1
Milczenie jest dla mojej mamy niczym prywatny arsenał. Zgromadzone w nim środki mają tę samą funkcję, co Moc w Gwiezdnych wojnach - służą do narzucania mi jej woli. Milczenie matki raz może być migającą ostrzegawczo żółtą lampą, a innym razem - lupą, przez którą ogląda mnie jak okaz pozaziemskiej fauny. Najczęściej jednak to hipopotam, a raczej ciężarna hipopotamica, dźwigająca brzemię jej rodzicielskich rozczarowań. Mama potrafi poszczuć ją na mnie zawsze i wszędzie, nawet kiedy gawędzi z gośćmi i częstuje ich herbatą.
Tak właśnie było tamtego wieczoru, kiedy umarł Danny.
Akurat w tym momencie, kiedy wujek i ciocia Wu przyszli do nas na kolację, Danny zbiegł z tupotem po schodach - normalnie jak jakiś bawół, tylko że metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego w koszykarskich szortach - i ryknął:
- May-May! Widziałaś moje skarpetki z Gwiezdnymi wojnami?
Widząc gości, znieruchomiał na chwilę, a potem parsknął śmiechem.
- No co, wszyscy lubią Gwiezdne wojny, tak?
I obróciwszy się na pięcie, poleciał z powrotem na górę, do siebie. Przez tych kilka ostatnich miesięcy dało się zauważyć, że mój brat jest bardziej rozkojarzony niż zwykle, co mogło się wydawać nieco dziwne.
Mama wynurzyła się z kuchni cała jak spod igły. W jej włosach lśniły perełki skroplonej pary. Zamiast coś powiedzieć, potrząsnęła tylko głową i się roześmiała.
Jej wzrok przesunął się po mnie, rejestrując takie szczegóły jak moje ulubione podarte dżinsy i włosy związane w płaski kok na czubku głowy. Włożyłam najładniejszą bluzę z kapturem, jaką miałam w szafie, ale nic to nie dało: mama, ani na chwilę nie przestając się uśmiechać, uniosła nieznacznie prawą brew.
- 1- powiedziała, zatrzymując spojrzenie na Celeste.
Do mnie nie odezwała się ani słowem.
Rzuciłam okiem na Celeste, która oczywiście prezentowała się bez zarzutu. Jedwabiste włosy spływające przez ramię niczym strumień przez próg wodospadu. Czarna sukienka skromnie sięgająca kolan, luźna i raczej bezkształtna; ja wyglądałabym w czymś takim jak worek na kartofle, ale na niej leżała jak na modelce. Celeste miała figurę stworzoną do klasycznego kroju qipao: szczupła, wręcz drobniutka, z krągłościami zarysowanymi nieznacznie, za to wszędzie tam, gdzie należy.
Na powitanie mojej mamy odpowiedziała uśmiechem i skinieniem głowy.
- 2, ayi.
Mówiła po mandaryńsku bez śladu amerykańskiego akcentu; można by pomyśleć, że urodziła się w Tajwanie.
Pięć minut później wrócił Danny. Przebrał się już, ale wciąż chichotał pod nosem.
- Cześć, wujku - powiedział. - Cześć, ayi. Cześć, Celeste.
Policzki Celeste przybrały barwę kwitnącej wiśni, a ja przewróciłam oczami. Co druga dziewczyna w szkole robiła dokładnie to samo, co ona. Mama cicho wciągnęła powietrze przez zęby i rzuciła mi krótkie spojrzenie z ukosa.
Tata zaprowadził gości do jadalni, a ja wróciłam do siebie, żeby przebrać się w wąskie dżinsy z wysoką talią i kremowy kardigan z koronkowymi akcentami na rękawach. Dostałam go od mamy jakiś czas temu, ale wciąż jeszcze miał metki. Ponieważ to był sweter, a nie bluza z kapturem. Uczesałam też włosy, ale niewiele im to pomogło po całym dniu chodzenia w koku. Sterczały na wszystkie strony, więc związałam je z powrotem, żeby wyglądały w miarę porządnie.
Kiedy stanęłam w drzwiach jadalni, obciągając na sobie ten kremowy kardigan, Danny aż prychnął w swoją pełną klusek miskę i uniósł pytająco brew. Posłałam mu mordercze spojrzenie, a on, tłumiąc chichot, skupił się na parującej zupie niu rou mian. Długo musiał studzić ją dmuchaniem, żeby dała się przełknąć.
- 3 - powiedziała mama, stawiając przede mną miskę.
Zupa, choć za gorąca, kusiła. Wołowina była tak delikatna, że wręcz rozpływała się w ustach. Wszyscy przy stole zgodnie wychwalali mamę poparzonymi ustami, a ona, starając się nie pokazać, jak bardzo jest jej miło, powiedziała tylko:
- 4. Może być. Byłaby lepsza, gdybym nie zapomniała zrobić suancai. - I szybko zmieniła temat: - Jak tam w szkole, Celeste?
Celeste uniosła wzrok, pałeczki z nawiniętymi kluskami zatrzymały się w pół drogi do ust.
- Dobrze, ayi.
Ciocia Wu natychmiast włączyła się do rozmowy.
- May - zwróciła się do mnie - słyszałam, że świetnie napisałaś klasówkę z matematyki w zeszłym tygodniu.
- Celeste była lepsza - odparła moja mama. - Podobno dostała najwięcej punktów!
Celeste skuliła się, zawstydzona. Nie wiem, skąd mama czerpie takie informacje, ale ma swoje dojścia, a oceny z matmy szczególnie ją interesują, bo jest inżynierką. Moje wyniki w nauce to dla niej kolejny powód, aby wezwać ciężarną hipopotamicę. Mnie natomiast ten przedmiot wisi; wolę pisać.
- 5. - Mama pochwaliła z kolei wujka i ciocię.
- Uczy się po nocach, czasem aż się o nią martwimy. - Ciocia Wu pokręciła głową. - Mówię jej: Idź spać, popsujesz sobie wzrok. A ta nic, wkuwa dalej.
- 6. To dobrze, że tak pilnie się uczy.
- Muszę ją upominać, żeby trochę zwolniła. Szóstka z minusem to nie grzech! - zaśmiał się wujek Wu i spojrzał na mojego tatę. - Gdybym ja kiedyś przyniósł ze szkoły szóstkę z minusem, to w domu byłoby wielkie święto.
- Nie miałeś co marzyć o takich stopniach, nawet gdyby cię było stać na łapówki dla belfrów. Częściej bywałeś na dywaniku u dyrektora niż na lekcjach - przypomniał mu tata i obaj zaczęli się śmiać jeszcze głośniej, patrząc na siebie oczami pełnymi wspomnień z dawnych czasów.
Wujek Wu i mój tata dorastali razem w chińskiej dzielnicy San Francisco. Kiedy wujek nas odwiedzał, słyszało się na przemian kantoński i angielski - jeśli chodziło o język, byli jak płazy, które w każdym z tych środowisk czują się równie swobodnie. Uwielbiałam patrzeć, jak tata z powrotem zmienia się w nastolatka: przy wujku miał styl, śmiał się, rzucał slangiem.
- Co by teraz Joe sobie pomyślał, gdyby zobaczył, że wyszliśmy na ludzi? Że mamy dzieciaki? - Wujek Wu siorbnął trochę zupy, pogryzł kluski. - Nie uwierzyłby własnym oczom.
- Byłby zachwycony. - Tata spoważniał, wyglądając przez drzwi do salonu, gdzie na półce biblioteczki stało wyblakłe zdjęcie wujka Joego. - To wszystko jego zasługa.
- Ai-ya, były z was niezłe łobuzy - powiedziała mama, udając poirytowanie, aby skierować rozmowę z powrotem na weselsze tory. - Jak ja się cieszę, że kiedy cię poznałam, nie mieszkałeś już w Chinatown.
Zaczęła nam dolewać zupy i dokładać klusek.
- Ja dziękuję, mamo - chrząknęłam, potrząsając głową. - Już nie mogę.
- Jak to już nie możesz? Prawie nic nie zjadłaś, Maybelline.
To był jej pomysł, żeby dać mi takie imię. Usłyszała je w reklamie kosmetyków, kiedy jeszcze była bardzo młoda, świeżo po studiach na najlepszym tajwańskim uniwersytecie. "Może to Maybelline". Uznała, że to słowo ma w sobie urok i elegancję, czyli wszystko, czego chciała dla swojej przyszłej córki.
Nikt oprócz niej nie używa mojego pełnego imienia.
Przy gościach mama siliła się na pogodny ton, ale u niej pogodny ton to coś takiego jak sztuczna opalenizna zimą gdzieś na granicy z Kanadą.
- Myślałam, że niu rou mian to twoja ulubiona zupa - powiedziała, nalewając mi do miski pełną łyżkę wywaru z pływającymi kawałkami mięsa. W jej oczach dostrzegłam nieme ostrzeżenie: "Nie rób mi wstydu".
Byłam najedzona po kokardę, ale ugryzłam się w język. Tak jest bezpieczniej. Zamykam za sobą wrota mojej jaskini milczenia i już, a za każdym razem, kiedy się tam chowam, robię jakąś małą zmianę wystroju. Teraz jest to już właściwie w pełni urządzony pokój: mam w nim paczkę paluszków Pocky, książki, dwie rozłożyste rośliny w doniczkach i łóżko. Dobrze mi tam.
Kiedy już cały stół rozpoczął drugą rundę zupy, mama zrobiła taką minę, jakby nagle coś sobie przypomniała, chociaż ja miałam wrażenie, że czekała na tę chwilę od samego rana.
- Danny! - zawołała. - Powiedz wszystkim, co się stało.
Ciocia Wu wyprostowała się na krześle.
- 7! Czy to nie dzisiaj miały być...
Danny otworzył szeroko oczy, a ja dostrzegłam w nich ciemną głębię. Coś się w niej pogrążyło, opadło na samo dno.
- Mamo, nie teraz... - poprosił zdławionym głosem.
- To najlepszy moment! Jesteśmy tu sami swoi, jak jedna rodzina.
Danny zwiesił głowę i na długą chwilę utkwił oczy w swojej misce, a gdy uniósł je z powrotem, wyraz jego twarzy zmienił się tak błyskawicznie, że nikt poza mną niczego nie zauważył.
- Dostałem się do Princeton - oznajmił z uśmiechem, który uwidocznił dołeczek na jego prawym policzku, w dziwnym miejscu, tak wysoko, że wyglądał, jakby ktoś wziął i przesunął go ręcznie.
Posypały się gratulacje, a ktoś zapytał, czy ze Stanforda też się już odezwali. Danny przecząco pokręcił głową. Wciąż się uśmiechał, ale dołeczek na policzku rozmył się i w końcu zatarł zupełnie. Miałam wrażenie, że mój brat czuje się zagubiony; cały zniknął pod tą lawiną serdecznych życzeń i zadawanych w najlepszej wierze pytań.
Obserwowałam go uważnie spod zmarszczonych brwi, myśląc: coś jest nie tak. Chciałam zajrzeć mu w oczy, ale unikał mojego wzroku. Wiedział, że w tej chwili staram się przekazać mu milion pytań, bez słów, prosto do mózgu.
- My też mamy dobre wieści - powiedziała ciocia Wu, oglądając się na córkę, która rzuciła jej spojrzenie pod tytułem "Zamknij się, mamo" i potrząsnęła słabo głową. - Celeste dostała się na letni staż w Google! Przyjmują tam tylko uczniów ostatniej klasy, ale dostała się, chociaż jest dopiero w drugiej.
Ciocia Wu pękała z dumy. Mama złożyła dłonie i uśmiechnęła się szeroko, z zapartym tchem. Na mnie nigdy nie patrzyła takimi oczami, płonącymi dumą niczym dwie latarnie. To spojrzenie było przeznaczone wyłącznie dla Celeste.
- May, 8? Jakie masz plany na lato?
Doleciał mnie aromat jaśminu; to Celeste, ostrożnie, z uwagą, nalewała herbatę do filiżanek stojących obok talerzy. Swoją napełniła na samym końcu. Spojrzałam na ciocię Wu i odpowiedziałam jak gamoń:
- Eee... W sumie to nie wiem.
- May świetnie pisze - wtrącił Danny, zawsze gotów mnie bronić. I dodał z bananem na twarzy: - No i genialnie tańczy breakdance.
Kawałek wołowiny stanął mi w gardle, ale mój brat paplał dalej:
- Kiedyś chciała dołączyć do Jabbawockeez i ćwiczyła bez przerwy, żeby poprawić swoje ruchy. Nic, tylko trening i trening.
Obejrzał się w moją stronę i mrugnął nieznacznie. Odpowiedziałam uśmiechem, wdzięczna, że próbuje odwrócić ode mnie uwagę. Wiedział, że nie znoszę czuć na sobie czyjegoś wzroku, nie lubię, kiedy ludzie mnie obserwują, jakby szacowali moją wartość. Wydaje mi się, że te spojrzenia wydobywają wszystkie moje mankamenty. Tak bardzo tego nie znoszę, że w siódmej klasie omal nie zawaliłam angielskiego na koniec roku, bo nie chciałam zrobić ostatniej prezentacji na lekcji, przed wszystkimi. Zaliczenie zawdzięczam tylko pani Johnson, która wysłuchała tego, co przygotowałam, w cztery oczy, już po lekcjach. Od tamtej pory przybyło mi trochę odwagi, ale tylko trochę.
- Danny trenował razem z May, u niej w pokoju - oznajmił tata, bujając głową. W zamyśle miało to naśladować nasze taneczne ruchy, ale wyszło mu beznadziejnie.
- Przestań, ba, proszę. Genów tańca na pewno nie odziedziczyła po tobie. - Danny przerwał mu te popisy, a tata klepnął go w ramię. Wszyscy zaczęli się śmiać, zapominając o mnie.
Mama zabrała ze stołu miski i pałeczki. Bez słowa. Nie musiała się odzywać. Obok niej stała hipopotamica i kręciła łbem. To mówiło samo za siebie.
1 Ni yuelaiyue piaoliang a (chiń.) - No, no, jak ty wypiękniałaś!
2 Xiexie, ayi (chiń.) - Dziękuję, ciociu.
3 Re de, gankuai chi a (chiń.) - Jedz, bo wystygnie.
4 Hai hao er yi (chiń.) - Ujdzie.
5 Zhen lihai (chiń.) - Świetnie!
6 Bu yao danxin (chiń.) - Nie ma się czym martwić.
7 Shi a (chiń.) - No tak!