- Lupin, opowiedz mi coś o sobie! - I cóż ci mogę opowiedzieć? Historję mego życia znają już
wszyscy, - odparł Lupin, który drzemał, leżąc na otomanie w moim
gabinecie. - Nieprawda, nikt jej nie zna! - zaprotestowałem. - Ludzie
dowiadują się czasem z listów twoich, publikowanych w dziennikach,
że byłeś wmieszany w taką a taką aferę, że jakaś tajemnicza
historja dzięki twej interwencji została wyświetloną. Ale jaką ty w
tem wszystkiem grałeś rolę, jakie było tło całej sprawy i jej
rozwiązanie, tego nikt nie wie. - Oh, wszystko to głupstwa, nie przedstawiające żadnego
zainteresowania. - Żadnego zainteresowania, powiadasz? A ten twój prezent 40
tysięcy franków żonie Mikołaja Dugrival? A odkrycie tej zawiłej
tajemnicy owych trzech obrazów?... - Rzeczywiście oryginalna tajemnica, - odrzekł Lupin. - Mógłbyś
zatytułować tę historję:
Znak cienia. - A twoje intrygi miłosne i zdobycze na tem polu?... A tajemnica
tych wszystkich dobrych uczynków? Wszystkie te historje, o których
mi nieraz dyskretnie wspominałeś, dając im interesujące tytuły: "
Obrączka ślubna", "
Śmierć czyha..." itp. Tyle ciekawych, a nieznanych
zupełnie rzeczy!... No, dalej, śmiało! Było to w tym czasie, gdy Lupin, już głośny i znany, ograniczał
się jeszcze do drobniejszych, "kawałów" i skromnych stosunkowo
zysków, popełniając tak poprostu z dnia na dzień dobre i złe
uczynki, po części z dyletantyzmu, po części zaś już z nawyczki,
znajdując w tem pewnego rodzaju przyjemność i zadowolenie. Widząc, że milczy uparcie, próbowałem jeszcze raz go namówić: - No, Lupin, proszę cię bardzo! Ku memu zdumieniu odezwał się niespodzianie: - Mój drogi, weź ołówek i kawałek papieru. Posłuchałem go ochotnie, przekonany, że zacznie mi dyktować swe
wspomnienia, które umiał tak barwnie i żywo opowiadać, a które,
niestety, tyle tracą na wartości, gdy je następnie spisuję,
obciążając je balastem obszernych, nudnych objaśnień i uzupełnień. - Gotowy jesteś? - spytał. - Tak. - Pisz zatem: 27 - 1 - 23 - 6 - 16. - Co? Jakto? - Pisz, powtarzam. Siedział na otomanie z oczyma zwróconemi ku otwartemu oknu,
skręcając papierosa. Dyktował mi dalej: - 17 - 11. I znów po chwili: - 27 - 3 - 26 - 23 - 17 - 11 - 18. Czyżby dostał bzika? Przyjrzałem mu się uważnie i zauważyłem, że
spojrzenie jego, dotychczas zupełnie obojętne, zmieniło się nagle.
Oczy ożywiły mu się - zdawały obserwować uważnie gdzieś w oddali,
coś niesłychanie interesującego. Dyktował mi dalej, z krótkiemi przerwami po każdej cyfrze: - 21 - 26 - 27 - 26 - 13 - 18 - 25 - 1 - 4. Przez okno widać było tylko szmat jasnego nieba i fasadę starego
domu po przeciwległej stronie ulicy. Okiennice były tam pozamykane,
jak zwykle; wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak co dnia, od
całych lat... - 24 - 17 - 11 - 121 - 4. I nagle zrozumiałem... a przynajmniej zdawało mi się, że rozumiem.
Bo i jakże to przypuszczać, aby Lupin, człowiek tak rozsądny,
chciał tracić czas na podobne dzieciństwa? A jednak - tak, - nie
było wątpliwości: to co Lupin liczył, były to przelotne, przerywane
refleksy słonecznego światła, odbijające się na fasadzie owego
starego domu, na wysokości drugiego piętra! - 1 - 23 - 23 -... - dyktował mi Lupin. Światełko zgasło, po chwileczce znów raz zabłysło - i znów
zniknęło. Instynktownie obserwowałem je i rzekłem głośno: - 1 -... - Aha, zrozumiałeś i ty nareszcie? - uśmiechnął się drwiąco Lupin.
Podszedł ku oknu i wychylił się, jakby chciał zdać sobie dokładnie
sprawę, z którego punktu owe refleksy świetlne wychodziły. Potem
wrócił na otomanę i kładąc się na niej wygodnie odezwał się: - No, teraz na ciebie kolej. Licz dalej. Usłuchałem bez wahania, czując, że Lupin musi to robić nie bez
powodu. Zresztą wyznam szczerze, że zainteresowały mnie te
pojawiające się w regularnych odstępach czasu i znów znikające
refleksy słoneczne, niby tajemnicze sygnały jakiejś latarni
morskiej. Musiały one wychodzić z któregoś domu po tej samej stronie ulicy,
gdzie ja mieszkałem, gdyż słońce wówczas padało ukośnie do okien
mego mieszkania. Wyglądało to tak, jakby ktoś z pomocą małego
lusterka rzucał umyślnie odbicie słońca na ścianę starego domu
naprzeciwko. - Jakiś dzieciak bawi się lusterkiem, - zauważyłem po chwili,
nieco poirytowany, że na takie głupstwa czas tracę. - Nic nie szkodzi... Notuj dalej! Notowałem więc... liczyłem te przelotne odbłyski słońca,
zjawiające się z prawdziwie matematyczną regularnością. - No i co dalej? - spytał Lupin po paru minutach zupełnej ciszy. - Zdaje mi się, że to już koniec... Już od kilki; minut nie widać
nic więcej. Czekaliśmy jeszcze chwilę, ale napróżno. Próbowałem zażartować: - Coś mi się zdaje, że straciliśmy czas napróżno. Te kilkanaście
cyfr na papierze, - to chyba nie zbyt obfita zdobycz! Lupin nie ruszając się z otomany, odezwał się: - Mój drogi, bądź tak dobry i spróbuj te wszystkie cyfry zastąpić
odpowiedniemi literami alfabetu, licząc po porządku: A - 1, B - 2,
C - 3 i td. - Przecież to głupie! - Zupełnie głupie, przyznaję. Ale człowiek robi tyle rozmaitych
głupich rzeczy w życiu... Jedna mniej, jedna więcej... Zabrałem się więc do tej głupiej roboty i począłem wynotowywać
odpowiednie litery: Z-A-T-E-M... Przerwałem, szczerze zdziwiony: - Uważasz: powstało całe słowo! - Idźmy zatem dalej, - odparł spokojnie. Wziąłem się więc dalej do roboty - i kolejno odcyfrowywałem całe
słowa, jedno po drugiem. Ku memu zdziwieniu utworzyło się w ten
sposób całe zdanie. - Gotowe już? - zagadnął mnie Lupin po chwili. - Gotowe... Choć jest tam parę błędów. - Nie zwracaj na to uwagi, to drobnostka... Może mi przeczytasz? Odczytałem mu tedy całe to niedokończone zdanie, które tu
powtarzam dokładnie w tej formie, w jakiej je odtworzyłem: "
Zatem ni trzeba zbytnio ryzykować, unikać attaku, bezpłodej
walka, bo..." Roześmiałem się głośno: - A co? Prawdziwie senzacyjne rewelacje, nieprawdaż? Przyznasz
chyba sam, kochany, że te światłe i głębokie wskazówki i rady
niewiele nas mogą pouczyć! Lupin milczał; zerwał się z otomany i ujął w ręce ową kartkę
papieru. Pamiętam, że w tej chwili przypadkowo rzuciłem okiem na zegar, -
była godzina 5.18. Lupin stał trzymając papier w ręku, - na twarzy jego malowało się
tysiące sprzecznych uczuć. Ale po dwóch głębokich bruzdach na czole
poznałem niechybnie, że pracuje całym wysiłkiem myśli i
inteligencji. Upłynęła długa chwila w kompletnej ciszy. Wreszcie
Lupin położył na stole ów papier... - Dzieciństwo! - szepnął lekceważąco. Wybiło właśnie wpół do szóstej. - Jakto? znalazłeś już rozwiązanie? - krzyknąłem zdziwiony. - W
ciągu dwunastu minut? Przeszedł się parę razy po pokoju, - zapalił papierosa. - Mój kochany, - zwrócił się do mnie, - bądź tak dobry połączyć
się telefonicznie z baronem Repsteinem i uprzedzić go, że zjawię
się u niego dziś o dziesiątej wieczór. - Barona Repsteina? - powtórzyłem niedowierzająco. - Męża owej
słynnej baronowej? - Tak jest. - I to na serjo mówisz? - Zupełnie na serjo. Nie wiedziałem, co myśleć o tem. Mimo wszystko jednak wyszukałem w
spisie abonentów potrzebny numer telefonu i ująłem słuchawkę. Ale
Lupin chwycił mnie za ramię: - Nie, daj lepiej spokój!... Lepiej go nie uprzedzać... Jest tu
coś ciekawszego i dziwnego... co mnie intryguje... Czemu to zdanie
jest niedokończone?... Czemu niedokończone do licha?...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.