Związani bólem - Aleksandra Palasek

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (35,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Całe moje życie to walka

Wszystko, co dobre...

Powrót do piekła

Pozory mylą?

Droga pod górę

Gorzej być nie może...

Kolejny upadek

A co, jeśli jest jakaś nadzieja?

Odzyskanie siebie

Utrata, która zmieniła w moim życiu wszystko

Pustka

Odbić się od dna

Zakończenie zależy od ciebie

Od autorki

Podziękowania

Ogłoszenie

Całe moje życie to walka

Jestem córką alkoholiczki. Takimi słowami mogłabym zaczynać każdą znajomość. Mogłabym opowiadać o poczuciu straty, wielkim żalu i wściekłości, którą czuję przeważnie raz na parę miesięcy. Bo właśnie tyle wynosi średni okres trzeźwości mojej matki. Bywają to tygodnie, a czasami i dni. Powinnam mówić o wstydzie, który czuję, gdy widzę ją w miejscu publicznym w spodniach, które spadają jej z pośladków, z posiniaczoną twarzą i ledwie trzymającą się na nogach. Wspomniałabym też o furii, którą odczuwam, gdy wracam do domu, a tam wszędzie są butelki, krew, fekalia, rozlany alkohol i porozrzucane niedopałki papierosów, a pośród tego ona wraz z towarzyszami, którzy wzbudzają we mnie same najgorsze emocje. Ciekawe, czy ktoś chciałby rozmawiać ze mną, gdyby usłyszał o moim dzieciństwie, o głodzie, strachu o życiu mojej matki i o takiej bezradności, że traci się chęć istnienia? Bo ile takie dziecko może znieść? Czy jest w stanie zająć się rodzicem alkoholikiem i nie oszaleć? Nie sądzę. To zostawia tak ogromne piętno, że świat już nigdy nie jest taki sam. Nie da się po tym żyć jak inni, cieszyć się z małych, prostych rzeczy, bo wiadome jest to, że nic nie trwa wiecznie. A jeśli coś ma zaraz runąć, to szkoda niepotrzebnie dawać sobie nadzieję. Dlatego muszę walczyć i tylko ja wiem, ile mnie ta walka kosztuje.

Istnieje jeszcze jedna droga, której nigdy nie sprawdziłam. Ta droga nazywa się "wolność". Trzeba jednak mieć w sobie bardzo dużo siły, by nią podążyć. Bo trzeba myśleć tylko o sobie, a jak to zrobić, skoro całe życie dbało się o innych?

Przez większość życia nie widziałam dla siebie żadnej nadziei. Nie spodziewałam się, że w pewnym momencie, całkowicie przypadkowo pojawi się on. Człowiek, który pokazał mi świat, jakiego nie znałam.

Zmienił wszystko.

*

Krew. Wszędzie były kropelki krwi. Na ścianie i na brudnej podłodze pod moimi gołymi stopami. Krzyk zamarł mi w gardle, a serce niemal stanęło. Wyszłam ze swojego łóżka otoczonego wieloma pluszowymi miśkami i moim psiakiem - pekińczykiem, który w tym czasie obdarzał mnie największą miłością tylko dlatego, że pijackie śmiechy przybrały wyższy ton, a głuche uderzenia i krzyki mojej matki sprawiły, że musiałam zerwać się na równe nogi i pobiec z pomocą. Leżała na podłodze zgięta wpół i to było jedyne, co ujrzałam, bo ten potwór, cały pokryty tatuażami, wyprowadził mnie z pokoju z powrotem do królestwa misiaków i zamknął drzwi, uniemożliwiając mi powrót. Czułam nienawiść, smutek i żal, że mogę tak niewiele i znaczę tak mało. Miałam jedynie sześć lat, a przeżywałam piekło, z którego okazało się, że nigdy miałam nie wyjść.

Pobudka była gorzka. Wspomnienia zalały moją głowę i odebrały radość z dnia. Chociaż w tym szarym miejscu trudno było o jakąkolwiek radość. Poruszyłam się, a łóżko pode mną zaskrzypiało. Osoba śpiąca na niższym piętrze głośno chrapnęła. Miałam tyle szczęścia, że udało mi się zająć górne miejsce do spania, bo słyszałam historie o urynie spływającej na dolną część mebla. Nie znałam swoich współlokatorów, dlatego wolałam nie ryzykować. Samo posłanie nie było złe, a bardziej fakt, że moja współlokatorka nazbyt często zapraszała do siebie kolegów i o ile rozmowy mi nie przeszkadzały, to z jękami i sapaniem przez pół nocy miałam już problem. Najgorsze jednak było to, gdzie się znajdowałam.

Od ponad miesiąca pracowałam przy zbiorze truskawek w Borgloon, malutkiej wiosce w Belgii. Chociaż... może powinnam nazwać to miejsce piekłem? Nie, ja z niego wyjechałam. Wszystko, co wydarzyło się potem, nie było takie złe. Gdy dostałam telefon z informacją, że mogę przyjechać do pracy, nie wahałam się zbyt długo. Owszem, bałam się, ale całe moje życie to był wieczny strach, więc nie zostało mi już nic prócz próby. Zamierzałam walczyć o swoje, nawet jeżeli na zadupiu pokroju tego miejsca. Moi współpracownicy w tej orce okazali się ludźmi zebranymi chyba z najbardziej zapadłych wsi, a ich IQ nie sięgało zapewne średniej narodowej wynoszącej jedyne dziewięćdziesiąt dziewięć punktów. To nie tak, że miałam coś do ludzi podchodzących ze wsi. Ja nawet uważałam, że są to osoby bardzo wartościowe, które znają ciężką pracę, ale jeśli chodzi o tych konkretnych, to w momencie, gdy ich poznałam, zrozumiałam, dlaczego non stop słuchali disco polo. Kto normalny pił przed pracą tanie wino zwane sangrią i jeszcze z chęcią wybierał się na pobliską dyskotekę, po czym wracał z owego przybytku tuż przed rozpoczęciem zmiany?

Byliście kiedyś na dyskotece w Belgii? Muzyka techno, do której nawet nie można podrygiwać stopą, potrafiła całkowicie wytrącić z równowagi. Nagle Miłość w Zakopanem czy Ruda tańczy jak szalona wydawały się całkiem fajnymi kawałkami. Mimo tego, że słyszałam je w ciągu paru godzin co najmniej trzy razy.

Prócz tego musiałam jeszcze uważać na swoje rzeczy, bo byli tam i tacy, którzy z chęcią przygarnęliby mój prowiant, który w większości stanowiły konserwy przywiezione, a jakżeby inaczej, z Polski lub moje osobiste ubrania. Kasy i tak nie miałam, bo całą poprzednią tygodniówkę straciłam na zapasy niezbędnych kosmetyków i jedzenie. Reszta miała zostać mi wypłacona pod koniec kontraktu, który miałam zawarty z właścicielką farmy. Po przemyśleniu, jeśli chodzi o konserwy, to chyba nie miałabym problemu, gdyby ktoś je podebrał. Mimo tego, że stanowiły najtańsze możliwe pożywienie, miałam ich serdecznie dość. Poza tym nie miałam niczego. Telefon, którego używałam, rok temu kosztował niecałe trzysta złotych, więc w danej chwili, w erze wypasionych smartfonów, był niewart funta kłaków. Miałam też odtwarzacz MP3, ale on to dopiero był staruszkiem, właściwie to cudem było to, że jeszcze działał. Zapewne baterie do niego kosztowały więcej, niż on sam był wart.

Dziś miałam dostać tygodniówkę, z czego ogromnie się cieszyłam, bo prowiant powoli się kończył, a ja ostatnio wpadłam na pomysł przerzucenia się na zupki chińskie. Tak, wprost uwielbiałam się zdrowo odżywiać. Tygodniówka wydawana była tylko, jeśli ktoś wyraził taką chęć. Miałam zamiar wziąć ją po raz drugi. Ta wypłata równała się z grupową wyprawą do sklepu. I kradzieżą sygnału Wi-Fi z prywatnego domu, który znajdował się niecałe trzy kilometry od miejsca, w którym wszyscy byliśmy zakwaterowani. Czekałam na to naprawdę długo. Musiałam się w czymś upewnić, chociaż czułam, że się nie mylę.

Praca, mimo niewyspania i bólu głowy, minęła mi szybko. Jutro miałam mieć wolne, więc nie będę musiała się zrywać razem z kurami tuż przed czwartą, żeby chociaż w spokoju załatwić swoje potrzeby i umyć zęby bez ciągłego pukania do drzwi. Stara, czyli szefowa, darła się tylko przez godzinę, bo chyba w końcu udało się rzucić na nią klątwę i zesłać sraczkę. Z pola zbiegła szybko i była wyjątkowo blada. Jej cera, zazwyczaj ziemista z wypiekami na policzkach, zmieniła się w woskową, wręcz przypominającą te, które widuje się w prosektorium. Byłam prawie rozbawiona tym widokiem.

Ból kolan odebrał mi jednak pełnię szczęścia. Każdy, kto zbierał owoce, zrozumie. O plecach nawet nie wspominałam. Gdy zarządzili koniec pracy, z ulgą skierowałam się do wielkiego domu zamieszkałego przez jakieś sześćdziesiąt osób. Szaleństwo, nie? Wyobrażacie sobie mnie? Introwertyczka z zaburzeniami emocjonalnymi w otoczeniu wieśniaków lubujących się w alkoholu i disco polo. Ja też nie. Dlatego właśnie, od razu po przekroczeniu progu tego budynku, zrzuceniu gumiaków ze stóp i chwyceniu konserwy w rękę, włożyłam słuchawki. I byłam w raju. Bathory pobrzmiewał w moich uszach, radując serce. Jak to mawiają co zabawniejsi ludzie z klimatu Black Metal? Bathory jest bez Ory. O tak. Fly my ravens, it's time to fly, And for me maybe... to die...1

Prawie odpłynęłam lub odleciałam duszą, jakkolwiek by na to nie patrzeć, gdy czyjś bark mocno uderzył o mój. Słuchawka wyleciała mi z ucha.

- Uważaj, jak leziesz, dziwolągu.

Usłyszałam i zebrałam wszystkie siły, by nie uderzyć tej zdzirowatej blond "Karyny" z wielkim brzuchem wystającym spod przykrótkiej bluzki. Nabrałam powietrza i ruszyłam dalej. Wystarczyło mi stresujących momentów w życiu.

Być może chcielibyście wiedzieć, jak sama wyglądałam? Ciemne włosy do ramion, ręce pokryte tatuażami i gdzieniegdzie sznytami. Średniego wzrostu i dosyć szczupła. Chociaż tyle mi się udało i to mimo tego, że żarłam same świństwa. Średni biust, średni tyłek... Ogólnie wszystko średnie. Prawie jak moje życie. Pozytywnie ujmując, oczywiście.

Wygląd miał dla mnie znaczenie, gdy miałam trzynaście lat i zdałam sobie sprawę z tego, że wszystkie moje koleżanki z klasy noszą takie piękne i zadbane ubrania, a moje stare, często poniszczone i śmierdzące papierosami, sprawiały, że ludzie nie traktowali mnie, jak powinni byli.

Nie widzieli mnie, czyli osoby, jaką byłam, a dziewczynę, która pochodziła z patologicznej rodziny i pewnie sama ćpała, piła i lubowała się w tego typu rzeczach. To nie tak, że nie spróbowałam w swoim życiu używek, bo, umówmy się, każdy przechodził okres buntu, w którym chce pokazać światu fucka i udowodnić swoją wyższość. Albo, tak jak ja, uciec, bo każdy w zasadzie miał w dupie mój bunt. Tak czy siak, na szczęście porzuciłam to gówno, zanim sprowadziło mnie na samo dno.

Teraz, jeśli chodziło o wygląd, wiele się nie zmieniło, oprócz tego, że bardziej o siebie dbałam. To znowu wiązało się z tym, że miałam trochę grosza na wymianę garderoby od czasu do czasu. Miałam zajebiste tatuaże i kolczyk w języku, którego zresztą chyba wyjmę, bo już mi się znudził. Jakbyście mnie ujrzeli, to od razu byście mocniej złapali za swoje portfele. Tak w razie czego, bez stereotypów oczywiście.

Moje długie ciemnobrązowe włosy układały się w loki. Chociaż może to złe określenie. Zamiast włosów miałam nieokiełznane spiralki, które na przemian kochałam i nienawidziłam. Poza tym nic nie różniło mnie od typowej dziewczyny, chociaż często słyszałam, że moje oczy są wyjątkowo smutne. Nie byłam w stanie tego ocenić, ale ponoć oczy są zwierciadłem duszy, więc mogła być to prawda, ponieważ moja była cholernie smutna.

Gdy już bez ekscesów dotarłam do pokoju, z ulgą zauważyłam, że jestem pierwsza. Miałam nadzieję, że moje współlokatorki zajęły się czymś ważniejszym, a ja w tym czasie wzięłam czyste ubrania i kosmetyczkę, aby pognać do łazienki, a raczej do kolejki pod prysznic. Bo oczywiście były tylko dwie kabiny w domu, w którym pomieszkiwało sześćdziesiąt osób. Po odczekaniu swojej kolejki i oczyszczeniu skóry z nawozów - choć czułam, że nawet gdy wyjadę z tego miejsca to będę śmierdzieć tym wszystkim - wróciłam do pokoju, gdzie zastałam dziewczyny, które paradowały przebrane w spódniczki ledwie zasłaniające pośladki, a piersi wylewały się z ich przyciasnych staników. Do tego czerwona szminka i zestaw na dyskotekę gotowy. Byłam bardzo podekscytowana perspektywą nocy bez tych idiotek.

- O, Aśka, idziesz z nami? - zapytała Kamila, która zajmowała łóżko pode mną.

Pytanie oczywiście było prześmiewcze i wywołało rozbawienie wśród pozostałych. Tylko raz, i to pod przymusem, tam poszłam. Nigdy nie zapomnę tego idiotycznego podrygiwania ludzi, którzy ślinili się wzajemnie na swój widok, zupełnie jak małpy podczas tańca godowego, ale z drugiej strony nie mieli odwagi, żeby zagadać. Urocze.

- Jasne, tylko poszukam mini, w której wyjdzie mi dupa, ale niestety nie mam takiej dziwkarskiej szminki. Pożyczysz, Izka? - odparłam z sympatycznym uśmiechem do blondyny, która stale szczerzyła zęby, jakby do końca nie była pewna tego, co się dzieje wokół niej.

Tym razem już nie zagłuszały mnie małpim śmiechem, a jedynie prychały pod nosem. Wiedziały, że nie ma sensu się ze mną kłócić. Całe moje życie to była kłótnia, więc wykształciłam w sobie zdolność wymyślania szybkiej riposty. Gdy wychodziły, usłyszałam soczyste "spierdalaj", ale postanowiłam to zignorować. W moich uszach leciał teraz kawałek All Shall Fall.

Rise those who despise the weak

Spare none and ride proudly on the winds of death

All defeated by our call, all defeated by the wars

Under the hovering thunders of darkness2

Może to było głupie, ale gdy miałam słuchawki na uszach i zamykałam oczy, to czułam się szczęśliwa. Mocne brzmienia relaksowały mnie, a jednocześnie wypełniały żyły wrzącą krwią. Miałam wiele etapów, od popu do hip-hopu, ale jedyne, co mnie zaspokajało, to metal. Najlepiej czarny, niemal jak moja dusza. Odpłynęłam w towarzystwie dźwięków dobiegających ze słuchawek, wyobrażając sobie, że nie ma w moim życiu problemów, a jedyne, co mnie czeka, to świetlana przyszłość, w której otaczają mnie ludzie kochający i dbający o kogoś więcej niż o siebie samych. Albo chociaż tyle, że w domu przebywa matka. Trzeźwa, bez obrzydliwych koleżków, którym miałam ochotę pourywać łby. I to nie w przenośni. Może jeszcze to, że matka ma co jeść, że nie odcięli jej gazu i że jest wysprzątane. Tyle. To była moja definicja szczęścia.

1 Bathory, The Ravens, album: Blood on Ice, 1996.

2 Immortal, All Shall Fall, album: All Shall Fall, 2009.