Związek, sex praca, otoczenie i szczęśliwe życie razem, to możliwe? - Sylwia Stołtny


Reflow text when sidebars are open.
Coraz więcej młodych ludzi decyduje się na nieformalne związki. Razem mieszkają, podróżują, zakładają firmy, biorą kredyty, rodzą dzieci, ale małżeństwo? Co to, to nie! Wygląda na to, że życie bez ślubu to nie moda, ale trwała tendencja. Z czego wynika? Z wygody czy trzeźwego osądu? Niedojrzałości młodych czy z ich racjonalnego podejścia do życia?
Agata (34 lata) i Jerome (40 lat), czyli precz z fikcją
Przestronne, nowocześnie urządzone mieszkanie w starej kamienicy na Mokotowie. Agaty. Jerome ma swoje w Paryżu. Właśnie szykują się do urlopu na Teneryfie. Jerome (właściciel firmy informatycznej w Paryżu) jedną ręką pakuje walizkę, drugą miesza kaszkę dla rocznego Jasia. - Nadrabia zaległości, bo widzi synka co dwa tygodnie - śmieje się Agata (menedżerka w dużej firmie konsultingowej w Warszawie). Najbliższe trzy tygodnie spędzą razem i będzie to dla całej trójki prawdziwe święto. W ogóle każde ich spotkanie jest świętem. Na co dzień Agata z Jasiem mieszkają w Warszawie, Jerome w Paryżu.
Jak długo są razem? Agata zastanawia się dłuższą chwilę. 14, może 15 lat? Nie brali ślubu, to i nie ma pretekstu do liczenia. Wakacyjna szalona miłość, która według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinna szybko się skończyć. Dlatego na początku w ogóle nie rozmawiali o ślubie. Nie wiedzieli, czy będą razem miesiąc, rok, może dwa, a już nawet przez myśl im nie przeszło, że zostaną długodystansową parą. Zostali i dalej nie widzą potrzeby legalizowania związku. Bo po pierwsze - wylicza Agata - mieszkają na odległość i na razie to się nie zmieni, więc ślub byłby czystą fikcją. Po drugie, Agata pochodzi z rozbitego domu. Była wtedy dzieckiem, ale pamięta doskonale traumę związaną z rozwodem rodziców. Krzyki, płacz mamy, rozprawy w sądzie, walka o alimenty. Obserwowała także małżeństwa kuzynów i znajomych. Scenariusz zawsze był podobny: huczny ślub, kilka sielankowych miesięcy, a potem skakanie sobie do oczu, czasami rozstanie. Gdy więc dorosła, postanowiła: małżeństwo nie wchodzi w grę, przenigdy, trudno potem się rozwieść. Teraz myśli inaczej. Nie zakłada, że się rozwiodą, raczej - że będą ze sobą całe życie. Ale jest też przekonana, że związek formalny tego nie utrwali.
Trzeci powód jest pragmatyczny. Agata, ilekroć ma podjąć jakąś decyzję, zadaje sobie pytanie: "Po co?". Po co dokładać sobie kolejnych spraw, które i tak sobie dokłada? Ale bierze je sobie na głowę dlatego, że chce, że ją interesują. Ślubu nie chce, nie ma dla niej żadnej wartości dodanej. A już najbardziej mierzi ją sama myśl, że miałaby chodzić po kościołach, prosić księży, spowiadać się, że ma już dziecko. Owszem, jest wierząca, a nawet praktykująca, ale po swojemu.
Twierdzą zgodnie, że narodziny synka nic a nic nie zmieniły w ich stosunku do małżeństwa. Agata nie ma poczucia, że wstrzymując się od podpisania formalnego aktu, wyrządza Jasiowi jakąś krzywdę. Owszem, przyjście na świat dziecka postawiło ich w nowych rolach, są nie tylko partnerami, ale matką i ojcem, poznali się od innej strony, inaczej układają sobie codzienne życie, tak naprawdę cały świat im się przewartościował. Ale nadal liczy się dla nich treść, czyli to, co ich łączy, a nie forma. I to jest bodaj najważniejszy powód kontestowania formalnego związku. Agata zżyma się, kiedy słyszy: "Jeżeli mężczyzna kocha, to prosi o rękę i wspólnie ogłaszają światu, że są razem". - My nie musimy ogłaszać tego światu, ogłosiliśmy to sami sobie. Może taki gest coś robi innym ludziom, mnie nie robi nic. Walczymy o związek cały czas. To nie jest tak, że wzięliśmy ślub i już niech to się toczy. Co za różnica, czy ten papierek jest, czy go nie ma.
Agata się nie zgadza, że z papierkiem trudniej wyjść ze związku. Guzik prawda. Był kiedyś taki moment, że chciała zerwać z Jerome'em, bo miała dosyć związku na odległość. I co? Wcale nie było jej łatwo tego zrobić. A nawet musi przyznać, że było koszmarnie trudno. Jerome nie odpuszczał, ale to nie on jej udowodnił, że powinni być razem. Sama sobie udowodniła, że to jest ktoś, bez kogo nie może żyć. Zwraca uwagę na jeszcze jeden powód wstrzymywania się od ślubu: - Nikt na nas w tej sprawie nie naciska. Rodzice Jerome'a mają to gdzieś. Moja mama swoje przeszła. Cieszy się z wnuka i z tego, że jestem teraz szczęśliwa. A co będzie potem? Obydwie dobrze wiemy, że każdy związek może się wypalić, takie jest życie. Dlatego dla mnie bardzo ważne są też: praca, samowystarczalność, niezależność finansowa. Na razie nie jest źle. Dobrze zarabiam, stać mnie na nianię i wyjazdy do Paryża. Jerome poczuwa się do odpowiedzialności i jak trzeba coś kupić, na przykład wózek, to kupuje. Finansuje też wakacje i większe rodzinne inwestycje. Ale nie liczymy, co kto i ile wniósł. Nie zawieszamy się na sobie, jesteśmy razem, bo chcemy, a nie dlatego, że z jakichś powodów musimy. Małżeństwa kojarzą mi się z określeniami: "posiąść kobietę", "pojąć ją za żonę". Dla mnie brzmi to tak, jakby kobieta stała się zakładnikiem mężczyzny, jego własnością. A ja nie mam najmniejszego zamiaru odgrywać takiej roli.
Jerome uśpił Jasia, przygotowuje kolację. Co myśli o ślubie? To samo co Agata. No, może z tą różnicą, że widzi pewne pozytywne strony formalnego związku. Na przykład taką, że wiadomo, kto po kim co dziedziczy, że płaci się mniejsze podatki. Ale w sumie wszystko można uregulować. Po chwili dodaje z uśmiechem: - Pewnie kiedyś weźmiemy ślub.
Agata: - Jak załatwisz wszystkie formalności, to nie ma sprawy, bo ja nie mam zamiaru użerać się z urzędnikami. Ale ten fakt na pewno niczego między nami nie zmieni. Na pewno nie na lepsze, a boję się, że może na gorsze. Więc po co to robić?
Joanna (27 lat) i Marcel (29 lat), czyli żyć po swojemu
Modne wegańskie bistro w centrum Warszawy, pora lunchu. Joanna, radczyni prawna, zamawia zupę z soczewicy i nastawia budzik w Iphonie. Za godzinę musi być w pracy (znana kancelaria prawnicza).
- Moje życie jest uporządkowane jak w wojsku - śmieje się. - Wstaję codziennie o 6.30, potem jogging, lekkie śniadanie i o 9.00 praca. Bywa, że do domu wracam o 22.00, najczęściej o 19.00. Czasem pracuję nawet w weekendy. Ale coś za coś. Nieźle zarabiam, mogliśmy więc z Marcelem wziąć kredyt na mieszkanie i samochód, stać nas na podróże, które są naszą pasją.
Joanna mówi to spokojnym głosem, w którym słychać dumę. Zanim powie o powodach jej awersji do instytucji małżeństwa, musi zacząć od rodzinnego domu. Pochodzi z lubelskiej wsi, z wielodzietnej rodziny (dwa plus pięć). Od dziecka wiedziała, że nie chce żyć tak jak mama. Czyli siedzieć w domu, a tak naprawdę od rana do nocy tyrać. Sprzątać, gotować, zajmować się dziećmi, znosić fanaberie ojca, jego wieczne rozkazywanie, zaglądanie do kieliszka. Nie, nie bił mamy, ale pomiatał nią, szydził z niej, terroryzował ją psychicznie, a to według Joanny jest o wiele gorsze od przemocy fizycznej. Nie może zrozumieć, dlaczego mama, mimo że odchowała dzieci, nadal trwa w tym związku i dalej jest całkowicie zależna od ojca. Na jej prawnicze oko wygląda to jak ubezwłasnowolnienie, bo mama musi się prosić o każdą złotówkę, sama nie podejmuje żadnej decyzji, nie ma prawa nawet zagłosować w wyborach tak, jak chce. Małżeństwo rodziców uświęcone sakramentem to związek władcy i niewolnicy. - Jak po tym wszystkim, na co się napatrzyłam, chcieć zostać mężatką? - pyta retorycznie.
Nie myśli więc o małżeństwie, choć znają się z Marcelem pięć lat, a rodzice zarówno jej, jak i jego każdą rozmowę zaczynają od pytania: "Kiedy ślub?". "Jeszcze nie pora", odpowiadają. A kiedy ta pora nadejdzie? Może nigdy. Bo właściwie do czego im ten ślub potrzebny? Mieszkają razem, w dodatku we własnym mieszkaniu, na które zaciągnęli kredyt. Wspólnie, bez żadnych problemów, banki wręcz prześcigają się w ofertach skierowanych do młodych i nie wymagają papieru z urzędu stanu cywilnego, dla banków liczą się przede wszystkim zarobki. - No a pożyczka bardziej wiąże niż sakrament - mówi całkiem poważnie Joanna. - Zwłaszcza ta duża sprawia, że nie można tak z dnia na dzień się rozstać, choć bez przesady, rozstanie ze wspólnym kredytem wcale nie jest jakoś szczególnie trudne. Moja przyjaciółka właśnie przez to przechodzi. Odeszła od partnera, a kredyt razem z mieszkaniem wzięła na siebie. Będzie go spłacać z nowym chłopakiem.
Joanna widzi coraz więcej pozytywów życia bez ślubu. Już sam ten fakt sprawia, że w związku utrzymuje się ekscytujący dreszczyk emocji, owa niezbędna nuta niepewności, która każe ludziom bardziej się o siebie starać.
A z korzyści bardziej praktycznych? Odpadają astronomiczne wydatki na ślubną ceremonię. W razie rozstania nie trzeba włóczyć się po sądach. A kiedy pojawi się dziecko, samotna matka może liczyć na wiele przywilejów, choćby na miejsce dla dziecka w żłobku i przedszkolu. - Mam jedno życie i chcę je przeżyć po swojemu, czyli bez ślubu. Taki związek daje mi wszystko, czego potrzebuję od relacji z mężczyzną: poczucie wolności i przynależności. A w dodatku mogę w pełni rozwijać się zawodowo, realizować swoje pasje. To chyba całkiem spora nagroda za odwagę niepoddawania się presji otoczenia - kwituje Joanna.
Alina Glutek 27 czerwca 2022
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego. (Fot. iStock)Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.
Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta "schizofrenia" bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie - ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.
Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: "Co ty mi zrobiłeś?!". No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.
Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.
Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.
Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: "O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!". Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.
Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki "nieoficjalne". Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa - można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.
Katarzyna Miller20 czerwca 2022
Miłość nam się nie przydarza. To od nas zależy, w kim się zakochujemy - mówi psycholożka Maria Rotkiel. Dlaczego jednak wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie "to"?
Co psychologia sądzi o miłości od pierwszego wejrzenia?
Że to pewne nadużycie. Miłość to dojrzałe uczucie, stan, na który składa się szacunek do drugiej osoby, zaufanie, intymność. Takie uczucie potrzebuje czasu, musi dojrzeć, stać się bardziej stabilne, co nie znaczy nudne. Miłość jest też świadoma. Wiemy, co kochamy i co dzięki miłości możemy zaakceptować w drugiej osobie, a co może być dla nas trudne. Miłość jest odporna na wahania. To znaczy - mogę być zła na swojego partnera, bo mnie czymś zdenerwował, mogę mieć do niego żal, ale nadal go kocham. Miłość nie wyklucza trudnych chwil i emocji. Poza tym są rożne jej odcienie: kochamy rodziców, dzieci, przyjaciół, partnera. W tym ostatnim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element - erotyka. Dlatego nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, ale możemy mówić o zauroczeniu, oczarowaniu drugą osobą. To się zdarza, jeśli podczas pierwszego spotkania ujrzymy człowieka takim, jakim naprawdę jest. Nie takim, jakim chcemy go widzieć. Widzimy jego rozbrajający uśmiech, swobodny sposób bycia, bawi nas żart, jaki opowiedział, a na dodatek prowadzi psa, a my uwielbiamy ludzi, którzy kochają zwierzęta... Każda z nas ma takie cechy i wątki, którymi łatwo podbić jej serce. Przy czym zauroczenie może być świadome. Podobnie jak dalsze etapy: zakochanie i miłość.
W powszechnym przekonaniu zakochanie jest stanem oszołomienia. A miłość to narkotyk.
Rozumiem, że może tu chodzić o fascynację, przyjemność, jaką dają środki odurzające, ale miłość to też odpowiedzialność, świadomość - a to ma się nijak do narkotyków. To fałszywe przekonanie bierze się chyba stąd, że osoby zakochane są rzeczywiście lekko odurzone, odporne na stres, sen, głód, a nawet ból. Badania neurologiczne i psychiatryczne potwierdzają, że nasz mózg inaczej funkcjonuje, kiedy jesteśmy zakochani. Wydziela endorfiny i inne substancje, które zwykle wydziela w sytuacjach ekscytacji albo kontaktu z substancją, od której jesteśmy uzależnieni. Każdy, kto był zakochany, wie, że w tym stanie potrzebujemy stałej bliskości z drugą osobą i każda rozłąka jest bolesna. W stanie zauroczenia zaczyna się, a w stanie zakochania podtrzymuje ograniczona zdolność poznawcza. W terapii poznawczo-behawioralnej mówimy wtedy o filtrowaniu poznawczym, czyli: nie widzisz całego kontekstu, tylko wybrane elementy. Warto o tym pamiętać i nie poddawać się stanowi euforii i odurzenia.
Da się to zrobić?
Da, ale trzeba się postarać. Podstawowym pytaniem, jakie trzeba sobie zadać, jest to, czy widzę prawdziwe cechy partnera, czy moją fantazję na jego temat. Pielęgnujmy uważność na to, co zawsze było dla nas istotne, by stan zakochania nie wywrócił do góry nogami naszego życia. Skoro jestem umówiona z przyjaciółką, to idę, nie odwołuję spotkania, bo chciałabym teraz spędzać każdą chwilę tylko z nim. Przecież i jemu, i mnie dobrze zrobi taka krótka rozłąka. Można pilnować swojej trzeźwości myślenia. Co nie znaczy, że mamy się nie cieszyć zakochaniem. To najcudowniejszy stan!
To ważne, co mówisz, bo kobiety często narzekają, że pojawia się facet i jako przyjaciółki idą w odstawkę. Ale kiedy on zawodzi, pierwszą myślą jest sięgnąć po telefon i się wyżalić. Przyjaciółka może powiedzieć: "Teraz to ja nie mam dla ciebie czasu".
Myślę, że prawdziwa przyjaciółka tak nie zareaguje, ale może być zła i pełna żalu. Niech powie: "Przykro mi, że nie miałaś dla mnie czasu, ale jestem dla ciebie, skoro mnie potrzebujesz". To naturalne, że kiedy jesteśmy zakochane, na pierwszy plan wysuwa się obiekt naszych uczuć, ale dbajmy o to, by nie przerodziło się to w uzależnienie. Im bardziej jesteśmy świadome siebie, asertywne i nie myślimy, że partner jest wyznacznikiem naszej wartości, tym większe szanse, że zbudujemy zdrowy, fajny związek, a nie toksyczny. Dlatego tak ważne jest przygotowanie, nawiązanie dobrego kontaktu z samą sobą. Jeśli powiem sobie: "Mam fajne życie, świetne przyjaciółki, dobrą pracę i jestem otwarta na nowe znajomości" - nie ma ryzyka, że się pogubię. Każde uzależnienie jest autoagresywne, a w wypadku uzależnienia od drugiej osoby - także agresywne, przemocowe. Bo gdy jestem uzależniona, jestem zazdrosna, despotyczna, inwigilujaca, pełna niepokoju i lęku, które przerzucam na partnera.
W książce "Nas dwoje" piszesz, że to kobiety mają większą tendencję do takiego zatracania się. Z czego to wynika? Z biologii?
Większą odpowiedzialność zrzuciłabym na społeczne stereotypy i role. Samotny mężczyzna po czterdziestce jest singlem, a kobieta - w XXI wieku w samym środku Europy - jest nadal postrzegana jako stara panna. Można się spotkać też z takimi opiniami, że ona jest nieszczęśliwa, że przegrała życie. To ogromnie krzywdzące. Dlaczego miarą kobiety ma być tylko to, czy jest w związku i czy ma dzieci? Dobrze, że się to zmienia, choć powoli. Zaczynamy dostrzegać, że kobieta może się spełniać na wielu płaszczyznach: macierzyństwa, małżeństwa, ale też pracy czy pasji. I to jest indywidualny wybór każdego człowieka.
Ale mówimy też, że miłość nie wybiera. Kochamy drani, macho, Piotrusiów Panów...
Przyjrzyjmy się temu, co to znaczy, że zakochałam się w draniu. Że nie przerobiłam lekcji, jaką dało mi życie, że jestem autoagresywna, powtarzam przemocową sytuację z przeszłości, być może nawet z dzieciństwa. Dziecko alkoholika wiąże się z alkoholikiem, dziecko z domu przemocowego wiąże się z osobą, która też stosuje przemoc - w psychologii powszechnie znany jest przymus powtarzania. Często przyciągają nas cechy, które nas krzywdzą, ale to my je WYBIERAMY - czasem mniej, czasem bardziej świadomie. Miłość nam się nie przydarza, to od nas zależy, w kim się zakochujemy. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim poprzednim związkom i relacjom w rodzinie. Jeśli w przeszłości była przemoc, było uzależnienie, to myślę, że takie przepracowanie nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty. Jako dzieci, aby się obronić, zawsze wybieramy jedyny dostępny nam sposób reakcji, czyli zwykle unikanie konfrontacji, wyparcie. Bo dziecko nigdy nie wygra w pojedynku z dorosłym. Co nie znaczy, że dziecięce zachowania mamy powtarzać w dorosłym życiu. Powinniśmy wypracować dorosłe reakcje. Jeśli ktoś mnie krzywdzi, nie pozwolić mu na to, stanąć do konfrontacji.
I na scenę znów wraca przyjaciółka - to ona zwykle jako pierwsza zauważa coś, co jej się nie podoba w naszym związku, ale jak to powiedzieć, zwrócić uwagę? Skoro my jesteśmy zamroczone.
Ja w takich sytuacjach podpowiadam sposób komunikacji, jaki stosuje się w terapii. Nieoceniający, bezpieczny i motywujący do refleksji. Pytamy, nie stwierdzamy. Jeśli moja przyjaciółka opowiada, że on jest taki fascynujący, troskliwy i czuły, kończąc: "Wiesz, kiedy po niego przyjechałam, on spytał, czy nie jestem głodna, bo może skoczylibyśmy do tej knajpki obok", to mogę zareagować tak: "Słuchaj, a czy zauważyłaś, że to często ty po niego przyjeżdżasz?". I to już będzie dla niej bardzo trudne. Nie mówię: "A co to za facet, który sam do ciebie nie może przyjechać?!", to będzie oceniające. Nawet jeśli przyjaciółka odpowie: "Oj, ty to się zawsze do czegoś przyczepisz", zostaw to tak, niech w niej zakiełkuje.
A jeśli ona pyta wprost: "Co o nim sądzisz?"?
Ja zaczęłabym tak: "Przede wszystkim cieszę się, że jesteś szczęśliwa i zakochana". Potem, jeśli nie mam o nim dobrego zdania, najpierw zadałabym sobie pytanie, co wywołuje mój sprzeciw, niepokój. Na przykład zaniepokoiło mnie to, że podczas spotkania on mówił tylko o sobie. Dlaczego mnie to niepokoi? Bo martwię się, że okaże się egoistą. Dopytuję dalej. Czy jest coś, co potwierdziło moje obawy, albo coś, co im przeczy? Jestem wielką zwolenniczką takiej właśnie pracy ze sobą. Chodzi o poszerzenie perspektywy poprzez pytania, które pomagają mi ujrzeć pełniejszy kontekst. Tak pracuję ze swoimi klientami, ale i ze sobą. Wracając do naszego przykładu, po głębokiej analizie możemy podzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką, ale mówmy o odczuciach, nie ferujmy wyroków.
Jedna sprawa to sytuacja, w której on nie jest taki, jak nam się wydawał. A gdy to my gramy kogoś innego?
To jest największa pułapka, w jaką wpadamy w związkach. Czym innym jest chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony, czym innym udawanie kogoś, kim nie jestem. Po pierwsze, strasznie się tym umęczymy - niewiele z nas jest w stanie funkcjonować na dłuższy czas nie w swojej skórze. Po drugie, mężczyźnie może się to spodobać, ale pytanie, w kim się on zakochuje? Bo na pewno nie we mnie. I na czym buduje tę relację? Na kłamstwie. A to z góry skazuje ją na niepowodzenie. Wcześniej czy później to, jaka jestem naprawdę, wyjdzie na jaw. I im bardziej to, kogo udawałyśmy, będzie odbiegało od prawdy, tym większe rozczarowanie i złość partnera. Każda z nas ma fantastyczne cechy - i to na nich budujmy pierwsze wrażenie. Oczywiście są w nas rzeczy, nad którymi wolałybyśmy popracować, i o nich też będzie musiał się dowiedzieć. Niekoniecznie na pierwszej randce. Nie ma sensu mówić: "Muszę cię uprzedzić, że jestem straszną bałaganiarą", on i tak to zauważy w miarę rozwoju relacji. Może widząc artystyczny nieład w naszym mieszkaniu, zapyta: "Ty chyba nie lubisz sprzątać?". Nie zaprzeczaj, ale dodaj: "Tak, ale za to świetnie gotuję". (śmiech)
Po czym poznać, czy jesteśmy zakochani, a po czym, że już kochamy?
Zakochujemy się "ponieważ", kochamy "pomimo". Zakochanie to troska o siebie, miłość to troska o drugą osobę. To są dwie podstawowe różnice. Moment przejścia od zakochania do miłości jest moim zdaniem jednym z piękniejszych w życiu, wręcz metafizycznym. Miłość pozwala być z kimś, mimo że nas czasem zawodzi, rozczarowuje czy wkurza. Zdolność do miłości dojrzałej jest powodem do dumy i źródłem satysfakcji.
Zakochanie - czy będzie z tego miłość?
Niektórzy nie są jednak w stanie wyjść poza fazę zakochania.
Bo są uzależnieni od zakochania, tak zafascynowani tym stanem, że nie potrafią przekształcić go w głębsze uczucie. Moim zdaniem to przejaw niedojrzałości, egocentrycznego dbania o pewien poziom pozytywnych emocji i nieumiejętność konfrontowania się z trudnościami. Dla nich bezpieczeństwo i stabilizacja to rutyna, nuda. Tymczasem rutyna jest wtedy, kiedy nie chce nam się już starać. Są też osoby, które boja się zakochania. Sabotują związki dobrze rokujące, bo nie chcą dać się rozwinąć uczuciu w obawie, że później je stracą. Myślę, że jednym i drugim trudno będzie sobie z tym poradzić bez pomocy kogoś z zewnątrz.
A co, jeśli obiekt naszych uczuć lub fascynacji nie odpowiada nam tym samym?
Radzenie sobie z sytuacjami, gdy ktoś nam mówi "Lubię cię, ale nic więcej", to tak naprawdę radzenie sobie ze stratą. Tracimy w życiu wiele rzeczy: pieniądze, majątek, pracę, bliskich ludzi. To naturalne, że pojawiają się frustracja i smutek, ale one miną i znów otworzymy się na nowe. To klasyczny proces żałoby, czyli: wyparcie, złość, szukanie winnego, smutek i zwrot ku przyszłości. Pozwólmy sobie przejść przez te wszystkie etapy. I pogratulujmy sobie, że jesteśmy w stanie się zakochać, zafascynować kimś, że świat jest pełen mężczyzn, którzy mogą nam zapaść głęboko w serce. Walczmy z tym, co czasem nas dopada, czyli przekonaniem, że nie ma już fajnych facetów. Są i już nie mogą się doczekać, by nas spotkać.
Joanna Olekszyk2 maja 2022
Bywa, że zakocham się w mężu przyjaciółki. To się zdarza. Jednak co dalej zrobię z tym uczuciem? W jakie czyny je przekuję? Powiem dość radykalnie: jeśli bliska kobieta nie bierze pod uwagę moich uczuć, mojego dobra i idzie za zauroczeniem, to nie była przyjaciółką - mówi psychoterapeutka Maria Zembrzuska-Peche.
Przez jakiś czas jest między przyjaciółkami porozumienie, radość; wspieramy się, troszczymy o siebie. I nagle wydarza się coś, co nas dzieli, i przyjaźń się kończy. Pozostajemy rozczarowane, a czasem wręcz cyniczne; czy ta kobieca przyjaźń to aby nie przereklamowana sprawa.
Tak naprawdę mierzymy się tu z własnymi trudnościami w zaufaniu bliskiej osobie. Odczuwamy strach przed otwartym, szczerym byciem przede wszystkim ze sobą, ponieważ nie znamy i boimy się siebie. Nie jesteśmy ze sobą naprawdę blisko. A wtedy swoje nieuświadomione, wyparte części projektujemy na przyjaciółkę: "To nie ja zawiodłam, to ty!".
Ale przyjaciółki naprawdę zawodzą! Ileż znamy historii kobiet, które "odbierają" przyjaciółce męża, chłopaka, narzeczonego. Przyjaciółka? Rywalka, rzecz jasna.
Przyjaźń jest rodzajem miłości. Miłość to wybór, decyzja: wybieram cię na przyjaciółkę. Co to dla mnie znaczy? Jeśli naprawdę wybieram, to znaczy, że pragnę twojego dobra. Razem budujemy bliskość, zaufanie, wpuszczamy siebie nawzajem do swoich domów, do naszego życia. Odsłaniamy się. Może się zdarzyć, że zakocham się w mężu przyjaciółki. To się zdarza. Jednak co dalej zrobię z tym uczuciem? W jakie czyny je przekuję? Powiem dość radykalnie: jeśli bliska kobieta nie bierze pod uwagę moich uczuć, mojego dobra i idzie za zauroczeniem, to nie była przyjaciółką. Oczywiście, mężczyźni nie są zabawkami, które możemy przekazywać sobie z rąk do rąk. Inicjatywa może pochodzić od mężczyzny, jednak zawsze mamy wybór i nie musimy przyjmować tego zaproszenia.
Miłość odbiera rozum?
Jeśli odbiera, jeśli uczucia nas porywają, jeśli to "ten jedyny i nic nie można na to poradzić", to wskazówka, że więź jest niewłaściwie rozwinięta. Każda z nas może pokochać wiele osób; bliskość, poznanie, obecność przeradzają się w miłość. Obezwładniające zakochanie to pułapka, która nas uwodzi, obiecuje coś, czego nie jest w stanie dać. Mówimy o takiej "miłości", że jest ślepa, i rzeczywiście taka jest - rujnuje zaufanie, które można by budować w przyjaźni z bliską kobietą. Rujnuje wszystkich zaangażowanych w to, co się dzieje.
Pułapki kobiecej przyjaźni to także nasze gry w lepszą-gorszą. Ja jestem lepsza, bo mam faceta. A ja, bo mam dzieci. Ja robię karierę. Ja za to jestem najlepszą na świecie matką. I tak dalej, i tak dalej. Zazdrość, przepychanki, gra o ważność, która ma rację, która wie lepiej. Jak to męczy, dzieli, osłabia.
Albo: tobie jest lepiej! Jak możesz narzekać, zobacz, co dzieje się ze mną! Mnie współczuj! Ja, ja, ja! Tu dochodzimy do kolejnej pułapki: brak równowagi w relacji. My, kobiety, mamy duże możliwości dawania: czasu, uwagi, zrozumienia, empatii, wielogodzinnego wysłuchiwania o problemach, dramatach, żalach. W końcu jednak możemy się zorientować, że przyjaciółka tylko płacze, tylko bierze, ale nic nie daje. Im więcej dajemy, tym ona bardziej nie ma. Nasze wysiłki i starania nie powodują, że jej się poprawia; ze zdziwieniem zauważamy, że przyjaciółka opowiada w kółko to samo. Bycie jedynie uchem, które wszystko przyjmuje, zaczyna nas wyczerpywać. W końcu mówimy, co widzimy: "Sama tworzysz te żale, złości, problemy, zobacz, krzywdzisz siebie...". Jeśli przyjaciółka to usłyszy i weźmie pod uwagę, możemy zacząć tworzyć równorzędną relację.
To próba dla przyjaźni.
Więź umacnia się poprzez wyzwania, trudne doświadczenia. Często mamy jednak jednostronne wyobrażenie o przyjaźni: "Ty mnie tylko słuchaj, daj mi mówić!". Gdy przyjaciółka stwierdza: "Ale ja już nie jestem w stanie ciebie słuchać!", trzeba się zatrzymać, przyjąć to jako dar przyjaźni. Relacja zamiera, jeśli nie ma w niej równowagi, wymiany, przepływu życia.
Tu kolejna pułapka: "Skoro jesteś moją przyjaciółką, słuchaj, co ci radzę, i rób, jak mówię!".
Możemy powiedzieć: "Tak to widzę, to, co mówisz, budzi we mnie właśnie takie emocje, postąpiłabym w ten sposób, jednak nie jestem tobą, nie żyję twoim życiem i nie wiem, co mogłoby być najlepsze dla ciebie". Każda z nas dokonuje samodzielnych wyborów i będzie ponosić ich konsekwencje, to oczywiste.
Co jest darem kobiecej przyjaźni?
Dojrzewanie. Dojrzewamy w przyjaźni. Staramy się, aby dla każdej z nas była szansa na rozwój, żeby płynęła z tym, co wydarza się w naszym życiu. Przyjaciółka to skarb, bogactwo. Poprzez bliską relację z kobietą poznajemy siebie, swoje unikalność, piękno. Stajemy się coraz bardziej siebie świadome, ponieważ odzwierciedlamy się w sobie nawzajem, dzielimy przecież wspólny kobiecy los. Budowanie przyjacielskiej więzi to nie jest jednak doraźna sprawa; wymaga czasu, uwagi, cierpliwości, współczucia, akceptacji, zaufania. Przyjaźń niekoniecznie musi kończyć się jakimś wydarzeniem. Czasem po prostu drogi przyjaciółek rozchodzą się w sposób naturalny, ponieważ zmienia się sytuacja życiowa i kontakty zamierają. Trzeba się z tym pogodzić, bo przecież więź pozostaje, miłość pozostaje. Prawdziwa przyjaźń wspiera i wzmacnia przez całe życie, nawet gdy przyjaciółki nie ma już obok.
Renata Arendt-Dziurdzikowska1 kwietnia 2022
To od nas zależy, w kim się zakochujemy - mówi psycholożka Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie "to"?
Co psychologia sądzi o miłości od pierwszego wejrzenia?
Że to pewne nadużycie. Miłość to dojrzałe uczucie, stan, na który składa się wiele komponentów: szacunek do drugiej osoby, zaufanie, intymność. Takie uczucie potrzebuje czasu, musi dojrzeć, stać się bardziej stabilne, co nie znaczy nudne. Miłość jest też świadoma. Wiemy, co kochamy i co dzięki miłości możemy zaakceptować w drugiej osobie, a co może być dla nas trudne. Miłość jest odporna na wahania. To znaczy - mogę być zła na swojego partnera, bo mnie czymś zdenerwował, mogę mieć do niego żal, ale nadal go kocham. Miłość nie wyklucza trudnych chwil i emocji. Poza tym są różne jej odcienie: kochamy rodziców, dzieci, przyjaciół, partnera. W tym ostatnim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element - erotyka.
Dlatego nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, ale możemy mówić o zauroczeniu, oczarowaniu drugą osobą. To się zdarza, jeśli podczas pierwszego spotkania ujrzymy człowieka takim, jakim naprawdę jest. Nie takim, jakim chcemy go widzieć. Widzimy jego rozbrajający uśmiech, swobodny sposób bycia, bawi nas żart, jaki opowiedział, a na dodatek prowadzi psa, a my uwielbiamy ludzi, którzy kochają zwierzęta... Każda z nas ma takie cechy i wątki, którymi łatwo podbić jej serce. Przy czym zauroczenie może być świadome. Podobnie jak dalsze etapy: zakochanie i miłość.
W powszechnym przekonaniu zakochanie jest stanem oszołomienia. A miłość to narkotyk. Zakochanie a miłość - gdzie leży granica?
Rozumiem, że może tu chodzić o fascynację, przyjemność, jaką dają środki odurzające, ale miłość to też odpowiedzialność, świadomość - a to ma się nijak do narkotyków. To fałszywe przekonanie bierze się chyba stąd, że osoby zakochane są rzeczywiście lekko odurzone, odporne na stres, sen, głód, a nawet ból. Badania neurologiczne i psychiatryczne potwierdzają, że nasz mózg inaczej funkcjonuje, kiedy jesteśmy zakochani. Wydziela endorfiny i inne substancje, które zwykle wydziela w sytuacjach ekscytacji albo kontaktu z substancją, od której jesteśmy uzależnieni. Każdy, kto był zakochany, wie, że w tym stanie potrzebujemy stałej bliskości z drugą osobą i każda rozłąka jest bolesna. W stanie zauroczenia zaczyna się - a w stanie zakochania podtrzymuje - ograniczona zdolność poznawcza. W terapii poznawczo-behawioralnej mówimy wtedy o filtrowaniu poznawczym, czyli: nie widzisz całego kontekstu, tylko wybrane elementy. Warto o tym pamiętać i nie poddawać się stanowi euforii i odurzenia.
A to da się zrobić? Czy można w jakiś sposób kontrolować to, jak się w kimś zakochać?
Da, ale trzeba się postarać. Podstawowym pytaniem, jakie trzeba sobie zadać, jest to, czy ja widzę prawdziwe cechy partnera, czy raczej moją fantazję na jego temat. Pielęgnujmy uważność na to, co zawsze było dla nas istotne, by stan zakochania nie wywrócił do góry nogami naszego życia. Skoro jestem umówiona z przyjaciółką, to idę, nie odwołuję spotkania, bo chciałabym teraz spędzać każdą chwilę tylko z nim. Przecież i jemu, i mnie dobrze zrobi taka krótka rozłąka. Można pilnować swojej trzeźwości myślenia. Co nie znaczy, że mamy się nie cieszyć zakochaniem. To najcudowniejszy stan!
To ważne, co mówisz, bo kobiety często narzekają, że pojawia się facet i jako przyjaciółki idą w odstawkę. Ale kiedy on zawodzi, pierwszą myślą jest sięgnąć po telefon i się wyżalić. Przyjaciółka może powiedzieć: "Teraz to ja nie mam dla ciebie czasu".
Myślę, że prawdziwa przyjaciółka tak nie zareaguje, ale może być zła i pełna żalu. Niech powie to: "Przykro mi, że nie miałaś dla mnie czasu, ale jestem dla ciebie, skoro mnie potrzebujesz". To naturalne, że kiedy jesteśmy zakochane, na pierwszy plan wysuwa się obiekt naszych uczuć, ale dbajmy o to, by nie przerodziło się to w uzależnienie. Im bardziej jesteśmy świadome siebie, asertywne i nie myślimy, że partner jest wyznacznikiem naszej wartości, tym większe szanse, że zbudujemy zdrowy, fajny związek, a nie toksyczny. Dlatego tak ważne jest przygotowanie, nawiązanie dobrego kontaktu z samą sobą. Jeśli powiem sobie: "Mam fajne życie, świetne przyjaciółki, dobrą pracę i jestem otwarta na nowe znajomości" - nie ma ryzyka, że się pogubię. Każde uzależnienie jest autoagresywne, a w wypadku uzależnienia od drugiej osoby - także agresywne, przemocowe. Bo gdy jestem uzależniona, jestem zazdrosna, despotyczna, inwigilująca, pełna niepokoju i lęku, które przerzucam na partnera.
W książce "Nas dwoje" piszesz, że to my, kobiety, mamy większą tendencję do takiego zatracania się. Z czego to wynika? Z biologii? Dlaczego się zakochujemy z taką łatwością?
Większą odpowiedzialność zrzuciłabym na społeczne stereotypy i role. Samotny mężczyzna po czterdziestce jest singlem, a kobieta - w XXI wieku w samym środku Europy - jest nadal postrzegana jako stara panna. Można się spotkać też z takimi opiniami, że ona jest nieszczęśliwa, że przegrała życie. To ogromnie krzywdzące. Dlaczego miarą kobiety ma być tylko to, czy jest w związku i czy ma dzieci? Dobrze, że się to zmienia, choć powoli. Zaczynamy dostrzegać, że kobieta może się spełniać na wielu płaszczyznach: macierzyństwa, małżeństwa, ale też pracy czy pasji. I to jest indywidualny wybór każdego człowieka.
Ale mówimy też, że miłość nie wybiera. Kochamy drani, macho, Piotrusiów Panów...
No dobrze, przyjrzyjmy się temu, co to znaczy, że zakochałam się w draniu. Że nie przerobiłam lekcji, jaką dało mi życie, że jestem autoagresywna, powtarzam przemocową sytuację z przeszłości, być może nawet z dzieciństwa. Dziecko alkoholika wiąże się z alkoholikiem, dziecko z domu przemocowego wiąże się z osobą, która też stosuje przemoc - w psychologii powszechnie znany jest przymus powtarzania. Często przyciągają nas i zauraczają cechy, które nas krzywdzą, ale to my je WYBIERAMY - czasem mniej, czasem bardziej świadomie. Miłość nam się nie przydarza, to od nas zależy, w kim się zakochujemy. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim poprzednim związkom i relacjom w rodzinie. Jeśli w przeszłości była przemoc, było uzależnienie, to myślę, że takie przepracowanie nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty. Jako dzieci, aby się obronić, zawsze wybieramy jedyny dostępny nam sposób reakcji, czyli zwykle unikanie konfrontacji, wyparcie. Bo dziecko nigdy nie wygra w pojedynku z dorosłym. Co nie znaczy, że dziecięce zachowania mamy powtarzać w dorosłym życiu. Powinniśmy wypracować dorosłe reakcje. Jeśli ktoś mnie krzywdzi, nie pozwolić mu na to, stanąć do konfrontacji.
I na scenę znów wraca przyjaciółka - to ona zwykle jako pierwsza zauważa coś, co jej się nie podoba w naszym związku, ale jak to powiedzieć, zwrócić uwagę? Skoro my jesteśmy zamroczone.
Ja w takich sytuacjach podpowiadam sposób komunikacji, jaki stosuje się w terapii. Wspominałyśmy o tym już ostatnio. Nieoceniający, bezpieczny i motywujący do refleksji. Pytamy, nie stwierdzamy. Jeśli moja przyjaciółka opowiada, że on jest taki fascynujący, troskliwy i czuły, kończąc: "Wiesz, kiedy po niego przyjechałam, on spytał, czy nie jestem głodna, bo może skoczylibyśmy do tej knajpki obok", to mogę zareagować tak: "Słuchaj, a czy zauważyłaś, że to często ty po niego przyjeżdżasz?". I to już będzie dla niej bardzo trudne. Nie mówię: "A co to za facet, który sam do ciebie nie może przyjechać?!", to będzie oceniające. Nawet jeśli przyjaciółka odpowie: "Oj, ty to się zawsze do czegoś przyczepisz" - zostaw to tak, niech w niej zakiełkuje.
A jeśli ona pyta wprost, co o nim sądzę?
Ja zaczęłabym tak: "Przede wszystkim cieszę się, że jesteś szczęśliwa i zakochana". Potem, jeśli nie mam o nim dobrego zdania, najpierw zadałabym sobie pytanie, co wywołuje mój sprzeciw, niepokój. Na przykład zaniepokoiło mnie to, że podczas spotkania on mówił tylko o sobie. Dlaczego mnie to niepokoi? Bo martwię się, że okaże się egoistą. Dopytuję dalej. Czy jest coś, co potwierdziło moje obawy, albo coś, co im przeczy? Jestem wielką zwolenniczką takiej właśnie pracy ze sobą. Różnie się to naukowo nazywa, np. dialogiem sokratejskim, w każdym razie chodzi o poszerzenie perspektywy poprzez pytania, które pomagają mi ujrzeć pełniejszy kontekst. Tak pracuję ze swoimi klientami, ale i ze sobą. Wracając do naszego przykładu, po głębokiej analizie możemy podzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką, ale mówmy o odczuciach, nie ferujmy wyroków.
Jedna sprawa to sytuacja, w której on nie jest taki, jak nam się wydawał. A gdy to my gramy kogoś innego?
To jest największa pułapka, w jaką wpadamy w związkach. Czym innym jest chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony, czym innym udawanie kogoś, kim nie jestem. Po pierwsze, strasznie się tym umęczymy - niewiele z nas jest w stanie funkcjonować na dłuższy czas w nie swojej skórze. Po drugie, mężczyźnie może się to spodobać, ale pytanie, w kim się on zakochuje? Bo na pewno nie we mnie. I na czym buduję tę relację? Na kłamstwie. A to z góry skazuje ją na niepowodzenie. Wcześniej czy później to, jaka jestem naprawdę, wyjdzie na jaw. I im bardziej to, kogo udawałyśmy, będzie odbiegało od prawdy, tym większe rozczarowanie i złość partnera. Każda z nas ma fantastyczne cechy, i to na nich budujmy pierwsze wrażenie. Oczywiście są w nas rzeczy, nad którymi wolałybyśmy popracować, i o nich też będzie musiał się dowiedzieć. Niekoniecznie na pierwszej randce. Nie ma sensu mówić: "Muszę cię uprzedzić, że jestem straszną bałaganiarą", on i tak to zauważy w miarę rozwoju relacji. Może widząc artystyczny nieład w naszym mieszkaniu, zapyta: "Ty chyba nie lubisz sprzątać?". Nie zaprzeczaj, ale dodaj: "Tak, ale za to świetnie gotuję". (śmiech)
Joanna Olekszyk2 marca 2022
Dla niektórych kobiet pierwszy partner jest jedynym, z którym poszły do łóżka. Inne nie potrafią sobie tego wyobrazić. To jak to jest? Czy seks tylko z jednym mężczyzną to wygrana na loterii i wyznacznik romantycznej miłości? A może pozbawiamy się cennych emocji i doświadczeń, które nadają życiu smak?
Seks tylko z jednym partnerem do końca życia? Wystarczy wpisać to hasło w wyszukiwarkę, żeby przekonać się, jak wiele różnych opinii pojawia się na ten temat na forach. Wiele kobiet jest dumnych z faktu, że ich pierwszy facet jest jedynym, ale też nie kryją swoich wątpliwości: "Czy nigdy nie żałowałyście decyzji, że spałyście tylko z jednym facetem? Nigdy nie miałyście ochoty spróbować, jak to jest z kimś innym niż wasz partner? Z T. jesteśmy razem niemal 10 lat - to mój pierwszy i jedyny. Zastanawiam się jednak, czy w dobie "kultury Cosmo", propagującej niezobowiązujący seks [...], jesteśmy jednak jakimiś cudakami??". Inne doceniają monogamię, ale i zdobyte wcześniej doświadczenia: "Nie rozumiem dlaczego w imię zupełnie nieuzasadnionej idei by mieć jednego partnera przez całe życie, trzeba sobie odbierać kilkakrotne przeżywanie motylków w brzuchu, pierwszego pocałunku, pierwszego seksu. Jestem z mężem 14 lat, jestem mu wierna, ale przed nim miałam kilka związków i teraz mam super wspomnienia. Wybrałam na męża tego najlepszego - mając porównanie, a nie pierwszego lepszego w którym się zakochałam".
Z dr Agatą Loewe, psychoterapeutką, seksuolożką i założycielką Instytutu Pozytywnej Seksualności rozmawiam o tym, czy możliwe jest posiadanie tylko jednego partnera seksualnego przez całe życie bez poczucia straty.
Parę lat temu amerykańscy socjologowie z Uniwersytetu w Utah doszli do konkluzji, że im mniej partnerów seksualnych w swoim życiu miały kobiety, tym szczęśliwsze będzie ich małżeństwo. Ile w tym prawdy?
Nie uważam, by ilość partnerów przekładała się na udany związek. Proszę zobaczyć, że mowa o udanym małżeństwie, a nie wszyscy podejmują taką decyzję. Tu znowu pojawia się dyskurs moralizujący, seksofobiczny trzymający w ryzach seksualność mężczyzn i kobiet. Ma on na celu doprowadzenie ludzi do stworzenia jedynej, słusznej komórki zwanej rodziną. Oczywiście tak będzie w modelu heteronormatywnym, czyli zakładającym, że kobieta wchodzi w relację z mężczyzną w celu prokreacyjnym. W konsekwencji, mówiąc "seks", mowa o stosunku penetracyjnym, gdzie zaspokojenie kobiety schodzi na dalszy plan. W tym rozumieniu seks ma być aktem sformalizowanym, a niekoniecznie czymś co daje przyjemność i przy okazji może umacniać więzi.
Dla każdego seks pełni inną rolę. Nie jest aktywnością wyrwaną z kontekstu, to element funkcjonowania człowieka. Dała temu wyraz Światowa Organizacja Zdrowia Seksualnego, ogłaszając rok temu Deklarację Praw Seksualnych, w której położono nacisk na przyjemność, bezpieczeństwo i świadomość w uprawianiu seksu. Gdyby edukować ludzi pod tym kątem, można byłoby zniwelować negatywne konsekwencje wynikające z modelu seksualnego, który mamy w tej chwili dosyć mocno zakorzeniony w naszych głowach.
Jesteśmy konserwatywni?
Obyczajowość się zmieniła, ale mentalnie pozostaliśmy w miejscu. Bardzo często osoby w naszej kulturze, które mają większą otwartość seksualną z automatu wkładane są w szufladkę puszczalskich i playboyów. Niewiele osób pomyśli: super, że mam doświadczoną partnerkę czy partnera, kogoś kto mnie nauczy czegoś nowego, wprowadzi w tajniki seksu, których sama nie miałam odwagi odkryć. Nie jest to postrzegane jako zaleta. Czyli wracamy do założeń, że seks powinien wyglądać w określony, standardowy sposób i nie może się tam zadziać nic wykraczającego poza naszą strefę komfortu. Statystycznie Polka ma czterech partnerów seksualnych w życiu. W teorii, bo w praktyce kobiety nie przyznają się do rzeczywistej liczby w obawie o swoją reputację. Jeśli odczuwają pożądanie, które realizują - ryzykując zarazem, że nie będzie z tego wielkiej miłości - dostają sygnał zwrotny, że nie uszanowały wystarczająco swojego ciała. To powoduje ogromny dysonans poznawczy. Bo przecież jeśli dążymy do relacji, w którymś momencie dojdzie do tego seksu. Wtedy warto zadać sobie pytanie, czego tak naprawdę chcemy. Co jest dla nas ważniejsze - seks czy związek. Jeśli bardziej zależy nam, żeby partner miał poczucie humoru i dawał poczucie stabilizacji, seks bez fajerwerków będzie całkowicie wystarczający. Z kolei dla innych, związek bez dobrego życia intymnego nie ma racji bytu. Dlatego randkujemy i idziemy do łóżka, żeby sprawdzić z czym mamy do czynienia, czy seks będzie dla nas satysfakcjonujący.
Czyli warto eksperymentować?
Oczywiście. Pamiętajmy, że możemy eksperymentować z tą samą osobą lub z wieloma partnerami. Na każdym etapie życia sprawdzamy, co jest dla nas dobre i czego teraz potrzebujemy. Nie należy wchodzić w związek za wszelką cenę, bo takie jest oczekiwanie społeczne. Prędzej czy później, to się na nas zemści. Kobieta, która zajdzie w ciążę zanim zrobi doktorat albo wyjedzie w wymarzoną podróż dookoła świata, odczuje pewien rodzaj straty. I podobnie jest w przypadku seksu. Jeśli porzuciliśmy bujne życie erotyczne na rzecz monogamicznej relacji, to nawet pomimo wielkiej miłości możemy odczuć tęsknotę za tym, że kiedyś dysponowaliśmy większą wolnością seksualną.
Brzmi jakby monogamia nie leżała w ludzkiej naturze.
Monogamia jest wytworem kulturowym. Wymaga od ludzi bycia z jedną osobą i na całe życie, ale pamiętajmy, że to wybór, a nie obowiązek. Trzeba się jednak zastanowić, co to dla nas znaczy - czy jest to osoba na całe życie czy na ten jeden związek. Badania pokazują, że pewien procent populacji dużo lepiej funkcjonuje w relacji monogamicznej, u wielu ludzi się ona sprawdza. Niektórzy mają to szczęście, że z czasem ich więź się umacnia, z kolejnych kryzysów wychodzą obronną ręką. U innych może się okazać, że partner nie spełnia już oczekiwań, okoliczności się zmieniły i my także. Związki, niezależnie od stażu, stale podlegają inwentaryzacji.
W ciągu życia, także ludzie świetnie funkcjonujący w pojedynkę mogą stworzyć satysfakcjonujące i wartościowe relacje. Najlepszym przykładem są osoby należące do kultury digital nomads, którzy co kilka lat dostają kontrakt w innym miejscu na świecie, pracują głównie online. Trudno wymagać, by za każdym razem partner czy partnerka rzucali wszystko i zaczynali z nimi życie od nowa w obcym kraju. W dzisiejszych czasach wiele ludzi stale się przemieszcza i to automatycznie modyfikuje obyczajowość seksualną. Nie możemy wymagać przestrzegania tych samych norm i reguł od ludzi, którzy żyją inaczej niż ich rodzice.
A mimo to wiele kobiet pozostaje przy pierwszym partnerze, nawet jeśli seks nie do końca spełnia ich oczekiwania. Czy wiąże się to z obawą przed ostracyzmem?
Na pewno. Nie da się oddzielić seksu od emocji, poglądów, kultury, religii, wychowania. To wszystko jest ze sobą nierozerwalnie związane. Jeśli ktoś świadomie podejmuje decyzję, że chce pozostać z jedną osobą w związku przez całe życie, to jest to jak najbardziej w porządku. Ale nie wszyscy tak mają. Niektórzy nie będą w stanie sobie tego nawet wyobrazić. I to też jest ok. Nie ma nic złego w żadnym z tych modeli. Kobiety, które uprawiają seks tylko z jednym mężczyzną wcale nie muszą być osobami pruderyjnymi czy zacofanymi. Tak im się w życiu trafiło i nie ma sensu, żeby na siłę wychodziły ze swojej strefy komfortu tylko po to, aby spróbować czego innego.
Ale jak można wiedzieć czy seks jest dobry czy zły skoro nie ma się porównania?
Warto zaufać swojemu ciału i nie wędrować gdzieś niepotrzebnie myślami. Jeśli podoba nam się seks i jest przyjemnie, nie widzę problemu. Można mieć jednego partnera seksualnego przez całe życie i dużo się z nim nauczyć, pogłębić intymność, odkryć swój potencjał seksualny. Ale oczywiście można także źle trafić. Czasami ludzie mają kiepski seks, bo okazuje się, że jedno lubi rano, a drugie tylko wieczorem; jedno bardziej dynamicznie, drugie wolno. I w rezultacie żadne z partnerów nie uprawia takiego seksu, jaki by chcieli. Nad tym można popracować. Gorzej jeśli kobieta jest otwarta na eksperymentowanie, a mężczyzna ma bardziej tradycyjne podejście do seksu. Gdy partner zaczyna operować figurami wstydu: jesteś zboczona, to nie jest normalny seks, w głowie ci się poprzewracało - to powinna nam się zapalić czerwona lampka. Tu czeka nas cięższa praca, bo na postawach i poglądach.
ak ulepszyć ten seks?
Rozmawiać! Mówić o swoich fantazjach, lękach i pragnieniach i sprawdzać, na ile jesteśmy w stanie towarzyszyć sobie w odkrywaniu naszych seksualnych marzeń. Kiedy możemy być stuprocentowo sobą przy drugim człowieku, to wtedy nawet słowo monogamia zmienia swoje znaczenie. Bardzo ważna jest pielęgnacja związku, ale też rozwijanie własnej seksualności, poznawanie potencjału swojego ciała. Kobiety, które znają swoją wartość, bardzo dbają o jakość komunikacji w związku. Nie spychają problemów czy niedociągnięć na dalszy plan, tylko na bieżąco modyfikują to, co się w ich seksualności dzieje. Takie związki mają szansę dłużej przetrwać i być bardziej satysfakcjonujące.
Warto mieć tylko jednego partnera przez całe życie?
Wracamy do pytania co jest dla nas ważniejsze - seks czy bycie w związku. Należy rozróżnić popęd ku miłości i popęd ku seksowi. U niektórych to się łączy, erotyzm i miłość idą równolegle, co buduje relacje, u innych to się rozszczepia. Na różnych etapach życia mamy inne kryteria dobierania partnerów. Jak wspomniałam wcześniej, możemy mieć taki okres w życiu, kiedy zależy nam tylko na tym, żeby mieć udany seks, a dewaluujemy inne sprawy. W takim wypadku, jeśli seks nie będzie wystarczająco dobry, rezygnujemy z relacji. Dla innych cenniejsze jest wyznawanie podobnych wartości czy sprawne rozwiązywanie problemów. Wtedy seks stanowi po prostu fajny, bonusowy dodatek. Wśród kobiet mających tylko jednego partnera, zawsze znajdą się takie, które będą miały poczucie, że coś tracą, inne, że zyskują. Wiele zależy od naszych potrzeb, temperamentu. Jeśli czujemy się dobrze z tym, co mamy, nie musimy szukać dalej.
Agnieszka Zawistowska 12Października2020
Udany związek czy praca? Dziś to dylemat wielu osób. Bo praca, gdy już się ją ma, pochłania często cały czas i energię. Jak tworzyć udany związek, gdy całe dnie, nierzadko noce i weekendy przesiaduje się w biurze?
Nawet najbardziej udany związek może nie wytrzymać, gdy dużo pracujesz. Żeby ze sobą być potrzeba czasu i obecności, którą sobie dajemy. W przeciwnym razie zaczynamy żyć obok siebie. Jak pielęgnować związek, gdy po to, by utrzymać stałe zajęcie (i dochód) godzimy się na pracę świątek piątek, od rana do nocy? Albo ganiamy z jednej pracy do drugiej?
Udany związek. Praca nie zastąpi bliskiej osoby
Pierwsze pytanie, które trzeba sobie zadać to: czy muszę tyle pracować? Wbrew pozorom pracownicy, którzy są na każde zawołanie i poświęcą wszystko dla pracy, nie cieszą się wielkim szacunkiem pracodawców. Szef może wtedy pomyśleć, że ma nas w kieszeni. Nigdy się nie postawimy, bo jesteśmy jak wierny pies, zastraszony niewolnik, wół roboczy* (*niepotrzebne skreślić). Szefom też trzeba stawiać granice. Choć niektórzy będą nas próbowali zastraszyć, zaszantażować (finansowo, emocjonalnie, dyscyplinarnie) to koniec końców pracownik, który umie mówić nie, ma mocniejszą pozycję niż uległy.
Drugie pytanie powinno brzmieć: czy chcę tyle pracować? Odpowiedź na nie może pokazać nasz prawdziwy stosunek do pracy i związku. Może jesteśmy pracoholikami? Jeśli tak, to najwyższa pora się leczyć, bo pracoholizm to tak samo groźne uzależnienie jak alkoholizm, hazard, seksoholizm czy inne -holizmy. Dewastuje naszą psychikę, zdrowie i związki. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy odpowiadając na pytanie: czy chcę tyle pracować, dojdziemy do wniosku, że wpadamy w pracę uciekając przed bliskością. Wtedy związek jest zagrożony. Należałoby przede wszystkim przenicować siebie i dowiedzieć się dlaczego uciekamy przed bliskością i intymnością. Boimy się straty, zdrady, zawodu, zależności? A może prestiż zawodowy i pieniądze są dla nas ważniejsze niż bliska relacja? Warto pamiętać, że praca nas nie pokocha. Nawet najlepszy pracodawca porzuci nas, gdy tak mu będzie wygodnie, mając za nic wszystko, co mu ofiarowaliśmy. Praca nas nie przytuli i nie poda herbaty z cytryną. I nie będzie z nami spacerować za rączkę na emeryturze.
Udany związek. Pielęgnuj chwile
Jeśli chcemy być ze sobą i potrafimy zachować równowagę w spojrzeniu na swoje zajęcia zawodowe, to nawet przy dużej ilości pracy znajdziemy czas dla siebie. Można się umówić, że przynajmniej jeden wieczór w tygodniu mamy tylko dla siebie. Żeby się paliło, waliło - nie odbieramy służbowych telefonów i nie sprawdzamy służbowego maila. Świat się nie zawali, gdy coś odbędzie się bez naszego udziału. Jeśli mamy dobrych, współpracujących kolegów w pracy - można się umawiać, kto kiedy reaguje na zawodowe wezwania po godzinach. I w ten sposób, każdy zyska trochę prywatności i nie będzie na permanentnym stand-by'u. Drugi sposób to sprawić, by nasze kontakty, czas, który razem spędzamy był intensywny. Zrezygnujmy z oglądania głupich filmów czy talk-show, obojętnych rozmów o niczym. Choćby wspólne robienie kolacji może dać dużo radości i budować relację. Wspólna zabawa lub zakupy, wspólne spędzanie czasu z dziećmi, sprzątanie, spacer z psem - jest tysiące rzeczy, które można robić razem, choćby przez chwilę. Liczy się bliskość, kontakt, wspólnota. Wtedy żadna praca nie rozbije tego, co jest między nami.
24.07.2019 Anna Ławniczak
Zdrada - dla jednych nic wielkiego, dla innych koniec relacji. Choć ma wiele wymiarów, głównie kojarzymy ją z typowym skokiem w bok. Między innymi o tym, jak zdradzamy i jak radzić sobie ze zdradą, rozmawialiśmy z psychologiem i trenerem umiejętności psychospołecznych Klaudią Klukowską.
Patrycja Pupiec: Jak wyczuć zdradę? Czy to w ogóle możliwe? Na jakie aspekty w zachowaniu partnera powinniśmy zwrócić uwagę?
Klaudia Klukowska: Kolczyk znaleziony w samochodzie, telefony w środku nocy, zapach perfum na czyimś ubraniu czy ślad szminki - w takich przypadkach automatycznie włącza nam się sygnał alarmowy, ale... Istnieją też znacznie subtelniejsze oznaki, że coś może być nie tak.
Zdrada zawsze jest jakąś zmianą w życiu, a jedna zmiana często pociąga za sobą kolejne. Mogą pojawić się więc zmiany w zachowaniu - na przykład mężczyzna, który do tej pory chodził w dwóch parach spodni, teraz poszerzył swoją garderobę, nagle zaczyna dbać o wygląd, dużo czasu spędzać w łazience, pucować się, szorować, robić fryzurę. Takie zmiany mogą dać do myślenia. Choć romans pociąga za sobą zmiany w codziennym funkcjonowaniu, to nie ma tu jednego uniwersalnego scenariusza.
Często osoba zdradzająca zaczyna być w domu poirytowana, obojętna. Na przykład mężczyzna miał dla swojej partnerki więcej czasu. Był otwarty na rozmowy, uczestniczył w życiu rodzinnym, a nagle zaczyna tego unikać. Z drugiej strony może mieć wyrzuty sumienia albo starać się zatuszować swoją zdradę, zrekompensować swoje zachowanie, więc zaczyna bardziej się starać, przynosi kwiaty, kupuje prezenty bez okazji, chociaż nigdy tego nie robił, jednak wspólnym mianownikiem tych zachowań jest właśnie zmiana.
Jakie są główne powody zdrad? Dlaczego ludzie zdradzają?
W pracy jako psycholog często mam okazje obserwować pewne powtarzalne schematy. Czasami wiążemy się z partnerem, który ma osobowość poszukującą wrażeń. Nie zawsze widać od razu, że mamy do czynienia z tym typem osobowości. Często taka osoba wchodzi w związek, a nie przepracowała swoich problemów, ponieważ cechą charakterystyczną takich osób jest nieustanne poszukiwanie adrenaliny. I dla niektórych tą adrenaliną może być pozazwiązkowy romans.
W związku z partnerem o tego typu osobowości możemy stawać na rzęsach i starać się, żeby układało się jak najlepiej, ale paradoksalnie im będzie lepiej w domu, tym gorzej, bo taka osoba, tym bardziej będzie chciała uciec od tej stabilizacji. To naprawdę trudny przypadek, bo podłoże osobowościowe jest na tyle silne, że niezależnie od tego, z kim wejdzie w związek, po prostu czasem może nie być w stanie stworzyć monogamicznej relacji.
Natomiast jeżeli przejdziemy do samych schematów, które pojawiają w związkach, gdzie żaden z partnerów nie ma zaburzeń osobowościowych, to często zdrada wynika z niskiego poczucia własnej wartości i takim romansem chcemy się dowartościować. Mężczyźni często tłumaczą, że to partnerki sprawiają, że czują się wykastrowani, bo cokolwiek nie zrobią, zawsze spotkają się z krytyką, a romans spowodował, że czują się seksowni, kochanki nie boli głowa, nie ma tej codziennej domowej monotonii.
A samotność?
Niestety, to znak naszych czasów, że coraz więcej ludzi czuje się samotnych w związkach. Wiele związków nie kończy się z różnych przyczyn, bo na przykład łączą ich różne profity, kredyt, dom, dzieci. Co więcej, pozostaje przyzwyczajenie.
Ludzie w takich przypadkach są ze sobą, bo rozstanie zbyt wiele by ich kosztowało energetycznie, psychicznie, emocjonalnie, również finansowo, choć związek nie jest już tym, czego dana osoba poszukuje, nie czuje miłości i uczuć pożądania. Dąży do szukania tych rzeczy poza związkiem. Zresztą często z pewnym milczącym przyzwoleniem drugiej strony.