Zwierzęta wśród nas. Jak zwierzęta czynią nas ludźmi - John Bradshaw

-
Proszę czekać

Przedmowa

Po co właściwie trzymać zwierzęta? Niektórym taka myśl nawet nie zaświtałaby w głowie: wychowywali się w domach, w których zawsze był pies, kot, a może nawet króliki czy świnki morskie. W tak wielu gospodarstwach domowych na Zachodzie trzyma się ulubione zwierzęta, że warto wspomnieć, iż zaledwie dwa stulecia temu, kiedy hodowla zwierząt była powszechną praktyką, posiadanie pupili w domach było niemal wyłącznie przywilejem ludzi zamożnych. Oczywiście rosnący dobrobyt pozwolił wielu ludziom uczynić ze zwierząt swoich towarzyszy, ale nie tłumaczy to ogromnego wzrostu liczby właścicieli zwierząt domowych, który nastąpił w ciągu ostatniego stulecia. Kolejne badania wykazują, że ludzie odczuwają głęboką więź emocjonalną ze swoimi pupilami i uważają ich za członków rodziny.

Skąd bierze się ta pasja? Sądzę, że jest ona głęboko zakorzeniona w naszej naturze i pozwala na wgląd w istotę naszego człowieczeństwa. Wiele prymitywnych plemion, których styl życia nie zmienił się od epoki paleolitu i zachował się do XX wieku, trzymało zwierzęta do towarzystwa. Zdolność traktowania zwierząt jak przyjaciół, a nie tylko hodowanie ich na pożywienie, może więc sięgać początków naszego gatunku. Ta cecha nie występuje jednak u wszystkich: wielu ludzi nie czuje więzi ze zwierzętami i nie ma ochoty trzymać ich w domu. Każda teoria analizująca powody, dla których zwierzęta domowe są tak ważną częścią życia wielu osób, musi uwzględnić powyższy fakt.

Do pisania tej książki przystąpiłem zarówno jako naukowiec, jak i miłośnik zwierząt. W młodości byłem w kwestii zwierząt domowych kimś w rodzaju agnostyka. Ojciec nie lubił kotów ani psów, więc w dzieciństwie nie miałem z nimi zbyt wiele do czynienia, jeśli nie liczyć tych, z którymi zetknąłem się, odwiedzając krewnych i sąsiadów. Jako początkujący biolog postrzegałem zwierzęta domowe przede wszystkim jako istoty interesujące i przystępne, nie tak bardzo różne od ptaków odwiedzających karmniki w naszym ogrodzie czy jelenia, na którego natykaliśmy się czasem podczas rodzinnych spacerów po naszej wiejskiej okolicy (tradycję spacerowania - z psem czy też bez niego - odziedziczyliśmy w spadku po rodzinie ze strony matki). Moja żona, która dorastała z psami, kotami, a w pewnym momencie miała nawet nieplanowaną szklarnię pełną królików, pokazała mi, jakie to szczęście być witanym przez mokry nos i merdający ogon, nie wspominając nawet o przywileju, jakim wciąż wydaje mi się mieszkanie pod jednym dachem z mruczącym, choć bez wątpienia niezależnym kotem.

Na początku swojej kariery biologa badałem zwierzęta, nie ludzi - a już na pewno nie relacje łączące obie grupy. Nawet obserwując zachowanie psów i kotów, profesjonalnie czułem się nieco wyizolowany. W latach osiemdziesiątych XX wieku studia nad jakimikolwiek zwierzętami domowymi, nie wspominając nawet o tak sztucznych tworach jak koty i psy domowe, były wielce niepopularne. Przelotne zainteresowanie ich biologią w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy weterynarze tacy jak dr Michael Fox wstępnie usystematyzowali podstawowe informacje na ich temat (na przykład to, że należy wystawiać psy na kontakt z ludźmi w tak zwanym okresie socjalizacji), szybko osłabło. Na wczesnym etapie mojej pracy zawodowej obecny wzrost zainteresowania zachowaniem psa byłby nie do pomyślenia.

Na początku wciągnęły mnie studia nad psami, a następnie kotami, ponieważ badałem sposoby, jakimi wszelkiego rodzaju zwierzęta komunikują się, wykorzystując powonienie. Ich świat to kraina pachnących informacji, których my, ludzie - posiadacze prawdopodobnie najmniej czułego węchu spośród wszystkich ssaków - jesteśmy całkiem nieświadomi. Niedługo potem zafascynowało mnie zachowanie zarówno kotów, jak i psów, i to nie tylko związane z węchem. Zauważyłem fascynujący kompromis pomiędzy dziką przeszłością tych zwierząt z rodzin psowatych i kotowatych a wymogami nowoczesnego, udomowionego stylu życia. Stawałem się coraz bardziej świadomy faktu, że ich zachowania nie sposób oddzielić od tego, w jaki sposób zachowują się i myślą o swoich pupilach właściciele.

Niedługo później dotarło do mnie, że choć w pracy myślę o kotach i psach jako ssakach, w domu ani ja, ani nikt inny nie postrzegamy ich w ten sposób. Większość właścicieli traktuje te stworzenia jak małych ludzi i przemawia do nich tak, jak gdyby mogły zrozumieć ich słowa. Robiłem to równie często jak inni, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że takie zrozumienie jest niemal na pewno niemożliwe.

Kiedy zacząłem myśleć o zwierzętach w kontekście domowym, skupiłem się nie tylko na ich fizycznym otoczeniu oraz różnorakich zadaniach narzucanych im przez ludzi w ciągu stuleci, które ukształtowały dzisiejsze koty i psy. Na stworzenia te pośredni wpływ miało funkcjonowanie naszych własnych mózgów, a w obecnych czasach, kiedy w większości pozbawiliśmy je funkcji użytkowych, wpływ ten stał się jeszcze bardziej zasadniczy. Instynktownie przyciąga nas (a przynajmniej większość z nas) ich urok: cechy, które łączą kocięta i szczenięta, a w mniejszym stopniu także dorosłe koty i niektóre psy z ludzkimi niemowlętami, zdają się wyzwalać w nas zachowania opiekuńcze i troskliwość. Nasze mózgi dostrzegają intencjonalne działanie u niemal wszystkiego, co się porusza, a tym samym bez najmniejszej refleksji, automatycznie, przypisujemy naszym zwierzakom emocje i intencje przypominające ludzkie. Część tych domysłów jest zapewne celna; inne to twór naszej bujnej wyobraźni. Na ogół te błędy są nieistotne, ale miewają znaczenie, kiedy zwierzęta nie spełniają naszych często wygórowanych oczekiwań. Doszedłem do wniosku, że nigdy nie pojmiemy zachowania zwierząt domowych, nie uwzględniając funkcjonowania ludzkiego umysłu.

Kiedy sobie to uświadomiłem, obudziło się we mnie zaciekawienie tym, co garstka naukowców w jakimś stopniu zainteresowanych tematem określiła w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku jako więź pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem. Zacząłem uczestniczyć w konferencjach, na których pojawiał się wątek posiadania zwierząt. Podczas warsztatu po jednym z takich sympozjów - tak się składa, że tego dnia wypadały także moje czterdzieste urodziny - wraz z sześciorgiem innych naukowców stworzyliśmy termin "antropozoologia". Podsumowywał dziedzinę, którą się zajmowaliśmy, i nadał charakterystyczną nazwę stworzonemu rok później stowarzyszeniu: Międzynarodowemu Towarzystwu Antropozoologii (nie twierdzimy oczywiście, że ukuliśmy zupełnie nowy termin: zaadaptowaliśmy tytuł czasopisma akademickiego "Anthrozoös", którego pierwszy numer ukazał się trzy lata wcześniej). Nazwa się przyjęła, a teraz, ćwierć wieku później, studenci mogą uzyskać stopień naukowy z zakresu antropozoologii na uniwersytetach na całym świecie. Dyscyplina ta zbliża naukowców różnych specjalności - biologów, weterynarzy, badaczy medycznych, psychologów, przedstawicieli nauk społecznych oraz antropologów - tak by mogli przyglądać się osobistym relacjom łączącym ludzi ze zwierzętami, a w mniejszym stopniu także zwierzęta z ludźmi. Tym samym antropozoologia skupia się w większości na tych gatunkach, które są hodowane głównie do towarzystwa: psach, kotach, koniach, rybkach akwariowych i innych. (Podobny ruch, zwany niekiedy studiami nad relacją człowiek-zwierzę, stworzyli ci, których zajmuje bardziej filozoficzne podejście łączące etykę, nauki polityczne, historię, geografię i literaturę. Niestety, te dwa obozy rzadko wchodzą ze sobą w dialog1).

W pewnym sensie piszę tę książkę od ponad dwudziestu lat. Im wnikliwiej przyglądałem się zwierzętom domowym oraz ich właścicielom, tym bardziej byłem zaintrygowany. Mimo iż zwierzęta często cierpią z powodu naszego niezrozumienia ich wymagań, koty i psy czerpią wyraźne korzyści ze swoich związków z człowiekiem - dziś żyje ich na świecie znacznie więcej niż ich dzikich przodków sprzed wielu tysięcy lat. Przy czym, choć brzmi to paradoksalnie, ich liczba wzrosła wprost proporcjonalnie do spadku ich użyteczności. Niewiele psów wciąż strzeże owiec lub towarzyszy ludziom w czasie polowania; większość właścicieli kotów uważa za odrażające cenione dawniej umiejętności łowieckie tych zwierząt. Wpływ, jaki zwierzęta domowe mają na swoich właścicieli, to coś o wiele bardziej skomplikowanego niż moda. Tak więc, powołując się na tak obszerną literaturę przedmiotu, jaką tylko zdołałem zgromadzić, a także na oryginalne badania, które udało mi się wpasować w studia nad dobrostanem psów i kotów, zanalizowałem to, co nauki przyrodnicze mają do powiedzenia na temat ludzkiej fascynacji zwierzętami i powodów, dla których przyjęliśmy je pod swój dach. Owocem tych analiz jest niniejsza książka.

Wprowadzenie

Dawno temu były sobie trzy świnki. Jedna mieszkała gdzieś w stanie Connecticut, druga w mieście Des Moines, a trzecia w Górach Bismarcka w Papui-Nowej Gwinei. W przeciwieństwie do świnek z bajki dla dzieci te były prawdziwe. Żadna nie zbudowała własnego domku ani nie wdała się w sprzeczkę z wilkiem. Towarzyszący im ludzie uważali je za wyjątkowe, karmili je i dobrze traktowali. Wszystkie trzy można by uznać za zwierzęta domowe, ale każda z nich miała do odegrania inną rolę.

Świnia z Connecticut zyskała przelotnie złą sławę na dzień przed Świętem Dziękczynienia w 2014 roku, kiedy (wraz ze swoją właścicielką, początkującą modelką Rachel Boerner) została przed startem wyproszona z samolotu linii US Airways za "niewłaściwe zachowanie" (zwierzę załatwiło się w przejściu pomiędzy fotelami). Inni pasażerowie zastanawiali się, dlaczego linia lotnicza w ogóle zgodziła się wpuścić wyrośniętą wietnamską świnię zwisłobrzuchą na pokład samolotu. Pełnomocnik linii wyjaśnił, że zwierzę zostało błędnie zakwalifikowane jako "świnia wsparcia emocjonalnego" (jest to dość niejasna kategoria, jako że zapewne większość właścicieli opisałaby swoje zwierzęta jako "wsparcie emocjonalne"). Choć nie znamy wszystkich aspektów tej sprawy, wiemy, że była to jednak trzydziestokilogramowa świnia na smyczy, a nie miniaturowy piesek w torebce. Mimo to właścicielka uznała ją za towarzysza, z którym nie potrafi się rozstać1.

"Świnia wsparcia emocjonalnego" na pokładzie samolotu

Świnia z Des Moines - kosztujące 900 dolarów "prosię terapeutyczne" o imieniu Stuart - mieszkała z sześcioletnim chłopcem, którego choroba genetyczna całkowicie pozbawiła wzroku i częściowo słuchu. Matka chłopca miała nadzieję, że towarzystwo zwierzęcia będzie stanowiło dla dziecka pociechę. Z początku sprawiła mu psa, jednak szybko okazało się, że sierść czworonoga wywołuje u dziecka odruch wymiotny. Pojawienie się Stuarta przyniosło natychmiastowy sukces - w serwisie informacyjnym KCCI News podano, że w czasie pierwszego spotkania chłopiec spontanicznie przytulił prosiaczka i wkrótce tych dwoje zostało najlepszymi przyjaciółmi2.

Zwierzę z Nowej Gwinei było ukochanym kompanem, a następnie stało się ceremonialnym posiłkiem. Wśród plemienia Maring zamieszkującego Góry Bismarcka rodziny składają się zarówno z ludzi, jak i świń. Kobiety zajmują się prosiętami w taki sam sposób jak ludzkimi niemowlętami, przenosząc zwierzęta z miejsca na miejsce, czasem ciasno spowite w liście bananowca, by się nie szamotały. Tresują dorastające świnki, by podążały za nimi krok w krok. Przez pierwsze dziewięć miesięcy życia świnki żyją w wielkiej zażyłości z dziećmi właścicieli, po czym zostają przeniesione do osobnej zagrody w rodzinnej chacie. W ciągu dnia, kiedy kobiety uprawiają ogrody, z których plemię Maring pozyskuje większość pożywienia, świnie buszują po lesie, a wieczorami wraz z dziećmi wracają do wioski. Kiedy liczba zwierząt wzrasta, jest im coraz trudniej samodzielnie znaleźć jedzenie, więc kobiety uzupełniają ich dietę batatami uprawianymi w przydomowych ogrodach3.

Ostatecznie liczebność świń staje się problemem i kobiety zaczynają narzekać. Ponieważ gleba jest mało żyzna, poletka wydają plon tylko przez dwa lub trzy lata, po tym czasie trzeba wykarczować nowy fragment lasu. Każdy kolejny znajduje się dalej od wioski, więc kobiety więcej czasu poświęcają na dochodzenie do nich, a mniej na właściwą pracę w polu. Zdarza się, że głodne świnie zapuszczają się do sąsiednich osad i wyrządzają w nich szkody.

Mężczyźni decydują wówczas, że pora zorganizować kaiko, kilkudniowy festiwal, podczas którego zarzyna się i zjada większość świń. Mieszkańcy wioski rytualnie zabijają świnie maczugami, jedną po drugiej, po czym pieką je na ogniu i w ciągu kolejnych tygodni zjadają ogromne ilości wieprzowiny w ramach ceremonii mających na celu odnowienie więzów rodzinnych, zbudowanie sojuszy z sąsiednimi społecznościami i zaaranżowanie małżeństw wolnych członków plemienia. Po uczcie kilka pozostałych przy życiu samic tworzy zalążek nowego pokolenia i cykl rozpoczyna się na nowo, by za 10-15 lat osiągnąć kulminację w postaci kolejnego kaiko4.

Wspomniane trzy świnie, otoczone taką samą opieką i traktowane jak swego rodzaju towarzysze, łączą z ludźmi trzy różne rodzaje relacji. Mało prawdopodobne, by na Zachodzie świnia będąca kompanem człowieka skończyła jako jego posiłek, ale na Nowej Gwinei jest to norma. Dawniej ideę, że zwierzę może mieć działanie terapeutyczne, uznano by za absurdalną. A jednak w ciągu ostatnich dziesięcioleci, zwłaszcza na Zachodzie, wielu właścicieli zwierząt zdołało w to uwierzyć.

Choć wspomniane przypadki trzech świń i ich ludzi znacznie się od siebie różnią, wspólnie pokazują, że niektóre aspekty ludzkiej natury pozwalają nam rozwinąć osobiste relacje z przedstawicielami innych gatunków. Owszem, półki w supermarketach dowodzą, że kiedy zachodzi taka potrzeba, potrafimy traktować zwierzęta jak towar, ale większość z nas uważa (inne) zwierzęta za osobne jednostki. Otaczamy się ich wizerunkami - internet, choć nie wypełniają go wyłącznie koty, bez nich byłby miejscem znacznie uboższym - a wielu z nas nie potrafi się powstrzymać od dotknięcia kota czy psa, nawet nieznajomego. Zdajemy się odczuwać głęboką potrzebę odzyskania bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami, będącego codziennością naszych przodków, łowców-zbieraczy.

W dzisiejszych czasach odnosimy się do zwierząt inaczej niż nasi protoplaści. W ciągu ostatniego wieku radykalnie zmieniło się nasze myślenie o nich. Dziś nadajemy wielu rodzajom zwierząt "prawa". Zwierzęta towarzyszące - zwłaszcza psy i koty - zyskały bezprecedensową popularność. W ciągu ostatnich czterdziestu lat - jak spod ziemi - pojawiło się przekonanie, że zwierzę w domu to element zdrowego stylu życia. Postrzegamy je jako antidotum na stres współczesnego życia miejskiego, środek uśmierzający ból samotności, który pojawia się po śmierci kolejnych członków rodziny, i jako terapeutów pomagających rehabilitować wszelkiego rodzaju niepełnosprawności. Moim zdaniem tempo przyswojenia sobie przez ludzi tych idei - zaakceptowanych tak powszechnie, że mało kto im zaprzecza, choć nauka je podważa, a w najlepszym wypadku uznaje za dyskusyjne - oraz towarzyszący im entuzjazm są bardziej fascynujące niż same idee. Wygląda na to, że jakaś część ludzkiej natury zachęca nas do uznania tych przekonań, jak gdyby zwierzęta domowe zasługiwały na immunitet od sceptycyzmu, z którym zazwyczaj podchodzimy do twierdzeń o ich niezgłębionej dotąd leczniczej mocy. Nie tylko pragniemy trzymać w domu zwierzęta, lecz także chcemy wierzyć, że stanowią swego rodzaju eliksir, który sprawi, że nasze życie będzie bardziej satysfakcjonujące.

W ciągu ostatniego półwiecza nasze relacje ze zwierzętami stały się bardziej złożone, a tym samym trudniejsze do rozdzielenia. Jeśli nie liczyć niewielkiej liczby zwierząt trzymanych przez arystokratów wyłącznie w celach towarzyskich, wcześniej zwierzęta domowe na ogół odgrywały przede wszystkim rolę użytkową, a sporadycznie także emocjonalną. Konie przewoziły towary, koty łowiły myszy. Psy służyły do różnorakich celów, w tym do polowań, zaganiania i pilnowania trzody oraz strzeżenia obejścia, a przez to miały większą szansę nawiązać więź z poszczególnymi ludźmi niż inne zwierzęta. Niektóre gatunki zapewniają właścicielom jedynie minimum towarzystwa, dają im jednak przynajmniej przyjemność estetyczną: rybki akwariowe w dalszym ciągu cieszą się popularnością, ale ptaki klatkowe - należące dawniej do najpopularniejszych zwierząt domowych, a obecnie będące domeną specjalistów - zniknęły niemal całkowicie. (Jedna z teorii zakłada, że wraz z wynalezieniem radia ludzie przestali odczuwać potrzebę wypełnienia ciszy w domach. Inna nieco cynicznie wskazuje na równoległy wzrost popularności kotów domowych5).

Funkcje niektórych zwierząt wciąż balansują na granicy użyteczności i zapewniania towarzystwa. Na terenach wiejskich zwierzęta trzymane przede wszystkim jako domowe często spełniają także funkcje praktyczne - mowa tu choćby o psach myśliwskich, które w weekendy towarzyszą ludziom na polowaniach. Inne, służące przede wszystkim konkretnym celom, na przykład koty żyjące w gospodarstwach wiejskich, często otrzymują dużo czułości. Znałem kiedyś emerytowanego pasterza, którego relacje z psami na pozór można by uznać za czysto użytkowe - kolejnym swoim owczarkom nie nadawał nawet imienia, mówił o nich po prostu "mój pies" (komunikował się z nimi w sposób tradycyjny, za pomocą gwizdów). Najwyraźniej był jednak przywiązany do ostatniego czworonoga, którego zatrzymał przy sobie, kiedy porzucił pastwisko. Wyprowadzał go na spacer koło mojego domu trzy razy dziennie, deszcz, burza czy śnieżyca. Bert, na którego farmie w Oxfordshire przeprowadzałem swoje pierwsze badania kolonii kotów żyjących w gospodarstwach wiejskich, miał oczywistą słabość do swoich osiemdziesięciu kilku kotów, choć na wszystkie wołał po prostu "Rudy".

Jednak ogólnie rzecz biorąc, granica pomiędzy towarzyszem a zwierzęciem domowym stała się w ostatnich dziesięcioleciach bardziej wyrazista. Obecnie na Zachodzie istnieje ostry podział pomiędzy tymi zwierzętami, które hodujemy na pożywienie, i tymi, które są po prostu naszymi przyjaciółmi. Choć plemię Maring koniec końców zjada swoje świnie, to właścicielka świni, której nie udało się dolecieć do domu na Święto Dziękczynienia, z pewnością wzdrygnęłaby się na myśl, że jej pupilka miałaby być źródłem bekonu.

Choć dla zachodnich właścicieli byłoby to odrażające, zarówno koty, jak i psy bywały hodowane nie dla towarzystwa, ale na futro i mięso. Jeśli chodzi o psy, tego rodzaju zastosowanie sięga czasów prehistorycznych. W Europie Środkowej około szóstego tysiąclecia przed naszą erą zwyczaj grzebania zwierząt u boku właścicieli istniał już od setek lat, ale sąsiednie społeczności rutynowo zabijały i zjadały psy, o czym świadczą połamane kości długie i strzaskane czaszki tych zwierząt. W średniowieczu Anglicy wysoko cenili płaszcze z kociego futra i, co widać po nacięciach na kocich kościach wydobytych z ówczesnych śmietnisk, ubijali koty właśnie w tym celu, kiedy osiągały dojrzałość, czyli wiek mniej więcej dwunastu miesięcy.

Dopiero piętnaście lat temu Królewskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt (Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals) ustaliło, że producenci futer z Chin rocznie dostarczają na rynek europejski (i amerykański) około dwóch milionów kocich i psich skórek, choć większość z nich zapewne trafia do Rosji, gdzie konsumenci są mniej wybredni. W Korei Południowej istnieje długowiekowa tradycja zjadania psów i w celach konsumpcyjnych zabija się ich ponad milion rocznie. Można tam wstąpić do jednej z popularnych sieciowych restauracji serwujących psie mięso, kupić przyrządzone z niego przekąski, a nawet różnorakie kosmetyki produkowane z odpadów otrzymanych w wyniku uboju psów. Koreańczycy mniej gustują w kotach, ale przygotowują specjalny tonik na reumatyzm i nerwobóle, wygotowując kocie mięso w szybkowarze i mieszając otrzymany wywar z ziołami. Wielu Koreańczyków z Korei Południowej włącza do jadłospisu kocie i psie mięso, a płynące z Zachodu ostre napomnienia, by zaniechać tych "barbarzyńskich" praktyk, mogą traktować jak atak na swoją tożsamość kulturową6.

W dzisiejszych społeczeństwach Zachodu zwierząt domowych się nie zjada. Kiedy ktoś przywiązuje się do zwierzęcia przeznaczonego na stół, tym samym przenosząc je do kategorii "pupila", konsekwencje mogą być znaczące. W Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej i pierwszych lat powojennych, kiedy mięso było racjonowane, rząd zachęcał obywateli do hodowania królików na pożywienie. Pewne dziecko czasu wojny po siedemdziesięciu latach napisało: "Przywiązałam się do jednego z królików, pięknej białej angory o różowych uszach i oczach. Ale kiedy tylko była wystarczająco tłusta, zabito ją tak samo jak pozostałe i oporządzono. Od tamtego dnia nigdy więcej nie tknęłam mięsa i zostałam wegetarianką"7. Nawet w tych częściach świata, gdzie zjada się psy i koty, właściciele zdają się rozróżniać zwierzęta trzymane dla towarzystwa i te przeznaczone na stół.

Na tym etapie historii, kiedy potrzeba hodowania kotów i psów w celach użytkowych zmalała, chęć posiadania ich w domu znacznie wzrosła. Psy i koty należą do najpopularniejszych zwierząt domowych. Niemal w jednej czwartej domów w Wielkiej Brytanii i ponad jednej trzeciej w Stanach Zjednoczonych zamieszkuje co najmniej jeden pies, a koty trzyma 30 procent amerykańskich rodzin oraz około 17 procent brytyjskich. Króliki, ptaki klatkowe, świnki morskie, chomiki i różnego rodzaju gady składają się na pozostałą część zwierząt hodowanych w brytyjskich i amerykańskich domach. Za zwierzęta do towarzystwa można w wielu wypadkach uznać także konie, drób oraz inną trzodę trzymaną na zewnątrz. W Japonii niektóre owady, takie jak jelonki rogacze, świerszcze i świetliki, funkcjonujące zbiorowo pod nazwą mushi, są ulubieńcami dzieci, zwłaszcza chłopców. Jeżeli do tej grupy włączyć także rybki, to w Wielkiej Brytanii żyje mniej więcej tyle samo zwierząt do towarzystwa co ludzi; w Stanach Zjednoczonych na czworo ludzi przypada trójka zwierząt8.

Trzymanie w domu zwierząt przestało być rozrywką klas uprzywilejowanych i stało się integralną częścią stylu życia osób ze wszystkich klas społecznych. Praktykę tę znacznie ułatwia stała dostępność produktów zaprojektowanych specjalnie z myślą o potrzebach zwierząt. Choć reklamy promujące karmę i inne towary skierowane są do właścicieli, występują w nich urocze zwierzaki, co niechybnie wzmacnia pozytywny wizerunek zwierząt domowych.

W dobie globalizacji zachodni stosunek do zwierząt przeniósł się na Daleki Wschód, gdzie szybko wypiera lokalne tradycje. W Korei psy i koty (przede wszystkim zachodnich ras) stały się popularne w latach osiemdziesiątych XX wieku, co pomogło rozwinąć się branży produktów dla zwierząt, a kulminacją tego procesu było otwarcie w 2003 roku Mega Pet, jedenastopiętrowego centrum handlowego pod Seulem specjalizującego się w tym asortymencie. Choć w Chinach wiele psów wciąż hoduje się na mięso, importowane z Zachodu rasy, takie jak pudle i różne miniaturki, zyskały popularność w miastach. Wydaje się, że czasy, kiedy przewodniczący Mao uznawał posiadanie w domu zwierząt za burżuazyjną fanaberię, odeszły w przeszłość, może nawet bezpowrotnie. W dużych ośrodkach, takich jak Pekin czy Szanghaj, psy domowe stały się tak popularne, że wprowadzono prawo, które ogranicza ich liczbę do jednego na gospodarstwo domowe, i zakazano hodowania psów dużych ras. Krążą plotki, że niektórzy właściciele dużych psów nigdy nie wypuszczają ich z domu - z pewnością z uszczerbkiem dla ich dobrostanu - tylko po to, by nie wykryła tego policja9.

Kwoty, które właściciele wydają na zwierzęta, osiągnęły oszałamiające rozmiary. Podczas gdy dawniej psy i koty żywiły się odpadkami z domowej kuchni, obecnie funkcjonuje warta miliony dolarów branża gotowa zaspokoić ich potrzeby. W 2014 roku Brytyjczycy wydali na swoje zwierzęta około 6 miliardów funtów i choć w większości przeznaczono je na pożywienie, to trzecią część tej kwoty pochłonęły usługi weterynarzy, które jeszcze pół wieku temu właściwie nie były dostępne, ponieważ lekarze weterynarii zajmowali się przede wszystkim zwierzętami hodowlanymi. W tym samym roku właściciele zwierząt domowych ze Stanów Zjednoczonych wydali na nie około 60 miliardów dolarów, a rynek zanotował pięcioprocentowy wzrost w stosunku do roku poprzedniego.

Ostatnie trendy w żywieniu zwierząt pokrywają się z tymi w żywieniu ludzi - pożywienie jest bezglutenowe, z obniżoną zawartością cukru i niskokaloryczne - co stanowi nie tylko reakcję na realny problem otyłości wśród zwierząt, ale także odzwierciedla przekonanie właścicieli, że ich zwierzęta powinny się żywić produktami równie wysokiej jakości jak te, które jedzą sami. Tymczasem, jak zauważają aktywiści walczący z głodem na świecie, podobna kwota, sprawiedliwie rozdysponowana, pozwoliłaby nakarmić wszystkich niedożywionych ludzi na świecie10.

Ponieważ nasze relacje ze zwierzętami domowymi w ciącu ostatnich stuleci ulegały przemianom, termin ten może wymagać pewnego uściślenia. Słownik Webstera definiuje angielskie słowo pet jako "udomowione zwierzę hodowane dla przyjemności, a nie w celach praktycznych". Dla moich celów rozróżnienie to jest nieco zbyt ograniczające, ponieważ wyklucza dzikie zwierzęta pozyskane ze środowiska naturalnego i oswojone (a więc formalnie biorąc, nieudomowione). Co więcej, podczas gdy dziś możemy odnieść ten termin do milionów zwierząt na Zachodzie, pięćset lat temu dotyczyłby on zaledwie kilku tysięcy zwierząt hodowanych przez damy z wyższych sfer.

Musimy odrzucić mylny koncept, że słowo to opisuje rolę, jaką pełni zwierzę, a nie jego typ. Obecnie wiele kotów i psów żyjących na Zachodzie służy ludziom jedynie za towarzyszy, a ich dawniej użyteczne cechy stanowią przedmiot zażenowania właścicieli. Pies ujadający przy furtce i rzucający się na tych, którzy próbują wejść na podwórze, odgrywa rytuał, który właściciele dawniej doceniali (a w niektórych rejonach wciąż doceniają). Jeżeli odpowiednio nie wytresuje się psów pasterskich, mogą one próbować gonić dzieci lub rowerzystów. Instynkt myśliwski kotów, do niedawna tak ceniony, w dzisiejszych czasach szokuje właścicieli i miłośników przyrody, którzy (często błędnie) obwiniają te zwierzęta o przetrzebienie populacji małych ptaków i ssaków, nie kryjąc przy tym dezaprobaty.

Na potrzeby tej książki najłatwiej będzie użyć operacyjnej definicji zwierzęcia domowego. A zatem "zwierzę domowe" to mieszkająca w domu żywa istota (a więc nie zwierzęcy robot), która może się poruszać (czyli nie roślina, choćby najbardziej dekoracyjna), ale nie potrafi opuścić nieruchomości (chomik, myszoskoczek, wąż) albo z własnej woli do niej powraca (pies, kot). Z perspektywy praw zwierząt - a czasem także ich dobrostanu - to ostatnie "albo" można uznać za ważne rozróżnienie, ale jeśli idzie o emocjonalne przywiązanie właściciela, trudno jest określić wyraźną granicę między zwierzęciem mieszkającym w klatce i żyjącym wolno. Przypadek kota domowego niewychodzącego na zewnątrz - sytuacja coraz częstsza w miastach na Zachodzie - podkreśla arbitralną naturę takiego rozróżnienia. Czy kota, który ma możliwość wychodzenia na zewnątrz, powinniśmy zakwalifikować do jednej kategorii z psem, a kota, który nie opuszcza domu, opatrzyć tą samą etykietką co boa dusiciela? Takie rozróżnienia wydają się źle ukierunkowane. Istotniejsza jest emocjonalna złożoność relacji, najprawdopodobniej bogatszych z psami i kotami niż z innymi gatunkami. Dlatego w dalszej części książki zamierzam skoncentrować się przede wszystkim na tych dwóch gatunkach zwierząt, a raczej na ich właścicielach.

Psy i koty są tak popularne, że łatwo przegapić dzielące je różnice, a także wiele zmian, które zaszły w tych gatunkach w ciągu ostatnich 10 tysięcy lat. Choć mają wspólnego przodka, w społeczeństwie ludzkim zawsze odgrywały odrębne role i wywoływały różne reakcje. Psy, choć często źle traktowane, a niekiedy zjadane, pozostały "najlepszymi przyjaciółmi człowieka" i spotykają się z niemal uniwersalną aprobatą. Koty natomiast od dawna traktujemy jako coś, bez czego właściwie można by się obejść. Nastawienie wobec kotów zmieniało się w zależności od miejsca i okoliczności. Z historią kota domowego ściśle związane są religia i przesądy i nawet dziś miewa on znaczenie symboliczne. W historii notuje się, że Egipcjanie byli pierwszym społeczeństwem, które czciło koty - tę praktykę przejęły później pogańskie kulty z rejonu Morza Śródziemnego. W późnym średniowieczu koty kojarzone były z czarną magią i tradycja ta zachowała się w obchodach święta Halloween. Nawet dziś nie wszyscy przeciwnicy kotów zachowują swoje uczucia dla siebie. Brytyjski polemista Rod Liddle napisał niedawno w swoim felietonie dla dziennika "The Sun": "Czy wasze dzieci przygotowały dla was jakąś niespodziankę z okazji Dnia Ojca? W zeszłym roku moje pociechy zorganizowały mi usypianie kilku kotów w gabinecie pobliskiego weterynarza, na co miałem ochotę od lat"11.

Na przeciwległym końcu spektrum znajdują się ci, których entuzjazm dla kotów i psów wykracza poza miłość do własnych pupili: część z nich poświęca się opiece nad całymi koloniami bezpańskich zwierząt (w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii dotyczy to zazwyczaj kotów, w innych częściach świata także psów). Te pozbawione domu stworzenia rzadko dobrze sobie radzą na wolności, jednak w pobliżu takiej kolonii znajduje się zazwyczaj życzliwa osoba - wedle stereotypu samotna staruszka, ale w rzeczywistości zazwyczaj kobieta w średnim wieku - która codziennie je dokarmia. Tacy opiekunowie często stykają się z protestami okolicznych mieszkańców, którzy narzekają, że zwierzęta brudzą, a niekiedy obawiają się przenoszonych przez nie chorób. Dlatego też wielu karmicieli działa w tajemnicy. Ci, którzy robią to otwarcie, mówią o zaangażowaniu w dobrobyt zwierząt i głębokim poczuciu spełnienia, które odczuwają, opiekując się "swoimi" zwierzętami12.

Egipska bogini Bastet

A zatem na przykładzie kota - być może wyraźniej niż na przykładzie jakiegokolwiek innego zwierzęcia domowego - widać, że to samo zwierzę dla każdego może mieć inne znaczenie. Nawet dziś, choć koty są zwykle zwierzętami do towarzystwa, ludzie opisują je również jako uzdrowicieli, pożyteczne drapieżniki, myśliwych o morderczej sprawności, stworzenia budzące wielką sympatię lub zwierzęta użytkowe niewiele się różniące od świń czy owiec. Nasze nastawienie do zwierząt bywa wielowymiarowe i różni się w zależności od poszczególnych gatunków. Na przykład ludzie nietolerujący kotów mogą być szczęśliwymi posiadaczami psów (choć Rod Liddle miewa mordercze fantazje na temat tych pierwszych, sam trzyma mieszańca collie i labradora o imieniu Jessie).

Nawet w XXI wieku, kiedy przepaść pomiędzy określeniami "zwierzę" i "zwierzę domowe" jeszcze się pogłębiła, stworzenia nazywane zwierzętami domowymi mogą być czymś więcej niż towarzyszami. W równym stopniu można je cenić za wygląd (psy wystawowe), użyteczność (psy myśliwskie) albo sprawność sportową (psy biorące udział w zawodach agility). Mogą wnieść do domu element dzikości (koty z możliwością wychodzenia na zewnątrz), a także podkreślać lub zmieniać jasno określone podejście swoich właścicieli do ogólnych kwestii, takich jak dobrostan zwierząt. Jednak wszystkie prawdziwe zwierzęta domowe mają pewną cechę wspólną: okazuje im przywiązanie co najmniej jedna osoba, która postrzega je jako osobne jednostki i ceni za ich indywidualność.

Postawy wobec zwierząt13

Poniżej wymieniono różne postawy wobec zwierząt (uwzględniłem jedynie te, które dotyczą gatunków trzymanych w domu):

Humanistyczna: zainteresowanie poszczególnymi osobnikami i silne przywiązanie do nich

Moralistyczna: zaniepokojenie sposobem traktowania zwierząt, sprzeciw wobec okrucieństwa i niepotrzebnej eksploatacji

Estetyczna: skupienie się na artystycznych walorach zwierząt

Symboliczna: wiara w duchowe znaczenie zwierząt (np. jako wcielenia dusz ludzkich)

Utylitarna: traktowanie zwierząt jako źródła surowców (np. mięsa, skór) lub wykorzystywanie do konkretnych zadań (np. obrony, tępienia szkodników)

Władcza: cenienie zwierząt dla satysfakcji, jaką daje ich kontrolowanie, często w sporcie lub sytuacjach wymagających rywalizacji

Naturalistyczna: zainteresowanie dzikimi zwierzętami i ich naturalnymi siedliskami

Negatywistyczna: aktywne unikanie pewnych gatunków zwierząt ze względu na żywioną do nich niechęć lub lęk przed nimi

Te silne pod względem psychologicznym rozróżnienia można prawdopodobnie określić jako uniwersalne. Ludzie mogą wykazywać jednocześnie wiele postaw w stosunku do tego samego zwierzęcia, chociaż wydaje się, że niektóre są ze sobą sprzeczne, przynajmniej wśród obywateli Stanów Zjednoczonych. Nie dziwi fakt, że większość osób, które wyrażają negatywne nastawienie do zwierząt jako takich, potępia też trzymanie ich w domu i nie chce wierzyć, że inni mogą "kochać" zwierzęta. Także postawy moralistyczna i utylitarna często wchodzą w konflikt z powodu metod, za pomocą których eksploatuje się zwierzęta (takich jak polowania, hodowle przemysłowe, eksperymenty na zwierzętach)

Poza emocjonalnym wymiarem naszych relacji ze zwierzętami należy choć napomknąć o innych cechach, które wzmacniają urok zwierząt domowych. Zawsze ceniliśmy je za piękno, tyleż poprawiające nam nastrój, co intrygujące swoją odmiennością. Francuska pisarka Colette tak pięknie pisze o gatunku Felis catus: "Kot jest zwierzęciem, któremu Stwórca dał największe oczy, najbardziej miękkie futerko, najdelikatniejszy nosek, ruchliwe uszy, niezrównane łapy i zakrzywione pazury pożyczone od różanego krzewu"14. Jako wzrokowcy wiele uwagi poświęcamy wyglądowi zwierząt. Wystawy psów i kotów to zwyczajne konkursy piękności, jednak towarzyszący im rozgłos potrafi przekonać potencjalnego właściciela, że uszczęśliwi go tylko kot lub pies o określonym wyglądzie. Ludzie zdają się żyć w błogiej nieświadomości, że "słodycz" wielu ras wiąże się z kosztem genetycznym, choćby dlatego że pewne atrakcyjne dla ludzi cechy sprawiają, iż zwierzę przez całe życie cierpi na różne dolegliwości15.

Zwierzęta domowe mogą być także oznaką określonego statusu społecznego (a przynajmniej wierzą w to ich właściciele). Na myśl przychodzą nam wielkie koty i psy osobliwych ras, ale najbardziej charakterystycznym przykładem takiego zwierzaka są prawdopodobnie duże węże. Gady te są na ogół na tyle niekomunikatywne, że relacja z nimi pozostaje niemal wyłącznie jednostronna, przynajmniej dla obserwatora z zewnątrz. Jednak z całą pewnością sprawiają, że ich właściciel postrzegany jest jako ktoś nietypowy, a nawet ekscentryczny. Niedawno poznałem mężczyznę, który dawniej zajmował się importem węży z ramienia działu zoologicznego londyńskiego domu towarowego Harrodsa. Twierdził, że dziewczęta z ekscytacją zgadzały się odwiedzać go w domu, kiedy zapraszał je, by pokazać im swojego ogromnego pytona (po ślubie jego żona zażądała, by odtąd handlował wyłącznie pająkami i skorpionami).

Do posiadania zwierząt zachęca ludzi perspektywa nawiązania więzi emocjonalnej i podtrzymywania jej w ciągu kolejnych lat. Większość właścicieli nie tylko lubi swoje zwierzęta, ale też wierzy, że spotyka się z wzajemnością. Czy rzeczywiście tak jest, w znacznym stopniu zależy od gatunku posiadanego zwierzęcia. Ludzie od wieków szczególnie cenią psy za ich na pozór bezinteresowną miłość do właścicieli. Elizabeth Barrett Browning tak napisała o swoim cocker-spanielu o imieniu Flush: "Jego uszy często jako pierwsze łapały moje łzy".

Jeśli nawet właściciele wierzą, że pupile ich kochają, to nie znaczy, że jest tak naprawdę. Współczesna myśl biologiczna - teoria "samolubnego genu" - podchodzi do tak oczywistego altruizmu ze sceptycyzmem, argumentując, że pewne korzyści - przyczyniające się do długotrwałego sukcesu reprodukcyjnego danego zwierzęcia lub jego bliskich krewnych, z którym mają wiele wspólnych genów - muszą przeważać nad jego szczerym oddaniem właścicielowi.

Oczywiste jest, że psy nie są genetycznie spokrewnione ze swoimi właścicielami, więc ta "bezinteresowna miłość" wymaga pewnej analizy. Canis familiaris wywodzi się od społecznego przodka, wilka, który przejawia pewien rodzaj oddania dla innych, tworząc watahy. Zaczyna się od monogamicznego związku samca i samicy. Ich potomstwo pozostaje przy rodzicach przez rok lub dwa lata i pomaga im wychować kolejny miot lub dwa mioty szczeniąt. Kolejne mioty są rodzeństwem, więc dzielą ze sobą połowę genów. W tym okresie młode wilki nie podejmują własnych prób reprodukcji, choć z biologicznego punktu widzenia są dość dojrzałe, by się rozmnażać. Niemniej jednak to altruistyczne zachowanie jest stanem przejściowym, ponieważ większość z nich koniec końców opuszcza watahę i znajduje własnych partnerów. Co więcej, pozostając przy rodzicach, młode osobniki do pewnego stopnia zapewniają sobie bezpieczeństwo i uczą się właściwego sposobu funkcjonowania w środowisku. Najczęściej brakuje im wtedy jeszcze sprytu do samodzielnego przetrwania. Jedna z hipotez dotyczących przemiany wilków w psy sugeruje, że człowiek wykorzystał ten system rodzinnej lojalności, dzięki któremu w drugim i trzecim miesiącu życia szczenię zaczyna wierzyć, że człowiek to jego "rodzina", przynajmniej w takim samym stopniu, a może nawet większym, niż postrzega w tej roli inne psy16.

Podczas gdy "bezinteresowna miłość" u psów może być szczera (choć wynikająca z genetyki), nie spotyka się jej zbyt często u innych zwierząt do towarzystwa. Koty, które pochodzą od samotniczego przodka broniącego swojego terytorium, ponad wszystko cenią sobie miejsce. Dlatego przeprowadzka do innego domu to zupełnie inne doświadczenie dla psów, a inne dla kotów, i wymaga od właściciela zróżnicowanego podejścia. Psy są zadowolone, podążając za człowiekiem, ale koty zdecydowanie próbują wrócić do dawnego miejsca zamieszkania, najwyraźniej niezdolne uświadomić sobie, że skoro właściciele karmią je w nowym domu, to nie mogą wykonać tej samej czynności w dotychczasowym lokum. Zaakceptowanie nowego rytmu życia zajmuje kotu zazwyczaj kilka tygodni, dopiero potem przestaje dążyć do powrotu w stare rewiry. Biada temu właścicielowi kota, który przeprowadzi się niedaleko od dawnego domu i pozwoli zwierzęciu uciec: kiedy zwierzę odnajdzie drogę powrotną, potrafi bardzo wytrwale wracać po swoich śladach i niewykluczone, że koniec końców zamieszka z dawnym sąsiadem. Choć więc koty bez wątpienia kochają swoich właścicieli - co okazują, ocierając się o nich, mrucząc i wykonując rytuał czyszczenia (nie zawsze doceniany jako forma okazywania miłości), cementujący także ich więź z innymi kotami - zanim obdarzą uczuciem człowieka, stawiają surowe wymagania: pożywienie, schronienie, opieka.

Inne zwierzęta domowe hodowane w naturalnych warunkach, na przykład króliki czy świnie zwisłobrzuche, mogą kochać swoich właścicieli, jednak czynią to prawdopodobnie jedynie w ramach transakcji, dzięki której otrzymują pożywienie i schronienie. Zwierzęta domowe, które musimy zamknąć w klatce, by nie uciekły, takie jak chomiki i myszy, siłą rzeczy nie przywiązują istotnej wagi do żadnej relacji ze znajdującym się w pobliżu człowiekiem.

Nacisk, który większość ludzi kładzie na emocjonalny aspekt relacji zwierzę domowe-właściciel, widać na przykładzie rodzin Zachodu, gdzie koty i psy osiągnęły dziś o wiele wyższy status niż kiedykolwiek przedtem. W historii zdarzały się nietypowe jednostki kochające swoje zwierzęta do szaleństwa - XVIII-wieczny eseista Samuel Johnson karmił swoje koty Hodge'a i Lily ostrygami - ale powszechnie uważano takich ludzi za ekscentryków. W dzisiejszych czasach ośmioro na dziesięcioro właścicieli nie tylko uważa swoje zwierzęta za członków rodziny, lecz także nadaje im taki sam status jak jej ludzkim członkom. Ponad trzy czwarte zwierząt domowych w USA cieszy się takim samym statusem jak dzieci. Wraz ze wzrostem długości życia i kurczeniem się przeciętnego gospodarstwa domowego coraz więcej ludzi żyje samotnie lub w bezdzietnym związku. Zwierzęta zdają się wypełniać pustkę, gdyż można się nimi opiekować. Termin "właściciel", według niektórych sugerujący politycznie niepoprawny stopień władzy, ustępuje w pewnych kręgach określeniu "rodzic" czy "opiekun"17.

Emocjonalna strona relacji prowadzi zazwyczaj do czegoś więcej niż jednostronne uczucie. W niektórych przypadkach zwierzęta potrafią dać człowiekowi o wiele więcej - coś, co zastępuje związki z innymi ludźmi, coraz trudniejsze do podtrzymania. Podejrzewam, że tezę tę poparłaby Caitlin Moran, wielokrotnie nagradzana felietonistka "London Timesa". Przyznaje ona bowiem, że "nienawidzi" swoich kotów, ilekroć mąż i dzieci przebywają w domu, ale pisze: zaledwie dwadzieścia minut po ich wyjściu "przeczesuję dom w poszukiwaniu kotów i sadzam je sobie na ramionach. Zasypuję je pieszczotami". A zatem przynajmniej dla niej koty stają się substytutem człowieka, kiedy wokół brakuje innych osób. Nie powstrzymały one jednak pani Moran przed posiadaniem dzieci. Niektórzy oskarżają przedstawicieli pokolenia milenialsów o to, że hołubią swoje zwierzęta do tego stopnia, iż nie powołują na świat własnego potomstwa18.

Ostatnimi czasy wielu ludzi utrzymuje, że znaczenie zwierząt domowych znacznie wykracza poza zwyczajną gratyfikację emocjonalną. Ci, którzy podnoszą zalety posiadania zwierząt w domu, zdają się pragnąć głębszego uzasadnienia niż zwyczajna radość, jaką daje właścicielom (a przynajmniej większości z nich) opieka nad pupilami. Wielu powołuje się na badania dowodzące, że zwierzęcy towarzysze stanowią panaceum na stres współczesnego życia. Sugerują, że towarzystwo zwierzęcia potrafi dać nam coś więcej niż poczucie szczęścia; jego domniemany pozytywny wpływ na nasz układ krążenia może potencjalnie przedłużyć nam życie. Idea zwierząt towarzyszących (przede wszystkim psów) jako terapeutów, kiedyś odrzucana jako brednie głoszone przez pomyleńców, jest teraz tak powszechnie akceptowana, że rzadko trafia na łamy mediów, chociaż redaktorzy wiedzą, że artykuły o zwierzętach zwiększają sprzedaż gazet. Co więcej, oryginalna koncepcja psich terapeutów rozciąga się teraz także na inne gatunki takie jak koty, a nawet świnie19.

Nowa koncepcja zwierząt domowych jako recepty na długie życie zaskakująco szybko zyskała popularność, choć opiera się na wybiórczych danych. Jak na ironię - choć idea terapeutycznego oddziaływania zwierząt zrodziła się w gabinecie psychoterapeuty, a sugestia, że zwierzęta mogą mieć pozytywny wpływ na układ krążenia, wzięła początek z badań przeprowadzonych przez profesora nauk medycznych - nauka wciąż nie może nadążyć za radykalną zmianą nastrojów opinii publicznej. Pod wpływem entuzjastycznej prasy większość ludzi współczesnego Zachodu z radością przyjmuje ideę, że hodowanie zwierząt jest czymś więcej niż sposobem na spędzanie czasu. Kultura popularna promuje zwierzęta jako czynnik uspokajający (spróbujcie to powiedzieć właścicielowi nieposłusznego psa w parku), wydłużający życie i zdolny wydobyć z izolacji nawet najbardziej niepełnosprawne i zaburzone psychicznie dzieci.

Możemy poszukać paraleli we wzroście popularności medycyny "alternatywnej" i "komplementarnej", który nastąpił mniej więcej w tym samym okresie. Na przykład w Europie powszechną akceptację zyskała homeopatia. Zyski branży homeopatycznej wynoszą obecnie ponad miliard euro rocznie, choć z naukowego punktu widzenia większość leków homeopatycznych nie zawiera żadnych aktywnych składników, a ich działanie opiera się na połączeniu sugestii i efektu placebo20. W przeciwieństwie do homeopatii badania naukowe przynajmniej częściowo potwierdzają leczniczą moc zwierząt, jednak mało prawdopodobne, by to ich wyniki odpowiadały za skok popularności tej idei. Ostatecznie osoby, które przyjmują leki homeopatyczne, wydają się świadomie ignorować dowody naukowe, dlaczego więc ci, którzy wierzą, że zwierzęta mogą poprawić stan ich zdrowia, mieliby oglądać się na naukę, bez względu na to, czy popiera ich stanowisko, czy nie.

Być może bardziej interesujące jest to, dlaczego - w rzekomej dobie rozumu - kilku zwierzętom domowym przyznano niemal mistyczne moce? Z perspektywy czasu możemy zrozumieć, dlaczego nasi mniej wyedukowani antenaci mogli wierzyć, że niektóre z otaczających ich zwierząt mają magiczną moc - jak na przykład "duchowi przyjaciele", którzy objawiali się Indianom wprawiającym się w trans - lub przeciwnie, są źrodłem różnego rodzaju nieszczęść. W 1666 roku w Londynie masowo zabijano koty i psy, ponieważ (błędnie) uważano, że przenoszą dżumę. A jednak wydaje się, że niczym się od tych przodków nie różnimy, choć przekonanie, że niektóre zwierzęta mogą mieć złe zamiary, podczas gdy pozostałe aktywnie działają na naszą korzyść, bezwiednie ustąpiło mniemaniu, że wszystkie mają wpływ dobroczynny. Dlaczego jakaś część ludzkiej natury tak desperacko pragnie wierzyć w lecznicze właściwości zwierząt?

Nie wszyscy są tak samo podatni na urok zwierząt domowych. Wielu ludziom są one obojętne, innych napawają odrazą. Niektórzy uważają, że posiadanie zwierząt domowych szkodzi środowisku. Ponieważ psy, a zwłaszcza koty, muszą jeść mięso, a więc ich utrzymanie przyczynia się do niezrównoważonego rozwoju rolnictwa, ich wpływ na środowisko porównuje się do wpływu samochodów terenowych. Koty "mordują" drobne ptaki i niewielkie ssaki. Konie zajmują pastwiska, z których można by uzyskać plony przeznaczone do spożycia dla ludzi. Hodowców ryb morskich oskarża się o dziesiątkowanie populacji ryb na zagrożonych rafach koralowych. Tego typu głosy przybierają na sile, być może w odpowiedzi na pozytywną propagandę zachwalającą trzymanie zwierząt domowych21.

Mniej więcej co dwudziesta osoba cierpi na ailurofobię (lęk przed kotami)

Niektórzy krytycy posiadania zwierząt pytają, czy tak wysoki stopień emocjonalnego zaangażowania można uznać za zdrowy, czy to w kontekście konkretnej osoby, czy całego społeczeństwa. Twierdzą, że pieniądze wydawane na zwierzęta domowe bardziej przydałyby się ludziom, sugerują, że "marnowanie" emocji na zwierzęta (które w ich odczuciu nie doceniają naszej uwagi) zmniejsza troskę właściciela o bliźnich. Przechodzą do ataku, głosząc, że na świecie istnieje skończona ilość współczucia, a zwierzęta otrzymują go więcej, niż powinny. Patrząc z tej perspektywy, zwierzęta domowe nie są darem dla społeczeństwa, przypominają raczej raka - narośl, która pozbawia zasobów potrzebujących, w zamian zapewniając jedynie urojoną satysfakcję22.

Ilekroć pojawia się ku temu okazja, miłośnicy zwierząt odpierają ataki. W lutym 2016 roku brytyjska komentatorka wydarzeń społecznych Laura Marcus wyraziła swoją opinię w artykule na stronie internetowej "Guardiana": "Twoje zwierzątko cię nie kocha - jest twoim niewolnikiem. Łatwiej jest dziś usprawiedliwić się z braku dzieci niż z faktu, że nie podoba mi się posiadanie zwierząt domowych". Czytelnicy zalali ją jadem. Moderator dopuścił komentarze takie jak: "Bluźnierstwo!", "Jeśli myślisz, że wszystkie zwierzęta są pozbawione tożsamości, to coś z tobą nie tak" czy: "Co za smutny komentarz... Świadomie rezygnując ze związków, decydujesz się na emocjonalną pustkę". Pasja, z jaką wielu ludzi broni swojego wyboru, aby posiadać zwierzęta, dowodzi, jak głęboko obecność zwierzęcych towarzyszy wniknęła w naszą psychikę.

Jednak Marcus wyrażała po prostu osobisty punkt widzenia. Nie namawiała czytelników, by porzucili ukochane zwierzęta. Nie wyrażała także ogólnej niechęci do tych stworzeń - przeciwnie, swój artykuł zaczęła od słów: "Kocham zwierzęta, po prostu nie czuję potrzeby ich posiadania".

Dlaczego temperatura dyskusji na temat tego, czy powinno się kochać zwierzęta, tak szybko rośnie? Otóż dlatego, że dla wielu z nas zwierzęta stały się przedłużeniem własnej osoby, formą dowartościowania swojego ja z wykorzystaniem emocji. Właściciele uważają, że ich zwierzęta stanowią odzwierciedlenie ich osobowości, a przebiegli politycy są tego faktu w pełni świadomi. W 2016 roku Marine Le Pen, liderka "historycznie brutalnej" skrajnie prawicowej partii Zjednoczenie Narodowe, wrzuciła na blog zdjęcia swoich kotów i kociąt, ewidentnie próbując zbudować wizerunek łagodnej, wrażliwej osoby. Trzeba to robić z głową: szanse Mitta Romneya jako kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych przepadły, kiedy okazało się, że raz zabrał ze sobą swojego psa na wakacje w klatce zainstalowanej na dachu samochodu23.

Oczywiście miłość każe właścicielom występować w obronie swoich zwierząt i rodzi w nich przekonanie, że trzymanie ich w domu nie jest błahostką. Zwierzęta domowe są "częścią rodziny", a wymierzony w nie atak jest równoznaczny z atakiem na krewnego. Współczesne trendy nie mogą stanowić przyczyny tak głęboko zakorzenionego uczucia.

Posiadania zwierząt w żadnym razie nie można nazwać nowoczesną fanaberią. Wiele danych świadczy o tym, że przywiązanie do nich jest nieodłącznym elementem ludzkiej natury, który wpłynął na to, kim jesteśmy dziś i jak do tego doszliśmy.

Nasze interakcje ze zwierzętami wpłynęły na mentalną i fizyczną ewolucję ludzkiego gatunku. Nasze mózgi różnią się od mózgów innych ssaków tym, że człowiek stara się ustalić, co myślą inne zwierzęta. Ta umiejętność wyewoluowała, ponieważ czyniła z nas skuteczniejszych myśliwych. Temu procesowi towarzyszył jednak nieoczekiwany zwrot akcji: szacunek, który garstka żyjących w dzisiejszych czasach ludów zbieracko-łowieckich okazuje zwierzynie łownej, sugeruje, że zrozumienie łączy się nie z pogardliwą wyższością, ale z uczuciem wznoszącym relację drapieżnika z ofiarą ponad czystą eksploatację. Niedługo po tym, jak nasi dalecy przodkowie rozwinęli w sobie poczucie braterstwa ze zwierzyną, zaczęli sprowadzać poszczególne zwierzęta pod swój dach i opiekować się nimi. Tak zrodziła się praktyka, która ostatecznie przekształciła się we współczesną formę hodowania zwierząt w domu24.

W ciągu tysięcy kolejnych lat ludzie wciąż trzymali zwierzęta do towarzystwa i ich uczucia skupiły się na niewielkiej grupie gatunków udomowionych, a więc bardziej przystępnych. Rolę odegrały tu także moda i względy ekonomiczne, które pozwalały trzymać zwierzęta dla przyjemności jedynie tym, którzy mieli na to czas i środki, chociaż ciepłe uczucia dla zwierząt pracujących - zwłaszcza psów i koni - wydawały się czymś powszechnym. Pragnienie budowania bliskich relacji ze zwierzętami przewija się przez całą historię ludzkości, choć przybiera różne formy. Możemy spokojnie zaryzykować twierdzenie, iż jest to uniwersalną cechą naszego gatunku.

Pragniemy nawiązać kontakt nie tylko ze zwierzętami, ale także z przyrodą w ogóle. Wprawdzie urbanizacja wyrwała nas ze środowiska naturalnego, jednak nie wyrugowała tęsknoty za nim. Zwierzęta (i rośliny), które trzymamy w domu, przyjemność, jaką wielu z nas czerpie z uprawiania ogrodu i przebywania wśród "dzikiej" przyrody - to wyraz naszego pragnienia, by pozostać w kontakcie z "naturalnym" światem.

Dawniej przetrwanie naszego gatunku zależało od gruntownej znajomości otaczających nas roślin i zwierząt, dzisiaj - jak w wielu innych dziedzinach - powierzamy odpowiedzialność za to grupie specjalistów. Na Zachodzie uważamy za rzecz oczywistą, że jedzenie, które spożywamy, jest zdrowe, bezpieczne i łatwo dostępne. Przeżywamy koszmar, kiedy do naszego domu dostanie się choćby mysz. Nasze życie stało się tak higieniczne, że nasze zdrowie, zamiast poprawiać się w wyniku odizolowania się od "zarazków", podupada z powodu braku kontaktu z innymi gatunkami - w tym wypadku mikrobami.

Jednak choć nasz styl życia oddala nas od natury, wiele czasu i pieniędzy przeznaczamy na to, by ponownie się z nią zjednoczyć. W USA zyski branży zajmującej się sprzedażą kwiatów ciętych wynoszą około 7 miliardów dolarów rocznie; w Wielkiej Brytanii dochody ze sprzedaży kwiatów i roślin doniczkowych to około 2,2 miliarda funtów rocznie (nieco większe niż zyski tak wychwalanej brytyjskiej branży muzycznej). Przeciętny mieszkaniec Europy kontynentalnej wydaje na kwiaty i rośliny domowe przynajmniej dwa razy więcej niż mieszkaniec Wielkiej Brytanii. Dzieje się tak mimo poprawiającej się jakości sztucznych zamienników, które z jakiegoś powodu wciąż uważamy za gorsze od ich naturalnych odpowiedników.

Wielu z nas czuje silne pragnienie odzyskania kontaktu ze zwierzętami. Nasze wydatki zdradzają, jakie może to być dla nas ważne. Zimą Brytyjskie Towarzystwo Ornitologiczne poinformowało, że mimo ogromnego obciążenia przeciętnego domowego budżetu wydatki na karmę dla ptaków ogrodowych utrzymały się na wysokim poziomie, zwłaszcza u obywateli powyżej sześćdziesiątego piątego roku życia. W ponad 40 procentach gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych dokarmia się ptaki w karmnikach, a jeszcze bardziej popularne jest to w Wielkiej Brytanii. Najwyraźniej wielu ludzi nie chce pozbawiać się przyjemności czerpanej z odwiedzin dzikich ptaków25.

Nasi pupile wydają się odłączeni od środowiska naturalnego, niemniej jednak pozostają zwierzętami. Na bok sentymenty - to, w jaki sposób myślimy o zwierzętach i jak się do nich odnosimy, wynika z ewolucyjnej podróży od hominidów do Homo sapiens. Zasadniczo jesteśmy wysoko rozwiniętymi naczelnymi, niosącymi w sobie ewolucyjne dziedzictwo, które wpływa na nasze myśli, uczucia i działania. Gdyby nasze zachowania były całkowicie nieskrępowane, powinniśmy dążyć do tego, by wraz z użyciem nowych technologii na dobre zerwać więź z naturą. A jednak opieramy się temu, argumentując, że interakcje z roślinami i zwierzętami zaspokajają nasze psychologiczne potrzeby, co zaprzecza czystej logice. Możemy więc postrzegać posiadanie zwierząt w szerszym kontekście być może irracjonalnej, ale przemożnej chęci powrotu do świata natury.

Trzymanie w domu zwierząt to wywodząca się z dawnych czasów tradycja, która wyewoluowała we współczesny zwyczaj. Od początku dotyczyła tych samych gatunków: psów, kotów, ptaków, a nawet świń. Sądzę, że nasze pragnienie, by zapełnić dom zwierzętami, choć brakuje ku temu praktycznych przesłanek, pomaga nam wyrazić nasze człowieczeństwo. Zwierzęta odgrywały i dalej odgrywają znaczącą rolę w naszej ewolucji, najpierw w epoce zbieracko-łowieckiej, jako ważne źródło białka, a następnie, po udomowieniu, zarówno jako pożywienie, jak i nośnik wartości. Z punktu widzenia kultury zwierzęta zawsze były dla nas ważne: najwcześniejsze malunki naskalne przedstawiają o wiele więcej bestii niż ludzi, a w większości bajek dla dzieci występują uczłowieczone zwierzęta. To wszystko sugeruje, że nasze interakcje z nimi wpłynęły na strukturę ludzkiego mózgu - organu, który odróżnia nas od pozostałych ssaków. Jeśli to prawda, posiadanie zwierząt domowych może być nawykiem, z którego nasza ludzka natura nie pozwoli nam zrezygnować.

Koty i wojna

W dawniejszych czasach reputacja kota jako wspólnika Szatana musiała usprawiedliwiać często nieodnotowane w archiwach okrutne traktowanie, jakiego doświadczały te zwierzęta. Na Uniwersytecie w Heidelbergu jakiś czas temu odkryto manuskrypt z przedziwną sugestią wykorzystania kotów w czasie oblężenia pewnego ufortyfikowanego miasta: Franz Helm, XVI-wieczny specjalista od artylerii, radził najeźdźcom, by "zdobyć kota z tamtego miejsca" i przywiązać mu do grzbietu "niewielki worek z podpaloną strzałą", po czym "wypuścić kota, by przeniknął do zamku lub miasta i ukrył się ze strachu. Jeśli znajdzie się wśród siana lub słomy, wybuchnie pożar". Helm najwyraźniej zgłębił zachowanie kotów, pozostając jednocześnie całkowicie obojętnym na ich dobro26.

Rozdział 1

Zwierzęta dawniej...

Być może nigdy nie dowiemy się, w którym momencie nasi przodkowie stali się kimś więcej niż myśliwymi i zaczęli tworzyć trwałe, osobiste relacje z konkretnymi zwierzętami. Dane archeologiczne pozwalają nam cofnąć się zaledwie o 12 tysięcy lat, kiedy to na północy dzisiejszego Izraela odbył się pierwszy odnotowany pochówek psa ze swoim panem. Jednak ten dawno nieżyjący psowaty nie był z pewnością pierwszym pupilem, choć psy były w tamtych czasach jedynymi udomowionymi zwierzętami. O wiele wcześniej, jeśli możemy się opierać na zwyczajach XX-wiecznych społeczności łowiecko-zbierackich, nasi dawni krewni odławiali zwierzęta różnych gatunków i przyuczali do życia wśród ludzi. Tak więc nasza zdolność rozumienia zwierząt i darzenia ich uczuciem musi być pradawną cechą, która najprawdopodobniej pojawiła się, gdy nasze mózgi osiągnęły swój obecny kształt, między 50 a 30 tysiącami lat temu. Jeśli te dane są trafne, to trzymanie zwierząt do towarzystwa stanowi nieodłączną cechę człowieczeństwa i powinniśmy móc określić wspólny mianownik tej praktyki, niezależny zarówno od czasu, jak i kultury. Jednak historyczne zapisy o zwierzętach odsłaniają przed nami tylko część opowieści. Ponieważ mroki historii spowijają jej początek, na wstępie skupię się na podobieństwach relacji ze zwierzętami w kulturach, które pod innymi względami bardzo się od siebie różnią, od archaicznych plemion zbieracko-łowieckich z Amazonii po bogate towarzystwo z Manhattanu1.

Nie dysponujemy żadnym bezpośrednim dowodem, który potwierdziłby, że ludzie żyjący ponad 10 tysięcy lat przed naszą erą hodowali zwierzęta domowe. Jakiekolwiek stworzenie trzymane przy sobie przez plemię zbieracko-łowieckie musiało być pozyskane z natury, co nie pozostawiłoby śladów archeologicznych: nie sposób byłoby odróżnić jego szczątki od szczątków zwierząt zabitych na mięso lub trzymanych w innych, być może obrzędowych celach.

Ponieważ brakuje nam dowodów z prehistorycznej przeszłości, musimy przyjrzeć się faktom zgromadzonym w poprzednim wieku. Znaczna liczba plemion zbieracko-łowieckich i drobnych społeczności ogrodniczych, które przetrwały do XIX i XX wieku w odległych zakątkach świata - w Amazonii, na Nowej Gwinei, w Arktyce i innych miejscach - pozwala na wgląd w zachowania społeczności wczesnej epoki kamienia łupanego. Zacznijmy od pytania, czy plemiona łowiecko-zbierackie posiadały zwierzęta domowe, zanim po raz pierwszy opisano ich zwyczaje i zanim zdążyły przejąć tę tradycję z Zachodu. Jeśli tak, to będziemy wiedzieć, że trzymanie w domu zwierząt jest zgodne z ich stylem życia, i z rozsądną dozą pewności wolno będzie przyjąć, że nasi przodkowie żyjący w epoce przedrolniczej także je hodowali.

Okazuje się, że liczne niewielkie społeczności "paleolityczne" posiadały jakiś rodzaj zwierząt domowych. Bywały to psy, ale najczęściej ujarzmione dzikie zwierzęta, schwytane jako młode osobniki i wychowane na członków ludzkiej rodziny. Indianie oraz Ajnowie zamieszkujący północną część Japonii hodowali niedźwiadki; Innuici - wilcze szczenięta; plemię Cochimi z Dolnej Kalifornii - szopy pracze; rdzenne społeczności amazońskie - tapiry, aguti, ostronosy rude i wiele rodzajów małp szerokonosych; lud Muisca z Kolumbii - oceloty wielkie i oceloty nadrzewne (dwa gatunki tamtejszych dzikich kotów); plemię Yagua - leniwce; Dinkowie z Sudanu - hieny i małpy szerokonose; rdzenni Fidżyjczycy - rudawki wielkie i jaszczurki; Punanowie z Borneo - niedźwiedzie malajskie i gibony.

Do tej listy możemy dodać mnóstwo gatunków ptaków trzymanych w domach od Brazylii przez Mali po Chiny. Wiele z nich ma niezwykle jaskrawe upierzenie, między innymi papugi duże i średnie oraz dzioborożce; inne, jak bilbile, to ptaki śpiewające. Wybór takich ptaków jak kazuary - wielkie nieloty uwielbiane przez rdzennych mieszkańców Nowej Brytanii (część Nowej Gwinei) - oraz pingwiny na zwierzęta domowe na Samoa, wydaje się bardziej przypadkowy. W dzisiejszych czasach dostępność udomowionych zwierząt Zachodu nieco zmniejszyła tę różnorodność, jednak tradycyjne społeczności, od ludu Toraja w górach Indonezji po plemię Tiw z Zachodniej Afryki, wciąż wysoko cenią sobie obecność zwierzęcych towarzyszy2.

Chociaż w tradycyjnych kulturach znajdziemy niezwykle szeroką gamę zwierząt domowych, niedawne badanie sześćdziesięciu takich społeczności wykazało, że psy i koty występują najczęściej. Preferencje te w większości wypadków nie wynikają z tradycji, ponieważ do większości zakątków świata trafiły one bardzo późno. Psy (pochodzące od euroazjatyckiego wilka szarego) niemal na pewno zostały udomowione przez jedno lub więcej społeczeństw zbieracko-łowieckich kilka tysięcy lat przed pojawieniem się rolnictwa, a następnie stopniowo rozprzestrzeniły się po niemal całym świecie. Psów nie znano jednak na przykład w niektórych częściach Ameryki Południowej aż do czasu, gdy dotarli tam europejscy odkrywcy. Wówczas psy bardzo szybko zajęły miejsce lokalnego psa aguara, o wiele trudniejszego do wytresowania udomowionego lisa. W niektórych społecznościach, na przykład wśród Lapończyków z Finlandii, hodowla psów może sięgać dziesięciu tysięcy lat wstecz, a w innych zaledwie kilkuset lat. Koty, udomowione mniej niż dziesięć tysięcy lat temu na Bliskim Wschodzie, występują mniej powszechnie i w większości zakątków świata pojawiły się później niż psy. Przewaga liczebna psów w objętych badaniami społecznościach tradycyjnych odzwierciedla tę chronologię. Psy hodowano w 53 spośród 60 społeczności, a koty zaledwie w połowie z nich.

Ponieważ zarówno psy, jak i koty poza dotrzymywaniem człowiekowi towarzystwa są także użyteczne, nie zawsze łatwo określić ich status, często ze względu na kulturowe i językowe bariery występujące pomiędzy badaczami z Zachodu i tradycyjną ludnością. Badanie wykazało, że mniej więcej w co trzeciej społeczności hodującej psy traktowano je jak zwierzęta domowe; kolejna jedna trzecia nie traktowała ich z czułością, lecz jedynie wykorzystywała je do stróżowania lub innego rodzaju pracy. Zgodnie z oczekiwaniami, tam, gdzie hodowano koty, uważano je za przydatne do tępienia szkodników. W dwóch z każdych trzech takich społeczności oczekiwano, że koty same będą zdobywały dla siebie pożywienie. W pozostałych jednak niektórzy ludzie ("właściciele") celowo karmili przynajmniej część kotów i traktowali je jak zwierzęta domowe. Ten sam wzorzec widać w przypadku innych udomowionych gatunków zwierząt. Mniej więcej jedna na dziesięć kultur traktowała świnie, konie albo inny rodzaj ssaków kopytnych (krowy, wielbłądy, bawoły, owce) jak zwierzęta domowe; Oczywiście o wiele częściej uważano je za żywy inwentarz.

Choć koty, psy i inne typowe zwierzęta udomowione występowały powszechnie w tych tradycyjnych społecznościach, stanowią one jedynie mniejszą część ogromu gatunków trzymanych jako zwierzęta domowe. W trakcie badania odnotowano wiele gatunków oswojonych ssaków, w tym różnego rodzaju naczelne, lisy, niedźwiedzie, pieski preriowe i susły. W więcej niż czwartej części tych społeczeństw trzymano także ptaki, jeszcze bardziej różnorodne niż ssaki, wśród nich orły, kruki, papugi, ary, jastrzębie i gołębie. Choć oczywiście ceniono je za wygląd, większość tych gatunków cechuje ponadprzeciętna (jak na ptaki) inteligencja. Wiele z nich tworzyło trwałe związki z ludźmi, na przykład Janomamowie z Ameryki Południowej uczyli swoje papugi mówić. Ogólnie rzecz biorąc, ptaki częściej niż większość ssaków służyły wyłącznie jako zwierzęta domowe. Niemal wszystkie otrzymywały potrzebne im pożywienie, a wiele z nich stanowiło rozrywkę dla dzieci.

Rybki to jedyna klasa zwierząt domowych, której próżno szukać w tradycyjnych społecznościach, prawdopodobnie dlatego, że aby je podziwiać, trzeba mieć szkło na akwaria. Jedyny wyjątek to Polinezyjczycy z Samoa, ktorzy łapią i oswajają węgorze, a następnie umieszczają w dołach wykopanych w ziemi i gwiżdżą na nie, by wypłynęły na powierzchnię (przy dzisiejszej popularności stawów ogrodowych przywrócenie tej praktyki mogłoby być zabawne).

Ogólnie rzecz biorąc, wydaje się, że większość tych społeczności jest (a przynajmniej do niedawna była) lepiej fizycznie zintegrowana ze zwierzętami niż my dzisiaj. Nic dziwnego, skoro egzystencja wielu z nich wciąż uzależniona jest od dogłębnego zrozumienia zachowania otaczających ich zwierząt. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że stosunki między ludźmi a zwierzętami w tych społecznościach bardzo często znacznie wykraczają poza relacje czysto praktyczne. Ludność ta traktuje większość zwierząt trzymanych w domu z ogromną wyrozumiałością i życzliwością.

Istnieje oczywiście pokusa, by spojrzeć na relacje między ludźmi i zwierzętami z perspektywy XXI wieku i funkcjonującej w nim kultury posiadania zwierząt domowych, a następnie uznać, że istnieje ciągłość między posiadaniem ich "dawniej" (czyli we współczesnych społecznościach prymitywnych) i "dziś" (czyli na uprzemysłowionym Zachodzie). Choć jednak relacje pomiędzy ludźmi i zwierzętami we wspomnianych społecznościach mogą się zdawać uderzająco podobne do naszych, to znacznie się między sobą różnią.

Aby przeanalizować różnice między współczesnymi i dawnymi zwierzętami do towarzystwa, musimy przestać generalizować i przyjrzeć się indywidualnym przypadkom. Wśród najlepiej opisanych plemion znajduje się lud Guajá, społeczność łowiecko-zbieracka zamieszkująca Maranh?o, północno-wschodni stan Brazylii. Słynie on z trzymania wielkiej liczby oswojonych małp. To tradycja, z której członkowie tej społeczności nie chcą zrezygnować, choć wiedzą już, że małpy są nosicielami gruźlicy, przez co stanowią realne zagrożenie dla zdrowia człowieka.

Niełatwo ustalić pochodzenie tego zwyczaju, zważywszy na zawiłą najnowszą historię plemienia Guajá. Obecny styl życia jego członków jest prawdopodobnie bezpośrednią lub pośrednią konsekwencją europejskiej kolonizacji. (Nie są w tym odosobnieni: wielu tak zwanym społecznościom prymitywnym udało się przetrwać do dziś dlatego, że przenosiły się w miejsca dalekie od kolonizatorów, unikając w ten sposób niewolnictwa i zdziesiątkowania przez zachodnie choroby, takie jak cholera czy czarna ospa, na które nie mieli wrodzonej odporności). W XVIII wieku plemię Guajá zajmowało się prawdopodobnie rolnictwem, żyjąc w rejonach zajmowanych obecnie przez inne plemiona oraz ludzi o europejskich korzeniach. Możliwe, że przez jakiś czas pozostawali niewolnikami Portugalczyków, zanim wyruszyli na wschód i z konieczności powrócili do wędrownego stylu życia. Obecnie zapotrzebowanie na białko zaspokajają przede wszystkim dzięki całorocznym polowaniom na pekari (tamtejszy odpowiednik euroazjatyckiego dzika), dodatkowo w porze suchej łowią ryby, a w porze deszczowej polują na małpy, przede wszystkim wyjce.

Mężczyźni zbierają małpki "do oswojenia" w czasie polowania. Po zabiciu dorosłej samicy wyjca, a rzadziej szatanki, ponocnicy lub tamaryny, chwytają niesamodzielne niemowlę i zabierają je do wioski. Tam przekazują małpkę jednej z kobiet, która decyduje, czy zwierzę należy zabić i zjeść, czy zatrzymać i oswoić. Jeśli wybierze tę drugą możliwość, małpka otrzymuje należytą opiekę, a skrzywdzenie jej czy zabicie i zjedzenie staje się tabu, nawet jeśli - co często się zdarza - po osiągnięciu dojrzałości zwierzę krzywdzi ludzi. Słowo, którym plemię Guajá określa "zwierzę domowe", przypomina słowo "dziecko" i różni się od słów oznaczających inne zwierzęta, takie jak ostronosy, aguti, pekari i żółwie (plemię trzyma także psy domowe, lecz choć ceni je za umiejętność stróżowania, uważa je za pozbawione duszy i często traktuje w okrutny sposób).

Niezwykłe jest to, że młodsze kobiety z plemienia karmią małpie niemowlęta piersią, tak samo jak własne dzieci. Kiedy młode małpki dojrzewają, kobiety delikatnie przeżuwają pokarm, pozwalając, by zwierzęta brały go sobie bezpośrednio z ich ust. Kobiety Guajá wszędzie noszą ze sobą małpki, a starsza kobieta z rodu może przechadzać się nawet z trzema lub czterema młodymi owiniętymi wokół ramion i głowy.

Oddanie, z jakim plemię Guajá traktuje małpy, pociąga za sobą znaczne koszty. Przeciętną wioskę zamieszkuje zazwyczaj tyle samo małp co ludzi, co oznacza, że zwierzęta spożywają znaczne ilości jedzenia. Co więcej, im są starsze, tym stają się cięższe i trudniej je nosić - dotyczy to zwłaszcza wyjców, które potrafią osiągnąć wagę nawet dziesięciu kilogramów. Bywa, że małpy stają się agresywne, za co można winić nieodpowiednią socjalizację wynikającą z osierocenia. Dlatego też kobiety Guajá rzadko noszą dorosłe małpy i trzymają je na uwięzi. Prędzej czy później większość małp ucieka i powraca na wolność3.

Jak scharakteryzować związek między kobietą Guajá i jej małpami? Choć łączy je głęboka więź - w stopniu niepraktykowanym na Zachodzie - pod innymi względami jest ona słabsza, szczególnie dlatego, że nie trwa przez całe życie zwierzęcia. Większości współczesnych właścicieli psów nawet nie przyszłoby do głowy porzucić pupila w momencie, w którym osiągnie dorosłość. Jednak kobiety Guajá odrzucają małpy, kiedy ich słodkie, poręczne, czułe zwierzaczki stają się ciężkimi i uciążliwymi dorosłymi osobnikami. Relacja ta różni się też pod innymi względami. Jest wyraźnie związana z płcią: mężczyźni hodują inne zwierzęta, natomiast rzadko adoptują małpy. Wydaje się, że małpy pełnią także funkcję dekoracyjną: kobiety "ubierają się w nie", traktując je niemal jak ozdobę. Można też zaryzykować stwierdzenie, że istnieje tu element rywalizacji, ponieważ najstarsza kobieta w plemieniu - a Guajá to społeczeństwo matriarchalne - nosi najwięcej małp.

Jaką więc rolę odgrywają małpy? Z jednej strony relacja łącząca je z ludźmi nie wynika z ich użyteczności: dzikie małpy są regularnie zabijane i zjadane, ale zjedzenie oswojonej małpki to tabu. Z drugiej strony można je postrzegać w kategoriach praktycznych - młode małpki odgrywają rolę edukacyjną. Dorastając w towarzystwie małp różnych gatunków, chłopcy poznają zwyczaje i zachowania tej ważnej zwierzyny łownej. Już we wczesnym dzieciństwie dostają do ręki niewielki łuk ze strzałami i choć otrzymują wyraźny zakaz zabijania, używają małpek w celach treningowych - jako żywego celu (w plemieniu Guajá wychowanie jest wyjątkowo liberalne jak na nasze standardy). Dziewczęta, które osiągnęły dojrzałość płciową, otrzymują małpki, którymi mają się opiekować przed urodzeniem własnego dziecka, być może w celu przyswojenia sobie zasad obchodzenia się z potomstwem.

Plemię Guajá zdaje się umieszczać małe małpki w tej samej kategorii co własne dzieci, antropomorfizując je w stopniu wyższym niż my nasze miniaturowe pieski. Członkowie plemienia karmią oswojone małpki tym samym pożywieniem, które sami spożywają, na przykład małpim mięsem, choć doskonale wiedzą, że nie należy ono do naturalnego małpiego jadłospisu. Natomiast ich psy, karmione tym, co akurat znajduje się pod ręką, muszą bezustannie szukać jedzenia, żywiąc się między innymi resztkami upuszczonymi przez małpy. Pod tym względem Guajá bardzo przypominają nas samych - wynoszą jeden gatunek nad większość innych. Od czasu do czasu zdarza nam się karmić gołębie i wiewiórki okruchami chleba, ale polędwicę rezerwujemy dla naszych cocker-spanieli.

W naszych oczach najbardziej nieoczekiwanym, wręcz niesmacznym aspektem relacji kobiet Guajá z małpami jest karmienie ich piersią. Nie jest to jednak aberracja charakterystyczna dla jednego plemienia albo samych małp (które najbardziej spośród wszystkich zwierząt przypominają ludzi), ponieważ karmienie zwierząt piersią było praktykowane w społecznościach lokalnych na całym świecie, a w kilku z nich wciąż występuje, o czym świadczy wiele XX-wiecznych zapisów dotyczących izolowanych grup z rejonu Oceanii, zwłaszcza Półwyspu Malajskiego, Nowej Gwinei, Melanezji, Mikronezji i Polinezji. Karmienie piersią zwierząt - w tym małp i pekari - było w ubiegłym stuleciu rozpowszechnione również w Ameryce Południowej, podczas gdy kobiety z plemienia Majów karmiły w ten sposób młode jelonki4.

Nie mamy całkowitej pewności co do tego, jak odległych czasów sięga praktyka karmienia zwierząt piersią, ale możemy sądzić, że była rozpowszechniona już 30 tysięcy lat temu. W niektórych wypadkach zdaje się wynikać z długowiecznej tradycji i nie obejmuje jednego typu zwierząt. Na przykład Maoryski, mające już w zwyczaju karmienie piersią szczeniąt, zaczęły tak samo postępować z prosiętami już w pięćdziesiąt lat po tym, jak europejscy osadnicy w połowie XIX wieku przywieźli świnie na Nową Zelandię.

W większości kultur, w których kobiety karmiły zwierzęta piersią, dotyczyło to przede wszystkim młodych osieroconych podczas polowania. W pojedynczych wypadkach chodziło o zwierzęta hodowlane: karmienie prosiąt kobiecym mlekiem było rozpowszechnione na Nowej Gwinei. Poszczególne plemiona pozyskiwały prosiaki w różny sposób. W wioskach nizinnych nie hodowano świń. Oswojone dziki kastrowano, a niemal wszystkie prosięta łowiono w buszu. Ponieważ nie było loch w okresie laktacji, młode musiały karmić kobiety. Na terenach górzystych trzymano zazwyczaj jednego lub kilka samców rozpłodowych i hodowano prosięta, które kobiety karmiły jedynie wówczas, gdy losze brakowało mleka lub gdy zmarła.

Świnie nie są jedynym gatunkiem zwierząt karmionych piersią, a następnie zjadanych przez ludzi. Żyjących w północnej Japonii Ajnów, będących początkowo społecznością łowiecko-zbieracką, łączy wyjątkowa relacja z żyjącymi tam niedźwiedziami ussuryjskimi, od których zapewne wywodzą się amerykańskie grizzly. W ich religii Kamui, bóg-niedźwiedź, to jedno z trzech najważniejszych bóstw. Do połowy XX wieku polowanie na niedźwiedzie stanowiło istotną aktywność tej społeczności, a mięso tego zwierzęcia wciąż uważane jest za delikates. Ajnowie polowali na nie, kiedy po przebudzeniu ze snu zimowego nie zdążyły się pożywić i odzyskać sił, a tym samym były łatwiejsze do schwytania. Dorosłe osobniki natychmiast zabijano i pożywiano się ich mięsem, a pojmane niedźwiadki zabierano z powrotem do wioski, gdzie kobiety karmiły je piersią i wstępnie przeżutym jedzeniem (zob. ilustrację). Rosnące niedźwiedzie coraz trudniej było kontrolować, dlatego trzymano je w klatkach. Choć przy naszej współczesnej wrażliwości może się to wydawać okrutne, niedźwiedzie były dobrze karmione i spożywały tyle jedzenia co ludzcy członkowie rodziny razem wzięci. Kiedy niedźwiedź podrósł - między pierwszym a trzecim rokiem życia - Ajnowie składali go w rytualnej ofierze, a jego czaszkę eksponowali na drewnianym słupku wbitym w ziemię. Podczas tych ceremonii kobieta, która wychowywała niedźwiedzia od małego, okazywała głęboki żal, a nawet atakowała zabójców kijem. Nie wiadomo, w jakim stopniu te emocje były szczere, a w jakim należały do rytuału, skoro kobieta mogła brać udział w tańcach, które następowały po zabiciu zwierzęcia.

Kobieta z plemienia Ajnów karmiąca piersią niedźwiadka

Podczas gdy plemię Guajá zakazuje zabijania karmionych piersią małp, inne kultury nie wprowadzają podobnych zakazów. Rdzenni Polinezyjczycy z Hawajów, wśród których jeszcze sto lat temu panował zwyczaj karmienia szczeniąt piersią, czasem wykorzystywali te zwierzęta jako rytualne "kozły ofiarne": matka zmarłego dziecka zabijała psa, którego karmiła jako szczeniaka, po czym ciała obojga umieszczano we wspólnym grobie. W innych rejonach Polinezji ludzie regularnie zjadali karmione piersią szczenięta, których mięso uznawane było za najsmaczniejsze.

W prymitywnych społecznościach najpowszechniej karmiono piersią psy, zapewne dlatego, że to one najczęściej towarzyszyły ludziom, jednak kontekst kulturowy i ostateczny los zwierzęcia były mocno zróżnicowane. Plemiona Seri z północnego Meksyku i Arapaho ze stanu Wyoming pozwalały karmić szczenięta tylko tym kobietom, które miały za dużo mleka, najwyraźniej sądząc, że poprawi to jakość pokarmu przeznaczonego dla ich ludzkich niemowląt. Kobiety z plemienia Onge z archipelagu Andamanów zwyczajowo karmiły piersią jedynie psy (a nigdy nie schwytane dzikie zwierzęta) i otaczały wielką troską te wychowane od szczenięctwa stworzenia, które ceniono jako towarzyszy i pomocników do polowania. W brazylijskim plemieniu Tupinamba i surinamskim Arawak tradycyjnie przyjmuje się, że psy wykarmione piersią kobiety są lepszymi towarzyszami polowań niż wykarmione przez suki. W Australii aborygeńscy myśliwi przygarniali szczenięta dingo, a kobiety karmiły je piersią (dingo to potomkowie psów domowych, które około trzech tysięcy lat temu wtórnie zdziczały). Aborygenom rzadko - jeśli w ogóle - zdarzało się zjadać te psy, choć niewykluczone, że czynili tak z innymi zwierzętami karmionymi piersią. Dingo służyły jako towarzystwo dla dzieci i żywe termofory dla dorosłych, dopóki nie zaczynały im przeszkadzać - wtedy zachęcano je, by wróciły na łono natury. Tak więc to dana kultura determinowała rolę, jaką otrzymywało karmione piersią szczenię: niektóre plemiona zjadały tak wykarmione psy, inne składały je w ofierze, jeszcze inne szkoliły je do użytecznych prac albo darzyły uczuciem i otaczały troską przez całe życie.

To wszystko pokazuje, że choć karmienie zwierząt piersią wydaje się nam czymś zdumiewająco intymnym, nie we wszystkich przypadkach łączyło się z głębokim zaangażowaniem emocjonalnym. Pierś kobiety jako zastępcze źródło pożywienia odpowiedniego dla młodych ssaków również odgrywała tu znaczenie. Dysponujemy znikomą ilością przekazów historycznych o kobietach karmiących piersią zwierzęta w tych rejonach, gdzie łatwo dostępne było mleko zwierzęce - na przykład w Europie i Afryce. Tutaj osierocone ssaki hodowane na mięso, w celach rytualnych lub jako zwierzęta do towarzystwa mogły pić mleko zwierząt gospodarskich. Natomiast tam, gdzie dostęp do takiego mleka był ograniczony - na przykład w obu Amerykach i na wyspach Azji Południowo-Wschodniej - jeszcze stosunkowo niedawno karmienie piersią przez kobietę zapewniało pożywienie zwierzętom, które bez tego by nie przetrwały.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki