Zwierciadło nieba - Graham Hancock, Santha Faiia

Kup ebooka

74.90 zł
62.17 zł (61,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘPCO JEST PO DRUGIEJ STRONIE?

Niebo na górze, niebo w dole;

Gwiazdy na górze, gwiazdy na dole;

Wszystko co jest nad, pokaże to, co pod

Szczęśliwyś, który zagadkę rozwiążesz.

"Tabula Smaragdina"

Śmierć jest najważniejszą zagadką życia. Wszyscy mogą być jej pewni i nikt nie wie, co ona oznacza.

Tajemnicę można sprowadzić do prostych dylematów. Czy kiedy umieramy, wszystko się dla nas kończy, czy też w jakiś sposób żyjemy nadal? Czy jesteśmy tylko sumą naszych materialnych części, czy istnieje także dusza? Czy dusza jest wymysłem ludzkiej psychiki, czy też wynalazkiem religii? A może jest czymś cudownie prawdziwym?

Nauka, która potrafi zważyć, zmierzyć i zbadać ciało zmarłego, nie jest w stanie powiedzieć, co dzieje się po śmierci. W nauce powszechnie, chociaż nie jednogłośnie, zakłada się, że nie ma żadnej duszy, a "śmierć znaczy śmierć". Niektórzy naukowcy powtarzają takie stwierdzenia, jakby były one doświadczalnie potwierdzonymi faktami. A jednak nie są to żadne fakty, lecz przypuszczenia, których nie sposób dowieść. Można wręcz powiedzieć, że nauka prezentuje w tym momencie czysto religijne podejście, ponieważ wyraża głęboką wiarę w nieistnienie duszy, lecz nie dysponuje żadnym sposobem na udowodnienie tej tezy.

Religia zajmuje dokładnie przeciwną pozycję, broniąc jej z równym zapałem - i na równie niepewnym gruncie. Nie ma naukowych dowodów na istnienie różnych religijnych niebios, piekieł czy zaświatów. Mimo to przedstawiciele religii nieustannie zapewniają nas, że dusza istnieje, po śmierci będzie osądzona, może wcielać się w różne formy i może się odrodzić.

Poszukujący jak ty...

Nic dziwnego, że w obliczu takich dwóch sprzecznych opinii ludzie myślący rozważają uniwersalne prawa rządzące fizyczną śmiercią i zastanawiają się, jaki los spotka ich po śmierci. Jedną z takich osób, według indyjskiego świętego tekstu zatytułowanego Katha Upaniszad, był Nachiketas, dzielny i dociekliwy młody człowiek, który odnalazł drogę do "Domu Śmierci" i zdobył prawo wyrażenia jednego życzenia wobec Jamy, hinduskiego boga śmierci.

Nachiketas: Ta wątpliwość dotyczy człowieka, który umarł: "On istnieje", mówią niektórzy; "On nie istnieje", mówią inni. Wiedza o tym, której ty nauczasz, oto jest moje życzenie (...).

Jama: Prawo to jest subtelne i niełatwe do nauczenia (...). Wybierz, Nachiketasie, inne życzenie, nie żądaj tego ode mnie (...). Wybierz stuletnie życie dla synów i wnuków, liczne trzody i słonie, i konie, i złoto (...). wybierz bogactwo i długie życie (...).

Nachiketas: Jutro te ulotne rzeczy zniszczą siły śmiertelnika. Nawet całe życie jest krótkie (...). Nie w bogactwie człowiek może znaleźć zaspokojenie. Jakże moglibyśmy wybrać bogactwo, skoro widzieliśmy ciebie? Jakże moglibyśmy pragnąć życia, skoro ty jesteś panem (...)? Tego dotyczą ich wątpliwości (...), co jest po "drugiej stronie", opowiedz mi o tym. To życzenie przybliża wielką tajemnicę, Nachiketas nie wybierze nic innego niż to.

Jama: Zaprawdę, zastanawiając się nad tymi drogimi i umiłowanymi pragnieniami, o Nachiketasie, spełniłeś je. Nie takie bogactwo wybrałeś, w jakim utonęło wielu ludzi (...). To, co jest po "drugiej stronie", lśni nie dla dziecka zwodzonego złudzeniami majątku. "To jest świat, nie ma żadnego innego", myśli i raz po raz wpada w moje władanie (...). Tyś jest niezachwiany w prawdzie; niech poszukujący jak ty, Nachiketasie, przybędzie do nas.

Następnie Jama, bóg fizycznej śmierci, wygłasza jedno z najważniejszych stwierdzeń, jakie znajdują się w hinduskich świętych pismach; stwierdzenie to dotyczy natury duszy, "która nigdy nie rodzi się i nie umiera ani nie pochodzi znikąd, ani niczym się nie staje".

Niezrodzona, odwieczna, niepamiętna, starożytna, nie ginie, kiedy ciało zostaje zabite (...), mniejsza niż mała, większa niż wielka, jest ukryta w sercu człowieka (...), rozumiejąc to (...), mądry człowiek nie może się smucić (...). Bezcielesna w ciałach, trwała wśród nietrwałych (...) zostaje uwolniona z paszczy śmierci.

W kolejnych rozdziałach przedstawimy dowody na to, że myśli przypisywane Jamie w Upaniszadach nie wywodzą się z hinduskiej filozofii religijnej. Stanowią one część starożytnych duchowych nauk, które były głoszone nie tylko w Indiach, ale również w tak odległych częściach świata, jak Meksyk, Egipt, Indochiny i Ameryka Południowa. Ten tajemniczy system idei wskazuje na istnienie wspólnej cywilizacji, o której nie mówią żadne podręczniki historii. To "wspólne źródło" wywierało wpływ na wszystkie te regiony. System ten stosował jako swą podstawową metodologię ezoteryczną formę astronomii i prowadził do wznoszenia na ziemi ogromnych dzieł architektury, które odzwierciedlały układ i ruchy ciał niebieskich. Był rodzajem "nauki o nieśmiertelności", mającej na celu uwolnienie ludzkości "z paszczy śmierci". Jego początki giną w mrokach prehistorii. Terminem "prehistoria" opisujemy niemal całkowitą amnezję, jakiej doznał nasz gatunek w odniesieniu do ponad 40 000 lat naszej przeszłości. Amnezja ta obejmuje okres od pojawienia się człowieka współczesnego do spisania pierwszych "źródeł historycznych" w Egipcie i Sumerze w III tysiącleciu p.n.e.

Potężne pamiątki

Z tego długiego okresu prehistorii przetrwało do naszych czasów wiele potężnych monumentów. Są wśród nich kute w skale świątynie, kręgi megalitów, święte miejsca zaplanowane dokładnie w liniach prostych na ogromnych odległościach, jak choćby aleje ustawionych pionowo kamieni w Carnac w północnej Francji. Jedno ze znajdujących się tam ziemnych sztucznych wzgórz, zawierające megalityczny korytarz zorientowany dokładnie na punkt wschodu słońca w dniu zimowego przesilenia, zostało datowane metodą radiowęglową na około 4700 rok p.n.e.

Uważa się, że najstarsze kręgi kamienne na Wyspach Brytyjskich, takie jak Callanish na Hebrydach, pochodzą z około 3000 roku p.n.e., ale możliwe, że są starsze. Tak naprawdę nikt tego nie jest pewien. W Japonii znajdują się megalityczne kręgi, które nigdy nie zostały odkopane. Megalityczne świątynie na Malcie są datowane nawet na 4000 lat p.n.e. W Etiopii kute w skale "kościoły" w Lalibeli i 300-tonowa granitowa stela w Aksum nie dają się datować żadnymi naukowymi metodami i nikt nie zna ich pochodzenia. Wyspy Pacyfiku są dosłownie usiane dziesiątkami tajemniczych megalitycznych konstrukcji. Nie możemy też zapominać o konstrukcjach z Egiptu, Meksyku i Ameryki Południowej, gdzie pojedyncze kamienne bloki osiągają wagę aż do 200 ton.

Większość tych budowli łączy jedno: nie jesteśmy pewni, kiedy, w jaki sposób i przez kogo zostały zbudowane. Łączy je też zaawansowana technologia, dzięki której zostały wzniesione oraz dokładnie obliczone orientacje astronomiczne.

Uważa się, że niektóre z megalitycznych alei w Carnac były wykorzystywane do obserwacji Księżyca. Wydaje się, że także kamienny krąg w Callanish został zaprojektowany, aby zwrócić uwagę na tajemnicze zjawisko astronomiczne zwane "południową skrajnością większego bezruchu Księżyca", które ma miejsce raz na 19 lat. Ponadto jedna z głównych osi przecinających Callanish jest wycelowana w punkty wschodu i zachodu słońca w dniach jesiennej i wiosennej równonocy. Natomiast główna oś słynnego na cały świat megalitycznego kręgu w Stonehenge w angielskim hrabstwie Wiltshire jest zorientowana, dzięki tak zwanemu "heelstone", na punkt wschodu słońca w dniu letniego przesilenia (najdalej na północ wysunięty punkt w rocznym zasięgu słońca wzdłuż horyzontu).

Związek z druidami

Przez dłuższy czas uważano, że Stonehenge było budowane powoli - przez prawie tysiąc lat, między 2100 a 1100 rokiem p.n.e. Chronologia ta została podważona w 1996 roku za sprawą nowych dowodów archeologicznych. Po dwuletnich studiach prowadzonych na zlecenie English Heritage Foundation badacze doszli do wniosku, że wielkie kręgi sarsenowe i dolerytowe zostały ustawione między 2600 a 2030 rokiem p.n.e. - a nakładem ogromnej pracy większą część ukończono w ciągu zaledwie trzech stuleci - między 2600 a 2300 rokiem p.n.e. Niecały rok po opublikowaniu wyników tych badań ukazało się kolejne studium dowodzące, że zanim powstały kręgi kamienne, w tym samym miejscu stały kręgi z drewnianych bali z około 8000 roku p.n.e.

Nic nie wiadomo o religijnych rytuałach, do których służyło Stonehenge. Właściwie to, że były tam odprawiane jakiekolwiek religijne ceremonie, jest tylko przypuszczeniem (chociaż całkiem prawdopodobnym). Najwcześniejsze źródła pisane dotyczące tego miejsca pochodzą z czasów rzymskich - a wówczas nie wiadomo już było praktycznie nic o pierwotnej jego funkcji. Plotki głosiły, że tylko druidzi - którzy zresztą nie zbudowali Stonehenge - wiedzieli coś o jego przeznaczeniu. Nic jednak na ten temat nie mówili.

Druidzi po raz pierwszy pojawiają się na kartach historii w O wojnie galijskiej Juliusza Cezara, napisanej około 50 roku p.n.e. Wzmianka ta jest stosunkowo krótka - nie liczy nawet tysiąca słów - ale Cezar zawarł w niej wiele ważnych wskazówek na temat religii druidów:

Zwłaszcza starają się wpajać ideę, że dusze nie umierają, lecz po śmierci przechodzą z jednego ciała w inne (...). Dyskutują też wiele o gwiazdach i ich ruchach, o wielkości świata i Ziemi, o naturze rzeczy (...).

Precyzyjna orientacja Stonehenge informuje nas, że astronomia w ogóle, a punkt wschodu słońca w dniu letniego przesilenia w szczególności, musiały mieć ogromne znaczenie dla budowniczych kręgu, lecz nie mówią nam, dlaczego było to tak ważne. Wierzenia druidów, ściśle związane z ceremoniami przesileniowymi, mogłyby nam pomóc wypełnić tę lukę. Wskazują na możliwość, że Stonehenge nie było tylko miejscem prymitywnego brytyjskiego kultu solarnego, lecz miało związek z duchowymi poszukiwaniami reinkarnacji i nieśmiertelności duszy, w których empiryczne dociekania dotyczące pomiarów Ziemi i ruchów gwiazd stanowiły część procesu inicjacyjnego.

Uczeni nie podają w wątpliwość, że druidzi byli szczególnie zainteresowani liczbami. Z jakiegoś tajemniczego powodu szczególną atencją darzyli liczbę 72, która - jak zobaczymy w dalszych rozdziałach - została wyprowadzona z obserwacji astronomicznych. Liczba ta pojawia się często w druidzkiej tradycji. Właśnie 72 kresek wymagało napisanie wszystkich 22 liter tajemnego alfabetu ogamicznego, którego używali kapłani. Pismo ogamiczne samo w sobie zawiera kod. Jak dowiódł Robert Graves w książce The White Goddess (Biała bogini), błyskotliwym studium poświęconym celtyckim mitom, "stosunek wszystkich liter w alfabecie do samogłosek wynosi 22 do 7 (...), co jest formułą matematyczną, niegdyś tajemną, wyrażającą stosunek obwodu koła do jego średnicy".

Dzisiaj, za pomocą kieszonkowego kalkulatora, możemy łatwo obliczyć obwód dowolnego koła, mnożąc jego średnicę przez transcendentalną liczbę pi - która wynosi 3,141592... Proporcja 22:7 wyraża tę wartość z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku (22 podzielone na 7 wynosi 3,142857).

Przeczuwamy zatem, że druidzi musieli być biegłymi geometrami i matematykami. Ale mówi nam o tym tylko intuicja. Prawda jest taka, że nie wiemy nic o pochodzeniu druidów - nie wiemy nawet, jak długo istnieli, zanim po raz pierwszy opisał ich Cezar. Ponadto, chociaż zwykle kojarzy ich się z Celtami, którzy przybyli na Wyspy Brytyjskie około 600 roku p.n.e., istnieją przesłanki pozwalające przypuszczać, że sprawowali oni swą charyzmatyczną służbę kapłańską na Wyspach Brytyjskich setki lub nawet tysiące lat przed pojawieniem się Celtów. Na koniec wreszcie musimy uznać druidów za spadkobierców prawdziwie starożytnych tradycji związanych ze Stonehenge, które najprawdopodobniej przechowywali i czcili.

Wspólne poszukiwania

Zagadka Stonehenge nie jest odosobniona. Megality w jeszcze większej nawet skali były używane w starożytnym Peru i Boliwii do wznoszenia gigantycznych konstrukcji, takich jak zygzakowate mury Sacsayhuaman czy świątynie w Ollantaytambo i Tiwanaku z 200-tonowymi kamiennymi ciosami. Równie ogromnych bloków użyto do wzniesienia "dolnej" i "grobowej" świątyni w Gizie, w Egipcie oraz tak zwanej świątyni Sfinksa. Sam Sfinks jest wykutym w skale monolitem o długości blisko 87 metrów. Wielka Piramida zawiera szereg bloków ważących około 100 ton, które w jakiś tajemniczy sposób przetransportowano na wysokość ponad 45 metrów nad ziemią. W Górnym Egipcie znajduje się tak zwany Ozyrejon w Abydos, zadziwiająca, częściowo podziemna konstrukcja ze 100-tonowych bloków, która wygląda na znacznie starszą niż otaczające ją budowle.

Nie ulega wątpliwości, że piramidy w Gizie, najsłynniejsze ze wszystkich egipskich zabytków, wiele łączy z okresem 2600-2300 p.n.e., kiedy, jak pamiętamy, powstało Stonehenge. Nie ulega też wątpliwości, że ich geneza - tak samo jak Stonehenge - jest jeszcze starsza. Te same geometryczne i astronomiczne poszukiwania nieśmiertelności (a także liczbę 72), których wyrazem są megality, można znaleźć nie tylko w Egipcie, ale także w wielu innych kulturach na całej kuli ziemskiej, i to w najbardziej zamierzchłej przeszłości.

Wspólną cechą wszystkich tych kultur była próba rozwiązania zagadki duszy: dokładnie tak, jak - według relacji Cezara - czynili to druidzi. W Meksyku - jak zobaczymy w części pierwszej tej książki - w Egipcie, Kambodży, na Wyspie Wielkanocnej, w Ameryce Południowej i celtyckiej Brytanii, wszędzie trwały poszukiwania. Bardzo często miały one jakiś związek z postacią "boga" lub "cywilizującego bohatera", uważanego za wielkiego nauczyciela i założyciela religii. Zawsze i wszędzie poszukiwania te były prowadzone wśród świętych monumentów, stworzonych w celu podtrzymywania związku między niebem i ziemią.

Budowle te uważano za bramy do królestwa zaświatów - zarówno nieba, jak i piekła. Zdawano sobie sprawę, że ostateczne przeznaczenie tych, którzy przechodzą przez owe bramy, będzie uzależnione od dokonanych przez nich samych wyborów.

W Meksyku wybrano piekło.

ROZDZIAŁ 1PIERZASTY WĄŻ I CZŁOWIEK OBDARTY ZE SKÓRY

WAmeryce Środkowej podróżnicy, którzy próbowali zbadać jej zabytki i przeszłość, odchodzili z poczuciem wielkiej i straszliwej tajemnicy. Mroczny sekret spowija cieniem całą tę ziemię, a to, co wiadomo o jej historii, pełne jest niewyjaśnionych sprzeczności.

Z jednej strony mamy niepokojące dowody istnienia wzniosłych duchowych idei, zadziwiających osiągnięć w dziedzinie sztuki, nauki i kultury. Z drugiej strony wiemy o odpychających aktach psychopatycznego okrucieństwa, które w Dolinie Meksyku zostało zinstytucjonalizowane na początku XVI wieku. Co roku, w scenerii z sennego koszmaru, azteckie imperium składało w ofierze 100 000 ludzi. Choć hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przybyli w lutym 1519 roku, byli piratami i zimnymi mordercami, to ich interwencja, wynikająca wyłącznie z chciwości, położyła kres demonicznym krwawym ofiarom Azteków.

Zanim Hiszpanie utrwalili swoją władzę, wielu konkwistadorów i katolickich księży, którzy przybyli ich śladem, miało okazję oglądać te rytuały. Wśród świadków był sam zdobywca, Hernan Cortez, zaprawiony w bojach żołnierz Bernal Diaz de Castillo oraz ojciec Bernardino de Sahagun (1499-1590), "nadzwyczaj mądry franciszkanin", którego Historia rzeczy Nowej Hiszpanii jest niezrównanym źródłem wiedzy o Meksyku sprzed konkwisty. Ich relacje odsłaniają mroczną stronę schizofrenicznej kultury przywiązanej do mordu, która zarazem obłudnie głosiła uwielbienie dla starożytnych nauk o nieśmiertelności ludzkiej duszy. Nauki te kazały wtajemniczonym poszukiwać mądrości oraz być "dzielnymi, pokornymi, miłującymi pokój (...) i współczującymi" wobec innych.

Według samych Azteków źródłem tej doktryny unikania przemocy i poszukiwania kosmicznej gnozy był bóg-król nazywany Quetzalcoatl - "pierzasty wąż" (quetzal znaczy dosłownie "upierzony" lub "pierzasty", zaś coatl - "wąż"). Panował on, jak twierdzili, w zamierzchłych czasach, w złotym wieku, i przybył do Meksyku z odległej krainy z grupą towarzyszy. Nauczał on, że nigdy nie należy składać w ofierze istot ludzkich, lecz tylko "rosnące właśnie owoce i kwiaty". Jego kult był przesycony misteriami związanymi z życiem po śmierci, gdyż sam Quetzalcoatl miał podobno odbyć podróż w zaświaty i wrócić stamtąd, by o tym opowiedzieć.

Bóg piramid

Czy za opowieścią o Quetzalcoatlu kryje się jakaś prawdziwa, historyczna postać?

Wiadomo, że jakieś 200-300 lat przed początkiem dominacji Azteków w XIII i XIV wieku n.e., wielu władców, zwłaszcza mieszkających w Dolinie Meksyku Tolteków, nosiło miano "Quetzalcoatl". Nie twierdzili oni jednak, że są właściwym Quetzalcoatlem, lecz jego spadkobiercami, i używali tego imienia jako rodzaju zaszczytnego tytułu.

Jak zobaczymy w następnym rozdziale, na długo przed Toltekami charakterystyczna symbolika Quetzalcoatla była dobrze znana Olmekom znad Zatoki Meksykańskiej. Ich kultura rozkwitała 3500 lat temu. Nieco później, bo ponad 2000 lat temu, w mieście Cholula w środkowym Meksyku rozpoczęto prace nad gigantyczną konstrukcją, wznoszoną na cześć tego samego boga. Była ona rozbudowywana i powiększana przez wszystkie kolejne miejscowe kultury, a kres tej działalności budowlanej położyła dopiero pożoga hiszpańskiej konkwisty. Wynikiem zadziwiającego rozmachem projektu inżynieryjnego i architektonicznego jest góra-piramida Quetzalcoatla. Piramida ta, dzisiaj zwieńczona rzymskokatolicką kaplicą, ma przy podstawie powierzchnię 18 hektarów i wysokość niemal 70 metrów, a jej objętość jest trzykrotnie większa niż egipskiej Wielkiej Piramidy.

Również około 2000 lat temu kult Quetzalcoatla był silnie zakorzeniony w tajemniczej kulturze Teotihuacan - miasta leżącego 35 kilometrów na północny wschód od dzisiejszego Mexico City. Wznoszono na cześć tego boga piramidy i inne budowle. Od co najmniej 500 roku n.e. aż do hiszpańskiej konkwisty Majowie z Jukatanu, Chiapas i Gwatemali czcili go pod imionami Kukulkan i Gucumatz, które w różnych dialektach znaczą to samo - "pierzasty wąż". Między 900 a 1200 rokiem n.e. dziewięciopiętrową piramidę na cześć Kukulkana/Quetzalcoatla ukończono w Chichen Itza. Podobnie jak wiele innych monumentów tego bóstwa, została ona wzniesiona wokół wcześniejszego świętego wzgórza w tym samym miejscu.

Podobnie Aztekowie, którzy swoje imperium stworzyli w latach 20. XIV wieku, przejęli od poprzedników starożytną tradycję związaną z "pierzastym wężem". Opisywano go dość niejasno, jako:

(...) przystojnego, silnie zbudowanego mężczyznę z długą brodą (...). Tajemnicza osoba (...), biały człowiek o krzepkiej budowie ciała, z szerokim czołem, dużymi oczami i falującą brodą, który przybył zza morza w łodzi płynącej bez wioseł. Potępił on składanie ofiar, z wyjątkiem owoców i kwiatów, i słynął jako bóg pokoju.

Jedną z największych niewyjaśnionych zagadek w historii Ameryki Środkowej jest fakt, że brutalni Aztekowie oddawali cześć owej łaskawej postaci we wszelkiego rodzaju rytuałach i zawsze mówili z zachwytem o jej pokojowym nastawieniu i umiłowaniu życia. Wierzyli, że on i jego towarzysze opuścili Meksyk dawno temu, lecz pewnego dnia wrócą w łodzi od strony zachodniej. Wierzyli też, że Quetzalcoatl ukarze ich za to, że wrócili do składania ludzkich ofiar, że położy kres złu i trwodze oraz przywróci złoty wiek pokoju i dobrobytu, jakiemu patronował w zamierzchłej przeszłości.

Jak powszechnie wiadomo, legenda o białym, brodatym bogu-królu zadziałała na korzyść Hiszpanów, którzy przybyli do Meksyku w 1519 roku z zachodu w łodziach, które poruszały się bez wioseł, cierpiąc na "chorobę serca", na którą jedynym lekarstwem było zagrabione złoto.

Złamane flety

Konkwistador Bernal Diaz de Castillo był twardym człowiekiem, a przemoc nie robiła na nim wielkiego wrażenia. Mimo to jednak, kiedy po raz pierwszy zobaczył aztecką świątynię, był głęboko wstrząśnięty:

Na tej niewielkiej przestrzeni można było zobaczyć wiele diabelskich rzeczy, rogów, trąbek i noży, i mnóstwo serc Indian, które spalili, okadzając swoich idoli. Wszystko było zbryzgane krwią, a było jej tak wiele, że przeklinałem to wszystko, bowiem cuchnęło jak w rzeźni, więc czym prędzej postanowiliśmy uciec od tego smrodu i przerażającego widoku.

Fizyczne unicestwienie ludzi składanych w ofierze, z których większość została wzięta do niewoli w bitwach, polegało zazwyczaj na wyrywaniu im serc, po czym często następowały ceremonie, podczas których "celebrant obdzierał ze skóry i ćwiartował jeńców". Czasami jeńcy byli składani w ofierze natychmiast po tym, jak zostali pojmani, czasami zaś po długich i okrutnych przygotowaniach. Sahagun na przykład mówi nam o "święcie w azteckiej stolicy Tenochtitlan", w czasie którego:

(...) zabili młodzieńca o bardzo uległym temperamencie, którego przez rok trzymali, dostarczając mu rozrywek i przyjemności (...). Kiedy ów młodzieniec, który przez rok był hołubiony, został zabity, natychmiast dali innego na jego miejsce, którego pielęgnowali przez następny rok (...), spośród wszystkich jeńców wybierali najszlachetniejszych mężczyzn (...), starali się, aby byli najzdolniejszymi i najlepiej wychowanymi, jakich mogli znaleźć, i żeby nie mieli żadnych cielesnych ułomności.

Dalej Sahagun opisuje, że "młodzieńca, który był pielęgnowany, aby go zabić w czasie tego święta, uczono pięknie grać na flecie". Kiedy jego rok dobiegał końca:

(...) zabierali go do małej i źle wyposażonej świątyni, która znajdowała się przy drodze, daleko od ludzkich osiedli (...). Dotarłszy do schodów świątyni, wspinał się na nie sam, a na pierwszym stopniu łamał jeden z fletów, na których grywał w czasach pomyślności, na drugim łamał kolejny i tak wchodząc po schodach, łamał je wszystkie. Kiedy dotarł na szczyt, do najwyższej części świątyni, czekali tam w parach kapłani, którzy mieli go zabić. Chwytali go, wiązali mu ręce i głowę, kładli go na plecach na kamiennym bloku. Ten, który trzymał w ręce kamienny nóż, wbijał go w jego pierś z wielką siłą, a wyciągnąwszy go, wkładał rękę w nacięcie zrobione nożem, wyrywał serce i natychmiast ofiarowywał je Słońcu.

Kiedy zaskoczeni Hiszpanie zapytali kapłanów o powód odprawiania co roku tak przerażających rytuałów, ci odpowiedzieli podobno, jakby było to dla wszystkich zupełnie oczywiste, że tragiczny los jeńca jest "rodzajem ludzkiego przeznaczenia".

Tłumiąc głos natury

Aztekowie byli niestrudzonymi zabójcami dzieci - co jasno wynika z pozostawionego przez Sahaguna katalogu pewnych "świąt":

W kalendy pierwszego miesiąca (...) zabijali wiele dzieci, składając je w ofierze w wielu miejscach na szczytach wzgórz, wydzierając im serca na cześć bogów wody (...), pierwszego dnia czwartego miesiąca obchodzili święto na cześć boga kukurydzy (...) i zabijali wiele dzieci (...).

Szczególnie trudno było zaspokoić apetyt Tlaloca, boga deszczu. To właśnie jemu:

(...) składano w ofierze dzieci, po większej części niemowlęta. Kiedy przenoszono je w odkrytych lektykach, odziane w odświętne szaty, w najtwardszych sercach wzbierał żal, chociaż ich krzyki ginęły w dzikich śpiewach kapłanów, którzy w ich łzach odczytywali dobrą wróżbę dla swoich modlitw. Te niewinne ofiary kapłani zazwyczaj kupowali od ubogich rodziców, w których głos natury zagłuszała prawdopodobnie nie tyle możliwość uniknięcia nędzy, ile mocno zakorzenione zabobony.

A może to strach był najważniejszym czynnikiem zagłuszającym głos natury? Archeolog Laurette Sejourne w swoim klasycznym studium Burning Water (Płonąca woda) przekonująco dowodzi, że Aztekowie stworzyli:

(...) totalitarne państwo, którego filozofia zawierała głęboką pogardę wobec jednostki (...). Śmierć czaiła się wszędzie i nieustannie, stanowiąc cement w budowli, której jeńcem był każdy Aztek. Istnieli ludzie, którzy z racji swego statusu społecznego z mocy prawa podlegali eksterminacji: niewolnicy - a każdy mógł się stać jednym z nich, tracąc majątek lub prawa obywatelskie; pojmani do niewoli wojownicy; dzieci urodzone pod wróżbą sprzyjającą ofierze i ofiarowywane bogom (...). Innym stałym zagrożeniem była kara śmierci: groziła każdemu, kto ośmielił się bezprawnie nosić strój sięgający poniżej kolan; urzędnikowi, który wszedł do zakazanego pomieszczenia w pałacu; kupcowi, którego bogactwo uczyniło zbyt pysznym; tancerzowi, który pomylił krok (...).

Ludzkie ofiary odgrywały tak ogromną rolę w tym "mechanizmie zniewalania człowieka", że każdy, kto odmawiał udziału w takim spektaklu, był "uznawany za nikczemnego, niegodnego pełnienia jakichkolwiek funkcji publicznych i stawał się pozbawionym wszelkich praw wyrzutkiem". Władcy i arystokraci często musieli być świadkami ludzkich ofiar "pod groźbą, że sami zostaną ofiarami, jeśli nie będą chcieli w nich uczestniczyć".

136 000 czaszek

Groza tego, co zobaczyli konkwistadorzy, przekraczała wszelkie wyobrażenie. Według opisu kronikarza Munoza Camargo:

jeden, który był kapłanem diabła, powiedział mi (...), że kiedy wyrywają serce z wnętrzności nieszczęsnej ofiary, siła, z jaką pulsowało i uderzało, była tak wielka, że zazwyczaj podnosiło się trzy lub cztery razy z ziemi, zanim ostygło (...).

Sahagun opisuje święto, w czasie którego:

właściciele jeńców ciągnęli ich za włosy, każdy swojego, po schodach w górę (...). Wlekli ich na kamienny blok, gdzie mieli ich zabić i wyrwać każdemu serce (...), zrzucali ich ciała ze schodów na dół, gdzie czekali kapłani, którzy obdzierali je ze skóry.

Przy okazji rytuałów odprawianych na cześć boga ognia właściciele:

brali [swoich jeńców] i wiązali im ręce z tyłu, a także stopy. Następnie zarzucali ich sobie na ramiona i zanosili na szczyt świątyni, gdzie płonął ogień i znajdował się stos węgli; a kiedy już dotarli na górę, rzucali ich w ogień (...) i w ogniu nieszczęsny jeniec wił się i jęczał (...), a kiedy był w agonii, wyciągali go żelaznymi hakami (...), kładli go na kamieniu (...), otwierali jego pierś (...), wyrywali mu serce i rzucali je do stóp posągu Xiuhtecutli, boga ognia".

Zgodnie ze zwyczajem w świątyniach przechowywano czaszki ofiar zatknięte na poziome belki specjalnych drewnianych stelaży zwanych tzompantli, w "specjalnie do tego celu przeznaczonych budynkach". W jednym z takich budynków żołnierze Corteza naliczyli 136 000 czaszek, które były "tak ułożone, aby osiągnąć najbardziej odrażający efekt".

Alegorie brane dosłownie

Jak właśnie zauważyliśmy, wielka tajemnica Ameryki Środkowej polega na tym, że kultura odznaczająca się tak niepohamowanym okrucieństwem równocześnie była nośnikiem wzniosłych idei religijnych. Zwłaszcza Bernardinowi de Sahagun zawdzięczamy udokumentowanie tych idei i tym samym umożliwienie nam zapoznania się z nimi. Bez jego udziału najprawdopodobniej nie wiedzielibyśmy dzisiaj o nich nic. Współcześni naukowcy uznają jego Historię rzeczy Nowej Hiszpanii za "najpełniejszy etnograficzny opis ludu" i chwalą ją za stosowanie "najbardziej rygorystycznych i dokładnych metod naukowych".

W 1956 roku Laurette Sejourne, czerpiąc z bogatego źródła etnograficznego i religioznawczego materiału zgromadzonego przez Sahaguna, wysunęła interesującą teorię na temat Azteków. Ich kult ludzkich ofiar, jak twierdziła, powstał, ponieważ starożytny system duchowej inicjacji, związany z poszukiwaniem nieśmiertelności, został groteskowo, błędnie zinterpretowany. Wszystkie okrutne fizyczne aspekty azteckich ofiar - obdzieranie ze skóry, wyrywanie serca, palenie itd. - były początkowo metaforami duchowych procesów, jakim poddawany był adept w czasie inicjacji. "Obdarcie ze skóry" oznaczało techniki pozwalające wtajemniczonemu na oderwanie się od swego fizycznego ciała. "Serce" oznaczało duszę, która musiała zostać "wycięta" z ciała w chwili śmierci i wypuszczona do krainy światła (oczywiście symbolizowanego przez Słońce). "Palenie" było ogniem odnowy, w którym wiekuisty duch, powstając niczym feniks z popiołów swej wcześniejszej egzystencji, odrzucał zużytą fizyczną formę jednego życia i rodził się na nowo w kolejnej.

Jeśli weźmiemy pod uwagę takie metafory, łatwiej będzie nam zrozumieć, dlaczego azteccy ofiarnicy nazywali los ofiary rozpieszczanej przez rok, a następnie brutalnie mordowanej, "rodzajem ludzkiego przeznaczenia". Kiedy jeniec szedł do świątyni, gdzie czekała go śmierć, odrzucając wszystkie dotychczasowe luksusy życia i łamiąc flety, na których grał piękną muzykę, odgrywał alegorię. Symbolizowała ona najwyższą prawdę, poznawaną przez wtajemniczonych - że w chwili śmierci dusza musi pozbyć się wszystkiego, co należy do ziemskiego, materialnego świata. Prawdę tę przekazuje także fragment starożytnej nauki w języku nahuatl, którym mówili Aztekowie. Spisał ją Sahagun w XVI wieku:

Mój umiłowany i delikatny synu (...), dowiedz się i zrozum, że twój dom nie jest tutaj (...), ten dom, w którym się urodziłeś [tzn. fizyczne ciało], jest tylko gniazdem, gospodą, do której przybyłeś, wchodząc do tego świata; tutaj rozwijasz się i rozkwitasz (...), twój prawdziwy dom jest gdzie indziej.

Czytamy też:

Nadchodzą narodziny, życie przybywa na ziemię.

Na krótką chwilę jest nam pożyczone

chwała tego, przez co wszystko żyje.

Nadchodzą narodziny, życie przybywa na ziemię.

Sejourne mocno podkreśla, że system tych wzniosłych idei był obecny w Dolinie Meksyku na długo - przy tym trudno sprecyzować, jak długo, być może tysiące lat - przed przejęciem go przez Azteków. Ci byli po prostu najbardziej walecznym z wielu mówiących językiem nahuatl wędrownych plemion zwanych Chichimeca (co znaczy "barbarzyńcy"), które napłynęły do Ameryki Środkowej w XII i XIII wieku n.e. Nie mając własnej kultury, zaadaptowali do swoich potrzeb pozostałości wspaniałej niegdyś cywilizacji meksykańskiej, którą pokonali. Poznali jej astronomię, rolnictwo, inżynierię, architekturę i przejęli niektóre aspekty jej religii. Szczególne wrażenie wywarły na nich barwne i dramatyczne rytuały inicjacyjne, które przejęli w całości. Nie rozumieli jednak - lub nie chcieli zrozumieć - że rytuały te były metaforycznymi dramatami, które odgrywano tylko symbolicznie. Odczytali je dosłownie - z przerażającym skutkiem.

Echa pierwszych ludzi

Aztekowie wierzyli, że ich plemię narodziło się w przypominającej macicę jaskini w sercu gór, że Aztlan, ich pierwsza ojczyzna, powstało na wyspie, i musieli opuścić tę wyspę na rozkaz boga Huitzilo pochtli, który przepowiedział: "Podbijecie cztery rogi świata, pokonacie je i podporządkujecie sobie (...), będzie to was kosztowało wiele potu, pracy i czystej krwi".

Bóg oznajmił także, że w swoich wędrówkach napotkają pewnego dnia orła siedzącego wśród kolców kaktusa wyrastającego ze skały. W tym miejscu mieli założyć stolicę swojego imperium.

Podobnie jak naziści zahipnotyzowani przez Hitlera, Aztekowie zabrali się dziarsko do wcielania w życie wizji Huitzilo pochtli; bez trudu pokonali osiadłe ludy Doliny Meksyku i nieustannymi wojnami systematycznie osłabiali i podporządkowywali sobie inne plemiona Chichemec. Na początku XIV wieku, na bagnach wokół jeziora Texcoco, ujrzeli skałę, na której rósł kaktus; między jego kolcami siedział orzeł. Pamiętając słowa przepowiedni, zaczęli budować miasto Tenochtitlan, które w 1325 roku zostało aztecką stolicą.

W ciągu dwóch wieków, jakie pozostały do konkwisty, azteckie imperium skoncentrowane wokół Tenochtitlan rosło w siłę, a w ślad za tym rozrastało się i miasto, z czasem stając się 300-tysięczną metropolią. Zbudowane na wyspie, otoczone szeregiem założonych koliście i na planie kwadratu kanałów, było zorientowane zgodnie z czterema kierunkami świata. Mistrzowsko zaplanowane groble prowadziły do czterech głównych bram. Na centralnym placu dominowała gigantyczna czterostopniowa piramida, którą Hiszpanie, pełni podziwu dla jej architektury, nazwali Templo Mayor. Cortez zapewniał, że "żaden ludzki język nie jest w stanie opisać jej rozmiarów i wyglądu", zaś Bernal Diaz twierdził: "byli tam żołnierze, którzy widzieli wiele części świata, Konstantynopol, całą Italię i Rzym, i powiedzieli, że nigdy nie widzieli placu o tak doskonałych proporcjach, takiej wielkości i tak pełnego ludzi".

Szczególnie godne uwagi jest to, że sami Aztekowie nie przypisywali sobie tego ani wielu innych cudów swego kwitnącego imperium. Otwarcie przyznawali, że cały system wiedzy przejęli jednorazowo jako dziedzictwo boga-króla Quetzalcoatla i jego towarzyszy, którzy byli "pierwszymi mieszkańcami tej ziemi, i pierwszymi, którzy dotarli do tej części świata, zwanej Meksykiem (...), tymi, którzy po raz pierwszy zasiali nasienie człowieka w tym kraju".

Każdy, kto stara się poznać tożsamość tych "pierwszych ludzi" i ustalić, w jakim czasie mogła rozwijać się ich cywilizacja, szybko zda sobie sprawę, że historia Ameryki Środkowej przed okresem dominacji Azteków jest nieznana. Właściwie przed 1000 rokiem n.e. nie ma "historii", a im głębiej sięgamy w przeszłość, tym jest jej mniej. W rezultacie naukowcy nie wiedzą prawie nic o pochodzeniu trzech największych i najstarszych cywilizacji, jakie udało się zidentyfikować w tym regionie: Olmeków, których kultura najprawdopodobniej rozkwitała, głównie wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, przed 1500 rokiem p.n.e. i trwała aż do początku naszej ery; Majów, żyjących równocześnie z nimi i później, a których potomków do dzisiaj można znaleźć w całej Ameryce Środkowej; oraz cywilizacji, która wzniosła imponujący okręg sakralny w Teotihuacan niemal dwa tysiące lat temu. Laurette Sejourne, prowadząca badania archeologiczne właśnie w Teotihuacan, napisała w 1956 roku: "Początki tej wysoko rozwiniętej kultury są zagadką". W 1990 roku, po blisko 50 latach wykopalisk, archeolog Karl Taube z Uniwersytetu Kalifornijskiego, musiał przyznać: "Wciąż nie wiemy, jakim językiem mówili mieszkańcy Teotihuacan, skąd pochodzili i co się z nimi stało".

Śmierć i odrodzenie epok świata

We wrześniu 1996 roku, na kilka dni przed jesienną równonocą, wspięliśmy się na górę zwaną Cerro Gordo i spojrzeliśmy z jej szczytu na Teotihuacan - tę nazwę w języku nahuatl nadali miastu Aztekowie, a znaczy ona dosłownie "miejsce, w którym ludzie stają się bogami". W dole, przed nami, rozciągała się prosta jak strzała oś tak zwanej Drogi Umarłych, odchylona 15 stopni i 30 minut na wschód od dokładnej północy magnetycznej. Na jej północnym krańcu wznosi się 46 metrów w górę pięciostopniowa bryła Piramidy Księżyca. Kilometr na południe od niej, po wschodniej stronie Drogi Umarłych, znajduje się jeszcze potężniejsza Piramida Słońca, mająca ponad 70 metrów wysokości i 222 metry długości każdego z boków podstawy. Jeszcze dalej, otoczona rozległym prostokątnym murem, leży mniejsza Piramida Quetzalcoatla.

Profesor Michael D. Coe z Uniwersytetu Yale zauważył, że zarówno Piramida Słońca, jak i Piramida Księżyca są "wyraźnie wymienione w starych legendach", i doszedł do wniosku, że "nie ma żadnego powodu wątpić, iż były one poświęcone tym właśnie bóstwom". Te same nazwy przejęli Aztekowie, kiedy zajęli Teotihuacan krótko po tym, jak w XII wieku weszli do Doliny Meksyku. Gigantyczne, geometrycznie zaplanowane miasto, już wtedy starożytne, było zrujnowane. Przybysze przechowali jednak interesujące legendy na temat miasta, co może wskazywać, że albo jego sława dotarła do Azteków jeszcze w ich ojczyźnie, albo też - co bardziej prawdopodobne - dowiedzieli się o nim od ludów, które podbili, tworząc swe imperium. W każdym razie darzyli Teotihuacan tak wielkim szacunkiem, że Montezuma, aztecki władca panujący w okresie konkwisty, miał podobno często odbywać piesze pielgrzymki do Piramidy Słońca w ostatnich latach rządów.

Podobnie jak wszyscy jego poddani, Montezuma wierzył, że piramida jest oryginalnym prapagórkiem, wyznaczającym miejsce, w którym świat został wprawiony w ruch na początku obecnej epoki ziemi. Według legend - bardzo rozpowszechnionych wśród mieszkańców całej Ameryki Środkowej, a zwłaszcza wśród niespokrewnionych sąsiednich kultur, takich jak Majowie - minęły już cztery wcześniejsze epoki, czyli "Słońca", z których każda kończyła się kataklizmem, niszczącym doszczętnie powierzchnię Ziemi. Piąta epoka rozpoczęła się podobno wśród mroków 4 ahau 8 cumku - ta data kalendarza Majów odpowiada 13 sierpnia 3114 roku p.n.e. - i ma się zakończyć katastrofą spowodowaną "wielkim ruchem ziemi" 4 ahau 3 kankin - co odpowiada 23 grudnia 2012 roku według współczesnego kalendarza.

Aztekowie twierdzili, że ich okrutne ofiary z ludzi mają na celu opóźnienie, lub być może odwrócenie, zapowiedzianego końca świata - ofiarowanie coraz to nowych serc i krwi miało "odnowić" starzejące się Piąte Słońce. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę wszystkie aspekty, wydaje się nieprawdopodobne, by kiedykolwiek szczerze w to wierzyli. Jak twierdzi Sejourne, ich represyjny ustrój polityczny "opierał się na duchowym dziedzictwie, które przekształcił w narzędzie sprawowania ziemskiej władzy". Innymi słowy, Aztekowie dokonali bardzo przyziemnej interpretacji subtelnych symbolicznych rytuałów i wykorzystali stare proroctwo o końcu Piątego Słońca jako usprawiedliwienie polityki terroru, która najwyraźniej odpowiadała wielu spośród nich i pełniła funkcję ideologii "krwawego państwa".

Narodziny Piątego Słońca

Rozpoznanie prawdy kryjącej się za aztecką propagandą nie powinno nam przesłaniać faktu, iż tradycje związane z Teotihuacan obejmują też wizję kosmiczną, starożytną i wyrafinowaną, która uznaje upływ czasu nie za proces linearny, lecz nieskończony szereg cykli powstawania i upadku systemów światowych.

Fragmenty tej wielkiej wizji można znaleźć w pieśniach i poematach w języku nahuatl. Głoszą one, że po zniszczeniu Czwartego Słońca przez światowy potop ("woda była przez 52 lata, a potem niebo runęło") bogowie zgromadzili się na szczycie prapagórka w Teotihuacan, aby zadecydować, który z nich sam siebie złoży w ofierze, aby stać się nowym, Piątym Słońcem i przynieść światu na nowo światło:

Mimo że jeszcze była noc,

Mimo że jeszcze nie było dnia,

Mimo że jeszcze nie było światła, zgromadzili się,

Bogowie zebrali się

Tam, w Teotihuacan.

Dwóch z nich walczyło o zaszczytne prawo rzucenia się w święty ogień, w którym miało się narodzić Piąte Słońce - przystojny i wytworny Tecciztecal, "który był arogancki i żądny chwały", oraz pokorny i skromny Nanahuatzin, "bóg zarazy, schorowany i pokryty wrzodami". W ostatniej chwili Tecciztecal cofnął się przed palącym żarem płomieni. Nanahuatzin jednak "przemógł się, zamknął oczy, runął naprzód i rzucił się w ogień, a wtedy zaczął skwierczeć i płonąć w ogniu". W wyniku tego aktu kosmicznego altruizmu powstało w końcu Piąte Słońce, dając początek obecnej epoce: "odbierało wzrok oczom, lśniło i rzucało wspaniałe promienie; a jego promienie przenikały wszędzie".

Poszukiwanie nieśmiertelności

Sejourne przykłada szczególną wagę do faktu, iż bóg, którego ofiara umożliwiła narodziny Piątego Słońca, jest:

(...) pokryty strupami, jego ciało rozpada się, ukończywszy swoje zadanie polegające na godzeniu przeciwieństw, zaczął się odrywać od swego podzielonego "ja" (...). Ta opowieść, z jej rytualnymi szczegółami, stanowi wzorzec ostatecznej inicjacji, prowadzącej przez śmierć do wiecznego życia.

Zastanawiające, że wiele mitów, legend i ceremonii związanych z Teotihuacan, które przetrwały do naszych czasów, dotyczy nieśmiertelności ludzkiej duszy i ciężkiej pracy, jaka czeka wtajemniczonego na drodze do jej osiągnięcia. "O bracie - ostrzega prowadzący w jednym z fragmentów starożytnego rytuału - przybyłeś do miejsca wielce niebezpiecznego, miejsca pracy i strachu (...), przybyłeś do miejsca, gdzie są zastawione pułapki i sieci, i spiętrzone jedne na drugich, tak że nikt nie może przejść, nie wpadając w nie (...), są to twoje grzechy".

Ten fragment nie pozostawia większych wątpliwości, że przynajmniej jeden z aspektów rytuałów odprawianych w Teotihuacan miał coś wspólnego z pokutą i duchową próbą. Z tych samych źródeł jednak jasno wynika, że samo święte miasto było uważane za integralną część mechanizmu inicjacyjnego. Jego budowlom przypisywano szczególną i tajemniczą wartość, stanowiącą sakralny kontekst, w którym fizyczna śmierć - jak wierzono - traciła moc i śmiertelni ludzie mogli się przekształcić w nieśmiertelnych bogów:

I nazwali je Teotihuacan

ponieważ było miejscem,

gdzie panowie zostali pogrzebani.

Powiedzieli więc:

"Kiedy umieramy,

w istocie nie umieramy,

ponieważ będziemy żyć, powstaniemy,

będziemy nadal żyć, będziemy się budzić" (...)

Zatem zmarłego pouczano,

kiedy umierał:

"Przebudź się, niebo już jest różowe" (...)

I tak starzy mówili,

że ten, kto umarł, stał się bogiem,

powiedzieli:

"On tam został uczyniony bogiem".

Legendy zachowane w języku nahuatl mówią nam też, że nad procesem przekształcania człowieka w boga czuwała grupa kapłanów - "starych", którzy rozkazywali zmarłemu się przebudzić. Kapłani ci podobno byli "mędrcami, biegłymi w sprawach tajemnych, strażnikami tradycji". Niekiedy nazywa się ich "towarzyszami Quetzalcoatla". Wspomina o nich Popol Vuh, święta księga starożytnych Majów Quiche, jako o "Pierzastych Wężach (...), wielkich wiedzących, wielkich myślicielach w samej swojej istocie". To właśnie oni nauczali niezwykłych rytuałów duchowej inicjacji, które ostatecznie na 200 lat przed konkwistą przejęli Aztekowie.

Quetzalcoatl

Najważniejszą postacią starożytnych meksykańskich rytuałów odrodzenia był "Pan Pierzasty Wąż" Quetzalcoatl - bóg-król złotego wieku, który umarł, jak mówią legendy, lecz pewnego dnia powróci. Dobrze znane opisy tego "dawnego i przyszłego króla" zawarte w mitach - wysoki, o białej skórze, żółtowłosy i brodaty - przypominają człowieka typu kaukaskiego. Nowego Świata nie odwiedził jednak podobno żaden człowiek rasy kaukaskiej przed Kolumbem, a legenda o Quetzalcoatlu jest znacznie starsza. Dlatego przez dłuższy czas naukowcy ignorowali wyraźnie kaukaskie cechy bóstwa jako niezgodne z powszechnie przyjętymi teoriami na temat zaludnienia Ameryk, a i przez niektóre odłamy rdzennie amerykańskiego lobby uważane za "politycznie niepoprawne".

Ostatnio jednak pojawiły się zaskakujące nowe dowody, które wymuszają całkowitą rewizję tego sposobu myślenia:

"Washington Post", wtorek, 15 kwietnia 1997:

Szkielety odkryte w wielu zachodnich stanach i na wschodzie aż w Minnesocie stanowią wyzwanie dla tradycyjnego poglądu, iż najdawniejsi Amerykanie pod względem fizycznym przypominali współczesnych Azjatów. Czaszki szkieletów zdradzają cechy podobne do Europejczyków, co wskazuje, że ludzie rasy kaukaskiej znajdowali się wśród pierwszych, jacy przybyli do Nowego Świata ponad 9000 lat temu. Antropolodzy od lat wiedzieli o istnieniu takich kości, lecz nie w pełni doceniali ich znaczenie - aż do ostatnich kilku miesięcy. Odkrycie ostatniego lata nowych szczątków ludzkich - wyjątkowo kompletnego szkieletu człowieka rasy kaukaskiej, który umarł około 9300 lat temu w pobliżu Kennewick w stanie Waszyngton - doprowadziło do nowych studiów (...). Głowa i ramiona tego człowieka uległy mumifikacji, tak że zachowała się na nich skóra (...). Ci, którzy badali go początkowo, uważali, że kości są szczątkami europejskiego osadnika, ale datowanie metodą radiowęglową pozwoliło ustalić jego prawdziwy wiek. "To ekscytujące odkrycie i sądzę, że wkrótce będziemy świadkami prawdziwej rewolucji w poglądach na temat zasiedlenia Ameryk" - powiedział Dennis Stanford, naukowiec z Narodowego Muzeum Historii Naturalnej Smithsonian Institute.

Ile lat liczą mity o Quetzalcoatlu? Czy mogą sięgać czasów owych prehistorycznych kaukazoidów, "podobnych do Europejczyków", którzy byli w Ameryce w epoce kamienia, co najmniej 9000 lat temu?