Zwierzołapy. Tom 2 (#2) - Jan Maszczyszyn

-
Proszę czekać

1

Aline raz po raz wstrząsały dreszcze. Użyty środek nasenny przestał działać, a i tak trudno było jej wrócić do przytomności. Otoczenie przerażało ją. Czyżby ją porwano? Ktoś niósł ją przywiązana do pleców? Kobieta czy mężczyzna? Nagłe wspomnienia uderzyły w nią niczym fala. Przypomniała sobie łódź, walkę na trawie, potem przedzieranie się przez dżunglę zakończone upadkiem do rowu pułapki. Wreszcie zmęczenie i zimna podłoga, na której znów ktoś rozłożył ciepłe koce i pękate poduszki.

Jednak widok, z jakim się zderzyło jej spojrzenie po rozwarciu powiek, diametralnie różnił się od tego ostatniego miłego przechowywanego w pamięci. Miała do czynienia z horrorem.

Ktoś bardzo silny fizycznie przeniósł ją kilka kilometrów przez dżungle tylko po to, żeby uczynić z niej ofiarę obrządku fermentacji ciała. Rytuał miał pomóc duszy brata odejść po śmierci.

Aline miała skrępowane ręce i nogi i zasznurowane usta. Tak, zszyte wargi tuż powyżej linii ich wykrojenia. Boleśnie złączone krótkim ściegiem włóknistej nici.

Nie było czasu do stracenia.

Nikogo prócz tej obrzydliwej niosącej ją baby nie było w pobliżu. A co, jeśli za moment stara dotrze do wioski i rzuci na pożarcie rozwydrzonym dzieciom? Przecież czymś się bawili? Jakoś naśladowali dorosłych. Brali za przykład wojowników i kucharzy. W jakimś konkretnym barbarzyńskim wieku musieli zacząć praktykować ludożerstwo!

Sama myśl dziewczyną silnie wstrząsnęła. Wyprężyła się, szarpnęła ciałem i zaskakująco łatwo wyśliznęła się z uchwytu rąk niosącej ją wiedźmy. Rąbnęła boleśnie o ziemię. Jej ręce dotknął paraliż.

- Ech! Mała suko! Masz jeszcze siłę wierzgać? Po tym, co wypiłaś? - syknęła doń Zielarka w języku, który mało kto rozumiał. Pochwyciła nogi dziewczyny i zaczęła ciągnąć ku najbliższej wolnostojącej chacie. - Może ten sposób przypadnie ci do gustu - rechotała.

Aline nie odpowiadała. Ogarniała ją coraz większa bezsilność. Nie czuła dłoni i stóp, jakby je odcięto. Środek paraliżujący osiągnął punkt kulminacji działania. W głowie jej zawrzało od paniki, a gdy dodatkowo zaczerniał nad nią ohydny dach długiego, ponurego domu. Załamała się i zawyła z przerażenia. Ciągnięta uderzała głową o belki podłogi, by wreszcie spocząć na przegnitych matach.

Ksahante pozostawiła ją na chwilę samą.

Aline wykręciła ciało w próbie ucieczki. Na nic szarpanie, na nic zdały się jej próby powstania. Przelotnie ujrzała wnętrze chaty, wypełnione rozmaitym sprzętem magicznym: na poły sztuką plemienną, a po części autentycznymi szczątkami biologicznymi. Te ostatnie wydzielały w półmroku rodzaj fosforycznego, feerycznego lśnienia, jakby artysta mordów dłutem o totalnej mocy wyrzeźbił w tworzywie piszczeli i czaszek motywy nadające im nowej mocy.

- Oj, ja ci zrobię napitkę - konfabulowała stara, przewracając ofiarę i doprowadzając ją do poprzedniego ordynku. - Z rzeki krwi wyrobię płukankę, jakiej wioski aż po brzeg morza nie widziały. W ustach całą cię sfermentuję, mała suko... - syczała baba. Jej pożółkłe spojrzenie dowodziło istnienia wewnętrznych schorzeń. Zęby były ruiną. Przecięty wzdłuż język horrorem samym w sobie. - Odejdziesz w bólach. Pożałujesz każdej minuty - sepleniąc, wypowiadała coraz mniej zrozumiałe komunikaty. Aline napotkała jej wzrok. Ujrzała w nim obecne rozżalenie, wściekłość i mściwość. Najpodobniej osoba ta cierpiała na samotność i odrzucenie. Najpewniej była pozbawiona rozumu.

Znów pociągnęła Aline ruchem podobnym do zwierzęcego szarpnięcia. Pomyślała chwilę, po czym zaciągnęła ofiarę do wgłębienia w drewnianej, wyszlifowanej poprzednimi ciałami podłodze. Ułożyła niczym w misie dobrze wyrobione ciasto.

Kto tu już nie leżał?

Nikt by nie zliczył.

Nikt by nie uwierzył.

Ksahante zakrzątnęła się przy sprzęcie. Przyniosła połówki ostrej muszli, zgromadziła odłamki szkła i stare puszki. Miała też łupiny kokosa do przelewania i filtracji. Aline patrzyła na te przygotowania z coraz większym przerażeniem. A gdy wiedźma przypięła ją pasami do drewnianych trzymadeł, totalnie unieruchamiając i ekstremalnie naciągając członki, zduszonym głosem spróbowała wykrzyczeć swoją trwogę.

Aż pęknięte nici okrwawiły boleśnie rozdarte usta.

Ekstremalny ból rozlał się aż po gardło.

Przyniósł głuchą ciszę, bo dziewczyna zemdlała.

Dzień zamienił się dla niej w noc, a noc przyniosła mrok zimny jak śmierć.

Nieprzytomna dziewczyna nie mogła widzieć, jak z cienia rzucanego przez centralny, drewniany filar konstrukcji domu wykrystalizowała się dziwaczna postać. Zjawa nie posiadała ludzkich konturów, przynajmniej w ruchu, jaki wykonywała. Szeroko rozpostarte poczwórne ramiona przywodziły na myśl uwodzącą Sziwę. Lśnienie twarzy bogini Matras, włosy zapożyczyły charakter "Małpiego gaju" Culehoy'a. Po rękach Istoty niczym pasożyty biegały maleńkie Kukangi . Było ich więcej niż trzy tuziny. Iskrzącymi ślepiami śledziły zatopioną w przygotowaniach zielarkę. Ta nic jeszcze nie podejrzewała. Czerwoną glinką szorowała pole przyszłego cięcia na brzuchu ofiary.

Obraz tej dwójki intruzów w bezmiarze ruiny długiej chaty wydawał się nierzeczywisty, szary i dziki. Był jak rozwieszona kolorowa firana. Zamglił się tajemnicą. Coś promieniało niepojętym chłodem. Coś śledziło wszelkie ruchy i im się przeciwstawiało.

Oto te śliczne, puszyste małpiątka wyszczerzyły krwiście zabarwione ząbki. Z pyszczków poniósł się piżmowy fetor i pojawił się na dziąsłach zlizany z łokci miód toksycznej śliny.

Ksahante poczuła smród. Rozpoznała. Nawet krzyknęła.

W ułamku sekundy zwierzątka, jak szczury, rozsypały się po ziemi i tłumnie pochłonęły babsko. Trucizna zadziałała błyskawicznie. Niebawem ofiara znieruchomiała i posiniała jak dojrzała śliwka. Nikt nie zdiagnozowałby u niej śmierci. Nikt nie spodziewałby się, że oddech może być kontynuowany, aczkolwiek pozostaje pusty. Wyglądała na głęboko uśpioną.

Stary Pampuvani uwolnił dziewczynę z krępujących ją węzłów. Sprawił, że szybciej powróciła do przytomności. Potem gwizdaniem zachęcił Loris Kukang do powrotu na ramiona. Gdy zwierzątka szczelnie go obsiadły w kilku susach, odbiegł i zniknął w gęstwinie trzęsawiska. Zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Młoda Francuzka zdążyła rozbudzić się całkowicie. Usiadła. Ból ust nie ustępował; był nie do wytrzymania. Dłonie dziewczyny pokryły okrwawione wargi. Trzęsła się z zimna, z bólu, z przerażenia, choć do chaty z zewnątrz wlewał się ukrop.

Raptem dziewczyna zauważyła nieopodal niedoszłą morderczynię. Leżała zgięta jak merdający ogonem pies. W tej dziwnej pozie łapała ostatnie hausty powietrza. Nie żyła, choć wszystko wokół świadczyło temu na przekór. Aline odsunęła się najdalej, jak mogła. Z opowiadań prostych ludzi wiedziała, że istoty o nadprzyrodzonej mocy często odchodzą w nienaturalny sposób, jakby ich energia nie chciała opuścić ciała.

Potem dziewczyna jakoś wyczołgała się z chaty. Cała twarz paliła ją od bólu. Mimo że wszędzie widziała stojącą w misach i kałużach wodę, nie odważyła się napić ani zwilżyć cieczą ust. Roiło się tu od bakterii. Uniosła się, chwiejnie powstała. Usłyszała głośny szelest zbliżającego się od strony jeziora czółna. Biały mężczyzna przybiegł po nią, pochwycił ją w ramiona i natychmiast ją poniósł z powrotem.

- Jesteś już bezpieczna, młoda damo - pocieszył ją Omniejewicz, z przerażeniem odkrywając rany.

- Wik, czy to ty? - pytała znowu, mdlejąc.

- Nie odstąpię cię nawet na krok. Zaśnij, jeśli potrafisz -odpowiedział Jeremi zakłopotanym tonem.

2

Jeszcze w połowie drogi do obozu dotarły do nich odgłosy odległej strzelaniny. Jeremi i Sota spojrzeli na siebie, mocno sfrustrowani. A jednak doszło do najgorszego. Najpewniej mały, mściwy Pigmej rozpowiedział wszystkim, co usłyszał pod namiotem białych. W tradycji dzikich każda śmierć musiała zostać pomstowana. Inaczej dusza zamordowanego w zaświatach nie mogłaby zaznać spokoju.

Zwierzołapy postanowiły zaufać dwóm ostatnim porterom i pozostać im przy rannej, a samemu wraz ze Starookim i piątką innych ludzi przyśpieszyli kroku. Bieg nie miał sensu. Gęstwina nie daj Bóg przemówiłaby szelestem i trzaskiem, a to na wyczulone ucho ludożerców było głośniejsze niż lawina. Mogli też całkiem przypadkowo wpaść w zasadzkę. Kto wie, czy nie czaiły się w zaroślach jakiś sprytnie zastawione wnyki?

Na skraju deszczowego lasu zatrzymał ich widok płonących wagonów. Nie ośmielili się wyściubić nosa poza krawędź dżungli. Po drugiej stronie Baugarnon mocno się trzymał. Okopał, nie dopuszczając szalejących z dmuchawkami w rękach Ibanów bliżej niż na dwadzieścia metrów. Pole było zasłane trupami. Ktoś tu się wyżył na znienawidzonych przez sąsiadów ludożercach. Broń palna była w rękach krajowców skrótem do wyrównywania rachunków, potrafiła wyśpiewać pieśń ich uprzedzeń i żalów, a biali nie tylko byli pomocni, ale i podgrzewali popsute morale.

- Jest źle. Ofiar nie da się ukryć. Regularna bitwa, psiakrew.

- Czekamy na wynik. Ustawimy naszych porterów tam przy tym lasku bambusów, odcinając drogę do wioski - wskazał konkretne miejsce. - Nikt nie przybędzie z pomocą, skoro wynik potyczki jest już z góry przesądzony - ocenił sytuację Sota. Niebawem krajowcy zaprzestali ostrzału. Najwyraźniej skończyły im się strzały do sumpitanów. Rozglądali się wokół gorączkowo, jakby szukali wyjścia z sytuacji.

- Jak się wytłumaczyć przed rządowym inspektorem z zabitych i rannych? - Zastanawiał się Omniejewicz.

- Skutecznie się ulotnimy. Tyle w temacie, przyjacielu.

Spojrzeli po sobie z głupią miną.

- A czy to pierwszy raz? Jeremi, takie są realia początków dwudziestego wieku - rzucił oschle Sota. - Jeszcze przed wyruszeniem na poszukiwanie dziewczyny doszły mnie słuchy o odprawianiu zakazanych misterii - wspomniał. - Wiesz coś o tańcach na kolanach? - pytał. - Tańczący trzymają w rękach naręcza odciętych głów i wzywają duchy przodków do fetowania zwycięstw. Rząd zakazał rytuału, a i tak się odbywa.

- No, nie za bardzo wiem, o czym mówisz. Czy to wszystko dzieje się na Borneo?

- Nie chciałem cię nazbyt niepokoić, przyjacielu, ale tak wygląda u nich przygotowanie do wojny lub rzecznego mordu. Przecież od zarania dziejów byli piratami i najeżdżali okoliczne wioski, nie szczędząc nawet tych nadmorskich. Mordowali Bogu ducha winnych ludzi. Taniec nazywa się Ngajat Lesung i jest wykonywany w długich, plemiennych domach z wyplataną podłogą. Zwykle odbywa się podczas poważnych ceremonii, jak na przykład po powrocie wojowników ze zbrodniczej wyprawy lub chwilę przed. To nie jest zwykły taniec, ale pokaz demonicznej siły, odwagi i szacunku dla protoplastów. Mężczyźni wchodzą w transrytmiczny amok przy uderzeniach gongów i bębnów, a ruchy mają naśladować zalecającego się hornbilla.

- Ale że robią to na kolanach?

- Tancerze schodzą dość nisko; kolana mocno ugięte i trzymane blisko siebie, tułów skręca się na boki i w rytm wije, ręce płynnie machają na wysokości klatki piersiowej, a końcówka to często lekkie tąpnięcie piętą w podłogę. Jest jeszcze wersja tańca Duduk. Wtedy siadają na piętach i tak tańczą, kiwając się i machając rękami jak ruscy idioci. Pamiętasz chyba pijanego Walentego Osmijebicza i jego kazaczoka? A w klasycznym, wspomnianym już Lesung mężczyzna bierze na dodatek zębami ciężki drewniany moździerz ryżowy w zęby i tańczy z nim do upadłego. A wiesz, jakie oni mają uzębienie? Zgnite.

- Ale opowiadasz. Tam chyba koniec bitwy się odbył. Patrzą na siebie i klną - relacjonował z ukrycia Omniejewicz. Na placu boju nic się nie działo.

- Niech poleżą w trawie do nocy. Minie im złość. Ale wracając do rytuałów. Jest tego trochę. Kajat Bebunoh, czyli "taniec zabijania" wykonywany jest zazwyczaj po powrocie z ngayau, czyli z rajdu na głowy. Wojownicy wchodzą do długiego domu, zakładają pełny strój; pióra hornbilla, tarczę terabai, miecz ilang, robią barwne tatuaże i cawat. Chodzą na ugiętych nogach podobnie jak w lesung, o którym już rozmawialiśmy. Wszystko w transie przy brzmieniu długich bębnów gendang panjai. Czasem dosłownie z okrwawionymi głowami wrogów w brudnych łapach. To był dowód na to, żeś jest bujang berani, prawdziwym wojownikiem. Tańczą jak w prawdziwej walce; skoki, skręty tułowia, udawane ciosy, machanie mieczem i tarczą, by wreszcie w kulminacji tańca pochwycić zdobyte głowy i cisnąć nimi w tłum gapiów, by się nacieszyli, gdy krew jeszcze nie zaschła. Biali Radżowie od roku 1841 oficjalnie zabronili tego typu praktyk, lecz w interiorze; w Batang Lupar, Skrang i Rejank jeszcze teraz ludzie robią to po cichu.

- Wiem. Radża Charles Brookie wysyłał ekspedycje karne. Nakładał ogromne grzywny i więzienia za takie rytuały. Tępił wszelkim możliwym sposobem.

- No widzisz. Myślisz logicznie, drogi przyjacielu.

- Znaczy to, że nasze postępowanie może być w tym przypadku usprawiedliwione?

- Jeremi...Ja tyle marudzę, żeby skłonić cię do właściwych wniosków. Dokładnie tak postąpimy. Sprawy są do załatwienia legalnie. Szczególnie że zawartość worka, który ci przyniosłem, mówi sama za siebie. I ja wciąż mam ten worek w plecaku. Jednak jeśli coś pójdzie nie po naszej myśli, po prostu ulotnimy się.

3

Zmrok zakradł się od strony jeziora. Pochłodniało.

-Wyślij Starookiego. Niech pertraktuje.

- Dobry pomysł - odpowiedział Sota, wydając stosowne polecenia.

Krajowiec, mimo że zwykle nigdzie bez ptaszyska się nie ruszał, powrócił przerażony. Dzioborożec odleciał. Zupełnie sam od siebie wzleciał nad drzewa i zniknął w głuszy, co ten wziął za zły omen. Nic podobnego przedtem mu się nie przydarzyło. Mówił coś od rzeczy i wymachiwał rękami, wskazując na Omniejewicza.

- Mówi, że Ibanowie zebrali się w grupie, krzycząc i wygrażając. Mają ze sobą jakieś resztki piór i sumpitam zamordowanego Utra Bonkj, którego ponoć wypluły wody jeziora. Żądają pańskiej głowy.

- Tak dosłownie? - zaśmiał się Jeremi.

Sota potwierdził ruchem głowy. Zwrócił się do tropiciela w te słowy:

- Powiedz im, żeby zebrali się w naszym obozie. Niech przyjdzie cała wioska. Zabijemy świnie. Upieczemy na rożnie. No idź... - Sota popchnął wystraszonego Penana w stronę czekających, hałaśliwych Ibanów.

- Pójdziemy tam? Serio?

- Nic tam już po nas. Nie pozostawiliśmy w obozie nic cennego. Prócz namiotów i marnych materacy nie uda im się na niczym zarobić. Zresztą nawet z tego przyjdzie im się ostro tłumaczyć. Moltier z chłopcami jest już daleko. Lepiej ruszajmy w stronę dżungli i obejdźmy ich wioskę od południa. Dotrzemy do rzeki, a stamtąd jakoś dostaniemy się do Bintulu.

- Czym będziemy się żywić?

- Będziemy uciekać. Nie będzie czasu na jedzenie. Pozbądź się tych pięciu dodatkowych porterów. Nie ufam im. Niech Baugarnon im zapłaci i odeśle do domów. Dwóch pozostałych i Zimny Baugi nam wystarczy.

Piątka porterów wyglądała na zawiedzionych. Nie dość, że kazano im pilnować kobietę, co już uważali za czynność uwłaczającą godności męskiej, to jeszcze odmówiono im udziału w walce. Najemca wytłumaczył im prędko, że są tylko tymczasowo zawieszeni w funkcji i wyłącznie z obawy przed daleko idącymi konsekwencjami zemsty związanej z buntem Ibanów. Dowiedzieli się przy okazji, że wielki biały pan planuje uroczyste pieczenie świń, na które też są zaproszeni. Odeszli może nie szczęśliwi, lecz cokolwiek ugłaskani obiecankami i niewielką pieniężną kwotą.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Prolog

Starooki zatrzymał się raptem przy figlującej na wietrze gałązce. Przyjrzał się dokładniej. Liście wyglądały na nieco strapione, zeschnięte, jakby przeciągnięte ciężarem niesionym na plecach. Tropiciel potarł je, zbadał i powąchał. Zawierały domieszkę potu, jakiegoś kwasu lub nawet jadu. I włosy! Żywice roślin lepiły się od ich nadmiaru.

- Szamanka przeciskała się tędy nie dalej niż godzinę temu - oznajmił.

Tropiciel był wychudłym, zwiędłym starcem, lecz zdziwiłby się ten, kto miałby go za słabeusza. Pod pozorną leciwością ukrywał aż nadludzkie możliwości. Zgrabiony od ciężaru lat i siedzącego na nim Pinio Ini mrużył oczy pod workami starczej opuchlizny. Wydobywał ze źrenic przebiegłe lśnienie i słał je tam, gdzie żadna ludzka moc nie sięgała, ku duszy biologicznej percepcji lasu. Głowę przyozdabiał zapinką z mitrężonych piór. One też odgrywały tu główną rolę. Łączyły pory skóry z wiatrem, a wiatr niósł zapachy. Wonie, które były niczym innym jak rozdrobnioną resztką przechodzącej ludzkiej lub zwierzęcej chmury.

Czy ktoś miał tu jeszcze wątpliwości, że ciało stałe jest doprawdy całkowitą, zamkniętą osobnością? Która z antycznych filozofii twierdziła, że jest inaczej, że jest paradującą chmurą? Chyba tylko geniusz konstrukcji nosów...

Porywaczka musiała się czego bać. Ktoś ją śledził. Najpewniej demon skaczący z ziemi na każde dziesiąte drzewo. Stary nie zwykł się mylić. Skwapliwie podzielił się wiadomością. Wzbudził tylko pogardliwe uśmiechy.

- Była zmęczona, spocona i obśliniona - wyjawił szczegóły. - Tak nie zachowuje się człowiek, tylko upiór gua tako! Pozwól mi wytłumaczyć, biały radżo...Jej moc bierze się ze szaleństwa, a to ostatnie wynika ze współistnienia w niej więcej niż jednej duszy - sprawnie podsumował.

Zerkał ciekawie na grupę białych. Dawno nie widział Europejczyków po tej stronie wyspy. Najpewniej wpadli w tarapaty. Świadczyły o tym zwieszony na kwintę nos Jeremiego i smutny wyraz twarzy Soty. Zwykle obaj pewnie udzielali się lokalnym handlu spożywczym, dziś przybici i zmartwieni rozglądali się po dżungli, jakby ich przerażała.

- Zatem prowadź - rzucił polecenie pan Jeremi. - Nie mam ci za złe, że boisz się pijawek i błota, ale zdobądź się na trzeźwość umysłu i daj spokój przesądom.

Penan przełknął zniewagę. Jego oczy utajniła mgiełka irytacji; stały się puste dla obserwującego. Usta ściągnęły grymas zniecierpliwienia. Ile to już trwało?

Szli przez dżunglę od popołudnia dnia poprzedniego bez jedzenia i odpoczynku. Wszyscy, do szczętu znużeni i brudni, zatrzymali się przy ostatnim jaskrawym tropie. Tubylec miał na sobie zaledwie szmacianą przewiązkę, a na szyi zawieszone kości ojca. A i tak sprawiał wrażenie mocarza. Białych zamęczyły komary i pot. Ciężko ciągnęli kroki.

Opisu przewodnika mógł dopełnić tylko siedzący na ramieniu ptak, Pinio Ini. Ledwie się tam mieścił. Należał do gatunku dzioborożca. Wychował się przy starym od małego. Rozumieli się bez słów. Penan intonował pieśni lub dedykował mu dziwnym, szczekliwym głosem opowieści. Wszystkie tajemnice wydarte z poszycia lasu. A i tak na próżno, bo Pinio nawet nie poruszył skrzydłami. Wpisywał się w jedną całość myśliwskiego sztafażu. Stanowili nierozłączną parę interpretatorów zachowania dżungli. Nic nie umknęło ich czujnej uwadze.

Gdy się poruszali, płynąc tak bezszelestnie po ścieżkach i powalonych drzewach, ptak ociężałym ogonem zamiatał ziemię. Wyglądał na zaspanego, nawet na zerodowanego, lecz myliłby się ten, kto uznałby jego postawę za nieskuteczną.

Starooki miał przy sobie coś jeszcze. Coś, co pracowało jak kompas. Zawiesił na brudnej, spreparowanej przepasce głowę dawnego wroga, zwaną tu anthu pala. Jakimś cudem ostało się w niej jedno oko. Dla wszystkich było martwe, bo ugotowane lata temu, lecz dla niego pozostawało żywotne. Przed dekadami zauważył pęczek włosia w źrenicy emitujący energie zmartwiałych stanów i czyniący męty ciała szklistego komunikatywnymi we wszelkich antycznych językach myśli. Wykorzystywał je w tropieniu tajemnic natury.

- Ksahante pozostawiła na ziemi przeszkody nie do pokonania - oznajmił.

- Jakie znowu przeszkody? - zareagował Jeremi.

- Pióra czarnosine. Puch jaglany. Widzę też mokrą sadzę. Klątwa spadnie na tego, kto pójdzie dalej w bagna. Podjęła się czynów magicznych, nieposiadając o nich kompletnej wiedzy. Zaświadczają o tym jeszcze inne znaki Oro'o, o których nic nie mogę powiedzieć w twym języku.

- A ja z przyjemnością zaprezentuję ci wychuchaną, ba, napastowaną olejem lufę karabinu, która przemawia też w twoim języku. I bardzo szybko wypuszcza śmiertelne porcje ołowiu. Przedziurawi was na sito - mówiąc, wskazał też na ptaka. - Ruszaj czym prędzej - w tej samej łamanej angielszczyźnie odpowiedział Omniejewicz.

- Moje stopy już teraz zasysa bagienny wir. Dalej będzie tylko gorzej - narzekał już po pierwszym kroku. Omniejewicz przyciągnął obdartusa ku sobie. Rzeczywiście z trudem poradzili sobie z podłożem.

- Znaczy, że wybraliśmy nie tę drogę, co trzeba - skonkludował biały. Ruchem dłoni Jeremi powstrzymał idącą za nim grupę. Starooki zmieszał się pod gradem spojrzeń. Zastanawiał się.

- Co radzisz? - pytał przewodnika Sota.

-Droga prowadzi przez grząską, piekielnie niebezpieczną łachę ziemistego błota, pełną krokodyli i węży. Na dodatek przed nami otwiera się zasysający, grząski dół, którym natura pocięła drogę. Niemożliwym jest pokonanie go w porze mokrej. Radziłbym nam obejść miejsce i dostać się na wyspę Wiedźmy na pirodze.

-Nie będziemy się przeciskać przez trzciny łodzią. Narobimy hałasu i czarcia suka pryśnie. Zapłacę ci potrójnie, dołożę nasion, patatów i dwie małe świnie, tylko leź tam, gdzie trzeba!

Tropiciel wyszeptał siarczyste przekleństwo. Pogłaskał pióra niesionego przez siebie Pinio Ini, jakby mu błogosławił. Zaszeptał doń w ciemnej mowie. Przestrzegł, by zanadto się nie zbliżał do zielarki. Mogła go zwabić wściekłym wrzosem, potem unieruchomić, a nawet uśpić. Zerwać zeń i roztrząsnąć pióra było fraszką. Utłuc kijem, a czemu nie? Nie mówiąc już o konsumpcji. Taka potrafiła wbić zęby w bijące serce.

Dzioborożec wszystko rozumiał i mimo że słowa były nadzwyczaj zawiłe, przyjął je do wiadomości. Podskoczył i wdzięcznie zatańczył w powietrzu. Wzleciał ponad wysokie trzciny. Potem powyżej drzewa. Nie straszne mu były nawet chmury. Zataczał coraz ciaśniejsze kręgi. Już wiedzieli, gdzie jej szukać.