2
Deacon
Sally wzdycha urzeczona, wydaje stłumiony okrzyk, pokrętła na jej butli tlenowej poskrzypują, gdy spogląda tęsknie na telewizor.
- Dobry Boże. Pozwoliłabym temu mężczyźnie jeść krakersy w moim łóżku. Z mojego nagiego ciała - oświadcza z podziwem, czyniąc wolną ręką znak krzyża.
Zdaje się, że nie można by być gorszą katoliczką niż ona.
Dansby Swanson uśmiecha się z telewizora, nieświadomy, że tym samym zapewne przybliża moją osiemdziesięciopięcioletnią sąsiadkę do grobu.
Kręcę głową ze śmiechem.
- Dlaczego krakersy?
- Czy tarzałeś się kiedyś po krakersach na prześcieradle w środku nocy? - pyta, mierząc mnie gniewnym spojrzeniem.- Uwierz mi, musiałbyś naprawdę lubić te ciasteczka, żeby wygrały z tymi wrażeniami.
- Wierzę ci na słowo.
- Wiesz... - Zawiesza głos i pochyla się na fotelu, zanim zacznie mówić dalej: - Właściwie to trochę go przypominasz.
- No dobrze, droga pani, dość już pochlebstw na dziś. I sprawdź swój poziom tlenu. Coś ci się zwiduje.
- Co? Musisz przyznać, Deacon, że włosy macie podobne.
- Powstrzymam się na razie od umieszczenia cię w zakładzie. Ale Sal, coś ci powiem. Gdybyś zadzwoniła do tego agenta ubezpieczeniowego, tak jak ci mówiłem, to może nie musiałbym ciągle naprawiać tego wszystkiego. Musimy zreperować to na dobre. Ja staram się jak mogę, ale nie jestem hydraulikiem.
- Hydraulik, elektryk... Obaj grzebią w bebechach.
- Zgodnie z tą logiką mógłbym dorabiać na boku jako gastroenterolog i mieć do dyspozycji dość kasy, żeby zająć się tym jak należy, Sal. - Jestem też generalnym wykonawcą, ale mam wrażenie, że problem z rurami mnie przerasta, zarówno jeśli chodzi o umiejętności, jak i finanse.
Sally ustawia podnóżek swojego fotela i przymyka oczy, próbując znowu złapać oddech. Na ten widok mnie również ściska coś w piersi.
Wydaje się, jakby to było wczoraj, kiedy pojawiłem się przy bramie od podwórka, porośniętej splątanym pnączem z nazbyt kolorowymi kwiatami, których widok zdawał się mnie obrażać, tak bardzo kontrastowały z moim ponurym nastrojem pełnym nastoletniego niepokoju.
Przeprowadziliśmy się do Kalifornii zeszłej zimy i byłem cholernie wkurzony, że spędzę swoje pierwsze lato w złotym stanie z babunią i jej geriatrycznymi przyjaciółkami. Rozwiały się moje marzenia o baseballu i spływie rzeką z laskami w skąpych bikini. Zastąpił je obraz trzech staruszek uprawiających rabaty kwiatowe przed domem przy zdecydowanie nieseksownych rykach lwów morskich niosących się od wody.
Jednak mama chciała być w to lato sama. Chciała uciec i poczuć się choć przez chwilę jak człowiek po odejściu taty, zamierzała zająć się tylko sobą. Rozumiałem to nawet jako osiemnastolatek. Mój starszy brat, idealny książę z bajki, przeniósł się na uczelnię na wschód kraju, bo dostał pełne stypendium. Podczas gdy ja zmierzałem donikąd.
I prawie się stąd nie ruszałem. Spędzałem czas, krążąc między babunią i kempingiem, gdzie mieszkaliśmy i gdzie także pracowałem.
Niesamowite jednak, jak bardzo się myliłem co do tego lata. Jak okazało się pełne wrażeń. Także w dziedzinie bikini. Ale też czegoś znacznie ważniejszego. Może i brakowało baseballu, ale była siatkówka na plaży, niemal codzienne wałęsanie się po Pałacu Neptuna, przedłużona o parę miesięcy młodość - i nawet trochę dojrzałości pod koniec.
To lato stało się dla mnie tak przełomowe, że odtąd patrzyłem na każde inne całkiem inaczej. Radosne okrzyki dobiegające z kolejki górskiej przypominają mi głos zamkniętej w sobie dziewczyny z długimi jak do nieba nogami i równie długimi czarnymi włosami. Lody rożki za każdym razem smakują jak pierwszy raz z nią. Jak drżące, po omacku szukające dłonie, zamglone szyby samochodu, ostre docinki, a po nich słodkie pocałunki. Każda zatłoczona plaża z przyjezdnymi, czy to w dżinsowych wdziankach, czy stale na bosaka, zawsze przenosi mnie mentalnie do tamtego lata. Przypominają mi się smutek, gniew, zagubienie. I trudny związek z dziewczyną, która była naprawdę z wyższej ligi i nigdy nie omieszkała mi o tym przypomnieć.
