Zwierciadło morza. Mirror of the Sea - Joseph Conrad

Kup ebooka

13.65 zł
10.24 zł (10,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZAOCZENIE LĄDU I ODERWANIE SIĘ OD BRZEGU

 

˝A statki niech do brzegu podchodzą i giną,

I niech tak wszystko trwa krótkich dni parę.˝

The Frankeleyn's Tale.

I.

 

Zaoczenie lądu i oderwanie się od brzegu nadają rytm życiu marynarza i dziejom statku. Od lądu do lądu - oto najzwięźlejsze określenie dla ziemskich losów okrętu.

Oderwanie się od lądu nie jest tem, za co je mógłby uważać ród szczurów lądowych. Termin ˝zaoczenie lądu˝ łatwiej zrozumieć: marynarz dostrzega ląd - to kwestja bystrego oka i jasnej pogody. Oderwanie się od brzegu nie jest wyjściem statku z przystani, tak jak zaoczenie lądu nie może być uważane za jednoznaczne z zawinięciem do portu. Ale w oderwaniu się od brzegu jest pewna cecha odrębna: ten termin oznacza nietyle etap morskiej podróży, co określoną czynność pociągającą za sobą szereg innych, a mianowicie dokładną obserwację niektórych lądowych znaków orjentacyjnych przy użyciu kompasu.

Zaoczony ląd - czy to będzie góra osobliwego kształtu, czy skalisty przylądek, czy też obszar piaszczystych wydm - ogarnia się z początku jednem spojrzeniem. Dalsze rozpoznanie nastąpi w swoim czasie; lecz w zasadzie dobre czy złe zaoczenie lądu zawarte jest w pierwszym okrzyku: ˝Ląd!˝ Natomiast oderwanie się od brzegu jest przedewszystkiem obrzędem nawigacyjnym. Zdarza się że statek opuścił przystań już od pewnego czasu, że od szeregu dni znajdował się na morzu - w najpełniejszem znaczeniu tego słowa; a jednak póki wybrzeże, które opuścił, pozostało widzialne, okręt minionych dni zdążający na południe nie rozpoczął był jeszcze rejsu w pojęciu żeglarza.

Oderwanie się od brzegu nie następuje w chwili kiedy ląd znika z oczu, lecz w momencie ostatniego fachowego rozpoznania lądu przez marynarza. Jest to techniczne ˝żegnaj˝, tak odrębne od uczuciowego. Odtąd marynarz skończył już z brzegiem za rufą swego statku. Sprawa ta dotyczy osobiście marynarza. To nie statek odrywa się od brzegu lecz marynarz, z chwilą gdy nakreślił ołówkiem na białej przestrzeni mapy podróżnej pierwszy drobniutki krzyżyk oznaczający pozycję statku, otrzymaną zapomocą krzyżowych pelengów; każdego dnia podróży pozycja statku w południe musi być oznaczona takim samym drobniutkim krzyżykiem na tejże mapie. A krzyżyków tych może się znaleźć sześćdziesiąt, osiemdziesiąt, czy tam ile, na szlaku okrętu od lądu do lądu. Największa ich liczba w ciągu mego marynarskiego żywota doszła do stu trzydziestu - od stacji pilotów przy Sand Heads w zatoce Bengalskiej do latarni morskiej na wysepkach Scilly. Była to zła podróż...

Oderwanie się od brzegu, ostatni fachowy rzut oka na ląd, bywa zawsze dobry lub przynajmniej dość dobry. Bo nawet jeśli pogoda jest zła, nie obchodzi to wiele statku, przed którym cała przestrzeń morza stoi otworem. Natomiast zaoczenie lądu może być dobre lub złe. Okrążamy ziemię z myślą o jednem jej miejscu. Wśród wszystkich krętych tropów, które kurs żaglowca zostawia na białym papierze mapy, statek ma zawsze na celu jeden drobny punkt - czy to będzie mała wysepka na oceanie, czy pojedynczy przylądek na długiem wybrzeżu kontynentu, czy latarnia morska na urwistym brzegu lub poprostu spiczasty kształt góry, niby mrowisko unoszące się na wodach. Lecz jeśli się ujrzy brzeg w kierunku oczekiwanym, wówczas zaoczenie lądu jest pomyślne. Mgły, zawieje, sztormy pędzące chmury i deszcz - oto nieprzyjaciele dobrych zaoczeń lądu.

II.

Niektórzy kapitanowie odrywają się od brzegu ze smutkiem, pełni żalu i niezadowolenia. Mają żonę, może dzieci, lub w każdym razie jakieś przywiązanie czy poprostu ulubiony nałóg, który trzeba porzucić na rok lub więcej. Pamiętam tylko jednego człowieka, co przemierzał swój pokład sprężystym krokiem i dał pierwszy kurs podróży głosem radosnym. Ale, jak się później dowiedziałem, człowiek ów nie zostawiał poza sobą nic prócz mnóstwa długów i wezwań sądowych.

Skądinąd znałem wielu kapitanów, którzy natychmiast po opuszczeniu wąskich wód kanału Angielskiego znikali zupełnie z oczu załogi na jakieś trzy dni lub więcej. Dawali niby długiego nurka w swoją kabinę, aby po kilku dniach się wyłonić w usposobieniu mniej lub więcej pogodnem. Z tymi ludźmi łatwo było sobie poradzić. Pozatem takie zupełne odcięcie się od życia statku dowodziło w pewnej mierze, że kapitan ma dość dużo zaufania do swych oficerów, a zaufanie musi się spodobać każdemu marynarzowi godnemu tej nazwy.

Podczas pierwszej podróży, którą odbyłem jako starszy oficer z zacnym kapitanem MacW-, pamiętam że bardzo mi to pochlebiło; wykonywałem radośnie swe obowiązki, wyobrażając sobie iż jestem sam dowódcą. Ale wielkość mych złudzeń nie zmieniała faktu, że prawdziwy dowódca znajdował się na okręcie, podtrzymując moje zaufanie do samego siebie, choć był niewidzialny dla mych oczu; kryły go drzwi o białej porcelanowej klamce, fornirowane drzewem klonowem.

W czasie tego wstępnego okresu duch dowódcy, oderwawszy się od brzegu, porozumiewa się z oficerami stłumionym głosem, który wychodzi jakby z sanctum sanctorum świątyni; czy bowiem nazwiemy statek świątynią, czy też ˝pływającem piekłem˝ - jak określano niektóre statki - kajuta kapitana jest z pewnością najwznioślejszem miejscem na każdym okręcie.

Zacny MacW- nie przychodził nawet na posiłki i pożywiał się samotnie w swem świętem świętych z tacy nakrytej białą serwetą. Nasz steward spoglądał ironicznie na doszczętnie puste talerze, które stamtąd wynosił. Żal za domem, ogarniający tak wielu żonatych marynarzy, nie pozbawiał kapitana MacW- przysługującego mu apetytu. I rzeczywiście, steward podchodził do mnie prawie za każdym razem, gdy siedziałem na krześle kapitana na pierwszem miejscu i szeptał z powagą: ˝Pan kapitan prosi jeszcze o kawałek mięsa i dwa kartofle˝. My, jego oficerowie, słyszeliśmy jak się przewracał na koi, albo chrapał zlekka, albo wzdychał głęboko, albo pluskał się i parskał w łazience; raporty zdawaliśmy mu jakby przez dziurkę od klucza. Szczytem jego miłego charakteru było to, że odpowiedzi, które nas dochodziły, wypowiadał zupełnie łagodnym i przyjaznym tonem. Niektórzy z dowódców w swoim okresie odosobnienia są stale opryskliwi, jak gdyby brali za złe sam dźwięk głosu swych oficerów, odczuwając go jako obrazę i zniewagę.

Lecz burkliwy odludek nie może dokuczać swoim podwładnym, gdy tymczasem człowiek o silnem poczuciu obowiązku (a może tylko własnego znaczenia), człowiek, który tkwi na pokładzie i popisuje się uporczywie przez cały dzień, albo i pół nocy, swoją zrzędnością - staje się dotkliwym Bożym dopustem. Chodzi tam i z powrotem po rufie, rzucając ponure spojrzenia, jakby chciał zatruć morze, i każdemu, kto mu się napatoczy, zmywa głowę z wściekłością. A takie dziwactwa tem ciężej znosić cierpliwie, jak przystoi mężczyźnie i oficerowi, iż żaden marynarz nie jest właściwie w dobrym humorze przez kilka pierwszych dni podróży. Napastują go żale, wspomnienia, wrodzona tęsknota za minioną bezczynnością, wrodzona nienawiść do wszelkiej pracy. Pozatem nic się z początku nie klei na okręcie, szczególniej jeśli chodzi o irytujące drobnostki. W dodatku nie opuszcza człowieka myśl o tem, że czeka go cały rok mniej lub więcej ciężkiego życia; albowiem jeśli chodzi o morze ˝wczorajsze˝, nie było prawie południowych podróży, któreby nie trwały dwunastu miesięcy. Tak; po oderwaniu się od brzegu załoga potrzebowała kilku dni, aby się utasować i poddać kojącemu wpływowi dobroczynnej rutyny panującej na statkach dalekich wód.

Rutyna okrętowego życia jest lekiem zbawiennym na zbolałe serca i chore dusze; widziałem jak uśmierzała - przynajmniej na pewien czas - najburzliwsze umysły. Jest w niej zdrowie, i spokój, i zadowolenie z codziennego kręgu pracy; bo każdy dzień życia na okręcie zdaje się tworzyć zamknięty krąg wewnątrz rozległego pierścienia obejmującego morski horyzont. Majestatyczna jednostajność morza użycza okrętowemu życiu pewnej godności zabarwionej monotonją. Ten, który kocha morze, kocha także rutynę na statkach.

Dni, tygodnie i miesiące nigdzie nie zapadają tak szybko w przeszłość jak na morzu. Rzekłbyś zostawia się je za rufą równie łatwo jak lekkie bańki wirów na szlaku okrętu; znikają w wielkiej ciszy, wśród której okręt sunie niby za sprawą czarów. I tak mijają dnie, tygodnie, miesiące. Tylko sztorm może zakłócić normalne życie na statku; a czar niewzruszonej jednostajności - który odbija się nawet na głosach załogi - bywa zakłócony jedynie przez bliskie zaoczenie lądu.

Wówczas dowódca statku jest znów poruszony do głębi. Ale nie ciągnie go wcale samotność, nie zamyka się, ukryty i bezczynny, w małej kabinie, pocieszając się dobrym apetytem. Przed zaoczeniem lądu duch kapitana jest wydany na pastwę niepokoju, który nie da się przezwyciężyć. Dowódca nie może usiedzieć i paru sekund w sanktuarjum kajuty nawigacyjnej; wychodzi na pokład i wpatruje się przed siebie wytężonym wzrokiem, gdy przewidziana chwila się zbliża. Nie opuszcza go czujność napięta do ostateczności. Natomiast ciało kapitana słabnie od braku apetytu; taki jest przynajmniej wynik mego doświadczenia, choć ˝słabnie˝ nie jest może właściwem określeniem. Trzebaby raczej powiedzieć, że ciało kapitana uduchawia się, zaniedbując pożywienie, sen i wszystkie zwykłe wygody jakie daje życie na morzu. W paru znanych mi wypadkach to oderwanie od pospolitych potrzeb życia nie dotyczyło niestety alkoholu.

Ale oba te wypadki należały, właściwie mówiąc, do zakresu patologji i były jedyne z jakiemi się spotkałem na morzu. W jednym z nich stwierdziłem że to uciekanie się do środków podniecających, poprostu aby zagłuszyć niepokój, nie przyniosło najmniejszego uszczerbku marynarskim zaletom dowódcy. A przytem działo się to wśród bardzo groźnych okoliczności, ponieważ ląd odsłonił się nagle, blisko, w nieoczekiwanym kierunku, podczas złej pogody i silnego wiatru na brzeg. Wkrótce potem zszedłem na dół aby pomówić z kapitanem, i tak się fatalnie złożyło, że zastałem go właśnie w chwili gdy odkorkowywał śpiesznie butelkę. Wyznam że struchlałem na ów widok. Chorobliwa wrażliwość tego człowieka była mi dobrze znana. Na szczęście udało mi się wycofać niepostrzeżenie; zatupałem głośno morskiemi butami u stóp schodów kajutowych i wszedłem poraz drugi. Ale gdyby nie tamten widok niespodziewany, postępowanie kapitana podczas następnych dwudziestu czterech godzin nie byłoby mi nasunęło najlżejszego podejrzenia, że władza nad sobą go zawiodła.

III.

Z biednym kapitanem B. było zupełnie inaczej; trunki wcale tu w grę nie wchodziły. We wczesnej młodości cierpiał na ciężką migrenę za każdym razem gdy się zbliżał do brzegu. Kiedy go znałem, miał dobrze po pięćdziesiątce; krępy, tęgi, pełen godności, może zlekka pompatyczny, odznaczał się niezmiernie wszechstronnym umysłem; nie wyglądał ani trochę na marynarza, choć był to z pewnością jeden z najlepszych dowódców, pod jakimi miałem szczęście służyć. Pochodził zdaje się z Plymouth, był synem wiejskiego lekarza i obaj jego starsi chłopcy studjowali medycynę. Dowodził wielkim statkiem londyńskim, wcale dobrze znanym swojego czasu. O kapitanie B. trzymałem bardzo wysoko i dlatego właśnie wspominam ze szczególnem zadowoleniem ostatnie słowa, jakie wypowiedział do mnie na pokładzie swego okrętu po półtorarocznej podróży. Było to w doku w Dundee, dokąd odstawiliśmy pełen ładunek juty z portu w Kalkucie. Wypłacono nam pensje tego samego dnia rano; wróciłem na statek aby się pożegnać i zabrać swoją marynarską skrzynkę. Kapitan B. zapytał w zwykły swój sposób, trochę wyniosły lecz uprzejmy, jakie są moje plany. Odrzekłem że zamierzam udać się koleją do Londynu tegoż popołudnia, aby zdać egzamin na kapitana. Miałem za sobą właśnie tyle służby ile było potrzeba. Kapitan B. polecił mi abym czasu nie tracił i okazał przytem tak wyraźne zainteresowanie się moim losem, że to mię wręcz zaskoczyło; potem rzekł, wstając z krzesła:

- Czy pan ma na widoku jakiś statek po zdaniu egzaminu?

Opowiedziałem że nie mam wogóle nic na widoku.

Uścisnęliśmy sobie ręce, przyczem kapitan B. wypowiedział te pamiętne słowa:

- Gdyby pan szukał miejsca, proszę pamiętać że póki ja mam statek, i pan go ma także.

Żaden komplement nie umywa się do takich słów, jeśli je wypowie kapitan statku do młodszego oficera u kresu podróży, gdy praca ukończona i podwładny dostał odprawę. Ale jest tragizm w tem wspomnieniu, gdyż biedny mój kapitan nigdy więcej na morze nie wypłynął. Niedomagał już, kiedy mijaliśmy św. Helenę; leżał w łóżku przez pewien czas, gdyśmy się znaleźli za wyspami Zachodniemi, ale wstał aby być obecnym przy zaoczeniu lądu. Wytrwał na pokładzie aż do Downs, gdzie zakotwiczył się na kilka godzin, wydając rozkazy wyczerpanym głosem; posłał stamtąd telegram do żony i wziął na pokład pilota z morza Północnego, aby mu pomógł żeglować w górę wzdłuż wschodniego wybrzeża. Nie czuł się na siłach sam temu podołać, gdyż zajęcie tego rodzaju trzyma na nogach kapitana dalekich wód cały dzień i całą noc mniej więcej.

Kiedy zawinęliśmy do Dundee, pani B. już tam była i czekała na kapitana aby go zabrać do domu. Jechaliśmy do Londynu tym samym pociągiem; ale nim zdałem egzamin, statek nasz odpłynął w podróż bez kapitana B., i zamiast się nań zaciągnąć, skorzystałem z zaproszenia aby odwiedzić mego dawnego dowódcę. Jest to jedyny z moich kapitanów, u którego byłem w jego własnym domu. Wstał już podówczas z łóżka i był ˝rekonwalescentem˝, jak mi oświadczył, podchodząc ku mnie chwiejnym krokiem aby mię spotkać u drzwi salonu. Widać nieśpieszno mu było określić swą ostatnią pozycję na tej ziemi przed wyruszeniem w podróż - jedyną podróż o nieznanym kierunku, w jaką się żeglarz udaje.

Wszystko tam było bardzo przyjemne - duży, słoneczny pokój; głęboki fotel w wielkiem sklepionem oknie, zaopatrzony w poduszki i stołeczek pod nogi; spokojna, czujna opieka starszej, łagodnej kobiety, która urodziła kapitanowi B. pięcioro dzieci, a z którą może nie żył dłużej niż pięć całych lat z trzydziestoletniego mniej więcej okresu ich małżeństwa. Była tam także i druga kobieta, zupełnie już siwa, w skromnej czarnej sukni; siedziała bardzo prosto na krześle i szyła coś, spoglądając niekiedy z pod oka na kapitana, przyczem nie odezwała się ani słowem w ciągu całej mojej wizyty. Nawet gdy - jak wypadało - zaniosłem jej filiżankę herbaty, skłoniła tylko głowę, milcząc, a na jej zaciśniętych ustach pojawił się najniklejszy odblask uśmiechu. Przypuszczam, że musiała to być niezamężna siostra pani B. i że przybyła aby pomagać siostrze w pielęgnowaniu szwagra. Najmłodszy z synów państwa B., chłopiec mniejwięcej dwunastoletni, który im się późno urodził - podobno świetnie grający w cricketa - rozprawiał z zapałem o bohaterskich czynach W. G. Grace'a. Pamiętam że najstarszy z synów domu, świeżo upieczony doktór, zabrał mię do ogrodu na papierosa i szepnął, potrząsając głową z powagą fachowca a jednocześnie z prawdziwym niepokojem: ˝Tak, ale ojciec ani rusz nie odzyskuje apetytu. Nie podoba mi się to - wcale mi się to nie podoba˝. Odwróciłem się aby zamknąć frontową furtkę, i zobaczyłem kapitana B. po raz ostatni; kiwał ku mnie głową z wielkiego okna.

Odniosłem wówczas wyraźne i dokładne wrażenie, tylko nie wiem jak je określić; czy to było Zaoczenie lądu, czy też Oderwanie się od brzegu? Pamiętam że ten kapitan, który wyglądał nie na miejscu w głębokim fotelu, wpatrywał się niekiedy przed siebie wytężonym, czujnym wzrokiem, jak przy zaoczeniu lądu. Nie mówił ze mną wówczas o posadzie, o statkach, o tem że gotów jest objąć inne dowództwo; słabym głosem rozwodził się długo o swej młodości, gawędząc jak kapryśny rekonwalescent. Obie kobiety, najwidoczniej skłopotane, siedziały spokojnie, a ja podczas tej rozmowy dowiedziałem się więcej o swym kapitanie niż w ciągu osiemnastu miesięcy, któreśmy razem przeżeglowali. Okazało się że kapitan B. ˝wysłużył swój czas˝ w handlu rudą miedzianą, w sławnym handlu rudą miedzianą dawnych lat, między Swansea i chilijskiem wybrzeżem, kiedy to wywożono węgiel i wwożono rudę na statkach ciężko załadowanych w obie strony, jakby rzucając swawolne wyzwanie wielkim falom u przylądka Horn; była to praca dla mocnych okrętów i dobra szkoła tężyzny dla zachodnich marynarzy. Cała flota niezrównanych statków o kadłubach obitych miedzianą blachą, o potężnem owrężeniu i odylowaniu, o trafnie rozwiązanym osprzęcie, statków obsadzonych przez mężne załogi pod dowództwem młodych kapitanów - cała flota takich statków pracowała w tym handlu, który dawno już wygasł.

- Oto szkoła, w której się wykształciłem - rzekł do mnie prawie z przechwałką kapitan B. wsparty na poduszkach, z kolanami okrytemi derką. W tym handlu dostał także swe pierwsze dowództwo, kiedy był jeszcze bardzo młody. I właśnie podczas moich odwiedzin opowiedział mi, że jako młodziutki kapitan chorował zawsze przez kilka dni, zanim przybił do lądu po długiej podróży. Ale to niedomaganie mijało na widok pierwszego znanego znaku orjentacyjnego. Kapitan B. dodał jeszcze, że z latami nerwowość ta zupełnie go opuściła, a ja przyglądałem się jego zmęczonym oczom, wpatrzonym spokojnie w przestrzeń, jakby nie było nic między niemi a prostą linją morza i nieba, linją, na której musi się najpierw pojawić to, czego marynarz wygląda. Ale widziałem także jak oczy kapitana spoczywały z czułością na twarzach ludzi znajdujących się w pokoju, na obrazach, na wszystkich znanych mu dobrze przedmiotach tego domu, którego drogi i jasny wizerunek musiał często stawać mu przed oczami w dniach napięcia i niepokoju na morzu. Czy kapitan B. oczekiwał chwili, w której dostrzeże nieznany Ląd, czy też w spokoju ducha określał swą pozycję przed ostatniem Oderwaniem się od brzegu?

Trudno to powiedzieć; albowiem w tej podróży, z której żaden człowiek nie wraca, Zaoczenie lądu i Oderwanie się od brzegu są błyskawiczne i zlewają się w jedną chwilę najwyższej i ostatecznej uwagi. Nie przypominam sobie abym zauważył kiedy objaw wahania na spokojnej, wycieńczonej twarzy kapitana B. - znak zdradzający nerwowy niepokój młodego dowódcy, który ma przybić do niezbadanego brzegu. Zbyt wiele już przeżył oderwań do brzegu i zaoczeń lądu! I czyż nie ˝wysłużył swego czasu˝ w sławnym handlu rudą miedzianą poczynającym się z kanału Bristolskiego - w tem dziele najtęższych okrętów, w tej szkole dzielnych marynarzy?

GODŁA NADZIEI

IV.

Zanim się kotwicę podniesie, trzeba ją przedtem rzucić; ten truizm jasny jak słońce odrazu przywodzi mi na myśl poniżenie morskiego języka w codziennej prasie tego kraju.

Dziennikarz, czy podejmuje się pisać o statku czy też o flocie, prawie niezmiennie ˝zarzuca˝ kotwicę. Tymczasem kotwicy nigdy się nie ˝zarzuca˝, a wykroczenie wobec technicznego języka jest zbrodnią przeciw jasności, ścisłości i pięknu udoskonalonej mowy.

Kotwica, jest to kawał kutego żelaza, przystosowany cudownie do swego celu, język zaś techniczny jest narzędziem doprowadzonem do doskonałości przez wieki doświadczenia - narzędziem bez skazy. Kotwica wczorajsza (ponieważ obecnie widuje się kotwice przypominające grzyby, i kotwice podobne do szponów, bez szczególnego wyrazu lub kształtu - poprostu haki) - kotwica wczorajsza była w swoim rodzaju najbardziej celowem z narzędzi. O jej doskonałości świadczy jej rozmiar, bo żadne narzędzie nie jest tak małe w stosunku do wielkiej pracy, którą musi wykonać. Spójrzcie na kotwice wiszące u kotbelek wielkiego statku! Jakże są drobne w stosunku do wielkiej objętości kadłuba! Gdyby je robiono ze złota, wyglądałyby jak błyskotki, jak ozdobne zabawki, nie większe stosunkowo niż brylantowa kropla w uchu kobiety. A jednak od nich zależy wręcz, i to nieraz, życie okrętu.

Kotwica jest wykuta i ukształtowana dla wierności; dajcie jej grunt, w który może się wgryźć, a będzie trzymała póki łańcuch nie pęknie - wówczas zaś, cokolwiek się stanie ze statkiem - kotwica jest ˝stracona˝. Ten uczciwy, prosty kawał żelaza, taki zwykły napozór, ma więcej części niż ludzkie ciało członków: składa się z ucha, ramienia, trzonu, pięty, łap, pazurów. Wszystko to według dziennikarza bywa ˝zarzucane˝, gdy statek wejdzie na kotwowisko i zostanie zacumowany.

Uporczywość w użyciu obrzydłego słowa wypływa stąd, że jakiś szczególnie ograniczony szczur lądowy wyobraża sobie zapewne czynność zakotwiczenia jako przerzucenie czegoś przez burtę, gdy tymczasem kotwica, gotowa do użytku, znajduje się już za burtą; pozwala się jej poprostu opaść. Wisi u kadłuba na końcu ciężkiej, wystającej belki zwanej kotbelką, przymocowana krótkim, grubym łańcuchem, którego końcowe ogniwo zostaje nagle zwolnione wskutek uderzenia drewnianym młotem lub zapomocą pociągnięcia dźwigu, gdy padnie rozkaz. A rozkaz nie brzmi: ˝Kotwica za burtę!˝ jak jakiś gryzmoła zapewne sobie wyobraża, lecz: ˝Rzuć kotwicę!˝

Właściwie mówiąc, nic się nigdy nie zarzuca za burtę prócz ołowianki, a robi się to aby zbadać głębię pod statkiem. Przywiązaną łódź, zapasowe drewno, beczkę lub jakikolwiek inny przedmiot przytwierdzony do pokładu ˝wyrzuca się˝ po odwiązaniu. A także i o statku mówi się że ˝zarzuca na wiatr albo pod wiatr˝ kiedy rusza w drogę. Lecz statek nigdy nie ˝zarzuca˝ kotwicy.

Mówiąc ściśle technicznie, statek lub flota ˝stają na redzie˝ - przyczem dorozumiewamy się tu dodatkowych słów ˝na kotwicy˝, niedopowiedzianych i nienapisanych. Mniej technicznie lecz niemniej poprawnie brzmi wyraz ˝zakotwiczyć się˝; charakterystyczny wygląd i zdecydowany dźwięk tego słowa powinny wystarczyć dziennikom największego morskiego państwa na świecie. ˝Flota zakotwiczyła się w Spithead˝ - czyż może kto żądać lepszego zdania pod względem zwięzłości i brzmienia ściśle marynarskiego? Lecz bujda o ˝zarzucaniu kotwicy˝, pozująca na morskie określenie (równie dobrze możnaby pisać: ˝zapuścić kotwicę˝, ˝cisnął kotwicę˝ lub ˝smyrgnął kotwicą˝) jest wstrętna dla marynarskiego ucha. Pamiętam z dawnych lat nadbrzeżnego pilota (czytywał zawsze pilnie gazety), który, chcąc powiedzieć że jakiś szczur lądowy jest szczytem niemrawości, mawiał: ˝To taki biedny niedojda z tych, co to zarzucają kotwicę.˝

V.

Od początku aż do samego końca rejsu marynarz troszczy się bardzo o swoje kotwice. Obchodzą go nietyle jako godła nadziei co jako najcięższe przedmioty, z któremi ma do czynienia na pokładzie podczas codziennych swych obowiązków. Początek i koniec każdej podróży wyróżnia się pracą przy kotwicach. Statek w kanale Angielskim ma stale kotwice w pogotowiu i łańcuchy kotwiczne zaszaklowane, a ląd jest prawie zawsze widoczny. Kotwica i ląd złączone są nierozdzielnie w myślach marynarza. Ale z chwilą gdy okręt wychodzi z ciasnych mórz i dąży w świat szeroki, nie mając między sobą a biegunem Południowym żadnego porządnego kawałka lądu - z tą chwilą kotwice się wciąga a łańcuchy znikają z pokładu. Lecz kotwice nie znikają. Mówiąc technicznie, są zamocowane na pokładzie, czyli przywiązane na przedniej części dziobu do haków zapomocą lin i łańcuchów; pod napiętemi płachtami przednich żagli wyglądają bardzo leniwie, jakby spały. Godła nadziei, spętane lecz strzeżone starannie, bezwładne a potężne, dotrzymują towarzystwa człowiekowi stojącemu na oku podczas nocnej służby; i tak mijają dni, przynosząc długie wytchnienie tym kawałom żelaza o charakterystycznym kształcie, co wypoczywają na dziobie, widzialne prawie z każdej części pokładu, i oczekują na swą pracę gdzieś po drugiej stronie świata - tymczasem zaś statek niesie je nad skłębioną kipielą, a bryzgi otwartego morza pokrywają rdzą ciężkie ich członki.

Pierwszą oznaką zbliżania się do lądu, jeszcze niewidzialnego dla oczu załogi, jest szybki rozkaz pierwszego oficera, wydany bosmanowi: ˝Przygotujemy kotwice dziś popołudniu˝, albo ˝jutro z samego rana˝, zależnie od okoliczności. Gdyż pierwszy oficer jest opiekunem kotwic na statku i stróżem łańcuchów. Bywają statki dobre i statki złe, wygodne, lub takie, na których od pierwszego dnia podróży aż do ostatniego niemasz wypoczynku dla ciała i duszy głównego oficera. A statki są tem, co z nich ludzie uczynią; jest to wyrok marynarskiej mądrości, w zasadzie napewno słuszny.

Jednak trafiają się statki, na których - jak mi raz powiedział stary, osiwiały oficer - ˝wszystko idzie zawsze naopak!˝ Staliśmy obaj na rufie (złożyłem mu w doku sąsiedzką wizytę); spojrzał wzdłuż pokładu i dodał: ˝On właśnie jest taki˝. Popatrzył na moją twarz, która wyrażała należyte fachowe współczucie i sprostował naturalny mój domysł: ˝O nie; ze starym wszystko w porządku. On nigdy nie przeszkadza. Uczciwa marynarska robota zawsze go zadowoli. A jednak wszystko jakoś na tym statku idzie naopak. Wie pan co? On jest z natury niesprawny.˝

˝Stary˝, był to oczywiście kapitan statku; zjawił się właśnie na pokładzie w cylindrze i brunatnem palcie; uprzejmie skinąwszy nam głową, zeszedł na brzeg. Z pewnością nie miał wyżej trzydziestki; jego oficer, dobrze już w latach, szepnął do mnie: ˝To mój stary˝, poczem zaczął mi wyliczać przykłady wrodzonej niesprawności okrętu, jakby chciał uzasadnić swoje słowa i powiedzieć: ˝Niech pan nie myśli, że mam do statku żal o to˝.

Mniejsza o przykłady. Chcę zaznaczyć że są okręty, na których doprawdy wszystko idzie naopak; ale na każdym statku - dobrym czy złym, szczęśliwym czy pechowym - dziób jego, oto część, w obrębie której pierwszy oficer czuje się najbardziej zadomowiony. Podkreślam, że to jest jego część statku, choć oczywiście ma pieczę nad całością. Są tu jego kotwice, jego przedni osprzęt, jego przedni maszt, jego stanowisko manewrowe, kiedy kapitan jest na mostku. I tutaj również mieszka załoga okrętu, ludzie między których pierwszy oficer ma obowiązek rozdzielić pracę dla dobra statku, w dobrą czy złą pogodę. Gdy zabrzmi rozkaz: ˝Wszyscy na pokład!˝ nie kto inny tylko pierwszy oficer - jedyny człowiek z rufy - biegnie na dziób, przejęty ważnością swego zadania. Jest satrapą tej prowincji w autokratycznem królestwie okrętu i co więcej, ciąży na nim specjalna odpowiedzialność za wszystko, coby się wydarzyło na dziobie.

Tam również - gdy się statek zbliża do lądu - starszy oficer z pomocą bosmana i cieśli przygotowuje kotwice wespół z ludźmi swej własnej wachty, których zna lepiej od innych. Tam pilnuje aby łańcuch został wyklarowany, winda wyłączona, kompresory otwarte; i tam - na dziobie - wydawszy ostatni rozkaz: ˝Uwaga przy kotwicy!˝ wyczekuje bacznie na milczącym statku - który sunie zwolna naprzód ku wybranej przystani - wyczekuje przenikliwego okrzyku z rufy: ˝Rzuć!˝ Przechyla się natychmiast przez burtę i patrzy jak wierne żelazo spada z głośnym pluskiem w jego oczach, które śledzą czy kotwica jest czysta.

Kotwica jest ˝czysta˝, gdy nie zawadziła o swój łańcuch. Musi spadać z dziobu tak, aby łańcuch nie okręcił się o żaden z jej członków, gdyż inaczej okręt stanie na źle rzuconej kotwicy. Nawet na gruncie trzymającym najlepiej można ufać kotwicy tylko wówczas, gdy łańcuch ciągnie prosto za ucho. Dobrze rzucona kotwica w chwilach ciężkich dla statku będzie ustępować powoli; z narzędźmi i ludźmi trzeba się obchodzić uczciwie, aby wydali z siebie siłę, która w nich tkwi. Kotwica jest symbolem nadziei, lecz źle rzucona kotwica jest gorsza od najbardziej zwodniczej z fałszywych nadziei, jakie kiedykolwiek mamiły ludzi lub narody poczuciem bezpieczeństwa. A poczucie bezpieczeństwa, nawet najbardziej usprawiedliwione, jest złym doradcą. Podobnie jak nadmierne poczucie błogości zwiastuje nadejście szału, poczucie bezpieczeństwa wyprzedza szybki cios klęski. Marynarz, który pracuje w bezpodstawnem przeświadczeniu o bezpieczeństwie, traci odrazu więcej niż połowę swej wartości. Dlatego też ze wszystkich mych pierwszych oficerów ten, któremu najbardziej ufałem, nazywał się B. Miał rude wąsy, chudą, czerwoną twarz i niespokojne oczy. Był to marynarz pełnowartościowy.

Analizując teraz, po wielu latach, odblask uczuć, które wynikły z zetknięcia się naszych indywidualności, odkrywam w nich bez wielkiego zdziwienia coś w rodzaju niechęci. W gruncie rzeczy sądzę że dla młodego dowódcy był to najprzykrzejszy kolega jakiego sobie można wystawić. Jeśli wolno krytykować nieobecnych, powiedziałbym że miał trochę zanadto tego poczucia niebezpieczeństwa, które w marynarzu jest tak bezcenne. Robił wrażenie bardzo niepokojące, gdyż zdawało się że gotów jest ustawicznie zmagać się z jakąś zagrażającą klęską, nawet gdy siedział przy stole po mojej prawicy nad talerzem pekeflajszu. Pośpieszę dodać, iż posiadał także ową drugą cechę niezbędną dla odpowiedzialnego marynarza - pełną wiarę w siebie. W tem sęk że posiadał obie te zalety w stopniu niepokojącym. Jego wiecznie czujne zachowanie, urywana, nerwowa rozmowa, nawet jego jak gdyby umyślne milczenia mogły nasuwać podejrzenie - i sądzę że je nasuwały - iż jego zdaniem statek nie jest ani chwili bezpieczny w mych rękach. Takim był człowiek pilnujący kotwic na barku o niespełna pięciuset tonach - mojem pierwszem dowództwie - stateczku, który nie istnieje już na tej ziemi, lecz który z całą pewnością będzie tkliwie wspominany, póki ja żyję. Żadna kotwica nie mogłaby przy rzuceniu zaplątać się w łańcuch pod przenikliwem okiem pana B. Przyjemnie było mieć to poczucie, gdy na otwartej redzie słyszało się w kabinie wycie wiatru; ale były chwile, kiedy niecierpiałem pana B. całą duszą. Po sposobie, w jaki czasem na mnie spoglądał, sądzę że odpłacał mi to nieraz z nawiązką. Tak się złożyło, że obaj kochaliśmy mały bark bardzo serdecznie. I była to właśnie odwrotna strona nieocenionych zalet pana B., iż w żaden sposób nie mógł się zdobyć na przeświadczenie że statek jest w moich rękach bezpieczny. Po pierwsze, pan B. był o pięć lat starszy ode mnie, w epoce życia kiedy pięć lat naprawdę coś znaczy, albowiem ja miałem dwadzieścia dziewięć a on trzydzieści cztery; powtóre, zaraz po opuszczeniu portu (nie widzę powodu aby taić że to był Bangkok), niektóre z moich manewrów na wodach zatoki Sjamskiej napędziły panu B. strachu, czego mi nie mógł zapomnieć. Od tamtej chwili żywił stale tajemną, gorzką myśl o mej bezwzględnej, zuchwałej lekkomyślności. Lecz wnoszę iż polubiliśmy się po upływie dwóch lat i trzech miesięcy wspólnego życia - chyba że męski uścisk dłoni przy rozstaniu nic nie znaczy.

Ogniwem między nami był okręt; i w tem właśnie okręt - choć posiada cechy kobiece, choć miłość do niego nie ma nic wspólnego z rozsądkiem - w tem właśnie okręt różni się od kobiety. Byłem strasznie przejęty swem pierwszem dowództwem, czemu się dziwić nie można, lecz muszę przyznać że uczucia pana B. były wznioślejsze. Każdemu z nas oczywiście zależało niezmiernie na pięknym wyglądzie ukochanego objektu; a choć ja byłem tym, który zbierał na lądzie pochwały dla statku, panu B. przypadło w udziale uczucie głębszej dumy, podobne do uczucia oddanej panny służącej. W tem wiernem, pełnem chełpliwości przywiązaniu do małego stateczku, B. posuwał się tak daleko, że chodził i otrzepywał kurz osiadły na politurowanej poręczy z tikowego drzewa - i to jedwabną chustką do nosa, darem pani B., jak mi się zdaje.

Oto jak się przejawiała jego miłość do statku. A w swem wspaniałem poczuciu niebezpieczeństwa posunął się raz do oświadczenia: ˝No, panie kapitanie, z pana to doprawdy jest szczęściarz!˝

Powiedział to tonem znaczącym, choć niekoniecznie zaczepnym i chyba wrodzony takt powstrzymał mię od zapytania: ˝Co pan chce właściwie przez to powiedzieć?˝

Zrozumiałem lepiej znaczenie jego słów po jakimś czasie, gdy pewnej mrocznej nocy znaleźliśmy się w ciężkiej opresji podczas wściekłego sztormu na brzeg. Wezwałem pana B. na pokład, aby mi pomógł rozpatrzyć nasze bardzo przykre położenie. Nie mieliśmy wówczas czasu namyślać się głęboko i pan B. streścił się w słowach: ˝Tak czy owak paskudnie to wygląda; ale pan, panie kapitanie, ze wszystkiego się zawsze wyplącze.˝

VI.

Trudno oddzielić w myśli kotwice statku od jego pierwszego oficera - człowieka, który widzi jak spadają na czysto i podnoszą się czasem zaplątane w łańcuch; bo nawet najbaczniejsza uwaga niezawsze zapobiegnie okręceniu się łańcucha naokoło trzonu albo łap, wskutek obrotów statku miotanego wiatrem lub prądami. Wówczas manewr ˝podniesienia kotwicy˝ i następnie zamocowanie jej przeciąga się ponad miarę i jest ciężkim trudem dla pierwszego oficera. Bo to on śledzi ˝jak łańcuch rośnie˝ - marynarskie określenie posiadające całą siłę, ścisłość i obrazowość technicznego języka; a język ten stworzyli prości, bystroocy ludzie, chwytający istotną postać rzeczy, które widzą w zakresie swego zawodu i dla których znajdują odpowiednie określenia, trafiając w sedno, co jest właśnie ambicją artysty posługującego się słowami. To też marynarz nie powie nigdy: ˝zarzucić kotwicę˝, szyper zaś stojący na rufie woła, niby impresjonista, na dziób do pierwszego oficera: ˝Jak łańcuch patrzy?˝ Długi łańcuch pod naciskiem wyłania się ukośnie z morza, wyprężony nad wodą nakształt cięciwy, a głos stróża kotwic odpowiada zwięzłym, pełnym szacunku okrzykiem: ˝Patrzy wprost naprzód, panie kapitanie˝, albo ˝patrzy w dół˝, albo jeszcze inaczej, zależnie od okoliczności.

Na okręcie handlowym wracającym do kraju rozkaz, który rozlega się najgłośniej i jest podjęty z najweselszemi okrzykami, brzmi: ˝Winduj!˝ Czekający marynarze wybiegają z kubryku, porywając handszpagi, rozlega się tupot nóg i brzęk zapadek jako tło do żałosnej pieśni kotwicznej, przy akompaniamencie wrzaskliwego chóru; a ten wybuch hałaśliwej krzątaniny, w której bierze udział cała załoga, jest niby odzewem zbudzonego statku, co dotychczas ˝spał na swem żelazie˝, jak głosi malownicze zdanie holenderskich marynarzy.

Bowiem okręt ze zwiniętemi żaglami na zbrasowanych rejach, przeglądający się od jabłek do linji wodnej w gładkiej, połyskliwej powierzchni portu otoczonego lądem, wygląda dla oka marynarza jak najdoskonalszy obraz sennego wypoczynku. Podniesienie kotwicy było hałaśliwym manewrem na handlowym żaglowcu minionych dni - radosną wrzawą krzepiącą ducha, jakby wraz z godłem nadziei marynarze załogi spodziewali się wciągnąć z głębiny swoje upragnione marzenia - tylko sięgnąć po nie ręką - nadzieję powrotu do domu, nadzieję wypoczynku, swobody, zabawy, niewybrednych rozrywek - po ciężkim mozole wielu dni spędzonych między niebem a ziemią. A ten rozgwar, to uniesienie w chwili wyjścia statku, stanowi wielki kontrast z chwilą ciszy, kiedy okręt przybywa na obcą redę; ogołocony z żagli, sunie zwolna ku wybranej przystani; luźne płótna trzepoczą zlekka wśród osprzętu nad głowami załogi stojącej bez ruchu na pokładzie, i kapitana patrzącego wytężonym wzrokiem z rufy ku przodowi. Statek traci stopniowo coraz więcej na szybkości i ledwie już się porusza, a trzy postaci u dziobu czekają uważnie wokoło kotbelki na ostatni rozkaz - u końca podróży trwającej może dziewięćdziesiąt pełnych dni - rozkaz brzmiący: ˝Rzuć!˝

Oto ostatnie słowo po dokonanym rejsie, słowo kładące kres znojowi statku i jego czynom. Wśród życia, którego wartość mierzy się podróżami z portu do portu, plusk spadającej kotwicy i gromkie dudnienie łańcucha są niejako zamknięciem odrębnego okresu, na które statek odpowiada zda się świadomie lekkim wstrząsem, przebiegającym od kilu aż po szczyty masztów. O tę podróż statek bliższy jest przeznaczonej mu śmierci, bo ani lata ani podróże nie mogą trwać wiecznie. Jest to jak gdyby wydzwonienie godziny, a wśród przerwy, która nastaje, statek zdaje się rozmyślać nad mijającym czasem.

Ostatni to ważny rozkaz; inne są poprostu wskazówkami ustalonemi przez zwyczaj. Raz jeszcze słychać głos kapitana: ˝Czterdzieści pięć sążni do wody˝, a wówczas i dowódca na pewien czas skończył swoje. Przez szereg dni zostawia pracę w porcie pierwszemu oficerowi, stróżowi kotwic i okrętowej rutyny. Upłynie dłuższy czas nim głos kapitana rozlegnie się na pokładzie, głos o brzmieniu krótkiem i surowem właściwem dowódcy, gdy znowu - po zamknięciu luk - na niemym, wyczekującym okręcie rzuci z rufy rozkaz: ˝Winduj!˝

ZWIERCIADŁO MORZA

PRZEDMOWA AUTORA

"...ALBOWIEM TEN CUD CZY TO DZIWO

WZRUSZA MIĘ WIELCE"

BOETHIUS, DE CON. PHIL.

B. W. PROSE VI.

Książka ta mniej potrzebuje przedmowy niż inne, bądź moje, bądź czyjekolwiek. Lecz ponieważ zaopatruję w przedmowę wszystkie swoje książki, nie wyłączając nawet ˝Ze wspomnień˝, które są poprostu fragmentem życiorysu, niepodobna mi wyłączyć tej jednej aby nie stworzyć fałszywych pozorów obojętności lub znużenia. Widzę aż nadto dobrze, iż napisanie niniejszej przedmowy nie będzie łatwem zadaniem. W danym wypadku potrzeba - matka wynalazków - jest wykluczona, to też żaden temat do pogawędki nie przychodzi mi na myśl; a że najskuteczniejszym bodźcem do pracy jest również potrzeba, więc poprostu nie wiem jak się zabrać do tej przedmowy. Wchodzi tu również w grę moje usposobienie; unikałem wysiłków przez całe życie.

Mimo tych odstręczających warunków poczucie obowiązku zmusza mię jednak do pracy. Obiecałem napisać przedmowę. W przeciągu niespełna minuty kilku nieostrożnemi słowami wziąłem na siebie zobowiązanie, które odtąd ciężyło mi bardzo na sercu.

Bo ta książka jest spowiedzią sięgającą bardzo głęboko; z czego więc jeszcze mógłbym się zwierzyć na paru kartkach, które dodaję do mniej więcej trzystu, zawierających najszczersze wyznania? Usiłowałem tu odsłonić z bezpośredniością ostatniej spowiedzi jaki był mój związek z morzem, który zaczął się tajemniczo, jak każda wielka namiętność zesłana na śmiertelnych przez niezbadanych bogów, rozwijał się nieodparcie wbrew zasadom zdrowego rozsądku, wytrzymując próbę straconych złudzeń i przezwyciężając rozczarowanie, co się czai w każdym dniu czynnego życia; trwał dalej wśród miłosnych rozkoszy i miłosnych mąk, pełen uniesienia lecz próżen złudzeń, bez goryczy i bez skarg, od pierwszej chwili aż do ostatniej.

Ujarzmiony ale nigdy nie upadły na duchu, całą istotą poddałem się tej namiętności różnorodnej i wielkiej jak samo życie, zawierającej jak życie okresy cudownej pogody, któremi nawet i płocha kochanka w chwili ukojenia darzy nas niekiedy na swej piersi, pełnej podstępów, pełnej szaleństwa, a jednak zdolnej upoić zachwycającą słodyczą. Jeśli mi ktokolwiek powie, że to jest liryczne złudzenie starego, romantycznego serca, odrzeknę iż przez dwadzieścia lat żyłem jak pustelnik ze swą namiętnością! Poza linją morskiego widnokręgu świat dla mnie nie istniał, tak jak nie istnieje dla mistyków, którzy chronią się na szczyty wysokich gór. Mówię tu o życiu najwewnętrzniejszem, o burzliwych głębiach naszej istoty, gdzie spotyka nas to co najlepsze i to co najgorsze, gdzie człowiek musi żyć sam, lecz nie potrzebuje się wyrzec wszelkiej nadziei porozumienia z bliźnimi.

Może już dość powiedziałem przy tej sposobności o tych swoich pożegnalnych słowach, o tej ostatniej fazie mego wielkiego umiłowania morza. Nazywam je wielkiem, ponieważ takiem dla mnie było. Inni mogą je nazwać głupiem zadurzeniem się. Tak określają ludzie każde miłosne przeżycie. Ale jakkolwiekby nazwać tę moją miłość, jedno pozostaje niezbite: była czemś zbyt wielkiem aby można wyrazić ją w słowach.

Oto co zawsze czułem niejasno; i dlatego te moje karty pozostaną niby szczera spowiedź z faktów, które komuś przyjaznemu i współczującemu mogą dać wyobrażenie o wewnętrznej prawdzie niemal całego żywota. Okresu między szesnastym a trzydziestym szóstym rokiem życia nie można nazwać wiekiem, ale jest to wcale długi szereg tego właśnie rodzaju doświadczeń, które uczą powoli człowieka patrzeć i czuć. Był to dla mnie okres odrębny; a gdy przeszedłem z niego do innej atmosfery, że się tak wyrażę, gdy rzekłem sobie: ˝Teraz muszę mówić o wszystkich tych rzeczach lub też pozostać nieznany do końca swych dni˝, żywiłem niezłomną nadzieję - która towarzyszy człowiekowi zarówno w samotności jak w tłumie - iż w końcu nadejdzie taki dzień, taka chwila, że mnie zrozumieją.

I to się ziściło! Zrozumiano mię tak zupełnie, jak tylko to jest możliwe na naszym świecie, gdzie rzekłbyś wszystko się składa z zagadek. Mówiono o tej książce rzeczy głęboko mię wzruszające, tem głębiej, że pochodziły od ludzi, których zajęciem jest bezsprzecznie zrozumienie i analiza i objaśnianie - jednem słowem od krytyków literackich. Wypowiadali się stosownie do swego sumienia, a niejeden wyrażał się w taki sposób, że poczułem i radość, i smutek z powodu napisania tej spowiedzi. Jasno lub mętnie, krytycy pojęli co miałem na myśli i orzekli w końcu, że sprostałem swemu zamierzeniu. Zrozumieli iż książka ta należy do kategorji zwierzeń, lecz w niektórych wypadkach uznali zwierzenia moje za niezupełne.

Jeden z recenzentów napisał: ˝Czytając te karty, człowiek spodziewa się wciąż rewelacji; lecz osobistość autora nigdy nie ujawnia się w całej pełni. Możemy tylko stwierdzić, że taka oto rzecz wydarzyła się p. Conradowi, że znał takiego a takiego człowieka, i że właśnie tak mijało jego życie, pozostawiając mu owe wspomnienia. Są one zapiskami wydarzeń przez niego przeżytych, niezawsze wybitnych lub uderzających, raczej przypadkowych, wydarzeń co z jakiejś nieuchwytnej przyczyny ryją się w umyśle i wyłaniają z pamięci po upływie długiego czasu, niby symbole niepojętego, świętego obrządku, który się odbywa za zasłoną˝.

Mogę na to tylko powiedzieć że moja książka, pisana nawskróś szczerze, nie ukrywa niczego poza fizyczną w niej obecnością autora. Na tych kartach spowiadam się najpełniej nie ze swych grzechów, lecz ze swych wzruszeń. Jest to najwłaściwszy hołd, jaki mój pietyzm mógł złożyć ostatecznym twórcom mego charakteru, mych przekonań i w pewnem znaczeniu mego losu - niezniszczalnemu morzu, okrętom, których już niema, i prostym ludziom co swoje przeżyli.

1919.

J. C.

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Gustave Courbet  (1819-1877), Autumn Sea (1867), licencja: public domain, źródło ilustraci: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Gustave_Courbet_-_Autumn_Sea_-_Google_Art_Project.jpg

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights.

 

Tekst polski wg edycji z roku 1935. Zachowano oryginalną pisownię.

Tekst angielski wg edycji z roku 1906. Zachowano oryginalną pisownię.

 

? Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-689-7

LANDFALLS AND DEPARTURES

And shippes by the brinke comen and gon,

And in swich forme endure a day or two.

The Frankeleyn's Tale.

I.

LANDFALL and Departure mark the rhythmical swing of a seaman's life and of a ship's career. From land to land is the most concise definition of a ship's earthly fate.

A ˝Departure˝ is not what a vain people of landsmen may think. The term ˝Landfall˝ is more easily understood; you fall in with the land, and it is a matter of a quick eye and of a clear atmosphere. The Departure is not the ship's going away from her port any more than the Landfall can be looked upon as the synonym of arrival. But there is this difference in the Departure: that the term does not imply so much a sea event as a definite act entailing a process-the precise observation of certain landmarks by means of the compass card.

Your Landfall, be it a peculiarly-shaped mountain, a rocky headland, or a stretch of sand-dunes, you meet at first with a single glance. Further recognition will follow in due course; but essentially a Landfall, good or bad, is made and done with at the first cry of ˝Land ho!˝ The Departure is distinctly a ceremony of navigation. A ship may have left her port some time before; she may have been at sea, in the fullest sense of the phrase, for days; but, for all that, as long as the coast she was about to leave remained in sight, a southern-going ship of yesterday had not in the sailor's sense begun the enterprise of a passage.

The taking of Departure, if not the last sight of the land, is, perhaps, the last professional recognition of the land on the part of a sailor. It is the technical, as distinguished from the sentimental, ˝good-bye.˝ Henceforth he has done with the coast astern of his ship. It is a matter personal to the man. It is not the ship that takes her departure; the seaman takes his Departure by means of cross-bearings which fix the place of the first tiny pencil-cross on the white expanse of the track-chart, where the ship's position at noon shall be marked by just such another tiny pencil cross for every day of her passage. And there may be sixty, eighty, any number of these crosses on the ship's track from land to land. The greatest number in my experience was a hundred and thirty of such crosses from the pilot station at the Sand Heads in the Bay of Bengal to the Scilly's light. A bad passage....

A Departure, the last professional sight of land, is always good, or at least good enough. For, even if the weather be thick, it does not matter much to a ship having all the open sea before her bows. A Landfall may be good or bad. You encompass the earth with one particular spot of it in your eye. In all the devious tracings the course of a sailing-ship leaves upon the white paper of a chart she is always aiming for that one little spot-maybe a small island in the ocean, a single headland upon the long coast of a continent, a lighthouse on a bluff, or simply the peaked form of a mountain like an ant-heap afloat upon the waters. But if you have sighted it on the expected bearing, then that Landfall is good. Fogs, snowstorms, gales thick with clouds and rain-those are the enemies of good Landfalls.

II.

Some commanders of ships take their Departure from the home coast sadly, in a spirit of grief and discontent. They have a wife, children perhaps, some affection at any rate, or perhaps only some pet vice, that must be left behind for a year or more. I remember only one man who walked his deck with a springy step, and gave the first course of the passage in an elated voice. But he, as I learned afterwards, was leaving nothing behind him, except a welter of debts and threats of legal proceedings.

On the other hand, I have known many captains who, directly their ship had left the narrow waters of the Channel, would disappear from the sight of their ship's company altogether for some three days or more. They would take a long dive, as it were, into their state-room, only to emerge a few days afterwards with a more or less serene brow. Those were the men easy to get on with. Besides, such a complete retirement seemed to imply a satisfactory amount of trust in their officers, and to be trusted displeases no seaman worthy of the name.

On my first voyage as chief mate with good Captain MacW-- I remember that I felt quite flattered, and went blithely about my duties, myself a commander for all practical purposes. Still, whatever the greatness of my illusion, the fact remained that the real commander was there, backing up my self-confidence, though invisible to my eyes behind a maple-wood veneered cabin-door with a white china handle.

That is the time, after your Departure is taken, when the spirit of your commander communes with you in a muffled voice, as if from the sanctum sanctorum of a temple; because, call her a temple or a ˝hell afloat˝-as some ships have been called-the captain's state-room is surely the august place in every vessel.

The good MacW-- would not even come out to his meals, and fed solitarily in his holy of holies from a tray covered with a white napkin. Our steward used to bend an ironic glance at the perfectly empty plates he was bringing out from there. This grief for his home, which overcomes so many married seamen, did not deprive Captain MacW-- of his legitimate appetite. In fact, the steward would almost invariably come up to me, sitting in the captain's chair at the head of the table, to say in a grave murmur, ˝The captain asks for one more slice of meat and two potatoes.˝ We, his officers, could hear him moving about in his berth, or lightly snoring, or fetching deep sighs, or splashing and blowing in his bath-room; and we made our reports to him through the keyhole, as it were. It was the crowning achievement of his amiable character that the answers we got were given in a quite mild and friendly tone. Some commanders in their periods of seclusion are constantly grumpy, and seem to resent the mere sound of your voice as an injury and an insult.

But a grumpy recluse cannot worry his subordinates: whereas the man in whom the sense of duty is strong (or, perhaps, only the sense of self-importance), and who persists in airing on deck his moroseness all day-and perhaps half the night-becomes a grievous infliction. He walks the poop darting gloomy glances, as though he wished to poison the sea, and snaps your head off savagely whenever you happen to blunder within earshot. And these vagaries are the harder to bear patiently, as becomes a man and an officer, because no sailor is really good-tempered during the first few days of a voyage. There are regrets, memories, the instinctive longing for the departed idleness, the instinctive hate of all work. Besides, things have a knack of going wrong at the start, especially in the matter of irritating trifles. And there is the abiding thought of a whole year of more or less hard life before one, because there was hardly a southern-going voyage in the yesterday of the sea which meant anything less than a twelvemonth. Yes; it needed a few days after the taking of your departure for a ship's company to shake down into their places, and for the soothing deep-water ship routine to establish its beneficent sway.

It is a great doctor for sore hearts and sore heads, too, your ship's routine, which I have seen soothe-at least for a time-the most turbulent of spirits. There is health in it, and peace, and satisfaction of the accomplished round; for each day of the ship's life seems to close a circle within the wide ring of the sea horizon. It borrows a certain dignity of sameness from the majestic monotony of the sea. He who loves the sea loves also the ship's routine.

Nowhere else than upon the sea do the days, weeks and months fall away quicker into the past. They seem to be left astern as easily as the light air-bubbles in the swirls of the ship's wake, and vanish into a great silence in which your ship moves on with a sort of magical effect. They pass away, the days, the weeks, the months. Nothing but a gale can disturb the orderly life of the ship; and the spell of unshaken monotony that seems to have fallen upon the very voices of her men is broken only by the near prospect of a Landfall.

Then is the spirit of the ship's commander stirred strongly again. But it is not moved to seek seclusion, and to remain, hidden and inert, shut up in a small cabin with the solace of a good bodily appetite. When about to make the land, the spirit of the ship's commander is tormented by an unconquerable restlessness. It seems unable to abide for many seconds together in the holy of holies of the captain's state-room; it will out on deck and gaze ahead, through straining eyes, as the appointed moment comes nearer. It is kept vigorously upon the stretch of excessive vigilance. Meantime the body of the ship's commander is being enfeebled by want of appetite; at least, such is my experience, though ˝enfeebled˝ is perhaps not exactly the word. I might say, rather, that it is spiritualized by a disregard for food, sleep, and all the ordinary comforts, such as they are, of sea life. In one or two cases I have known that detachment from the grosser needs of existence remain regrettably incomplete in the matter of drink.

But these two cases were, properly speaking, pathological cases, and the only two in all my sea experience. In one of these two instances of a craving for stimulants, developed from sheer anxiety, I cannot assert that the man's seaman-like qualities were impaired in the least. It was a very anxious case, too, the land being made suddenly, close-to, on a wrong bearing, in thick weather, and during a fresh onshore gale. Going below to speak to him soon after, I was unlucky enough to catch my captain in the very act of hasty cork-drawing. The sight, I may say, gave me an awful scare. I was well aware of the morbidly sensitive nature of the man. Fortunately, I managed to draw back unseen, and, taking care to stamp heavily with my sea-boots at the foot of the cabin stairs, I made my second entry. But for this unexpected glimpse, no act of his during the next twenty-four hours could have given me the slightest suspicion that all was not well with his nerve.

III.

Quite another case, and having nothing to do with drink, was that of poor Captain B--. He used to suffer from sick headaches, in his young days, every time he was approaching a coast. Well over fifty years of age when I knew him, short, stout, dignified, perhaps a little pompous, he was a man of a singularly well-informed mind, the least sailor-like in outward aspect, but certainly one of the best seamen whom it has been my good luck to serve under. He was a Plymouth man, I think, the son of a country doctor, and both his elder boys were studying medicine. He commanded a big London ship, fairly well known in her day. I thought no end of him, and that is why I remember with a peculiar satisfaction the last words he spoke to me on board his ship after an eighteen months' voyage. It was in the dock in Dundee, where we had brought a full cargo of jute from Calcutta. We had been paid off that morning, and I had come on board to take my sea-chest away and to say good-bye. In his slightly lofty but courteous way he inquired what were my plans. I replied that I intended leaving for London by the afternoon train, and thought of going up for examination to get my master's certificate. I had just enough service for that. He commended me for not wasting my time, with such an evident interest in my case that I was quite surprised; then, rising from his chair, he said:

˝Have you a ship in view after you have passed?˝

I answered that I had nothing whatever in view.

He shook hands with me, and pronounced the memorable words: ˝If you happen to be in want of employment, remember that as long as I have a ship you have a ship, too.˝

In the way of compliment there is nothing to beat this from a ship's captain to his second mate at the end of a voyage, when the work is over and the subordinate is done with. And there is a pathos in that memory, for the poor fellow never went to sea again after all. He was already ailing when we passed St. Helena; was laid up for a time when we were off the Western Islands, but got out of bed to make his Landfall. He managed to keep up on deck as far as the Downs, where, giving his orders in an exhausted voice, he anchored for a few hours to send a wire to his wife and take aboard a North Sea pilot to help him sail the ship up the east coast. He had not felt equal to the task by himself, for it is the sort of thing that keeps a deep-water man on his feet pretty well night and day.

When we arrived in Dundee, Mrs. B-- was already there, waiting to take him home. We travelled up to London by the same train; but by the time I had managed to get through with my examination the ship had sailed on her next voyage without him, and, instead of joining her again, I went by request to see my old commander in his home. This is the only one of my captains I have ever visited in that way. He was out of bed by then, ˝quite convalescent,˝ as he declared, making a few tottering steps to meet me at the sitting-room door. Evidently he was reluctant to take his final cross-bearings of this earth for a Departure on the only voyage to an unknown destination a sailor ever undertakes. And it was all very nice-the large, sunny room; his deep, easy-chair in a bow window, with pillows and a footstool; the quiet, watchful care of the elderly, gentle woman who had borne him five children, and had not, perhaps, lived with him more than five full years out of the thirty or so of their married life. There was also another woman there in a plain black dress, quite gray-haired, sitting very erect on her chair with some sewing, from which she snatched side-glances in his direction, and uttering not a single word during all the time of my call. Even when, in due course, I carried over to her a cup of tea, she only nodded at me silently, with the faintest ghost of a smile on her tight-set lips. I imagine she must have been a maiden sister of Mrs. B-- come to help nurse her brother-in-law. His youngest boy, a late-comer, a great cricketer it seemed, twelve years old or thereabouts, chattered enthusiastically of the exploits of W. G. Grace. And I remember his eldest son, too, a newly-fledged doctor, who took me out to smoke in the garden, and, shaking his head with professional gravity, but with genuine concern, muttered: ˝Yes, but he doesn't get back his appetite. I don't like that-I don't like that at all.˝ The last sight of Captain B{{twoem} I had was as he nodded his head to me out of the bow window when I turned round to close the front gate.

It was a distinct and complete impression, something that I don't know whether to call a Landfall or a Departure. Certainly he had gazed at times very fixedly before him with the Landfall's vigilant look, this sea-captain seated incongruously in a deep-backed chair. He had not then talked to me of employment, of ships, of being ready to take another command; but he had discoursed of his early days, in the abundant but thin flow of a wilful invalid's talk. The women looked worried, but sat still, and I learned more of him in that interview than in the whole eighteen months we had sailed together. It appeared he had ˝served his time˝ in the copper-ore trade, the famous copper-ore trade of old days between Swansea and the Chilian coast, coal out and ore in, deep-loaded both ways, as if in wanton defiance of the great Cape Horn seas-a work, this, for staunch ships, and a great school of staunchness for West-Country seamen. A whole fleet of copper-bottomed barques, as strong in rib and planking, as well-found in gear, as ever was sent upon the seas, manned by hardy crews and commanded by young masters, was engaged in that now long defunct trade. ˝That was the school I was trained in,˝ he said to me almost boastfully, lying back amongst his pillows with a rug over his legs. And it was in that trade that he obtained his first command at a very early age. It was then that he mentioned to me how, as a young commander, he was always ill for a few days before making land after a long passage. But this sort of sickness used to pass off with the first sight of a familiar landmark. Afterwards, he added, as he grew older, all that nervousness wore off completely; and I observed his weary eyes gaze steadily ahead, as if there had been nothing between him and the straight line of sea and sky, where whatever a seaman is looking for is first bound to appear. But I have also seen his eyes rest fondly upon the faces in the room, upon the pictures on the wall, upon all the familiar objects of that home, whose abiding and clear image must have flashed often on his memory in times of stress and anxiety at sea. Was he looking out for a strange Landfall, or taking with an untroubled mind the bearings for his last Departure?

It is hard to say; for in that voyage from which no man returns Landfall and Departure are instantaneous, merging together into one moment of supreme and final attention. Certainly I do not remember observing any sign of faltering in the set expression of his wasted face, no hint of the nervous anxiety of a young commander about to make land on an uncharted shore. He had had too much experience of Departures and Landfalls! And had he not ˝served his time˝ in the famous copper-ore trade out of the Bristol Channel, the work of the staunchest ships afloat, and the school of staunch seamen?

THE MIRROR OF THE SEA

AUTHOR'S NOTE

Less perhaps than any other book written by me, or anybody else, does this volume require a preface. Yet since all the others including even the ˝Personal Record,˝ which is but a fragment of biography, are to have their Author's Notes I cannot possibly leave this one without, lest a false impression of indifference or weariness should be created. I can see only too well that it is not going to be an easy task. Necessity-the mother of invention-being even unthinkable in this case, I do not know what to invent in the way of discourse; and necessity being also the greatest possible incentive to exertion I don't even know how to begin to exert myself. Here, too, the natural inclination comes in. I have been all my life averse from exertion.

Under these discouraging circumstances I am, however, bound to proceed from a sense of duty. This Note is a thing promised. In less than a mlnute's time, by a few incautious words I entered into a bond which has lain on my heart heavily ever since.

For, this book is a very intimate revelation; and what that is revealing can a few more pages add to some three hundred others of most sincere diselosures? I have attempted here to lay bare with the unreserve of a last hour's confession the terms of my relation with the sea, which beginning mysteriously, like any great passion the inscrutable Gods send to mortals, went on unreasoning and invincible, surviving the test of disillusion, defying the disenchantment that lurks in every day of a strenuous life; went on full of love's delight and love's anguish, facing them in open-eyed exultation, without bitterness and without repining, from the first hour to the last.

Subjugated but never unmanned I surrendered my being to that passion which, various and great like life itself, had also its periods of wonderful serenity which even a fickle mistress can give sometimes on her soothed breast, full of wiles, full of fury, and yet capable of an enchanting sweetness. And if anybody suggests that this must be the lyric illusion of an old, romantic heart, I can answer that for twenty years I had lived like a hermit with my passion! Beyond the line of the sea horizon the world for me did not exist as assuredly as it does not exist for the mystics who take refuge on the tops of high mountains. I am speaking now of that innermost life, containing the best and the worst that can happen to us in the temperamental depths of our being, where a man indeed must live alone but need not give up all hope of holding converse with his kind.

This perhaps is enough for me to say on this particular occasion about these, my parting words, about this, my last mood in my great passion for the sea. I call it great because it was great to me. Others may call it a foolish infatuation. Those words have been applied to every love story. But whatever it may be the fact remains that it was something too great for words.

This is what I always felt vaguely; and therefore the following pages rest like a true confession on matters of fact which to a friendly and charitable person may convey the inner truth of almost a lifetime. From sixteen to thirty-six cannot be called an age, yet it is a pretty long stretch of that sort of experience which teaches a man slowly to see and feel. It is for me a distinct period; and when I emerged from it into another air, as it were, and said to myself: ˝Now I must speak of these things or remain unknown to the end of my days,˝ it was with the ineradicable hope, that accompanies one through solitude as well as through a crowd, of ultimately, some day, at some moment, making myself understood.

And I have been! I have been understood as completely as it is possible to be understood in this, our world, which seems to be mostly composed of riddles. There have been things said about this book which have moved me profoundly; the more profoundly because they were uttered by men whose occupation was avowedly to understand, and analyze, and expound-in a word, by literary critics. They spoke out according to their conscience, and some of them said things that made me feel both glad and sorry of ever having entered upon my confession. Dimly or clearly, they perceived the character of my intention and ended by judging me worthy to have made the attempt. They saw it was of a revealing character, but in some cases they thought that the revelation was not complete.

One of them said: ˝In reading these chapters one is always hoping for the revelation; but the personality is never quite revealed. We can only say that this thing happened to Mr. Conrad, that he knew such a man and that thus life passed him leaving those memories. They are the records of the events of his life, not in every instance striking or decisive events but rather those haphazard events which for no definite reason impress themselves upon the mind and recur in memory long afterward as symbols of one knows not what sacred ritual taking place behind the veil.˝

To this I can only say that this book written in perfect sincerity holds back nothing-unless the mere bodily presence of the writer. Within these pages make a full confession not of my sins but of my emotions. It is the best tribute my piety can offer to the ultimate shapers of my character, convictions, and, in a sense, destiny-to the imperishable sea, to the ships that are no more, and to the simple men who have had their day.

J.C.