight L. Moody

Tłumaczenie: Jagoda Greszta

Redakcja: Krystyna Stobierska

Korekta: Anna Kurek, Agnieszka Luberadzka

Przygotowanie e-booka: Marta Legierska

Projekt graficzny okładki: Sylwia Cupek

 

Copyright ? 2007 by Bridge-Logos edited by Gena Fedele

Oryginally Published in English under the title:

The Overcoming Life by Dwight L. Moody

Published by Bridge-Logos, Newberry, Florida 32669 USA

All rights reserved.

Copyright ? for the Polish edition by Wydawnictwo Szaron, 2021

Copyright ? for the Polish translation by Wydawnictwo Szaron, 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii, to jest Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu (Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1975).

Wydawca:

Szaron

Wydawnictwo | Księgarnia | Hurtownia Szaron

ul. 3 Maja 49a, 43-450 Ustroń

tel. 503 792 766

wydawnictwo@szaron.pl

zamowienia@szaron.pl

szaron.pl

Książkę można nabyć u wydawcy.

 

Wydanie I, Ustroń 2022

ISBN 978-83-8247-098-7