I znowu nachodzi mnie pragnienie, by dostać od życia coś więcej, choć nie wiem sam, czym to jest ani jak to osiągnąć.
Myliłem się też co do staruszek. Te trzy kobiety miały w sobie więcej życia niż my, młodzi. Babcia i Cece już nie żyją i jedynym, co pozostało takie samo w tym rozlatującym się domu, jest ta przeklęta brama i Sal.
Tłumaczę sobie, że to pierwszy weekend, kiedy jest gorąco jak w lecie, i stąd te myśli, stąd to uporczywe wracanie do przeszłości. Zawsze napominam się tak samo i zazwyczaj wydaje się to prawdą. I zawsze jest z tym lepiej po Święcie Pracy.
Niechby to była jesień, zima, do diabła, nawet wiosna. Kiedy wszystko wydaje się lżejsze, dużo spokojniejsze. Kiedy łatwo jest parkować, kiedy park rozrywki jest albo nieczynny, albo otwiera się tylko w weekendy, a ja mogę zapełnić dni pracą, kiedy utknę w czymś, co nieuchronnie już minęło, z wyjątkiem upału.
- Dzwoniłam do tego agenta - informuje mnie Sal, która wreszcie złapała oddech. - Niczego tu nie tkną. Odpowiada za to właściciel, tak powiedzieli.
Uch.
- Świętej pamięci Cece i Hel, ten sztach jest dla was - dodaje, zanim zrobi małe przedstawienie, pociągając ze swojej butli z tlenem.
- Coś dziś jesteśmy uduchowieni - mruczę pod nosem.
- Coś nowego w tej sprawie? - pyta.
Wiem, o co jej chodzi.
- Jeszcze nie, Sally - burczę. - Wkrótce się skontaktuję.
Dopada mnie wspomnienie chwili, gdy zobaczyłem jej nazwisko obok mojego na niezliczonych stertach dokumentów. Przez ten drobiazg przeżyłem dziwny wstrząs.
To jedyna łącząca nas jeszcze nitka, która budzi we mnie leciutką ciekawość. Chciałbym wiedzieć, co słychać u LaRynn i co myśli o tej sytuacji, jakie ma plany. Mimo że nasze babcie pozostały razem aż do śmierci, ona nigdy tu nie wróciła - przynajmniej o ile mi wiadomo. Od ostatniego razu, kiedy ją widziałem osiem lat temu, nie dała żadnego znaku, że to miejsce ją obchodzi. Zawsze spotykała się z Cece i babunią gdzieś indziej, mimo ich stanu zdrowia zawsze zmuszała je, żeby do niej przyjeżdżały.
Na samą myśl, że mam się do niej zbliżyć i prosić ją o podpisy... Tylko ja się o nie tu troszczyłem. To ja pomagałem im w chorobie, żałobie i przylatywałem tu nawet, ilekroć nie potrafiły się połapać z pieprzonym telewizorem. Fakt, że muszę teraz prosić ją o pozwolenie na cokolwiek, działa mi na nerwy.
Ale będę to musiał wkrótce zrobić. Czynsz Sal ledwie starcza na zapłacenie podatków od nieruchomości, poza tym ten dom to skarbonka bez dna.
Kiedy wyobrażam sobie rozmowę z LaRynn, zawsze wpadam w męczący wir rozważań, co już samo w sobie jest wystarczająco nieznośne. A to wszystko jeszcze zanim naprawdę z nią porozmawiałem. Mimo to wciąż się zadręczam, rozważając, co ona sądzi. Co ona czuje w związku z tym wszystkim? Ciekawe, czy ta namiętna dziewczyna, którą ledwie poznałem, wyrosła na kobietę, która wie, czego chce, czy nie. Śmieszne. Śmieszne i denerwujące, że wciąż mam taką karuzelę myśli, jeśli o nią chodzi.
Odkręcam jednocześnie kran i prysznic, by się upewnić, że wszystko działa. Chcę w ten sposób odgonić niespokojne przeczucia. Woda znów płynie ciurkiem, więc wołam do Sal, by ją powiadomić, że wszystko funkcjonuje jak trzeba.
Robi gest, jakby zamierzała wstać i odprowadzić mnie, ale kładę jej rękę na ramieniu, żeby sobie nie robiła kłopotu.
- Dziękuję ci, kochany - mówi ze smutnym uśmiechem.
- Potrzebujesz jeszcze czegoś, zanim pójdę?
- Tylko żebyś wychodząc, podkręcił głośność. Już się zaczął ten wakacyjny cyrk.
To wtedy zwracam uwagę na zgiełk klaksonów i wrzaski przenikające przez zamknięte okna. Zanim wyjdę, pogłaśniam muzykę, żeby to zagłuszyć.
Nastała pora roku, kiedy nawet miejsca dostępne tylko dla mieszkańców przejmują turyści. Ludzie jeżdżą w kółko przez całe wieki, próbując znaleźć parking, i za każdym okrążeniem rośnie w nich gniew. W tej części wybrzeża lato wydaje się zaczynać w maju, a kończy się zwykle w sierpniu.
Chyba jednak tym razem ktoś naprawdę wszystkich wkurzył. Przemierzam podwórko, a litania przekleństw pomiędzy rykami klaksonów przybiera na sile z każdym moim krokiem.
- LaRynn, wracaj do samochodu! Ale już! - przebija się nad hałasem, a ja się potykam.
Nieee...
Musiałem się przesłyszeć. Wyobraźnia znów ze mną pogrywa.
Rzucam torbę z narzędziami i ostrożnie otwieram bramę. Trąbienie i krzyki trwają, a ja stawiam kroki z trudem, jakbym brnął pod wodą. Skręcam za róg po drugiej stronie budynku i chłonę wzrokiem rozgrywającą się przede mną scenę.
Pośrodku ulicy przed obładowanym SUV-em z uchylonymi drzwiami od strony pasażera stoi jasnowłosa kobieta i próbuje kierować ruchem.
Wędruję wzrokiem wzdłuż płotu, który oddziela chodnik od bocznego podwórka, by, a jakże, utkwić go w czyjejś głowie. To ktoś odwrócony do mnie tyłem z burzą czarnych, długich do pasa loków. To śmieszne, te włosy - tak obfite i niepraktyczne. Stale na to narzekała, a jednak teraz ma ich jeszcze więcej niż wcześniej. Bo tak, to oczywiście ona. Prostuje się i gdybym jeszcze nie był pewien, czy to ona, to fantastyczne nogi rozwiałyby wszelkie wątpliwości. Przy wzroście stu osiemdziesięciu centymetrów w wieku lat osiemnastu onieśmielała, a teraz jej uroda wprost rzuca na kolana. Ale wtedy ona kopie skrzynkę z kwiatami, a ja omal nie krzyczę, zbyt wcześnie zdradzając swoją obecność. Te skrzynki to jedna z niewielu rzeczy, które są w przyzwoitym stanie, a ona je kopie, jakby była jakąś cholerną właścicielką tego miejsca. Smarkula.
Och... No właśnie.
- Wciąż nie rozumiem, czemu ze wszystkich rzeczy, które przytargałaś, musiałaś zapomnieć akurat klucza! - krzyczy z irytacją jej przyjaciółka.
- Gdzieś tu musi być. Zawsze zostawiają klucz, żeby otworzyć garaż, zawsze! - odkrzykuje LaRynn.
- Może dziesięć lat temu zostawiały - mówię i powstrzymuję uśmiech, który ciśnie mi się na usta, kiedy ona odwraca się gwałtownie i patrzy na mnie.
Otwiera szeroko oczy i usta. Szybko jednak się opanowuje.
- Deacon. - Chłodno kiwa głową.
Cieszę się, że nie bawimy się w uprzejmości.
- Larry - odpowiadam, na co ona natychmiast prycha i przewraca oczami.
Dwie sylaby - tyle wystarczyło, żeby ją rozzłościć, i teraz już nie umiem powstrzymać uśmiechu.
- Czyli chyba nadal jesteś dupkiem?
- A ty chyba nadal księżniczką. Co tam, że to pierwszy wakacyjny weekend, gdy jest szczególnie tłoczno. Niech wszyscy spierdalają ze swoimi planami i miejscami do odwiedzenia, bo tobie nie chce się szukać miejsca do parkowania?
- Szukałyśmy go przez czterdzieści pięć minut!
- I po czterdziestu pięciu minutach zasady i przepisy ruchu drogowego już cię nie obowiązują?
- To on? - krzyczy z ulicy przyjaciółka.
LaRynn stanowczo kiwa głową i gniewnie rusza w stronę samochodu.
- Jaki wysoki! - dodaje tamta.
- To ja! - odkrzykuję radośnie. - Deacon!
- Miło cię poznać! - odpowiada tamta, machając do mnie.
LaRynn coś powarkuje, a potem wskakuje do samochodu i zatrzaskuje drzwi.
- No dobra, zaparkujemy tylko i wracamy! - woła przyjaciółka, a potem sadowi się za kierownicą i rusza.
Nie mogę się doczekać, myślę, wciąż uśmiechnięty.