Zwierz - Piotr Kościelny

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Wro­cław, 17 wrze­śnia 2017 r.

- Wła­ści­wie za­bi­ja­łem, od­kąd pa­mię­tam. Za­czą­łem od za­bi­ja­nia zwie­rząt. Pierw­szą ofiarą był kot są­sia­dów. To było u babci na wa­ka­cjach. Miesz­kała na wsi. Mia­łem za­le­d­wie sie­dem lat. Za­bi­łem go ka­mie­niem. Pod­cho­dził do mnie i się ła­sił. Jedną ręką gła­ska­łem go po ple­cach, a drugą się­gną­łem po ka­mień. To był chyba pierw­szy raz. Po­tem było wię­cej zwie­rząt. Ptaki zła­pane w siatkę, psy, jeże, naj­czę­ściej jed­nak koty.

Spoj­rzał na po­zo­sta­łych męż­czyzn ze­bra­nych w po­koju i wska­zał na paczkę pa­pie­ro­sów le­żą­cych na bla­cie biurka, przy któ­rym sie­dział. Gdy otrzy­mał po­zwo­le­nie, wziął jed­nego i za­pa­lił. Przez kaj­danki szło mu tro­chę nie­zręcz­nie. W końcu jed­nak wy­dmu­chał w po­wie­trze chmurę dymu i kon­ty­nu­ował:

- Czło­wieka za­bi­łem pierw­szy raz, gdy mia­łem dzie­sięć lat. Koło mo­jego domu, a miesz­ka­li­śmy wtedy na Ba­lo­no­wej, były stare po­nie­miec­kie bun­kry. Wszyst­kie dzie­ciaki tam cho­dziły, choć ro­dzice nie po­zwa­lali. Wie­cie, jak to jest. Sta­rzy się mar­twią, ale gów­nia­rze mają to w du­pie. Na tych bun­krach starsi od nas pili al­ko­hol i pa­lili pa­pie­rosy. Młodsi ba­wili się w cho­wa­nego albo berka. Wtedy były ta­kie za­bawy... - Uśmiech­nął się i za­cią­gnął głę­boko. - Była nas chyba dzie­siątka dzie­cia­ków. Gra­li­śmy w cho­wa­nego. Od­kryci sia­dali na sta­rym ko­rze­niu. Tro­chę wtedy pa­dało, było śli­sko i za­bawa miała się ku koń­cowi. W końcu i ja zo­sta­łem od­kryty. Już mia­łem scho­dzić na ko­rzeń, gdy ją zo­ba­czy­łem. Cho­wała się w ja­kimś za­ka­marku. Ba­sia, tak miała na imię. Przy­tu­liła się mocno do ściany bun­kra. Z jed­nej strony miała tę ścianę, a z dru­giej było chyba z osiem me­trów w dół. Po­sta­no­wi­łem wtedy, że ją ze­pchnę. Gdy pod­sze­dłem bli­żej, po­ka­zała mi ge­stem, abym jej nie zdra­dził. Od­wró­ciła głowę i wtedy ją po­pchną­łem. Nie zdą­żyła na­wet pi­snąć, tak była za­sko­czona. Wi­dzia­łem, jak spada na żel­be­tową część bun­kra, od­bija się od niej i leci jesz­cze kilka me­trów ni­żej. W miej­scu, gdzie ude­rzyła głową, zo­stał krwawy ślad. Gdy tak le­żała na ziemi, za­czą­łem krzy­czeć, że Ba­sia spa­dła. Wszy­scy się zle­cieli. Nie pa­mię­tam na­wet, kiedy po­ja­wiła się mi­li­cja i po­go­to­wie. Wie­cie, wtedy jesz­cze była mi­li­cja. To był osiem­dzie­siąty ósmy rok, ko­muna miała się ku koń­cowi...

Wziął kilka łap­czy­wych ma­chów i zga­sił peta w po­piel­niczce. Ję­zy­kiem kilka razy zwil­żył usta.

- Więk­szych pro­ble­mów z tego ze­pchnię­cia nie było. Mi­li­cja prze­słu­chała, ro­dzice stra­szyli kon­se­kwen­cjami. W su­mie tylko ta­kie ga­da­nie. Uznano, że śmierć Basi była nie­szczę­śli­wym wy­pad­kiem. Do­sta­li­śmy od sta­rych za­kaz cho­dze­nia na te bun­kry. Oczy­wi­ście nic so­bie z tego nie zro­bi­li­śmy. I to był mój pierw­szy raz. Ko­lejny był mały Ja­sio. To było rok po śmierci Basi. Po­je­cha­łem na ko­lo­nię do Kar­pa­cza. Wy­cieczki były na­wet cie­kawe, cho­dzi­li­śmy po gó­rach, gra­li­śmy w piłkę. Ro­bi­li­śmy to, co ro­bią dzieci w tym wieku na ko­lo­niach. Pa­mię­tam, że do końca tur­nusu zo­stały dwa dni. Ja­sio był ła­kom­czu­chem i lu­bił się wy­my­kać z ośrodka przez dziurę w pło­cie. Cho­dził do sklepu po ja­kieś lan­drynki. Wiem, bo kie­dyś go śle­dzi­łem. Tego dnia wi­dzia­łem, jak znów się wy­krada. Po­sze­dłem do kuchni i wy­ją­łem z szu­flady długi nóż. Scho­wa­łem go pod ko­szulkę i po­sze­dłem za Ja­siem. Za­cze­ka­łem w krza­kach, aż bę­dzie wra­cał. Gdy był już bli­sko, wy­sko­czy­łem i ude­rzy­łem go kil­ka­na­ście razy w plecy. Tym no­żem. Wie­cie, jak dużo krwi jest po ta­kim ataku? No, może nie dużo, ale dla ta­kiego dzie­ciaka jak ja to było do­słow­nie mo­rze krwi. Wró­ci­łem do ośrodka. Z tym no­żem. W po­koju szybko się umy­łem i prze­bra­łem, a po­tem po­sze­dłem po­ko­pać w piłkę. Ale gra mi nie szła, co chwila zer­ka­łem w stronę płotu, za­sta­na­wia­jąc się, czy go zna­leźli. Za­mie­sza­nie zro­biło się dwie go­dziny póź­niej, jak szli­śmy na ko­la­cję. Opie­kunki nas po­li­czyły i stwier­dziły, że jed­nego bra­kuje. Naj­pierw szu­kali Ja­sia w ośrodku, bez re­zul­ta­tów. Ja w tym cza­sie sie­dzia­łem w po­koju i za­sta­na­wia­łem się, jak się po­zbyć noża, który mia­łem w tor­bie. Mi­li­cja przy­je­chała w miarę szybko. Szybko też zna­la­zła zwłoki przy pło­cie.

Się­gnął po ko­lej­nego pa­pie­rosa. Tym ra­zem za­pa­lił już spraw­nie.

- Rano, gdy po­ja­wiła się ta mi­li­cja i za­częła prze­słu­chi­wać wszyst­kie dzie­ciaki, to się za­sta­na­wia­łem, czy przy­pad­kiem nikt mnie nie wi­dział, jak wtedy wra­ca­łem do ośrodka. Przy­je­chali ro­dzice Ja­sia. Pła­kali. Gdy mi­li­cjant we­zwał mnie do po­koju i spy­tał, czy coś mi wia­domo o znik­nię­ciu ko­legi, po­wie­dzia­łem, że Ja­sio dzień wcze­śniej mi się po­chwa­lił, że spo­tkał ko­goś zna­jo­mego. Ten męż­czy­zna ka­zał mu mó­wić do sie­bie "wujku" i czę­sto­wał Ja­sia sło­dy­czami. Po­wie­dzia­łem, że Ja­sio wy­krada się do tego wujka i wczo­raj chyba też miał się z nim spo­tkać. Po­wie­dzia­łem też, że raz Ja­sio pro­po­no­wał mi, żeby po­szedł z nim, ale się ba­łem. Po­li­cja mi uwie­rzyła. W do­datku zna­leźli przy Ja­siu sło­dy­cze. Po po­wro­cie z ko­lo­nii sły­sza­łem, jak moi ro­dzice mó­wili mię­dzy sobą, że w Kar­pa­czu ja­kiś pe­do­fil za­bił dzie­ciaka. Gdyby znali prawdę, chyba osi­wie­liby w je­den dzień.

- A... nóż? - spy­tał Adam Bo­jar­ski.

- Nóż?

- Ten, któ­rym za­bi­łeś Ja­sia.

- Przy­wio­złem go do Wro­cła­wia. Jesz­cze pięć lat temu go mia­łem. Po­słu­żył mi po­tem kilka razy, ale o tym póź­niej. Z tego, co wiem, nikt ni­gdy nie wy­ja­śnił tej sprawy do końca. Może na­wet zbyt­nio się nie sta­rano. Koń­czyła się ko­muna i mi­li­cja miała waż­niej­sze pro­blemy na gło­wie niż szu­ka­nie ja­kie­goś "wujka".

Wziął ko­lej­nego ma­cha. Chwilę mil­czał, jakby ukła­dał so­bie coś w gło­wie.

- Po­tem mia­łem prze­rwę - ode­zwał się znowu. - Nie za­bi­ja­łem aż do osiem­na­stych uro­dzin. W dniu im­prezy ostro po­pi­łem z ko­le­gami. Ła­zi­li­śmy bez celu, szu­ka­li­śmy za­dymy. Wy­bi­li­śmy kilka szyb na przy­stan­kach, wy­rwa­li­śmy ja­kieś lu­sterko w sa­mo­cho­dzie. W su­mie nic groź­nego, ale za­wsze to za­strzyk ad­re­na­liny. Pa­mię­tam, że odłą­czy­łem się od reszty chło­pa­ków. Chciało mi się lać i po­sze­dłem za bramę. Jak la­łem, to po­czu­łem, że ktoś mnie po­py­cha. Ob­ró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem ja­kie­goś go­ścia około czter­dziestki. Stał i pa­trzył na mnie, jak­bym mu skrzyw­dził córkę. Wy­dzie­rał się, krzy­czał, że je­stem świ­nią i leję mu pod bramą, a poza tym wi­dział, jak wy­rwa­łem lu­sterko. Po­wie­dział, że na po­li­cję za­dzwoni. Za­pią­łem roz­po­rek i po­pa­trzy­łem do­okoła. w pierw­szej chwili chcia­łem ucie­kać, ale po­tem za­uwa­ży­łem duży ka­mień. Taki ki­lo­gra­mowy, w sam raz pa­su­jący do ręki. Przy­wa­li­łem mu tym ka­mo­rem pro­sto w głowę. Tra­fi­łem aku­rat w nos. Po­tem po­pra­wi­łem w skroń. Fa­cet tak jak stał, tak padł na zie­mię. Po­chy­li­łem się nad nim i jesz­cze kilka razy po­pra­wi­łem. Z twa­rzy była mia­zga. Wtedy o mało co nie wpa­dłem. Wzią­łem ten ka­mień i za­czą­łem ucie­kać. W od­dali sły­sza­łem ja­kieś krzyki. Ktoś wi­dział z okien, co zro­bi­łem, i sta­rał się za­alar­mo­wać oko­licę. Zwia­łem do domu i szybko spa­ko­wa­łem kilka rze­czy w torbę. Wtedy po­sta­no­wi­łem uciec z chaty. Sta­rzy spali, więc nic nie sły­szeli. Zresztą w tam­tym cza­sie mało ich ob­cho­dzi­łem. Mieli swoje pro­blemy, chcieli się roz­wieść. Po­je­cha­łem do ko­legi z tech­ni­kum. Miesz­kał w oko­licy Trzeb­nicy. Spę­dzi­łem u niego dwa ty­go­dnie. Po­tem wró­ci­łem do domu. Oka­zało się, że po­li­cja już była u mo­ich ro­dzi­ców i że mnie szu­kają. Po­sta­no­wi­łem się zgło­sić sam. Po­je­cha­łem na ko­mi­sa­riat na Po­łbina i dy­żur­nemu po­wie­dzia­łem, że po­noć po­li­cja mnie szuka. Pod­czas prze­słu­cha­nia oka­zało się, że kilku świad­ków wi­działo, jak ła­zi­li­śmy z ko­le­gami po osie­dlu, szu­ka­jąc dymu. W taki spo­sób po­li­cja usta­liła na­sze dane. Kum­ple po­wie­dzieli zgod­nie, że cały czas by­li­śmy ra­zem. Ze­znali też, że w po­bliżu krę­ciła się ja­kaś grupa z Ko­za­nowa i szu­kała awan­tury. Po­li­cjanci sta­rali się uży­wać róż­nych sztu­czek, aby roz­bić na­szą so­li­dar­ność, ale nie udało im się. A nie mo­gli wszyst­kich nas oskar­żyć o za­bój­stwo. Jesz­cze ten mój ko­lega z Trzeb­nicy ze­zna­wał na moją ko­rzyść. Po­wie­dział, że przy­je­cha­łem do niego rano i nie wi­dział żad­nych śla­dów krwi na moim ubra­niu. Po­sta­wiono mi tylko za­rzuty za wy­bi­cie szyby na przy­stanku. Do­sta­łem ko­le­gium. Matka za­pła­ciła i było po spra­wie. Od tam­tego czasu się zmie­ni­łem. Nie pi­łem, nie włó­czy­łem się po no­cach, wzią­łem się do na­uki. Wszy­scy my­śleli, że to ko­le­gium i po­dej­rze­nia po­li­cji spo­wo­do­wały zmianę. Ale ja po­sta­no­wi­łem, że nie po­peł­nię wię­cej ta­kiego błędu, jak z tam­tym fa­ce­tem. Po­sta­no­wi­łem, że nie będę za­bi­jał w swo­jej oko­licy.

Bo­jar­ski wstał i za­czął krą­żyć po po­koju. W pew­nej chwili za­trzy­mał się i spoj­rzał na za­trzy­ma­nego.

- Chcesz kawy? - za­py­tał. - Prze­słu­cha­nie jesz­cze tro­chę po­trwa.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

- A ty, Mi­kun? - Bo­jar­ski zwró­cił się do swo­jego ko­legi.

Ko­mi­sarz Ma­rek Mi­kul­ski tylko po­krę­cił głową.

- Młody, za­łatw ja­kiś czaj­nik, kubki i kawę - Bo­jar­ski rzu­cił w stronę po­ste­run­ko­wego sto­ją­cego przy drzwiach. - I jesz­cze jedną paczkę fa­jek. Po­sie­dzimy tu so­bie. - Mo­żesz kon­ty­nu­ować. - Spoj­rzał na prze­słu­chi­wa­nego, kiedy drzwi się za­mknęły.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się pod no­sem.

- Po­tem było kilka lat spo­koju. Po­sze­dłem do woj­ska. By­łem w jed­no­stce w Ża­ga­niu, u czoł­gi­stów. Tam nie za­bi­łem ni­kogo, cho­ciaż pod­czas warty mnie ku­siło. Po­wie­dział­bym, że broń sama wy­pa­liła. Jed­nak nie zde­cy­do­wa­łem się na taki krok. Gdzieś tam z tyłu głowy mia­łem, że ktoś mógłby po­ko­ja­rzyć fakty. Wy­sze­dłem z woj­ska i po­sta­no­wi­łem się ustat­ko­wać. Po­zna­łem ko­bietę i z nią za­miesz­ka­łem. Pod­ją­łem pracę w Bie­dronce na osie­dlu. Pra­co­wa­łem na ka­sie i na ma­ga­zy­nie. Ro­bota ciężka, ale da­wała jako ta­kie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Bez­ro­bo­cie wtedy było wy­so­kie, więc się nie wy­brzy­dzało. Z tą ko­bietą, Mał­go­sią, po­sta­no­wi­łem się oże­nić. Ro­dzice po­mo­gli nam zor­ga­ni­zo­wać ślub i we­sele. Po roku uro­dził się nam Krzy­siu. Wszystko ukła­dało się do­brze, ale cze­goś mi bra­ko­wało. By­łem głodny ad­re­na­liny. Wiele razy w gło­wie po­ja­wiała mi się myśl, aby udu­sić po­duszką Krzy­sia, ale w porę się opa­mię­ty­wa­łem. Po czymś ta­kim nie wy­wi­nął­bym się tak ła­two, jak do­tych­czas. Aby speł­nić swoje pra­gnie­nie za­bi­ja­nia, po­sta­no­wi­łem zmie­nić pracę. Naj­pierw zo­sta­łem przed­sta­wi­cie­lem han­dlo­wym firmy sprze­da­ją­cej kawę. Jeź­dzi­łem po Dol­nym Ślą­sku, głów­nie po skle­pach na wio­skach, i sta­ra­łem się po­zy­skać klien­tów. Wtedy za­bi­łem ko­lejny raz. Jak je­cha­łem do So­bótki, za­uwa­ży­łem przy dro­dze au­to­sto­po­wi­cza. Fa­cet miał około trzy­dziestki i wy­glą­dał jak bez­domny. Za­bra­łem go do sa­mo­chodu. Je­cha­li­śmy przez kilka ki­lo­me­trów, roz­ma­wia­jąc o du­pe­re­lach. W pew­nym mo­men­cie zje­cha­łem na le­śny par­king i po­wie­dzia­łem mu, że mu­szę się wy­lać. Fa­cet wy­siadł z sa­mo­chodu i za­pa­lił pa­pie­rosa. Wtedy za­sze­dłem go od tyłu i wal­ną­łem ka­mie­niem. Drugi ka­mień w moim ar­se­nale. Fa­cet upadł. Ję­czał, bła­ga­jąc o ży­cie. Wy­ją­łem z ba­gaż­nika klucz do kół. Tym klu­czem wa­li­łem w jego głowę chyba ze dwa­dzie­ścia razy. Gdy fa­cet już się nie ru­szał, wzią­łem go pod pa­chy i za­cią­gną­łem w krzaki. Scho­wa­łem klucz do ba­gaż­nika i od­je­cha­łem. Nie wiem, czy ktoś od­na­lazł zwłoki. Nie in­te­re­so­wa­łem się tym. Po­tem po­je­cha­łem do So­bótki i pod­pi­sa­łem kon­trakt ży­cia. Mia­łem do­star­czać kawę do kilku skle­pów na­le­żą­cych do jed­nego wła­ści­ciela. Pra­cu­jąc jako przed­sta­wi­ciel tej firmy, za­bi­łem jesz­cze dwa razy. Raz taką młodą dziew­czynę. Wra­cała z dys­ko­teki, a ja za­trzy­ma­łem się i spy­ta­łem, czy ją pod­wieźć. To były oko­lice Ole­śnicy. Dziew­czyna była pod­pita i za­częła się do mnie kleić. Sama za­pro­po­no­wała, że mi ob­cią­gnie. Zje­cha­łem w boczną uliczkę i zro­biła mi loda. Po wszyst­kim wy­sie­dli­śmy z auta i za­pa­li­li­śmy pa­pie­rosy. Gdy opo­wia­dała ja­kieś pier­doły, wy­ją­łem z ba­gaż­nika sznur. Pod­sze­dłem od tyłu i za­rzu­ci­łem jej go na szyję. Du­si­łem ją, a ona wierz­gała i sta­rała się mnie zła­pać za głowę. Gdy zwiot­czała, to zdją­łem ten sznur. Ciało za­cią­gną­łem do ma­łego za­gaj­nika i przy­kry­łem ga­łę­ziami.

- Skąd sznur? - spy­tał Bo­jar­ski.

- Sznur? Aaa... Żona po­pro­siła, że­bym ku­pił. Mó­wiła, że trzeba zmie­nić na bal­ko­nie, bo ten stary bru­dzi ubra­nia. Ku­pi­łem i wo­zi­łem w ba­gaż­niku ze dwa dni. Tego, któ­rym za­bi­łem tę la­skę, nie mo­głem już wziąć do domu. Wy­wa­li­łem go w oko­li­cach Bie­lan i ku­pi­łem nowy.

- Uhm... kon­ty­nuuj.

- Ko­lejny był me­nel, taki wio­skowy żu­lik. Kilka razy, jak je­cha­łem w stronę Oławy, za­trzy­my­wa­łem się w jed­nej wio­sce. W skle­pie ku­po­wa­łem pa­pie­rosy albo coś słod­kiego, ba­to­nika, cze­ko­ladę. Jak się dużo jeź­dzi, to cza­sem trzeba coś zjeść, a sło­dy­cze dają ener­gię. Pa­mię­tam tego me­nela, za­wsze mnie za­cze­piał. Chciał, że­bym ku­pił mu piwo, a mnie wkur­wiało ta­kie że­bra­nie. Jak kie­dyś wra­ca­łem z ro­boty, a był li­sto­pad, ciemno na dwo­rze, pra­wie go po­trą­ci­łem. Pi­jany, wy­lazł na sam śro­dek jezdni, nie miał ka­mi­zelki od­bla­sko­wej, le­dwo go wi­dzia­łem. Za­ha­mo­wa­łem w ostat­niej chwili i wy­sze­dłem go opie­przyć. Był tak pi­jany, że le­dwo stał. Wtedy przy­po­mnia­łem so­bie, że mam w au­cie czte­ro­pak ty­skiego. Wy­ją­łem browce i po­ka­za­łem me­ne­lowi. Oczy mu się roz­sze­rzyły i wsiadł do auta. Prze­je­cha­li­śmy może ki­lo­metr, za­nim za­trzy­ma­łem się przy sta­rej opusz­czo­nej ru­de­rze. Żul wy­siadł z auta, wziął piwo i po­szedł do tej opusz­czo­nej cha­łupy. A ja wy­ją­łem z ba­gaż­nika ka­ni­ster z ben­zyną. Za­wsze wo­zi­łem ka­ni­ster. Za­cze­ka­łem, aż fa­cet za­śnie, ob­la­łem ben­zyną ru­derę i pod­pa­li­łem. Jak pło­mie­nie wy­strze­liły do góry, od­je­cha­łem. Na drugi dzień na wio­sce do­wie­dzia­łem się, że spło­nęła ja­kaś cha­łupa, a w środku zna­le­ziono zwę­glone zwłoki męż­czy­zny. Straż po­dej­rze­wała, że fa­cet po­pił i sam za­pró­szył ogień, chcąc się ogrzać. We­dług po­li­cji mógł na­wet nie wie­dzieć, że pło­nie, taki był pi­jany. Śmia­łem się z nie­udol­no­ści po­li­cjan­tów i stra­ża­ków. Jakby do­kład­niej wszystko spraw­dzili, mo­gliby prze­cież usta­lić, że po­żar po­wstał w wy­niku pod­pa­le­nia ben­zyną. Tak przy­naj­mniej mi się wy­daje.

Do po­koju wró­cił młody po­ste­run­kowy z czaj­ni­kiem i kub­kami. Za nim szedł drugi po­li­cjant; niósł paczkę kawy i pa­pie­rosy. Po­sta­wili wszystko na bla­cie stołu i sta­nęli przy drzwiach.

- Mów da­lej - po­wie­dział Bo­jar­ski.

- Po­tem było jesz­cze kil­ka­na­ście ofiar. Wszyst­kie pa­mię­tam, ale kilka utkwiło mi w pa­mięci le­piej niż inne. Na przy­kład bez­dom­nego na sta­cji we Wro­cła­wiu za­dźga­łem no­żem. Tym sa­mym, który za­bra­łem z tam­tej ko­lo­nii. W końcu po­sta­no­wi­łem zmie­nić pracę...

***

- Uwa­żasz, że Mi­kun po­wi­nien być obecny przy tym prze­słu­cha­niu? - za­py­tał nad­ko­mi­sarz Ma­rian Świ­der­ski, na­czel­nik wy­działu za­bójstw, od­wra­ca­jąc się od lu­stra we­nec­kiego.

- To on do­pro­wa­dził do za­trzy­ma­nia Zwie­rza - od­parł in­spek­tor Wi­told Gę­bara, peł­niący obo­wiązki ko­men­danta wo­je­wódz­kiego po­li­cji we Wro­cła­wiu. - Gdyby nie Mi­kul­ski, wciąż błą­dzi­li­by­śmy po omacku.

- Mimo wszystko mam wąt­pli­wo­ści. Zwłasz­cza po tym, co ten skur­wiel mu zro­bił. Ale mniej­sza z tym. Wiesz, co mnie wku­rza naj­bar­dziej? Pie­przone me­dia. Ob­sta­wiły cały bu­dy­nek, wi­dzia­łeś? Wo­zów trans­mi­syj­nych jest wię­cej niż pod­czas Euro.

- Tego nie unik­niemy. Nie­czę­sto się zda­rza za­trzy­ma­nie naj­więk­szego se­ryj­nego za­bójcy w hi­sto­rii kraju. A w do­datku to lo­kalna gwiazda.

- Chciał­bym, żeby już go wsa­dzili. Wi­dzisz ten cyrk? Czarni na ko­ry­ta­rzu, dzie­siątki chło­pa­ków wo­kół bu­dynku. A zo­ba­czysz, jak bę­dziemy go prze­wo­zić do aresztu. Niby dwie­ście me­trów, ale trzeba dmu­chać na zimne.

Gę­bara do­sko­nale wie­dział, że to naj­waż­niej­sza sprawa, jaka tra­fiła do ko­mendy wo­je­wódz­kiej od czasu, gdy ob­jął sta­no­wi­sko jej ko­men­danta. Naj­waż­niej­sza, o ja­kiej sły­szał, w tej czę­ści Eu­ropy.

***

- Po­sta­no­wi­łem za­ło­żyć firmę. Mał­go­sia znów była w ciąży. Miała się uro­dzić Dże­sika, więc po­trze­bo­wa­li­śmy kasy. Wpa­dłem na po­mysł, że będę pra­co­wał jako tak­sów­karz. Nie­stety, nie udało mi się zdać eg­za­minu z to­po­gra­fii mia­sta. Po­sta­no­wi­łem więc za­cząć od roz­wo­że­nia pizzy. Kasa ni­czego so­bie, a i ja­kiś na­pi­wek za­wsze wpadł. Dzia­łal­ność mu­sia­łem odło­żyć na póź­niej­szy czas, ba­łem się, że nie dam rady opła­cać tych wszyst­kich ZUS-ów i ta­kie tam. Do wła­snej firmy przejdę póź­niej. A więc jak zo­sta­łem do­stawcą żar­cia ciężko było wy­je­chać, żeby ko­goś za­bić, ale oka­zja nada­rzyła się sama. Któ­re­goś dnia do­wo­zi­łem pizzę do jed­nej stu­dentki. Za­pro­siła mnie do domu, a gdy szu­kała pie­nię­dzy, chwilę z nią po­ga­da­łem. Do­wie­dzia­łem się, że to jej pierw­szy dzień w mie­ście, przy­je­chała na stu­dia. Po­wie­działa, że jesz­cze dziś nic nie ja­dła i pizza musi jej wy­star­czyć. W pew­nym mo­men­cie spy­tała, czy wiem, gdzie jest kino He­lios. Po­wie­dzia­łem jej, a ona na to, że jest tam umó­wiona z ko­le­żanką na ja­kiś film o dwu­dzie­stej. To mi wy­star­czyło. Po pracy wró­ci­łem pod jej dom. Cze­ka­łem, aż bę­dzie wra­cała z kina. Gdy w końcu się po­ja­wiła, wy­sze­dłem jej na­prze­ciw. Od razu mnie roz­po­znała, bo trzy­ma­łem pu­sty kar­ton po pizzy. Spy­tała, czy ktoś z jej klatki za­mó­wił pizzę, a ja po­twier­dzi­łem. Bez żad­nych po­dej­rzeń otwo­rzyła mi drzwi i wsie­dli­śmy do windy. Wtedy ude­rzy­łem ją ta­kim cięż­kim od­waż­ni­kiem, ja­kie kie­dyś w skle­pach były przy wa­gach. Upa­dła od razu. Wje­cha­li­śmy windą na samą górę wie­żowca. Wy­cią­gną­łem ją z ka­biny, za­cią­gną­łem pod właz na dach i tam udu­si­łem. Po wszyst­kim zje­cha­łem na dół. Oczy­wi­ście pu­ste opa­ko­wa­nie po pizzy za­bra­łem ze sobą. W tam­tym okre­sie jed­nak po­lo­wa­łem głów­nie na bez­dom­nych. Ła­two było ich zwa­bić w ja­kieś ustronne miej­sce pod po­zo­rem kupna piwa lub wina. Ta­kich me­neli za­bi­łem w su­mie chyba pię­ciu. Śmier­cią bez­dom­nych nikt się zbyt­nio nie przej­muje, pod wa­run­kiem że zgony są od sie­bie od­da­lone w cza­sie. Po­li­cja pew­nie nie łą­czy ich ze sobą. Ra­czej trak­tują to jako we­wnętrzne po­ra­chunki me­neli. Je­śli w ogóle znajdą zwłoki. Kilka ofiar ukry­łem tak, żeby nikt ich nie zna­lazł.

Mi­kun spoj­rzał na Bo­jar­skiego. Obaj pa­mię­tali se­rię ta­jem­ni­czych zgo­nów bez­dom­nych sprzed kilku lat. Su­ge­ro­wali wtedy, że mogą być one ze sobą po­wią­zane, ale prze­ło­żeni olali sprawę.

- W tam­tym cza­sie po­lu­bi­łem też jeż­dże­nie po­cią­gami. Wsia­da­łem w po­ciąg we Wro­cła­wiu i je­cha­łem, na przy­kład do Gło­gowa. Po dro­dze czę­sto tra­fiały się sa­mot­nie po­dró­żu­jące osoby. Były ła­twym ce­lem. Wy­sia­dał taki czło­wiek w Gło­go­wie, a ja sze­dłem za nim. Jak się nada­rzała oka­zja, to dzia­ła­łem. W tam­tym cza­sie głów­nie uży­wa­łem tego noża, co go mia­łem z cza­sów ko­lo­nii. Nie­kiedy też du­si­łem. Pa­mię­tam, jak raz do prze­działu wsiadł ja­kiś fa­cet. Opo­wia­dał, że je­dzie się oświad­czyć. Po­ka­zy­wał pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy. Prze­ga­da­li­śmy całą drogę. Obaj je­cha­li­śmy do Opola. Na dworcu, kiedy on wstał z miej­sca, to ja też wsta­łem. Zro­bi­łem to tak gwał­tow­nie, że na niego wpa­dłem. Na­wet nie wi­dział noża. Do­stał pro­sto w serce. Upadł na miej­sce, gdzie wcze­śniej sie­dział. Chyba od razu zmarł. Wy­sia­dłem z po­ciągu i ucie­kłem z tego dworca. Do domu wró­ci­łem bu­sem. W te­le­wi­zji sły­sza­łem o zwło­kach zna­le­zio­nych w po­ciągu, po­li­cja szu­kała sprawcy. Po­da­wali na­wet mój ry­so­pis, ale nie­wiele się zga­dzało. Znowu mi się upie­kło. To było chyba w dwa ty­siące ósmym. Mia­łem rok prze­rwy od za­bi­ja­nia. Sku­pi­łem się na ży­ciu ro­dzin­nym. Mał­go­sia uro­dziła Dże­sikę, ale mała była chora, miała au­tyzm. Sta­ra­łem się ja­koś po­ma­gać żo­nie. Krzy­sio był już star­szy i wy­ma­gał mniej uwagi niż Dżesi. Pa­mię­tam, że po­je­cha­li­śmy wtedy na wa­ka­cje nad mo­rze. Do­kład­nie do Mielna. Go­sia z dzie­cia­kami sie­działa na plaży, a ja po­sze­dłem po sma­żoną rybę. Na­gle zo­ba­czy­łem, jak na wy­dmy wcho­dzi ko­bieta. Po­dej­rze­wa­łem, że chciała się wy­lać, a szkoda jej było pie­nię­dzy na pu­bliczny ki­bel. Po­sze­dłem za nią i za­sze­dłem ją od tyłu, aku­rat jak koń­czyła szczać. Zła­pa­łem ją za szyję i za­czą­łem du­sić. Gdy już le­żała na ziemi mar­twa, ro­ze­bra­łem ją i upo­zo­ro­wa­łem wszystko tak, jakby pa­dła ofiarą gwał­ci­ciela mor­dercy. Jak zsze­dłem z wy­dmy, to tro­chę się oba­wia­łem, że mnie ktoś za­uważy, ale wszy­scy byli za­jęci swo­imi spra­wami Ku­pi­łem żar­cie i wró­ci­łem do mo­ich na plażę. Gdy je­dli­śmy, zro­biło się za­mie­sza­nie. Oka­zało się, że ja­kiś stary fa­cet, co też chciał się wy­lać na wy­dmie, zna­lazł zwłoki. Przy­je­chała po­li­cja i po­go­to­wie. Ze­szli­śmy z plaży, bo nie chcie­li­śmy na­ra­żać dzie­cia­ków na oglą­da­nie ta­kich rze­czy.

- Chcesz po­wie­dzieć, że za­bi­łeś ko­bietę, a po­tem spo­koj­nie ra­zem z ro­dziną ja­dłeś rybę? - spy­tał Bo­jar­ski.

- Nie­złe, co?

- Ra­czej chore. Co było da­lej?

Męż­czy­zna się­gnął po pa­pie­rosa.

- Można pro­sić o kawę? - spy­tał, za­nim za­pa­lił.

- Zrób trzy - mruk­nął Bo­jar­ski w stronę po­ste­run­ko­wego.

- A więc, co było da­lej... Hmm, niech po­my­ślę. A, już wiem. Wró­ci­li­śmy z wa­ka­cji i Mał­go­sia po­sta­no­wiła, że za­bie­rze dzie­ciaki jesz­cze na wieś do ro­dzi­ców. Ja pla­no­wa­łem re­mont. Pierw­szy wie­czór, jako sło­miany wdo­wiec, spę­dzi­łem w knaj­pie. Tam usły­sza­łem o seks-rand­kach z in­ter­netu. Ja­kichś dwóch lesz­czy roz­ma­wiało o por­talu, gdzie la­ski się uma­wiają na seks. Cza­sem za kasę, a czę­sto po pro­stu dla­tego, że lu­bią się pie­przyć. Po­sta­no­wi­łem to wy­ko­rzy­stać. Oczy­wi­ście nie po to, żeby po­ru­chać. Nie mia­łem zbyt du­żych po­trzeb w tym za­kre­sie. Lep­sze or­ga­zmy za­pew­niało mi za­bi­ja­nie. Po­sta­no­wi­łem, że będę się uma­wiał na seks z ta­kimi la­skami i w miarę moż­li­wo­ści je za­bi­jał. Oczy­wi­ście mu­sia­łem być bar­dziej ostrożny. Pan­nom wy­sy­ła­łem zdję­cie przy­pad­ko­wego go­ścia, któ­rego sfo­to­gra­fo­wa­łem na ulicy. Fa­cet na­wet nie wie­dział, że zo­stał wy­ko­rzy­stany...

- Wie­dział - wtrą­cił Bo­jar­ski. - Zo­stał na­wet za­trzy­many. Kilka ofiar miało na kom­pu­te­rze jego zdję­cie. Były też ślady ko­re­spon­den­cji. Fa­cet spę­dził trzy mie­siące w aresz­cie.

- O, nie wie­dzia­łem! Ha, ha, ha! No to miał peszka. Ja za­wsze sta­ra­łem się być ostrożny. Ko­re­spon­do­wa­łem z dziew­czy­nami z ka­fe­jek in­ter­ne­to­wych. Ła­zi­łem tam w prze­bra­niu i sta­ra­łem się uni­kać spoj­rzeń in­nych klien­tów. Czę­sto też zmie­nia­łem lo­kale. Jedna wi­zyta, po­tem kilka mie­sięcy prze­rwy. A więc ten fa­cio tra­fił do aresztu?

- Tak. Wy­szedł, kiedy zna­le­ziono ko­lejne zwłoki. Miał nie­pod­wa­żalne alibi: sie­dział.

- No to mu się upie­kło. Ale to nie mój pro­blem A więc uma­wia­łem się z la­skami na mie­ście i jak nada­rzała się oka­zja, za­bi­ja­łem. Głów­nie du­si­łem, ale pa­mię­tam taką jedną, która strasz­nie mnie wkur­wiła. Od po­czątku ro­biła miny. Czu­łem, że mnie pro­wo­kuje. Sły­sza­łem te miny na­wet, jak na nią nie pa­trzy­łem. Była tro­chę grub­sza i ewi­dent­nie chciała się bzy­kać. Za­pro­po­no­wa­łem, że­by­śmy po­je­chali do mo­telu albo w ja­kieś ustronne miej­sce. Osta­tecz­nie po­sta­no­wi­li­śmy po­je­chać do lasu. Gdy zbo­czy­łem na ścieżkę, ta od razu za­częła się do mnie do­bie­rać. Po­wie­dzia­łem, że wolę na dwo­rze i mam ko­cyk w ba­gaż­niku. Gdy wy­sie­dli­śmy, ona się od­wró­ciła, a wtedy za­ło­ży­łem jej na głowę fo­liowy wo­rek. Taki na gruz, co go ku­pi­łem kie­dyś w Ca­sto­ra­mie, żeby ten re­mont zro­bić. Gruby i mocny. Szar­pała się, ale za­ci­ska­łem co­raz moc­niej. Gdy już po­czu­łem, że osła­bła, zdją­łem ten wo­rek i po­pa­trzy­łem jej w oczy. Były roz­sze­rzone ze stra­chu. Pa­trząc na nią, wbi­łem jej śru­bo­kręt w oko. Kilka razy wierz­gnęła i zde­chła. Ciało wcią­gną­łem w krzaki i po­sze­dłem po ło­patę. Za­ko­pa­łem ją. W tam­tym okre­sie sta­ra­łem się ukry­wać ciała, aby nie sko­ja­rzono ofiar z jed­nym sprawcą.

***

Adam Ku­pisz nie wy­glą­dał na ko­goś, kto byłby w sta­nie ko­go­kol­wiek skrzyw­dzić. A już na pewno nie wy­glą­dał jak se­ryjny mor­derca. Chudy, ni­ski i ru­dawy, z ły­symi plac­kami i pła­tami łu­pieżu, był zu­peł­nie prze­cięt­nym fa­ce­tem. Bo­jar­ski się za­sta­na­wiał, ile prawdy jest w jego ze­zna­niach, a ile za­bójstw po pro­stu so­bie wy­my­ślił. Jak do­tych­czas udało się go po­wią­zać z ośmioma mor­der­stwami do­ko­na­nymi w ostat­nich mie­sią­cach. Bo grę z Mi­ku­nem roz­po­czął kilka mie­sięcy temu. To wtedy po raz pierw­szy za­bił i po­zo­sta­wił wia­do­mość dla śled­czych. Pod­pi­sał się pseu­do­ni­mem "Zwierz" - taki przy­do­mek nadała mu prasa, taki kryp­to­nim otrzy­mała sprawa.

Po­li­cjant spoj­rzał na Mi­kul­skiego. Za­sta­na­wiał się, co się dzieje w gło­wie ko­legi. Od po­czątku prze­słu­cha­nia mil­czał i tylko ob­ser­wo­wał za­trzy­ma­nego. Co ja­kiś czas mocno za­ci­skał szczęki. Ro­sła w nim złość. Złość, która kie­dyś bę­dzie mu­siała zna­leźć uj­ście.

Bo­jar­ski pra­co­wał z Mi­kul­skim już piąty rok. Kiedy tra­fił do wy­działu, Mi­kun był już le­gendą. Miał na kon­cie kilka spek­ta­ku­lar­nych spraw i młodsi po­li­cjanci pa­trzyli na niego z po­dzi­wem. Gdy na­czel­nik zde­cy­do­wał, że to on bę­dzie part­ne­rem Bo­jar­skiego, ten po­czuł się wy­róż­niony. Do­piero z cza­sem przy­szła re­flek­sja - czy po­doła wy­zwa­niu? Ostat­nie lata do­wio­dły, że obawy były bez­pod­stawne. Uzu­peł­niali się zna­ko­mi­cie i szybko stwo­rzyli team. W wielu spra­wach do­świad­cze­nie i po­li­cyjny nos Mi­kuna w po­łą­cze­niu z ana­li­tycz­nym umy­słem Bo­jar­skiego przy­no­siły do­sko­nałe efekty. Do­piero przy spra­wie Zwie­rza coś się po­psuło. Mi­kun w ostat­nich dniach dzia­łał sam. Za punkt ho­noru po­sta­wił so­bie od­na­le­zie­nie za­bójcy i do­pro­wa­dze­nie go przed ob­li­cze spra­wie­dli­wo­ści.

***

Ku­pisz za­pa­lił ko­lej­nego pa­pie­rosa. Za­cią­gnął się głę­boko i wy­pu­ścił wą­ską strużkę dymu. Z uśmie­chem pa­trzył na sie­dzą­cego przed nim Mi­kul­skiego. Po­znał go dwa mie­siące temu. To wtedy po­sta­no­wił wcie­lić w ży­cie swój plan. Do­tych­czas był ano­ni­mo­wym za­bójcą, nie za­le­żało mu na roz­gło­sie. Wszystko się zmie­niło na tam­tej im­pre­zie cha­ry­ta­tyw­nej. Gdy usły­szał, czym się zaj­muje Mi­kul­ski, zdał so­bie sprawę, że los chce, aby oni dwaj się ze sobą zmie­rzyli. To było ich prze­zna­cze­nie. Po­je­dy­nek łowcy i zwie­rzyny. Mu­sieli tylko usta­lić, kto jest groź­niej­szy. Pseu­do­nim, jaki so­bie wy­brał, nie ozna­czał, że jest ofiarą. Ofiar miało być dużo. Ale on nie bę­dzie jedną z nich.

- Jak już wspo­mnia­łem, w domu nie było naj­le­piej - pod­jął. - Dże­sika cho­ro­wała i po­trze­bo­wa­li­śmy pie­nię­dzy. Mał­go­sia skon­tak­to­wała się z fun­da­cją, która po­maga ta­kim dzie­ciom. Jeź­dzi­li­śmy na róż­nego ro­dzaju im­prezy cha­ry­ta­tywne, na bale... Ja­kaś kasa wpa­dała. - Prze­rwał, by za­cią­gnąć się pa­pie­ro­sem. Przez kilka se­kund pa­trzył na po­li­cjan­tów, sto­ją­cych pod drzwiami.

- Okra­da­łeś swoje ofiary? - spy­tał Bo­jar­ski.

Zwierz od­wró­cił się w jego stronę z uśmie­chem.

- Cza­sem, jak miały przy so­bie pie­nią­dze. Nie bra­łem bi­żu­te­rii ani kart płat­ni­czych, bo z tym ła­two wpaść. Tylko go­tówka. Po­trze­bo­wa­łem tro­chę gro­sza, bo w domu się nie prze­le­wało. ale nie za­bi­ja­łem dla kasy. Cza­sem się za­sta­na­wia­łem, czy gdyby ja­kaś ma­fia za­pro­po­no­wała mi, że­bym dla nich za­bi­jał, na­dal spra­wia­łoby mi to frajdę. W su­mie po­łą­czył­bym pracę z pa­sją.

***

Spo­koj­nie, Mi­kun, spo­koj­nie, nie daj się spro­wo­ko­wać, po­wta­rzał so­bie w du­chu, pa­trząc na sie­dzą­cego przed nim zwy­rod­nialca. W gło­wie wciąż brzmiały mu słowa, które wy­szły z ust Ku­pi­sza, gdy go tu wpro­wa­dzano. Wie­dział, że to, co zrobi, spo­wo­duje jego upa­dek. Ka­riera, na którą tak długo pra­co­wał, le­gnie w gru­zach. Jed­nak to było je­dyne roz­wią­za­nie. Hi­sto­ria roz­li­czy go z tego, co zro­bił.

Po­woli pal­cem wska­zu­ją­cym od­piął za­trzask ka­bury. Spoj­rzał na Bo­jar­skiego, który spa­ce­ro­wał po po­koju, a po­tem po­wol­nym ru­chem wy­jął służ­bo­wego glocka 17, wy­mie­rzył w Zwie­rza i za­czął ścią­gać pa­lec na ję­zyku spu­sto­wym. Pa­trzył, jak Ku­pisz wy­trzesz­cza oczy.

W od­dali ktoś krzyk­nął:

- Mi­kun, nie!

Zmru­żył oczy i na­ci­snął spust. Po­ko­jem wstrzą­snął huk wy­strzału. Głowa Ku­pi­sza od­le­ciała do tyłu. Mi­kun na­ci­snął jesz­cze kilka razy i cia­łem za­bójcy wstrzą­snęła celna se­ria. Zwierz prze­wró­cił się wraz z krze­słem. Jego ciało le­żało bez­wład­nie, oczy pa­trzyły w su­fit nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Lewa strona szczęki była za­krwa­wiona - to tam tra­fiła pierw­sza kula.

Krzyki le­dwo do niego do­cie­rały, sły­szał je jakby z od­dali. Po­czuł, jak czy­jeś ręce chwy­tają go za ra­miona, jak ktoś wy­trąca mu z dłoni wciąż dy­miący pi­sto­let. Po­pa­trzył po twa­rzach ko­le­gów.

- Coś ty, kurwa, zro­bił?! - za­grzmiał Bo­jar­ski.

Ką­tem oka zo­ba­czył, jak otwie­rają się drzwi i do po­koju wpada na­czel­nik z ko­men­dan­tem wo­je­wódz­kim. Usły­szał jęk:

- Ja pier­dolę, po­sprzą­taj­cie tu­taj...

Nie opie­rał się, gdy ktoś go pod­niósł. Nie wal­czył, sły­sząc dźwięk kaj­da­nek za­trza­ski­wa­nych na jego nad­garst­kach.

Pu­stym wzro­kiem spoj­rzał na Zwie­rza i wy­szep­tał:

- Już ni­gdy ni­kogo nie skrzyw­dzisz...

2.

Dwa mie­siące wcze­śniejWro­cław, 15 lipca 2017 r.

Nie lu­bił ta­kich im­prez. Czuł się na nich co naj­mniej nie­pew­nie. W po­cząt­kach po­li­cyj­nej ka­riery wiele razy mu­siał uczest­ni­czyć w po­dob­nych kwe­stach, po­nie­waż Anna pro­wa­dziła fun­da­cję wspie­ra­jącą dzieci. To już sie­dem­na­ście lat...

Gdy uro­dził się Woj­tek, pierw­sza dia­gnoza mro­ziła krew w ży­łach. Ze­spół Do­wna - to brzmiało jak wy­rok. Re­ak­cje zna­jo­mych bo­lały. Więk­szość daw­nych ko­le­gów na­śmie­wała się z jego syna. Ze­rwał wtedy wła­ści­wie wszyst­kie kon­takty, stał się sa­mot­ni­kiem. Po­świę­cił się pracy i ro­dzi­nie. Wraz z Anną uczest­ni­czył w even­tach, na któ­rych sta­rano się uzy­skać wspar­cie dla dzieci, które we­dług opi­nii in­nych ni­gdy nie po­winny się uro­dzić.

Dwa lata temu wszystko się zmie­niło. Woj­tek za­dła­wił się w trak­cie snu i za­padł w śpiączkę. Pa­trzył, jak jego je­dyne dziecko leży w łóżku bez ru­chu, ni­czym mar­twe. Płytki od­dech, wspo­ma­gany za po­mocą re­spi­ra­tora, świad­czył jed­nak o tym, że ży­cie wciąż z niego nie ucie­kło. Anna pró­bo­wała łą­czyć pracę w fun­da­cji z opieką nad sy­nem. Sta­rała się po­móc nie tylko swo­jemu dziecku, ale ro­dzi­com dzieci po­dob­nych do Woj­tu­sia. On, jako po­li­cjant ko­mendy wo­je­wódz­kiej, miał mniej czasu. Po­wo­do­wało to co­raz częst­sze kłót­nie. Anna cią­gle ro­biła mu wy­rzuty, że wszystko jest na jej gło­wie. I miała ra­cję. Czuł, że po­stę­puje źle, po­świę­ca­jąc się pracy i bio­rąc nad­go­dziny. Ro­bił to jed­nak, żeby nie zwa­rio­wać. Wi­dok za­śli­nio­nego syna, który nie re­aguje na bodźce, wpę­dzał go w jesz­cze więk­szą de­pre­sję. W końcu mógłby zro­bić coś, czego ża­ło­wałby do końca ży­cia. Już kilka razy ła­pał się na tym, że za­sta­na­wia się nad skró­ce­niem mę­czarni swo­jej ro­dziny. W me­diach czę­sto po­ja­wiały się in­for­ma­cje o roz­sze­rzo­nych sa­mo­bój­stwach po­li­cjan­tów - funk­cjo­na­riusz za­bija swo­ich bli­skich, a na­stęp­nie strzela so­bie w głowę. W zmę­czo­nym umy­śle Mi­kul­skiego też po­ja­wiały się ta­kie my­śli. Za każ­dym ra­zem jed­nak po­tra­fił się opa­no­wać. Był zbyt silny, żeby za­koń­czyć to wszystko w tak ba­nalny spo­sób.

Dzi­siaj przy­je­chali na bal zor­ga­ni­zo­wany przez fun­da­cję Dzieci to Skarb, z którą współ­pra­co­wała fun­da­cja Anny - Do­brze Po­ma­gać. Bal od­by­wał się w hali Or­bita i po­łą­czony był z au­kcją dzieł wro­cław­skich ma­la­rzy. Do­chód ze sprze­daży miał wspo­móc dzia­łal­ność obu or­ga­ni­za­cji.

W gar­ni­tu­rze czuł się jak w zbroi. Kom­plet­nie nie na miej­scu. Na co dzień no­sił bo­jówki, woj­skowe buty i T-shirt, w zi­mie jesz­cze kurtkę. Strój był jego zna­kiem roz­po­znaw­czym. Gdy wy­sia­dał z sa­mo­chodu, w oko­licy na­sta­wał spo­kój. Nie pra­co­wał jako wy­wia­dowca czy kra­węż­nik, ale zbóje wie­dzieli, że jest psem, który kie­ruje się ja­snymi za­sa­dami. Na pewne rze­czy mógł przy­mknąć oko, je­żeli wi­dział, że w przy­szło­ści przy­nie­sie to wię­cej ko­rzy­ści. Dzięki ta­kiemu dzia­ła­niu miał wielu in­for­ma­to­rów i po­tra­fił w szybki spo­sób zdo­być wia­ry­godne in­for­ma­cje.

Uważ­nie ro­zej­rzał się po sali. Wiele twa­rzy ko­ja­rzył z po­przed­nich im­prez, kilka znał z te­le­wi­zji lub prasy. Część była nowa. Za­sta­na­wiał się, kiedy się za­cznie. Bo za­wsze prę­dzej czy póź­niej ktoś zdra­dzi, czym się zaj­muje, i za­le­wały go py­ta­nia typu: A czy w Pol­sce są se­ryjni za­bójcy? A z jaką naj­strasz­niej­szą zbrod­nią się spo­tkał? A czy ist­nieje zbrod­nia do­sko­nała? Ile­kroć za­czy­nała się za­bawa w sto py­tań do, miał ochotę znik­nąć. Za­wsze jed­nak cier­pli­wie od­po­wia­dał na wszyst­kie py­ta­nia. Dla wyż­szego celu. Dziś pew­nie nie bę­dzie ina­czej.

***

Nie miał za­miaru uczest­ni­czyć w tej ma­ska­ra­dzie, ale Mał­gośka go zmu­siła. Mie­siąc temu się oka­zało, że Dże­sika oprócz au­ty­zmu ma pro­blem z ser­cem. Gdyby nie au­tyzm, nie by­łoby wiel­kiego pro­blemu. Stan­dar­dowe le­cze­nie far­ma­ko­lo­giczne przy­nio­słoby re­zul­taty. Jed­nak w jej przy­padku zwy­kłe leki mo­gły wy­wo­łać nie­po­żą­dane efekty uboczne. Ko­nieczna była spe­cjalna ku­ra­cja, a ta kosz­to­wała ogromne pie­nią­dze. Nie było ich na to stać. Dla­tego Gośka skon­tak­to­wała się z or­ga­ni­za­cją Dzieci to Skarb.

Pierw­szy raz był na ta­kiej im­pre­zie. Nie wie­dział, jak się za­cho­wać. Na po­czątku krą­żył mię­dzy ludźmi, zbi­tymi w nie­wiel­kie grupki, i przy­słu­chi­wał się roz­mo­wom. Naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wał się młodą dziew­czyną, która z pa­sją opo­wia­dała, ja­kie nie­spo­dzie­wane zy­ski przy­niósł ostatni bal.

Czuł, że wy­nu­dzi się tu okrop­nie. W my­ślach za­czął wy­bie­rać ofiarę. Chciałby zo­ba­czyć miny tych osób, uśmie­cha­ją­cych się do sie­bie tak słodko i tak nie­szcze­rze, gdyby się oka­zało się, że gdzieś na za­ple­czu ktoś od­kryje zwłoki. Za­sta­na­wiał się, czy nie pod­jąć ry­zyka i nie za­ła­twić ko­goś w trak­cie balu. Wciąż się roz­glą­dał.

***

Wszystko za­częło się wcze­śniej niż zwy­kle. Pił sok jabł­kowy, skryty w ką­cie sali, gdy po­de­szła do niego Anna wraz z dwiema ko­bie­tami. Jedną ko­ja­rzył z wcze­śniej­szych im­prez. Sta­rał się so­bie przy­po­mnieć, jak ma na imię, gdy żona za­wo­łała:

- Tu­taj się ukry­łeś! Pa­mię­tasz Izę?

Ski­nął głową, cho­ciaż dałby so­bie ją uciąć, że ko­bieta na­zy­wała się ina­czej. Sta­wiał na We­ro­nikę albo An­gelę.

- Wi­tam pana po­li­cjanta - po­wie­działa Iza. - Cie­szę się, że mo­żemy się znowu spo­tkać.

- Do­bry - od­burk­nął, po czym wziął łyk soku.

- Co pan taki nie w so­sie? Spo­koj­nie, głowa do góry. - Ko­bieta się uśmiech­nęła, po czym wska­zała na swoją ko­le­żankę. - To Agnieszka. Rów­nież ma dziecko z ze­spo­łem Do­wna.

Mi­kul­ski też się uśmiech­nął. Zda­wał so­bie sprawę, że gry­mas nie wy­gląda na szczery, ale nie przej­mo­wał się tym. W su­mie nie przej­mo­wał się tymi ludźmi w ogóle. Gdyby nie Anna, nie by­łoby go tu­taj.

- Sły­sza­łam, że jest pan po­li­cjan­tem - ode­zwała się Agnieszka. - Po­noć praw­dziwa sława z pana.

- A kto tak po­wie­dział? - spy­tał.

Ko­bieta, lekko skon­ster­no­wana, po­pa­trzyła do­okoła.

- Pań­ska żona i jesz­cze kilka osób.

Mi­kul­ski też się ro­zej­rzał. Za­uwa­żył, że w po­bliżu za­częła się zbie­rać nie­wielka grupa lu­dzi. Kilka twa­rzy ko­ja­rzył. Za­czyna się, po­my­ślał.

- Co sły­chać w świe­cie zbrodni? - za­gaił męż­czy­zna, któ­rego pa­mię­tał z ostat­niej im­prezy. Już wtedy fa­cet był za­nadto do­cie­kliwy.

- Nic cie­ka­wego.

- Ostat­nio sporo my­śla­łem i stwier­dzi­łem, że jed­nak ist­nieje zbrod­nia do­sko­nała - brnął fa­cet.

- Ja się z taką nie spo­tka­łem - od­parł Mi­kun. - Cza­sem trwa to dłu­żej, cza­sem kró­cej, ale w końcu sprawca tra­fia przed ob­li­cze spra­wie­dli­wo­ści.

- A Kuba Roz­pru­wacz?

- To były inne czasy. Gdyby te­raz gra­so­wał w Lon­dy­nie, wsa­dze­nie go za kratki by­łoby kwe­stią kilku mie­sięcy.

- Czyli uważa pan, że w kilka mie­sięcy można od­kryć, kto od­po­wiada za se­ryjne za­bój­stwa? - do­biegł głos z boku.

Mi­kun spoj­rzał w tamtą stronę. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział tego fa­ceta. Chudy, ły­sie­jący, a na do­da­tek rudy. Uśmie­chał się w dziwny spo­sób, jakby rzu­cał wy­zwa­nie.

- Ow­szem, dzięki no­wo­cze­snym tech­ni­kom i roz­wo­jowi na­uki można w szybki spo­sób usta­lić sprawcę.

- Ga­da­nie - prych­nął nie­zna­jomy. - Gdyby w kraju po­ja­wił się se­ryjny za­bójca, dał­bym so­bie rękę uciąć, że nie zła­pa­li­by­ście go w tak krót­kim cza­sie.

- Na szczę­ście nie ma aż ta­kich psy­choli - wtrą­ciła Agnieszka.

Mi­kul­ski spoj­rzał ru­demu w oczy.

- Dwa, mak­sy­mal­nie trzy mie­siące. Ale tak jak po­wie­działa pani Agnieszka, nasz kraj to nie USA. Tam się sza­cuje, że rocz­nie gra­suje po­nad dwa ty­siące se­ryj­nych za­bój­ców. Umie­rają, są ła­pani lub za­bi­jani, ale na ich miej­sce po­ja­wiają się nowi. My na szczę­ście je­ste­śmy w tej kwe­stii za­co­fani.

Rudy nie od­po­wie­dział. Ski­nął tylko głową i pod­niósł swoją szklankę, jakby wzno­sił to­ast.

Po­tem pu­ścił oko do Mi­kuna i od­szedł.

***

Po­czą­tek roz­mowy po­li­cjanta z tymi ko­bie­tami go za­cie­ka­wił. Chwilę słu­chał, sam za­dał kilka py­tań. A po­tem znik­nął mu z oczu. To do­brze, że nie zde­cy­do­wał się dzia­łać w trak­cie im­prezy. Gdyby w po­bliżu od­na­le­ziono zwłoki, śled­czy pew­nie prze­świe­tli­liby każ­dego, kto brał w niej udział. Jego prze­szłość mo­głaby wyjść na świa­tło dzienne. Nie wy­wi­nąłby się tak ła­two.

Za­nim wy­szedł, pa­trzył jesz­cze przez chwilę na fa­ceta, który kon­ty­nu­ował roz­mowę o se­ryj­nych za­bój­cach.

- Prze­pra­szam, mam py­ta­nie - za­cze­pił sto­jącą obok ko­bietę. - Czy zna pani tam­tego męż­czy­znę? - Wska­zał pal­cem. - Tego po­li­cjanta.

- To chyba mąż Anny Mi­kul­skiej... - Ko­bieta zmru­żyła oczy. - Tak, to on. Na­zy­wają go Mi­kun albo ja­koś tak.

Wie­dział już, co ma ro­bić.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki