Zwierzęta biebrzańskich lasów - Darek Karp

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

W oku Sta­rego India­nina poja­wiła się łza. "Za czym tęsk­nisz?", zapy­tał go Wielki Duch. Stary India­nin nie znał odpo­wie­dzi.

Biały Jeleń, wódz ple­mie­nia Kru­ków

Nasi przod­ko­wie rodzili się i odcho­dzili na tej samej ziemi, tutaj przed stu laty na świat przy­szli nasi ojco­wie. Nasi dziad­ko­wie prze­żyli tu całe swoje życie. Tak samo jak ich ojco­wie upra­wiali zie­mię, oglą­dali te same gwiazdy i niebo, jedli taki sam chleb i modlili się do jed­nego Boga. Pew­nie mijali się na dro­gach, mówiąc sobie "Szczęść Boże"...

Przy­szli­śmy na świat w tym samym roku w podob­nych rodzi­nach. Nasze losy splo­tły się ze sobą o wiele wcze­śniej, niż to zauwa­ży­li­śmy, nie zna­li­śmy się jesz­cze, spę­dza­jąc jako dzieci waka­cje w sąsied­nich nad­bie­brzań­skich wsiach. W nie­dziele nasze cio­cie zabie­rały nas na msze do tego samego drew­nia­nego kościoła w Jami­nach, prze­nie­sio­nego trzy­sta lat wcze­śniej z Augu­stowa, mia­sta, w któ­rym obaj się uro­dzi­li­śmy. W cza­sie mszy sta­li­śmy w tłoku, praw­do­po­dob­nie bli­sko sie­bie, nic o sobie nie wie­dząc, patrząc na te same święte obrazy, marzy­li­śmy o tym, co chcie­li­by­śmy kie­dyś robić. Po latach spo­tka­li­śmy się ponow­nie. Mie­li­śmy po szes­na­ście lat, czu­li­śmy się już doro­śli, a każdy z nas nosił w sobie inny świat i podobne plany na przy­szłość. Chcie­li­śmy foto­gra­fo­wać i żyć w innym świe­cie niż ota­cza­jący nas doro­śli. Pra­gnie­niu temu towa­rzy­szyła wznio­słość, inten­syw­ność i nie­pew­ność, wej­rze­nie w sie­bie i poza sie­bie, takiego, jaki jestem i byłem. Był w tej posta­wie też sprze­ciw wobec prze­szło­ści i teraź­niej­szo­ści, otwar­cie się w stronę nie­zna­nego.

Spo­śród ludzi, któ­rych napo­tka­łem na swo­jej życio­wej dro­dze, Darek jest kimś szcze­gól­nym i nie­po­wta­rzal­nym. Od naszego pierw­szego spo­tka­nia minęły już cztery dekady, zdą­ży­li­śmy posi­wieć i wycho­wać swoje córki. Darek zawsze szedł wła­sną drogą, przez sie­bie wydep­taną, tro­chę tak, jak cho­dzą zwie­rzęta. Jest osobny, ale ni­gdy samotny. Wpa­trzony w świat zwie­rząt i pta­ków, które stały się boha­te­rami jego foto­gra­ficz­nych i lite­rac­kich opo­wie­ści. Jego żywio­łem i dru­gim domem jest las, prze­strzeń tę trak­tuje jako naj­waż­niej­sze miej­sce dostar­cza­jące mu inspi­ra­cji i dające wol­ność, jako obiekt naj­bar­dziej inten­syw­nego zachwytu i zamy­śle­nia. W cza­sie naszych wspól­nych wędró­wek czu­łem, jak sta­wa­łem się czę­ścią pej­zażu, który mija­łem. Były to zawsze lek­cje z uważ­no­ści. Gdy doty­ka­łem drzew, słu­cha­łem śpiewu pta­ków, nazwa­nych wcze­śniej przez Darka, czu­łem się szczę­śliwy i wolny, co zro­zu­mia­łem dopiero po latach. Rytm zmę­czo­nego wie­lo­ki­lo­me­trową wędrówką ciała poma­gał mi nawią­zać dia­log z naturą i z sobą.

Darek był i jest na­dal moim prze­wod­ni­kiem, nauczy­cie­lem i przy­ja­cie­lem w podróży przez życie. Wiele się od niego nauczy­łem. Do dziś pamię­tam tro­chę łaciń­skich nazw zwie­rząt i pta­ków, ziół, drzew i leśnych kwia­tów. Być może my, ludzie, w swej natu­rze jeste­śmy jak noma­dzi - żeby być wolni, potrze­bu­jemy być w cią­głym ruchu, potrze­bu­jemy sami decy­do­wać o sobie, wtedy życie staje się nie­prze­wi­dy­walne, a więc atrak­cyjne. Świat naszego dzie­ciń­stwa dawno już minął i wraz z nim znik­nął kwietny zapach lata i spora część świata zwie­rząt. Codzienny wysi­łek i trud przod­ków nie pozo­sta­wił na tej ziemi zbyt wielu śla­dów. Wszystko, co się zaczyna, musi też mieć swój koniec. Nosimy w sobie geny powie­lane wcze­śniej przez naszych poprzed­ni­ków. Cała egzy­sten­cja na ziemi jest jed­nym życiem, jeste­śmy kom­bi­na­cją tych samych czą­ste­czek co drzewa i trawy, ale nasze drogi pro­wa­dzą dalej, w stronę początku, który jest przed tym, co ludz­kie.

Każdy zna­le­ziony ślad zosta­wia jakąś aurę, doma­ga­jąc się, by nim podą­żyć. Dzięki śla­dom możemy tra­fić do nowej rze­czy­wi­sto­ści. Zapra­szam Pań­stwa do świata Darka i odby­cia podróży śla­dami Sza­rego Wilka, życzę miłej lek­tury.

Tomasz Micha­łow­ski

"Gdzie jesteś?", zapy­tał Stary India­nin. "Jestem w kamie­niu, a może jestem szary jak ty, zakryty płót­nem, podobny do Cie­bie. Albo ukryty w pej­zażu", odpo­wie­dział mu Wielki Duch.

Biały Jeleń, wódz z ple­mie­nia Kru­ków

O tym sym­pa­tycz­nym, cie­kaw­skim zwie­rzę­ciu mówi się, że pocho­dzi z innego świata, z cza­sów pre­hi­sto­rycz­nych, kiedy na ziemi żyły dino­zaury i mamuty. Swoim wyglą­dem zupeł­nie nie pasuje do innych ssa­ków obec­nie żyją­cych w naszej stre­fie kli­ma­tycz­nej. Jest duży, silny, nieco pokraczny i mało foremny... Taki swo­isty odmie­niec. Z jed­nej strony wyda­wać się może brzydki, z dru­giej bar­dzo uro­czy, ale nie­za­prze­czal­nie jest wyjąt­kowy. Jedno jest pewne, że każde spo­tka­nie z nim, każda moż­li­wość obser­wo­wa­nia go wzbu­dza w czło­wieku wiele rado­ści. Patrząc na to zwie­rzę, odnosi się wra­że­nie, że powstało ze skrzy­żo­wa­nia kilku innych dużych ssa­ków, takich jak: jeleń, koń, osioł, a nawet wiel­błąd. Przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie, trudno nie zgo­dzić się z tymi opi­niami, bo taki wła­śnie jest on, dawno temu nazwany łosiem.

Mnie jed­nak utkwiło w pamięci zupeł­nie inne i nie­spo­ty­kane ni­gdzie indziej okre­śle­nie tego leśnego olbrzyma. A mia­no­wi­cie, że jest to pol­skie okapi...

Skąd wzią­łem taką ory­gi­nalną nazwę? O tym za chwilę, bowiem chciał­bym tę praw­dziwą opo­wieść zacząć od samego początku, od pierw­szego spo­tka­nia z tym prze­sym­pa­tycz­nym pięk­nym brzy­da­lem, a także z nie­zwy­kłą i magiczną kra­iną bagien. Kra­iną, którą poko­cha­łem od dziecka i z którą do dzi­siaj jestem tak mocno zwią­zany emo­cjo­nal­nie, wspo­mnie­niowo i przy­go­dowo.

Był 1970 rok. Mia­łem wów­czas nie wię­cej niż sześć lat i nikt nie nazy­wał mnie jesz­cze wtedy "Sza­rym Wil­kiem". Moje rodzinne korze­nie, zarówno ze strony matki, jak i ojca, wywo­dzą się z tere­nów Bagien Bie­brzań­skich. Nic więc dziw­nego, że jako dziecko tak wiele czasu spę­dza­łem w tam­tej­szych wsiach, gdzie żyli moi krewni.

Nad­bie­brzań­skie osady, małe wsie i przy­siółki wyglą­dały zupeł­nie ina­czej niż obec­nie. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wta­piały się w przy­rodę i można śmiało to przy­znać, że były z nią bar­dziej zżyte. Współ­ist­niały z naturą. Były to gospo­dar­stwa, które nie wyrzą­dzały jej takich szkód, jak obecne wiel­ko­pro­duk­cyjne i wiel­ko­ob­sza­rowe. Podwórka wcho­dziły czę­sto do lasu, a las wcho­dził na obej­ścia - taka ponie­kąd swo­ista współ­za­leż­ność mię­dzy­ga­tun­kowa. Sza­cu­nek ludzi do ziemi i przy­rody był zauwa­żalny, o co dzi­siaj jest znacz­nie trud­niej. W wielu miej­sco-wościach nie dopro­wa­dzono wów­czas jesz­cze ener­gii elek­trycz­nej, a drogi i mosty były czę­sto nie­prze­jezdne, gdyż ich zły stan spo­wo­do­wany był naj­prost­szymi na świe­cie przy­czy­nami, takimi jak pogoda czy nagłe zmiany pór roku. Deszcz, śnieg i inne zja­wi­ska atmos­fe­ryczne decy­do­wały o tym, kiedy i na jak długo miesz­kańcy odcięci byli od szla­ków komu­ni­ka­cyj­nych. Rzeki wyle­wały każ­dego roku, tak że po hory­zont nie było widać nic poza wodą, a jedy­nym moż­li­wym środ­kiem trans­portu sta­wały się łodzie, stare nie­za­wodne czółna, nazy­wane w tej czę­ści Pol­ski pychów­kami. Każdy gospo­darz miesz­ka­jący nad samą rzeką miał taką łódź, która była waż­nym i nie­za­stą­pio­nym sprzę­tem. Łódki te miały bar­dzo pro­stą budowę. Star­sze były dłu­bane w drew­nia­nych kło­dach, nato­miast now­sze powsta­wały z kilku desek odpo­wied­nio ze sobą połą­czo­nych. Każda taka łajba wypo­sa­żona była w jedno dłu­gie wio­sło, które słu­żyło zarówno do wio­słowania, jak i odpy­cha­nia się od dna. Kie­ro­wało się nimi głów­nie w pozy­cji sto­ją­cej. Wyko­rzy­sty­wane były w wielu sytu­acjach: do połowu ryb w kłomle, żaki czy sieci, do zwo­że­nia siana zza rzeki, do prze­prawy przez wodę. Nato­miast miesz­kańcy kolo­nii takich wsi dowo­zili nimi dzieci do szkoły. Bywało też tak, że i do kościoła trzeba było popły­nąć taką łódką na mszę lub, w gor­szym celu, na pogrzeb. Zmar­łego dowo­żono taką pychówką na ostat­nie poże­gna­nie. Był to bar­dzo ory­gi­nalny orszak pogrze­bowy. Wyglą­dał nie­sa­mo­wi­cie. Z jed­nej strony uro­czo, kli­ma­tycz­nie i nastro­jowo, z dru­giej było to smutne i dra­ma­tyczne wyda­rze­nie. Kilka lub kil­ka­na­ście łodzi w rów­nym tem­pie pły­nęło po rzece. Na jed­nej z nich była trumna ze zmar­łym. Pozo­sta­łymi pły­nęła rodzina i sąsie­dzi. W rękach zapa­lone świece, nazy­wane grom­ni­cami, a na ustach modli­twy i pie­śni pogrze­bowe...

Pół wieku temu rol­nic­two też wyglą­dało tu zupeł­nie ina­czej. Na polach i łąkach rzadko widy­wało się trak­tory, które mało kto wów­czas tu posia­dał. (Miały je kółka rol­ni­cze i jedy­nie nie­liczni zamoż­niejsi gospo­da­rze). Pra­co­wały głów­nie konie, które cią­gnęły pro­ste maszyny. Dzięki nim można było wyko­nać więk­szość zadań, takich jak: orka, bro­no­wa­nie, sadze­nie, kosze­nie i inne prace rolne. Ludzie sza­no­wali konie i o nie dbali, wie­dząc, że od ich zdro­wia i kon­dy­cji zale­żała także jakość ich życia. Dobry gospo­darz miał kilka koni, które mógł wymie­niać. Dla­tego też, choć ciężko pra­co­wały, miały też czas na wypo­czy­nek. Widać było, że wypusz­czone na nad­bie­brzań­skie łąki z dostę­pem do rzeki, czuły się naprawdę szczę­śliwe.

Gospo­dar­stwa nie były duże, jed­nak zupeł­nie samo­wy­star­czalne. Każdy cho­wał różne zwie­rzęta gospo­dar­skie: konie, krowy, świ­nie, kaczki, gęsi, kury... Zwie­rzęta te dostar­czały mięsa, mleka, z któ­rego wyra­biano masło, śmie­tanę i sery, oraz jajek. Przy domach były ogrody warzywne, a na polach upra­wiano zboża (żyto, psze­nicę, owies) oraz kar­to­fle, które sta­no­wiły pod­stawę wyży­wie­nia zarówno ludzi, jak i zwie­rząt.

Po dziś dzień nie potra­fię zapo­mnieć tych wszyst­kich przy­sma­ków, jakie przy­go­to­wy­wały gospo­dy­nie. Zapach chleba pie­czo­nego na tata­raku z dodat­kiem róż­no­ra­kich ziół roz­no­sił się po całej cha­łu­pie. Droż­dżowe buły i makowce, które rumie­niły się i poły­ski­wały, posma­ro­wane przed upie­cze­niem biał­kiem jaja, nie były gor­sze od chleba. Wszystko wypie­kane na ogniu, w pie­cach chle­bo­wych, w któ­rych naj­pierw roz­pa­lało się drew­nem, a kiedy tem­pe­ra­tura pieca była już odpo­wied­nia, wygar­niano z niego żar i następ­nie wkła­dano bla­chy z przy­go­to­wa­nym cia­stem. Panie były mistrzy­niami kuli­nar­nymi. A jak w tych kuch­niach pach­niało... Smaki potraw były nie do pod­ro­bie­nia. Zwy­kłe zsia­dłe mleko z odsma­ża­nymi kar­to­flami czy babka ziem­nia­czana, a nawet zwy­czajna pajda chleba wycią­gnię­tego z pieca, posma­ro­wana świeżo ubi­tym masłem, była poezją. I cho­ciaż jadło się te potrawy czę­sto, to ni­gdy się nie nudziły. Warto przy tym dodać, że to naj­bar­dziej zdrowe i eko­lo­giczne jedze­nie. Wszystko pocho­dziło z wła­snej pro­duk­cji, z pola, z ogrodu, z obory czy chlewu - bez ulep­sza­czy i che­mii kon­ser­wu­ją­cej. Tęsk­nię za tymi potra­wami i za tą Bie­brzą sprzed lat.

Same wsie były bar­dzo malow­ni­cze, wto­pione w piękny kra­jo­braz bie­brzań­skich łąk, bagien i lasów. Wio­sną i latem ukwie­cone wie­lo­barw­nymi rośli­nami. Jesie­nią ozło­cone liśćmi i rudzie­ją­cymi tra­wami, a zimą przy­sy­pane grubą, białą pie­rzyną śniegu.

Domy były w więk­szo­ści zbu­do­wane z drew­nia­nych bali (tak zwane wień­cówki) połą­czo­nych ze sobą na wycięte zamki, nazy­wane jaskół­czymi ogo­nami. Dachy pokryte sło­mia­nymi strze­chami bądź wió­rem, które były ogól­nie dostęp­nymi mate­ria­łami. Chaty były wie­kowe, ale zadbane. Wiele z nich miało ganki z gustow­nie rzeź­bio­nymi kolu­mien­kami, ozdo­bione szczyty, okna czy drzwi. Ludziom zale­żało, by ich zabu­do­wa­nia były piękne i ory­gi­nalne. Nie­które wsie, jak bli­skie mojemu sercu Jagłowo, poło­żone były nad samymi rze­kami. Domy o podob­nej kon­struk­cji i zbli­żo­nej wiel­ko­ści, usta­wione równo szczy­tami w stronę rzeki, wyglą­dały uro­czo. Ze względu na oszczęd­ność mate­ria­łów, jak i w pew­nym stop­niu na wygodę, cha­łupy te były połą­czone jedną ścianą z oborą lub staj­nią, w któ­rej miesz­kały krowy czy konie. Nie­malże w każ­dej wsi byli spe­cja­li­ści od cie­sielki, sto­larki czy kowal­stwa. Kobiety pięk­nie tkały, hafto­wały i wyszy­wały. Ich obrusy, pościele czy chod­niki to praw­dziwe dzieła sztuki, które wów­czas były zwy­kłymi przed­mio­tami codzien­nego użytku.

Ludzie żyli zde­cy­do­wa­nie bli­żej sie­bie. Było zro­zu­mie­nie pro­ble­mów sąsiada, pomoc, wspar­cie. Taka wieś two­rzyła jed­ność. Miesz­kańcy razem pra­co­wali, razem bawili się i także po pracy dużo czasu ze sobą spę­dzali. Znali się dosko­nale. I cho­ciaż nie było wów­czas tele­wi­zji, Inter­netu czy tele­fo­nów, to życie nie wyda­wało się smutne. Sąsie­dzi spo­ty­kali się czę­sto. Odwie­dzali się nawza­jem. Pamię­tam dosko­nale wie­czory, kiedy sie­działo się przy lam­pach naf­to­wych i wsłu­chi­wało w prze­różne opo­wie­ści star­szych miesz­kań­ców. Opo­wia­dali o wszyst­kim. O tym, jak daw­niej żyło się na tych tere­nach, o przy­ro­dzie, zwie­rzę­tach, a także o duchach, które nie­wąt­pli­wie ist­niały obok nich. Jako mały chło­piec chło­ną­łem to wszystko. Z otwartą buzią słu­cha­łem nie­sa­mo­wi­tych histo­rii, jakich ci piękni ludzie doświad­czyli, żyjąc w zgo­dzie z naturą i mając ogra­ni­czony kon­takt z cywi­li­za­cją. Wielu z nich przez całe swoje życie ni­gdy nie było w dużym mie­ście, czę­sto poru­szali się zale­d­wie w pro­mie­niu nie więk­szym jak trzy­dzie­ści kilo­me­trów. I, co cie­kawe, nie czuli się z tego powodu nie­szczę­śliwi. Wręcz prze­ciw­nie. Otwarci, szcze­rzy i uczciwi, z przy­jaź­nią patrzyli na przy­jezd­nych, któ­rych byli bar­dzo cie­kawi. Obda­ro­wy­wali ich bez­in­te­re­sowną gościn­no­ścią i darzyli wiel­kim sza­cun­kiem.

Tak to w wiel­kim skró­cie wyglą­dało życie ludzi z nie­wiel­kich nad­bie­brzań­skich wsi. Do tego tematu będę nie­jed­no­krot­nie powra­cał, bowiem dzika przy­roda i ich życie zawsze były ze sobą splą­tane i zespo­lone...

Tym­cza­sem wróćmy jed­nak do głów­nego wątku tej czę­ści opo­wie­ści o zwie­rzę­tach, a mia­no­wi­cie do mojego pierw­szego spo­tka­nia z łosiem. Nie ukry­wam, że roz­mowy star­szych miesz­kań­ców wsi o tym wła­śnie stwo­rze­niu, nie­mal baśnio­wym, wzbu­dzały wów­czas we mnie ogromną cie­ka­wość i wyzwa­lały nie mniej­sze emo­cje. Nasłu­cha­łem się ich tak wiele, że bez wąt­pie­nia naj­więk­szym marze­niem było zoba­cze­nie tego cudaka na wła­sne oczy - naj­le­piej z bli­ska.

To wła­śnie tam, w doli­nie Bie­brzy, łosie miały swoje matecz­niki. Myśla­łem o tych zwie­rzę­tach cią­gle. Śniły mi się po nocach, wyobra­ża­łem sobie, jak wyglą­dają. Wyda­wało mi się, że są to naj­pięk­niej­sze, naj­bar­dziej tajem­ni­cze i naj­cie­kaw­sze zwie­rzęta na ziemi. Stały się moją obse­sją i bez wąt­pie­nia wtedy się w nich zako­cha­łem, choć jesz­cze ich nie widzia­łem.

Mie­li­śmy w rodzi­nie leśni­czego, któ­rego uwiel­bia­łem i nazy­wa­łem go "dziad­kiem". Nie był to dzia­dek w pierw­szej linii, gdyż moi obaj zgi­nęli pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. Podzi­wia­łem go za ogromną wie­dzę o zwie­rzę­tach i zazdro­ści­łem tego, że wszyst­kie mógł oglą­dać.

Któ­re­goś pięk­nego wrze­śnio­wego dnia dzia­dek przy­je­chał do cioci po świeżo wypie­czony chleb i buły. Usiadł przy sta­rym, drew­nia­nym stole. Popi­jał her­batę z mali­no­wych liści, któ­rej aro­mat roz­no­sił się po kuchni. W jego oczach, kiedy patrzył na mnie, widać było radość. Wie­dział dosko­nale, jak bar­dzo kocham zwie­rzęta i jakie mam marze­nia. Gdy wypił her­batę, wstał od stołu i pod­szedł do okna. Deski w pod­ło­dze zaskrzy­piały, bo był to moc­nej budowy czło­wiek. Nachy­lił się nieco, wyj­rzał przez okno, popa­trzył przez chwilę na roz­le­głe, bie­brzań­skie łąki, gdzie o tej porze roku roiło się już od sto­gów siana. Zamy­ślił się nieco, po czym uśmiech­nął się ser­decz­nie. Pod­szedł do mnie z wesołą miną i w końcu zapro­po­no­wał, abym poje­chał z nim na bagna, do praw­dzi­wie dużego i dzi­kiego lasu. Pamię­tam, jak to powie­dział - do naj­dzik­szego lasu, jaki zna... Onie­mia­łem z rado­ści. Dzia­dek leśni­czy obie­cał, że pokaże mi praw­dziwe bagno, dziki las, a co wtedy było dla mnie naj­waż­niej­sze - tajem­ni­czego, upra­gnio­nego i wyma­rzo­nego łosia. I tak oto po raz pierw­szy w życiu zosta­łem zapro­szony na męską przy­rod­ni­czą wyprawę do pusz­czy.

Dla wielu, i z dzi­siej­szego punktu widze­nia, mogłoby się wyda­wać, że nie było w tym nic nad­zwy­czaj­nego. Po pro­stu zwy­kła wycieczka do lasu. Dla mnie jed­nak to wyda­rze­nie było wów­czas czymś nie­zwy­kłym. Tak, jestem pewien, że było czymś wyjąt­ko­wym, a nawet śmiem twier­dzić, że ta wyprawa, ten dzień, odci­snęły wielki ślad na moim przy­szłym życiu. Dzi­siaj wiem, że ta pierw­sza eska­pada w towa­rzy­stwie sta­rego leśni­czego stała się począt­kiem tego, kim jestem i co stało się pasją mojego życia.

Kiedy wresz­cie nad­szedł dzień zapla­no­wa­nej wycieczki, przez pół nocy nie mogłem zasnąć, prze­jęty tym wyda­rze­niem. Wyje­cha­li­śmy o świ­cie, grubo przed tym, zanim słońce wyszło zza hory­zontu. Dzia­dek usa­do­wił mnie, opa­tu­lo­nego w koc, w sta­rym gaziku. Poranki były zimne, a leciwy samo­chód nie miał super spraw­nego ogrze­wa­nia, dla­tego cie­pły koc oka­zał się bar­dzo przy­datny. Do prze­je­cha­nia mie­li­śmy ponad dwa­dzie­ścia kilo­me­trów. Nie­do­spana noc spra­wiła, że usną­łem. Gdy otwo­rzy­łem oczy, byli­śmy już na miej­scu. Leśna osada, do któ­rej dotar­li­śmy, miała tajem­ni­czą nazwę Chosz­czewo. Poło­żona była w środku lasu na tere­nie ówcze­snego Nad­le­śnic­twa Raj­gród. Grzędy - tak nazy­wało się leśnic­two i taka sama nazwa wid­niała na tej dużej drew­nia­nej leśni­czówce - w tam­tych cza­sach były jed­nym z nie­wielu miejsc w Pol­sce, gdzie można było zoba­czyć łosie żyjące na wol­no­ści w prze­pięk­nej sce­ne­rii bagien i lasów.

Leśni­czy, dobry zna­jomy dziadka, zarzą­dza­jący tym uro­kli­wym miej­scem, przy­wi­tał nas z wielką rado­ścią. Podał mi rękę, jak rów­nemu sobie kole­dze, i rzekł do mnie z pełną powagą, aby pod­nieść nastrój, że za chwilę zoba­czę zacza­ro­wany las, a zapewne i jego tajem­ni­czych miesz­kań­ców. Byłem prze­szczę­śliwy.

Słońce powoli zaczęło wyta­czać się zza hory­zontu. Jego pierw­sze pro­mie­nie soczy­stą, poma­rań­czową barwą oświe­tlały już czubki wynio­słych drzew. Lekki wiatr strą­cał poje­dyn­cze pożół­kłe liście, które wolno spa­da­jąc, krę­ciły w powie­trzu kółka lub zyg­za­kiem poko­ny­wały drogę z gałęzi na zie­mię.

Obaj leśni­czo­wie zgod­nie zade­cy­do­wali, że dal­szą część naszej wyprawy odbę­dziemy już innym pojaz­dem, na któ­rego widok dzi­kie zwie­rzęta mniej się boją. Był nim wóz zaprzę­gnięty w konia, w tej czę­ści Pol­ski nazy­wany furą lub fur­manką. W owych cza­sach takich koń­skich zaprzę­gów w każ­dej wsi na Pod­la­siu było bar­dzo dużo. Słu­żyły wła­ści­wie do wszyst­kiego. Do pracy w polu, do jazdy do kościoła, na targ, a nawet do mia­sta. W miej­sco­wo­ściach takich jak Augu­stów i jemu podob­nych wozy na uli­cach spo­ty­kało się dość czę­sto. Wozacy dostar­czali miesz­kań­com węgiel, drewno czy ziem­niaki. Były to ponie­kąd takie baga­żowe taryfy. Powo­żący nimi poru­sza-li się spraw­nie po tych samych dro­gach, po któ­rych jeź­dziły samo­chody.

Takim to wła­śnie wspa­nia­łym, w pełni eko­lo­gicz­nym pojaz­dem mie­li­śmy odbyć dal­szą część naszej wyprawy. I tak się wła­śnie stało. Na koźle sie­dział dzia­dek, który kie­ro­wał wozem, a ja zosta­łem wci­śnięty w kilka kopek siana, które były jed­no­cze­śnie paszą dla konia w cza­sie postoju i cał­kiem wygod­nym lego­wi­skiem dla mnie.

Koń ruszył żwawo. Szarp­nął wóz i po chwili, mia­ro­wym już tem­pem, cią­gnął z dużą werwą drew­nianą fur­mankę z dwiema oso­bami na pokła­dzie. Pamię­tam to tak dosko­nale, jakby to działo się przed­wczo­raj. Dzień z wolna budził się do życia. Pogoda była wyśmie­nita. Dzi­siaj wiem, że dzia­dek wybrał na tę wycieczkę naj­lep­szą porę roku, jaką była jesień, a więc czas łosio­wych godów, zwa­nych buko­wi­skiem.

Duża, silna klacz ocho­czo pochra­py­wała. Stary leśni­czy z wielką wprawą pro­wa­dził konia w sobie tylko zna­nym kie­runku. Ja sie­dzia­łem cichutko i z sze­roko otwar­tymi oczyma, uważ­nie roz­glą­da­jąc się po oko­licy, aby cze­goś nie prze­oczyć. Droga wio­dła przez las i nie był to las zwy­czajny, ale zgod­nie z tym, co powie­dział mi kolega dziadka, był to praw­dzi­wie zacza­ro­wany las. Po obu stro­nach drogi wyra­stały masywne, ogromne, cza­sami pokrę­cone drzewa, które swo­imi koro­nami się­gały pra­wie do nieba. Kra­jo­braz zmie­niał się z każ­dym prze­je­cha­nym kilo­me­trem. Olsy prze­cho­dziły w sośninę, sośnina w brze­zinę, aby po chwili znowu ustą­pić miej­sca lubią­cym pod­mo­kły grunt olszy­nom. Szcze­gól­nie utkwiły mi w pamięci piękne brzozy. Było ich naprawdę dużo. Rosły dum­nie wypro­sto­wane, jedna obok dru­giej. Wyobra­ża­łem je sobie jako białą armię straż­ni­ków lasu. Maje­sta­tyczne woj­sko, które ma chro­nić to, co jest ukryte w głębi, coś jesz­cze pięk­niej­sze niż to, co mogłem wcze­śniej oglą­dać - tajem­nicę lasu i jego dzi­kich miesz­kań­ców...

W końcu, po pół­go­dzin­nej jeź­dzie, dotar­li­śmy do nie­zwyk-łego uro­czy­ska. Nagle, w jed­nej chwili, pod­mo­kłe i tajem­ni­cze lasy ustą­piły miej­sca innemu cudowi natury, który poja­wił się przed moimi oczami. Zoba­czy­łem piękne piasz­czy­ste wydmy, z lekka tylko poro­śnięte poro­stami i suchymi, rudzie­ją­cymi już tra­wami, które były bar­dzo cha­rak­te­ry­styczne dla tego śro­do­wi­ska. Owe wydmy wyglą­dały dla mnie (sze­ścio­let­niego chłopca) jak góry. Jedna z nich, na którą wje­cha­li­śmy, nazy­wana była Wil­czą Górą.

Wie­czo­rami, sie­dząc na zapiecku przy świe­tle lampy naf­to­wej, nasłu­cha­łem się wiele o wyjąt­ko­wo­ści i tajem­ni­czo­ści tego miej­sca. A teraz mia­łem oka­zję i szczę­ście zoba­czyć je na wła­sne oczy. Dla­tego też cichutko, z mocno biją­cym ser­dusz­kiem i duszą na ramie­niu, trzy­ma­jąc dziadka za rękę, uważ­nie obser­wo­wa­łem i wsłu­chi­wa­łem się w odgłosy przy­rody. Sze­roko roz­po­ście­ra­jąca się dolina rzeki wyda­wała się nie mieć końca. Cią­gnęła się po hory­zont. Lekko pożół­kłe turzyce deli­kat­nie paro­wały. Słońce już w pełni oświe­tlało zie­mię i dawało coraz wię­cej cie­pła, które spra­wiało, że dzień sta­wał się coraz bar­dziej przy­jemny. Piękne, błę­kitne i bez­chmurne tego dnia niebo dopeł­niało kolo­ryt zło­tej jesieni. Z daleka sły­chać było melo­dyjny i jakże cha­rak­te­ry­styczny klan­gor żurawi. Wysoko nad głową rześ­kie powie­trze prze­ci­nały klu­cze roz­gę­ga­nych dzi­kich gęsi, które powoli zaczęły już swoje jesienne wędrówki na połu­dnie. Nato­miast dużo bli­żej, i bez wąt­pie­nia gło­śniej, pięk­nym, meta­licz­nym gło­sem odzy­wały się kruki, które w tam­tych cza­sach zde­cy­do­wa­nie rza­dziej się spo­ty­kało niż obec­nie. Były dwa. Sie­działy na sta­rej, strze­li­stej brzo­zie, któ­rej czub, z racji sędzi­wego wieku, zaczął już wysy­chać. Wyglą­dały, jakby roz­ma­wiały ze sobą, a tema­tem praw­do­po­dob­nie było nasze poja­wie­nie się na ich tery­to­rium. Wszystko wokoło Wil­czej Góry wyda­wało się nie­zwy­kłe, cie­kawe i fascy­nu­jące. Dzia­dek wie­dział, co robi. Mówił do mnie szep­tem, aby zacho­wy­wać się jak naj­ci­szej. Zdra­dzał mi sekrety przy­rody. Wszyst­kie odgłosy były mu znane. Potra­fił mi wytłu­ma­czyć każdy szmer i każdy znak na ziemi i nie­bie. Na świe­żym pia­sku, któ­rego w tym miej­scu było dużo, jak z książki odczy­ty­wał tajem­nice dzi­kich zwie­rząt żyją­cych w tej oko­licy. Tu prze­szedł lis, tam ślady zosta­wiła sarna, a kil­ka­dzie­siąt metrów dalej poka­zał mi wil­cze odchody. To było nie­sa­mo­wite. Wil­cza kupa wyglą­dała jak zwi­nięta w war­kocz sierść. I tak z minuty na minutę pozna­wa­łem coraz wię­cej roz­wią­za­nych zaga­dek z życia bie­brzań­skiej przy­rody...

W pew­nym momen­cie z pobli­skich krza­ków dobie­gło głu­che stęk­nię­cie, po czym z trza­skiem łama­nych gałęzi wyło­nił się wielki i dziwny zwie­rzak. Podobny był tro­chę do konia, tro­chę do osła i tro­chę do jele­nia. Patrzył na nas z zacie­ka­wie­niem. Jego duże, sze­roko roz­sta­wione uszy dokład­nie wyła­py­wały wszel­kie nie­znane mu dźwięki, a wiel­kie noz­drza deli­kat­nie drżały. Węszył (dziś wiem, że była to cha­rak­te­ry­styczna poza, zwana fle­me­nem, przyj­mo­wana przez łosia, gdy wciąga w noz­drza zapa­chy). Zamar­łem w bez­ru­chu, moc­niej ści­ska­jąc dłoń mego opie­kuna. Patrzy­li­śmy na sie­bie z łosiem z odle­gło­ści nie więk­szej jak dwa­dzie­ścia metrów. Z wra­że­nia, jakie wywarło na mnie to zwie­rzę, wstrzy­ma­łem oddech, a buzię cią­gle mia­łem sze­roko otwartą z zachwytu nad jego potężną syl­wetką. Po kil­ku­na­stu sekun­dach nasza klacz z zanie­po­ko­je­niem chrap­nęła, co spra­wiło, że tajem­ni­czy stwór ponow­nie scho­wał się w gęste krzaki. Wyglą­dał impo­nu­jąco. Te oczy, te wiel­kie uszy, te wyso­kie nogi i w ogóle cały taki inny, wyjąt­kowy, cudowny, sym­pa­tyczny. Brzydki i ładny w jed­nym. Cie­kaw­ski i jed­no­cze­śnie pło­chliwy. Chcia­łoby się na niego patrzeć i patrzeć - a tu wziął i uciekł...

Spoj­rza­łem na sta­rego leśni­czego i zapy­ta­łem:

- Dzia­dziu, a co to za takie dziwne zwie­rzę?

On, nie zasta­na­wia­jąc się długo, pełen powagi, odparł, że to okapi, które nor­mal­nie mieszka w Afryce, a tu zabłą­dziło po ucieczce z ogrodu zoo­lo­gicz­nego. Zamy­śli­łem się nad tym, jak magiczne okapi mogło uciec z zoo? Z dru­giej strony podo­bień­stwo było duże i cho­ciaż wie­dzia­łem, że dzia­dek lubi czę­sto żar­to­wać, to może w tym wypadku była to prawda? Różne myśli zaczęły mi krą­żyć po gło­wie. Sły­sza­łem już o okapi. Bab­cia czy­tała mi kie­dyś o tym dziw­nym zwie­rzę­ciu - ale ono ma chyba paski i dłuż­szą szyję, a poza tym...

Dzia­dek, widząc moje zafra­so­wa­nie, objął mnie przy­jaź­nie ramie­niem i śmie­jąc się rado­śnie, powie­dział:

- Darku, to wła­śnie jest łoś, zwie­rzę, które tak bar­dzo chcia­łeś zoba­czyć i o któ­rym cią­gle mówi­łeś.

- Podoba ci się cho­ciaż tro­chę? - dopy­tał po dłuż­szej chwili mój opie­kun.

- Och, drogi dziadku, czy mi się podoba? On jest cudowny, taki ogromny i z jakim zacie­ka­wie­niem nam się przy­glą­dał. Tylko powiedz mi jesz­cze, dla­czego nie miał rogów?

Dzia­dek uśmiech­nął się z zada­nego pyta­nia i długo nie cze­ka­jąc, odpo­wie­dział:

- Bo to jest samica, taka mama łosia, którą nazywa się klępą lub łoszą. Nato­miast rogi, a popraw­nie mówiąc poroża, mają na gło­wach tylko samce nazy­wane bykami. I cho­ciaż popu­lar­nie wielu ludzi nazywa poroża rogami, to tak naprawdę one nimi nie są. Rogi noszą na gło­wach takie zwie­rzęta jak: krowy, żubry, bizony, kozy, kozice gór­skie, muflony, anty­lopy. Rogi są w środku puste i co cie­kawe u więk­szo­ści gatun­ków mają je na gło­wach zarówno samce, jak i samice. Rogów zwie­rzęta nie gubią, a te które im już uro­sną, mają przez całe życie. Zupeł­nie ina­czej jest z poro­żami, które noszą łosie, jele­nie, sarny czy reni­fery. Jest to wytwór kostny, który wyra­sta i każ­dego roku jest przez zwie­rzęta zrzu­cany. Poroża na gło­wach mają głów­nie samce, wyją­tek sta­no­wią reni­fery, u któ­rych i samice noszą tę efek­towną ozdobę głowy.

Jak zwy­kle słu­cha­łem dziadka z wielką uwagą i od tam­tego dnia nauczy­łem się już odróż­niać rogi od poroży. Powiem nawet wię­cej, bywało i tak, że nie­jed­no­krot­nie zwra­ca­łem uwagę roz­mów­com na popraw­ność uży­wa­nia tego okre­śle­nia w zależ­no­ści od gatunku zwie­rzę­cia, o któ­rym roz­ma­wiano. To nie­wąt­pli­wie była dla mnie bar­dzo ważna lek­cja z życia dzi­kiej przy­rody.

Spło­szona klępa tego dnia już wię­cej się nam nie poka­zała. Przez jakiś czas sły­chać było jesz­cze jej stę­ka­nie, gdy odda­lała się od nas. Nie­stety, gęste zakrza­cze­nia utrud­niały obser­wo­wa­nie tego pięk­nego zwie­rzę­cia. Innego osob­nika także nie było dane nam tego poranka spo­tkać.

Od tam­tego czasu minęło ponad pięć­dzie­siąt lat. Moje pierw­sze spo­tka­nie z łosiem lub, jak go cza­sami nazy­wam, z bie­brzań­skim okapi, wywarło jed­nak na mnie tak duże wra­że­nie, że od tej pory zwie­rzęta te, obok wil­ków, stały się ulu­bio­nymi w moim leśno-bagien­nym życiu.

W towa­rzy­stwie dziadka odwie­dza­łem to miej­sce jesz­cze kil­ka­krot­nie i zawsze było to wielką przy­godą i kolejną lek­cją przy­rody, taką pro­sto z bagna. Ten pierw­szy dzień jed­nak zapi­sał się w mojej pamięci naj­trwa­lej.

Od zawsze byłem samot­ni­kiem i indy­wi­du­ali­stą. To, co robi­łem w swoim życiu, naj­czę­ściej i naj­le­piej wycho­dziło mi w poje­dynkę. Dla­tego też już jako kil­ku­na­sto­letni chło­pak sam zaczą­łem cho­dzić za tro­pem zwie­rząt. Metodą prób i błę­dów uczy­łem się pozna­wać tajem­nice życia łosi i innych dzi­kich miesz­kań­ców bagien i lasów. Ileż to tysięcy kilo­me­trów przed­rep­ta­łem bez­dro­żami w poszu­ki­wa­niu tych sym­pa­tycz­nych zwie­rząt. Ile nocy samot­nie spę­dzi­łem na bagnach, przy ogni­sku, aby być bli­żej łosi i całej natury, tego nie jestem już w sta­nie poli­czyć. Nato­miast wiem dosko­nale, że te wyprawy na łosia zawsze dawały i do dzi­siaj dają mi wiele rado­ści. Pozna­wa­nie tego zwie­rzę­cia to wielka nie­koń­cząca się przy­goda.

Na wydmach, dobry kilo­metr za wspo­mnianą Wil­czą Górą, stał kie­dyś mały, drew­niany tra­per­ski domek, zwany kolibą. Nad­le­śnic­two Raj­gród posta­wiło go w latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku w dwo­ja­kim celu. A mia­no­wi­cie: peł­nił on funk­cję miej­sca odpo­czynku dla stru­dzo­nych mar­szem wędrow­ców na szlaku. Dru­gim powo­dem jego powsta­nia, kto wie czy nie waż­niej­szym, był fakt, że w te dzi­kie uro­kliwe tereny przy­jeż­dżali zna­czący wów­czas goście, z samym pre­mie­rem Pio­trem Jaro­sze­wi­czem na czele. Goście ci w więk­szo­ści byli zapa­lo­nymi myśli­wymi. W tam­tych cza­sach polo­wano na łosie, a owa koliba była ide­al­nym miej­scem do tego, aby się tam zatrzy­mać i polo­wać. Nie­duże dwa okna, jakie były w tym domku, sta­no­wiły sta­no­wi­ska strzel­ni­cze. Pominę jed­nak pro­ce­der polo­wa­nia i strze­la­nia z tego miej­sca do zwie­rząt.

Nato­miast sama chatka była bar­dzo przy­jem­nym miej­scem, w któ­rym można było zatrzy­mać się, roz­pa­lić ogień w kominku pro­stej kon­struk­cji, odpo­cząć, prze­cze­kać deszcz, wiatr czy śnie­życę. Był tam też duży stół i wycio­sane z drewna ławy, które słu­żyły do sie­dze­nia i do spa­nia. Potrze­bu­jący mogli więc swo­bod­nie tutaj prze­no­co­wać. Na zewnątrz, kil­ka­na­ście metrów od domku była stud­nia z bar­dzo dobrą wodą. Wokół nie­zmą­cona niczym cisza. Odle­głość od naj­bliż­szej wsi wyno­siła około ośmiu kilo­me­trów, i to przez teren bagienny.

Upodo­ba­łem sobie tę chatkę na bazę noc­le­gową. Z jej okien widać było piękną wydmę z rzadka poro­śniętą krze­wami wierz­biny oraz tajem­ni­czy uro­czy ols, który przez dużą część roku stał w wodzie. Kolibę posa­do­wiono w naj­wyż­szym punk­cie tego wznie­sie­nia (wydmy), które nazy­wało się Tchó­rze Grzędy. Nie da się zapo­mnieć, jak pięk­nie tam było o każ­dej porze roku.

Wio­sną, gdy ostat­nie śniegi ustę­po­wały miej­sca budzą­cej się do życia przy­ro­dzie, a z każ­dym kolej­nym dniem robiło się cie­plej, kiedy witało się przy­la­tu­jące z cie­plejszych stron ptaki, które czym prę­dzej zabie­rały się do budowy swo­ich gniazd, aby zająć naj­lep­sze, naj­bez­piecz­niej­sze miej­sca. Klu­cze prze­la­tu­ją­cych nad głową gęsi czy żurawi. Wokół wszystko roz­śpie­wane, roz­gę­gane, roz­klan­go­rzone...

Lato to dłu­gie dni i krót­kie noce. Kiedy z pozoru wyda­wać by się mogło, że wszystko, co żyło, uci­chło, jakby zamarło. Ptaki wpraw­dzie już nie śpie­wały tak inten­syw­nie, jed­nak piękno natury było rów­nie nie­zwy­kłe. Pobli­skie bagna i lasy wzbo­ga­ciły się o nowe poko­le­nie zwie­rząt. To wła­śnie teraz był czas na obser­wa­cje nowo naro­dzo­nych malu­chów, które w towa­rzy­stwie matek tak pięk­nie pre­zen­to­wały swoje wdzięki...

Jesie­nią drzewa i krzewy ubie­rały się w złoto. Pożół­kłe turzyce, poranne mgły tak pięk­nie ście­lące się nad mocza­rami. Odgłosy stę­ka­ją­cych i buczą­cych łosi. Powroty nie­stru­dzo­nych gęsi na zimo­wi­ska...

A zimą też zawsze było tam wyjąt­kowo - ta pora roku poka­zy­wała białe piękno dzi­kiej kra­iny. Skute lodem bagna, zaśnie­żone wydmy, drzewa odziane w dłu­gie białe suk­nie. Na śniegu, jak na mapie, widać ślady zwie­rząt, które łatwiej się wów­czas tro­piło. Zwie­rzęta w cie­płych już futrach i ta nie­zwy­kle przej­mu­jąca cisza, którą cza­sami prze­ry­wały kru­cze pokra­ki­wa­nia lub prze­szy­wa­jące i jakże wymowne wycie wil­ków...

Ni­gdy też nie zapo­mnę roz­gwież­dżo­nego nieba i świa­tła księ­życa, które nocami, o każ­dej porze roku, tak pięk­nie oświe­tlało całą tę uro­czą kra­inę bagien...

Czę­sto zatrzy­my­wa­łem się w koli­bie. Ponie­kąd trak­to­wa­łem tę chatkę jak swój drugi dom. Przez wiele lat była to moja baza wypa­dowa na wyprawy na łosia. Z przy­jem­no­ścią wycho­dzi­łem z niej o świ­cie, a z jesz­cze więk­szą przy­jem­no­ścią wra­ca­łem do niej zmę­czony po cało­dzien­nych tru­dach wędró­wek poświę­co­nych na obser­wo­wa­nie i tro­pie­nie zwie­rząt. Ogień w kominku dawał przy­tulne cie­pło, które, pomimo nie­szczel­nych ścian, szybko roz­cho­dziło się po całej izbie. Cie­pła mię­towa lub inna zio­łowa her­bata prze­gry­ziona naj­prost­szym na świe­cie plac­kiem z mąki i wody upie­czo­nym na rusz­cie kominka były czę­sto naj­lep­szymi w tych suro­wych warun­kach przy­sma­kami. Wie­czo­rami, przy bla­sku ognia i świe­tle lampy naf­to­wej mia­łem czas na pod­su­mo­wa­nie swo­ich codzien­nych obser­wa­cji. Pisa­łem notatki i ana­li­zo­wa­łem zacho­wa­nie dzi­kich zwie­rząt. Przy­zwy­cza­iłem się do bycia z samym sobą i czu­łem się z tym naprawdę dobrze, a w tym miej­scu nie było o to trudno.

Dzie­cięce marze­nia o łosiu speł­niły się w pełni. Z tym prze­sym­pa­tycz­nym zwie­rzę­ciem spo­ty­ka­łem się już wów­czas bar­dzo czę­sto, a te spo­tka­nia nie znu­dziły mi się do dziś. Bo łoś jest zwie­rzę­ciem wyjąt­ko­wym, o czym posta­ram się tu wszyst­kich prze­ko­nać.

Ten pre­hi­sto­ryczny wybryk natury lub pol­skie okapi, jak łosia nazwał kie­dyś dzia­dek, jest naj­więk­szym żyją­cym przed­sta­wi­cie­lem rodziny jele­nio­wa­tych. Jest więk­szy od konia. Ma ory­gi­nalną urodę, przy­po­mina stwora z daw­nych epok. Wielka, ciężka głowa, wyra­sta­jąca z krót­kiej szyi, zakoń­czona jest wydłu­żo­nym pyskiem z dużymi, wyra­zi­stymi i bar­dzo ruchli­wymi chra­pami. Pod­gar­dle zdobi broda, która u star­szych osob­ni­ków może docho­dzić do trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów dłu­go­ści. Praw­dziwą ozdobą sam­ców jest ich poroże wykształ­cone w dwóch pod­sta­wo­wych for­mach: rosoch lub sze­ro­kich łopat. Dłu­gie nogi, zwane bady­lami, wypo­sa­żone są w sze­ro­kie racice uła­twia­jące zwie­rzę­ciu poru­sza­nie się w bar­dzo trud­nym tere­nie bagien i trzę­sa­wisk. Łosie zamiesz­kują bagienne bory, olsy i roz­le­głe wil­gotne lasy. Pre­fe­rują także otwarte tereny roz­le­wisk rzecz­nych, gdzie wystę­pują nie­do­stępne bagni­ska, trzę­sa­wiska, mszary i moczary. Ich matecz­niki, poro­śnięte turzy­co­wymi łąkami, wierz­biną, łoziną i olchą, zapew­niają im bez­pie­czeń­stwo i dosko­nałą bazę pokar­mową.

Tak wygląda cha­rak­te­ry­styka tego cie­ka­wego zwie­rzę­cia w wiel­kim skró­cie, a jego życie jest zde­cy­do­wa­nie jesz­cze bar­dziej inte­re­su­jące. Cof­nijmy się nieco w cza­sie, bowiem histo­ria łosia na prze­strzeni ostat­niego wieku nie była dla niego łaskawa...

Już w roku 1934 sam Wło­dzi­mierz Kor­sak w pozy­cji Łoś w Pol­sce pisał, jak ciężko miały przed laty te zwie­rzęta. Tępione bez opa­mię­ta­nia przez hordy najeźdź­ców, a póź­niej, w cza­sie rewo­lu­cji, przez bandy uzbro­jo­nych tubyl­ców. Kłu­so­wano na nie. Zabi­jano je dla mięsa i skór. Te pro­ce­dery dopro­wa­dziły do tego, że w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym wybito tak wiele łosi, że prak­tycz­nie nie było ich już na tere­nie Pol­ski. Jedy­nym miej­scem, w któ­rym odna­le­ziono i potwier­dzono kilka ostat­nich sztuk tego gatunku, były lasy raj­grodz­kie. Tam w Nad­le­śnic­twie Raj­gród, w naj­dzik­szych zakąt­kach prze­żyło parę osob­ni­ków. Dzięki ludziom dobrej woli, uczo­nym, przy­rod­ni­kom i leśni­kom, roz­po­częły się mozolne prace nad resty­tu­cją łosi w Pol­sce.

W roku 1926, na tere­nie wspo­mi­na­nego nad­le­śnic­twa, powstał rezer­wat Czer­wone Bagno, któ­rego jed­nym z głów­nych wów­czas celów była ochrona gatun­kowa łosia i to, by oca­lić go przed wymar­ciem. Spo­kojne, nie­do­stępne bagna tegoż rezer­watu stały się jego głów­nym matecz­ni­kiem. Wła­ści­wie prze­pro­wa­dzane zabiegi hodow­lane oraz wpro­wa­dze­nie dużych kar za kłu­sow­nic­two przy­nio­sły dobre efekty. Przed wybu­chem dru­giej wojny świa­to­wej zwie­rzęta te miały się już tutaj cał­kiem dobrze.

Nie­stety, wojenny czas spra­wił, że łosiom po raz kolejny zagro­ziło wymar­cie. Z odbu­do­wu­ją­cej się popu­la­cji zostało tych zwie­rząt nie wię­cej jak dzie­sięć sztuk. I tak jak poprzed­nio, ta mała grupka prze­trwała trudne czasy w rezer­wa­cie Czer­wone Bagno - w ich ulu­bio­nym sta­łym matecz­niku. Ponow­nie ludzie, któ­rym zale­żało na tym, aby łosie nie znik­nęły z naszych lasów i bagien, wsz­częli prace nad ich ści­słą ochroną.

W roku 1957 do sku­tecz­nej walki o byt tych zwie­rząt powo­łano nawet spe­cjalną grupę ludzi, nazwaną Strażą Łosiową. Ludzie ci bro­nili łosi przed kłu­sow­ni­kami, nara­ża­jąc nie­jed­no­krot­nie wła­sne życie. Przy­czy­nili się do tego, że w naj­trud­niej­szym dla tych zwie­rząt okre­sie udało się im zapew­nić bez­pie­czeń­stwo i moż­li­wość powięk­sze­nia popu­la­cji łosi w ich ostat­nich matecz­ni­kach.

Zapew­nie­nie spo­koj­nych ostoi oraz cią­gły nad­zór spra­wiły, że przez następne lata, powoli, ale sys­te­ma­tycz­nie, liczeb­ność łosi zaczęła wzra­stać. I tak z począt­kiem lat sześć­dzie­sią­tych XX wieku mie­li­śmy w Pol­sce już ponad 200 osob­ni­ków. Z tej grupy trzeba by wydzie­lić około 40 sztuk, które zasie­dliły lasy Kam­pi­no­skiego Parku Naro­do­wego. Tra­fiły tam też łosie z innego źró­dła, w 1952 roku dyrek­cja tegoż parku spro­wa­dziła 3 klępy i 2 byki ze Związku Radziec­kiego. Dobre warunki sie­dlisk w Pusz­czy Kam­pi­no­skiej spra­wiły, że łosie zaczęły się tam z powo­dze­niem roz­mna­żać. W ten spo­sób powstały dwa główne matecz­niki łosi w Pol­sce: Bagna Bie­brzań­skie i Pusz­cza Kam­pi­no­ska.

Kolejne lata to gwał­towny wzrost liczby tych zwie­rząt. Ich baza pokar­mowa zaczęła się uszczu­plać, a to z kolei spra­wiło, że łosie zarówno z grupy bie­brzań­skiej, jak i kam­pi­no­skiej powoli docie­rały także do innych tere­nów naszego kraju i w ten spo­sób zasie­dlały kolejne lasy. Doli­nami Bie­brzy i Netty roze­szły się do Pusz­czy Augu­stow­skiej, Kny­szyń­skiej czy Bia­ło­wie­skiej. Nato­miast doliną Narwi powę­dro­wały na War­mię i Mazury, następ­nie dalej na Pomo­rze Zachod­nie, a nawet do Nie­miec.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki