Zwłokopolscy. Władcy nocy - Marcin Pałasz

-
Proszę czekać

Wrocław. Pierwszy dzień wakacji

Jesz­cze po­przed­nie­go dnia Szkod­nik był go­tów za­mer­dać jak pies z ra­do­ści, gdyż oto za­czy­na­ły się wa­ka­cje! W do­dat­ku wcze­śniej­sze czerw­co­we dni były zwy­czaj­nie brzyd­kie, desz­czo­we i mgli­ste, a nie­spo­dzie­wa­na zmia­na fron­tów at­mos­fe­rycz­nych spra­wi­ła, że na naj­bliż­sze dni i ty­go­dnie wszy­scy syn­op­ty­cy - i ci z ra­dia, i z te­le­wi­zji, i z in­ter­ne­tu - za­po­wia­da­li cie­pło i dużo słoń­ca. Co praw­da, bab­cia Bą­bla, pani Ha­lin­ka, za­wsze mó­wi­ła, że je­śli w te­le­wi­zji sły­szy, że ma być po­god­nie, to za­zwy­czaj za­bie­ra ze sobą pa­ra­sol. Te­raz jed­nak są te wszyst­kie sa­te­li­ty, ba­lo­ny, sta­cje po­go­do­we... Może tym ra­zem spe­ce od po­go­dy nie da­dzą pla­my?

Wszyst­ko więc po­win­no być w po­rząd­ku, ale nie­ste­ty nie było.

Szkod­nik miał pro­blem.

Sie­dział przy swo­im biur­ku i roz­pacz­li­wie wpa­try­wał się w ta­blet le­żą­cy przed nim na bla­cie. Do­tknął go lek­ko, za­wa­hał się i cof­nął dłoń, po czym cięż­ko wes­tchnął. Miał po­tęż­ny dy­le­mat. Wes­tchnął raz jesz­cze i się­gnął w koń­cu po spo­czy­wa­ją­cy obok te­le­fon. Mu­siał, po pro­stu mu­siał z kimś o tym po­ga­dać! Jego dziew­czy­na Ka­mi­la była da­le­ko, bo aż w Ku­do­wie, a poza tym nie zo­sta­ła wta­jem­ni­czo­na w dziw­ne wy­da­rze­nia, któ­re sta­ły się jego udzia­łem ja­kiś czas temu. Tym ra­zem bo­wiem osła­wio­na szko­dli­wość Fer­dy­nan­da, piesz­czo­tli­wie zwa­ne­go przez bliż­szych i dal­szych zna­jo­mych Szkod­ni­kiem, prze­szła chy­ba wszel­kie gra­ni­ce i osta­tecz­nie udo­wod­ni­ła, że nada­ne mu prze­zwi­sko jest jak naj­bar­dziej słusz­ne...

W tej chwi­li drzwi się uchy­li­ły i do po­ko­ju zaj­rza­ła mama. Są­dząc po jej wy­glą­dzie, była po wi­zy­cie u fry­zje­ra, ale Szkod­nik przy­zwy­cza­jo­ny był już do jej eks­tre­mal­nych prze­mian. Może, gdy pew­ne­go dnia wpad­nie na po­mysł zgo­le­nia gło­wy na łyso, to on ja­koś na to za­re­agu­je... Wes­tchnął cięż­ko na jej wi­dok i za­wa­hał się, roz­my­śla­jąc nad tym, jak by tu ją szyb­ko spła­wić.

- Co tam, Szkod­nicz­ku? - za­gad­nę­ła. - Na­my­śli­łeś się już?

Jej wzrok padł na ta­blet, a po­tem prze­su­nął się na za­sę­pio­ną twarz syna.

- Czym się... - za­czę­ła, ale nie zdo­ła­ła do­koń­czyć.

- Mamo, co dziś na obiad?! - do­biegł z głę­bi domu wrzask Piotr­ka, Szkod­ni­ko­we­go bra­ta. Pani Wie­sła­wa prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Spy­taj pani Kry­si! - od­krzyk­nę­ła.

- Pani Anie­li - sko­ry­go­wał od­ru­cho­wo Szkod­nik. Pani Kry­sia, po­przed­nia go­spo­sia, zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy u nich za­le­d­wie dwa dni temu. Do imie­nia no­wej go­spo­si trze­ba się było przy­zwy­cza­ić.

- Spy­taj pani Anie­li! - krzyk­nę­ła mama raz jesz­cze, po­trzą­sa­jąc gło­wą. - Po­win­nam już pa­mię­tać jej imię. A jak na ra­zie wiem tyl­ko tyle, że dziś pie­cze cia­sto droż­dżo­we...

Zza jej ple­ców jak na za­wo­ła­nie wy­chy­li­ła się uta­pi­ro­wa­na gło­wa pani Anie­li.

- Mam na­dzie­ję, że nie na­ro­bi­li so­bie pań­stwo sma­ku na to cia­sto? - spy­ta­ła ba­sem, na co Szkod­nik drgnął ner­wo­wo. Głę­bo­ki głos go­spo­si z nie­wia­do­mych po­wo­dów przy­pra­wiał go o nie­po­kój. Jak­by jesz­cze mało miał ner­wów i nie­po­ko­ju...

- Coś się sta­ło? - Zdzi­wio­na mama od­wró­ci­ła się.

- Droż­dżo­we­go cia­sta nie bę­dzie - za­ko­mu­ni­ko­wa­ła po­sęp­nie go­spo­sia, ocie­ra­jąc dło­nie o far­tuch. - Pani ku­pi­ła chy­ba ja­kieś smut­ne droż­dże, nic nie uro­sło. Wszyst­ko do wy­rzu­ce­nia. A na obiad bę­dzie pie­czeń w so­sie bro­ku­ło­wym i mło­de ziem­niacz­ki.

- Pani to po­wie Piotr­ko­wi - wes­tchnę­ła pani Wie­sła­wa, go­dząc się bez opo­rów z de­pre­sją i praw­do­po­dob­nym sa­mo­bój­stwem droż­dży w swo­jej kuch­ni.

- A, Pio­trek! - oży­wi­ła się pani Anie­la. - Zaj­rza­łam do jego po­ko­ju, wszyst­kie kwiat­ki uschnię­te na amen. Nie pod­le­wał ich, opraw­ca flo­ry­stycz­ny. Naj­le­piej bę­dzie, jak przy­nio­sę z domu nowe sa­dzon­ki...

Wresz­cie wy­da­ła z sie­bie ba­so­wy po­mruk i znik­nę­ła, zaś mama po­now­nie skie­ro­wa­ła uwa­gę na swo­je­go młod­sze­go syna.

- Czymś się przej­mu­jesz? - spy­ta­ła z lek­kim zdu­mie­niem, gdyż sło­necz­ny wi­dok za oknem ja­skra­wo kon­tra­sto­wał z dziw­nie po­nu­rą miną jej za­zwy­czaj po­god­ne­go dziec­ka. Cho­ciaż ten wiek do­ra­sta­nia bywa dziw­ny...

Szkod­nik ma­rzył, by zo­sta­wio­no go w spo­ko­ju jak naj­szyb­ciej, lecz mu­siał ro­bić do­brą minę do złej gry. Tego tyl­ko bra­ko­wa­ło, aby jesz­cze ro­dzi­na za­czę­ła coś po­dej­rze­wać! Po­spiesz­nie więc przy­wo­łał na twarz coś, co w za­mie­rze­niu mia­ło sta­no­wić lek­ki i bez­tro­ski uśmiech, ale na ten wi­dok mamę aż za­tka­ło.

- Coś cię boli? - za­py­ta­ła prze­ra­żo­na, pod­cho­dząc do nie­go i kła­dąc mu dłoń na czo­le. - Aż ci twarz wy­krzy­wi­ło! Ale go­rącz­ki nie masz.

- Nic mi nie jest! - jęk­nął Szkod­nik, po­sta­na­wia­jąc na wszel­ki wy­pa­dek już nig­dy się nie uśmie­chać. - Wszyst­ko w po­rząd­ku, sło­wo!

Wzrok mamy padł na biur­ko.

- A jak tam nowy ta­blet? - spy­ta­ła z za­cie­ka­wie­niem, uspo­ko­jo­na w kwe­stii zdro­wia po­tom­stwa. - Dzia­ła? Cze­mu nie jest włą­czo­ny? Tak ci na nim za­le­ża­ło!

Ta­blet był pre­zen­tem z oka­zji za­koń­cze­nia roku szkol­ne­go. Oce­ny, ja­kie zdo­był w tym roku - szcze­gól­nie z przed­mio­tów ści­słych - zdu­mia­ły całe oto­cze­nie. Gdy­by tyl­ko to oto­cze­nie wie­dzia­ło, kto udzie­lał Szkod­ni­ko­wi ko­re­pe­ty­cji! Tak czy in­a­czej, pre­zent był za­słu­żo­ny; Szkod­nik o ta­ble­cie ma­rzył od da­wien daw­na, zaś ze swo­je­go kie­szon­ko­we­go mu­siał­by od­kła­dać na za­kup ład­nych parę lat. Nie za­mie­rzał się bo­wiem za­do­wo­lić byle czym.

- Nie do­ty­kaj!!! - wrza­snął od­ru­cho­wo, wi­dząc, że dłoń mamy nie­bez­piecz­nie zbli­ża się do przed­mio­tu sta­no­wią­ce­go głów­ny po­wód jego dzi­siej­sze­go na­stro­ju. - To zna­czy... prze­pra­szam, nie ru­szaj. Bo on te­raz, yyy... on się ak­tu­ali­zu­je. Ro­bię upda­te dri­ve­rów, ro­zu­miesz.

Ostat­nie sło­wa, do­sko­na­le zro­zu­mia­łe dla więk­szo­ści na­sto­lat­ków, pa­nią Wie­sła­wę przy­pra­wi­ły o lek­kie zmie­sza­nie, na co Szkod­nik zresz­tą li­czył. Po­spiesz­nie cof­nę­ła dłoń.

- Up... no tak, ja­sne - rze­kła nie­pew­nie. - To jak już skoń­czysz, zej­dziesz na dół? Po­roz­ma­wia­my o wa­ka­cjach. A te­raz nie będę ci już prze­szka­dza­ła... - Po czym wy­szła, zo­sta­wia­jąc za sobą ulot­ny za­pach per­fum Cha­nel nr 19.

Roz­dy­go­ta­ny Szkod­nik ode­tchnął głę­bo­ko i przy­mknął na mo­ment oczy. Na­stęp­nie się­gnął po te­le­fon i na wszel­ki wy­pa­dek za­mknął od środ­ka drzwi do po­ko­ju.

Po kil­ku sy­gna­łach usły­szał z ulgą zna­jo­my głos.

- Gu­ciu...! - nie­mal jęk­nął z ra­do­ści. - Słu­chaj, bo na­ro­bi­łem cze­goś ta­kie­go, że szko­da ga­dać.

- Sko­ro szko­da ga­dać, to po co do mnie dzwo­nisz? - zdu­miał się Gu­cio, jak zwy­kle wy­ka­zu­jąc swo­je słyn­ne po­czu­cie hu­mo­ru. - Mamy o tym po­mil­czeć, jak ro­zu­miem?

Gu­cio, mimo że parę lat star­szy od Szkod­ni­ka, był jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ta­kim od ser­ca. Naj­waż­niej­sze w nim było to, iż nig­dy nie da­wał od­czuć, że jest star­szy; za­wsze trak­to­wał go jak rów­ne­go. I to Szkod­ni­ko­wi po­do­ba­ło się naj­bar­dziej. A przy tym był kimś, do kogo moż­na było mieć ab­so­lut­ne za­ufa­nie. Je­śli Szkod­nik zwie­rzy mu się ze wszyst­kie­go i po­pro­si o mil­cze­nie, to Gu­cio - choć­by go roz­pie­ra­ło - nie po­wie o tym ni­ko­mu. Na­wet swo­jej dziew­czy­nie Lut­ce!

- Mi­nu­ta ci­szy też się przy­da - od­parł zgryź­li­wie Szkod­nik, po­pra­wia­jąc słu­chaw­kę uwie­ra­ją­cą go w ucho. - To już na koń­cu, gdy sta­nie się naj­gor­sze. Ale może się nie sta­nie?

- Coś ty zno­wu na­ro­bił? - mruk­nął Gu­cio w za­my­śle­niu, a w tle dał się sły­szeć dziew­czę­cy głos: "Z kim roz­ma­wiasz?".

- Lut­ka jest z tobą? - spy­tał Szkod­nik z lek­ką oba­wą, gdyż za­le­ża­ło mu na roz­mo­wie z przy­ja­cie­lem w czte­ry oczy. To zna­czy, w dwie pary uszu.

- Jest - przy­tak­nął Gu­cio. - Ze Szkod­ni­kiem roz­ma­wiam! Lut­ka, uwa­żaj, on wcho­dzi po fi­ran­ce... a do­pie­ro co był na sza­fie. Pil­nuj go!

- Gu­ciu - jęk­nął Szkod­nik. - Bła­gam cię, to jest waż­ne! Może... może się spo­tka­my?

- Mo­że­my - od­parł przy­ja­ciel po krót­kiej chwi­li na­my­słu. - Ale nie mogę wziąć Lut­ki, bo musi pil­no­wać Ksa­we­re­go.

Szkod­nik nie miał po­ję­cia, kim jest Ksa­we­ry, jed­nak w tej chwi­li mało go to ob­cho­dzi­ło. A w do­dat­ku na­wet nie mu­siał na­le­gać, by Gu­cio przy­szedł sam! Może aku­rat ten dzień przy­nie­sie roz­wią­za­nie drę­czą­ce­go go pro­ble­mu?

*

Bar Ka­nap­ka jak zwy­kle sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia i wy­my­ślił taką cu­dow­nie sma­ko­wi­tą no­wość, że na­wet Szkod­nik - nie bar­dzo lu­bią­cy ga­stro­no­micz­ne no­win­ki - dał się sku­sić. Ka­nap­ka z żyt­niej ba­giet­ki z kar­bo­wa­ną sa­ła­tą, odro­bi­ną po­mi­do­ra i ogór­ka, pla­strem so­czy­stej szyn­ki oraz fran­cu­skim so­sem vi­na­igret­te (po pol­sku na­zy­wa­nym wi­ne­gret) oka­za­ła się czymś tak nie­wia­ry­god­nie pysz­nym, że po pierw­szym kę­sie za­mó­wił dru­gą.

- No więc? - spy­tał krót­ko Gu­cio opar­ty o ka­na­pę po dru­giej stro­nie sto­li­ka. - A w ogó­le cze­mu wy­bra­łeś miej­sce w sa­mym ką­cie? Tu jest ciem­no!

- Ale wszy­scy inni sie­dzą przy oknie albo na ta­ra­sie - od­parł Szkod­nik lo­gicz­nie. - I o to cho­dzi­ło. Słu­chaj, bo ja za­bra­łem coś... To zna­czy nie za­bra­łem, tyl­ko za­mie­ni­łem. Zu­peł­nie nie­chcą­cy. I wiem, że po­wi­nie­nem od­dać, z tym nie bę­dzie pro­ble­mu, bo na pew­no na mnie nie na­krzy­czą. Tyle że może się przy­dać, więc chciał­bym to za­trzy­mać na kil­ka dni. I mam dy­le­mat, no kur­czę! Nie wiem kom­plet­nie, co zro­bić. Po­móż!

Gu­cio za­marł w po­ło­wie ko­lej­ne­go kęsa już po pierw­szych sło­wach Szkod­ni­ka, a w mia­rę roz­krę­ca­nia się tej prze­mo­wy jego oczy ro­bi­ły się co­raz więk­sze.

- I tyl­ko tyle? - spy­tał nie­pew­nie, gdy młod­szy ko­le­ga w koń­cu za­milkł. - Nic nie ro­zu­miem. Co ta­kie­go za­bra­łeś? I komu?

Szkod­nik za­wa­hał się. Przy­gryzł usta, po­dra­pał się ner­wo­wo po uchu i spoj­rzał nie­pew­nie na Gu­cia.

- Ale ja w ta­kim ra­zie mu­siał­bym ci opo­wie­dzieć wszyst­ko od po­cząt­ku! - jęk­nął, gdyż znie­nac­ka do­tar­ła do nie­go ta oczy­wi­sta praw­da. Istot­nie: nikt, na­wet Gu­cio, nie był w sta­nie mu po­móc, je­śli nie bę­dzie wie­dział wszyst­kie­go.

- I to by­ło­by ta­kie złe? - zdzi­wił się Gu­cio, po­now­nie wgry­za­jąc się w ka­nap­kę i przy­trzy­mu­jąc zsu­wa­ją­cy się z niej ka­wa­łek ogór­ka. - Chy­ba że to ści­śle taj­ne. Nie mów tyl­ko, że zwi­ną­łeś ja­kiś pro­to­typ czap­ki nie­wid­ki z rzą­do­we­go la­bo­ra­to­rium...

Na­gle za­milkł, gdyż Szkod­nik przy­glą­dał mu się z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- No, nie mów! - wy­krzyk­nął w koń­cu, nie ba­cząc, że na spodnie spa­da mu pla­ste­rek po­mi­do­ra. - Z rzą­do­we­go...?!

- Go­rzej. - Szkod­nik wes­tchnął i oparł gło­wę na dło­niach, wpa­tru­jąc się w blat sto­łu. - Tyl­ko pa­mię­taj, ni­ko­mu ani sło­wa!

Po czym za­czął opo­wieść. O nie­zwy­kłej ro­dzi­nie Ko­vval­skich, o Wro­gach, o VAL­KI­RII, któ­ra sta­ła się VA­CŁA­VEM, o Ge­rar­dzie, Pi­te­rze i Ego­nie, o Ame­lii Ear­hart i pi­lo­to­wa­nej przez nią "Au­ro­rze", o Al­ber­cie Ein­ste­inie i in­nych wy­bit­nych oso­bi­sto­ściach, któ­re zdą­żył po­znać, a z nie­któ­ry­mi na­wet się za­przy­jaź­nić...

*

Pół­to­rej go­dzi­ny póź­niej Gu­cio sie­dział cią­gle na­prze­ciw­ko Szkod­ni­ka. Przez ten czas nie ode­zwał się ani jed­nym sło­wem, nie ugryzł kęsa ka­nap­ki, wy­pił je­dy­nie pięć szkla­nek wody mi­ne­ral­nej, któ­rą przy­tom­nie za­ma­wiał co ja­kiś czas Szkod­nik, wi­dząc, jak wy­glą­da jego star­szy przy­ja­ciel. Gu­cio był bla­dy, pra­wie nie mru­gał ocza­mi i od­dy­chał bar­dzo po­wo­li.

- I wte­dy za­pro­si­li mnie w koń­cu do In­sty­tu­tu - cią­gnął Szkod­nik swo­ją opo­wieść. - To jest In­sty­tut Rze­czy Dziw­nych, oni tam wszy­scy pra­cu­ją. Wiesz, w ta­jem­ni­cy, nad róż­ny­mi rze­cza­mi. Nie po to, by zdo­być świat ani nic w tym sty­lu, tyl­ko po to, by po­móc, gdy ludz­kość wresz­cie zde­cy­du­je się sama sie­bie wy­koń­czyć przez tych dur­nych po­li­ty­ków i za­nie­czysz­cze­nia. Tyle że do In­sty­tu­tu nie da się nor­mal­nie wejść, on jest... jak to mó­wił pan Al­bert... poza cza­sem i prze­strze­nią. Mię­dzy wy­mia­ra­mi czy ja­koś tak.

- Al­bert... Ein­ste­in...? - szep­nął Gu­cio sła­bym gło­sem, i to były jego pierw­sze sło­wa od dłu­gie­go cza­su.

- No, tak - od­parł nie­cier­pli­wie Szkod­nik. - Albo może to po­wie­dział Niels Bohr, nie pa­mię­tam. I by­łem tam wczo­raj. Wzią­łem ze sobą ta­blet, wiesz, ten, któ­ry do­sta­łem jako na­gro­dę za stop­nie. Po­ka­za­li mi ta­kie rze­czy, że trud­no uwie­rzyć, och!

Na samo wspo­mnie­nie za­milkł na mo­ment, a oczy mu roz­bły­sły. Po chwi­li zno­wu jed­nak zmar­kot­niał.

- Na ko­niec by­li­śmy w La­bo­ra­to­rium Cza­su - wró­cił do te­ma­tu. - To tam głów­nie sie­dzi pan Bohr, Max Born i paru in­nych. No i Ste­phen Haw­king, o ile aku­rat nie ma wy­kła­dów.

Gu­cio wy­dał z sie­bie krót­kie chark­nię­cie i po­sta­wił oczy w słup. Przy­ja­ciel po­spiesz­nie pod­su­nął mu ko­lej­ną szklan­kę wody, któ­rą tam­ten łap­czy­wie wy­pił. Gdy od­sta­wiał ją drżą­cy­mi rę­ka­mi, Szkod­nik po­my­ślał, że Gu­cio naj­wy­raź­niej przedaw­ko­wał. Nie tyle wodę, ile jego opo­wieść. Ja­kie miał jed­nak Szkod­nik wyj­ście? Mu­siał mu wszyst­ko opo­wie­dzieć!

- I wła­śnie tam, w La­bo­ra­to­rium Cza­su, się po­my­li­łem. - Prze­szedł do fi­na­łu swo­jej hi­sto­rii, a za­ra­zem jej naj­waż­niej­sze­go frag­men­tu: - Bo wiesz, ich ce­lem jest opra­co­wa­nie urzą­dze­nia umoż­li­wia­ją­ce­go prze­miesz­cza­nie lu­dzi w cza­sie. No i nie tyl­ko lu­dzi, są też prze­cież inni...

Wi­dząc, jak Gu­cio si­nie­je, po­sta­no­wił po­mi­nąć te wąt­ki.

- Na ra­zie tyl­ko mogą prze­sko­czyć o je­den dzień w przy­szłość lub w prze­szłość - cią­gnął. - I to nie tak, że ko­goś tam wy­sy­ła­ją, ale tak, że wie­dzą na przy­kład, co się sta­nie ju­tro. A to już coś, no nie? Upa­ko­wa­li tę tech­no­lo­gię w ta­ble­cie. I już wczo­raj wie­dzia­łem, ja­kie nu­me­ry w lot­to dziś pad­ną, bo dali mi się tym po­ba­wić!

- Boże...! - wy­rwa­ło się Gu­cio­wi, ale Szkod­nik spoj­rzał na nie­go kar­cą­co.

- Żad­ne tam "Boże!" - rzekł su­ro­wo. - No do­bra, przy­znam się, mnie też ku­si­ło... Ale tak nie wol­no. Tłu­ma­czy­li mi dla­cze­go, ale nie zro­zu­mia­łem wszyst­kie­go.

- I co da­lej? - wy­szep­tał Gu­cio, dla od­mia­ny czer­wie­nie­jąc i ocie­ra­jąc pot z czo­ła.

- Po­tem po­ka­za­li mi coś jesz­cze, a gdy już mie­li­śmy wra­cać do ich domu w Pie­trzy­ko­wie, zo­rien­to­wa­łem się, że zo­sta­wi­łem mój ta­blet na sto­le w La­bo­ra­to­rium Cza­su. Wró­ci­łem po nie­go, po­tem prze­szli­śmy do schow­ka na szczot­ki w ich domu... to ta­kie przej­ście, ro­zu­miesz. I chy­ba sam się do­my­ślasz, co się sta­ło.

Ostat­nie sło­wa Szkod­ni­ka za­wi­sły w za­pa­da­ją­cej na­gle ci­szy. Te­raz to on po­czuł, że w gar­dle okrut­nie mu za­schło od cią­głe­go mó­wie­nia, więc łap­czy­wie wy­pił dwie szklan­ki wody z rzę­du. Kel­ner, któ­ry od dłuż­sze­go cza­su zer­kał na nich od stro­ny baru, bez py­ta­nia przy­niósł im ko­lej­ną bu­tel­kę wody. Tym ra­zem pół­to­ra­li­tro­wą.

- Jesz­cze ka­na­pecz­kę? - spy­tał bez więk­szej na­dziei, gdyż tych dwóch na­sto­lat­ków za­cho­wy­wa­ło się nie­ty­po­wo. Li­czył tyl­ko na to, że za­pła­cą, za­nim wyj­dą.

Gu­cio spoj­rzał na nie­go oszo­ło­mio­nym wzro­kiem.

- Ale... Ein­ste­in?! - rzekł roz­pacz­li­wie, a prze­ra­żo­ny Szkod­nik kop­nął go pod sto­łem.

- Raz ka­nap­ka "Ein­ste­in", już przy­no­szę! - ucie­szył się kel­ner, od­zy­sku­jąc wia­rę w na­pi­wek.

Szkod­nik po­spiesz­nie zer­k­nął do menu i z wes­tchnie­niem ulgi od­na­lazł w nim ka­nap­kę o ta­kiej wła­śnie na­zwie. Uznał, że los naj­wy­raź­niej dzi­siaj nad nim czu­wa.

- Uspo­kój się! - za­żą­dał, pa­trząc na Gu­cia bła­gal­nie. - Wy­pij tę wodę albo nie wiem, co zrób. Sko­czyć do ap­te­ki po coś na uspo­ko­je­nie?

Przy­ja­ciel przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w nie­go tę­pym wzro­kiem, po czym na­gle się oży­wił.

- Mu­szę... do to­a­le­ty - wy­mam­ro­tał, po­de­rwał się i znik­nął w rogu sali. Szkod­nik spoj­rzał na bu­tel­kę z wodą i na­gle po­ki­wał gło­wą ze zro­zu­mie­niem. No, tak. Aż dziw­ne, że wy­trzy­mał tak dłu­go!

Dwie mi­nu­ty póź­niej Gu­cio opadł na swo­je miej­sce z cięż­kim wes­tchnie­niem. Na jego twa­rzy cią­gle jed­nak ma­lo­wa­ło się cał­ko­wi­te osłu­pie­nie.

- Ile pal­ców wi­dzisz? - spy­tał Szkod­nik nie­spo­koj­nie, po­ka­zu­jąc dłoń z wy­sta­wio­ny­mi dwo­ma pal­ca­mi.

- Wto­rek - od­parł Gu­cio nie­przy­tom­nie i drgnął, gdy na sto­li­ku przed nim zja­wi­ła się za­mó­wio­na nie­chcą­cy ka­nap­ka.

- Nie jest z tobą tak źle! - ucie­szył się Szkod­nik i po­dra­pał po uchu. - I co o tym są­dzisz?

- Kel­ner? - Przy­ja­ciel uniósł gło­wę i wska­zał na Szkod­ni­ka. - Pro­szę to za­brać.

Po chwi­li zdu­mie­nia obaj - kel­ner i Szkod­nik - par­sk­nę­li śmie­chem, a młod­szy z nich ode­tchnął z ogrom­ną ulgą. Je­śli Gu­cio­wi wra­ca po­czu­cie hu­mo­ru, to zna­czy, że do­cho­dzi do sie­bie.

- A te­raz... - za­czął Gu­cio bła­gal­nie, gdy kel­ner się od­da­lił. - Te­raz po­wiedz mi, pro­szę, że zre­la­cjo­no­wa­łeś przed chwi­lą ja­kiś nie­sa­mo­wi­cie skom­pli­ko­wa­ny film scien­ce fic­tion, któ­ry za­czę­li wy­świe­tlać w ki­nach, tyl­ko ja go prze­ga­pi­łem.

- Nie ma tak ła­two. - Szkod­nik wes­tchnął cięż­ko i zno­wu jak­by oklapł. - Też bym tak chciał... ale nie. To wszyst­ko praw­da.

- I wu­jek Bru­non?

- Tak, na­praw­dę miesz­ka w stud­ni, bo ciot­ka Ade­la do­pie­ro koń­czy prze­kształ­cać go z po­wro­tem w czło­wie­ka. Nie­daw­no za­czę­ły za­ni­kać mu skrze­la. I jest Ge­rard, któ­ry... no, nie wia­do­mo, czym jest. I su­per­taj­ny po­jazd "Au­ro­ra" z ich se­kret­nej bazy w Biesz­cza­dach. I na­praw­dę pi­lo­tu­je go Ame­lia Ear­hart, cała i zdro­wa. I...

- Do­brze już, do­brze. - Tym ra­zem to Gu­cio cięż­ko oparł gło­wę na dło­niach, a jego błę­kit­ne oczy jak­by tro­chę przy­ga­sły. - I je­śli do­brze zro­zu­mia­łem fi­nał, to nie­chcą­cy zwi­ną­łeś ich ta­blet, za­miast wziąć swój, tak?

- Tak.

- I za­sta­na­wiasz się, co zro­bić?

- Tak.

- Ale cze­mu? Wa­hasz się, czy nie za­grać jed­nak w lot­to, czy jak...?

- Osza­la­łeś?! - obu­rzył się Szkod­nik, wy­cią­ga­jąc z ple­ca­ka coś, na wi­dok cze­go Gu­cio ze­sztyw­niał i wci­snął się w opar­cie swo­jej ka­na­py. - Sam zo­bacz! Po­łącz się z sie­cią i otwórz do­wol­ny por­tal z wia­do­mo­ścia­mi!

- Nie chcę - od­parł Gu­cio sta­now­czo, pa­trząc z prze­ra­że­niem na ów wy­twór nie­po­ję­tej tech­no­lo­gii le­żą­cy na sto­li­ku tu, w naj­zwy­klej­szej, do bólu zna­jo­mej ka­wiar­ni. Ten przed­miot wy­wra­cał do góry no­ga­mi cały jego świat. - Sam so­bie otwórz!

- Więc wła­śnie otwo­rzy­łem, dziś rano. - Szkod­nik wes­tchnął, su­wa­jąc pal­cem po wy­świe­tla­czu. - I wte­dy się zo­rien­to­wa­łem, że po­ka­zu­je wia­do­mo­ści z ju­tra. O, po­patrz: "Nie­zwy­kły po­ród we wro­cław­skiej tak­sów­ce...". Hmm, nie, to aku­rat skoń­czy­ło się do­brze, tyl­ko tak­sów­karz ze­mdlał, ale go ocu­ci­li. Ale tu­taj, o! "Tra­gicz­ny w skut­kach wy­buch gazu w ka­mie­ni­cy na Bro­cho­wie". I co ty na to?!

- O, mój Boże - jęk­nął przy­ja­ciel i na mo­ment za­mknął oczy. - Cze­kaj, to­bie cho­dzi o to, żeby temu... ja­koś... za­po­biec?

Szkod­nik spoj­rzał mu w oczy z po­sęp­ną de­ter­mi­na­cją.

- Czy­li ro­zu­miesz. I co te­raz? Mam to od­dać czy za­cho­wać przez kil­ka dni?

- Cze­mu?! - spy­tał Gu­cio, pa­trząc w su­fit. - Cze­mu to spo­tka­ło aku­rat mnie?!

- Ego­ista! - obu­rzył się Szkod­nik. - A ja to niby co?

- Ty na­ro­bi­łeś tego za­mie­sza­nia!

- Ale do CIE­BIE zwró­ci­łem się o radę! Do­ceń to, pa­sku­dzie ty je­den!

Na dłu­gą chwi­lę za­pa­dła ci­sza. W od­da­li kel­ner za­wa­hał się, zer­k­nął na ko­lej­ną bu­tel­kę wody mi­ne­ral­nej, lecz po na­my­śle zre­zy­gno­wał na ra­zie.

- Na­praw­dę tyl­ko to­bie mo­głem się zwie­rzyć - rzekł w koń­cu Szkod­nik zmę­czo­nym gło­sem. - No, bo komu? Pi­te­ro­wi nie, on jest ich sy­nem i mu­siał­by od razu im o tym po­wie­dzieć. Egon? On z ko­lei nie­daw­no wy­szedł z lasu i cią­gle myli Con­nec­ti­cut z Ki­te­kat. Poza tym cią­gle jesz­cze wszyst­kie­go się boi i czę­sto cho­wa się pod stół. Zo­sta­łeś ty, Gu­ciu...

- Faj­ny po­czą­tek wa­ka­cji - oznaj­mił przy­ja­ciel, po­trzą­sa­jąc gło­wą. - Nie ma co... No, do­brze. Po­wiedz­my, że nie od­dasz im tego od razu, tyl­ko po ja­kimś cza­sie. Na kie­dy wy­zna­czysz so­bie ter­min? Datę? I jak obro­nisz się po­tem przed wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, gdy to od­dasz, a na­stęp­ne­go dnia sta­nie się coś, cze­mu nie bę­dziesz mógł już za­po­biec, bo o tym nie prze­czy­ta­łeś?

- A, to już prze­my­śla­łem! - Szkod­nik ucie­szył się, że przy­ja­ciel rze­czo­wo pod­szedł do te­ma­tu. - Od­dam wte­dy, kie­dy się zo­rien­tu­ją i po­pro­szą o zwrot. Naj­wy­żej będą na mnie wście­kli, trud­no. Ale ogól­nie Ko­vval­scy i po­zo­sta­li są do­bry­mi ludź­mi i zda­je się, że zro­zu­mie­ją to wszyst­ko. I może wy­ba­czą.

Gu­cio przez dłuż­szą chwi­lę roz­wa­żał jego sło­wa, aż w koń­cu po­wo­li po­ki­wał gło­wą.

- To ma sens - za­wy­ro­ko­wał, po czym prze­cią­gnął się so­lid­nie. - O, mamo, wszyst­kie mię­śnie mi zdrę­twia­ły od tego na­pię­cia. Na­lej mi jesz­cze wody... Dzię­ki. Czy­li co te­raz?

- Te­raz mi po­mo­żesz, mam na­dzie­ję - mruk­nął Szkod­nik, czu­jąc co­raz wy­raź­niej, że też musi iść do to­a­le­ty. - Bę­dzie­my się dzie­lić za­da­nia­mi, do­brze?

- Ja­ki­mi za­da­nia­mi?!

- Dziś na przy­kład mu­szę za­dzwo­nić po straż po­żar­ną. Ano­ni­mo­wo. I po­wie­dzieć, że w tej i tej ka­mie­ni­cy na Bro­cho­wie ulat­nia się gaz. Bo w ar­ty­ku­le było na­pi­sa­ne, że przy­czy­ną wy­bu­chu była naj­praw­do­po­dob­niej nie­spraw­dza­na od daw­na in­sta­la­cja ga­zo­wa. I tyle.

- Z ano­ni­mo­we­go nu­me­ru za­dzwoń! - wtrą­cił Gu­cio ostrze­gaw­czo. - Kup w kio­sku star­ter, na kar­tę, ja mam w szu­fla­dzie sta­ry nie­uży­wa­ny te­le­fon. I z tego mu­si­my dzwo­nić, tyl­ko za­blo­ku­je­my wy­świe­tla­nie na­sze­go nu­me­ru u roz­mów­cy. Bo je­śli nas na­mie­rzą i spy­ta­ją, skąd to wszyst­ko wie­my, to co wte­dy?

- Te­raz ro­zu­miesz już, dla­cze­go po­pro­si­łem o po­moc wła­śnie cie­bie? - ucie­szył się Szkod­nik. - W ży­ciu by mi do gło­wy nie przy­szło choć­by to, co na­le­ży zro­bić z te­le­fo­nem! Masz gło­wę na kar­ku!

- O, "Ein­ste­in"...! - zdzi­wił się Gu­cio, pa­trząc na sto­lik. - A skąd to się tu wzię­ło?

- Przy­niósł pan Al­zhe­imer - burk­nął Szkod­nik nie­cier­pli­wie, pod­no­sząc się z ka­na­py. - Bierz ka­nap­kę i idzie­my! Nie ma cza­su...

Tego samego dnia, wieczorem. To tu, to tam

Oka­za­ło się, że jest znacz­nie wię­cej do zro­bie­nia, niż im się wy­da­wa­ło. Oprócz wy­ko­na­nia te­le­fo­nu do stra­ży po­żar­nej, któ­rą na­le­ża­ło po­wia­do­mić o nie­szczel­nej in­sta­la­cji ga­zo­wej w ka­mie­ni­cy na Bro­cho­wie, Szkod­nik na­tra­fił jesz­cze na in­for­ma­cje o wy­pad­ku busa pod Lu­bli­nem, strze­la­ni­nie w klu­bie w Gdań­sku oraz awa­rii lo­ko­mo­ty­wy po­cią­gu re­la­cji Szcze­cin-Kra­ków. Po na­my­śle i kon­sul­ta­cjach z Gu­ciem zre­zy­gno­wa­li z in­ter­wen­cji w spra­wie lo­ko­mo­ty­wy.

- Je­śli się ze­psu­ła, to się ze­psu­ła, i już. - Gu­cio wzru­szył ra­mio­na­mi, umiesz­cza­jąc w swo­im sta­rym te­le­fo­nie ku­pio­ną przez Szkod­ni­ka kar­tę SIM. - Parę osób gdzieś się spóź­ni, wiel­kie mi rze­czy. Po­wiedz mi le­piej, co niby mamy zro­bić w spra­wie wy­pad­ku tego busa?

Sie­dzie­li w po­ko­ju Szkod­ni­ka, pod­ja­da­jąc ku­ku­ry­dzia­ne chrup­ki. Pani Wie­sła­wa z lek­kim wes­tchnie­niem zdą­ży­ła przy­po­mnieć sy­no­wi, że chcia­ła­by z nim po­roz­ma­wiać w spra­wie wa­ka­cji, ale mruk­nął tyl­ko: "Po­tem, mamo!", i po­mknął z przy­ja­cie­lem na górę.

- Wła­śnie nie wiem - rzekł Szkod­nik po­nu­ro. - Tam, co praw­da, nikt nie zgi­nął, ale parę osób tra­fi­ło do szpi­ta­la. To zna­czy tra­fi. Kur­czę, myli mi się to wszyst­ko, prze­cież to jesz­cze się nie zda­rzy­ło!

- Kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia - od­po­wie­dział Gu­cio zgryź­li­wie, włą­cza­jąc te­le­fon. - No, już moż­na dzwo­nić. Cho­ciaż nie, mu­szę jesz­cze zro­bić tak, żeby ten nu­mer nie wy­świe­tlał się roz­mów­cy. Boże, w coś ty nas wpa­ko­wał!

- Tak ci źle z tym, że masz szan­sę ura­to­wać parę ludz­kich żyć? - spy­tał Szkod­nik z ura­zą. Po­mi­mo prze­zwi­ska z na­tu­ry miał do­bre ser­ce i chy­ba tyl­ko dla­te­go zde­cy­do­wał się na udział w tej kar­ko­łom­nej ak­cji. Ech, gdy­by tak mieć do po­mo­cy ko­goś do­ro­słe­go!

Zwie­rzył się z tej my­śli przy­ja­cie­lo­wi, któ­ry zna­czą­co po­pu­kał się w gło­wę i par­sk­nął.

- Po pierw­sze, ża­den do­ro­sły nie uwie­rzył­by w to tak od razu - oznaj­mił zde­cy­do­wa­nie. - Za­ję­ło­by to dwa dni...

- Cze­mu aku­rat dwa?

- Bo pierw­sze­go przed­sta­wi­li­by­śmy mu choć­by te wy­ni­ki ju­trzej­sze­go lo­so­wa­nia lot­to, a dru­gie­go prze­ko­nał­by się, że ta­blet mó­wił praw­dę. Po­tem ten do­ro­sły ugry­zł­by się w ty­łek ze zło­ści, że nie wy­słał ku­po­nu z tymi nu­me­ra­mi, a na ko­niec by nam wresz­cie uwie­rzył. Więc, po pierw­sze, to za­ję­ło­by dwa dni. A po dru­gie...

Gu­cio urwał i za­wa­hał się.

- No? - po­pę­dził go Szkod­nik, cze­ka­jąc za­rów­no na dal­szy ciąg Gu­cio­wej wy­po­wie­dzi, jak i na te­le­fon, z któ­re­go miał za­dzwo­nić pod 998.

- Po dru­gie, do­ro­śli mają dziw­ny ta­lent do kom­pli­ko­wa­nia rze­czy i wy­my­śla­nia róż­nych trud­no­ści, nie uwa­żasz? Od razu za­czę­ło­by się: "Zo­staw­cie to, to nie­bez­piecz­ne, od­daj­cie ta­blet wła­ści­wym służ­bom, one zro­bią z nie­go wła­ści­wy uży­tek", i tak da­lej.

- A może to nie taki głu­pi po­mysł? - za­wa­hał się na­gle Szkod­nik. W koń­cu po­li­cjan­ci mają znacz­nie szer­sze pole do dzia­ła­nia, a gdy­by na do­da­tek dys­po­no­wa­li szcze­gó­ło­wy­mi in­for­ma­cja­mi, co i kie­dy się wy­da­rzy, bez wąt­pie­nia zro­bi­li­by znacz­nie wię­cej niż oni dwaj!

- Z byka spa­dłeś?! - zgor­szył się Gu­cio, od­ry­wa­jąc się od za­byt­ko­wej no­kii. - Prze­cież to w ułam­ku se­kun­dy tra­fi­ło­by do ja­kie­goś wy­wia­du czy kontr­wy­wia­du! W ogó­le nie za­wra­ca­li­by so­bie gło­wy krzyw­dą zwy­czaj­nych lu­dzi, tyl­ko od razu wy­ko­rzy­sta­li­by to w po­li­ty­ce i in­nych po­dob­nych ba­gien­kach!

Po krót­kim na­my­śle Szkod­nik mu­siał przy­znać mu ab­so­lut­ną ra­cję. Wes­tchnął cięż­ko, po czym w koń­cu wziął do ręki te­le­fon po­da­ny mu przez Gu­cia.

- Ty za­czą­łeś całą afe­rę, to ty dzwo­nisz - mruk­nął ten, od­wra­ca­jąc się na krze­śle i wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni swo­je­go smart­fo­na. - Ja mu­szę za­dzwo­nić do Lut­ki, bo za­sy­pu­je mnie SMS-ami. Ksa­we­ry zno­wu coś wy­wi­nę­ła...

- Co ta­kie­go?! - zdu­miał się Szkod­nik. - Co to w ogó­le jest, ten Ksa­we­ry? Bo już raz dziś o nim wspo­mi­na­łeś.

- Nie "ten Ksa­we­ry", tyl­ko "ta Ksa­we­ry" - od­parł Gu­cio z lek­kim za­kło­po­ta­niem. - Lut­ka umy­śli­ła so­bie, że ko­niecz­nie chce mieć zwie­rząt­ko. Ale nie psa lub kota, tyl­ko fret­kę.

- Tchó­rzo­fret­kę?

- A jak? Ale tak się mówi w skró­cie, fret­ka. No i ku­pi­łem jej w pre­zen­cie Ksa­we­re­go na za­koń­cze­nie roku szkol­ne­go. I to jest wła­śnie ta fret­ka. Tyle że dziś oka­za­ło się, że to jest sa­micz­ka, a nie sa­miec, no i te­raz mamy kło­pot.

- Bo­icie się, że się znie­nac­ka roz­mno­ży?

- Zwa­rio­wa­łeś?! Sama z sie­bie? Nie, kło­pot mamy z imie­niem. Bo Ksa­we­ry bar­dzo się Lut­ce spodo­bał, zna­czy się, mam na my­śli imię. I na ra­zie jest "ta Ksa­we­ry". Nie wie­my, co z tym zro­bić.

- Zo­sta­wić - za­wy­ro­ko­wał Szkod­nik sta­now­czo. - Sko­ro chcia­ła mieć ory­gi­nal­ne zwie­rząt­ko, to może mieć ono rów­nie ory­gi­nal­ne imię, no nie?

Gu­cio za­marł i na­gle klep­nął go w ple­cy.

- To jest ar­gu­ment! - wy­krzyk­nął, wy­bie­ra­jąc nu­mer Lut­ki. - Do­bra, dzwoń ty i dzwo­nię ja...

Szkod­nik wziął głę­bo­ki od­dech i po chwi­li po­łą­czył się z dy­żur­nym stra­ży po­żar­nej.

- Dzień do­bry - rzekł grzecz­nie. - Pro­szę pana, ja chcia­łem po­wia­do­mić, że w jed­nej ka­mie­ni­cy na Bro­cho­wie okrop­nie czuć gaz i boję się, żeby coś złe­go tam się nie sta­ło. I mu­szę szyb­ko koń­czyć, bo mam mało pie­nię­dzy na kon­cie, więc po­dam panu pręd­ko ad­res, za­nim nas roz­łą­czy...

Wzmian­ka o koń­czą­cych się środ­kach na kon­cie przy­szła mu do gło­wy w ostat­niej chwi­li. Gdy­by za­czę­li się do­py­ty­wać o jego imię i na­zwi­sko, mógł­by się roz­łą­czyć bez wzbu­dza­nia po­dej­rzeń, że te­le­fon jest głu­pim dow­ci­pem. Ha!

Tak jak przy­pusz­czał - gdy tyl­ko po­dał ad­res bu­dyn­ku, pa­dło py­ta­nie o jego dane oso­bo­we. Po­wie­dział tyl­ko: "Wła­dy­sław...", i w trak­cie mó­wie­nia prze­rwał po­łą­cze­nie.

- Jaki zno­wu Wła­dy­sław? - spy­tał Gu­cio po­dejrz­li­wie, pa­trząc na czer­wo­ną i roz­pro­mie­nio­ną twarz Szkod­ni­ka, któ­ry drżą­cą dło­nią od­kła­dał te­le­fon na biur­ko. Chło­pak krót­ko wy­ja­śnił mu swój spryt­ny wy­bieg, za co zo­stał na­gro­dzo­ny ko­lej­nym klep­nię­ciem w ple­cy.

- Masz łeb - za­wy­ro­ko­wał Gu­cio, bio­rąc do ręki ta­blet. - Do­bra, co te­raz...

Na­gle za­marł i wy­trzesz­czył oczy. Po­tem zmarsz­czył brwi.

- Co się sta­ło? - prze­stra­szył się Szkod­nik. - Coś no­we­go zo­ba­czy­łeś?

- Sam po­patrz. - Gu­cio pod­su­nął mu ta­blet pod nos i wska­zał kon­kret­ną wia­do­mość w por­ta­lu in­for­ma­cyj­nym. - To tak mia­ło być?

Szkod­nik z ogrom­nym zdu­mie­niem prze­czy­tał na­głó­wek: "Ano­ni­mo­wa wia­do­mość ra­tu­je ży­cie miesz­kań­com ka­mie­ni­cy". Da­lej było o tym, jak to straż po­żar­na otrzy­ma­ła zgło­sze­nie o ulat­nia­ją­cym się ga­zie, jak przy­był pa­trol i zna­lazł w piw­ni­cy nie­szczel­ną rurę...

- No, ja nie mogę! - wy­krztu­sił, ro­biąc wiel­kie oczy. - A niech mnie drzwi ści­sną!

Gu­cio krę­cił gło­wą z po­dzi­wem, czu­jąc, jak na jego rę­kach i kar­ku po­ja­wia się gę­sia skór­ka.

- To... to nie­wia­ry­god­ne - bąk­nął wresz­cie, czu­jąc za­ra­zem, jak gdzieś głę­bo­ko w jego du­szy bu­dzi się coś do­bre­go i cie­płe­go. - Ka­pi­tal­ne! Mia­łeś ra­cję, to na­praw­dę dzia­ła!

Szkod­nik po­dej­rza­nie po­cią­gnął no­sem, po czym kich­nął i prze­tarł oczy.

- No wi­dzisz! - rzekł raź­no. - Je­dzie­my da­lej!

- Strze­la­ni­na w klu­bie...

- Dzwo­ni­my do gdań­skiej po­li­cji - stwier­dził Szkod­nik bez na­my­słu. - Tyl­ko, kur­czę, czy uwie­rzą dziec­ku? Gu­cio, ty masz mu­ta­cję, może ty za­dzwo­nisz? Bo ja mam cien­ki głos...

- I bar­dzo do­brze! - olśni­ło Gu­cia. - Po mnie od razu sły­chać, że dzwo­ni na­sto­la­tek. A ty przez te­le­fon mo­żesz brzmieć jak dziew­czy­na... no, mło­da ko­bie­ta. Tyl­ko w roz­mo­wie mów "sły­sza­łam" czy "zro­bi­łam" i tak da­lej. Ku­masz?

- No, nie - rzekł Szkod­nik z nie­sma­kiem. - Już parę mie­się­cy temu ro­bi­łem za na­sto­lat­ka przy­spo­sa­bia­ją­ce­go się do zmia­ny płci, ra­zem z Pi­te­rem, Ego­nem i Gabi... Zno­wu mam uda­wać ko­bie­tę?!

- Prze­zna­cze­nie - oznaj­mił Gu­cio z nie­od­gad­nio­ną miną i fi­glar­nym bły­skiem w oczach. - Taka kar­ma, Szkod­nik. Nie wy­brzy­dzaj i dzwoń. A co im po­wiesz?

- Że na bul­wa­rze w Gdy­ni pod­słu­cha­łam roz­mo­wę dwóch ban­dzio­rów, któ­rzy pla­no­wa­li roz­ró­bę w gdań­skim klu­bie - od­parł Szkod­nik w na­tchnie­niu. - I że wspo­mi­na­li o bro­ni pal­nej.

- Ge­nial­ne - uznał Gu­cio, pa­trząc na młod­sze­go przy­ja­cie­la z na­głym sza­cun­kiem. - I po co ja ci by­łem?

- Jako wspar­cie mo­ral­no-tech­nicz­ne - rzekł Szkod­nik sta­now­czo, bio­rąc głę­bo­ki od­dech i się­ga­jąc po te­le­fon. - No, to dzia­ła­my...

Po raz ko­lej­ny wy­bieg z koń­czą­cy­mi się środ­ka­mi na kon­cie zro­bił swo­je, a in­for­ma­cje tra­fi­ły tam, gdzie trze­ba. Szkod­nik odło­żył te­le­fon na biur­ko, jego wzrok na­po­tkał spoj­rze­nie Gu­cia, po czym obaj rzu­ci­li się w stro­nę ta­ble­tu, stu­ka­jąc się nad nim gło­wa­mi.

- Za­raz, gdzie to może...

- Wejdź na "Trój­mia­sto", może bę­dzie w lo­kal­nych wia­do­mo­ściach - po­ra­dził Gu­cio, ma­su­jąc skroń. - Sko­ro nie ma nic w kra­jo­wych. Masz okrop­nie twar­dy łeb, wiesz?

- Jest!!! - ryk­nął Szkod­nik. - Patrz tu­taj, jest w wia­do­mo­ściach trój­miej­skich! "Ano­ni­mo­wy te­le­fon na po­li­cję za­po­biegł tra­ge­dii"... i tak da­lej. Po­mo­gło, ja nie mogę!

- No, pro­szę! - zdu­miał się Gu­cio. - A tyle się mówi złe­go o po­li­cji, że sła­ba w dzia­ła­niu, że nie za­po­bie­ga, a tu pro­szę! To się na­zy­wa pre­wen­cja!

- Aresz­to­wa­li tych ty­pów - mru­czał pod no­sem Szkod­nik, prze­wi­ja­jąc pal­cem ar­ty­kuł. - O, mie­li już wcze­śniej spo­ro ak­cji na kon­cie! Po spraw­dze­niu bro­ni oka­za­ło się, że dwa mie­sią­ce temu to oni urzą­dzi­li strze­la­ni­nę w in­nym klu­bie, pa­mię­tasz... Po­szli sie­dzieć!

Gu­cio wy­dał z sie­bie coś w ro­dza­ju roz­kosz­ne­go gru­cha­nia i za­pchał się chrup­ka­mi. Za­zwy­czaj uni­kał fast fo­odów i po­dob­nych prze­ką­sek, gdyż mu­siał uwa­żać na wagę, ale przy ta­kiej oka­zji... Na­le­ża­ło mu się, a co!

- Chłop­cy? - usły­sze­li znie­nac­ka zza ple­ców głos pani Wie­sła­wy. - Czy mogę was pro­sić, by­ście ba­wi­li się nie­co ci­szej? Oglą­dam obok swój ulu­bio­ny se­rial i te okrzy­ki...

- Szkod­nik po­bił mój re­kord w grze na ta­ble­cie - oznaj­mił Gu­cio, wy­ka­zu­jąc za­dzi­wia­ją­cą przy­tom­ność umy­słu. - Prze­pra­sza­my, bę­dzie­my ci­szej.

- Przy­nieść wam coś do pi­cia? - spy­ta­ła jesz­cze od drzwi mama Szkod­ni­ka, udo­bru­cha­na i uję­ta Gu­cio­wą grzecz­no­ścią. - Może colę?

- Nie trze­ba... - za­czął Gu­cio, ale przy­ja­ciel mu prze­rwał.

- Idź, mamo, oglą­daj se­rial, nie za­wra­caj so­bie nami gło­wy - rzekł krót­ko. - A ja już nie będę krzy­czał, obie­cu­ję. No, sio!

Pani Wie­sła­wa prze­wró­ci­ła ocza­mi i za­mknę­ła za sobą drzwi.

- Bądź mil­szy dla mamy - zwró­cił mu uwa­gę Gu­cio przy­ci­szo­nym gło­sem. - Sta­ra­ła się...

- Ale ona cią­gle oglą­da te swo­je se­ria­le! - stęk­nął Szkod­nik. - A ja na­wet w cią­gu dnia nie mogę się gło­śniej ode­zwać!

- Ze­mścij się - za­pro­po­no­wał Gu­cio, chi­cho­cząc. - Prze­czy­taj w wia­do­mo­ściach, o czym będą ju­trzej­sze od­cin­ki, i opo­wiedz jej wszyst­kie rano...

Dłu­gą chwi­lę re­cho­ta­li jak zwa­rio­wa­ni, ocie­ra­jąc łzy pły­ną­ce im z oczu ze śmie­chu.

- No, do­brze - jęk­nął wresz­cie Szkod­nik, trzy­ma­jąc się za brzuch. - Oj, no, nie mogę... Te­raz mamy pro­blem. Z tym bu­sem.

- Jaki pro­blem?

- Bo wie­my, gdzie to się sta­nie, i tyl­ko tyle. Co mamy niby po­wie­dzieć po­li­cji?

- O, kur­czę - za­fra­so­wał się Gu­cio, poj­mu­jąc, o co cho­dzi przy­ja­cie­lo­wi. - No, tak. Cze­kaj, niech po­my­ślę...

Wziął do ręki ta­blet i jesz­cze raz za­czął czy­tać ar­ty­kuł o ju­trzej­szym in­cy­den­cie pod Lu­bli­nem. Aż go coś wresz­cie za­in­try­go­wa­ło.

- Tu są zdję­cia z miej­sca wy­pad­ku - po­wie­dział po­wo­li i z na­my­słem. - O, mamo, ale zma­sa­kro­wa­ne to auto, aż dziw, że nikt nie zgi­nął... wy­rzu­ci­ło go na za­krę­cie, je­chał za szyb­ko, wy­padł z dro­gi i wal­nął w drze­wo.

- Wi­dzę - rzekł krót­ko Szkod­nik, bo ob­raz był z ga­tun­ku tych przy­pra­wia­ją­cych o dresz­cze. - I co nam z tego zdję­cia?

- Tu jest na­zwa fir­my trans­por­to­wej, na boku busa. - Przy­ja­ciel wska­zał nie­pew­nie pal­cem. - No i zna­my go­dzi­nę, o któ­rej to się sta­ło...

- I co z tego?

Ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi Gu­cio bez sło­wa od­na­lazł w sie­ci stro­nę in­ter­ne­to­wą prze­woź­ni­ka i za­głę­bił się w lek­tu­rze roz­kła­dów jaz­dy.

- Patrz! - wy­krzyk­nął w koń­cu roz­pro­mie­nio­ny, po czym za­krył dło­nią usta i spe­szo­ny spoj­rzał w stro­nę drzwi. - Kur­de, mie­li­śmy być ci­cho... No ale patrz: to był bus kur­su­ją­cy na li­nii Ra­dom-Lu­blin. Z roz­kła­du wy­ni­ka, że wy­je­chał z Ra­do­mia o ósmej czter­dzie­ści rano... Hmm...

- Moż­na za­dzwo­nić i po­wie­dzieć, że coś z tym bu­sem nie tak - bąk­nął Szkod­nik nie­pew­nie. - Albo, nie wiem... Że kie­row­ca jest nie­trzeź­wy?

- A skąd dziś niby wiesz, że on ju­tro bę­dzie nie­trzeź­wy? - za­py­tał z po­wąt­pie­wa­niem Gu­cio i ko­le­ga przy­znał mu ra­cję. - Nie, ja­koś in­a­czej trze­ba...

- Ta­bli­ca re­je­stra­cyj­na - szep­nął Szkod­nik w ko­lej­nym przy­pły­wie na­tchnie­nia. - Tu tro­chę wi­dać, ale nie­wy­raź­nie. Da się ją po­więk­szyć?

Na­gro­dzo­ny ko­lej­nym klep­nię­ciem w ple­cy, po­czuł na­gły wzrost po­czu­cia wła­snej war­to­ści. Na­resz­cie, po tylu szko­dli­wych rze­czach, ja­kie wy­rzą­dził oto­cze­niu, choć naj­czę­ściej cał­ko­wi­cie nie­chcą­cy! On, Szkod­nik, sta­je się nie tyl­ko nie­szko­dli­wy, ale na­wet po­ży­tecz­ny! Kto by uwie­rzył?!

Z tru­dem, bo z tru­dem, lecz uda­ło im się w koń­cu od­czy­tać nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne znisz­czo­ne­go busa.

Gu­cio z trium­fem ode­rwał wzrok od ekra­nu i spoj­rzał na przy­ja­cie­la. Ten obron­nym ge­stem uniósł dłoń.

- Żad­ne ta­kie - rzekł krót­ko. - Tu już mo­żesz i ty za­dzwo­nić. Je­cha­łeś nim, po­wiedz­my, wczo­raj i coś okrop­nie ha­ła­so­wa­ło w za­wie­sze­niu. Tak im po­wiesz. I że miał łyse opo­ny.

- I to niby wy­star­czy?

- A jak? - zdzi­wił się Szkod­nik. - Niech tyl­ko ta po­li­cja tam wpa­ru­je! Za­nim wszyst­ko spraw­dzą, wy­jazd się opóź­ni. A może kie­row­ca bę­dzie przez to ostroż­niej je­chał?

- W ta­kim ra­zie trze­ba za­dzwo­nić ju­tro z sa­me­go rana - stwier­dził Gu­cio z prze­ko­na­niem. - Bo je­śli spraw­dzą go dziś, ju­tro wy­je­dzie zgod­nie z pla­nem i nic to nam nie da...

- Usta­wisz so­bie bu­dzik na siód­mą - ucie­szył się Szkod­nik, za co zo­stał na­gro­dzo­ny kop­nię­ciem w kost­kę. - No, co?!

- Dru­gi dzień wa­ka­cji, a ja mam wsta­wać o siód­mej?!

- Po­myśl o efek­tach - po­ra­dził przy­ja­ciel życz­li­wie, uchy­la­jąc się przed prztycz­kiem w ucho. - Prze­stań! Bo za­wo­łam pa­nią Anie­lę i po­stra­szy cię ba­sem...

- To ta nowa go­spo­sia? - spy­tał z za­cie­ka­wie­niem Gu­cio, ma­jąc w pa­mię­ci licz­ne, co­raz to nowe go­spo­sie w Szkod­ni­ko­wym domu. - Na­praw­dę mówi ba­sem?

- Ba­sem. A w do­dat­ku za­mor­do­wa­ła dziś droż­dże, więc trze­ba na nią uwa­żać...

Gu­cio po­sta­no­wił nie wni­kać w spra­wę tra­gicz­nej śmier­ci droż­dży, gdyż na­gle przy­szło mu do gło­wy coś strasz­ne­go. Utkwił wzrok w ta­ble­cie i po­wo­li stuk­nął pal­cem w "Wia­do­mo­ści ze świa­ta".

Szkod­nik po­dą­żył za jego wzro­kiem, do­strzegł na­głó­wek, zro­zu­miał... i na­gle zro­bi­ło mu się zim­no.

- "Trzę­sie­nie zie­mi w Ja­po­nii, 19 ofiar śmier­tel­nych" - prze­czy­tał Gu­cio bez­barw­nym gło­sem i spoj­rzał na przy­ja­cie­la. - I co te­raz?