Zwierciadła - Melka Kowal

Kup ebooka

42.90 zł
33.46 zł (23,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Stwo­rzy­łam dla was zbiór utwo­rów, przy któ­rych po­wsta­wała ta hi­sto­ria. Które po­ma­gały mi osa­dzić się w fa­bule i bez któ­rych trudno by­łoby mi od­dać wszyst­kie emo­cje.

Utwo­rów łącz­nie jest 32, ale je­śli nie ma­cie czasu słu­chać ca­ło­ści pod­czas czy­ta­nia, BŁA­GAM, po­słu­chaj­cie cho­ciaż tych czte­rech ka­wał­ków:

1. Suki Wa­ter­ho­use - Think Twice

2. TALK - Run Away to Mars

3. Sam Bar­ber ft. Avery Anna - In­digo

4. Sombr - back to friends

Z nimi w tle ta hi­sto­ria sma­kuje zu­peł­nie ina­czej. Po­dzię­ku­je­cie mi za to póź­niej :p

PEŁNA PLAY­LI­STA CHLOE

Bon Iver & St. Vin­cent - Ro­syln

Be­ach Ho­use - Space Song

Gigi Pe­rez - Sa­ilor Song

Ho­zier - Work Song

Witt Lowry ft. Ava Max - Into Your Arms (No Rap)

Ja­mes Ar­thur - Car's Out­side

TALK - Run Away to Mars

TALK - A Lit­tle Bit Happy

TALK - How To Save A Life

TALK - Afraid of the Dark

The Fray - How to Save a Life

The Fray - You Fo­und Me

My­les Smith - Star­ga­zing (Aco­ustic)

Band of Hor­ses - The Fu­ne­ral

Tony Ann ft. AR­KAI - ICA­RUS (Or­che­stral Ver­sion)

Sle­eping At Last - Sa­turn

Pa­trick Wat­son - Je te la­is­se­rai des mots

Jo­nah Ka­gen - God Ne­eds The De­vil

Emma Lo­uise - Jun­gle

Jay­mes Young - I'll Be Good

Di­stant Cow­boy - Core Me­mory

Nessa Bar­rett - the one that sho­uld've got away

Lana Del Rey - Mo­ney Po­wer Glory

Hugo - 99 Pro­blems

Sam Bar­ber ft. Avery Anna - In­digo

Sons of Ha­bit - Ma­de­line

Jes­sica Baio - life jac­ket

Sombr - back to friends

Suki Wa­ter­ho­use - Think Twice

Alek Ol­sen - so­me­day i'll get it

Mon­tell Fish - Hol­low Lo­ver

John Le­gend - Co­nver­sa­tions in the Dark

Spo­tify

YouTube

1.

CZEGO MO­GŁA­BYM CHCIEĆ?

Lon­dyn, sty­czeń 2025

- Znów zni­kasz? - za­py­tała Poppy z ła­god­nym za­in­te­re­so­wa­niem, wcho­dząc do po­miesz­cze­nia w akom­pa­nia­men­cie ci­chego sze­le­stu drzwi.

- Sor­cha ma uro­dziny, jadę do niej - mruk­nę­łam pod no­sem, nie pod­no­sząc na nią wzroku.

Po ca­łym sa­lo­nie wa­lały się ubra­nia, ko­sme­tyki i buty, które dla ko­goś z ze­wnątrz mo­gły sta­no­wić zwy­kły chaos to­wa­rzy­szący po­śpiesz­nemu pa­ko­wa­niu, dla mnie jed­nak całe to zbio­ro­wi­sko było upo­rząd­ko­wane. Na ni­skiej ka­na­pie, od jej pra­wej strony, znaj­do­wały się rze­czy o ro­bo­czej na­zwie "must have", tuż obok nich kupka pod ty­tu­łem "je­śli zdążą wy­schnąć" i na sza­rym końcu "nie, dzięki".

- Masz, przyda ci się na­wod­nie­nie - rzu­ciła moja przy­ja­ciółka, za­trzy­mu­jąc mnie w miej­scu i wci­ska­jąc w moje dło­nie go­rący ku­bek. Na­pój, który się w nim znaj­do­wał, na­dal był za cie­pły i le­d­wie mo­głam utrzy­mać go w rę­kach.

- Dzięki, ale to ra­czej wy­gląda, jak­byś chciała mi za­fun­do­wać po­pa­rze­nie prze­łyku - od­par­łam i od­sta­wi­łam ku­bek na sto­jący obok sto­lik za­wa­lony świe­żym pra­niem, które jesz­cze obie­cy­wa­łam so­bie przej­rzeć.

Ru­szy­łam w kie­runku kuchni, choć nie było tam ni­czego, czego mo­gła­bym po­trze­bo­wać, ni­czego też nie szu­ka­łam. Mu­sia­łam zwięk­szyć dy­stans, bo Poppy... Ona wie­działa. Nie wiem skąd, ale wie­działa. A ja zo­rien­to­wa­łam się, że wie, gdy tylko usły­sza­łam jej ton. Upew­ni­łam się, gdy wy­czu­łam, że za­miast kawy przy­wio­zła mi ziółka.

Poppy nie ku­po­wała mi zió­łek. Ni­gdy. A kiedy pi­łam je w jej obec­no­ści, do­gry­zała mi, py­ta­jąc, czy wy­sta­wi­łam już krysz­tały na pa­ra­pet albo czy na­stęp­nym ra­zem za­sią­dziemy do stołu w chatce na ku­rzej łapce.

Dla­tego tak, by­łam cho­ler­nie pewna, że wie. Jed­nak sama myśl, że mia­ła­bym za­cząć mó­wić... Za­py­tać, skąd wie, czy, no nie wiem, za­cząć wy­ja­śniać... Sama myśl o tym spra­wiała, że w gar­dle ro­sła mi wa­to­po­dobna klu­cha i gro­ziła udu­sze­niem. A tak do­brze szło mi jej igno­ro­wa­nie. By­łam co­raz lep­sza w uda­wa­niu, że jej więk­sza część wcale nie za­le­gała na moim sercu, spra­wia­jąc, że stało się dziw­nie cięż­kie i po­dej­rza­nie obo­lałe. A te­raz po­wód, dla któ­rego moja fa­sada za­częła się sy­pać, po­czła­pał za mną do kuchni, zła­pał mnie za rękę, od­wró­cił do sie­bie przo­dem i prze­mó­wił gło­sem, który na­le­żał do mo­jej przy­ja­ciółki.

- Prze­cież to ja... - wy­mam­ro­tała Poppy; jej prze­szy­wa­jące ko­cie oczy wpa­try­wały się we mnie z tro­ską.

Nie zdą­ży­łam na­wet na­brać po­wie­trza, by za­cząć szlo­chać, a ona już mnie do sie­bie tu­liła. Jej drobna dłoń gła­dziła moje plecy. Nie wiem, kiedy za­czę­ły­śmy się ko­ły­sać ani kiedy zna­la­zły­śmy się na ka­na­pie, moje pole wi­dze­nia ogra­ni­czało się do mgły po­prze­ty­ka­nej gdzie­nie­gdzie pla­mami świa­tła. I szcze­rze mó­wiąc, w tam­tej chwili wo­la­ła­bym, żeby tak zo­stało. Wtedy nie mu­sia­ła­bym spoj­rzeć w lu­stro. Nie mu­sia­ła­bym pa­trzeć w twarz osoby od­po­wie­dzial­nej za tak wielką krzywdę...

Ja­kiś czas póź­niej ten sam ku­bek, który po­nie­kąd wy­ja­wił za­miary Poppy, znów wy­lą­do­wał w mo­jej dłoni, tym ra­zem jed­nak był za­le­d­wie letni, zaś ziółka w nim - po­trzebne bar­dziej niż wcze­śniej.

- To me­lisa - wy­ja­śniła Poppy, choć zo­rien­to­wa­łam się, gdy tylko her­batka do­tknęła mo­ich kub­ków sma­ko­wych.

Sie­dzia­ły­śmy w ci­szy i ba­ła­ga­nie. Sterty przy­go­to­wa­nych przeze mnie rze­czy zmie­szały się ze sobą, jed­nym ru­chem zrzu­cone na pod­łogę przez ko­bietę zbyt za­jętą na­głym przy­pad­kiem zła­ma­nego serca. Py­ta­nia pa­rzyły mnie w czu­bek ję­zyka, ale każda próba otwar­cia ust koń­czyła się nową por­cją łez i po­wro­tem wa­to­klu­chy. Wciąż tylko roz­chy­la­łam wargi i pró­bo­wa­łam je zmu­sić do dzia­ła­nia, ale słowa nie za­mie­rzały prze­do­stać się da­lej niż do tcha­wicy.

Poppy w końcu po­sta­no­wiła prze­rwać mil­cze­nie. Aż pod­sko­czy­łam, gdy w sa­lo­nie roz­brzmiał jej głos.

- Wpa­dłam na niego wczo­raj wie­czo­rem... - za­ga­iła ostroż­nie.

Wcią­gnę­łam z sy­kiem po­wie­trze. Nie wiem, czy bar­dziej prze­ra­ził mnie fakt, że wi­działa go tuż po, czy świa­do­mość, że po­znała wer­sję Oli­viera ja­kieś czter­na­ście go­dzin przed tym, jak po­znała moją...

- Nie wy­glą­dał do­brze - kon­ty­nu­owała. - Zde­cy­do­wa­nie nie był trzeźwy i... - Urwała, jakby na­gle ugry­zła się w ję­zyk, jed­nak szybko od­zy­skała re­zon. - I za­sta­na­wia­łam się, kiedy za­dzwo­nisz albo na­pi­szesz...

Zo­sta­wiła mi prze­strzeń, bym za­częła mó­wić, ale nie wie­dzia­łam, co mia­ła­bym po­wie­dzieć. Od czego za­cząć? Nie­przy­jemne uczu­cie osia­dło na dnie mo­jego żo­łądka, zmu­sza­jąc go, by bo­le­śnie się skur­czył.

- Dla­czego się nie ode­zwa­łaś? - pa­dło z po­zoru neu­tralne py­ta­nie, jed­nak kryło się w nim coś wię­cej. Coś, czego wo­la­ła­bym nie wi­dzieć.

Ode­tchnę­łam tak głę­boko, że płuca za­częły mnie szczy­pać, bo za­bra­kło im tlenu, który jesz­cze mo­głyby z sie­bie wy­pchnąć. Poppy cze­kała i wie­dzia­łam, że już się nie wy­winę.

- Mu­sia­łam po­być sama - rzu­ci­łam oględ­nie, a mój głos brzmiał, jak­bym mó­wiła przez grubą po­duszkę, do­kład­nie taką, pod jaką naj­chęt­niej ukry­ła­bym te­raz głowę.

Poppy rzu­ciła mi jedno z tych swo­ich spoj­rzeń, które po­tra­fiły roz­plą­tać na­wet naj­cia­śniej­szy su­pe­łek fał­szu. Unio­sła wy­soko jedną z ciem­nych brwi i zmru­żyła lekko oczy.

- Mu­sia­łaś czy pró­bo­wa­łaś się uka­rać? - za­py­tała z przy­ganą i za­plo­tła ręce na piersi.

Od­wró­ci­łam wzrok. Nie za­mie­rza­łam od­po­wia­dać, ale Poppy nie za­mie­rzała dłu­żej zno­sić ci­szy.

- Jako twoja przy­ja­ciółka chcę być przy to­bie, gdy dzieje się coś złego...

- To nie było złe... - we­szłam jej w słowo, jed­nak ona za­raz od­pła­ciła się tym sa­mym.

- Czyli wy­pła­ku­jesz so­bie oczy, bo było tak do­bre? - rzu­ciła iro­nicz­nie i tu mnie miała.

W nocy nie zmru­ży­łam oka; ob­ra­ca­łam w gło­wie każdą scenę z po­przed­niego wie­czoru ja­kiś mi­lion razy. Nie mia­łam siły na­wet wziąć prysz­nica i by­łam pra­wie pewna, że moje włosy przez ner­wowe prze­cze­sy­wa­nie za­częły od­sta­wać od głowy, jakby ja­kieś dzi­kie zwie­rzę urzą­dziło so­bie w nich gniazdo.

- Chloe, chcę wie­dzieć, dla­czego pła­czesz... - nie od­pusz­czała.

Do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę z po­wodu, ale wie­dzia­łam, że nie spo­cznie, do­póki nie usły­szy tego ode mnie. Dla­tego igno­ru­jąc drże­nie głosu, od­par­łam:

- Nie wiem jak ty, ale ja nie czer­pię żad­nej przy­jem­no­ści z ła­ma­nia in­nym serca. - Po­cią­gnę­łam no­sem, a cie­pła dłoń z bur­gun­do­wymi pa­znok­ciami spo­częła na mo­jej.

- I cią­gnę­ła­byś to jesz­cze dłu­żej tylko po to, by nie ro­bić ko­muś przy­kro­ści?

- Nie, oczy­wi­ście, że nie... - od­po­wie­dzia­łam, choć w moim gło­sie bra­ko­wało prze­ko­na­nia.

- W ta­kim ra­zie do­brze, że to ko­niec. Choć je­stem cie­kawa, co prze­są­dziło o jego lo­sie, bo wy­gląda na to, że i ja, i on nie mie­li­śmy po­ję­cia, że zbliża się ze­rwa­nie.

Nie po­wie­działa tego uszczy­pli­wie i chyba to wła­śnie spra­wiło, że oczy znów po­dej­rza­nie mnie za­pie­kły. Wo­la­ła­bym, żeby była na mnie zła, żeby zwy­zy­wała mnie od lek­ko­myśl­nych, wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nych i nie­zde­cy­do­wa­nych dzie­wuch. Omia­tała mnie wzro­kiem, szu­ka­jąc na mo­jej twa­rzy za­pew­nie­nia, że wszystko ze mną w po­rządku. Im dłu­żej tak pa­trzyła, tym go­rzej się czu­łam, bo po­wo­dów ze­rwa­nia nie dało się ra­cjo­nal­nie wy­tłu­ma­czyć...

Uwol­ni­łam rękę z jej de­li­kat­nego uści­sku i wsta­łam. Opróż­ni­łam dusz­kiem ku­bek i od­sta­wi­łam go tam, gdzie aku­rat było miej­sce.

- To wy­da­rzyło się szybko. O wiele szyb­ciej niż po­przed­nio - za­czę­łam. Nogi same no­siły mnie po po­koju, jakby nie mo­gły po­zo­stać w miej­scu. - Mie­li­śmy wy­je­chać wczo­raj, jak wiesz, ale cią­gle czu­łam, że coś jest nie tak, spraw­dza­łam po kilka razy, czy żadne z nas nie zgu­biło pasz­portu, czy na pewno się od­pra­wi­li­śmy i czy wszystko spa­ko­wa­łam.

Wy­li­cza­jąc na pal­cach, nie mo­głam nie za­uwa­żyć, że brwi mo­jej przy­ja­ciółki lekko się zmarsz­czyły, a jej wzrok prze­biegł po roz­gar­dia­szu, który pa­no­wał wo­kół.

- Bo­lał mnie brzuch, a Oli­viera nie było jesz­cze w domu, nie od­bie­rał te­le­fonu i za­czę­łam się oba­wiać, że się spóź­nimy na sa­mo­lot. Wła­śnie wtedy wpadł przez drzwi, zzia­jany i ja­koś dziw­nie po­bu­dzony, a złe prze­czu­cie w moim żo­łądku za­częło na­ra­stać. Dla­tego nie­zbyt się zdzi­wi­łam, kiedy nasz lot od­wo­łano z po­wodu awa­rii sa­mo­lotu.

Poppy słu­chała uważ­nie, ki­wa­jąc głową. Mo­gła się śmiać z tego, że by­łam prze­sądna, ale ni­gdy nie wąt­piła w moją in­tu­icję.

- My­śla­łam, że cho­dziło o to, że ten lot po pro­stu nie wyj­dzie, ale kiedy Oli­vier ob­jął mnie na po­cie­sze­nie, moja bran­so­letka z kwar­cem się ze­rwała, choć nic o nią nie za­ha­czyło. Spa­dła, a ka­mień roz­trza­skał się na ka­wa­łeczki...

O tu, wła­śnie w tym kon­kret­nym mo­men­cie prze­wró­ciła lekko oczami, jed­nak ni­czego nie po­wie­działa... jesz­cze.

- Wiesz, o któ­rej bran­so­letce mó­wię, więc za­nim za­czniesz się śmiać, po­zwól, że za­py­tam. Ja­kiego ko­loru był ka­mień?

Na­wet się nie za­wa­hała.

- Ró­żowy. Na­wi­ja­łaś przez dwa ty­go­dnie o tym, jaki to Ol­lie nie jest do­myślny, że dał ci tak ro­man­tyczny pre­zent.

Po­ki­wa­łam głową, pró­bu­jąc nie do­pu­ścić do głosu lek­kiego za­że­no­wa­nia, które ogar­nęło mnie na to wspo­mnie­nie. W dwóch dłu­gich kro­kach po­de­szłam do wy­so­kiej szafki obok te­le­wi­zora i wy­cią­gnę­łam z niej nie­wielką ozdobną tackę. Za­trza­snę­łam drzwiczki i wró­ci­łam do Poppy.

- To ten sam ka­mień, zo­bacz, jest...

- Ja­sno­ró­żowy - do­koń­czyła za mnie i wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie, jest pra­wie biały - od­par­łam i umie­ści­łam go na sto­liku ka­wo­wym tuż przed nią. - Spójrz, kom­plet­nie zmie­nił ko­lor.

Poppy na­chy­liła się nad ozdobną tacką, pod­nio­sła je­den z odłam­ków i od­wró­ciła się w stronę świa­tła, by le­piej wi­dzieć.

- Czy­ta­łam gdzieś, że kwarc traci ko­lor albo ulega znisz­cze­niu, gdy uczu­cie się wy­pa­liło albo zwią­zek nie jest już dla cie­bie do­bry - wy­ja­śni­łam.

- Chloe, prze­cież to nie po­wód...

Uci­szy­łam ją ru­chem dłoni.

- Nie, to nie jest po­wód. - zgo­dzi­łam się. - Ale naj­pierw od­wo­łali nam lot, po­tem bran­so­letka pę­kła, jesz­cze póź­niej w tak­sówce, którą wra­ca­li­śmy, le­ciała pio­senka Ja­mesa Blunta Go­od­bye My Lo­ver, a w miesz­ka­niu, jak od­kła­da­łam pasz­porty do szu­flady, przy­pad­kiem strą­ci­łam ta­lię kart ta­rota.

Pe­ne­lope wes­tchnęła, przy­ło­żyła dłoń do czoła i lekko je po­tarła.

- Za­nim za­czniesz mi do­gry­zać, chcia­ła­bym do­dać, że wszyst­kie upa­dły fron­tami do pod­łogi... Wszyst­kie poza kartą przed­sta­wia­jącą Wieżę...

Poppy na­dal nie wy­glą­dała na prze­ko­naną, więc wes­tchnę­łam i zrzu­ci­łam bombę.

- Wiem, że nie wie­rzysz w ta­kie rze­czy, ale Wieża sym­bo­li­zuje za­koń­cze­nie, zmianę, i to taką, która wy­wraca ży­cie do góry no­gami. Zi­gno­ro­wa­ła­bym to, wszystko przy­pi­sa­ła­bym przy­pad­kowi, gdyby nie to, że część kart wpa­dła pod ko­modę i mu­sia­łam kuc­nąć, by je wy­cią­gnąć. Kiedy zbie­ra­łam je z pod­łogi, zna­la­złam ra­chu­nek od ju­bi­lera...

To w końcu zro­biło na niej wra­że­nie. Jej zie­lo­no­brą­zowe oczy lekko się roz­sze­rzyły, a cała syl­wetka jakby się wy­pro­sto­wała.

- Ze­rwa­łaś z fa­ce­tem, bo chciał ci się oświad­czyć? - za­py­tała gło­sem o kilka oktaw wyż­szym.

- Nie - od­po­wie­dzia­łam słabo, znów wal­cząc z wa­to­klu­chą. - Ze­rwa­łam z fa­ce­tem, bo nie by­łam w nim za­ko­chana na tyle, by po­wie­dzieć "tak", a wszyst­kie znaki na nie­bie i ziemi zda­wały się mó­wić "nie".

Ode­tchnę­łam drżąco i w końcu by­łam w sta­nie znów usiąść obok przy­ja­ciółki. Pod­kur­czy­łam ko­lana i ob­ję­łam je ra­mio­nami, a na mo­ich ple­cach jak na za­wo­ła­nie po­ja­wiła się dłoń, go­towa ścią­gnąć mi z bar­ków wszel­kie cię­żary - na­wet te, które we­dług niej nimi nie były.

- On za­mie­rzał mi się oświad­czyć na tym wy­jeź­dzie. Chyba wie­dzia­łam o tym od po­czątku, gdy tylko po­wie­dział mi o tej po­dróży. Ni­gdy wcze­śniej żad­nej wy­cieczki nie zor­ga­ni­zo­wał sam, czę­ściej wy­jeż­dża­łam w po­je­dynkę niż z nim, co bar­dzo mi pa­so­wało i jakby te­raz na to spoj­rzeć, już samo to wiele mówi o tym związku, ale czu­łam, że to nie bę­dzie taki wy­jazd jak wszyst­kie. Oszu­ki­wa­łam się, że pew­nie so­bie to wkrę­cam i że prze­cież Ol­lie na­prawdę się po­sta­rał, a mi na­wet tak bar­dzo nie prze­szka­dza to, że cały ten wy­pad kom­plet­nie od­biega od tego, co za­zwy­czaj pre­fe­ruję.

Sap­nę­łam zi­ry­to­wana na samą sie­bie.

- Uda­wa­łam, że nie wi­dzę, co się święci, bo do ostat­niej chwili wy­da­wało mi się, że to to... Że to już ten je­dyny i będę miała swoje szczę­śliwe za­koń­cze­nie...

- I mo­głaś je mieć. Nie po­my­śla­łaś, że być może zwy­czaj­nie ob­le­ciał cię strach? Oświad­czyny i mał­żeń­stwo to po­ważna de­cy­zja...

- To nie strach... - za­opo­no­wa­łam.

- W ta­kim ra­zie co? Chloe, kiedy go po­zna­łaś, mó­wi­łaś mi, że jest do­kład­nie taki, jak so­bie wy­ma­rzy­łaś. Twier­dzi­łaś wręcz, że go so­bie wy­ma­ni­fe­sto­wa­łaś. Co się zmie­niło? - wes­tchnęła i lekko po­krę­ciła głową. - Nie za­mie­rzam cię osą­dzać, za­wsze je­stem po two­jej stro­nie, ale mar­twię się, że po­peł­niasz błąd i za ja­kiś czas bę­dziesz chciała po­wrotu, a ten okaże się nie­moż­liwy. Tym ze­rwa­niem zra­ni­łaś was oboje.

- Wiem... - wy­szep­ta­łam, a moje gar­dło znów się za­ci­snęło. - Uwierz mi, że o ni­czym in­nym nie my­ślę - Ol­lie był dla mnie przez dłuż­szy czas do­kład­nie tym, czego szu­ka­łam, a po­tem... - Głos mi się za­ła­mał i mu­sia­łam od­chrząk­nąć, by móc da­lej mó­wić. - Po­tem oka­zało się, że czu­łam co­raz mniej i mniej... Za­czę­łam za­uwa­żać, jak bar­dzo się róż­nimy, i w któ­rymś mo­men­cie mu­sia­łam prze­stać się oszu­ki­wać, że to się uda. Gdy­bym nie zna­la­zła tego ra­chunku, po­je­cha­ła­bym ni­czego nie­świa­doma na uro­cze grec­kie wa­ka­cje, a on, nie daj lo­sie, po­pro­siłby mnie o rękę przy lu­dziach...

Poppy par­sk­nęła ci­cho.

- Zna­jąc cie­bie, zgo­dzi­ła­byś się tylko po to, by nie zro­bić mu wstydu.

- Na bank wła­śnie tak by było, a po­tem za­sta­na­wia­ła­bym się, jak to, kurwa, od­krę­cić tak, żeby nie wyjść na naj­gor­szą sukę świata.

Poppy po­słała mi dziwne spoj­rze­nie. Na tyle dziwne, że mo­men­tal­nie usia­dłam pro­sto, a moje serce zna­cząco przy­śpie­szyło.

- Co?

- Nic, tylko...

Wa­ha­nie Poppy spra­wiło, że zro­biło mi się nieco zbyt duszno.

- No co? Mów i miejmy to z głowy.

Zmarszczki wo­kół jej oczu nieco się po­głę­biły, wy­gięła lekko palce pra­wej dłoni i ode­tchnęła ciężko.

- Pops... prze­ra­żasz mnie... - wy­szep­ta­łam dziw­nie ze­sztyw­nia­łymi ustami.

Pe­ne­lope po­tarła czoło tuż nad li­nią brwi, za­ło­żyła nie­ist­nie­jący ko­smyk za ucho i wresz­cie prze­mó­wiła.

- Spo­tka­łam go wczo­raj i chwilę roz­ma­wia­li­śmy. Nie był w zbyt do­brym sta­nie, wy­pił tro­chę za dużo, pła­kał i zde­cy­do­wa­nie po­trze­bo­wał pod­wózki do domu...

Wcią­gnę­łam z sy­kiem po­wie­trze. Nie mia­łam po­ję­cia, do­kąd zmie­rza ta hi­sto­ria, ale w du­chu li­czy­łam tylko na ewen­tu­alne czysz­cze­nie ta­pi­cerki.

Poppy po­ki­wała głową, przy­brała minę zbi­tego psa, co rów­nież nie wró­żyło zbyt do­brze, i kon­ty­nu­owała:

- Przez całą drogę mó­wił tylko o to­bie, co chwilę spraw­dzał te­le­fon z na­dzieją, że za­dzwo­nisz i wszystko od­wo­łasz. Kilka razy py­tał mnie, czy może z tobą roz­ma­wia­łam, czy coś mó­wi­łaś na jego te­mat, pro­sił, że­bym prze­mó­wiła ci do roz­sądku. Chloe, ja... - za­jąk­nęła się. - Ni­gdy chyba nie wi­dzia­łam ni­kogo tak za­ła­ma­nego... - Za­wie­siła głos, jakby li­czyła, że coś od­po­wiem.

Nie mo­głam. Pod­czas gdy ona pa­trzyła na mnie ze współ­czu­ciem, ja czu­łam, jakby moje gar­dło cał­ko­wi­cie się za­mknęło, prze­szyte igłą bólu prze­wle­czoną grubą ni­cią po­czu­cia winy. Ode­brało mi głos. Moje ra­miona opa­dły, a czu­bek nosa za­szczy­pał, jakby z da­leka mógł wy­czuć nad­cią­ga­jące łzy.

Ale Poppy jesz­cze nie skoń­czyła i cho­ciaż sza­le­nie ce­ni­łam so­bie szcze­rość na­szej re­la­cji i choć sama pro­si­łam, żeby po­wie­działa mi, co wie, z każ­dym jej sło­wem za­czy­na­łam ża­ło­wać co­raz moc­niej, że na wstę­pie nie oznaj­mi­łam, że nie chcę o nim wię­cej sły­szeć. Ale nie by­łam czło­wie­kiem, który ot tak po­tra­fił się od­ciąć, choć bio­rąc pod uwagę, że z nim ze­rwa­łam, tak wła­śnie mo­gło się wy­da­wać. Sie­dzia­łam więc sztywna, jakby każdy z mo­ich mię­śni skur­czył się o pół cen­ty­me­tra, i pró­bo­wa­łam się nie wzdry­gnąć, gdy Poppy do­dała zło­wiesz­czo:

- Są­dzi­łam, że prze­sa­dza, aż tak prze­ży­wa­jąc ze­rwa­nie, ale kiedy odro­binę się uspo­koił, wy­znał, że bab­cia po­da­ro­wała mu pier­ścio­nek, który nie­dawno ka­zał zmniej­szyć z my­ślą o to­bie...

Urwała i znów po­słała mi to dziwne spoj­rze­nie z ukosa, od któ­rego żo­łą­dek pod­jeż­dżał mi do gar­dła. Czyli to na­dal nie był ko­niec? Czy mo­gło być coś gor­szego? I gdy tylko to po­my­śla­łam, po­czu­łam osia­da­jące w żo­łądku wra­że­nie, że wła­śnie wy­wo­ła­łam wilka z lasu. Tym bar­dziej że Poppy zda­wała się dła­wić ko­lej­nymi sło­wami, które za­mie­rzała wy­po­wie­dzieć.

Ja. Pier. Do. Lę.

- Jest coś jesz­cze, prawda? - do­py­ta­łam.

Przy­ja­ciółka to za­ci­skała usta, to je otwie­rała, i tak w kółko. Nie mo­głam tego znieść. By­łam zwo­len­niczką me­tody szyb­kiego od­ry­wa­nia pla­stra. Na­wet je­śli bo­lało. Zwłasz­cza kiedy bo­lało.

- Wy­duś to z sie­bie wresz­cie. - Nie mo­głam wy­trzy­mać peł­nej na­pię­cia ci­szy.

- Chloe on... On ku­pił dla cie­bie... Dla was... Dom.

Pisz­czało mi w uszach, więc z obawy, że nie do­sły­sza­łam, za­py­ta­łam kur­tu­azyj­nie:

- Że co, kurwa, zro­bił?!

Gdyby nogi nie od­mó­wiły mi po­słu­szeń­stwa, być może ze­rwa­ła­bym się z ka­napy jak opa­rzona. Mia­łam jed­nak wra­że­nie, że słowa Poppy były nieco za bar­dzo roz­bu­do­wa­nym za­klę­ciem Drę­twota z Harry'ego Pot­tera, bo do­słow­nie nie mo­głam się ru­szyć.

Poppy, wle­pia­jąc we mnie te swoje oczy­ska, roz­ło­żyła dło­nie w ge­ście pod ty­tu­łem "a co ja mogę" i z całą nie­win­no­ścią, jaką w so­bie miała, od­po­wie­działa:

- Też mnie tym za­sko­czył.

Za­sko­czył ją.

ON.

JĄ.

ZA­SKO­CZYŁ.

Za­sko­czył ją wy­zna­niem o pie­przo­nym pier­ścionku, pier­do­lo­nych za­rę­czy­nach i je­ba­nym domu. A czy ja po­czu­łam za­sko­cze­nie? To mało po­wie­dziane. Te wie­ści w kon­tek­ście ze­rwa­nia i mo­ich prze­sła­nek, które do niego pro­wa­dziły, to była tra­ge­dia. TRA­GE­DIA. Gdyby ktoś wło­żył mi w rękę in­kru­sto­wany szty­let, ubrał mnie w togę i jed­nak wy­słał mnie do tej Gre­cji, to ja­kiś współ­cze­sny So­fo­kles miałby uży­wa­nie.

Tym­cza­sem moje lon­dyń­skie miesz­ka­nie wy­peł­niło się przy­spie­szo­nym bi­ciem mo­jego serca, ude­rze­niami go­rąca i zimna, na zmianę, a mo­men­tami jed­no­cze­śnie, po­wie­trzem zbyt gę­stym, by nim od­dy­chać, i sło­wami, które nie do­cie­rały przez ogłu­sza­jący pisk. To mój mózg pisz­czał, nie mo­gąc prze­two­rzyć tych in­for­ma­cji, a może to by­łam mała ja, ukryta gdzieś głę­boko w środku, która kie­dyś ma­rzyła o bia­łej sukni, domku z ogród­kiem i kimś ta­kim jak Ol­lie.

- Sły­szysz, co do cie­bie mó­wię?

Chłodne dło­nie Poppy na mo­ich po­licz­kach wcią­gnęły mnie z po­wro­tem do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej wo­la­ła­bym ak­tu­al­nie nie prze­by­wać. Oczy przy­ja­ciółki znaj­do­wały się te­raz o wiele bli­żej, do­kład­nie na­prze­ciw mo­ich, a na­sze nosy nie­mal się sty­kały.

- Nie, moje uszy prze­stały funk­cjo­no­wać, kiedy bę­benki wy­bu­chły mi na wieść o za­rę­czy­nach i domu.

Poppy ode­tchnęła z ulgą, prze­wró­ciła oczami i lekko pchnęła dłońmi moją twarz.

- Nie strasz mnie tak, kre­tynko. My­śla­łam, że do­sta­łaś udaru.

- Chcia­ła­bym - od­po­wie­dzia­łam sztywno i zgod­nie z prawdą.

Wsta­łam i ru­szy­łam do kuchni, nie zwa­ża­jąc na to, co po dro­dze dep­czę; tym ra­zem nie pró­bo­wa­łam ucie­kać, pró­bo­wa­łam je­dy­nie nie ze­mdleć. Po­trze­bo­wa­łam wody. Dużo i na­tych­miast. Nie ba­wiąc się w kon­we­nanse, po­chy­li­łam się, od­krę­ci­łam kran, wło­ży­łam pod niego głowę i za­czę­łam chłep­tać łap­czy­wie bez­po­śred­nio ze źró­dła. Przy oka­zji ochla­pa­łam też twarz, która zda­wała się tak go­rąca, że można było usma­żyć na niej jajko.

Ku­pił dom.

Ku­pił pie­przony dom...

- Za­kła­dam, że nie mia­łaś o tym po­ję­cia - za­uwa­żyła Poppy bły­sko­tli­wie.

Od­wró­ci­łam się gwał­tow­nie w jej kie­runku, po­sy­ła­jąc wo­kół ma­leń­kie kro­ple wody.

- Ależ oczy­wi­ście, że wie­dzia­łam, za­re­ago­wa­łam tak je­dy­nie z eks­cy­ta­cji i wdzięcz­no­ści, że mi o tym przy­po­mnia­łaś - od­par­łam, a mój głos brzmiał, jak­bym zja­dła wia­dro żwiru.

Nie za­re­ago­wała na moją sar­ka­styczną od­po­wiedź, po pro­stu stała i pa­trzyła na mnie prze­ni­kli­wym wzro­kiem. W czar­nym gol­fie wpusz­czo­nym w ciemne je­ansy wy­glą­dała ele­gancko i ko­bieco, mimo że był to dość zwy­czajny strój. Ale Poppy na­wet w ju­to­wym worku wy­glą­da­łaby jak ktoś, kto wy­biera się na se­sję zdję­ciową do "Vo­gue'a". W każ­dym jej ru­chu prze­ja­wiała się ta dziwna, ma­gne­tyczna ete­rycz­ność. Na­wet wtedy, gdy mi­ni­mal­nie się prze­chy­liła, by oprzeć się o sto­jącą obok niej lo­dówkę.

- Nie dał ci żad­nych wska­zó­wek co do swo­ich pla­nów?

O dziwo nie od­po­wie­działa rów­nie iro­nicz­nie. Za­ło­żyła ręce na piersi i unio­sła jedną brew. Kor­ciło mnie, by znów nie od­po­wia­dać wprost, ale pa­trząc na nią, czu­łam, że tylko od­wle­kam nie­unik­nione.

- My... eee... nie roz­ma­wia­li­śmy o tym... - wy­mam­ro­ta­łam.

- Nie roz­ma­wia­li­ście o zmia­nie lo­kum? - drą­żyła.

- Nie... To zna­czy nie roz­ma­wia­li­śmy o tym, ale też... My w ogóle nie roz­ma­wia­li­śmy o przy­szło­ści.

Poppy zmarsz­czyła brwi; wie­dzia­łam, co usły­szę, za­nim jesz­cze pa­dło:

- Chcesz mi po­wie­dzieć, że by­li­ście w związku po­nad rok, po dwóch mie­sią­cach za­miesz­ka­li­ście ra­zem, ale nie ga­da­li­ście o przy­szło­ści?

Po­ki­wa­łam głową po­woli, czu­jąc, jak moje po­liczki i szyję ob­lewa ru­mie­niec. Do­sko­nale wie­dzia­łam, jak dzi­wacz­nie to brzmi.

- Prze­cież wiesz, że jak za­czę­li­śmy się spo­ty­kać, nie by­łam go­towa na nic po­waż­nego. Ol­lie sam za­pro­po­no­wał, że mo­żemy po pro­stu miło spę­dzać czas i nie wska­ki­wać do żad­nej szu­fladki...

Gwizd wcią­ga­nego przez Poppy po­wie­trza za­kłuł mnie w uszy. Na­gle moje stopy wy­dały mi się sza­le­nie cie­kawe.

- Prze­cież by­li­ście ra­zem, ofi­cjal­nie...

Czu­łam się jak idiotka i chyba nią by­łam, a już na pewno w oczach mo­jej przy­ja­ciółki, zwłasz­cza po tym, gdy po­wie­dzia­łam:

- Nie do końca. Ni­gdy ofi­cjal­nie nie usta­li­li­śmy, że je­ste­śmy parą, to po pro­stu ja­koś tak wy­szło. Ni­gdy z ust żad­nego z nas nie pa­dła de­kla­ra­cja od­no­śnie do tego, na ja­kim eta­pie jest na­sza re­la­cja, i je­śli mam być szczera, od­po­wia­dało mi, że tak było... Nie lu­bię pre­sji.

Gło­śne pla­śnię­cie ręki ude­rza­ją­cej o czoło zmu­siło mnie do spoj­rze­nia na moją przy­ja­ciółkę.

- Chloe O'Ril­ley, czy ty chcesz mi wła­śnie po­wie­dzieć, że we­dług cie­bie wy na­wet nie by­li­ście w związku?

- N-n-n-nie? - za­prze­czy­łam, choć brzmiało to bar­dziej, jak­bym ją py­tała.

Poppy spoj­rzała w su­fit, wzdy­cha­jąc roz­dzie­ra­jąco, jakby szu­kała po­mocy w nie­bio­sach.

- Co­raz mniej z tego ro­zu­miem - wy­mam­ro­tała, jakby bar­dziej do sie­bie niż do mnie.

- Po pro­stu są­dzi­łam, że do­brze się ra­zem ba­wimy. Nie de­kla­ro­wał się przez cały czas trwa­nia tego z... - Urwa­łam, bo zre­flek­to­wa­łam się, że omal nie po­wie­dzia­łam "związku". - Tej re­la­cji. - Po­pra­wi­łam się, co oczy­wi­ście nie uszło uwa­dze Poppy, ale kon­ty­nu­owa­łam, za­nim miała szansę coś do­dać. - Żadne z nas się nie de­kla­ro­wało. Po­wie­dzia­ła­bym ci, gdyby tak było, wiesz o tym.

Poppy po­ki­wała głową, ale choć tej jed­nej rze­czy była pewna, miała minę, jakby spo­glą­dała wła­śnie na osobę nie­spełna ro­zumu.

- Do­brze. W ta­kim ra­zie skoro żadne z was się nie de­kla­ro­wało, to dla­czego Ol­lie uznał, że to do­sko­nały mo­ment, żeby się oświad­czyć?

- Nie wiem, ty mi po­wiedz! Bo może wczo­raj po­in­for­mo­wał cię też o tym. - Nie chcia­łam tego, ale mój głos zo­stał lekko za­bar­wiony wy­rzu­tem.

- Po­in­for­mo­wał - rzu­ciła tak po pro­stu. - Bie­dak są­dził, że go ko­chasz, że od­wza­jem­niasz jego uczu­cia, tylko nie je­steś zbyt wy­lewna, je­śli cho­dzi o emo­cje.

Jej głos lekko za­drżał na końcu zda­nia, a spoj­rze­nie miała tak wy­mowne, że choć sy­tu­acja była nie­we­soła, aż par­sk­nę­łam.

- Przez wszyst­kie lata, które przy­szło mi się z tobą uże­rać, to jedno mogę po­wie­dzieć na pewno: Chloe, je­śli ist­nieje ktoś, kogo można na­zwać Wy­le­wem Emo­cjo­nal­nym, to je­steś to ty. Zresztą pa­trząc na to, jaki ka­lej­do­skop emo­cji za­pre­zen­to­wa­łaś od mo­mentu, kiedy prze­szłam przez drzwi, nie po­trze­buję ni­czego wię­cej na po­par­cie swo­ich słów.

Miała ra­cję. By­łam ste­reo­ty­po­wym ru­dziel­cem, a ir­landz­kiej krwi za­wdzię­cza­łam nie tylko ko­lor wło­sów, ale i tem­pe­ra­ment.

- Nie ro­zu­miem tylko jed­nego - kon­ty­nu­owała za­my­ślo­nym gło­sem. - Dla­czego po­zwo­li­łaś mu się wpro­wa­dzić i cią­gnę­łaś to tak długo, skoro naj­wy­raź­niej nie za­mie­rza­łaś się de­kla­ro­wać, a już na pewno nie pla­no­wa­łaś prze­cho­dze­nia na wyż­szy le­vel?

Do­piero co roz­ma­wia­ły­śmy o emo­cjach, a le­d­wie skoń­czyła mó­wić i moje oczy znów były pełne łez. Wzię­łam dwa głę­bo­kie od­de­chy, za­nim od­po­wie­dzia­łam.

- Na­prawdę wy­da­wało mi się, że to bę­dzie on, a kiedy opa­dło pierw­sze za­uro­cze­nie, pró­bo­wa­łam oży­wić trupa, by nie po­zwo­lić odejść na­dziei.

Poppy po­krę­ciła głową, wpra­wia­jąc w ruch ta­flę błysz­czą­cych ciem­nych wło­sów.

- A nie po­my­śla­łaś, że być może wcale nie chcesz się ustat­ko­wać? Przez samo prze­czu­cie, że wa­sza re­la­cja mo­głaby się stać po­waż­niej­sza, wzię­łaś nogi za pas...

De­li­kat­nie strzą­snę­łam jej ręce i ru­szy­łam do sa­lonu. Za­czę­łam zbie­rać po­roz­rzu­cane rze­czy, nie my­śląc o tym, że prze­cież po­win­nam się spa­ko­wać. Mo­głam wy­je­chać do ro­dzi­ców o do­wol­nej po­rze. Je­dyne, co mnie go­niło, to świa­do­mość, że zła­ma­łam serce do­brego czło­wieka, ra­niąc przy tym swoje. Te­raz, gdy ten te­mat le­żał mię­dzy mną a moją przy­ja­ciółką roz­grze­bany na do­bre, na­gle prze­stało mi się śpie­szyć.

- A czego niby mo­gła­bym chcieć, Poppy? Awansu, by jesz­cze bar­dziej na­ra­żać swoje ży­cie w gów­nia­nej pracy? Czy może po­wrotu do ro­dzin­nego domu i pu­co­wa­nia ku­fli w pu­bie ro­dzi­ców?

Pod­no­si­łam wła­śnie z pod­łogi po­je­dyn­czą skar­petkę, gdy obok mnie uklę­kła Poppy, dzier­żąc w wy­cią­gnię­tej w moim kie­runku ręce drugą do pary.

- Nie wiem, ja­kim cu­dem za­po­mnia­łaś, że mo­żesz i po­win­naś chcieć wszyst­kiego. Wszyst­kiego, ro­zu­miesz?

Ro­zu­mia­łam, aż za do­brze, bo na­gle wła­śnie tego za­pra­gnę­łam.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki