Zwiastuny - Karin Fossum

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dziecko spało w wózku na ty­łach domu. Wó­zek był marki Brio, a le­żała w nim ośmio­mie­sięczna dziew­czynka przy­kryta szy­deł­ko­wym ko­cy­kiem i w szy­deł­ko­wej cza­peczce, za­wią­za­nej na ko­kardkę pod bródką. Wó­zek stał w cie­niu klonu, w od­dali zaś roz­cią­gał się las, two­rząc w tle ciemną ścianę. Matka dziecka prze­by­wała wła­śnie w kuchni. Nie wi­działa z okna śpią­cej na dwo­rze có­reczki, ale ani przez mo­ment się o nią nie mar­twiła.

Za­jęta do­mem, szczę­śliwa ze swo­jego ży­cia, lek­kim kro­kiem ni­czym ba­le­rina po­ru­szała się po kuchni, a jej serce wolne było od smutku i zmar­twień. Miała wszystko to, o czym każda ko­bieta po­dobno ma­rzyła. Urodę, zdro­wie i mi­łość. Męża i dziecko, dom i ogród z ro­do­den­dro­nami i buj­nymi kwia­tami. Czuła, że spra­wuje kon­trolę nad swoim ży­ciem.

Zer­k­nęła do góry na ścianę, gdzie wi­siały trzy fo­to­gra­fie. Na jed­nej z nich stała w kwie­ci­stej su­kience pod klo­nem. Na dru­giej jej mąż Kar­sten stał na we­ran­dzie przed do­mem. Na ostat­nim zdję­ciu wi­dać był ich oboje, sie­dzą­cych bli­sko sie­bie na so­fie i trzy­ma­ją­cych mię­dzy sobą dziecko. Dziew­czynka miała na imię Mar­grete. Je­den plus je­den daje w rze­czy­wi­sto­ści trzy, to praw­dziwy cud, po­my­ślała. Te­raz do­strze­gała tę nie­zwy­kłość wo­kół sie­bie. W pro­mie­niach słońca wpa­da­ją­cych przez okno i w cien­kich bia­łych za­sło­nach, lekko po­wie­wa­ją­cych w prze­ciągu.

Stała przy ku­chen­nym bla­cie i ener­gicz­nie ugnia­tała cia­sto, które było gład­kie i cie­płe. Miała za­miar upiec tartę, na­dzie­waną mię­sem z kur­czaka i kur­kami. W tym cza­sie Mar­grete, z główką okrytą cza­peczką, mo­gła spo­koj­nie spać pod drze­wem. Dziew­czynka pod ko­cy­kiem rów­nież była gładka i cie­pła. Małe ser­duszko pom­po­wało nie­wielką ilość krwi, która za­ró­żo­wiała ma­łej po­liczki. Pach­niała mie­szanką kwa­śnego mleka i my­dła. A ko­cyk i cza­peczkę wy­szy­deł­ko­wała jej fran­cu­ska bab­cia. Mar­grete spała głę­boko i spo­koj­nie, z roz­chy­lo­nymi rącz­kami, tak jak tylko nie­mow­lęta po­tra­fią.

Jej matka wał­ko­wała cia­sto na mar­mu­ro­wym bla­cie. Gdy prze­su­wała wał­kiem, jej ciało się ko­ły­sało, a spód­nica fa­lo­wała wo­kół nóg. Wy­glą­dało to, jakby tań­czyła.

Trwało późne lato, było cie­pło, a ko­bieta po­ru­szała się po kuchni na bo­saka. Wło­żyła cia­sto do tor­tow­nicy, zro­biła wi­del­cem na­kłu­cia na spo­dzie i od­kro­iła wy­sta­jące brzegi. Póź­niej po­ło­żyła zgril­lo­wane mięso z kur­czaka na drew­nia­nej de­sce do kro­je­nia. Ty mały nie­bo­raku, po­my­ślała, od­ry­wa­jąc udka od reszty kur­czaka. Lu­biła od­głosy kru­sze­nia i ła­ma­nia chrzą­stek. Mięso było ja­sne i mięk­kie, lekko od­cho­dziło od ko­ści. Ule­gła po­ku­sie i wło­żyła ka­wa­łek do ust. Pyszne, stwier­dziła, do­brze przy­pra­wione i do tego chude. Wy­peł­niła tor­tow­nicę po brzegi i po­sy­pała wierzch star­tym ched­da­rem. Spoj­rzała na ze­ga­rek. Nie mar­twiła się o dziecko. Wie­działa, że gdyby có­reczka kich­nęła, ona na­tych­miast by to usły­szała. Gdyby dziecko za­ka­słało lub do­stało czkawki albo się roz­pła­kało, ona za­raz by to wy­czuła. Po­nie­waż mię­dzy nimi ist­niała więź tak mocna jak lina okrę­towa. Naj­mniej­szy ruch do­trze do niej w for­mie wi­bra­cji.

Mam Mar­grete w swo­jej gło­wie, po­my­ślała, we krwi i w pal­cach. Mam ją w swoim sercu. Gdyby ktoś chciał ją skrzyw­dzić, wy­czu­łaby to. Była o tym prze­ko­nana. Dla­tego spo­koj­nie kon­ty­nu­owała swoją pracę. Gdy jed­nak ktoś wy­szedł z ciem­nego lasu, za­czął skra­dać się na tył domu, aż w końcu jed­nym sko­kiem zna­lazł się przy wózku i szarp­nął za szy­deł­kowy ku­cyk, matka ni­czego nie za­uwa­żyła.

Tarta się za­ru­mie­niła. Ser się roz­to­pił, a na po­wierzchni cia­sta bul­go­tały ni­czym lawa bą­belki. Ko­bieta zer­k­nęła przez okno i uj­rzała swo­jego męża, Kar­stena, który w tym mo­men­cie za­jeż­dżał na po­dwórko w swo­jej czer­wo­nej hon­dzie cr-v. Na stole stała stara i sza­cowna za­stawa, a w kie­lisz­kach zna­la­zły się białe ser­wetki zło­żone w wa­chlarz.

Ko­bieta za­pa­liła świece i cof­nęła się o krok, po czym prze­chy­liła głowę, przy­glą­da­jąc się ca­łej aran­ża­cji. Miała na­dzieję, że mąż za­uważy, jak bar­dzo się po­sta­rała, jak rów­nież to, że za­wsze się sta­rała. Wy­gła­dziła spód­nicę, po czym szybko prze­cze­sała ręką włosy. Inne pary mogą się kłó­cić, po­my­ślała, inne pary mogą się roz­wo­dzić, ale to nie do­ty­czy nas, gdyż my je­ste­śmy o wiele mą­drzej­szy. Ro­zu­miemy, że mi­łość jest jak ro­ślina, o którą trzeba dbać. Ist­nieją lu­dzie, któ­rzy wciąż po­wta­rzają to idio­tyczne po­wie­dze­nie, że mi­łość czyni śle­pym. A ona wła­śnie te­raz, jak ni­gdy wcze­śniej w swoim ży­ciu, uświa­do­miła so­bie pewne rze­czy. Do­piero te­raz zdo­była tę prze­ni­kli­wość i zro­zu­miała hie­rar­chię war­to­ści, któ­rymi bez­kom­pro­mi­sowo chciała się kie­ro­wać.

Po­bie­gła do ła­zienki i prze­cze­sała szczotką włosy. Miała za­ró­żo­wione po­liczki i błysz­czące oczy. Czuła pod­nie­ce­nie wy­wo­łane po­ja­wie­niem się męża w domu, cie­płem pły­ną­cym z pie­kar­nika i lip­co­wym słoń­cem, po­ło­żo­nym ni­sko nad ho­ry­zon­tem i wpa­da­ją­cym przez okna do środka. Gdy mąż wszedł do kuchni, ona stała z bu­telką wody mi­ne­ral­nej Far­ris w ręce i de­li­kat­nie, acz ele­gancko wy­gi­nała bio­dra. Za­uwa­żyła, że trzy­mał w ręce pocztę i ga­zety. Odło­żył to wszystko na blat, pod­szedł do pie­kar­nika, przy­kuc­nął i zaj­rzał do środka.

- Wy­gląda pysz­nie - ode­zwał się. - Jest już go­towe?

- My­ślę, że tak - od­po­wie­działa. - Mar­grete śpi - do­dała. - W wózku. Śpi już dość długo. Chyba po­win­ni­śmy ją obu­dzić, bo bę­dziemy mieli pro­blemy w nocy. - Na­gle zmie­niła jed­nak zda­nie. Spoj­rzała ko­kie­te­ryj­nie na męża spod gę­stych czar­nych rzęs. - Albo zjemy so­bie w spo­koju i zro­bimy to po obie­dzie. Kur­czak i kurki - za­chę­cała, ki­wa­jąc głową w stronę pie­kar­nika. Za­ło­żyła rę­ka­wice ku­chenne, po czym wy­jęła go­rącą tor­tow­nicę z tartą i po­ło­żyła do osty­gnię­cia na rusz­cie.

- Na pewno nam wy­ba­czy - od­parł męż­czy­zna. Jego głos był głę­boki i chro­po­waty. Po­tem się wy­pro­sto­wał, ob­jął żonę w ta­lii i przy­cią­gnął do sie­bie. Ro­ze­śmiali się, po­nie­waż ona miała na rę­kach rę­ka­wice ku­chenne, on zaś pa­trzył na nią wzro­kiem, który ona tak lu­biła. W ten spo­sób się z nią prze­ko­ma­rzał, czemu ni­gdy nie mo­gła się oprzeć. Po­pro­wa­dził ją te­raz do sa­lonu. Mi­nęli stół i po­dą­żali w kie­runku sofy.

- Kar­sten - wy­szep­tała. Był to jed­nak słaby pro­test. Czuła się w jego rę­kach jak cia­sto, ugnia­tane, wał­ko­wane i na­kłu­wane.

- Lily - po­wie­dział przy­tłu­mio­nym gło­sem, na­śla­du­jąc ton jej głosu.

Upa­dli na sofę. Od strony ogrodu, gdzie pod klo­nem le­żało dziecko, nie do­cho­dził ża­den dźwięk.

Póź­niej je­dli w mil­cze­niu obiad. Męż­czy­zna nie po­wie­dział ani słowa o po­siłku, ani o stole, który tak pięk­nie ude­ko­ro­wała. Wciąż jed­nak spo­glą­dał na nią z uzna­niem i po­dzi­wem. Jego oczy mó­wiły: Lily, czego ty nie po­tra­fisz. Miał zie­lone oczy, duże i wy­raźne. Pró­bo­wała nie jeść za dużo, mimo że tarta bar­dzo jej sma­ko­wała. Lily była szczu­pła i chciała taką po­zo­stać. Kar­sten także był szczu­pły, a uda miał twarde jak ka­mień. Jego gę­ste brą­zowe włosy, za­wsze nieco za dłu­gie na karku, spra­wiały, że wy­glą­dał tro­chę ło­bu­zo­wato, a to ją pod­nie­cało. Trudno jej było so­bie wy­obra­zić, że mógłby się w przy­szło­ści roz­tyć i utra­cić spor­tową syl­wetkę, a póź­niej wy­ły­sieć, tak jak to się dzieje u wielu męż­czyzn zbli­ża­ją­cych się do czter­dziestki. Ich oboje pro­ces sta­rze­nia jed­nak nie do­ty­czył. Nic nie mo­gło znisz­czyć tego, co mieli ra­zem, ani siła cięż­ko­ści, ani ząb czasu.

- Po­sprzą­tasz ze stołu? - za­py­tała Lily po obie­dzie. - A ja przy­niosę Mar­grete.

Kar­sten za­czął od razu zbie­rać ta­le­rze i kie­liszki. Jego ru­chy były szyb­kie i nieco gwał­towne. Por­ce­lana brzę­czała w jego rę­kach, a Lily wstrzy­my­wała od­dech, gdyż za­stawa sta­no­wiła spa­dek po fran­cu­skiej babci jej córki. Ko­bieta wy­szła do przed­po­koju, żeby wło­żyć buty. Otwo­rzyła na oścież drzwi i po­czuła cie­pło pro­mieni sło­necz­nych, lekki wiatr oraz woń trawy i lasu. Udała się za dom i po­dą­żała da­lej w kie­runku klonu. Na­gle prze­raź­liwe uczu­cie spa­dło na nią ni­czym cios.

Prze­cież na chwilę wy­parła swoją małą có­reczkę ze świa­do­mo­ści. Przy­spie­szyła te­raz kroku, żeby na­pra­wić swój błąd i wy­na­gro­dzić to dziecku. Zo­ba­czyła wó­zek i po­my­ślała, że dzieje się coś dziw­nego. Wpraw­dzie stał tam, gdzie go zo­sta­wiła, w po­bliżu klonu, ale ko­cyk był zwi­nięty ni­czym po­plą­tany kłę­bek. Pew­nie dziecko się roz­ko­pało, po­my­ślała. W ta­kim ma­łym ciałku jest tyle ener­gii. Gdy do­strze­gła krew, ogar­nął ją strach. Ze­rwała ko­cyk i za­marła z prze­ra­że­nia. Jej có­reczka też była całe we krwi. Ko­bieta osu­nęła się na trawę. Le­żała na ziemi i bez­rad­nie pró­bo­wała się pod­nieść. Chciała zwy­mio­to­wać, bo czuła, że do gar­dła pod­cho­dzi jej coś kwa­śnego, po czym wy­dała z sie­bie prze­raź­liwy krzyk.

Kar­sten wy­biegł zza rogu. Zo­ba­czył żonę, a po­tem do­strzegł krew, ośli­zgłą i nie­mal czarną. Czte­rema su­sami do­biegł do wózka, z któ­rego wy­rwał dziecko, żeby przy­ci­snąć je do piersi. Chwilę póź­niej krzyk­nął do żony, żeby wy­pro­wa­dziła sa­mo­chód z ga­rażu.

- Szybko, Lily - wrzesz­czał. - Szybko!

Za­miast od­po­wie­dzi wy­dała jęk. Za­czął krzy­czeć jesz­cze gło­śniej, ry­czał ni­czym dziki zwierz i to spra­wiło, że ze­brała w so­bie siły i ru­szyła do dzia­ła­nia. Pod­nio­sła się i po­bie­gła do ga­rażu, po dro­dze uświa­da­mia­jąc so­bie, że po­trze­buje klu­czy­ków. Wpa­dła do domu i zo­ba­czyła je na ma­łym haku w przed­po­koju. Wkrótce zna­la­zła się w au­cie za kie­row­nicą i wy­pro­wa­dziła je ty­łem z ga­rażu. Kar­sten otwo­rzył z hu­kiem drzwi i wsiadł do po­jazdu, trzy­ma­jąc Mar­grete w ra­mio­nach. Nie­zdar­nym ru­chem ba­dał ciałko có­reczki pod ko­cy­kiem.

- Chyba krwawi z ust - po­wie­dział, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze. - Nie je­stem w sta­nie za­trzy­mać krwa­wie­nia! Czy mo­żesz je­chać szyb­ciej?! Jedź szyb­ciej, Lily!

Póź­niej żadne z nich nie było w sta­nie po­wie­dzieć, jak długo je­chali do szpi­tala Sen­tral­sy­ke­hu­set. Kar­sten jak przez mgłę pa­mię­tał, że prze­biegł przez re­cep­cję i sil­nym pchnię­ciem otwo­rzył szklane drzwi. Sza­leń­czy bieg po ko­ry­ta­rzach szpi­tala w po­szu­ki­wa­niu po­mocy dla krwa­wią­cego dziecka. Lily nic nie za­pa­mię­tała. Zie­mia krę­ciła się z taką pręd­ko­ścią, że przy­pra­wiało ją to o za­wrót głowy. Bie­gła za Kar­ste­nem ni­czym za­jąc ucie­ka­jący przed my­śli­wym, który wie, że zbliża się jego ko­niec.

W końcu za­trzy­mały ich dwie pie­lę­gniarki. Jedna z nich chwy­ciła Mar­grete i znik­nęła z nią za drzwiami.

- Pro­szę tu­taj po­cze­kać - zdą­żyła krzyk­nąć. Za­brzmiało to jak po­le­ce­nie.

Drzwi miały ma­tową szybę, przez którą nic nie można było zo­ba­czyć. Na końcu ko­ry­ta­rza znaj­do­wała się nie­wielka sofa i fo­tele, na któ­rych oboje usie­dli. Żadne słowo nie mo­gło wy­ra­zić ich uczuć. Po kilku mi­nu­tach Kar­sten pod­szedł do sto­ją­cego pod oknem dys­try­bu­tora wody. Wy­rwał pla­sti­kowy ku­bek z do­zow­nika, na­lał wody i po­dał Lily, ale ona z krzy­kiem wy­trą­ciła mu ku­bek z rąk.

- Wy­da­wała z sie­bie dźwięki - pró­bo­wał po­cie­szyć żonę. - Prze­cież sama sły­sza­łaś. Ona od­dy­chała, Lily. Je­stem tego pe­wien. Zro­bił okrą­że­nie po po­miesz­cze­niu. - Oni mu­szą za­ta­mo­wać to krwa­wie­nie! - krzyk­nął. - Praw­do­po­dob­nie zro­bią jej trans­fu­zję krwi. Przy­je­cha­li­śmy prze­cież szybko.

Lily nie od­po­wia­dała. W głębi ko­ry­ta­rza krą­żył tam i z po­wro­tem ja­kiś chło­piec z ręką na tem­blaku. Był wy­raź­nie za­in­try­go­wany dra­ma­tyczną sy­tu­acją, która roz­gry­wała się kilka me­trów da­lej. Wpa­try­wał się w nich bez skrę­po­wa­nia.

- Dla­czego nie wra­cają? - wy­szep­tała Lily. - Co oni te­raz ro­bią?

Czuła się jak w środku bębna, który krę­cił się w za­wrot­nym tem­pie. To nie było ani ży­cie, ani śmierć. Póź­niej będą wspo­mi­nać te chwile jako wę­drówkę przez pie­kło. Pie­kło, które na­gle się skoń­czyło, gdy pie­lę­gniarka zja­wiła się w szkla­nych drzwiach z Mar­grete na rę­kach. Dziecko owi­nięte było w biały ko­cyk i ku za­sko­cze­niu Kar­stena ma­chało rącz­kami.

- Jest cała i zdrowa - ode­zwała się pie­lę­gniarka.

Oj­ciec wziął dziecko na ręce. Czuł to ma­leń­kie, pro­mie­niu­jące cie­płem ciałko przy swoim ciele.

Ner­wo­wymi ru­chami za­czął od­chy­lać poły ko­cyka. Mar­grete miała na so­bie jed­no­ra­zową pie­luszkę, poza tym była naga.

- Jest zu­peł­nie zdrowa - po­wtó­rzyła pie­lę­gniarka. - To nie była jej krew. Za­dzwo­ni­li­śmy już na po­li­cję.

*

Kar­stena i Lily Sun­de­li­nów za­pro­wa­dzono do po­koju, gdzie mo­gli w spo­koju i sa­mot­no­ści cze­kać na po­li­cję. Ko­bieta chciała wra­cać do domu. Nie miała ochoty z ni­kim roz­ma­wiać. Pra­gnęła wejść do swo­jej sy­pialni i tam się za­szyć w ja­kimś ką­cie. Pra­gnęła sie­dzieć z mę­żem i dziec­kiem na ich sze­ro­kim łóżku i już ni­g­dzie nie wy­cho­dzić. Jej dziecko ni­gdy już nie bę­dzie le­żało w wózku pod klo­nem ani ni­gdy nie bę­dzie spało bez nad­zoru. Ni­gdy na­wet na chwilę nie wy­prze có­reczki ze świa­do­mo­ści. Te­raz jed­nak mu­sieli cze­kać.

- Ale co mamy im po­wie­dzieć? - za­py­tała z nie­po­ko­jem. - W ta­kich sy­tu­acjach bar­dzo się de­ner­wuje.

Kar­sten po­pa­trzył zdzi­wiony na żonę. W prze­ci­wień­stwie do Lily, którą prze­peł­niał lęk, on był przede wszyst­kim wście­kły. Jego przy­ja­zne i pełne to­le­ran­cji na­sta­wie­nie do dru­giego czło­wieka wy­pa­ro­wało. Całe to wy­da­rze­nie za­pie­rało mu od­dech w pier­siach i wy­wo­łało ki­piącą złość. Ni­gdy nie ży­wił szcze­gól­nej sym­pa­tii do po­li­cji, mimo że ni­gdy nie miał z nią kon­taktu. W jego wy­obraźni byli to nie­udolni i dość pro­ści lu­dzie, sta­wia­jący cięż­kie kroki w swych czar­nych sznu­ro­wa­nych bu­tach i idio­tycz­nych czap­kach na gło­wie. Przy­po­mi­nali mu bu­dow­lań­ców z mnó­stwem na­rzę­dzi po­brzę­ku­ją­cych u pasa. To byli mło­dzi, nie­wy­kształ­ceni lu­dzie, któ­rzy nic nie wie­dzieli o ży­ciu ani jego niu­an­sach. Trzeba zwró­cić uwagę na de­tale, by do­strzec, że do­szło do strasz­nej zbrodni, po­my­ślał. Oni pew­nie tego nie zro­zu­mieją. Uznają to za ja­kiś wy­bryk. A je­śli do­ko­nał tego ja­kiś na­sto­la­tek, to do­sta­nie je­dy­nie upo­mnie­nie, bo bie­dac­two z pew­no­ścią nie miało ła­twego dzie­ciń­stwa. Ale ja po­wiem im kilka słów prawdy, uznał Kar­sten, sior­biąc cierpką kawę, którą przy­nio­sła mu wcze­śniej pie­lę­gniarka.

Lily mocno przy­tu­lała dziecko i drżała na ca­łym ciele. Na­gle za­częła się przy­glą­dać ob­ra­zom na ścia­nie. Je­den z nich przed­sta­wiał wodne li­lie pły­wa­jące w sta­wie w pa­ste­lo­wych bar­wach. Na dru­gim wi­dać było nor­we­ski kra­jo­braz kilku gór­skich grzbie­tów. Na sto­liku le­żała sterta cza­so­pism o zdro­wiu. O tym, czego na­leży w ży­ciu uni­kać, co trzeba jeść i pić, albo czego nie wolno jeść i pić oraz jak po­winno się żyć. Gdy czło­wiek chce długo żyć.

Kar­sten za­czął krą­żyć po po­koju, nie­cier­pli­wiąc się ni­czym roz­ju­szony byk. Ko­menda po­li­cji znaj­do­wała się w po­bliżu szpi­tala, za­le­d­wie kilka mi­nut drogi, przez opie­szały sys­tem cze­ka­nie trwało jed­nak całą wiecz­ność.

- Pew­nie mu­szą naj­pierw spo­rzą­dzić ra­port - oznaj­mił z sar­ka­zmem w gło­sie. Stał przed Lily na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach i z rę­kami opar­tymi na bio­drach.

- Chyba na­pi­szą go po­tem - od­po­wie­działa Lily. Po­gła­dziła dziecko po po­liczku. Przy ca­łym tym za­mie­sza­niu Mar­grete spała głę­boko i spo­koj­nie.

Wresz­cie na ko­ry­ta­rzu po­ja­wili się dwaj męż­czyźni. Ża­den z nich nie miał na so­bie mun­duru. Je­den był wy­soki i siwy, praw­do­po­dob­nie do­bie­gał sześć­dzie­siątki, drugi zaś był młod­szy i miał krę­cone włosy. Przed­sta­wili się jako Se­jer i Skarre. Pierw­szy z nich spoj­rzał na śpiące dziecko, po czym uśmiech­nął się do Lily.

- Jak się pań­stwo czują? - za­py­tał.

- Ona ni­gdy wię­cej nie bę­dzie spała w ogro­dzie - ode­zwała się ko­bieta.

Se­jer kiw­nął głową.

- Do­sko­nale to ro­zu­miem - od­parł. - Ale z cza­sem znajdą pań­stwo ja­kieś wyj­ście.

W tym cza­sie Skarre wy­cią­gnął z kie­szeni no­tes i zna­lazł dla sie­bie krze­sło. Lily wy­da­wał się młody, ener­giczny, pe­łen za­pału i we­rwy.

- Mu­simy za­dać pań­stwu kilka py­tań - po­in­for­mo­wał mał­żeń­stwo.

- No wła­śnie - od­rzekł Kar­sten. - Mam na­dzieję, że pa­no­wie to zro­bią. Po­nie­waż ci, któ­rzy za tym stoją, za­płacą za to. Na­wet gdy­bym miał o to za­dbać oso­bi­ście.

Sły­sząc tę wy­po­wiedź, zmie­szany Skarre pod­niósł wzrok, a zdzi­wiony star­szy in­spek­tor brew. Kar­sten Sun­de­lin był wy­soki i do­brze zbu­do­wany, miał silne dło­nie, a w jego oczach czaił się tem­pe­ra­ment, wy­bi­ja­jący się rów­nież w jego roz­trzę­sio­nym gło­sie. Młoda matka na­to­miast sie­działa sku­lona na krze­śle, od­ci­na­jąc się od reszty świata. W ciągu se­kundy Skarre usta­lił roz­kład sił w tym związku. Naga siła wo­bec ko­bie­cej wraż­li­wo­ści.

- Czy była pani wcze­śniej za­mężna? - za­py­tał przy­jaź­nie i spoj­rzał na Lily.

Po­pa­trzyła na niego zdu­miona, po czym po­krę­ciła głową.

- Były chło­pak? Były kon­ku­bent?

Py­ta­nia te wpra­wiło ją w lek­kie za­kło­po­ta­nie.

- Mia­łam oczy­wi­ście wcze­śniej chło­pa­ków - przy­znała. - Ale po­sia­dam też zdol­ność oceny dru­giego czło­wieka.

Z pew­no­ścią po­sia­dasz, po­my­ślał Skarre, lecz w ży­ciu zda­rzają się nie­spo­dzianki.

- A pan? - zwró­cił się te­raz do męż­czy­zny. - Miał pan ja­kieś pro­blemy w po­przed­nich związ­kach? My­ślę o ta­kich spra­wach jak za­zdrość. Lub chęć ze­msty.

- By­łem już żo­naty - od­po­wie­dział Kar­sten po­wścią­gli­wym gło­sem.

- Ro­zu­miem. - Skarre za­no­to­wał coś w no­te­sie, po czym spoj­rzał po­now­nie na męż­czy­znę swo­imi nie­bie­skimi oczami. - Czy roz­sta­li­ście się w przy­jaźni?

- Ona zmarła - od­parł Kar­sten. - Na raka.

Skarre przy­jął tę in­for­ma­cję ze spo­ko­jem. Prze­cią­gnął ręką po wło­sach, tar­ga­jąc je lekko.

- Czy byli pań­stwo z kimś skon­flik­to­wani? - za­py­tał po­now­nie. - W ostat­nich cza­sach albo wcze­śniej?

Kar­sten oparł się o ścianę. Wy­da­wało się, jakby chciał kur­czowo utrzy­mać swoją prze­wagę nad resztą grupy. Po­dob­nie jak Se­jer był im­po­nu­jąco wy­soki i sze­roki w ra­mio­nach. Spoj­rzał w dół na Lily i Mar­grete, na dwie istoty, za które od­po­wia­dał, i po­czuł, że w jego ciele coś się po­ja­wiło, coś, czego ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czył. Po­lu­bił to nowe uczu­cie, to odu­rze­nie. Z pew­no­ścią zro­bił to ja­kiś gów­niarz, po­my­ślał, po­cze­kaj tylko, aż cię do­rwę.

- Ni­gdy się z ni­kim nie kłó­cimy - stwier­dził gło­śno.

Ktoś tu­taj wkrótce wy­buch­nie, prze­mknęło Skar­remu przez myśl.

W tym sa­mym cza­sie Se­jer przy­niósł krze­sło, po­sta­wił je obok Lily i usiadł. Spra­wiał sym­pa­tyczne wra­że­nie i ko­bieta od razu go po­lu­biła. Był so­lidny i pewny sie­bie, ale nie w od­py­cha­jący spo­sób. Da­wał je­dy­nie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Tak jakby mó­wił: biorę sprawy w swoje ręce.

- Gdzie pań­stwo miesz­kają? - za­py­tał.

- W Bjer­ke­tun - od­po­wie­działa Lily. - Na tam­tej­szym osie­dlu.

- Jak do­brze znają pań­stwo są­sia­dów?

- Znamy ich do­brze - od­parła ko­bieta. - Roz­ma­wiamy z nimi do­słow­nie każ­dego dnia. Znamy też ich dzieci, które ba­wią się na dwo­rze. Te star­sze biorą rów­nież Mar­grete na spa­cer. Cho­dzą z wóz­kiem tam i z po­wro­tem przed do­mem, dzięki czemu wi­dzę ich przez okno.

Se­jer ski­nął głową. Pod­niósł dłoń, na­chy­lił się nad Mar­grete i po­gła­skał ją pal­cem po twa­rzy.

- Też mia­łem kie­dyś ta­kie ma­leń­stwo - rzekł, pa­trząc na Lily oso­bli­wym wzro­kiem. - Ale to było wiele lat temu. Dzieci tak szybko do­ra­stają. Ale pro­szę ani przez se­kundę nie my­śleć, że za­po­mnia­łem, jak to jest.

W oczach Lily po­ja­wiły się łzy. Po­lu­biła głę­boki głos Se­jera, po­wagę i oka­zane zro­zu­mie­nie. Uświa­do­miła so­bie, że po­li­cjanci też są ludźmi i w ich ży­ciu także po­ja­wiają się ża­łoba i roz­pacz, tak jak u wszyst­kich in­nych. Oni rów­nież są po­ru­szeni wy­da­rze­niami i mu­szą brać w nich udział, cho­ciaż inni wy­co­fują się z prze­ra­że­niem.

- Gdy pani wróci do domu - mó­wił da­lej Se­jer - to pro­szę o wszyst­kim na­pi­sać. Naj­le­piej dziś wie­czo­rem, gdy ma­leń­stwo bę­dzie już spało. Pro­szę so­bie zna­leźć wy­godne miej­sce i za­no­to­wać wszystko, co so­bie pani przy­po­mni. Szcze­góły z ca­łego dzi­siej­szego dnia. Od chwili prze­bu­dze­nia, o tym, co pani my­ślała i ro­biła. Czy ktoś prze­jeż­dżał koło domu, czy ktoś za­dzwo­nił, a gdy pani ode­brała, odło­żył słu­chawkę. A może otrzy­mała pani coś dziw­nego pocztą lub ktoś spa­ce­ro­wał przed pani do­mem? Może czuła się pani w taki czy inny spo­sób ob­ser­wo­wana? Pro­szę wró­cić wspo­mnie­niami do prze­szło­ści, może do­szło do ja­kiejś kłótni czy spię­cia. Pro­szę to wszystko za­no­to­wać. Zja­wimy się u pań­stwa, po­nie­waż mu­simy zba­dać te­ren z tyłu domu. Sprawca mógł zo­sta­wić po so­bie ślady, a je­śli tak, to trzeba je na­tych­miast za­bez­pie­czyć.

Pod­niósł się z krze­sła i to samo uczy­nił Skarre.

- Jak na­zywa się ma­lutka? - za­py­tał in­spek­tor.

- Mar­grete - od­parła Lily. - Mar­grete Sun­de­lin.

Se­jer spoj­rzał na mał­żon­ków. Na Lily pod ob­ra­zem z wod­nymi li­liami, na Kar­stena pod gór­skim kra­jo­bra­zem i na małe za­wi­niątko w pie­luszce.

- Trak­tu­jemy to zda­rze­nie bar­dzo po­waż­nie - do­dał na ko­niec in­spek­tor. - To był groźny atak. Ale chciał­bym coś pań­stwu uświa­do­mić: Mar­grete nie bę­dzie o tym pa­mię­tać.

*

Jesz­cze tego sa­mego dnia, po po­wro­cie na ko­mendę, Se­jer i Skarre roz­po­częli pracę nad usze­re­go­wa­niem ko­lej­no­ści zda­rzeń. Gdyż oczy­wi­ście było to po­ważne prze­stęp­stwo, a nie tylko okrutny żart. Był to bez­czelny, per­fidny i od­ra­ża­jący czyn, nie­po­dobny do ni­czego, co wcze­śniej wi­dzieli. Wie­ści o nie­mow­lę­ciu zna­le­zio­nym w ka­łuży krwi roz­prze­strze­niły się na ko­men­dzie ni­czym ogień. I w końcu do­tarły do na­czel­nika Hol­the­manna. Wkrótce wkro­czył on z la­seczką w pra­wej dłoni do biura Se­jera. Sto­jąc na środku po­koju, wa­lił nią po­ryw­czo o pod­łogę, de­mon­stru­jąc swoją od­razę. Nikt na ko­men­dzie nie wie­dział, dla­czego Hol­the­mann za­czął cho­dzić z la­ską. Pew­nego razu przy­ja­zna du­sza za­py­tała go, jak długo to po­trwa. A może bę­dzie po­trze­bo­wał la­ski do końca ży­cia? Będę jej uży­wał tak długo, jak to bę­dzie ko­nieczne, po­my­ślał. I je­śli będę po­trze­bo­wał pod­pory na resztę ży­cia, to mam do tego cał­ko­wite prawo.

- Co to za hi­sto­ria z tym dziec­kiem? - za­py­tał z obu­rze­niem w gło­sie. - Czy lu­dzie nie mogą ukraść sa­mo­chodu albo na­paść na bank? Ta­kie rze­czy można prze­cież zro­zu­mieć. I co z ro­dzi­cami? - do­dał. - Są zrów­no­wa­żeni i sta­bilni czy bę­dziemy ich tu cią­gle wi­dy­wać?

- Oj­ciec jest silny, obu­rzony i wście­kły - od­parł Se­jer. - Matka wy­daje się lę­kliwa ni­czym sarna.

- Sprawcą jest pew­nie ktoś, kogo znają - stwier­dził jego szef i po­stu­kał la­ską o zie­mię. - Lu­dzie po­tra­fią być okropni. Mob­bing, prze­moc i temu po­dobne. Może znaj­dzie­cie coś w ich prze­szło­ści? Kto wie, czy nie za­po­mnieli cze­goś lub nie zro­zu­mieli po­wagi sy­tu­acji.

Zła­pał krze­sło i prze­cią­gnął je po pod­ło­dze, po czym ciężko na nie opadł. Na­prawdę ich szef miał wy­czu­cie dra­ma­tur­gii, a te­raz zna­lazł się ab­so­lut­nie we wła­ści­wym miej­scu. Prze­ja­wia­nie in­wen­cji przez sprawcę za­wsze przy­cią­gało jego uwagę. A o hi­sto­rii z dziec­kiem w wózku z pew­no­ścią bę­dzie się jesz­cze długo mó­wiło.

- Masz coś do pi­cia w lo­dówce? - spy­tał, wska­zu­jąc la­ską w tam­tym kie­runku.

Se­jer wy­jął bu­telkę wody mi­ne­ral­nej. W tym cza­sie Skarre opu­ścił biuro, żeby wy­dru­ko­wać mapę, którą póź­niej po­wie­sił na ta­blicy. Po­tem na­ry­so­wał na niej fla­ma­strem pewne ozna­cze­nia. Obaj z Se­je­rem byli wcze­śniej na oglę­dzi­nach w domu Sun­de­li­nów i za­ob­ser­wo­wali pewne cie­kawe szcze­góły. Bjer­ke­tun, od­da­lone od cen­trum Bjer­k?s o cztery ki­lo­me­try, było ład­nym i za­dba­nym osie­dlem, które po­wstało na po­czątku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Więk­szość z sześć­dzie­się­ciu do­mów po­sia­dała ogród i po­dwójny ga­raż oraz sze­roką we­randę od frontu. Nie­które z nich, te sto­jące w po­bliżu lasu, miały do­bu­dówkę. Lily i Kar­sten Sun­de­lin nie zde­cy­do­wali się jed­nak na to, bo chcieli za­cho­wać otwartą prze­strzeń. Uznali, że w przy­szło­ści, gdy Mar­grete pod­ro­śnie, bę­dzie mo­gła się tam swo­bod­nie ba­wić. Może po­plu­ska się w ba­se­nie lub po­ska­cze so­bie na tram­po­li­nie. Mo­głaby też le­żeć na kocu i czy­tać. W od­dali, na ty­łach ich domu, rósł gę­sty las, a po jego dru­giej stro­nie znaj­do­wało się więk­sze osie­dle Aske­lands­fel­tet. Było star­sze od Bjer­ke­tun, zbu­do­wane w la­tach sześć­dzie­sią­tych. Tam stały sie­dem­dzie­siąt cztery domy, które przy­po­mi­nały ogromne, za­nie­dbane budki lę­gowe. Gmina prze­zna­czyła jedną trze­cią do­mów dla klien­tów po­mocy spo­łecz­nej, co do­pro­wa­dziło do nie­unik­nio­nego i co­raz więk­szej de­gra­da­cji osie­dla.

Se­jer za­czął do­kład­nie stu­dio­wać mapę. Prze­su­wał pal­cem wzdłuż drogi kra­jo­wej pro­wa­dzą­cej z Bjer­k?s, li­czą­cego około pię­ciu ty­sięcy miesz­kań­ców, da­lej do Bjer­ke­tun, a stam­tąd do Aske­land.

- Bar­dzo praw­do­po­dobne, że sprawca po­cho­dzi z tej oko­licy - po­wie­dział i wska­zał na dziel­nicę Aske­lands­fel­tet. - Mógł iść drogą przez las, a pod kurtką nieść po­jem­nik z krwią. Albo ja­kąś bu­telkę lub to­rebkę, trudno mi po­wie­dzieć, co on wy­my­ślił i skąd to wziął. Może stał ukryty za drze­wem i ob­ser­wo­wał wó­zek z dziec­kiem. A póź­niej po­biegł z po­wro­tem przez ten sam las. La­bo­ra­to­rium z pew­no­ścią zbada, jaki to ro­dzaj krwi. Coś ta­kiego można ku­pić w rzeźni, prawda? Za­pewne mamy tu do czy­nie­nia z osobą do­ro­słą, z kimś, kto po­trafi wy­ja­śnić, co za­mie­rza z tym zro­bić. Miejmy na­dzieję, że nie po­świę­cił żad­nej ży­wej istoty na zre­ali­zo­wa­nie swo­jego planu. Ja­kie­goś psa lub kota. A ty co są­dzisz?

Głę­boko za­my­ślony Skarre rów­nież stu­dio­wał mapę. Ci, któ­rzy go do­brze znali, wie­dzieli, że jego oj­ciec był pa­sto­rem, który wy­cho­wał go we­dług wła­snych za­sad. Spra­wie­dli­wość, so­lid­ność i duże wy­ma­ga­nia. Mimo to Skarre za­cho­wał mło­dzień­czą skłon­ność do żar­tów, co się wszyst­kim po­do­bało, szcze­gól­nie ko­bie­tom. Funk­cjo­na­riusz nie miał ani żony, ani dzieci, przy­naj­mniej nic o tym nie wie­dział. Wi­dział jed­nak z bli­ska Mar­grete Sun­de­lin i jej okrą­głe po­liczki. Zo­ba­czył rów­nież, jak dziecko wy­ma­chi­wało nóż­kami w ra­mio­nach matki ni­czym świeżo zło­wiony dorsz. Wy­czuł także za­pach mleka i my­dła.

- Cała ak­cja była do­kład­nie za­pla­no­wana - po­wie­dział do Se­jera. - Na pewno ob­ser­wo­wał dom, może przez dłuż­szy czas. Za­pa­mię­tał so­bie zwy­czaje jego miesz­kań­ców. Wie­dział więc, o ja­kich po­rach dnia Mar­grete spała na dwo­rze, a może na­wet za­uwa­żył, jak długo tam spała. Moż­liwe, że tam­tego dnia ukrył się jesz­cze za drze­wem, gdy Lily wy­szła z domu, i jej re­ak­cja spra­wiła mu do­dat­kową frajdę. Wiesz co? - zwró­cił się wzbu­rzony do in­spek­tora. - To jest dia­bel­sko okrutne. Bra­kuje mi słów.

Se­jer, który sam miał za­równo córkę, jak i wnuka, był ab­so­lut­nie tego sa­mego zda­nia.

- Sze­fie, może ma pan ra­cję - ode­zwał się in­spek­tor do Hol­the­manna. - Mał­żeń­stwo Sun­de­li­nów mo­gło na­dep­nąć ko­muś na od­cisk, nie zda­jąc so­bie z tego sprawy. To bar­dzo sym­pa­tyczni i po­rządni lu­dzie, ale każdy po­peł­nia ja­kiś błąd. Od razu do­strze­głem, że Kar­sten jest uparty i twardo ob­staje przy swoim. Ale mo­żemy mieć też do czy­nie­nia z chorą psy­chicz­nie osobą. Na przy­kład z ko­bietą, która stra­ciła dziecko w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach. Z kimś, kto zo­ba­czył Lily Sun­de­lin na spa­ce­rze z có­reczką. No wie­cie, ob­raz szczę­śli­wego ma­cie­rzyń­stwa. Może to być za­nie­dbana, opusz­czona istota, która pra­gnie ze­msty i do­ko­nuje jej na zu­peł­nie przy­pad­ko­wej ofie­rze. Czło­wiek, który do­znał cier­pie­nia i bólu, chce in­nym za­dać cier­pie­nie i ból. To jest okrutne zja­wi­sko, ale jed­nak do­brze znane w psy­cho­lo­gii. Szczę­ście in­nych lu­dzi może być trudne do znie­sie­nia.

- To prawda - zgo­dził się Skarre. - Ze­msta. Za­zdrość. Po­trzeba zwró­ce­nia na sie­bie uwagi. Cza­sami cho­roba psy­chiczna. Albo po pro­stu do­bra, tra­dy­cyjna pod­łość.

- W każ­dym ra­zie sprawca po­stę­puje me­to­dycz­nie - stwier­dził Se­jer. - Nie działa pod wpły­wem im­pulsu, on in­sce­ni­zuje. I to jaką scenę! Ni­gdy wcze­śniej cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łem.

Ich szef sie­dział w mil­cze­niu i słu­chał.

- Ustal­cie, co się wtedy stało! - wy­dał z na­ci­skiem po­le­ce­nie.

Za­raz po­tem po­dzię­ko­wał za roz­mowę i wy­szedł z biura. Obaj usły­szeli ryt­miczne ude­rze­nie la­ski o pod­łogę ko­ry­ta­rza i po­my­śleli z no­stal­gią, że na­czel­nik wkrótce odej­dzie na eme­ry­turę.

Skarre ode­rwał oczy od mapy. Wziął do ręki ter­mos, od­krę­cił ko­rek, na­lał do kubka kawy i wy­pił łap­czy­wie kilka ły­ków. Póź­niej pod­szedł do okna i spoj­rzał w dół na dzie­dzi­niec przed ko­mendą. Przed głów­nym wej­ściem ze­brała się spora grupa lu­dzi. Do­cho­dził stam­tąd szum ni­czym z gniazda os.

- Dzien­ni­ka­rze już cze­kają - po­in­for­mo­wał in­spek­tora. - Su­per­sprawa dla prasy. Co im po­wiesz?

Se­jer za­sta­no­wił się przez chwilę.

- No cóż, po­wiem, że je­ste­śmy otwarci na każdą moż­li­wość. I bę­dziemy po­stę­po­wali me­to­dycz­nie, po­dob­nie jak winny tego czynu. Mam na­dzieję, że uda mi się wy­krę­cić trzema-czte­rema zda­niami, po czym ukło­nię się grzecz­nie i wrócę do biura. Na ra­zie mu­simy być oszczędni w re­ak­cjach i in­for­ma­cjach. W prze­ciw­nym wy­padku sy­tu­acja może się wy­mknąć spod kon­troli.

- Pew­nie za­py­tają, czy ocze­ku­jemy wię­cej ta­kich ata­ków - ode­zwał się Skarre. - Tego sa­mego ro­dzaju. Jak wtedy od­po­wiesz?

- Bez ko­men­ta­rza - oznaj­mił Se­jer.

- No do­brze, ale co po­wie­dział­byś nie­ofi­cjal­nie? Tak mię­dzy nami. A py­ta­nie brzmi: kto do­ko­nał tego czynu i co jest nie tak z tym czło­wie­kiem?

- Chyba po­wi­nie­nem trzy­mać ję­zyk za zę­bami - od­parł in­spek­tor. - To by­łyby tylko moje spe­ku­la­cje. Za­pro­wa­dzi­łoby to nas do­ni­kąd.

- Zde­cy­do­wa­nie nie przyjmę za pew­nik żad­nej teo­rii, mimo że bę­dzie za nią stało twoje do­świad­cze­nie - przy­znał Skarre. - No i twoja in­tu­icja i wie­dza o na­tu­rze czło­wieka, któ­rej masz pod do­stat­kiem, o czym wszy­scy wiemy. Jak cię znam, już te­raz stwo­rzy­łeś so­bie ob­raz sprawcy. Py­tam tylko z cie­ka­wo­ści. Poza tym ja też mam swoje prze­my­śle­nia na te­mat tego, kto to mógł być. I co to mo­gło być. - Pod­niósł ręce do góry i do­dał z uśmie­chem: - Nic nie będę no­to­wał.

- To jest męż­czy­zna - orzekł Se­jer, po czym usiadł w fo­telu biu­ro­wym.

- A dla­czego męż­czy­zna? - za­py­tał Skarre.

- Sta­ty­styka - od­po­wie­dział in­spek­tor. W tym mo­men­cie pod­cią­gnął rę­kaw ko­szuli i po­dra­pał się w prawy ło­kieć. Cier­piał na łusz­czycę, która szcze­gól­nie się za­ogniała, gdy był bar­dzo w coś za­an­ga­żo­wany lub gdy tak jak te­raz pa­no­wał upał. W tym roku późne lato było go­rące. - Już te­raz mo­żemy usta­lić pewne fakty - kon­ty­nu­ował. - Jest to męż­czy­zna w wieku od sie­dem­na­stu do sześć­dzie­się­ciu lat. Za­nie­dbany i igno­ro­wany przez oto­cze­nie. Za­mknięty w so­bie i nie­ufny. Mógł jed­nak przy kilku oka­zjach w ja­kiś nie­zdarny spo­sób zro­bić coś, co zwró­ciło uwagę in­nych. Pró­bo­wał bez po­wo­dze­nia zdo­być sza­cu­nek. Jest kre­atywny, roz­go­ry­czony i czuje się skrzyw­dzony. Wy­ko­nuje dość pro­stą pracę i re­la­tyw­nie mało za­ra­bia. Albo jest bez­ro­botny, a może na­wet na ren­cie. Do tego nie ma bli­skich przy­ja­ciół. Jest in­te­li­gentny, ale kie­ruje się też in­tu­icją, a jed­no­cze­śnie to emo­cjo­nal­nie bar­dzo nie­doj­rzały czło­wiek. Nie pije al­ko­holu ani nie za­żywa nar­ko­ty­ków. Nie wy­daje się spe­cjal­nie za­in­te­re­so­wany dziew­czy­nami. Mieszka po spar­tań­sku, w ka­wa­lerce lub ma­łym miesz­ka­niu, a może na­wet u swo­jej matki. I moż­liwe, że trzyma ja­kieś zwie­rzę w klatce.

- Co? - ode­zwał się Skarre z nie­do­wie­rza­niem. - Zwie­rzę w klatce?

- Żar­to­wa­łem - stwier­dził z uśmie­chem in­spek­tor. - My­śla­łem, że za­ła­piesz. Ale rze­czy­wi­ście mógł­bym so­bie wy­obra­zić ja­kie­goś szczura lub coś po­dob­nego. Prze­cież pro­si­łeś mnie, że­bym za­sto­so­wał wszystko to, co mam do dys­po­zy­cji - bro­nił się da­lej. - Dla­tego się­gną­łem do wy­obraźni. - Pod­szedł do okna i spoj­rzał na dzien­ni­ka­rzy ro­ją­cych się przed głów­nym wej­ściem. - Wy­glą­dają na żąd­nych sen­sa­cji - sko­men­to­wał. - Rzu­cimy im tro­chę okru­chów?

Skarre rów­nież pod­szedł do okna i sta­nął obok in­spek­tora. Tak samo po­pa­trzył na dzien­ni­ka­rzy, krę­cą­cych się z ogrom­nymi wło­cha­tymi mi­kro­fo­nami. W my­ślach po­rów­nał ich do grupy dzie­cia­ków, z któ­rych każdy do­stał gi­gan­tyczny li­zak.

- Nie dzi­wię się, że tu­taj są - do­dał. - Ta sprawa ma wszystko. Dra­ma­tycz­ność, ory­gi­nal­ność i ele­ment grozy.

- A może po­peł­niamy tu­taj ja­kiś błąd - ode­zwał się Se­jer. - Może spo­łe­czeń­stwo głu­pieje przy ta­kich zbrod­niach. Ga­zety na­gła­śniają sprawę, a prze­stępca osiąga wszystko, czego pra­gnął. Chyba le­piej by­łoby mil­czeć.

- Ale co taki czło­wiek zrobi, je­śli zo­sta­nie zi­gno­ro­wany? - za­sta­na­wiał się gło­śno Skarre. - Mu­simy to też wziąć pod uwagę. Sprawca sta­nie się jesz­cze nie­bez­piecz­niej­szy i tylko bar­dziej się wściek­nie. Oczy­wi­ście w przy­padku, gdy chce zwró­cić na sie­bie uwagę, ale nie otrzyma żad­nej re­ak­cji. My­ślę, że cała ta sy­tu­acja może być źró­dłem po­waż­nego kon­fliktu. Mó­wimy tu­taj o ma­leń­kim dziecku. O sied­mio- czy ośmio­ki­lo­gra­mo­wym sło­dziaku, pach­ną­cym my­dłem i mle­kiem.

- Nie­wy­klu­czone - od­parł Se­jer. - Ten czło­wiek po­trze­buje pu­blicz­no­ści. Mu­simy jed­nak za­cho­wać w tym wszyst­kim rów­no­wagę. Przed­sta­wię go jako osobę uczu­ciową, tak aby po­czuł, że go ro­zu­miemy. Mam ra­cję? Nie po­win­ni­śmy mu na­dep­ty­wać na od­cisk.

In­spek­tor od­wró­cił się ty­łem do okna, po czym usiadł na chwilę przy biurku. Był z na­tury nie­śmiały i nie cią­gnęło go na otwarty plac, gdzie świe­ciło słońce, pa­no­wał upał i cze­kał cie­kaw­ski tłum chci­wych sen­sa­cji dzien­ni­ka­rzy. Do jego obo­wiąz­ków służ­bo­wych na­le­żało jed­nak rów­nież wy­gła­sza­nie oświad­czeń dla prasy. Wy­wa­żone i spo­kojne in­for­mo­wa­nie oraz re­la­cjo­no­wa­nie spraw dla me­diów.

- O czym te­raz my­ślisz? - za­py­tał Skarre ni­skim i nieco po­uf­nym gło­sem.

- W tej chwili my­ślę o swoim wnuku - wy­znał Se­jer. - Wiesz, o Mat­teu­sie. Cho­dzi do Szkoły Ba­le­to­wej przy Ope­rze Na­ro­do­wej w Oslo. Wła­śnie się do­wie­dział, że je­den z uczniów bę­dzie mógł wy­stą­pić go­ścin­nie na głów­nej sce­nie opery. Na wio­snę, w kwiet­niu.

- Weź­mie udział w prze­słu­cha­niu? - chciał wie­dzieć Skarre.

- Tak - od­rzekł Se­jer. - Dzie­sią­tego paź­dzier­nika, do roli Zyg­fryda w Je­zio­rze ła­bę­dzim.

- Do roli księ­cia - spre­cy­zo­wał Skarre.

- Tak - od­parł in­spek­tor. - Gra to­czy się o dużą stawkę. Mat­teu­sowi bar­dzo za­leży na tej roli. Ale kon­ku­ren­cja jest spora.

Se­jer za­czął się wpa­try­wać w pod­kładkę na biurko, która przed­sta­wiała mapę świata. Po­tem wska­zał pal­cem przed­sta­wiony w ko­lo­rze żół­tym kraj. Jego osiem­na­sto­letni wnuk po­cho­dził z So­ma­lii i zo­stał ad­op­to­wany. Gdy przy­był do Nor­we­gii, miał cztery lata. Obec­nie był do­brze za­po­wia­da­ją­cym się tan­ce­rzem w szkole ba­le­to­wej, dzięki ta­len­towi, im­po­nu­ją­cemu ciału i twar­dym jak ka­mień mię­śniom w ko­lo­rze kawy.

- My­ślisz, że wy­biorą ciem­no­skó­rego księ­cia? - zwró­cił się do Skar­rego z nutą zmar­twie­nia w gło­sie. - Są pewne role, do któ­rych biorą tylko bia­łych.

- Mo­żesz po­dać ja­kieś przy­kłady? - za­py­tał Skarre.

- Ro­bin Hood, Pio­truś Pan.

- Przej­mu­jesz się uprze­dze­niami in­nych. Ale to są wła­ści­wie twoje wła­sne uprze­dze­nia.

Se­jer spoj­rzał prze­pra­sza­ją­cym wzro­kiem na swo­jego młod­szego ko­legę.

- Przez wiele lat mar­twi­łem się o niego i to uczu­cie ni­gdy mnie nie opusz­cza - ode­zwał się. - Ani razu nie było ła­two. Mat­teus czę­sto stał sa­mot­nie na szkol­nym dzie­dzińcu i bar­dzo cier­piał. A te­raz Je­zioro ła­bę­dzie i rola księ­cia. To dla wielu ła­komy ką­sek. Po­ży­jemy, zo­ba­czymy. No, ale nie chcę ci dłu­żej tym za­wra­cać głowy.

W końcu za­czął przy­go­to­wy­wać się do spo­tka­nia z przed­sta­wi­cie­lami prasy. Wy­pro­sto­wał się i spraw­dził wę­zeł kra­wata, był cia­sny i gładki.

- Pew­nie my­ślisz o tych wszyst­kich bia­łych ła­bę­dzi­cach - za­czął się dro­czyć Skarre. - W pió­rach i tiulu. A poza tym bo­isz się, że Mat­teus bę­dzie się od in­nych od­róż­niał. Ale na­wet ła­bę­dzie ist­nieją w czar­nym wy­da­niu - do­dał.

- Na­prawdę? - za­py­tał in­spek­tor.

- W sta­wie przy ka­te­drze w Pal­mie pły­wają czarne ła­bę­dzie - wy­ja­śnił Skarre. - Oczy­wi­ście są pięk­niej­sze od bia­łych. A przy tym rzad­sze.

Wkrótce Se­jer wy­szedł na słońce, na spo­tka­nie z dzien­ni­ka­rzami. Po uwa­dze Skar­rego po­czuł się le­piej.

Tego sa­mego wie­czoru sie­dział przed te­le­wi­zo­rem. W wy­god­nym fo­telu przy oknie, z po­duszką pod ple­cami. Pies shar pei, który wa­bił się Frank, po­ło­żył się przy sto­pach wła­ści­ciela. Jak przy­stało na Chiń­czyka, czwo­ro­nóg był pe­łen god­no­ści, nie­przy­stępny i cier­pliwy. Miał ma­leń­kie, cia­sno przy­le­ga­jące do głowy uszy, przez co dość słabo sły­szał. Jego ciało po­kry­wała płowa, po­marsz­czona skóra przy­po­mi­na­jąca ścierkę z ir­chy. W fał­dach tej skóry znaj­do­wały się głę­boko ukryte czarne i by­stre oczy, co ogra­ni­czało mu pole wi­dze­nia.

In­cy­dent z nie­mow­la­kiem z Bjer­ke­tun zo­stał na­le­ży­cie omó­wiony w pra­sie. Za­pewne z po­wodu dra­ma­tycz­no­ści zda­rze­nia i zu­chwa­ło­ści prze­stępcy, po­my­ślał Se­jer. Cała ta sprawa prze­ra­ziła lu­dzi i praw­do­po­dob­nie to sprawca chciał osią­gnąć.

In­spek­tor długo sie­dział przed te­le­wi­zo­rem. Na po­czątku zo­ba­czył sa­mego sie­bie na ka­nale TV Norge. Póź­niej wia­do­mo­ści o go­dzi­nie siód­mej, a na ko­niec wia­do­mo­ści wie­czorne o dwu­dzie­stej trze­ciej. W każ­dym pro­gra­mie po­wta­rzał te same słowa. "Tę sprawę trak­tu­jemy bar­dzo po­waż­nie".

Jego na­zwi­sko i ranga "in­spek­tor" wid­niały za­wsze na dole, w le­wym rogu ekranu. Przy­glą­dał się swoim wy­stą­pie­niom z mie­sza­nymi uczu­ciami. Do­strzegł ślady upływu czasu na swo­jej twa­rzy. Włosy mu po­si­wiały, a syl­wetka zro­biła się znacz­nie chud­sza. Rysy, ko­ści po­licz­kowe i szczęka się wy­ostrzyły, a nie­bie­sko­szare oczy za­pa­dły. Mi­mo­wol­nie po­my­ślał o śmierci. O tym, że po­woli zbli­żała się do niego i wi­dać to po jego ciele.

Nad­cho­dzę. Ja, śmierć.

Po­chy­lił się i po­kle­pał Franka po gło­wie, od­su­wa­jąc na bok po­sępne my­śli. Te­raz wró­cił do roz­wa­żań o swoim tań­czą­cym w ba­le­cie wnuku. Piękne sceny z ba­letu Je­zioro ła­bę­dzie, które kilka razy oglą­dał w te­le­wi­zji, prze­su­wały się w jego wy­obraźni. Małe ba­let­nice z pió­rami na gło­wie w lek­kich pod­sko­kach, me­lan­cho­lijna mu­zyka. I czarny Zyg­fryd. No cóż, po­my­ślał, je­śli ma ta­lent i jest do­brym tan­ce­rzem, to chyba otrzyma rolę. Tak to zwy­kle funk­cjo­nuje. Ist­nieje spra­wie­dli­wość na świe­cie, przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o nasz re­jon, po­nie­waż stać nas na to, a spra­wie­dli­wość kosz­tuje. Są tacy, któ­rzy do­stają to, na co za­słu­żyli. Wiele lat wię­zie­nia dla tych, któ­rzy do­pu­ścili się naj­cięż­szych prze­stępstw. Albo rolę księ­cia w Je­zio­rze ła­bę­dzim na głów­nej sce­nie opery dla uta­len­to­wa­nego tan­ce­rza. A ta­kim był jego wnuk. Przy­naj­mniej tak o nim my­ślał Se­jer. Czarny, silny i eg­zo­tyczny, pe­łen po­gardy dla śmierci i świetny w tym, co ro­bił.

In­spek­tor wciąż sie­dział w fo­telu i od­po­czy­wał przez dłuż­szą chwilę, z głową opartą o pod­głó­wek i rę­kami na po­rę­czach. Jego my­śli krą­żyły te­raz wo­kół sprawy Mar­grete Sun­de­lin. Ktoś to wszystko do­kład­nie za­pla­no­wał, po­my­ślał Se­jer, wpra­wia­jąc matkę i ojca dziecka w prze­ra­że­nie. Wstrząs, który prze­żyli i który za­pa­mię­tają na za­wsze. Ale dla­czego pa­dło na Mar­grete i jej ro­dzi­ców?

O pół­nocy Se­jer pod­niósł się z fo­tela i za­czął ga­sić wszyst­kie świa­tła. Po ko­lei ciem­ność za­lała sa­lon, ja­dal­nię, kuch­nię i na ko­niec ła­zienkę. Przez mo­ment stał w mroku i przy­glą­dał się kon­tu­rom cięż­kich me­bli z dę­bo­wego drewna. Do­stał je po swo­ich ro­dzi­cach. Przy­po­mi­nały mu sta­rych, cier­pli­wych przy­ja­ciół, któ­rzy za­wsze tam byli. Cza­sami, gdy stał tak sa­mot­nie w środku swego miesz­ka­nia, grał w pewną grę, o któ­rej nikt inny poza nim nie wie­dział. Wy­obra­żał so­bie, że to jego żona Elise sie­działa w tym wy­so­kim fo­telu przy oknie i szep­tała do niego: "Po­łóż się, ja za­raz przyjdę". Ale mi­nęło wiele czasu od chwili, kiedy Elise sie­działa tam ostatni raz. Zmarła na raka, a on w mło­dym wieku zo­stał wdow­cem. Ży­cie uło­żyło się ina­czej, niż to so­bie wy­obra­żał. Sporo lat upły­nęło, za­nim ob­rał nowy kie­ru­nek i od­na­lazł nową drogę. Ale prze­cież do­ty­czy to wielu lu­dzi, po­my­ślał. Frank to­wa­rzy­szył mu w każ­dym po­koju. Pies szedł po­woli i roz­waż­nie, jak jego wła­ści­ciel, za­cho­wu­jąc przy tym swoją ele­gancką nie­przy­stęp­ność. Kiedy w ca­łym miesz­ka­niu za­pa­dła ciem­ność, po­czła­pał na swo­ich dość krót­kich no­gach do sy­pialni i po­ło­żył się na ma­cie. Póź­niej spał przez całą noc i strzegł swego pana z czuj­no­ścią, jaką po­sia­dają tylko chiń­skie psy bo­jowe.

Se­jer stał da­lej w mroku i na­słu­chi­wał. Zda­wało mu się, że usły­szał war­kot z od­dali. To może być ja­dąca winda, prze­mknęło mu przez myśl, ale prze­cież było już bar­dzo późno i o pół­nocy nie­wiele się w bloku działo. Na­gle przy­po­mniał so­bie, że Elna, są­siadka z na­prze­ciwka, czę­sto pra­co­wała wie­czo­rami. Ca­łymi dniami ciężko ha­ro­wała, sprzą­ta­jąc na Aker Brygge. Po chwili Se­jer udał się do sy­pialni i roz­piął koł­nie­rzyk bia­łej ko­szuli. W tym mo­men­cie ktoś za­dzwo­nił do drzwi. Frank na­tych­miast ze­rwał się na nogi, po­truch­tał do przed­po­koju, usiadł przed drzwiami i za­czął szcze­kać, przyj­mu­jąc w mig rolę straż­nika gra­nicz­nego. In­spek­tor od razu po­my­ślał, że może coś się stało jego córce In­grid i Mat­teu­sowi i po­trze­bują po­mocy. Ale oni chyba za­dzwo­ni­liby wcze­śniej. Za­wa­hał się przez chwilę. Ni­gdy jed­nak nie przy­szłoby mu do głowy, żeby nie otwo­rzyć drzwi. Ktoś go po­trze­bo­wał, a on chęt­nie da­wał ko­muś opar­cie, bo taką miał na­turę. Oka­zało się, że przed drzwiami ni­kogo nie było. Uj­rzał je­dy­nie pu­sty ko­ry­tarz z sza­rymi ka­mien­nymi ścia­nami, szafkę prze­ciw­po­ża­rową z to­por­kiem i po­ręcz scho­dów z ku­tego że­laza. Sły­szał, jak winda zjeż­dża te­raz na dół, i śle­dził wzro­kiem żółte świa­tełko. Rap­tem do­strzegł, że coś le­żało na jego wy­cie­raczce. Była to nie­wielka szara ko­perta. Chwy­cił ją, szybko wszedł do środka, na­tych­miast po­biegł do okna w sa­lo­nie i wyj­rzał na ze­wnątrz. Po nie­ca­łej mi­nu­cie zo­ba­czył ja­kąś po­stać, która te­raz bie­gła przez par­king. Ktoś młody i szybki, po­my­ślał. De­fi­ni­tyw­nie wą­tłej bu­dowy męż­czy­zna. Przed czter­dziestką, a może na­wet przed trzy­dziestką. Po­stać do­tarła do chod­nika i wkrótce znik­nęła w pa­nu­ją­cych do­okoła ciem­no­ściach. Se­jer miał pew­ność, że to ten bie­gnący czło­wiek po­ło­żył ko­pertę przed drzwiami. Po­szedł te­raz do kuchni i za­pa­lił świa­tło, po czym za­czął ba­dać prze­syłkę. Pa­pier był z re­cy­klingu, roz­miar C 5, brak nadawcy. Wy­su­nął szu­fladę, wy­jął ostry nóż i roz­ciął ko­pertę. W środku zna­lazł kartkę ze zdję­ciem ja­kie­goś zwie­rzę­cia. Brą­zo­wo­czarne zwie­rzę z wiel­kim pu­szy­stym ogo­nem. Se­jer trzy­mał ostroż­nie kartkę, na­stęp­nie od­wró­cił ją i prze­czy­tał wid­nie­jący tam tekst.

"Nor­we­ski dra­pież­nik. Ro­so­mak. Fo­to­graf G?ran Jans­son".

Za­raz po­tem prze­biegł wzro­kiem krótką wia­do­mość:

"Za­częło się pie­kło".

Spoj­rzał na Franka, który po­dą­żał za nim jak cień.

- No pro­szę, ro­so­mak - po­wie­dział gło­śno.

Zga­sił świa­tło w kuchni. Pies po­czła­pał na po­wrót do sy­pialni i po­ło­żył się spo­koj­nie obok łóżka. Se­jer oparł kartę o lampę na noc­nym sto­liku.

Le­żał przez dłuż­szy czas z otwar­tymi oczami i wpa­try­wał się w ro­so­maka.

Moja twarz na ekra­nie, na trzech ka­na­łach, roz­my­ślał. Moje na­zwi­sko w le­wym dol­nym rogu. Bez pro­blemu można mnie zna­leźć. Wid­nieję w książce te­le­fo­nicz­nej.

Wresz­cie po ja­kimś cza­sie zga­sił świa­tło. My­ślami po­wę­dro­wał do ma­leń­kiej Mar­grete i tego wszyst­kiego, co zda­rzyło się w związku z całą sprawą. Ale za­sta­na­wiał się rów­nież, co może się zda­rzyć w przy­szło­ści.

"Za­częło się pie­kło".

*

Matka piła przez cały dzień, a te­raz le­żała na so­fie i spała. Miała otwarte usta, mógł za­tem zo­ba­czyć jej blade i su­che pod­nie­bie­nie. Ubrana była w szla­frok z gład­kiego, po­dob­nego do je­dwa­biu ma­te­riału, który roz­chy­lił się z przodu, doj­rzał więc jedną z jej piersi. Brą­zowa bro­dawka przy­po­mi­nała mu małe wy­schnięte gówno.

Na­zy­wał się Johnny Be­skow i nie był zbyt do­brze zbu­do­wany. Bar­dziej pa­so­wało do niego okre­śle­nie chu­der­lak. Po­sia­dał jed­nak wy­ra­fi­no­wany ta­lent do czy­nie­nia zła, który za­mie­rzał te­raz wy­ko­rzy­stać. Jego oczy były zimne i wy­ra­zi­ste, gdy przy­glą­dał się matce. Bu­dziło się w nim obrzy­dze­nie, po­nie­waż w ta­kim mo­men­cie do­zna­wał sil­nych emo­cji, dzięki czemu czuł, że żyje, a krew pły­nie szyb­ciej. Nie­ustan­nie wpa­try­wał się z po­gardą w śpiącą na so­fie ko­bietę. Po­garda zaś po­wo­do­wała, że miał ciężki od­dech i ro­biło mu się go­rąco. Do­ty­czyło to ca­łej jej po­staci, tego, kim była, jak wy­glą­dała i jak się za­cho­wy­wała. Od­gło­sów, które wy­da­wała, i jej za­pa­chów. Matka była chuda, blada i znisz­czona. Wy­glą­dała na za­nie­dbaną, ża­ło­sną i prze­pitą istotę, co tylko wzmac­niało jego od­razę. Myśl o tym, że po­cho­dzi od niej, wzbu­dzała w nim dys­kom­fort. Pew­nego dnia, wiele lat temu, wy­ci­snęła go z sie­bie, wy­da­jąc długi i char­czący krzyk. Bez po­czu­cia szczę­ścia i bez ja­kich­kol­wiek ocze­ki­wań.

Matka miała dłu­gie ciemne włosy i blade ciało. Żyły wy­raź­nie za­ry­so­wane pod skórą przy­po­mi­nały zie­loną siatkę na skro­niach i dło­niach. Jej krót­kie i wą­skie stopy, po­kryte su­chą i twardą skórą, two­rzącą na pię­tach grubą sza­ro­białą sko­rupę.

- Gdzie jest mój oj­ciec? - ode­zwał się. - Po­wiedz to te­raz.

Oczy­wi­ście matka nie sły­szała jego py­ta­nia, po­nie­waż znaj­do­wała się w głę­bo­kim za­mro­cze­niu al­ko­ho­lo­wym, które z pew­no­ścią utrzyma się przez wiele na­stęp­nych go­dzin. Do­piero kiedy bę­dzie się zbli­żała noc, wsta­nie z sofy, za­mruga kil­ka­krot­nie po­wie­kami i spoj­rzy na niego ze zdzi­wie­niem. Tak jakby za­po­mniała, że mieszka z sie­dem­na­sto­let­nim sy­nem.

Johnny prze­niósł wzrok na ścianę, gdzie wi­siała biało-czarna fo­to­gra­fia matki z okresu, gdy była młoda. Za­wsze kiedy pa­trzył na to zdję­cie, a po­tem prze­no­sił spoj­rze­nie na nią, za­da­wał so­bie py­ta­nie, gdzie po­działa się tamta osoba. Ta śmie­jąca się na fo­to­gra­fii, z błysz­czą­cymi oczami.

Gdy do­ra­stał, wiele razy py­tał o ojca.

- Gdzie on jest? Gdzie jest mój oj­ciec? - chciał wie­dzieć. - Za gra­nicą?

- Twój oj­ciec? - od­po­wia­dała z go­ry­czą w gło­sie. - Nie męcz mnie wciąż tym py­ta­niem. On jest za gó­rami, za la­sami.

Cza­sami wy­obra­żał so­bie taki kra­jo­braz. Wi­dział oczami wy­obraźni męż­czy­znę, który bie­gnie przez po­ro­śniętą trawą górę, po czym znika za nią i po­ja­wia się po­now­nie na ko­lej­nej. W ten spo­sób wbie­gał co­raz da­lej w głąb ob­razu, prze­ska­ku­jąc z jed­nego szczytu na drugi, aż w końcu prze­pa­dał za ho­ry­zon­tem.

Johnny sie­dział nie­ru­chomo w fo­telu i w dal­szym ciągu wpa­try­wał się zim­nym wzro­kiem w matkę. Albo bar­dziej po­do­bało mu się ta­kie stwier­dze­nie: nie­ru­cho­mym ry­bim wzro­kiem. Wła­ści­wie mógł­bym cię obu­dzić, gdy­bym chciał, po­my­ślał. Pew­nego dnia, gdy prze­kro­czysz gra­nicę, szybko cię obu­dzę. Wtedy ze­rwiesz się z sofy, krzy­cząc i ła­piąc się za głowę. Mógł­bym za­go­to­wać gar­nek wody i wy­lać wrzą­tek na twoją twarz, snuł da­lej swoje wi­zje. Albo może coś in­nego. Go­rący sma­lec byłby oczy­wi­ście efek­tyw­niej­szy. Przy­kle­iłby się na dłu­żej i pa­lił skórę, bo nie pa­ruje tak szybko jak woda. Chyba jed­nak nie mamy smalcu, przy­po­mniał so­bie. Wstał, po czym udał się do kuchni i otwo­rzył lo­dówkę. W jej drzwiach zna­lazł bu­telkę oleju, która na pewno przyda się w przy­szło­ści. Gdy pew­nego pięk­nego dnia bę­dzie chciał, żeby ze­rwała się z sofy i usły­szała, co on ma jej do po­wie­dze­nia. Po­nie­waż ja też mam gra­nice wy­trzy­ma­ło­ści i je­śli ona je prze­kro­czy, otrzyma to, na co za­słu­żyła, po­my­ślał. O Boże, ze­msta bę­dzie okrutna.

Póź­niej wró­cił do sa­lonu i sta­nął przy oknie. Wyj­rzał na po­dwó­rze przed do­mem. Nikt nie ma ta­kiego ba­ła­ganu jak my, uświa­do­mił so­bie. Inni miesz­kańcy roz­ma­wiają o nas. O tej nie­chluj­nej ko­bie­cie i jej chu­der­la­wym synu. Na ze­wnątrz stały pla­sti­kowe torby ze śmie­ciami i ja­kieś wia­dra ze sta­rymi far­bami. Do tego za­rdze­wiałe taczki pełne desz­czo­wej wody i stos drewna przy­kryty czarną plan­deką. Krzaki i chwa­sty roz­ra­stały się co­raz bli­żej ścian domu, zgod­nie z siłą na­tury. Ob­raz za­nie­dba­nego bu­dynku, który z wolna ule­gał roz­pa­dowi.

Obok scho­dów Johnny zo­ba­czył swój za­par­ko­wany sku­ter marki su­zuki es­ti­lete. Po­now­nie usiadł. Pró­bo­wał te­raz wy­obra­zić so­bie ojca, któ­rego matka tak skrzęt­nie ukry­wała. Gdyby tylko mo­gła choć tro­chę o nim opo­wie­dzieć. Zdra­dzi­łaby na­zwi­sko lub ja­kiś inny szcze­gół, który po­zwo­liłby mu nieco przy­bli­żyć jego wi­ze­ru­nek. Albo może miej­sce za­miesz­ka­nia. A je­śli oj­ciec już nie żył, to chciałby wie­dzieć, gdzie zo­stał po­cho­wany. Mógłby zo­ba­czyć jego na­zwi­sko na na­grobku. Czy opu­ści­łeś dom przez jej pi­jań­stwo?, roz­wa­żał Johnny. Czy może zna­la­złeś so­bie ko­goś in­nego, z kim masz dzieci, które są lep­sze ode mnie, dla­tego wo­lisz być z nimi? Czy wiesz, gdzie te­raz je­stem, czy igno­ru­jesz mnie jak ja­kiś nie­wielki ból zęba? Od­chy­lił głowę do tyłu i za­mknął na chwilę oczy. Po­my­ślał o tym nie­mow­laku le­żą­cym pod drze­wem. Pew­nie czu­jesz się te­raz do­brze, po­my­ślał, twoja matka i twój oj­ciec pil­nują cię przez cały czas. Nie spusz­czają cię z oczu w dzień i w nocy. Wi­dział ich oczami wy­obraźni, przy­tu­lo­nych do sie­bie. Są ni­czym trójca święta spo­wita szczę­ściem i do­sko­na­ło­ścią, święte przy­mie­rze, od­izo­lo­wane od reszty świata. Od te­raz wszystko może się zda­rzyć. Każdy naj­mniej­szy krok sta­nowi ry­zyko, rze­czy­wi­stość poza do­mem to strefa za­gro­że­nia. I to on swoim za­cho­wa­niem dał tej ro­dzi­nie nową per­spek­tywę. On, Johnny Be­skow, po­ka­zał im, jak może wy­glą­dać praw­dziwy świat.

Długo tak sie­dział, roz­my­śla­jąc o tych spra­wach, i od­czu­wał ra­dość. Przez cały ten czas przy­glą­dał się matce zim­nym spoj­rze­niem.

Ty­dzień przed zda­rze­niem zdję­cie Mar­grete uka­zało się w lo­kal­nej ga­ze­cie z pod­pi­sem "Na­sza księż­niczka". Fo­to­gra­fię wy­ko­nał Kar­sten sta­rym apa­ra­tem marki Has­sel­blad. Có­reczka sie­działa na stole ku­chen­nym, cał­ko­wi­cie naga, je­dy­nie z białą cza­peczką za­wią­zaną pod brodą. Ciało dziecka miało barwę mar­ce­panu.

Te­raz Mar­grete spała na środku ich mał­żeń­skiego łoża. Wy­ką­pana le­żała pod ró­żową koł­derką. Przed ką­pielą Lily do­dała do wody kilka kro­pli oliwki dla nie­mow­ląt i te­raz skóra có­reczki świe­ciła się i cu­dow­nie pach­niała. Matka czuła, że dziecku jest zbyt cie­pło, nie była jed­nak w sta­nie za­brać koł­derki. To ma­leń­kie za­wi­niątko na środku łóżka przy­po­mi­nało ko­kon. Lily ni­gdy nie chcia­łaby, żeby jej ma­leń­stwo od­kryło się, wstało i wy­szło. Wy­szło z po­koju, z domu i znik­nęło w sze­ro­kim świe­cie.

Kar­sten udał się tego dnia na wy­sy­pi­sko śmieci, żeby zo­sta­wić tam wó­zek ich dziecka. Wy­lana krew spły­nęła w dół, wsią­kła w ma­te­rac i nie dała się tego do­czy­ścić. Wszystko było śli­skie ni­czym olej i śmier­działo obrzy­dli­wie ja­kimś ry­bim odo­rem. A poza tym był to uży­wany wó­zek, który do­stali od są­sia­dów. Te­raz Kar­sten ku­pił nowy. Obity ciem­no­czer­wo­nym ak­sa­mi­tem naj­droż­szy mo­del marki Em­mal­junga. Wszystko, co naj­lep­sze dla Mar­grete, po­sta­no­wili ro­dzice po tym, co się stało.

- Od te­raz może już spać na we­ran­dzie - za­pro­po­no­wał Kar­sten. - Bę­dziesz wi­dzieć ją z okna.

Lily po­gła­skała Mar­grete po po­liczku. Po­wieka dziecka za­drgała pod jej do­ty­kiem.

- Zo­ba­czymy - od­po­wie­działa krótko.

Dziecko le­żało mię­dzy nimi. Oboje pod­pie­rali się na łok­ciach, two­rząc w ten spo­sób ścianę chro­niącą ich có­reczkę przed świa­tem. Przy­po­mi­nała te­raz zie­lony gro­szek w strąku. Od­dy­chała szybko i lekko. Była nie­zwy­kła.

- Wiesz, co mu zro­bię, jak go do­rwę? - ode­zwał się Kar­sten.

Mó­wił z za­ci­śnię­tymi zę­bami, ale Lily nie chciała tego słu­chać. Wy­gła­dziła ró­żową koł­derkę i do­brze przy­kryła nią dziecko. Nie od­po­wie­działa na py­ta­nie męża. Ja­kieś zło przy­szło do nich od strony lasu, a te­raz to zło zna­la­zło drogę do męż­czy­zny, któ­rego po­ślu­biła.

- Po­wy­ry­wam mu ręce i nogi - oznaj­mił. - Ta­kie in­dy­wi­duum nie jest warte wię­cej od owada.

Lily po­ło­żyła się na ple­cach i za­częła się wpa­try­wać w klosz wi­szą­cej na su­fi­cie lampy. Do­strze­gła tam kilka mar­twych much.

- A może coś umknęło na­szej uwa­dze? - wy­szep­tała. - Może zro­bi­li­śmy lub po­wie­dzie­li­śmy coś nie­od­po­wied­niego?

W tym mo­men­cie rów­nież Kar­sten ob­ró­cił się na plecy. Na jego ruch Mar­grete za­re­ago­wała wes­tchnie­niem. Łóżko nieco za­skrzy­piało, bo Kar­sten był ciężki.

- Co masz na my­śli? - za­py­tał. - Są­dzisz, że może za­słu­ży­li­śmy na to, co się stało?

Lily przy­gry­zała kny­kieć. Pierw­szy szok mi­nął. Byli już w domu, a od tam­tego wy­da­rze­nia mi­nęło tro­chę czasu. Mar­grete była cała i zdrowa, pełna ener­gii i ży­cia. Te­raz jed­nak po­ja­wiły się my­śli, na które Lily się nie przy­go­to­wała. Dla­czego wła­śnie tu­taj, na na­szym osie­dlu?, za­sta­na­wiała się. Dla­czego zda­rzyło się to nam, w na­szym ogródku i na­szemu dziecku? Do ta­kiego czynu nie mo­gło prze­cież dojść przy­pad­kiem. W prze­ciw­nym ra­zie by­łoby to cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­miałe.

- Nie za­słu­ży­li­śmy - od­po­wie­działa po chwili. - Ale mo­gli­śmy zro­bić coś, co zwró­ciło czy­jąś uwagę.

- Ży­jemy wła­snym ży­ciem - od­parł Kar­sten. - Ro­bimy ta­kie same rze­czy jak inni lu­dzie. Je­ste­śmy po­rząd­nymi oby­wa­te­lami.

Lily pró­bo­wała równo i spo­koj­nie od­dy­chać. Wie­działa, że je­śli bę­dzie kon­tro­lo­wać od­dech, to jej serce się uspo­koi. Nie była jed­nak w sta­nie tego zro­bić.

- Może stał i nas ob­ser­wo­wał - wy­szep­tała. - Po­my­śla­łeś o tym? Mógł stać ukryty za drze­wem, a ja le­ża­łam na ziemi, nie mo­gąc wstać. Ani razu nie spoj­rza­łam w kie­runku lasu. Tak da­lece nie my­śla­łam. - Te­raz się pod­nio­sła i pod­parła na łok­ciu.

- Za­uwa­ży­łeś coś wtedy? A może coś sły­sza­łeś?

Kar­sten po­wró­cił w my­ślach do tych pa­ra­li­żu­ją­cych se­kund. Ana­li­zo­wał swoje wspo­mnie­nia z tam­tych chwil, za­sta­na­wia­jąc się, czy może prze­oczył ja­kiś szcze­gół, który mógłby na­pro­wa­dzić go na trop.

- Tak, coś sły­sza­łem - przy­po­mniał so­bie. - Ja­kiś dźwięk w le­sie, jakby ktoś uru­cho­mił sil­nik. Tam­tędy bie­gnie droga do Aske­land, z któ­rej ko­rzy­stają pra­cow­nicy le­śni. To mo­gła być piła łań­cu­chowa.

- Piła łań­cu­chowa? - spy­tała roz­cza­ro­wa­nym gło­sem. - To nam nic nie po­może.

Na­gle Kar­sten zmie­nił zda­nie. Pstryk­nął pal­cami i się ode­zwał:

- Nie, to nie była piła. To był chyba dźwięk za­pa­la­nego sku­tera.

*

Pocz­tówkę, którą Se­jer zna­lazł na wy­cie­raczce przed drzwiami, wy­ko­nano z cien­kiego, ta­niego pa­pieru, Kartka miała błysz­czącą po­wierzch­nię. Zdję­cie ro­so­maka przy­kuło jego uwagę. W re­gale z książ­kami trzy­mał trzy­na­ście to­mów nor­we­skiej en­cy­klo­pe­dii z ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego czwar­tego roku, wy­da­nej przez wy­daw­nic­twa Asche­houg i Gyl­den­dal. Wy­szedł z za­ło­że­nia, że znaj­dzie tam opis tego zwie­rzę­cia wraz z fo­to­gra­fią. Wkrótce od­szu­kał je na stro­nie czte­ry­sta dzie­więć­dzie­sią­tej pią­tej.

Ro­so­mak (gulo gulo) - w na­szym kraju naj­więk­szy ga­tu­nek dra­pież­ni­ków z ro­dziny ła­si­co­wa­tych. W nie­któ­rych re­gio­nach pół­noc­nej i za­chod­niej Nor­we­gii nosi na­zwę gór­skiego kota. Jest ssa­kiem sto­po­chod­nym. Ma ma­sywną głowę i krótki pu­szy­sty ogon. Po­kryty jest fu­trem o brą­zo­wo­czar­nym ubar­wie­niu, wzdłuż bo­ków cią­gną się żół­tawe pasy. Osiąga wzrost psa rasy wy­żeł i jest bar­dzo silny. Ro­so­maki prze­by­wają na te­re­nach wy­so­ko­gór­skich, ba­da­cze uwa­żają jed­nak, że pier­wot­nie były zwie­rzę­tami le­śnymi.

Ro­so­mak jest prze­bie­głym i czuj­nym my­śli­wym. Zimą żywi się mię­sem re­ni­fe­rów, la­tem po­luje na owce i małe gry­zo­nie. W rzad­kich przy­pad­kach rów­nież na za­jące, lisy, par­dwy i głuszce. Na prze­ło­mie lu­tego i marca sa­mica ro­dzi dwoje lub troje mło­dych. Swoje le­go­wi­sko znaj­duje naj­czę­ściej w na­wi­sie śnież­nym przy ni­skich ścia­nach skal­nych na trudno do­stęp­nych te­re­nach. W 1964 roku po­pu­la­cję osza­co­wano na 150 sztuk. W po­łu­dnio­wej Nor­we­gii aż do re­jonu Tr?n­de­lag ro­so­mak pod­lega ochro­nie.

Po lek­tu­rze Se­jer za­czął się przy­glą­dać z du­żym za­in­te­re­so­wa­niem ko­lo­ro­wemu zdję­ciu. Zwie­rzę przy­po­mi­nało tro­chę psa, tro­chę kunę i tro­chę kota. Czy ta­kim chcesz być?, za­sta­na­wiał się Se­jer. Rzad­kim, ob­ję­tym ochroną i na­ra­żo­nym na wy­gi­nię­cie dra­pież­ni­kiem? Prze­bie­głym i czuj­nym my­śli­wym? Za­mknął en­cy­klo­pe­dię, po­sta­wił na po­wrót na re­gale i usiadł przy te­le­fo­nie. Kar­sten Sun­de­lin ode­brał od razu. Wziął tego dnia wolne w pracy, żeby być ra­zem z żoną i dziec­kiem. Za­równo on, jak i Lily czuli się po ca­łym tym zda­rze­niu roz­bici i mieli za­męt w gło­wie.

- Jak się pań­stwo mają? - chciał wie­dzieć Se­jer.

- A jak pan my­śli? - od­po­wie­dział Kar­sten. Jego głos był pe­łen go­ry­czy i ostry jak dźwięk piły. - Lily nie czuje się już bez­pieczna - kon­ty­nu­ował. - I tylko je­den Bóg wie, czy to się kie­dyś zmieni. To zda­rze­nie wiele rze­czy zruj­no­wało, je­śli mogę tak to ująć.

- A jak dziecko? - za­py­tał ostroż­nie in­spek­tor.

- Są­dzę, że na nią to też wpły­nęło. W taki czy inny spo­sób. Nasz nie­po­kój od­bija się rów­nież na córce. To chyba na­tu­ralne, prawda?

Se­jer umilkł na chwilę, szu­ka­jąc od­po­wie­dzi.

- Czy mają pań­stwo tu w oko­licy ja­kąś księ­gar­nię? - spy­tał w końcu.

- Nie, nie mamy tu księ­garni - od­parł Sun­de­lin. - Mu­sie­li­by­śmy po­je­chać do ga­le­rii han­dlo­wej, która znaj­duje się Kir­keby. Tu­taj u nas mamy je­dy­nie duży sklep w po­bliżu je­ziora Ska­rve­sj?. Mają tam cał­kiem uroz­ma­icony asor­ty­ment. Sprze­dają leki, za­bawki i inne pro­dukty.

Se­jer ro­bił w tym cza­sie no­tatki.

- Jak mogę tam do­je­chać?

- Po­je­dzie pan do cen­trum w Bjer­k?s, po czym skręci w prawo - za­czął tłu­ma­czyć Sun­de­lin. - Gdy do­trze pan do je­ziora, zo­ba­czy pan sklep. Wy­wie­sili przed nim kilka idio­tycz­nych flag.

- A co z miesz­kań­cami Aske­lands­fel­tet? - za­py­tał in­spek­tor. - Czy oni też tam ro­bią za­kupy?

- Oni mieli wcze­śniej swój wła­sny sklep, który jed­nak zo­stał za­mknięty. Te­raz przy­jeż­dżają do nas na za­kupy. Cho­ciaż co­raz wię­cej lu­dzi udaje się do ga­le­rii han­dlo­wej w Kir­keby, tam mają więk­szy wy­bór. Daw­niej mie­li­śmy tu wszystko - do­dał. - Pie­kar­nię, fry­zjera, ka­wiar­nię i bank. Ale stop­niowo wszystko za­częto li­kwi­do­wać. Te­raz mo­żemy tu ku­po­wać tylko żyw­ność i ben­zynę. Jest jesz­cze mały pub obok sta­cji ben­zy­no­wej.

Se­jer po­dzię­ko­wał za roz­mowę i odło­żył słu­chawkę. Było jesz­cze wcze­śnie rano. Za­brał ze sobą Franka i po­je­chał do Bjer­k?s, od­da­lo­nego o dwa­dzie­ścia pięć ki­lo­me­trów. Tak jak ra­dził Sun­de­lin, skrę­cił w prawo i wkrótce do­strzegł po­wie­wa­jące na wie­trze flagi nad wodą. Wą­ska as­fal­towa droga wio­dła w dół nad piękną plażę. Kiedy jed­nak Se­jer wy­siadł z sa­mo­chodu, oka­zało się, że nie jest to zbyt atrak­cyjne miej­sce: mało pia­sku i wiel­kie ostre ka­mie­nie, które two­rzyły ba­rierę nie do po­ko­na­nia. Może to wy­ja­śniało, dla­czego sklep otrzy­mał od gminy po­zwo­le­nie na pro­wa­dze­nie tu dzia­łal­no­ści. Nie można było się tu­taj ką­pać. Se­jer w pew­nej od­le­gło­ści zo­ba­czył za­tokę i kilka ło­dzi wcią­gnię­tych na brzeg. Nie­które były od­wró­cone do góry dnem. Za­czął iść. Wzdłuż brzegu nikt nie spa­ce­ro­wał, dla­tego spu­ścił Franka ze smy­czy. Pies po­biegł przed sie­bie, prze­brnął nie­zgrab­nie przez duże ka­mie­nie i wpadł do wody, z któ­rej jed­nak szybko wy­szedł.

- No co, Frank? - zwró­cił się do czwo­ro­noga. - Tro­chę za zimno?

Po­wierzch­nia je­zioro była gładka jak lu­stro, żad­nych zmarsz­czek. Se­jer usiadł na jed­nej z od­wró­co­nych ło­dzi i ob­ser­wo­wał pły­nącą nieco da­lej ro­dzinę ka­czek. Frank stał na brzegu i war­czał na nie. Po­ło­żył uszy po so­bie, a nad py­skiem po­ja­wiła się do­dat­kowa fałda.

- Prze­stań - wy­dał po­le­ce­nie in­spek­tor. - Zo­staw je w spo­koju. One tu miesz­kają.

W tym mo­men­cie kaczki od­pły­nęły, zo­sta­wia­jąc za sobą cien­kie smugi.

Se­jer wstał z ło­dzi i spoj­rzał w górę na główną drogę. Bjer­k?s li­czyło nie­całe pięć ty­sięcy miesz­kań­ców. W daw­niej­szych cza­sach dzia­łała tu­taj mle­czar­nia. Gdy scho­dził nad je­zioro, mi­jał pod­upa­dły bu­dy­nek mle­czarni z czer­wo­nej ce­gły. Kiedy zer­k­nął na drugi brzeg, zo­ba­czył na wzgó­rzu dużą białą bu­dowlę. Wie­dział, że to klasz­tor, w któ­rym mie­ściła się mała ka­plica, gdzie or­ga­ni­zo­wano kon­certy i od­czyty. Za­wo­łał Franka, po czym wró­cili do sa­mo­chodu. Zo­sta­wił w nim psa, a sam zaś po­szedł do sklepu. Pach­niało świeżo pie­czo­nym mię­sem, a on po­dą­żał za tą wo­nią ni­czym głodne zwie­rzę. Bez za­sta­no­wie­nia ku­pił dwa ko­tlety mie­lone.

Póź­niej krą­żył po skle­pie z cie­płą to­rebką alu­mi­niową w ręku. Zbli­ża­jąc się do kasy, do­strzegł to, czego szu­kał. Sto­jak z kart­kami pocz­to­wymi. Były tam pocz­tówki z kot­kami, szcze­nia­kami i końmi, rów­nież małe ko­perty z kart­kami mu­zycz­nymi i ży­cze­niami uro­dzi­no­wymi. Na­gle jedna z kart przy­kuła jego uwagę. Wy­jął ją ze sto­jaka i prze­czy­tał tekst na od­wrot­nej stro­nie.

"Nor­we­skie zwie­rzęta dra­pieżne. Ryś. Fo­to­graf G?ran Jans­son".

Po tym od­kry­ciu ro­zej­rzał się po­now­nie. On tu­taj był, po­my­ślał. Mieszka w Bjer­k?s. Albo może w Aske­land. I cał­kiem moż­liwe, że robi za­kupy w tym skle­pie. Se­jer po­ło­żył to­rebkę z ko­tle­tami na ta­śmie. Za­opa­trzył się rów­nież w trzy ga­zety i ski­nął głową do ka­sjerki.

- Czy mie­li­ście wię­cej ta­kich kart? - za­py­tał. - Z in­nymi dra­pież­ni­kami?

Ko­bieta spoj­rzała na zdję­cie ry­sia i po­krę­ciła głową. Od­gar­nęła z czoła czarno-białą grzywkę i wtedy uj­rzał mały kol­czyk w kształ­cie dzidy w jed­nej z brwi.

- Nie mam po­ję­cia. Nie zwra­cam na nie uwagi - od­parła.

- In­nymi słowy, nie pa­mięta pani po­dob­nej pocz­tówki z ro­so­ma­kiem? - za­py­tał po­now­nie.

- Z ro­so­ma­kiem?

Nie było wąt­pli­wo­ści, że nie wie­działa, co to za zwie­rzę. Nie­pew­nie pa­trzyła na in­spek­tora. Ale to bar­dzo młoda osoba, po­my­ślał Se­jer. Na jej zie­lo­nym far­tu­chu służ­bo­wym wid­niał iden­ty­fi­ka­tor z imie­niem Britt. Za­częła ska­no­wać w ka­sie jego pro­dukty: ga­zety i to­rebkę z ko­tle­tami. Za pocz­tówkę z ry­siem za­pła­cił sie­dem ko­ron i pięć­dzie­siąt ?re. Kiedy wró­cił do sa­mo­chodu, dał Fran­kowi je­den z ko­tle­tów, sam zaś usiadł i szybko prze­rzu­cił strony ga­zet.

"Za­krwa­wione dziecko zna­le­zione w ogro­dzie".

"Gro­te­skowy żart w Bjer­ke­tun".

"Śpiące nie­mowlę ską­pane we krwi".

Sprawca do­brze się czuje w świe­tle re­flek­to­rów, stwier­dził w my­ślach in­spek­tor. Te­raz zbiera okla­ski.

Se­jer od­gry­zał małe ka­wałki mięsa, wpa­tru­jąc się przy tym w wody je­ziora. Ska­rve­sj? przy­po­mi­nało lu­stro. W od­dali ko­ły­sały się kaczki w nie­wzru­szo­nym spo­koju.

- To dia­bel­sko do­bry ko­tlet, Frank - ode­zwał się do psa, po czym wy­cią­gnął ko­mórkę z kie­sze­nie i wy­brał nu­mer Skar­rego. - Bę­dziemy mieli wię­cej ta­kich ata­ków - po­in­for­mo­wał. - Mamy do czy­nie­nia z dra­pież­ni­kiem.

*

Johnny Be­skow wje­chał swoim su­zuki na główną drogę. Wrzu­cił wyż­szy bieg i ru­szył przed sie­bie z pi­skiem opon. Miał lekką głowę i czuł się wolny jak ptak. Jego czer­wony kask ozda­biały po obu bo­kach małe złote skrzy­dła. Za pa­sek we­tknął szwaj­car­ski scy­zo­ryk. Ta­kim na­rzę­dziem mógł kłuć i kroić, otwo­rzyć bu­telkę coli lub wy­ciąć ję­zyk z gar­dła matki, gdyby opa­no­wało go zło. Bez niego ni­g­dzie się nie ru­szał. Po­czuł ulgę, gdy wy­szedł i zo­sta­wił smród oraz ba­ła­gan pa­nu­jące w środku i ją pę­ta­jącą się po domu i beł­ko­czącą nie­wy­raź­nie. Chęt­nie jeź­dził na swoim sku­te­rze, lu­bił szyb­kość i po­wiew wia­tru na twa­rzy. Te­raz pod­czas jazdy wy­obra­żał so­bie lu­dzi czy­ta­ją­cych o zda­rze­niu w Bjer­ke­tun. Mógł so­bie zwi­zu­ali­zo­wać cały re­jestr emo­cji, od prze­ra­że­nia i grozy aż po gniew. Wście­kli męż­czyźni, obu­rzone ko­biety i roz­sier­dzeni se­nio­rzy. Uśmiech­nął się na tę myśl, mknąc da­lej na sku­te­rze. Za­pra­gnął za­kla­skać w dło­nie, uznał jed­nak, że naj­mą­drzej bę­dzie trzy­mać ręce na kie­row­nicy. Lu­dzie nie po­winni uwa­żać, że ży­cie jest rze­czą oczy­wi­stą, po­my­ślał. Nie po­winni za­kła­dać, że wszystko, co do­bre bę­dzie trwało wiecz­nie. Śmierć przyj­dzie do każ­dego. I ja, kurwa, im to udo­wod­nię.

Za­trzy­mał się na sta­cji pa­liw Shell w Bjer­k?s i ku­pił kilka ga­zet. Obok sta­cji znaj­do­wał się mały pub, gdzie stały sto­liki z płyty la­mi­no­wa­nej w są­siedz­twie au­to­ma­tów do gry. Lu­bił tam sie­dzieć i po­pi­jać colę. Po­do­bało mu się, że mógł się swo­bod­nie po­ru­szać, a lu­dzie nie wie­dzieli, kim jest. A był tą osobą, o któ­rej obec­nie wszy­scy mó­wili, prze­by­wał wśród in­nych, a mimo to po­zo­sta­wał ano­ni­mowy. Usiadł te­raz na ławce przed sta­cją i przej­rzał szybko do­nie­sie­nia pra­sowe. Kar­sten Sun­de­lin z Bjer­ke­tun udzie­lił wy­wiadu re­por­te­rowi z ga­zety "Ver­dens Gang". Oświad­czył, że ten, kto stoi za tym ohyd­nym ata­kiem na jego ro­dzinę, nie po­winna się czuć bez­piecz­nie ani przez se­kundę.

- Co ma pan przez to na my­śli? - za­py­tał re­por­ter.

- To, co my­ślę, nie na­daje się do druku - od­po­wie­dział Sun­de­lin.

Johnny zło­żył ga­zety i ukrył w schowku pod sie­dze­niem sku­tera. Po­tem uru­cho­mił sil­nik i po­je­chał da­lej. "Nie na­daje się do druku". Ha, ha, ha, po­my­ślał, ale się prze­stra­szy­łem! Po kilku ki­lo­me­trach do­tarł do Spar­bo­dam. Skrę­cił w prawo, prze­je­chał ostatni od­ci­nek drogi wą­ską le­śną ścieżką, zsiadł ze sku­tera, po czym oparł go o pień świerku. Po­tem za­czął scho­dzić w kie­runku wody. Spar­bo­dam było za­porą wodną, z otwo­rem, przez który woda wle­wała się do czar­nej rury. Stam­tąd sły­chać było silne, nie­prze­rwane dud­nie­nie. Plotki gło­siły, że pew­nego razu ja­kiś chło­pak ba­lan­so­wał na za­po­rze. Był maj i okres im­prez przed­ma­tu­ral­nych, pod­czas któ­rych ucznio­wie zda­wali test na od­wagę. Na­gle chło­pak spadł do wody i zo­stał wcią­gnięty do rury. Póź­niej zna­le­ziono jego ciało wiele ki­lo­me­trów da­lej w do­li­nie. Johnny stał przez dłuż­szy czas nad brze­giem i przy­glą­dał się kra­jo­bra­zowi, po­ły­sku­ją­cej ta­fli wody i mil­czą­cemu la­sowi. Po­tem wszedł ostroż­nie na za­porę, która miała czter­dzie­ści cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści. Z po­czątku można było ła­two po niej przejść, w pół drogi za­czy­nały się jed­nak po­ważne trud­no­ści. Samo wyj­ście za­bu­do­wano kratą, która za­wsze była za­mknięta na klucz. Je­dy­nie od­po­wie­dzialni za kon­ser­wa­cję za­pory pra­cow­nicy po­sia­dali ten klucz. Ale można było wspiąć się na kratę i prze­do­stać na drugą stronę za­pory. Lecz tylko w przy­padku, je­śli ktoś po­tra­fił znieść szum pie­nią­cej się wody pod sobą, nie tra­cąc pa­no­wa­nia nad sobą. Johnny wpa­try­wał się w czarną wodę. Czuł się pod­eks­cy­to­wany na myśl o tym, co roz­po­czął. Nie zda­wał so­bie wcze­śniej sprawy, że tak po­tężna siła tkwi w ta­kim chu­der­laku jak on, bo prze­cież był mały i w za­sa­dzie nie­umię­śniony, a w do­datku miał je­dy­nie sie­dem­na­ście lat. Ale ile ta­len­tów po­sia­dał. A przede wszyst­kim ten do wzbu­dza­nia u lu­dzi gniewu.

Te­raz usiadł na za­po­rze i wpa­try­wał się w dal. Słu­chał, jak woda wle­wała się z hu­kiem do rury. Sie­dział tak pięt­na­ście mi­nut, po czym się wy­co­fał i zna­lazł bez­piecz­nie na su­chym lą­dzie. Wie­dział, że Spar­bo­dam sta­no­wiło źró­dłem pit­nej wody, która wpły­wała do czar­nej rury, a koń­czyła swój bieg w kra­nach wielu ty­sięcy lu­dzi. Dla­tego, za­nim od­je­chał, na­si­kał do wody.

Johnny Be­skow miał dziadka w Bj?rn­stad. Henry Be­skow miesz­kał w domu na końcu śle­pej uliczki, która no­siła na­zwę Ro­lands­gata. W po­bliżu bu­dynku, naj­star­szym w oko­licy, wzno­sił się mały pa­gó­rek. Sie­działa tam dziew­czynka i pa­trzyła na John­nego, kiedy je­chał z gło­śnym war­ko­tem na sku­te­rze. Wi­dział ją tam wcze­śniej wie­lo­krot­nie, gdyż czę­sto prze­sia­dy­wała na tym wznie­sie­niu i za­cho­wy­wała się przy tym nie­zno­śne wo­bec wszyst­kich, któ­rzy mi­jali to miej­sce. Bo to było jej miej­sce, jej te­ry­to­rium. Dziew­czyna była drobna, blada i pie­go­wata i miała im­po­nu­jący pło­mien­nie rudy war­kocz, który się­gał po­ślad­ków. Przy­pusz­czał, że mo­gła mieć z dzie­sięć lat. Te­raz szcze­rzyła do niego zęby wiel­ko­ści ko­stek cu­kru.

- Czer­wona bo­rówka! - krzyk­nęła do niego.

Miała pew­nie na my­śli jego czer­wony kask. Johnny za­ha­mo­wał, za­trzy­mał się i spoj­rzał do góry na dziew­czynkę zmru­żo­nymi oczami. Pró­bo­wał po­słać jej groźne, in­ten­sywne spoj­rze­nie. Wy­glą­dało jed­nak na to, że dziew­czynka ni­czego się nie bała. Bo ty mnie jesz­cze nie znasz, po­my­ślał. Wrócę jesz­cze do cie­bie, ty małe pie­go­wate gó­wienko. Od­wró­cił od niej wzrok, prze­je­chał ostatni ka­wa­łek drogi wio­dący do domu dziadka, za­par­ko­wał sku­ter i po­wie­sił kask na kie­row­nicy. Wy­tarł nogi w wy­cie­raczkę i wszedł do ma­łego domu. Sta­ru­szek, który miał chore nogi, sie­dział te­raz przy oknie w fo­telu typu uszak. Stopy po­ło­żył na pod­nóżku i przy­krył się wło­cha­tym ko­cem. Reu­ma­tyzm wy­krę­cił mu palce, które za­mie­niły się w zbo­lałe pa­zury.

Johnny zna­lazł wolny puf i przy­su­nął go do męż­czy­zny.

- Cześć, dziadku - przy­wi­tał się.

Henry od­wró­cił głowę w stronę wnuka. Jego po­kryte po­pę­ka­nymi żył­kami oczy łza­wiły.

- Cześć, chłop­cze. Jak się cie­szę, że przy­sze­dłeś.

- Ja­dłeś coś dzi­siaj? - za­py­tał Johnny.

Henry ski­nął głową.

- Dzi­siaj rano była u mnie Mai - od­parł.

Johnny pró­bo­wał zna­leźć dla sie­bie wy­godną po­zy­cję na mięk­kim pla­sti­ko­wym pu­fie.

- Jaka ona jest? Robi wszystko, co do niej na­leży? Miła?

- Mai to anioł - od­po­wie­dział Henry. - Mu­szę to po­wie­dzieć. Jest bar­dzo ciemna i nie mówi do­brze po nor­we­sku, bo po­cho­dzi z Taj­lan­dii. Ale wiesz, Ta­jo­wie są za­wsze bar­dzo życz­liwi i wszystko ro­bią z uśmie­chem. Nie mógł­bym zna­leźć ni­kogo lep­szego. Czę­sto się mar­twię, że mogę ją stra­cić - do­dał. - Nie można ufać tym urzęd­ni­kom w gmi­nie. Cały czas re­or­ga­ni­zują. I oszczę­dzają na wy­dat­kach.

- Wzią­łeś dzi­siaj le­kar­stwa? - spy­tał Johnny.

- Wzią­łem - od­rzekł sta­ru­szek. - No wiesz, je­stem ta­kim po­słusz­nym psem. Po pro­stu nie mam już za wiele sił, żeby pro­te­sto­wać. Ktoś, kto jest za­leżny od in­nych we wszyst­kim, co robi, musi być ła­godny jak ba­ra­nek.

Jego zde­for­mo­wane ręce błą­dziły po kocu, po­cią­ga­jąc od czasu do czasu za wy­sta­jące strzępy.

- Chcesz, że­bym ci po­czy­tał ga­zety? - za­py­tał wnuk i wska­zał głową na sto­lik, gdzie le­żała lo­kalna prasa.

- Tak, bądź tak miły.

Johnny przy­niósł jedną z ga­zet i wy­god­nie usiadł. Czy­tał ja­snym i wy­raź­nym gło­sem je­den ar­ty­kuł za dru­gim, spo­glą­da­jąc cza­sami na sta­ruszka, aby spraw­dzić, czy ten słu­cha. Słu­chał. Naj­pierw hi­sto­rii o pew­nym ko­niu wy­ści­go­wym, nad któ­rym dżo­kej stra­cił pa­no­wa­nie pod­czas biegu i który, kiedy pró­bo­wano go za­trzy­mać, ugryzł jed­nego z tam­tej­szych pra­cow­ni­ków w ra­mię. Na­stęp­nie dłu­giego ar­ty­kułu o złych wa­run­kach pracy Po­la­ków. Ko­lejny tekst Johnny po­mi­nął, po­nie­waż do­ty­czyła nie­pra­wi­dło­wo­ści w po­stę­po­wa­niu ze zmar­łymi w szpi­talu Sen­tral­sy­ke­hus. Oka­zało się, że ciała czę­sto le­żały mie­siąc, za­nim zo­stały pod­dane kre­ma­cji. Po­tem chło­pak od­czy­tał pro­gnozę po­gody. Upał jesz­cze po­trwa, a na wscho­dzie kraju wzra­stało nie­bez­pie­czeń­stwo po­ża­rów la­sów. Wnuk po­dał rów­nież kilka ty­tu­łów pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych na ten wie­czór, przy­pusz­cza­jąc, że to może za­in­te­re­so­wać dziadka. Na ko­niec do­tarł do tek­stu o nie­mow­laku w wózku. Pod­czas lek­tury spo­glą­dał na sta­ruszka, nie mógł jed­nak od­gad­nąć, co ten my­ślał o ca­łym zda­rze­niu.

W końcu Johnny zło­żył ga­zetę i odło­żył na sto­lik. W po­koju za­pa­no­wała ci­sza.

- Ty też nie masz, mój chłop­cze, ła­two w ży­ciu - ode­zwał się w końcu Henry. - Bóg tylko ra­czy wie­dzieć. Ale je­stem prze­ko­nany, że przy­naj­mniej wiesz, jak na­leży po­stę­po­wać wo­bec in­nych. Ten idiota, który coś ta­kiego zro­bił, za­słu­żył na mocne baty. Zgo­dzisz się ze mną, prawda?

- Ja­sne, dziadku - od­po­wie­dział Johnny po­tul­nie. - A jesz­cze le­piej by było, gdy­by­śmy mu po­ła­mali oba małe palce u rąk.

- Mo­gli­by­śmy - od­parł dzia­dek. - A jak jest w domu? Po­wiedz otwar­cie, co się dzieje. Nie chcę słu­chać kłamstw tylko dla­tego, że wo­lisz mnie oszczę­dzić.

- Nie ma nic do po­wie­dze­nia. Ona leży na so­fie. I pije wódkę. Po­trze­bu­jesz cze­goś ze sklepu? Mogę te­raz po­je­chać na za­kupy.

- Do­brze, to zrób li­stę - zgo­dził się Henry. - Przy­nieś ołó­wek i kartkę pa­pieru. Leżą w szu­fla­dzie w kuchni.

- Nie po­trze­buję kartki, dziadku. Mam ko­mórkę i tam za­pi­szę.

- No tak, ty się na tym znasz - od­po­wie­dział sta­ru­szek i ski­nął z wdzięcz­no­ści głową. Sie­dział te­raz bez ru­chu na fo­telu, pod­czas gdy wnuk wstu­ki­wał do te­le­fonu li­stę za­ku­pów.

Gdy Johnny mi­jał na sku­te­rze pa­gó­rek, dziew­czynka na­dal tam sie­działa.

- Hej, Ja­cek Pla­cek! - za­wo­łała w jego kie­runku.

Gdy wró­cił ze sklepu, uło­żył wszystko w spi­żarni. Było to małe po­miesz­cze­nie obok kuchni, w któ­rym dzia­dek cho­wał prze­różne rze­czy. Johnny do­strzegł tam dużo sta­rych pro­duk­tów, na przy­kład sło­iki z dże­mem po­kry­tym ple­śnią. Przez dłuż­szy czas po­rząd­ko­wał szafki i sor­to­wał je­dze­nie. Zde­cy­do­wał, co na­leży wy­rzu­cić i wy­tarł półki mo­krą ścierką. W końcu wszystko wy­glą­dało czy­sto i po­rząd­nie. Na­gle jego uwagę przy­kuło czer­wone pu­dełko w głębi re­gału. Wy­cią­gnął je, żeby przyj­rzeć się bli­żej. Z po­czątku my­ślał, że to nowy ro­dzaj płat­ków śnia­da­nio­wych, wkrótce się jed­nak oka­zało, że w środku znaj­do­wała się trutka na szczury. Zdjął przy­krywkę i za­czął ba­dać ró­żowe kulki, które wy­peł­niały pu­dełko po brzegi. Wy­glą­dały ape­tycz­nie, mimo że były śmier­tel­nie groźne, ale to wła­śnie ich dzia­ła­nie go fa­scy­no­wało. Pod­su­nął pa­ku­nek pod nos, lecz nie miały żad­nego za­pa­chu. Oczy­wi­ście ich smaku nie mógł so­bie wy­obra­zić. Może jak gra­nulki cze­goś słod­kiego lub cu­kierki? Za­czął czy­tać do­kład­nie skład trutki i spo­sób uży­cia. Na pu­dełku wid­niał na­pis: "Szczury za­sną spo­koj­nie i już wię­cej się nie obu­dzą".

Nie­złe to, po­my­ślał Johnny. Po dłuż­szej chwili na­my­słu wy­mknął się z domu i scho­wał pu­dełko pod sie­dze­niem sku­tera. Ta trutka na szczury może się kie­dyś przy­dać, uznał. Lu­bił mieć coś w za­na­drzu na wy­pa­dek przy­szłych ak­cji. Po­tem wró­cił do dziadka, który za­snął w fo­telu. Johnny usiadł na pu­fie i cze­kał cier­pli­wie, aż sta­ru­szek się obu­dzi. Na­stą­piło to po dwu­dzie­stu mi­nu­tach.

- Zro­bić ci kawę do ter­mosu?

- Tak, pro­szę. Mo­żesz do­dać tro­chę cu­kru. Ale nie za­krę­caj zbyt mocno korka, wiesz, jak to jest z mo­imi rę­kami.

Johnny po­szedł do kuchni i za­czął przy­go­to­wy­wać kawę. W garnku za­go­to­wał wodę, którą po­tem prze­lał przez filtr z kawą, do któ­rej wsy­pał kilka ły­żek cu­kru. Na­stęp­nie wy­jął z szafki nie­bie­ski ku­bek z uszkami po obu stro­nach, z któ­rego za­wsze pił dzia­dek. Za­brał wszystko ze sobą i po­sta­wił na stole w sa­lo­nie. Po­tem pod­szedł do okna i wyj­rzał.

- Kim jest ta dziew­czyna z ru­dymi wło­sami? - za­py­tał.

Henry od­chrząk­nął i za­ka­słał, bo coś utknęło mu w gar­dle.

- Py­tasz chyba o naj­młod­szą Me­inera. Na­zywa się Else. Ro­dzina mieszka na dole, w tym żół­tym domu. Wi­dzia­łeś wszyst­kie te wraki sa­mo­cho­dów na ich po­dwó­rzu? Trzy­mają je tam już od pięt­na­stu lat. Pew­nie Me­iner po­cząt­kowo my­ślał, że je od­re­stau­ruje i sprzeda, ale nic z tego nie wy­szło.

- Ona nie jest spe­cjal­nie miła - oznaj­mił Johnny z twa­rzą przy szy­bie, która od jego od­de­chu nieco za­pa­ro­wała i na któ­rej w tym miej­scu na­ry­so­wał pal­cem czaszkę.

- Tak my­ślisz o Else? Nie, ona jest miła. Jest jak mały pies obronny - od­po­wie­dział Henry. - Kon­tro­luje wszyst­kich, któ­rzy zja­wiają się tu­taj, na Ro­lands­gata. Chce do­kład­nie wie­dzieć, z jaką sprawą tu przy­cho­dzą. A po­tem, jak wy­jeż­dżają, to sie­dzi na tym swoim pa­górku i wy­dziera się na nich. Po­wiem ci jedną rzecz, chłop­cze - do­dał. - Je­śli ktoś przy­szedłby do mo­jego domu ze złymi za­mia­rami, Else na­tych­miast by mnie ostrze­gła. Ona ma so­kole oko, a do tego skrze­czy jak sroka.

Johnny usiadł po­now­nie na pu­fie. Henry umilkł i nie od­zy­wał się przez długi czas.

- Prze­pra­szam cię, że je­stem już taki stary - ode­zwał się w końcu z głę­bo­kim wes­tchnie­niem. - Prze­pra­szam, że je­stem taki po­wolny, nie­sprawny i nie­zdolny do zro­bie­nia cze­go­kol­wiek. I już nie bę­dzie le­piej.

- Prze­stań, dziadku - po­wie­dział Johnny su­ro­wym to­nem.

- Ja nie boję się śmierci.

- Wiem.

- A może bo­isz się za­snąć wie­czo­rem, Johnny? Śmierć to nic strasz­nego. Idziemy do łóżka, za­sy­piamy i od­pły­wamy w dal.

Pod­niósł rękę i od­gar­nął swymi wy­gię­tymi pal­cami kilka ko­smy­ków z czoła. Jego usta były wą­skie i bez­barwne, tak jakby ży­cie z wolna od­pły­wało, za­bie­ra­jąc ze sobą ko­lor i blask.

- Bę­dziesz jesz­cze długo żył - ode­zwał się Johnny z prze­ko­na­niem.

Myśl o śmierci dziadka spra­wiała mu ból, po­nie­waż lu­bił sta­ruszka i nie miał ni­kogo in­nego. Ni­kogo, kto by cze­kał na niego i kto by cze­goś od niego po­trze­bo­wał. Henry po­now­nie za­pa­dał w drzemkę. Chło­pak chwy­cił jego zde­for­mo­waną rękę i przy­ci­snął mocno do sie­bie.

- Dziadku - wy­szep­tał. - Czy mam przed wyj­ściem otwo­rzyć okno? Go­rąco tu­taj i może cię roz­bo­leć głowa.

Sta­ru­szek otwo­rzył jedno oko.

- Osa może wpaść do środka.

- Masz szczury w piw­nicy? - za­py­tał Johnny.

- Mia­łem wcze­śniej, ale te­raz już nie. Mai za­ła­twia ta­kie sprawy.

Chło­pak wy­pu­ścił rękę dziadka, wstał i po­pra­wił ostroż­nie koc.

- Dziadku, kiedy mama za­częła pić?

- Tuż przed two­imi na­ro­dzi­nami - od­po­wie­dział Henry. - Wiesz, ona nie miała ła­two. Wy­da­rzyło się wtedy tak wiele okrop­nych rze­czy.

- Ona nie chce mi opo­wie­dzieć o moim ojcu - po­wie­dział peł­nym żalu gło­sem. - Nie mogę się do­wie­dzieć, skąd się wzią­łem na świe­cie.

- Zo­staw tę sprawę - od­parł sta­ru­szek, po czym od­wró­cił od wnuka twarz i za­mknął oczy. - Prawda nie za­wsze jest naj­lep­sza. Uwierz moim sło­wom.

*

Lily Sun­de­lin pchała wó­zek z Mar­grete, a obok nich szedł spo­koj­nym kro­kiem Kar­sten. Lily trzy­mała rączkę wózka, Kar­sten zaś trzy­mał żonę pod rękę. Już bar­dziej nie mo­gli się do sie­bie zbli­żyć. Było po po­łu­dniu, słońce świe­ciło ni­sko, grze­jąc ich w tył głowy. Dziew­czynka ubrana była w kom­bi­ne­zon w czer­wone i białe pa­ski. Le­żąc tak, przy­po­mi­nała małą lan­drynkę.

Wkrótce opu­ścili Bjer­ke­tun i we­szli na główną drogę. Za­cze­kali chwilę, aż ja­kiś sa­mo­chód ich mi­nął.

- Po­słu­chaj, co ja so­bie dzi­siaj po­my­śla­łam - ode­zwała się Lily. - Od razu jak tylko wsta­łam. Ta myśl ude­rzyła mnie jak grom z ja­snego nieba.

- I co to było? - za­py­tał Kar­sten, ści­ska­jąc jej ra­mię.

- Po­my­śla­łam o jej smoczku - od­po­wie­działa. - Znik­nął. Ten ró­żowy.

Po­chy­liła się nad wóz­kiem i po­kle­pała Mar­grete po po­liczku.

- Je­steś pewna?

- Tak. Z ja­kichś po­wo­dów za­brał ze sobą smo­czek. Nie uwa­żasz, że to chore? Kto krad­nie smo­czek? Nie ro­zu­miem tego.

Kar­sten nie znał od­po­wie­dzi. Lily do­strze­gła jed­nak, że za­ci­snął moc­nej usta. To, co się stało, wpły­nęło na niego i bar­dzo go zmie­niło. Z nie­któ­rych zmian się cie­szyła, inne zaś ją nie­po­ko­iły, na przy­kład na­pady wście­kło­ści męża. W jego gło­sie po­ja­wiała się ja­kaś bez­względ­ność, gdy sły­szała, jak roz­ma­wiał przez te­le­fon. Za­wsze miał się na bacz­no­ści, za­wsze w ofen­sy­wie. Na wy­pa­dek, gdyby wy­da­rzyło się coś no­wego. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa tej strony jego cha­rak­teru i chciała te­raz, żeby od­pu­ścił, bo prze­cież mu­sieli żyć da­lej swoim ży­ciem. Jed­no­cze­śnie jego za­cho­wa­nie ją wzru­szało. Pod­jął walkę i chro­nił je ca­łym sobą. Daw­niej nie był tak silny ani bar­czy­sty jak te­raz, a jego mowa ni­gdy nie brzmiała tak bru­tal­nie.

- Czy my­ślisz, że nas ob­ser­wuje? - za­py­tała męża.

Kar­sten spoj­rzał do­okoła na drogę i domy.

- Nie ga­daj głupstw. Może jed­nak o nas my­śleć. Moż­liwe, że jest dumny z tego, co zro­bił, i w tej chwili pla­nuje nową ak­cję. Lily, zejdź bar­dziej na po­bo­cze, nad­jeż­dża sa­mo­chód. Boże, jak pę­dzi.

Za­trzy­mali się, gdy auto ich mi­jało.

- Schil­lin­ger - oznaj­mił Kar­sten.

- Kto?

- Bj?rn Schil­lin­ger. Wiesz, ten z psami gren­landz­kimi. Mieszka tam na gó­rze, na Sa­ga­top­pen. Za­uwa­ży­łaś, ja­kim sa­mo­cho­dem je­chał? To był land cru­iser. Kiedy sprze­damy na­szą hondę, to ku­pimy so­bie taki.

- Dla­czego?

- Jest więk­szy i moc­niej­szy - wy­ja­śnił Kar­sten. - I bar­dziej wy­trzy­mały. Osiem cy­lin­drów. Dwie­ście osiem­dzie­siąt sześć koni. Jak da­leko chcesz iść? Strasz­nie dzi­siaj go­rąco. Mar­grete jest czer­wona jak ugo­to­wany ho­mar.

Lily za­częła się za­sta­na­wiać. Dziecko smacz­nie spało, a ona miała do­bre buty.

- Doj­dziemy do Sagi - od­po­wie­działa. - I za­wró­cimy na mo­ście.

Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach do­szli do mo­stu. W tym mo­men­cie mi­nął ich au­to­bus, mu­sieli więc przy­ci­snąć się do ba­lu­strady. Su­kienka Lily za­trze­po­tała wo­kół jej nóg. Na od­głos pie­nią­cej się w dole wody od­ru­chowo chwy­ciła rączkę i przy­trzy­mała moc­niej wó­zek. Na­chy­liła się nad ba­lu­stradą i spoj­rzała w toń. Miała rdza­wo­brą­zowy ko­lor, a w nie­któ­rych miej­scach po­ja­wiała się żół­tawa piana. Na po­bli­skiej półce skal­nej zo­ba­czyła resztki ogni­ska, ja­kaś opróż­niona puszka po pi­wie stu­kała o ka­mie­nie. Kar­sten oto­czył żonę ra­mie­niem, a ona po­ło­żyła głowę na jego sze­ro­kiej piersi.

- Woda ma ogromną siłę - ode­zwał się. - Po­słu­chaj, hu­czy ni­czym sil­nik. W daw­nych cza­sach lu­dzie ko­rzy­stali z ener­gii słońca, wia­tru i wody. Obec­nie eks­plo­atu­jemy zie­mię.

- To dla­tego chcesz ku­pić land cru­isera? - za­py­tała prze­kor­nie Lily.

Mruk­nął coś w od­po­wie­dzi, a Lily po­now­nie spo­waż­niała. Czuła, jak jego klatka pier­siowa pod­nosi się i opada. Cała sy­tu­acja ro­biła na niej dziwne wra­że­nie. Wcze­śniej­sze zda­rze­nie z jej dziec­kiem spra­wiło, że była bar­dziej bez­bronna i prze­wraż­li­wiona. Nie po­tra­fiła się z tym wszyst­kim po­go­dzić i nie była w sta­nie za­po­mnieć o tym, co stało się z jej Mar­grete. Ja­kieś zło skie­ro­wało na nich wzrok, wska­zało na nich ro­ze­dr­ga­nym pal­cem i zbu­rzyło ich spo­kój. Wszystko wy­pa­dło z taktu, za­gu­biło się świa­tło, rytm ży­cia zo­stał na­ru­szony. Lily spoj­rzała na ka­mie­nie le­żące na dnie. Były okrą­głe i gład­kie. Na­gle jej uwagę zwró­ciło coś w okrą­głym kształ­cie. Ści­snęła moc­niej ra­mię Kar­stena.

- Może to koło od ro­werka trój­ko­ło­wego? - za­wo­łała z prze­ra­że­niem.

Kart­sen po­pa­trzył uważ­niej na wodę. Zo­ba­czył coś czer­wo­nego, ja­kiś ro­dzaj kie­row­nicy, koło i czarną gumę.

- To coś więk­szego - uznał.

- Wó­zek dzie­cięcy? - za­py­tała z lę­kiem w gło­sie. - O mój Boże! Czy to może być wó­zek dzie­cięcy, Kar­sten?

Męż­czy­zna prze­chy­lił się jesz­cze bar­dziej przez ba­lu­stradę. Kon­struk­cja le­żąca w wo­dzie wy­da­wała mu się zna­joma. Wi­dział ją już wiele razy, nie mógł jed­nak zro­zu­mieć, jak mo­gła się zna­leźć w wo­dzie.

- Cho­ler­nie to dziwne - orzekł. - Wy­gląda na bal­ko­nik.

- Bal­ko­nik? Jak zna­lazł się w wo­dzie?

- Chodź! - zwró­cił się do żony. - Idziemy do domu.

- Tam chyba nie leży też czło­wiek? - spy­tała Lily. - Może ktoś spadł z mo­stu?

- No nie, chyba zwa­rio­wa­łaś - od­po­wie­dział Kar­sten.

Wy­krę­cił wó­zek i za­czął iść du­żymi kro­kami w stronę domu. Lily po­śpie­szyła za nim. W tym mo­men­cie obu­dziła się Mar­grete i spoj­rzała na ro­dzi­ców swo­imi ciem­no­nie­bie­skimi oczami. Za­raz po­tem usły­szeli jej kwi­le­nie. Lily nie mo­gła tego znieść, taki od­głos wy­wo­ły­wał ból ni­czym ziarnka pia­sku w otwar­tej ra­nie. Szybko zbli­żyła rękę do po­liczka có­reczki.

- Tam za­wsze na dnie leżą ja­kieś rze­czy - oznaj­mił Kar­sten. - Ro­wery. Wózki skle­powe. Pew­nie ktoś ukradł ten bal­ko­nik z ja­kie­goś po­dwórka, a po­tem wy­rzu­cił przez ba­lu­stradę. Lu­dzie ro­bią różne dziwne rze­czy dla żartu.

*

Johnny sie­dział na brzegu łóżka i wsłu­chi­wał się w do­bie­ga­jące z kuchni od­głosy. Jego matka wła­śnie wstała i ubrała się, a te­raz trza­skała szu­fla­dami i drzwicz­kami szafki ku­chen­nej. Zda­rzało się wcze­śniej, że po­tra­fiła wziąć się w garść i ugo­to­wać coś cie­płego.

Na­dzieja umiera ostat­nia, po­my­ślał. Nie był zbyt­nio przy­zwy­cza­jony do tego, że ktoś oka­zy­wał mu tro­skę i o niego dbał. Na­gle usły­szał zbli­ża­jące się kroki, po czym drzwi do jego po­koju gwał­to­wa­nie się otwo­rzyły. W drzwiach stała matka i pa­trzyła na niego.

- Kiedy wró­ci­łeś dzi­siaj do domu, mia­łeś ze sobą to­rebkę - po­wie­działa. - Co w niej było?

- Dwa filmy - od­parł. - Z wy­po­ży­czalni.

- Aha, mia­łeś na to pie­nią­dze?

- Do­sta­łem tro­chę od dziadka - wy­ja­śnił.

- Ty za­wsze masz pie­nią­dze - ode­zwała się z pre­ten­sją w gło­sie. - Nie wszy­scy mają ta­kie szczę­ście.

Za­uwa­żyła, że to­rebka le­żała na noc­nym sto­liku. Się­gnęła po nią z lek­ce­wa­żą­cym wy­ra­zem twa­rzy, wy­jęła z niej dwie płyty DVD i prze­czy­tała tekst na od­wro­cie.

- Pew­nie znowu ja­kieś bzdury - stwier­dziła scep­tycz­nie.

- Tak, to same bzdury - od­po­wie­dział Johnny. - Ale bar­dzo za­bawne.

Matka wy­szła z po­koju. Dla pew­no­ści za­trza­snęła za sobą lekko drzwi. Za­wsze tak ro­biła, żeby za­de­mon­stro­wać swoją obec­ność.

Jesz­cze tu­taj je­stem. Nie za­po­mi­naj o tym, po­my­ślał. Nie­ba­wem po­czuł za­pach pizzy. Uświa­do­mił so­bie, że jest głodny, tak jakby opu­ściły go siły. Czę­sto za­po­mi­nał o je­dze­niu przez dłuż­szy czas. Szcze­gól­nie wtedy, gdy miał głowę za­jętą in­nymi rze­czami, tak jak te­raz, gdy tak świet­nie się ba­wił. Cze­ka­jąc na pizzę, wsu­nął się do sa­lonu i chwy­cił lo­kalną ga­zetę, która le­żała na stole, po czym szyb­kim kro­kiem wró­cił do po­koju. Za­czął ją prze­glą­dać, wpa­try­wał się w zdję­cia i bu­do­wał w gło­wie małe kon­struk­cje, które wkrótce się roz­pa­dały, po­nie­waż bra­ko­wało im istot­nych ele­men­tów. Na szczę­ście był cier­pli­wym chłop­cem i miał ja­sno okre­ślony cel.

Lu­dzie tracą pracę, mają wy­padki sa­mo­cho­dowe albo się to­pią. Wy­wo­łują bójki, ra­bują, wsz­czy­nają awan­tury i za­bi­jają in­nych. Biorą ślub, ro­dzą im się dzieci, ob­cho­dzą uro­dziny. Pięć­dzie­siąte, sześć­dzie­siąte i sie­dem­dzie­siąte. O tym wszyst­kim prze­czy­tał w ga­ze­cie. Co za obłędna po­trzeba in­for­mo­wa­nia, stwier­dził zdzi­wiony. Te­raz za­czął czy­tać bar­dziej szcze­gó­łowo, by w końcu za­trzy­mać wzrok na jed­nym z ogło­szeń. Po­wtó­rzył lek­turę kil­ka­krot­nie, po czym wy­rwał ten frag­ment i wło­żył do szu­flady noc­nego sto­lika, obok ró­żo­wego smoczka. Na póź­niej, po­my­ślał. Po­tem pod­szedł do półki pod oknem, gdzie stała klatka ze świnką mor­ską. Wy­jął zwie­rzątko i po­ło­żył się z nim do łóżka. Świnka, która na­zy­wała się Krwa­wiące Serce, po­ru­szała się na swo­ich ma­leń­kich i szyb­kich nóż­kach po jego klatce pier­sio­wej i brzu­chu. Po kilku okrą­że­niach uspo­ko­iła się i wtu­liła w szyję chłopca.

- Ta ko­bieta w kuchni po­winna tro­chę otrzeź­wieć, nie są­dzisz, Krwa­wiące Serce? - ode­zwał się. - Czy nie po­win­ni­śmy zejść nad je­zioro Ska­rve­sj? i zło­wić tam szczu­paka? Za­bra­li­by­śmy po­tem rybę w wia­derku do domu i wsa­dzi­li­by­śmy ją trze­po­czącą ogo­nem do gar­dła tej ko­biety. To za­mknę­łoby jej gębę na ja­kiś czas. Je­steś w sta­nie to so­bie wy­obra­zić?

Przy­ło­żył świnkę do po­liczka, a ona chwy­tała go za ucho swo­imi ostrymi ząb­kami. Jego wy­obraź­nię za­peł­nił sze­reg przy­jem­nych ob­ra­zów. Matka z wiel­kim ogo­nem szczu­paka wy­sta­ją­cym z jej gęby, na klęcz­kach, mio­ta­jąca się nie­zdar­nie po pod­ło­dze i z tru­dem ła­piąca po­wie­trze. Po­gła­skał pal­cem główkę gry­zo­nia. Lu­bił za­pach tego ma­łego fu­ter­kowe zwie­rzątka i jego oczy po­dobne do czar­nych pe­reł.

W drzwiach po­ja­wiła się głowa matki.

- Włóż tego szczura do klatki - wy­dała po­le­ce­nie. - Pizza go­towa.

Była trzeźwa i ubrana. Wie­dział, że długo to nie po­trwa. Taki stan utrzy­my­wał się za­le­d­wie chwile, gdy wsta­wała, aby za­czerp­nąć po­wie­trza i za­cho­wać się przy­zwo­icie, tak jakby chciała mu udo­wod­nić, że ma prawo do by­cia tu, na tej ziemi. A po­nie­waż była trzeźwa, to zda­wała się świa­doma jego ist­nie­nia. Przy oka­zji przy­po­mi­nała so­bie, że ma to i owo do po­wie­dze­nia.

Nie­na­wi­dził tego, że piła, spała za­wsze na so­fie i chra­pała, wy­da­jąc dźwięki ni­czym piła elek­tryczna. Kiedy jed­nak była trzeźwa, tra­cił nad nią kon­trolę, a ona za­czy­nała się prze­sad­nie nim in­te­re­so­wać. Ale pizza była do­bra. Wi­dział, jak ugry­zła ka­wa­łek, a jej spi­cza­sty szary ję­zyk zmięk­czał ka­wałki mięsa. I mimo że była te­raz przy­tomna i sie­działa pro­sto na krze­śle, to wi­dział, że ca­łym cia­łem tę­skni za tą tru­ci­zną, od któ­rej się uza­leż­niła. Ta po­trzeba tar­gała jej cia­łem i wy­wo­ły­wała nie­po­kój oraz drże­nie rąk.

- Mu­sisz zna­leźć so­bie pracę - oznaj­miła. - Nie mogę cię ży­wić przez całe ży­cie, Johnny. Dla­czego masz zbi­jać bąki dzień i noc, mimo że je­steś młody i sprawny?

Sama znajdź so­bie pracę, po­my­ślał, nie ma­jąc od­wagi po­wie­dzieć tego na głos. Matka otrzy­my­wała rentę już od wielu lat. Cztery ty­siące sie­dem­set dwa­dzie­ścia ko­ron. Plus ty­siąc osiem­set na niego i nie­wielki do­da­tek na miesz­ka­nie. Za te nędzne pie­nią­dze mu­sieli oboje wy­żyć. Je­ste­śmy biedni, stwier­dził z przy­gnę­bie­niem Johnny, żu­jąc ka­wa­łek pizzy. Nie miał jed­nak ochoty szu­kać pracy, po­nie­waż ozna­czało to, że inni lu­dzie mo­gliby nim ko­men­de­ro­wać. A tego by nie zniósł, już na samą myśl do­sta­wał gę­siej skórki. Chciał być pa­nem wła­snego losu, sie­dzieć na swoim su­zuki i czuć się wol­nym czło­wie­kiem. Poza tym miał do­piero sie­dem­na­ście lat. Nie mógł ani ob­słu­gi­wać kasy w skle­pie, ani jeź­dzić sa­mo­cho­dem. Wła­ści­wie nikt mnie nie chce, uznał z za­do­wo­le­niem.

Matka po­czę­sto­wała się jesz­cze jed­nym ka­wał­kiem. Dłu­gimi bla­dymi pal­cami ode­rwała cią­gnącą się nitkę sera, a Johnny za­uwa­żył, że miała brud pod pa­znok­ciami.

- Kiedy by­łam z tobą w ciąży, stra­ci­łam fi­gurę - oznaj­miła, pa­trząc na syna sie­dzą­cego po dru­giej stro­nie stołu. - Wkrótce prze­sta­łam do­brze sy­piać i stra­ci­łam kon­takt z in­nymi ludźmi. Tak to wy­gląda, gdy ro­dzą się dzieci. Je­ste­ście za­wsze obecne, o każ­dej po­rze dnia i nocy. Ucho­waj Boże.

- Nie­długo się wy­pro­wa­dzę - po­wie­dział ostroż­nie.

- Ha, ha! - ryk­nęła śmie­chem. - Niby do­kąd, śmiem za­py­tać. I co bę­dziesz jadł, i skąd weź­miesz pie­nią­dze?

Johnny sie­dział nie­ru­chomo z ka­wał­kiem pizzy w ręce. Cia­sto pa­rzyło mu palce, nie zwra­cał na to jed­nak uwagi. Do­brze wie­dział, że matka w za­sa­dzie bała się zo­stać sama. Gdyby wpro­wa­dził swoje groźby w ży­cie, za­pa­ko­wał swoje rze­czy w ja­kiś wo­rek i opu­ścił na za­wsze dom, ona sie­dzia­łaby w fo­telu z bu­telką w dłoni i pa­trzyła pu­stym wzro­kiem w ścianę. Na ni­kogo by nie cze­kała, nie mo­głaby się do ni­kogo uskar­żać ani ni­komu zwy­my­ślać. Żad­nych dźwię­ków w domu, tylko jej wła­sne beł­ko­tliwe my­śli.

- Wy­pro­wa­dzę się do dziadka - za­gro­ził.

Odło­żyła swój ka­wa­łek na ta­lerz i po­pa­trzyła na syna. Naj­wy­raź­niej ta myśl ją za­nie­po­ko­iła.

- Dzia­dek ma wolny po­kój - do­dał.

- Po co miał­byś się do niego wpro­wa­dzić? On się do ni­czego nie na­daje. Od rana do wie­czora prze­wija się kupa lu­dzi, a on sie­dzi w fo­telu z no­gami na pod­nóżku i po­zwala się ob­słu­gi­wać. Bę­dziesz im tylko prze­szka­dzał.

- Mai przy­cho­dzi rano na go­dzinę - po­in­for­mo­wał matkę. - Wie­czo­rem pie­lę­gniarka po­daje le­kar­stwa. Trwa to za­le­d­wie pięć mi­nut. Tyle czasu zaj­muje ob­słu­gi­wa­nie dziadka.

Matka oparła łok­cie na stole i wy­glą­dała na wście­kłą.

- No, to i tak zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż to, co ja do­staję - oznaj­miła.

- Ale nie masz reu­ma­ty­zmu - ode­zwał się Johnny. - Ty je­steś zdrowa. - Kiedy to mó­wił, nie miał od­wagi spoj­rzeć na matkę. Wie­dział prze­cież, że ta­kie stwier­dze­nia do­pro­wa­dzają ją do szału.

- Zdrowa? - wark­nęła matka. - A co ty mo­żesz na ten te­mat wie­dzieć? Twier­dzisz, że je­stem zdrowa. My­ślisz, że leżę na so­fie dla za­bawy?

Uznał, że naj­le­piej bę­dzie trzy­mać ję­zyk za zę­bami, pod sto­łem jed­nak za­ci­snął pięść. Zna­lazł w so­bie po­gardę i po­czuł z tego po­wodu cie­pło w ciele, a jego oczy się za­szkliły.

- Ale jak umrze, to przy­naj­mniej zo­stawi nam nieco spadku - po­wie­działa na­gle. - On ma pie­nią­dze. - Prze­żu­wała swój ka­wa­łek pizzy, a na myśl o pie­nią­dzach po­czer­wie­niały jej po­liczki. - Nie wiem do­kład­nie, ile ma, ale wiem, że od­kłada. Wiesz, nie cho­dzi sam do sklepu. Do­brze z tego spadku sko­rzy­stamy. Zo­ba­czysz.

Johnny po­pa­trzył na matkę z prze­ra­że­niem. Ko­chał tego sta­rego, po­wol­nego czło­wieka z po­krzy­wio­nymi pal­cami u rąk. Nie był w sta­nie wy­obra­zić so­bie ży­cia bez schro­nie­nia na Ro­lands­gata, bez tego ma­łego domu, w któ­rym za­wsze jest tak cie­pło, i bez roz­mów, które pro­wa­dził z dziad­kiem o ży­ciu i wszyst­kim, co się dzieje na świe­cie.

Matka po­chy­liła się nad sto­łem, tak jakby chciała po­wie­dzieć coś w za­ufa­niu. Z jej za­mglo­nych oczu biła chci­wość.

- Bie­gasz do niego tak czę­sto - rze­kła. - Mógł­byś z niego wy­du­sić, o jaką sumę cho­dzi. To zna­czy, ile ma za­osz­czę­dzo­nych pie­nię­dzy na swoim kon­cie. - Mó­wiła te­raz zni­żo­nym gło­sem i ze spusz­czo­nymi po­wie­kami.

Johnny po­krę­cił głową. Po­czuł się nie­swojo z po­wodu mat­czy­nej ga­da­niny o spadku, a po­nie­waż już się najadł, wstał od stołu i po­szedł do swo­jego po­koju. Na drzwiach wi­siała me­ta­lowa ta­bliczka, którą ku­pił dawno w skle­pie ze sta­ro­ciami za dwie­ście pięć­dzie­siąt ko­ron. Była to biała ema­lio­wana ta­bliczka z nie­bie­skim na­pi­sem: "Ci­sza jest bez­pieczna".

- No tak, może po­dzię­ku­jesz za je­dze­nie! - za­wo­łała za nim.

Za­trza­snął za sobą drzwi i usiadł na brzegu łóżka. Za­raz po­tem schy­lił się do szu­flady noc­nego sto­lika i wy­jął stam­tąd krótki ar­ty­kuł, którą wy­rwał z ga­zety.

"Erik i El­li­nor M?rk w Kir­keby ślą dzi­siaj naj­ser­decz­niej­sze ży­cze­nia swo­jej matce Gu­nilli M?rk z oka­zji jej sie­dem­dzie­sią­tych uro­dzin. Nie mo­żemy się do­cze­kać przy­ję­cia uro­dzi­no­wego. Dzię­ku­jemy za mi­nione piękne lata i wszyst­kiego naj­lep­szego na ko­lejne".

Spraw­dził pierw­szą stronę ga­zety, za­pa­mię­tał datę wy­da­nia i prze­czy­tał po­now­nie tekst ży­czeń. Póź­niej, gdy zaj­rzał do sa­lonu, zo­ba­czył matkę sie­dzącą przed te­le­wi­zo­rem z puszką piwa. Wie­czo­rem zaś, gdy ko­bieta wy­lą­do­wała na so­fie, wy­mknął się na dwór, pod­szedł do swo­jego sku­tera i wy­cią­gnął spod sie­dze­nia pu­dełko z trutką na szczury.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki