Prolog
ŚWIAT ZA DRUTAMI
Jaka zadziwiająca hierarchia wśród zwierząt!
Człowiek widzi je w taki sposób, w jaki ukradł ich właściwości.
ELIAS CANETTI, Prowincja ludzka
W samym środku Niemiec, na północnym zboczu góry, w cieniu buków i dębów znajduje się zoo. Co prawda bardzo małe, ale oprócz stawu ze złotymi rybkami, małp i wolier z ptakami posiada również wybieg dla niedźwiedzi o wymiarach około dziesięciu na piętnaście metrów. Dookoła wybiegu ustawiono ławki dla mężczyzn, którzy w tym miejscu spędzają przerwę obiadową. Niektórzy z nich zaczepiają małpy, inni przyglądają się dwóm młodym niedźwiedziom brunatnym, które stanąwszy na tylnych łapach z uniesionymi przednimi kończynami, próbują przecisnąć się przez ogrodzenie. Karl Koch zlecił budowę tego małego zoo, aby - jak informował w oficjalnym piśmie - zapewnić swoim pracownikom "rozrywkę i relaks" oraz "zaprezentować [im] zwierzęta w ich pięknie i osobliwości, których w naturalnym środowisku nie mieliby możliwości poznać i obserwować"[1].
Mężczyźni, którzy zbudowali zoo, są tuż obok, "za drutami" - tak Koch nazywa wysokie na trzy metry i długie na trzy kilometry ogrodzenie pod napięciem elektrycznym. Za podłączonym do prądu płotem rozciąga się rozległy stromy obszar, latem suchy i pełen kurzu, zimą smagany przenikliwie lodowatym wiatrem. Stoją tam blisko siebie niekończące się rzędy drewnianych baraków.
"Ogród Zoologiczny Buchenwald" - jak oficjalnie brzmi nazwa małego zoo - i obóz koncentracyjny o tej samej nazwie znajdują się w odległości mniejszej niż rzut kamieniem. Od krematorium do wybiegu dla niedźwiedzi jest może dziesięć, najwyżej piętnaście kroków. "Drut" między nimi oddzielał niegdyś Buchenwald więźniów od Buchenwaldu strażników, nadzorców i pracowników cywilnych. Tworzył granicę między człowiekiem i zwierzęciem z jednej strony a "podludźmi" z drugiej. "Drut" rozdzielał światy.
Dziś w tym miejscu niewiele już przypomina o dawnym zoo, które w 1938 roku SS poleciło zbudować tuż obok obozu jako "obszar rekreacji". W 1993 roku fundacja Miejsce Pamięci Buchenwald zaczęła odsłaniać pozostałości ogrodu zoologicznego. Zachowały się niektóre jego fundamenty, wśród nich wybieg dla niedźwiedzi, który przetrwał wszystkie te lata pod zaroślami i listowiem. "Chcieliśmy, aby zoo znowu było widoczne", mówi Rikola-Gunnar Lüttgenau, rzecznik fundacji Miejsce Pamięci. Przemawiały za tym przede wszystkim względy dydaktyczne. "Irytujące jest wyobrażanie sobie nazistów odwiedzających zoo ze swoimi dziećmi i obserwujących zwierzęta, podczas gdy tuż obok umierali ludzie. Człowiek uświadamia sobie wtedy, że część jego własnej normalności, którą jest także zoo, może należeć również do świata, do którego on sam w ogóle nie czuje przynależności".
Obecnie, odwiedzając ruiny wybiegu dla niedźwiedzi, spacerując wokół niskiego ceglanego muru i resztek skały wspinaczkowej dla zwierząt, nadal ma się wrażenie bezpośredniej bliskości tej dawnej sielanki oraz obozu koncentracyjnego KZ-Buchenwald. Zoo w tym miejscu ewidentnie miało być czymś w rodzaju parawanu, który wprawdzie niczego nie zasłaniał, ale jednak izolował obszar strażników od obozu więźniów. "SS kreowało się na kogoś miłego", mówi Lüttgenau.
Badania nad obozowym ogrodem zoologicznym są jak dotąd bardzo skąpe, jednak jako miejsce zoo stale pojawia się zarówno w opisach historycznych, jak i artykułach prasowych oraz zapiskach byłych więźniów[2]. W 2014 roku zainspirowało nawet autora Jensa Raschkego do napisania sztuki teatralnej dla dzieci, którą zatytułował Co zobaczył nosorożec, gdy spojrzał na drugą stronę płotu. Autor odnosi się w niej do anegdoty, która znalazła się w relacjach świadków z tamtych czasów[3]. Według niej w zoo w Buchenwaldzie, przynajmniej przez krótki czas, miał być też nosorożec. Sabine Stein, prowadząca archiwum fundacji Miejsce Pamięci, również zna tę historię, ale twierdzi, że nie da się jej udowodnić. "Zawsze pytałam o to ocalałych, którzy przybywali tu na różne uroczystości upamiętniające", mówi Stein. "Ale nosorożca nikt nie mógł sobie przypomnieć".
Podczas gdy wspomniany nosorożec jest pewnie legendą, zoo w Buchenwaldzie było jak najbardziej realne, poza tym nie jedyne tego rodzaju. W obozie zagłady Treblinka dla rozrywki wartowników istniał gołębnik, a także klatki z lisami i innymi dzikimi zwierzętami[4].
Zoo w Buchenwaldzie musieli wybudować więźniowie. Zwierzęta, które się w nim znalazły, pochodziły głównie z ogrodu zoologicznego w Lipsku i były kupowane z niskich wynagrodzeń, jakie więźniowie otrzymywali za przymusową pracę w okolicznych fabrykach, warsztatach i kamieniołomach[5]. Gdy dochodziło do zranienia zwierzęcia, winę nierzadko przypisywano więźniom. W sytuacji gdy któreś padło, więźniowie musieli płacić odszkodowanie w formie "dobrowolnej składki"[6].
Praca w charakterze opiekunów zwierząt była tu bardzo pożądana, szczególnie ta przy niedźwiedziach. Zatrudniony opiekun miał bowiem stały dostęp do mięsa i miodu. Kto raz dostał tę pracę, nie chciał jej stracić. Hans Bergmann także był gotów sporo zaryzykować, aby trafić do niedźwiedzi. W październiku 1939 roku ten więzień żydowskiego pochodzenia pisał list do pierwszego kierownika obozu, w którym prosił go "najpokorniej", aby wolno mu było znowu pracować z niedźwiedziami, ponieważ obecny opiekun sam nie da sobie rady z czwórką zwierząt, wśród których jest ciężarna samica Betty - a trzeba uczynić wszystko, aby wykarmić jej młode. Poza tym nadmieniał: "Jestem bardzo przywiązany do zwierząt i mam pewność, że za kilka tygodni razem z Cyganem przedstawimy 4 niedźwiedzie do apelu [sic!] i odchowamy młode"[7].
Do pracy przy niedźwiedziach wartownicy rzeczywiście chętnie zatrudniali Sinti i Romów, co potwierdza rzecznik Lüttgenau. "Cyganie" - powszechne dawniej rasistowskie określenie - zatrudniali się jako artyści oraz kuglarze i nierzadko pokazywali tańczące niedźwiedzie. "Dlatego też SS najwyraźniej wychodziło z założenia, że "z natury" szczególnie dobrze umieli oni obchodzić się z tymi zwierzętami" - twierdzi Lüttgenau.
Kierownik obozu[8] przekazał list Bergmanna swojemu przełożonemu Karlowi Kochowi. Koch sprawował wówczas funkcję komendanta obozu koncentracyjnego Buchenwald. Mieszkał na południowym zboczu góry, po jej słonecznej stronie, gdzie kazał stworzyć "SS-Falkenhof" (Sokoli dwór SS), w którym znalazły się klatki z sowami, orłami, krukami, a także zagrody dla wilków, jeleni i dzików. Podczas gdy korzystanie z zoo, znajdującego się obok obozowego ogrodzenia, przewidziane było tylko dla wartowników i pracowników cywilnych obozu Buchenwald, Falkenhof w weekendy mogli odwiedzać także mieszkańcy Weimaru. Zoo było im znane również dlatego, że SS rozprowadzało w mieście kartki pocztowe, które przedstawiały bawiące się niedźwiedzie brunatne[9], a na kartkach znajdował się podpis "Zoo Buchenwald".
Ilse Koch, żona komendanta obozu koncentracyjnego, również często spacerowała z dziećmi po małym ogrodzie zoologicznym, a droga zawsze prowadziła ją wzdłuż "drutu". Chociaż robienie zdjęć było w tym miejscu surowo zabronione, w rodzinnym albumie Kochów znajdują się jednak fotografie pokazujące, jak Karl Koch i jego syn Artwin karmią i głaszczą zwierzęta[10]. Kilka lat później Ilse Koch, stając przed amerykańskim sądem wojskowym, stwierdzi, że nie zauważyła ani ogrodzenia, ani znajdującego się za nim obozu[11].
Karl Koch dbał o to, aby zwierzęta nie były niepokojone, i na mocy wydanego przez siebie rozkazu komendanta zabraniał "jakiegokolwiek karmienia i zaczepiania"[12]. Każdy, kto niepokoił zwierzęta lub narażał je na dyskomfort, kto na przykład wspinał się po murze do niedźwiedziej skały lub nawet tylko oparł się o którąś z klatek, musiał liczyć się z karą. Dotyczyło to także załóg SS. W końcu zwierzętom miało być dobrze. Prośba więźnia Bergmanna wydała się zatem Kochowi sensowna i poparł jego wniosek o zatrudnienie w charakterze opiekuna niedźwiedzi. Obok swojego podpisu zamieścił jednak następującą adnotację: "Gdy młode padnie, surowo ukarać"[13].
O "zwierzętach-panach" i "ludzkich zwierzętach"
Troskę Karla Kocha o dobrostan jego zwierząt w zoo można by łatwo zlekceważyć jako niepokojącą anegdotę, gdyby nie głębsze jej znaczenie - gdyby nie była ona częścią systematycznego przesuwania granic, które z wybranych zwierząt czyniło "zwierzęta-panów", natomiast ludzi arbitralnie degradowało do rangi "ludzkich zwierząt" i "podludzi". Dla czołowych narodowych socjalistów ochrona zwierząt i zbrodnie przeciwko ludzkości nie pozostawały ze sobą w sprzeczności, wręcz przeciwnie, mieli oni nawet poczucie przynależności do "moralnej elity". W swoim przemówieniu poznańskim z 1943 roku Heinrich Himmler chełpił się: "Czy przy budowie rowu przeciwczołgowego umrze z wycieńczenia dziesięć tysięcy rosyjskich kobiet, czy nie, interesuje mnie to do chwili ukończenia budowy tego rowu dla Niemiec. Nigdy nie będziemy surowi i bezduszni, tam gdzie nie musimy: to jasne. My, Niemcy, jako jedyni na świecie, którzy mają przyzwoity stosunek do zwierząt, będziemy oczywiście przyzwoicie traktować również te ludzkie zwierzęta"[14].
Rudolf Höß, komendant obozu Auschwitz, także czuł się zobowiązany do podkreślenia szczególnego związku, jaki od dzieciństwa łączył go ze zwierzętami. Urzekły go zwłaszcza konie[15]. Podczas swojego pobytu w Auschwitz najczęściej szukał ich bliskości wtedy, gdy codziennego zabijania nie udawało mu się już usprawiedliwiać wypełnianiem obowiązków i posłuszeństwem: "Musiałem kontynuować proces eksterminacji, przeprowadzać masowe mordy, nadal przeżywać i na chłodno przyglądać się temu, co wewnętrznie najgłębiej wstrząsało" - tak zanotował w swoich wspomnieniach, które pisał podczas pobytu w więzieniu w Polsce. "Jeśli jakieś wydarzenie bardzo mnie zbulwersowało, nie mogłem wrócić do domu, do mojej rodziny. Siadałem wtedy na konia i szaleńczą jazdą uciekałem od strasznych obrazów albo chodziłem nocami po stajniach i tak, wśród moich ulubieńców, znajdowałem uspokojenie"[16]. Podczas gdy Himmler posługiwał się zwierzętami, aby zademonstrować moralną wyższość reżimu narodowosocjalistycznego, Rudolf Höß starał się, aby konie stanowiły dowód jego wrażliwego, współczującego charakteru. Najczęściej jednak użalał się nad sobą z powodu tego wszystkiego, co "musiał oglądać".
Historia troski Kocha o zwierzęta w ogrodzie zoologicznym, opowieści o ucieczkach Hößa do koni oraz często wspominana słabość Hitlera do owczarków niemieckich stanowią również część legendy mówiącej o nowoczesnej ochronie zwierząt i przyrody przez narodowych socjalistów. Legendy, która w jakimś stopniu przetrwała do dziś. Nadal podkreśla się, że Hitler już w pierwszym roku swego panowania doprowadził do przyjęcia nowej ustawy o ochronie zwierząt. Była to regulacja prawna uznana na arenie międzynarodowej za postępową i niemal w niezmienionym kształcie obowiązywała w Republice Federalnej Niemiec do 1972 roku. Na mocy jej przepisów po raz pierwszy w Rzeszy Niemieckiej zwierzęta miały zostać objęte ochroną "dla ich własnego dobra". To nowe prawo przyniosło samozwańczemu obrońcy zwierząt, Hitlerowi, nawet order, który przyznano mu w USA[17]. Hermann Göring jako pruski premier już wcześniej grzmiał przeciwko wszelkim formom doświadczeń na zwierzętach, a "wiwisekcjonistom" groził obozem koncentracyjnym - nawiasem mówiąc, była to jedna z pierwszych publicznych wzmianek o obozach koncentracyjnych. W tym wypadku skończyło się jednak na pustych groźbach[18].
Wszystko to tylko pozornie wydaje się pozostawać ze sobą w sprzeczności. Ochrona zwierząt ściśle wiąże się bowiem z podstawowymi przekonaniami narodowego socjalizmu. Maren Möhring należy do nielicznych historyków, którzy zajmowali się problematyką zwierząt w czasach nazizmu. W swojej rozprawie szczegółowo przeanalizowała zagadnienie, jak w nazistowskich Niemczech zmieniała się relacja człowiek - zwierzę. Paradoksalna na pierwszy rzut oka idea nazistów dotycząca ochrony zwierząt - jak pisze Möhring - nie daje się wyjaśnić ani jako czyste narzędzie propagandowe, które ostatecznie nie było pomyślane "na poważnie", ani też jako pozytywny aspekt, oderwany od całej reszty narodowosocjalistycznej ideologii. Była ona raczej "integralną częścią reorganizacji społeczeństwa na volkistowsko-rasistowskiej podstawie"[19].
Inaczej mówiąc: ideologia wyznaczająca wartość życia na podstawie kryterium "korzyści", których to życie dostarcza swojej własnej społeczności, nie czyni różnicy między "człowiekiem" a "zwierzęciem", lecz między życiem "pożytecznym" a istnieniem "niegodnym życia". Z tego samego ducha ideologicznego wynikało zatem objęcie niektórych zwierząt szczególną ochroną, a uznanie niektórych ludzi za "szkodniki" i systematyczne ich niszczenie.
Po raz kolejny widać to szczególnie wyraźnie w Buchenwaldzie. Komendant Karl Koch, który tak bardzo martwił się o dobrostan zwierząt w ogrodzie zoologicznym, kazał - dla swojej przyjemności - wrzucać więźniów na wybieg dla niedźwiedzi, by obserwować, jak są oni rozszarpywani przez te zwierzęta[20]. Leopold Reitter, ocalały z Buchenwaldu, po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego zeznał do protokołu: "Jeszcze w roku 1944, gdy w obozie panował wielki głód, ptaki drapieżne, niedźwiedzie i małpy codziennie dostawały mięso; pobierano je oczywiście z kuchni więźniów, których w ten sposób pozbawiano posiłków"[21].
Współczesne pozostałości ogrodu zoologicznego w Buchenwaldzie.
Takich relacji jest bardzo dużo. Poza rzeczywistością obozów koncentracyjnych zwierzęta pojawiają się też w licznych dziennikach, wspomnieniach i dokumentach życia codziennego. Ale w badaniach nad narodowym socjalizmem występowały one dotychczas najwyżej w roli statystów. Chociaż od lat osiemdziesiątych historycy odkrywali niezliczone obszary "historii życia codziennego" w czasach nazizmu, począwszy od mody, poprzez sport, aż po odżywianie, rękodzieło, a nawet zażywanie narkotyków, to o zwierzętach w narodowym socjalizmie mówiło się jednak rzadko. Powody tego są oczywiste, twierdzi Mieke Roscher, która na uniwersytecie w Kassel jest obecnie jedynym profesorem zajmującym się badaniami nad relacjami ludzko-zwierzęcymi w Niemczech. Roscher uważa, że badania nad narodowym socjalizmem, w szczególności badania niemieckie, ciągle jeszcze obarczone są pewnym strachem przed poruszaniem tego tematu, "ponieważ istnieje obawa, że skoncentrowanie uwagi na zwierzętach mogłoby prowadzić do bagatelizowania ofiar ludzkich"[22]. Ta pozornie "niewinna" historia zwierząt była jednak ściśle spleciona zarówno z życiem codziennym, jak i ideologią narodowosocjalistyczną. To sprawia, że jest ona tak istotna; pokazuje ona wreszcie, w jaki sposób niebezpieczna ideologia może być zakotwiczona nawet w mało podejrzanych ideologicznie dziedzinach życia i tym samym wpływać na kształtowanie społeczeństwa. Każdy, kto bliżej przyjrzy się koegzystencji ludzi i kotów domowych w Niemczech w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku, uzyska wgląd do niemieckich salonów, ale też skonfrontowany zostanie bezpośrednio z volkistowsko-rasistowskim światopoglądem, który głęboko przeniknął do codziennego życia. Każdy, kto bada temat owadów w narodowym socjalizmie, prędzej czy później znajdzie się w klasach niemieckich szkół i nie uniknie kontaktu z "czarną pedagogiką" i darwinizmem społecznym. Każdy, kto chce ustalić, jaką rolę w tym czasie odgrywała świnia domowa, trafi na plakaty reklamowe przemysłu spożywczego, na wczesne formy gospodarki recyklingowej, ale również na osobliwe wytwory fantazji ideologii narodowosocjalistycznej. Historie zwierząt pozostają w sprzeczności z wieloma dobrze znanymi tematami badań narodowosocjalistycznych i tym sposobem umożliwiają często inne - na ogół nowe, ale nigdy nie trywializujące - spojrzenie na życie w okresie nazizmu.
Śladami zwierząt
Terror nie wszędzie był oczywisty. W wielu miejscach brunatna rzeczywistość dnia codziennego malowała się raczej w odcieniach szarości. We wszystkich dziedzinach życia zwierzęta miały jednak duże znaczenie, co pokazują kolejne rozdziały tej książki. Każdy z nich, w oparciu o jeden gatunek zwierzęcia, przybliża inny aspekt narodowego socjalizmu. I tak z pomocą psa i jego dzikiego praprzodka, wilka, przyjrzymy się teorii rasy, która pokazuje, jak bardzo życie codzienne oraz ideologia, polityka i "nauka" były wzajemnie ze sobą powiązane. Na przykładzie świni domowej możemy przekonać się nie tylko o znaczeniu zwierząt użytkowych w czasach nazizmu; jej rola najważniejszego dostarczyciela tłuszczu i mięsa dla "wyżywienia narodu" była również kluczowa w dążeniu narodowych socjalistów do stworzenia państwa całkowicie niezależnego od zagranicy oraz do udowodnienia własnej "aryjskiej prakultury". Ambiwalentne uczucia, jakie wywoływały zwierzęta, widać przede wszystkim na przykładzie kota domowego. Dla jednych był on "zwierzęciem żydowskim", które nie daje się oswoić, inni natomiast chwalili go jako łowcę myszy i "higienicznego pomocnika [w utrzymaniu] zdrowia narodu". W rozdziale o kotach spotkamy różnych ich właścicieli, takich jak filolog Victor Klemperer, który w Dreźnie, wraz ze swoją żoną, najpierw drżał o życie ich kota Mujela, a wkrótce też o swoje własne.
W pedagogice i wychowaniu lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku zwierzęta odgrywały również rolę kształtującą. Sposób, w jaki już najmłodsi przygotowywani byli do wojny i walki, obserwujemy na przykładzie opisów jedwabników i stonki ziemniaczanej. Owady, co można wskazać w podręcznikach szkolnych i książeczkach dla dzieci z tego okresu, wykorzystywano do objaśniania dzieciom, co, a przede wszystkim kto - w rozumieniu narodowosocjalistycznym - był "szkodnikiem", "darmozjadem" lub "pasożytem".
Nie istniała przy tym jednolita ideologia nazizmu. To, jak dowolnie łączono ze sobą aspekty ideologiczne, raz w taki, raz w inny sposób, ilustruje przykład stosunku narodowych socjalistów do polowań. Podczas gdy Hitler wykpiwał myśliwych jako "zielonych masonów", to, jak powszechnie wiadomo, Hermannowi Göringowi, Łowczemu Rzeszy, nigdy nie było dość myśliwskich trofeów. W centrum piątego rozdziału znajdzie się jeleń szlachetny Raufbold (zawadiaka, zabijaka). Raufbold padł niegdyś ofiarą pogoni Göringa za trofeami, a jego odlany z brązu wizerunek wytrzymał próbę czasu i dwanaście lat "Tysiącletniej Rzeszy" - podobnie jak światopoglądowe dziedzictwo Göringa, które do dziś wywiera wpływ na społeczność myśliwych.
I wreszcie, gdy mowa o roli zwierząt w narodowym socjalizmie, nie może zabraknąć jeszcze jednego tematu: druga wojna światowa, przede wszystkim kampania wschodnia, nie byłaby możliwa bez milionów koni. W ostatnim rozdziale spotykamy ogiera rasy trakeńskiej, Siegfrieda, który latem 1941 roku wraz ze swoim jeźdźcem uczestniczył w napaści na Związek Radziecki, a potem towarzyszył mu w dalszym marszu na wschód, podczas gdy silniki i maszyny dawno już straciły ducha w mrozach rosyjskiej zimy. W tym rozdziale okazuje się również, jak złożone było symboliczne znaczenie konia dla wizji świata narodowych socjalistów - i jak długi jest cień, który ten symbol nadal rzuca także w Republice Federalnej Niemiec.
Przeciąganie granic
Theodor W. Adorno w swojej pracy Minima Moralia - Reflexionen aus dem beschädigten Leben (Minima Moralia. Refleksje z poharatanego życia, tłum. Małgorzata Łukasiewicz), będącej zbiorem aforyzmów i krótkich esejów, pisał: "Oburzenie z powodu popełnianych okrucieństw" maleje tym bardziej, "im bardziej ofiary niepodobne są do przeciętnych czytelników". Na tej podstawie Adorno wnioskował: "Możliwe, że u antysemitów społeczny schemat percepcji jest taki, że Żydów w ogóle nie uważają za ludzi. Powtarzające się stwierdzenie: dzikusy, czarni, japońce są podobni do zwierząt, takich jak małpy - zawiera w sobie już klucz do pogromu. O jego możliwości decyduje moment, w którym oko śmiertelnie rannego zwierzęcia trafia na człowieka. Przekora, z jaką odsuwa on od siebie to spojrzenie, myśląc "to tylko zwierzę", powtarza się w okrucieństwie wobec ludzi, w którym sprawcy raz po raz muszą potwierdzać sami sobie, że to "tylko zwierzę", ponieważ nigdy do końca nie mogą w to zwierzę uwierzyć"[23].
Dla Adorna obchodzenie się ze zwierzętami odzwierciedlało również stosunek człowieka do samego siebie. W tym znaczeniu historie zwierząt w narodowym socjalizmie są nie tylko świadectwami swojego czasu. Ujawniają one także wizję człowieka i świata, jaki ta epoka wytworzyła, i dlatego zwierzęta są czymś więcej niż tylko niemymi statystami.