Związki chemiczne. Algorytm miłości - Susannah Nix

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Trzy lata wcześniej

Melody Gage sprawdziła swój telefon po raz dziesiąty w ciągu pięciu minut.

Nadal nic.

Wzdychając, sięgnęła po szklankę i upiła łyk piwa. W barze było ciepło, a ona miała na sobie skórzaną kurtkę, której nie mogła zdjąć ze względu na wielką dziurę na szwie koszuli biegnącym wzdłuż łopatek.

Poza tym, jeśli zrzuci kurtkę, to będzie to sugerowało, że zostanie tam dłużej niż kilka minut, czego nie miała w planach.

Nie mogła uwierzyć, że aż tak się wysiliła. Włożyła swoją ulubioną skórę, zbyt ciepłą jak na tę pogodę. Była to najładniejsza rzecz w jej szafie, chociaż kupiona w lumpeksie. Zamieniła też martensy na parę uroczych balerinek. I po co to wszystko? Facet nawet się nie pofatygował, żeby przyjść.

Melody poczuła, jak ktoś trąca ją w ramię, zajmując miejsce na sąsiednim taborecie. Spojrzała z nadzieją, ale to nie był Victor.

To nie z nim się umówiła, pochylił się jednak w jej stronę z szerokim uśmiechem.

- Jak leci?

Był młody, mniej więcej w jej wieku, i - podobnie jak wielu innych gości w Cask 'n Flagon - nosił czapkę Red Soxów. Miał na sobie koszulkę, w której mógłby iść na imprezę studencką pod hasłem "Alfonsi i prostytutki", przez co już na starcie stracił kilka punktów. Nie wyglądał jednak aż tak źle. Mogłaby się nawet pokusić o nazwanie go względnie atrakcyjnym.

Szkoda, że czekała na kogoś... kto spóźniał się już kwadrans. Niezbyt obiecujący początek pierwszej randki.

Melody posłała nowemu koledze uprzejmy, ale ostrożny uśmiech.

- Jakoś.

- Jesteś całkiem do rzeczy, wiesz? - odparł, nachylając się jeszcze bardziej.

Koszmar. Melody nie cierpiała słów "do rzeczy" użytych w tym kontekście. Czy można tak określić kobietę, nie wychodząc przy tym na oblecha? Poza tym jego oddech cuchnął czosnkiem. Jednak pas.

- Dzięki, ale czekam na kogoś. - Ponownie zerknęła na swój telefon. Żadnych nowych wiadomości.

- Wiesz, zwykle nie kręcą mnie laski z krótkimi włosami - stwierdził jej towarzysz, wskazując na ciemne włosy Melody obcięte w stylu pixie - ale dla ciebie mógłbym zrobić wyjątek.

Fuj. Oto jej nagroda za wyjście ze swojej strefy komfortu. Powinna była się domyślić, że ten wieczór zakończy się klapą, gdy Victor a) wybrał na ich pierwszą randkę bar sportowy w pobliżu Fenway i b) zasugerował, żeby spotkali się w środku, zamiast po nią przyjechać.

Zgodziła się tylko dlatego, że rozpaczliwie chciała zerwać z rutyną. Desperacko pragnęła zrobić coś - cokolwiek - innego niż poświęcenie kolejnego sobotniego wieczoru nauce w akademiku albo pracy w laboratorium komputerowym.

I sami zobaczcie, jak na tym wyszła.

- Musisz wiedzieć, że jesteś bardzo do rzeczy - ciągnął niedoszły mistrz podrywu, niezrażony brakiem jej reakcji. - Pewnie ciągle to słyszysz od facetów, co?

"GDZIE CIĘ WCIĘŁO?" - napisała do Victora, stukając kciukami w wyświetlacz telefonu.

Victor nawet jej się zbytnio nie podobał. Byli partnerami na zajęciach z chemii, ale jedyne iskry, jakie między nimi przeskakiwały, to te nad palnikiem Bunsena.

Największą jego zaletą pozostawało to, że w ogóle zaprosił ją na randkę, o co żaden inny facet się nie pokwapił. Tylko on jeden okazał jej chociaż cień zainteresowania od początku studiów.

Jak usłużnie przypomniała jej współlokatorka, Melody nie całowała się z nikim od czasu tamtego faceta z dołkiem w brodzie podczas tygodnia zapoznawczego, który po wytrzeźwieniu nawet jej nie pamiętał.

Nie żeby Melody przesadnie zabiegała o zainteresowanie kolegów. Prawie cały swój czas dzieliła pomiędzy naukę i pracę, by opłacić tę część czesnego, której nie pokrywało stypendium.

Studia w MIT1 okazały się wyzwaniem, chociaż do tej pory nauka szła jej jak z płatka. Przez całe życie zawsze była w czołówce. Sęk w tym, że pozostali studenci MIT również byli najlepsi w swoich klasach. Melody musiała pracować dwa razy tyle, aby utrzymać się pośrodku stawki.

Nie podobało jej się to. Chciała znowu znaleźć się na szczycie. Albo przynajmniej blisko szczytu. A jeśli miała to przypłacić kilkoma imprezami, to trudno. Mała strata.

Tylko że... teraz, pod koniec pierwszego roku studiów, dotarło do niej, że reszta jej znajomych wychodziła na miasto, poznawała innych, sypiała z kim popadnie, zakochiwała się, zrywała i zakochiwała znowu, a ona tylko siedziała z nosem w książkach. Jej koledzy i koleżanki mieli na koncie różne doświadczenia.

Jeśli Melody szybko czegoś nie zmieni, to za trzy lata ruszy w świat z tytułem licencjata i obyciem towarzyskim godnym licealistki. Doszła do wniosku, że powinna włożyć nieco wysiłku w rozwijanie swoich umiejętności życiowych, a nie tylko akademickich.

I tak oto wylądowała w barze, nagabywana przez studenciaka, który cuchnął na kilometr dezodorantem Axe i desperacją.

Jej nowy kolega nachylił się jeszcze bliżej, przyciskając ramię do jej ramienia, i wydmuchnął kolejną chmurę czosnkowego oddechu prosto w jej twarz.

- Co taka dziewczyna jak ty robi tu sama?

- Czekam na kogoś - powtórzyła Melody przez zaciśnięte zęby. Wyciągnęła szyję, omiatając wzrokiem grupkę ludzi tłoczących się przy drzwiach, na wypadek gdyby Victor jednak przyszedł.

- Dziewczyna taka jak ty nie powinna być sama. Może dotrzymam ci towarzystwa, dopóki nie przyjdzie twój przyjaciel?

- A może jednak nie?

- Co pijesz? Ja stawiam.

- Nie chcę...

- Jeszcze raz to samo! - krzyknął do barmana, kompletnie ją ignorując. Jakby mówiła do ściany.

- Nie trzeba - zwróciła się do barmana. - I tak tu nie zostanę.

Serio, chrzanić Victora. Nie zamierzała czekać ani sekundy dłużej.

- Hej, dokąd to? - zaprotestował oblech, chwytając ją za ramię, gdy zsuwała się z hokera.

Melody wyrwała mu się i obróciła na pięcie, żeby uciec z baru - i wylądowała twarzą w męskim torsie. Zaskoczona, spojrzała w górę, w parę olśniewająco niebieskich oczu należących do bardzo wysokiego i przystojnego faceta.

- O raju - wymamrotała.

- Przepraszam za spóźnienie, skarbie! - Przystojniak uśmiechnął się do niej, prezentując dołeczki w policzkach, i ścisnął jej ramię, jakby się znali.

Melody wpatrywała się w niego z otwartymi ustami. Na bank nigdy wcześniej go nie widziała. "Co tu się odwala?"

Kiedy nachylił się, by pocałować ją w policzek, była tak oszołomiona, że wciąż stała jak wryta. Tylko że zamiast ją pocałować, zatrzymał usta przy jej uchu i szepnął:

- Udawaj, że mnie znasz, jeśli chcesz się go pozbyć.

Aaa. No jasne, z miłą chęcią, jeśli to miało spłoszyć oblecha.

Zarzuciła nieznajomemu ramiona na szyję i przytuliła się do niego z przesadnym entuzjazmem. Miał umięśnione plecy i pachniał fantastycznie, jak kosmicznie drogi las sekwoi. Niewykluczone, że tuliła się do niego trochę dłużej, niż to było konieczne.

- Gdzie się podziewałeś, misiu-pysiu? - zapytała słodko.

Przechylił głowę, a gdy się uśmiechnął, w kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki.

- Cóż, brzoskwinko, widocznie pomyliłem miejsce, w którym mieliśmy się spotkać.

- Masz szczęście, że jesteś taki przystojny, głuptasku. - Zaśmiała się sztucznie, wymierzając mu żartobliwego kuksańca w ramię. Objęła palcami jego bicepsy - jego twarde jak stal bicepsy - i pociągnęła go w stronę wyjścia.

Kiedy się stamtąd ulatniali, przystojniak posłał oblechowi groźne spojrzenie z gatunku "nie zarywaj do mojej dziewczyny", a ten zaczął się wycofywać z rękami uniesionymi w geście "wybacz, stary, nie miałem nic złego na myśli". Oczywiście. Palant nie chciał przyjąć jej odmowy, ale gdy tylko upomniał się o nią inny facet - jakby była jego własnością - wyciągnął białą flagę i grzecznie zniknął ze sceny. Co za dupek.

Oczywiście była wdzięczna przystojniakowi za tę interwencję. Ale też mogła wpaść z deszczu pod rynnę. Tak więc, gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem wzroku oblesia przy barze, Melody puściła jego ramię i zrobiła duży krok do tyłu, odsuwając się prawie na metr.

Jej wybawca wsunął ręce do kieszeni kraciastych szortów, ustępując czteroosobowej grupie, którą kelnerka właśnie prowadziła do stolika. Miał na sobie mokasyny i koszulkę polo z postawionym kołnierzykiem, niczym model z reklamy Ralpha Laurena.

- Wszystko w porządku? - Zmarszczył brwi, zerkając na jej ramię. - Ten koleś chyba nie zrobił ci krzywdy, prawda? - Miał zadziwiająco życzliwe spojrzenie jak na kogoś, kto ubierał się jak dupek z prywatnej szkoły.

- Nic mi nie jest. - Melody zacisnęła dłonie w pięści, powstrzymując się od roztarcia ramienia w miejscu, w którym tamten palant ją ścisnął. - Dzięki za pomoc.

- Może odwiozę cię do domu? - Po czym, jakby właśnie zdał sobie sprawę, jak to zabrzmiało, dodał szybko: - Albo wezwę taksówkę?

Melody potrząsnęła głową. Miała na sobie dziurawą koszulę i kurtkę z lumpeksu - nie było jej stać na taksówkę.

- Dzięki, poradzę sobie. - Wróci do domu na piechotę, tak jak tu dotarła.

- W porządku - odparł. - Skoro tak wolisz.

- Wolę.

Chłopak skinął głową i zaczął się oddalać w głąb restauracji, nie próbując jej podrywać i nie oczekując, że odwdzięczy mu się za pomoc. Hm. Najwyraźniej nie wszyscy rycerze wymarli.

W tym momencie zabrzęczał jej w dłoni telefon. Victor wreszcie odpisał.

Sorry, coś mi wypadło.

Świetnie. Cudownie. Doskonale.

- Hej! - zawołała, biegnąc za przystojniakiem. - Zaczekaj.

Odwrócił się, unosząc pytająco brwi. Piaskowe włosy opadły mu na czoło; odgarnął je, uśmiechając się do niej. W policzkach zrobiły mu się wtedy urocze dołeczki. Melody zawsze miała fioła na ich punkcie. Nie mogła się im oprzeć.

Głęboko zaczerpnęła powietrza, ignorując uczucie, jakby w jej żołądku biegało stado chomików. Musiała tylko do niego zagadać. Poradzi sobie. To nie była żadna fizyka kwantowa.

Tylko coś znacznie gorszego. Z fizyką kwantową poradziłaby sobie śpiewająco. Rozmowy z przystojniakami - to dopiero ją onieśmielało. Zwłaszcza z niebiańsko pachnącymi, zdrowo umięśnionymi uosobieniami rycerskości.

Z głośników buchały dźwięki Flo Ridy, gdy grupka ludzi w koszulkach Soxów wcisnęła się pomiędzy Melody a urocze dołeczki, próbując się dostać do baru. Melody przedarła się przez nich, rozpychając się łokciami i rzucając krzywe spojrzenia na prawo i lewo, aż w końcu stanęła tuż przed nim.

- Jak masz na imię? - Przy swoim metrze sześćdziesięciu siedmiu wzrostu Melody może nie była niska, ale on wystarczająco nad nią górował, więc i tak musiała odchylić głowę, by na niego spojrzeć, gdy stali tak blisko siebie.

- Jeremy.

- Cóż, Jeremy, chyba jestem ci winna drinka.

Potrząsnął głową i grzywka ponownie opadła mu na czoło.

- Nie jesteś mi nic winna. - Przeczesał sobie dłonią włosy. - Ale jeśli proponujesz mi coś z własnej, nieprzymuszonej woli... - Znowu ten łobuzerski uśmieszek. Jak on śmiał być aż taki seksowny? Ten jego uśmiech nie powinien sprawić, że miękną jej kolana, a jednak zmiękły. Zresztą nie tylko one.

- Nie rozpędzaj się tak - odparła, nie potrafiąc opanować radości. - To tylko drink, nic więcej.

Znowu przechylił głowę, co zaczynało jej się cholernie podobać. Do tego jeszcze te oczy, nieziemsko błękitne, skoro już zdążyła im się przyjrzeć z bliska. Lazurowe, jak w odcinku Z Archiwum X o facecie, który hipnotyzował ludzi wzrokiem.

- Nie powiedziałaś, jak masz na imię - zauważył Jeremy, patrząc na nią tymi niesamowitymi oczami.

- Melody - odparła, starając się udawać, że to dla niej całkowicie normalna sytuacja. Jakby bez przerwy stawiała drinki seksownie uśmiechniętym facetom z rozkosznie opadającymi na czoło włosami.

Jeremy uśmiechnął się do niej jeszcze szerzej.

- W takim razie przyjmuję twoje zaproszenie, Melody.

Rozdział 2

W ciągu następnej godziny Melody dowiedziała się o Jeremym następujących rzeczy:

1. Pochodził z Los Angeles.

2. Niedawno wyleciał z Syracuse, drugiej uczelni, z której został wyrzucony w ciągu czterech lat (pierwszą był Uniwersytet Browna).

3. Zamiast przyznać się do tego rodzicom, postanowił spędzić weekend w Bostonie, u jednego z kumpli studiujących na miejscowym uniwerku.

4. Był bogaty. Niewiarygodnie bogaty.

5. Nie mieli z Melody absolutnie nic wspólnego.

*

- Jaki film ostatnio widziałaś? - zapytał Jeremy, sięgając po butelkę piwa.

Siedzieli przy stoliku w najdalszym kącie Cask 'n Flagon, oddając się jednej z tych gier na przełamanie lodów, w której ludzie zadają sobie na zmianę pytania.

- Księżniczka Mononoke - odparła Melody, akurat gdy od strony baru dobiegły ich okrzyki radości. Widocznie podczas meczu Red Soxów transmitowanego na wszystkich ekranach wydarzyło się coś ekscytującego. Nie siedziała naprzeciwko żadnego z nich, więc nie była w stanie stwierdzić co, ale wiwaty zagłuszały buczenie, więc pewnie Boston wygrywał.

Jeremy rzucił okiem na telewizor wiszący za jej głową, a potem szybko przeniósł spojrzenie z powrotem na nią.

- Nigdy o nim nie słyszałem.

Gra w pytania była pomysłem Melody, którego już zaczynała żałować. Coraz dobitniej uświadamiała sobie, jak wiele ich dzieli.

- To taka japońska kreskówka.

Jeremy zrobił kwaśną minę.

- Anime?

- Tak, ale film jest niesamowity. Serio.

Chyba go nie przekonała.

- Skoro tak mówisz. A jaki był ostatni film, który widziałaś w kinie?

- W dalszym ciągu Księżniczka Mononoke, podczas festiwalu filmów Miyazakiego. - Melody sięgnęła po szklankę piwa, które kupiła dzięki fałszywemu dowodowi osobistemu. Siedziała nad nim od ponad godziny, więc było letnie i smakowało coraz gorzej, podobnie jak reszta wieczoru. - Ostatni program telewizyjny, który oglądałeś?

- Czy Monday Night Football się liczy?

- Nie, tylko programy oparte na scenariuszu.

Jeremy odgarnął włosy z czoła, zastanawiając się nad odpowiedzią. Gdy tylko cofnął rękę, grzywka opadła z powrotem. Powinien się pilnie wybrać do fryzjera.

- Jak się nazywa ten serial o kujonie i jego seksownej sąsiadce?

Melody się skrzywiła.

- Teoria wielkiego podrywu?

- O właśnie.

Jakżeby inaczej. Serial, który uczynił z ludzi takich jak ona obiekt żartów, jakby już samo istnienie osoby lubiącej matematykę i fantastykę naukową było czymś przezabawnym. Serial promujący stereotypowy obraz "nieśmiałego kujona spotykającego seksowną laskę" w połączeniu z mitem, że superbohaterowie z komiksów są wyłącznie domeną przejaskrawionych geeków, a nie jednym z najpopularniejszych zjawisk popkultury.

- Ostatnia książka, którą przeczytałeś dla zabawy? - zapytała, zmieniając temat, chociaż to nie była jej kolej.

Jeremy pokręcił głową.

- Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Właściwie to nie czytam dla przyjemności.

Jasne, że nie. A biorąc pod uwagę jego akademicką przeszłość, prawdopodobnie nie czytał też po to, żeby się czegokolwiek nauczyć.

Jeremy uniósł brwi.

- O rany, masz mnie teraz za totalnego głąba!

- Wcale nie! - zaprotestowała Melody, oblewając się rumieńcem.

Jeremy roześmiał się, a w kącikach jego oczu znowu pojawiły się zmarszczki.

- Kompletnie nie umiesz kłamać, wiesz?

- Mogę ci tylko przyznać rację - odparła, odwzajemniając uśmiech.

*

- No więc dlaczego MIT? - zapytał Jeremy, gdy wyczerpali już większość tematów z popkultury i przeszli do tych bardziej osobistych. - A nie Harvard albo inna szkoła dla bystrzaków?

Melody upiła łyk piwa. Byli już przy drugiej kolejce opłaconej czarną kartą AmEx Jeremy'ego.

- MIT najlepiej kształci w dziedzinie, która mnie interesuje.

- Czyli...?

- Informatyce. - Wodziła opuszkami palców po sercu krzywo wyrytym w blacie stołu. Obok znajdowała się uśmiechnięta buźka, która szczerze mówiąc, wyglądała dość demonicznie. - A dlaczego ty wybrałeś Browna?

Jeremy wzruszył ramionami.

- Nie wybrałem. Mój tata tam studiował i załatwił mi miejsce. - Starał się to powiedzieć beztrosko, ale sposób, w jaki zacisnął palce na butelce, świadczył o czymś przeciwnym.

- Nie chciałeś tam iść?

- Tak naprawdę w ogóle nie chciałem studiować. - Ponownie wzruszył ramionami. - Nie obchodziło mnie, dokąd pójdę.

Melody odchyliła się na oparcie krzesła i oparła przedramiona na stole, obejmując dłońmi szklankę.

- I co teraz?

- Nie wiem. Ojciec pewnie mnie zatrudni w swojej firmie.

- Musi być miło mieć wszystko na wyciągnięcie ręki, bez wysiłku - rzuciła kwaśno.

- Chyba tak - mruknął Jeremy.

Sięgnął po piwo i upił solidny łyk. Paznokcie miał obgryzione do żywego i Melody zastanawiała się, jaki powód do stresu może mieć osoba prowadząca tak bezproblemowe życie jak on.

- A nie jest?

Jeremy poprawił się na krześle, przesuwając dłońmi po udach.

- Wiem, że mam szczęście, okej? Nie próbuję udawać, że posiadanie pieniędzy jest męczące. Po prostu... nikt nigdy nie zadał sobie trudu, by zapytać mnie, co naprawdę chcę robić. Wszyscy oczekują, że będę podążać ścieżką wyznaczoną przez rodziców. Trudno się tym ekscytować, to wszystko.

- No więc co chcesz robić w życiu? - zapytała Melody, skoro inni o tym nie pomyśleli.

Jeremy potrząsnął głową i wlepił wzrok w stół.

- W sumie to nawet nie wiem. Czy to nie żałosne? Nie mam, kurwa, pojęcia, czego chcę, i chyba właśnie na tym polega problem. - Spojrzał w górę, a gdy ich oczy się spotkały, Melody poczuła przebiegający po plecach dreszcz. Jeremy patrzył na nią w taki sposób, jakby była jedyną osobą w całym lokalu. - A ty wiesz, czym chcesz się zająć?

Wiedziała to od dziesiątego roku życia, gdy dostała swój pierwszy komputer, stary model Compaq Presario używany wcześniej przez przyjaciółkę jej mamy.

- Chcę zostać programistką.

- Dlaczego?

- Bo mam smykałkę do komputerów. Uwielbiam rozwiązywać łamigłówki i zagłębiać się w kodzie. Bo to dobrze płatna branża, w której wciąż potrzeba nowych rąk do pracy, więc nie będę musiała walczyć o przetrwanie, tak jak moja mama przez całe życie.

- Czym się zajmowała?

- Zapytaj raczej, czego nie robiła. Pracowała jako kasjerka, kelnerka, kosmetyczka, sprzedawczyni. Imała się różnych zajęć, goniąc za swoją wielką szansą, która jakoś nigdy nie nadeszła.

Jeremy skinął głową, jakby doskonale rozumiał tę sytuację, chociaż nie było to możliwe.

- A twój tata?

- Nigdy go nie poznałam. Dał nogę, gdy dowiedział się, że mama jest w ciąży.

- Współczuję.

Melody wzruszyła ramionami.

- Trudno tęsknić za kimś, kogo nigdy nie było.

Jeremy pochylił się w jej stronę, ściągając brwi.

- Nigdy o nim nie myślisz? Nie zastanawiasz się, jak mogłoby wyglądać twoje życie, gdyby z wami został?

- Nieszczególnie. - Ucieczka nie świadczyła o wybitnych zdolnościach rodzicielskich. Kimkolwiek był jej ojciec, Melody doszła do wniosku, że lepiej sobie poradzi bez niego. Chociaż przyjemnie byłoby dostawać alimenty.

- Przepraszam, jeśli jestem zbyt wścibski.

- W porządku - odparła, machając ręką. Naprawdę jej to nie przeszkadzało.

Po przyjeździe do Bostonu starała się nie mówić o swoim pochodzeniu. Większość studentów MIT wywodziła się z zamożniejszych domów i miała lepiej wykształconych rodziców, a Melody nie chciała wyróżniać się na ich tle jako biedaczka, której matka nie ukończyła nawet szkoły średniej. Nie czuła jednak żadnego dyskomfortu, rozmawiając z Jeremym, chociaż pochodzili z różnych środowisk. Może dlatego, że mieli się nigdy więcej nie spotkać, więc nie musiała się przejmować tym, co sobie o niej myśli.

Jeremy przekrzywił głowę i posłał jej kolejny olśniewający uśmiech.

- I tym sposobem wylądowałaś w MIT, robiąc dokładnie to, o co ci w życiu chodzi.

Miał tak promienny uśmiech, że Melody rozbolały oczy od patrzenia na niego. Spuściła wzrok i zaczęła ścierać kciukiem krople wody ze szklanki.

- Chyba tak.

Jeremy sięgnął przez stół i dotknął jej ramienia. Poczuła na skórze dotyk jego miękkich, ciepłych palców.

- Godne podziwu - stwierdził. - To ty wzbudzasz podziw.

Bogaci i przystojni faceci tacy jak on nie powinni być aż tak uprzedzająco mili. Melody nie wiedziała, co z tym fantem zrobić. Poza tym nigdy nie umiała przyjmować komplementów. Instynktownie chciała zaprzeczyć, ale od jakiegoś czasu próbowała zwalczyć w sobie ten nawyk. Najchętniej schowałaby głowę w piasek i udawała, że komplementu nie usłyszała.

- Chyba nigdy w życiu nie byłem w niczym dobry - dodał żałośnie. - Ty za to masz prawdziwe szczęście.

Czy to nie szaleństwo? Koleś z funduszem powierniczym o wartości miliona dolarów uważał Melody za szczęściarę. Roześmiałaby się w głos, ale wydawał się całkowicie szczery, jakby naprawdę zależało mu na tym, żeby mu uwierzyła.

I, o dziwo, zrobiła to.