Zwiastun miłości - Danielle Steel

-
Proszę czekać

 

ROZDZIAŁ

Pierwszy

Edward Hascomb Rawlings siedział w swoim biurze nad poranną gazetą. Przed sobą miał olbrzymie zdjęcie uśmiechniętej młodej kobiety schodzącej po trapie z samolotu. Szlachetnie urodzona Keshia Saint Martin, głosił podpis. Na innym, mniejszym zdjęciu ta sama kobieta wsparta na ramieniu wysokiego mężczyzny opuszczała terminal, by schronić się przed wzrokiem gapiów w błyszczącej limuzynie. Mężczyzną tym, jak Edward doskonale wiedział, był Whitney Hayworth III, najmłodszy wspólnik kancelarii prawniczej działającej pod nazwą Benton, Thatcher, Powers i Frye. Edward poznał Whita, gdy chłopak skończył studia, a było to dziesięć lat temu. Teraz jednak interesowała go przede wszystkim ona. Znał na pamięć te niemal kruczoczarne włosy, szafirowe oczy i mleczną angielską cerę.

Wyglądała cudownie, nawet na kiepskim gazetowym zdjęciu. Opalona, uśmiechnięta... Nareszcie. Każda jej nieobecność dłużyła mu się w nieskończoność. Gazety donosiły, że wraca wprost z Hiszpanii, gdzie spędziła parę dni w letniej rezydencji swojej ciotki, hrabiny di San Ricamini (z domu Hillary Saint Martin). Uprzednio spędziła miesiąc "odcięta od świata" na południu Francji. Widząc ten frazes, Edward uśmiechnął się. Przez całe lato regularnie czytywał jej reportaże z Londynu, Paryża, Barcelony, Nicei, Rzymu... Jak na osobę "odciętą od świata" Keshia była doskonale poinformowana.

Dalszy ciąg notki wymieniał osoby, które tym samym lotem przybyły do Nowego Jorku: nagle wzbogaconą córkę i spadkobierczynię greckiego armatora oraz belgijską księżniczkę w drodze z paryskich pokazów mody. Dobrane towarzystwo, lecz to właśnie Keshia była postacią numer jeden. Jak zwykle. Każde jej pojawienie się wywoływało burzę. Najbardziej dokuczało mu to w okresie, gdy Keshia miała kilkanaście lat. Po śmierci jej ojca miało się wrażenie, że gdziekolwiek się uda, wszędzie ściga ją ławica piranii. Dziennikarze nie dawali jej spokoju. Teraz zdążyli już do niej przywyknąć i ich wścibstwo przybrało łagodniejsze formy.

Na początku - zwłaszcza w ciągu pierwszego, koszmarnego roku - Edward za wszelką cenę chronił ją przed prasą. Hieny wszakże czaiły się wszędzie. Nie czekały długo. Trzynastoletnia dziewczynka przeżyła szok, gdy rozpalona żądzą wiedzy reporterka dopadła ją w sklepie Elisabeth Arden. W przeciwieństwie do tamtej Keshia nie rozumiała w czym rzecz. Twarz Edwarda stwardniała na samo wspomnienie. "Co czułaś, kiedy twoja mama..." Jak można w ten sposób skrzywdzić dziecko? Reportaż spóźnił się o cztery lata, a jego autorka straciła pracę już nazajutrz rano. Edward był zawiedziony; spodziewał się, że ją wyrzucą tego samego dnia. A Keshia miała okazję pierwszy raz się przekonać, jak smakuje sława, potęga, bogactwo. Nazwisko będące publiczną własnością. Pokolenia przodków: dziewięć ze strony matki, ze strony ojca tylko trzy, o których warto wspomnieć. Historia. Pieniądze. Władza. Coś, czego nie da się ukraść lub podrobić. Ponadto uroda, styl i ta czarodziejska iskra... Dopiero wtedy jest się Keshią Saint Martin. Jedyną i niepowtarzalną.

Edward zamieszał kawę w biało-żółtej filiżance z Limoges i wyjrzał przez okno. Jego fotel zwrócony był wprost na północ, ku spiętrzonym wieżowcom środkowego Manhattanu i niezgrabnym pałacom przy Piątej Alei, zbitym w kupkę obok rudziejącej już plamy Central Parku. Prawy róg okna przecinała wąska, szara wstążka East River, nakrapiana cętkami małych łodzi żaglowych i barek. W dali rozmazaną smugą odznaczał się Harlem. Widok z okna był częścią wystroju gabinetu, i to nie tą, która interesowała go najbardziej. Edward był szalenie zapracowanym człowiekiem.

Przełknął łyk kawy i odnalazł rubrykę Martina Hallama, poświęconą głównie towarzyskim plotkom: kto w kim się kocha, kto wydaje przyjęcie, kto jest zaproszony, a kto nie przyjdzie, bo się obraził. Wiedział, że znajdzie tam słówko o Keshii. Znał jej styl na tyle, by móc się założyć, że o sobie też wspomni. Była sumienna, a przede wszystkim ostrożna. Nie mylił się.

"Lista zlatujących do miasta globtroterów pyszni się nazwiskami Scootera Hollingswortha, Bibi Adams-Jones, Melissy Sentry, Jeana-Claude'a Reimsa, Keshii Saint Martin i Juliana Bodleya. Raduj się, gawiedzi, oto synowie i córki marnotrawne wracają na nasze łono..."

Wciąż dźwięczały mu w uszach jej słowa sprzed siedmiu lat. Wtedy także był wrzesień...

- No dobrze, Edwardzie, zrobiłam wszystko, czego ode mnie chciałeś. Skończyłam Vassar, Sorbonę i spędziłam kolejne wakacje u ciotki Hil. Koniec dreptania koleiną gustów moich drogich rodziców i ślepej wiary w to, co ty uważasz za "stosowne". Mam dwadzieścia jeden lat i pora, żebym wreszcie pomyślała o sobie.

- Co konkretnie masz zamiar zrobić? - zapytał udręczonym głosem. Była tak rozpaczliwie młoda...

- Jeszcze się nie zdecydowałam, ale mam już parę pomysłów.

- Zdradzisz mi je?

- Mam zamiar. Tylko proszę cię, Edwardzie, nie marudź.

Odwróciła się do niego z gniewnym błyskiem w oczach. Jej uderzająca uroda jeszcze zyskiwała, kiedy Keshia była zła. Oczy przybierały ametystowy odcień, na bladej cerze pojawiał się delikatny rumieniec, a ciemne włosy lśniły jak onyks. Keshia miała niewiele ponad pięć stóp wzrostu, lecz w takich chwilach człowiek zapominał, jakie to chucherko. Rozgniewana twarz przyciągała jak magnes, więziła oczy ofiar i przykuwała do własnych. A cała ta niepozbawiona charakteru osóbka spoczywała na głowie i sumieniu Edwarda. To on był odpowiedzialny za jej poczynania - w o wiele większym stopniu niż jej guwernantka, pani Townsend, czy ciotka Hillary, hrabina di San Ricamini.

Hillary, rzecz jasna, działała po najmniejszej linii oporu. Najzupełniej szczerze i z dużą radością zapraszała dziewczynkę na święta do Londynu albo na wakacje do swego domu w Marbelli. Nie chciała jednak, by zawracano jej głowę sprawami "trywialnymi". "Trywialne" było według niej zainteresowanie Keshii Korpusem Pokoju, podobnie jak jej głośny romans z synem ambasadora Argentyny. Miało to miejsce przed trzema laty. Chłopak w końcu ożenił się ze swoją kuzynką, Keshia zaś popadła w depresję, równie "trywialną" jak każda jej przelotna fascynacja. Może Hillary na swój sposób dotykała sedna: wszystko to był słomiany zapał. Póki jednak żar nie wygasł, problem spoczywał na barkach Edwarda. Dźwigał to brzemię od czasu, gdy Keshia skończyła dziewięć lat - i nie miał najmniejszego zamiaru się uskarżać.

- Keshia, wydeptałaś mi już ścieżkę na dywanie, a wciąż nie wiem nic o twoich tajemniczych planach. Co ze studiami na Uniwersytecie Columbia? Przestały cię interesować?

- Prawdę mówiąc, tak. Chcę iść do pracy.

- O? - Edward zadrżał. Boże, pomyślał, spraw, żeby wybrała pracę w dobroczynności! - Gdzie? - spytał ostrożnie.

- W jakiejś gazecie. Dziennikarstwa mogę się nauczyć wieczorami. - W oczach Keshii jarzył się wyzywający płomień.

- Rozsądek przemawiałby za tym, żebyś najpierw zdobyła tytuł, a dopiero potem pomyślała o pracy.

- A kiedy skończę studia, jaką gazetę mi zaproponujesz, Edwardzie? "Women's Wear"?

Spostrzegł, że jej oczy już zachodzą łzami. Boże, znów będą problemy. Z roku na rok stawała się coraz bardziej uparta. Zupełnie jak jej ojciec.

- A o jakiej gazecie myślałaś? O pisemku związku farmerów czy jakimś plotkarskim szmatławcu?

- Nie. O "New York Timesie".

Chwała Bogu, nie brakowało jej poczucia smaku.

- Z całego serca cię popieram, moja droga. Uważam to za świetny pomysł. Ale jeśli rzeczywiście traktujesz go poważnie, o wiele stosowniej byłoby, gdybyś najpierw skończyła studia dziennikarskie, a potem...

- A potem wyszła za mąż za jakiegoś miłego chłopca po ekonomii, tak? - wpadła mu w słowo, zrywając się z poręczy fotela, na której przysiadła jak ptaszek.

- Nie, chyba że sama tego zapragniesz.

Boże, jakaż ona była trudna. I niebezpieczna. Podobnie jak jej matka.

- No cóż - oznajmiła - ja akurat widzę to inaczej.

Wymaszerowała z biura. Później się dowiedział, że już wtedy była zatrudniona w "Timesie". Utrzymała się tam dokładnie trzy i pół tygodnia.

*

Wszystko przebiegło dokładnie tak, jak się obawiał. Jako jedna z pięćdziesięciu najbogatszych kobiet świata Keshia znów stała się ulubioną igraszką pismaków. Codziennie w jakimś piśmie ukazywało się jej zdjęcie, wypowiedź lub dowcip na jej temat. Reporterzy innych gazet pchali się do redakcji "Timesa", żeby ją zobaczyć. Ekipa "Women's Wear" chodziła pijana z radości.

Był to dalszy ciąg koszmaru, który rzucał cień na jej życie. Pamiętał, jak przyjęcie z okazji czternastych urodzin Keshii zostało rozbite przez fotoreporterów. W rok później, około Gwiazdki, Edward zabrał ją do opery. Wywołało to stek plugawych domysłów na temat charakteru tego, co ich łączyło. Jeszcze przez wiele lat wzdragał się z nią pokazywać w miejscach publicznych. Niszczono negatywy jej prywatnych zdjęć, istniała bowiem obawa, że mogą się dostać w niepowołane ręce i ukazać w prasie z przewrotnym komentarzem. Keshia nie chodziła na randki z chłopcami, bo niejeden raz miała okazję gorzko tego pożałować. Jako siedemnastolatka panicznie się bała, że ktoś rozpozna ją na ulicy. Jako osiemnastolatka miała powyżej uszu braku swobody i ciągłej izolacji, do której zmuszały ją wymogi dyskrecji. Dla dziewczyny w jej wieku taki tryb życia był równie absurdalny, jak niezdrowy, lecz Edward nie był w stanie jej pomóc. Keshia musiała mieć się na baczności, by nie splamić pamięci przodków. Trudno było oczekiwać, że córka lady Liane Holmes-Aubrey i Keenana Saint Martina pozostanie osobą prywatną. W dodatku była piękna, no i - sporo warta na rynku. Młoda, interesująca, stanowiła wymarzony temat na pierwsze strony gazet. Ot, fatum, przed którym nie mogła się uchronić, a przynajmniej tak wtedy sądził Edward. Obecnie zadziwiała go zręcznością, z jaką, gdy chciała, unikała fotoreporterów. Cudownie łatwo zbywała ich natrętne pytania. Oszałamiający uśmiech, celne słówko i żaden dziennikarz nie był pewien, czy Keshia z niego kpi, czy też kazała już wezwać policję. Jej ujmujący sposób bycia zawierał domieszkę czegoś groźnego jak ostrze noża. Może dlatego tak niewielu ludzi mogło jej się oprzeć.

Rodzice Keshii byli niezwykłą, wręcz zaskakującą parą. Odziedziczyła delikatny wdzięk matki i przebojową siłę ojca. Tym, co martwiło Edwarda, było jej podobieństwo do Liane. Liane Holmes-Aubrey... Ta piękna ciałem i duchem kobieta elegancję miała we krwi. Wychowano ją tak, by uczynić zadość kilkusetletniej tradycji. Jej ojciec miał "zaledwie" tytuł hrabiowski, za to po kądzieli była wnuczką księcia. Edward zakochał się w niej na zabój, gdy tylko ją ujrzał. Liane nigdy się o tym nie dowiedziała. Edward był świadomy, że szaleństwem byłoby liczyć na... Jak się jednak okazało, Liane popełniła jeszcze większe szaleństwo. Na szczęście udało się uniknąć skandalu. Wiedział o tym tylko on, Keenan i... ten smarkacz. Edward nigdy nie zdołał zrozumieć, co Liane w nim pociągało. W porównaniu z Keenanem był tak mało męski! Do tego nieokrzesany, właściwie prymitywny. Liane dokonała fatalnego wyboru. Wzięła sobie do łóżka młodzieńca, który uczył francuskiego jej córkę. Zakrawałoby to na farsę, gdyby cena nie była tak wysoka: Liane zapłaciła życiem. A Keenan wydał tysiące dolarów, by utrzymać wszystko w tajemnicy.

Keenan "usunął" winowajcę z domu, a następnie kazał go deportować do Francji. Nie minął rok, gdy koniak, szampan, a także tabletki, którymi po kryjomu faszerowała się Liane, zebrały swoje żniwo. Po jej śmierci Keenan zgorzkniał. Dziesięć miesięcy później zginął w wypadku. Edward zawsze w głębi duszy podejrzewał, że Keenan nawet nie próbował reagować, gdy jego mercedes przebił barierkę dzielącą autostradę i wpadł na przeciwległy pas ruchu. Może był pijany, a może tylko zmęczony. Nie było to samobójstwo; po prostu koniec, którego nie chciał odwlekać.

W ciągu tych ostatnich miesięcy zobojętniał na wszystko, nie obchodziła go nawet córka. Powiedział to otwarcie - na szczęście tylko Edwardowi. Edward był idealnym powiernikiem. Nawet Liane, siedząc z nim pewnego dnia przy herbacie, wdała się w niesmaczne szczegóły, a on słuchał, kiwał głową i modlił się, żeby nie zwymiotować na dywan. Liane patrzyła na niego tak żałośnie, że chciało mu się wyć.

Edward zawsze za bardzo się przejmował. Przejmował się Liane (jak sądził w swej naiwności: zbyt doskonałą, by ją tknąć), przejmował się też jej dzieckiem. Poprzysiągł sobie, że uchroni Keshię przed podobnym losem. Czuł się za nią odpowiedzialny i miał zamiar dopilnować, by w niczym nie sprzeniewierzyła się swemu dziedzictwu. Żadnych katastrof, szantaży i nauczycieli o twarzach cherubinów. Życie Keshii miało być inne. Szlachectwo przodków Liane i potęga przodków Keenana w niej właśnie miały osiągnąć wspaniałe apogeum. Edward czuł, że jest to winien nie tylko jej rodzicom, ale i dziewczynie. Musiał wpoić w nią poczucie obowiązku i wierność tradycji. W okresie dorastania Keshia czyniła żartobliwe aluzje do pokutnej koszuli, pojmowała wszakże sens tego, czego ją uczył. Wiedział, że obiektywnie jest zdolny podarować jej tylko to jedno: poczucie własnej godności. Świadomość, że jest Keshią Saint Martin. Szlachetnie urodzoną Keshią Holmes-Aubrey Saint Martin, potomkinią brytyjskiej arystokracji i amerykańskiej elity; kobietą, której ojciec obracał milionami, by zarabiać miliony: na stali, miedzi, kauczuku i ropie naftowej. Keenan Saint Martin był wszędzie tam, gdzie trafiał się interes na niewyobrażalną skalę. Stał się legendą; w tym demokratycznym państwie był kimś w rodzaju księcia krwi. Wraz z jego fortuną Keshia odziedziczyła także tę legendę. Rzecz jasna, Keenan nie zawsze miał całkiem czyste ręce, nigdy jednak nie ubrudził ich ponad pewną miarę. Był to dżentelmen, człowiek imponujący, któremu bliźni wybaczali wszystko - nawet to, że większości pieniędzy dorobił się sam.

Liane była dla Keshii czymś na kształt wiecznego memento: ostrzeżeniem, że jeśli przekroczy niewidzialną granicę, przypłaci to życiem, podobnie jak jej matka. Edward starał się ją ukształtować na podobieństwo ojca, dla niego bowiem było to mniej bolesne. Tylko że tak często... tak często widział przed sobą żywy obraz Liane. Lepszy, silniejszy, inteligentniejszy i nawet piękniejszy od pierwowzoru.

Keshia była ostatnim ogniwem długiego łańcucha przodków odznaczających się mityczną nieomal urodą i klasą. Zadaniem Edwarda było dopilnowanie, by łańcuch ten, nadwerężony przez Liane, nie został przerwany. I łańcuch trwał, a Edward - podobnie jak wszyscy, którzy nie dysponują w nadmiarze odwagą, urodą i siłą - przyglądał mu się z podziwem. Jego filadelfijska rodzina - bardzo dobra rodzina - wywierała o wiele skromniejsze wrażenie niż ci charyzmatyczni ludzie, którym zaprzedał duszę. Teraz był strażnikiem ich skarbca, rycerzem świętego Graala, klejnotu, którym była Keshia. Prawdopodobnie dlatego też odczuł ulgę, kiedy ambicje Keshii związane z "Timesem" spaliły na panewce. Znowu na pewien czas odzyskał spokój. Znów mógł ją chronić, gotów na jej rozkazy. Obawiał się bowiem, że nadejdzie dzień, gdy Keshia pójdzie w ślady rodziców. Edwardowi ufano i rozkazywano mu, ale nikt go nie kochał.

W sprawie "Timesa" nie musiał nawet wywierać na nią presji. Sama zrezygnowała. Zaczęła od nowa chodzić na wykłady, później na całe lato ukryła się w Europie, lecz jesienią wszystko znowu się zmieniło - głównie Keshia. Edward był przerażony.

Wróciła do Nowego Jorku dojrzalsza, bardziej stanowcza, a także bardziej kobieca. Tym razem nie powoływała się już na swoją pełnoletność - w ogóle nie pytała Edwarda o zdanie. Sprzedała kamienicę przy Park Avenue, w której od trzynastu lat mieszkała wraz z panią Townsend, i wynajęła dwa mniejsze mieszkania - jedno dla siebie, drugie dla guwernantki, którą szalenie taktownie odstawiła od piersi. Nie pomogły protesty Edwarda ani łzy Totie. Równie rezolutnie Keshia zajęła się swoją karierą zawodową. Rozwiązanie, które wymyśliła, było genialne w swej prostocie.

Oznajmiła mu to przy obiedzie w swoim nowym mieszkaniu, osładzając cios znakomitym Pouilly Fumé rocznik 54.

Ku swemu zdumieniu Edward dowiedział się, iż w ciągu lata Keshia opublikowała już trzy artykuły, które przesłała wydawcy za pośrednictwem agenta. Najbardziej wszakże zdumiewające było to, że Edward czytał je wszystkie i nawet mu się podobały. Felieton polityczny napisany we Włoszech, fascynujący reportaż o koczowniczym plemieniu z Azji Mniejszej oraz przezabawne migawki z Polo Clubu w Paryżu. Wszystkie trzy ukazały się w amerykańskiej prasie pod nazwiskiem K.S. Miller. Właśnie ostatni z nich stał się zaczynem następnego pomysłu.

Keshia otworzyła drugą butelkę szampana i w jej oczach pojawił się łobuzerski błysk, jaki gościł w nich czasem, gdy chciała coś na nim wymóc. Edward z przerażeniem uświadomił sobie, że bawi się z nim jak kot z myszą. To spotkanie nie miało na celu jedynie zwykłej przyjacielskiej pogawędki. Nagle ujrzał przed sobą Keenana Saint Martina. Wzrok Keshii mówił wyraźnie, że plany zostały już opracowane, decyzje podjęte i choćby się powiesił, nic nie zdoła wskórać.

Keshia wyjęła poranną gazetę i podała mu ją otwartą na stronie z rubryką towarzyską autorstwa niejakiego Martina Hallama. Była to dość osobliwa publikacja, która zaczęła się ukazywać ledwie miesiąc wcześniej. Niezmiennie aktualny, nieco cyniczny i bardzo ścisły raport o poczynaniach nowojorskiej śmietanki, wskazujący na to, że jego autor dysponuje wiadomościami z pierwszej ręki. Nikt nie miał pojęcia, kim jest Martin Hallam, i wszyscy wciąż gubili się w domysłach, kto go informuje.

Edward przebiegł tekst oczyma, ale nie znalazł żadnej wzmianki o Keshii.

- I co?

- To, że chciałam ci przedstawić mojego przyjaciela Martina Hallama. - Keshia śmiała się w głos, przez co Edward poczuł się trochę głupio. Wyciągnęła do niego rękę, a w jej oczach zaiskrzył się znajomy szafirowy blask. - Witaj, Edwardzie, jestem Martin. Miło mi cię poznać.

- Co takiego? Keshia, nie strój sobie ze mnie żartów!

- Wcale nie żartuję. To zresztą głęboka tajemnica. Nawet wydawca nie wie, kto naprawdę pisze te ploteczki. Cóż, Simpson jest całkowicie dyskretny. Przez miesiąc posyłałam im próbki, by udowodnić, że jestem wiarygodna. Dziś otrzymaliśmy zgodę na publikację rubryki trzy razy w tygodniu. Czyż to nie bosko?

- Bosko? Raczej bezbożnie. Keshia, jak mogłaś?

- A czemu nie? Nie ryzykuję, że ktoś poda gazetę do sądu, i nie ujawniam sekretów, które mogłyby zniszczyć komuś życie. Po prostu dostarczam ludziom... czy ja wiem?... informacji, a przede wszystkim rozrywki.

Taka właśnie była Keshia. Szlachetnie urodzona Keshia Saint Martin, K.S. Miller i Martin Hallam w jednej osobie. Sukces i towarzysząca mu szczypta tajemniczości dodały jej jeszcze uroku. Któż inny mógłby tyle osiągnąć? Co więcej, cieszyć się tym przez tak długi czas? Tylko Edward i właściciel agencji literackiej Jack Simpson wiedzieli, że szanowna Keshia Saint Martin prowadzi podwójne życie - inne niż to, o którym tak rozpisywały się ilustrowane magazyny.

Edward ponownie zerknął na zegarek. Minęła dziesiąta, mógł zatem zadzwonić. Sięgnął po słuchawkę. Ten i tylko ten numer zawsze wykręcał własnoręcznie. Keshia odebrała telefon po dwóch sygnałach. Głos miała ciepły i matowy, taki, jaki lubił najbardziej, bo było w nim coś osobistego. Czasem wyobrażał ją sobie w porannym dezabilu, po czym karcił się w duchu za tak zdrożne myśli.

- Witaj w domu - uśmiechnął się do zdjęcia w gazecie, która nadal leżała na jego biurku.

- Edwardzie! Ależ się za tobą stęskniłam!

Wzruszyła go szczera radość, z jaką go powitała.

- Nie aż tak, aby wysłać mi choć jedną kartkę, mała hipokrytko! - odchrząknął. - Dobrze, że pisujesz przynajmniej do pani Townsend.

- To co innego. Totie załamałaby się nerwowo, gdybym nie dała jej znaku życia. - W słuchawce rozległ się śmiech i delikatny brzęk porcelany. Herbata. Jak zwykle bez cukru, z odrobiną śmietanki.

- Nie wpadło ci do głowy, że ja też się denerwuję?

- Za dużo w tobie stoicyzmu, Edwardzie. Ponadto załamanie nerwowe jest w złym guście. Noblesse oblige, mój drogi!

- Dobrze już, dobrze. - Jej bezpośredniość często wprawiała go w zakłopotanie. Oczywiście nie myliła się. Edward miał bardzo rozwinięte poczucie smaku. Dlatego właśnie nigdy jej nie powiedział, że ją kocha. Podobnie jak nie powiedział tego jej matce. - Jak było w Marbelli? - dodał.

- Okropnie. Chyba się starzeję, Edwardzie. Dom ciotki Hil był pełen jakichś rozhukanych nastolatków. Dobry Boże, jak można puszczać samopas takie dzieci!

Zaśmiał się, słysząc jej oburzony ton. Keshia wciąż wyglądała na dwadzieścia lat. Na dwudziestolatkę, która wie, czego chce.

- Na szczęście spędziłam tam tylko weekend - dorzuciła z westchnieniem.

- A co robiłaś wcześniej?

- Czyżbyś nie czytał gazet? Byłam "odcięta od świata" na południu Francji!

Edward nie mógł powstrzymać uśmiechu. Tak się cieszył, że znów słyszy jej głos!

- Właściwie to po części prawda - ciągnęła. - Wynajęłam jacht i zahaczyłam również o południe Francji. Jaki tam cudowny spokój! Człowiek może się skupić na pracy.

- Czytałem twój artykuł o Amerykanach, którzy trafili do tureckiego więzienia. Przygnębiający, ale świetnie napisany. Byłaś tam?

- Oczywiście, że byłam. I owszem, było to bardzo przygnębiające.

- Czym jeszcze się zajmowałaś? - spytał prędko, żeby zmienić temat. Nie miał ochoty rozmawiać dziś o rzeczach przykrych.

- Och, byłam na hucznym balu w Rzymie, oglądałam pokazy mody w Paryżu, wstąpiłam też na dwór królewski w Londynie... Pussycat, pussycat, where have you been? I've been to London to see the Queen... - zanuciła.

- Jesteś niemożliwa.

- Owszem - siorbnęła herbatę tak, by mógł to usłyszeć. - Ale naprawdę się za tobą stęskniłam. To straszliwie męczące, kiedy człowiek nie może się z nikim podzielić wrażeniami.

- Jestem gotów wysłuchać wszystkich twoich wrażeń. Zjesz dziś ze mną lunch w "La Grenouille"?

- Bardzo chętnie. Mam spotkanie z Simpsonem, ale o pierwszej będę już wolna.

- Świetnie. I, Keshia...

- Tak? - Jej głos złagodniał, stracił ów ton sztucznego ożywienia. Na swój sposób ona też go kochała. Od dwudziestu lat starał się zapełnić jej pustkę po utracie ojca.

- Naprawdę się cieszę, że już wróciłaś.

- A ja cieszę się, że istnieje ktoś, kogo to obchodzi.

- Głuptasku, mówisz tak, jakbyś wierzyła, że nikt cię nie lubi.

- Fachowcy nazywają to "kompleksem Biednej Bogatej Dziewczynki". To choroba zawodowa milionerek. - W jej głosie pojawiła się ostrzejsza nutka. - Do zobaczenia o pierwszej.

Keshia siedziała w pościeli, dopijając herbatę. Na kołdrze piętrzyła się sterta gazet, na stoliku przy łóżku plik listów. Z okien roztaczał się przyjemny widok na ogród sąsiedniego domu. Na klimatyzatorze gruchał jakiś ptak. W pewnej chwili zawtórował mu dzwonek do drzwi.

- Cholera - mruknęła, wkładając biały satynowy szlafrok. Kto to może być?... Ależ tak, jasne!

Jak się okazało, zgadła. Kiedy otworzyła drzwi, szczupły, nerwowy Portorykańczyk wręczył jej długie białe pudełko.

Nie musiała nawet go otwierać. Znała te pudełka, znała kwiaciarnię, poza tym bezbłędnie rozpoznawała charakter pisma sekretarki Whita. Po czterech latach pisanie bilecików zleca się sekretarce. "Effie, napisz, że tęskniłem, i tak dalej..." Effie zasługiwała na pochwałę. Pisała dokładnie to, co każda romantyczna pięćdziesięcioczteroletnia dziewica chciałaby przeczytać na bilecie przyczepionym do bukietu czerwonych róż. Keshia zresztą gwizdała na to, czy kartka jest od Effie, czy od Whita. Nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia.

Tym razem Effie dodała jeszcze: "Może zjemy dziś razem kolację?" Keshia usiadła w błękitnym aksamitnym fotelu, obracając karteczkę w palcach. Nie widziała go od miesiąca, kiedy to byli potańczyć w "Annabelle", a nazajutrz Whit ponownie wyjechał w interesach. Co prawda Whit wyszedł wczoraj po nią na lotnisko, ale nie zdążyli nawet porozmawiać. Właściwie nigdy ze sobą nie rozmawiali.

Siadła przy telefonie, przerzucając stos zaproszeń, posegregowanych przez jej dochodzącą sekretarkę: na jedną kupkę już nieaktualne, na drugą dotyczące najbliższej i bliskiej przyszłości. Kolacje, koktajle, wernisaże, benefisy, pokazy mody. Dwa zawiadomienia o ślubie i jedno o chrzcinach.

Wykręciła numer kancelarii Whita.

- Już nie śpisz, kochanie? Pewnie jesteś ledwie żywa po podróży?

- Myślę, że jednak nie przeniosę się w zaświaty. Dziękuję za róże, skarbie. To taki wzruszający gest o poranku - uśmiechnęła się złośliwie pod nosem, mając nadzieję, że nie odbije się to w jej tonie.

- Miło mi, że ci się podobają. Już nie mogę się doczekać, kiedy cię znów ujrzę, moja piękna.

Roześmiała się w głos. W ciągu tych czterech lat każde drzewo w sąsiednim ogrodzie zdążyło dojrzeć bardziej niż Whit.

- Ornierowie wydają dziś kolację - terkotał - a potem wybieramy się wszyscy do "Raffles"... jeśli naturalnie nie będziesz zbyt zmęczona.

Ornierowie mieli olbrzymi apartament w hotelu "Pierre", utrzymywany specjalnie na doroczne wypady do Nowego Jorku. Uważali, że warto. "Wiesz, moja droga, jakie to irytujące, kiedy za każdym razem dają ci inny pokój". Nie był to jedyny znany Keshii przypadek, gdy ktoś płacił fortunę, by wszędzie czuć się jak u siebie w domu. Powinna skorzystać z zaproszenia przez wzgląd na rubrykę towarzyską. Bywali u nich wszyscy znani ludzie. Pora wziąć się do pracy i lunch z Edwardem przyda się na początek, ale... niech to wszyscy diabli! O wiele chętniej pojechałaby do SoHo. Miała tam znajomości, o jakie Whit w najśmielszych domysłach by jej nie podejrzewał. Rozmarzona przypomniała sobie nagle, że po drugiej stronie przewodu Whit nadal czeka na odpowiedź.

- Przepraszam cię, kochany. Bardzo bym chciała, ale jestem przeraźliwie zmęczona. Różnica czasu, a do tego ten zwariowany weekend u Hillary... Najlepiej powiedz im, że umarłam. Jutro będziesz świadkiem mojego zmartwychwstania, na razie jednak... - ziewnęła lekko i zachichotała. - O Boże, nie chciałam ci ziewać wprost do ucha!

- Nic nie szkodzi. Prawdę powiedziawszy, masz rację. Znając Ornierów, kolację zaczną podawać około dziewiątej, a nim wyjdziemy z "Raffles", będzie druga w nocy.

Do szczęścia brakuje mi tylko tańców w tej przeładowanej ozdóbkami norze, pomyślała zgryźliwie.

- Dzięki za wyrozumiałość, najdroższy. Chyba włączę automatyczną sekretarkę i z powrotem położę się spać. Jutro będę w lepszej formie.

- Świetnie. A zatem jutro porywam cię do miasta.

- Mam tu zaproszenie na jakąś galę w "St. Regis". Setna rocznica ślubu Marshów czy coś w tym rodzaju.

- Dwudziesta piąta, ty mała ironistko. Zarezerwuję stolik w "La Côte Basque", a potem możemy tam wpaść.

- Znakomicie.

- Przyjść po ciebie o siódmej?

- Lepiej o ósmej.

A najlepiej nigdy, dodała w duchu.

- Dobrze, kochanie - zgodził się potulnie Whit. - Do zobaczenia.

Keshia odłożyła słuchawkę i przez chwilę siedziała w zadumie, machając nogą założoną na nogę. Powinna być nieco milsza i przestać się na nim wyżywać. Wszyscy i tak uważali ich za parę, a Whit był przede wszystkim użyteczny. Bądź co bądź, stała obstawa... Drogi Whitney - a raczej biedny Whit! Taki przewidywalny i taki perfekcyjny, przystojny i nieskazitelnie elegancki. Dokładnie sześć stóp i jeden cal wzrostu, błękitne oczy, gęste blond włosy, buty od Gucciego, krawaty od Diora, woda kolońska Givenchy, zegarek marki Piaget, apartament na rogu Park Avenue i Sześćdziesiątej Trzeciej, wyrobiona reputacja prawnicza i sympatia wszystkich znajomych... Słowem, koszmar. Idealny partner, co już mogło wystarczyć, by go znienawidziła. Do tego miał kochanka na Sutton Place i rzecz jasna nie wiedział, że ona o tym wie.

Farsa, jaką odgrywali, dawała korzyści obojgu. Whit był niezastąpiony jako stały towarzysz, a przy tym całkowicie niegroźny. Keshia czuła zdumienie zmieszane ze zgrozą na myśl, że jeszcze rok lub dwa temu rozważała nawet poślubienie go. Właściwie nadal nic nie stało na przeszkodzie. Chodziliby wciąż na te same przyjęcia, spotykaliby się z tymi samymi ludźmi i każde prowadziłoby własne życie. Mieliby oddzielne sypialnie - tę drugą określano by jako "pokój gościnny". Keshia nadal jeździłaby do SoHo, Whit na Sutton Place i nikt nie byłby zmuszony do kompromisów. Oczywiście nie rozmawialiby o tym tak jawnie. Ona chodziłaby "na brydża", on "na spotkanie z klientem", a rano jedliby wspólnie śniadanie - kontenci, zaspokojeni, każde wprost z objęć swojego kochanka. Doprawdy, niezdrowe fantazje! Dziś śmiała się na samo ich wspomnienie. Wciąż miała nadzieję na coś więcej. Whit był dla niej starym, dobrym przyjacielem i na swój sposób nawet go lubiła. Co więcej, zdążyła się do niego przyzwyczaić, a to pod wieloma względami było niebezpieczne.

Wróciła do sypialni, rozpogadzając się z wolna. Cieszyły ją własne kąty, znajome sprzęty: staroświeckie mosiężne łóżko ze śnieżnobiałą pościelą, przed nim dywanik ze srebrnych lisów - ekstrawagancja wprost nieprzyzwoita, ale jakże przyjemna! - lekkie, kruche meble po matce; nawet obraz nad łóżkiem - rolnik koszący zboże pod okrągłym jak arbuz słońcem. Jej sypialnia miała w sobie coś przytulnego i kojącego, czego nie sposób było znaleźć nigdzie indziej na świecie - ani w pałacu Hillary w Marbelli, ani w jej pięknym domu w Kensington. Człowiek miał tu ochotę tańczyć na bosaka. W kątach i na parapetach stały kwiaty w doniczkach, a świece na kominku wprowadzały wieczorem ciepły nastrój. O, jakże Keshia była szczęśliwa w tym domu!

Zaśmiała się, nastawiając muzykę Mahlera, i poszła napuścić sobie wody do wanny. Wieczorem sama wyrwie się do miasta. Tak... najpierw agent, potem lunch z Edwardem, a na końcu Mark. Najlepsze zawsze zostawia się na koniec... dopóki coś się nie zmieni.

- Keshia - odezwała się do swego nagiego odbicia w lustrze - jesteś okropna!

- Wiem, że jestem podła - odezwało się odbicie, potrząsając spływającymi do pasa włosami - ale cóż mi pozostaje? Muszę żyć, a żyć można na tyle różnych sposobów!...

Zanurzyła się w ciepłej wodzie, nucąc pod nosem sonatę, której dźwięki wypełniały cały dom. Rozmyślała o kontrastach i niedopowiedzeniach, w jakie obfitowało jej życie. Na szczęście rzadko musiała uciekać się do kłamstw. Życie w kłamstwie byłoby nie do zniesienia.

Mark... Zwłaszcza jego nie chciała okłamywać. Ta jego dzika strzecha, niewiarygodny uśmiech, gra w szachy na poddaszu, śmiech, muzyka i młode męskie ciało... Zamknęła oczy i z pamięci narysowała palcem w powietrzu zarys jego warg. Coś złapało ją za serce, więc zanurzyła się głębiej, wzbudzając na powierzchni wody delikatne zmarszczki.

Dwadzieścia minut później wyszła z wanny, upięła włosy w gładki węzeł na karku i na koronkową florencką bieliznę włożyła gładką białą wełnianą sukienkę od Diora.

- Ciekawe, czy to już początki schizofrenii? - zapytała lustra, wkładając kapelusz i starannie zsuwając go na jedno oko. Nie wyglądała na schizofreniczkę. Wyglądała jak "ta" Keshia Saint Martin w drodze do "La Grenouille" w Nowym Jorku lub Fouqueta w Paryżu.

- Taxi! - z wyciągniętą ręką przebiegła obok portiera, obdarzając go po drodze promiennym uśmiechem. Inaugurowała dziś kolejny nowojorski sezon. Co nowego przyniesie? Książkę? Mężczyznę? Tuzin ciętych artykułów w największych czasopismach kraju? Drobne przyjemności, które potem tak długo się pamięta? Tajemnicę, samotność i poklask. Miała to wszystko. A nowy sezon dopiero się zaczynał.

Edward po raz jedenasty spojrzał na zegarek. Jeszcze parę minut. Keshia wejdzie ze śmiechem, pogłaszcze go po twarzy albo uściśnie z okrzykiem: "Och, Edwardzie, jakże się cieszę, że cię widzę!" Potem usiądzie obok, podczas gdy Martin Hallam będzie notował w myśli układy przy stolikach, a K.S. Miller zatopi się w rozmyślaniach nad debiutancką książką.

 

ROZDZIAŁ

Drugi

Keshia przepychała się przez tłum ludzi wypełniający przestrzeń między szatnią a barem w "La Grenouille". Sala pękała w szwach, a kelnerzy uwijali się z obłędem w oczach. Wystrój się nie zmienił: czerwone skórzane siedzenia, różowe obrusy, jaskrawe obrazy olejne na ścianach, czerwone anemony na każdym stoliku, srebrne wiaderka z chłodzącym się szampanem i dyskretne pyknięcia otwieranych butelek.

Wszystkie panie były piękne, choć niektóre kosztowało to sporo zachodu i pieniędzy. Na stołach wzrok przyciągała istna orgia porcelany Cartiera, a szmer prowadzonych wokół rozmów miał wyraźnie francuskie zabarwienie. Szpakowaci panowie w ciemnych garniturach częstowali się wzajemnie cygarami Romanoff, sprowadzanymi z Kuby w nieoznakowanych paczkach okrężną drogą przez Szwajcarię.

"La Grenouille" była punktem zbornym ludzi bardzo bogatych i bardzo eleganckich. Nie wystarczał wysoki stan konta; trzeba było należeć do właściwych kręgów. Mieć klasę, emanować nią z każdego poru skóry.

- Keshia? - czyjaś dłoń dotknęła jej łokcia. Zobaczyła nad sobą smagłą twarz Amory'ego Strongwella.

- Nie, skarbie - uśmiechnęła się przekornie. - To mój duch.

- Znowu wypiękniałaś!

- A ty jesteś taki bledziutki - z udawanym współczuciem otaksowała ciemną opaleniznę, jaką przywiózł z Grecji.

Amory serdecznie cmoknął ją w policzek.

- A gdzie Whit?

"Pewnie na Sutton Place, skarbie" - przemknęło jej przez myśl, lecz ugryzła się w język.

- O ile go znam, pewnie pracuje jak szalony. Wybierasz się jutro do Marshów?

Amory od niechcenia skinął głową, bo też pytanie było czysto retoryczne.

- Przyszłaś na lunch?

- Z Edwardem - wyjaśniła.

- Szczęściarz.

Maître d'hôtel już szedł jej na pomoc, lecz nie było to potrzebne: Edward siedział przy swoim ulubionym stoliku z butelką Louisa Roederera - rocznik 1959, jak zwykle.

Wstał, by ją powitać, podczas gdy Keshia lawirowała między stolikami, skinieniem głowy odpowiadając na dyskretne powitania znajomych i ukłony kelnerów. Już od dawna była to dla niej rutyna. To, że jest ogólnie znana, w wieku lat szesnastu przyprawiało ją o katusze, w wieku lat osiemnastu przeszło w nawyk, a obecnie, gdy miała lat dwadzieścia dziewięć, sprawiało jej nawet pewną przyjemność. Kobiety będą mówić: "Śliczna sukienka", myśląc przy tym, że w jej kapeluszu one wyglądałyby o wiele korzystniej, mężczyźni będą snuć domysły na temat Whita, a kelnerzy trącać się łokciami i szeptać: "Saint Martin", akcentując jej nazwisko z francuska. Zanim wyjdzie, przed drzwiami stanie na posterunku fotograf z "Women's Wear". Świetna zabawa - jeśli tylko znało się reguły gry.

- Edwardzie, wyglądasz imponująco! - cmoknęła go w policzek i opadła na siedzenie w niszy.

- Drogie dziecko, co w takim razie mam powiedzieć o tobie? Jak przeszło spotkanie z Simpsonem?

- Przyjemnie i pożytecznie. Omawialiśmy pewne pomysły, które chciałabym wykorzystać w książce. Udzielił mi kilku dobrych rad, ale nie jest to chyba odpowiednie miejsce...

W tym hałasie istniały małe szanse, by ktokolwiek ich podsłuchiwał, z zasady jednak nie rozmawiali o jej pisarstwie w miejscach publicznych. "Podstawą wszelkich cnót jest dyskrecja", jak często mawiał Edward.

- Słusznie - przyznał. - Szampana?

- Wiesz, że nie odmówię - zaśmiała się.

Edward skinął na kelnera, który ceremonialnie otworzył butelkę. Keshia rozejrzała się nieznacznie po sali, co widząc, Edward nie zdołał powstrzymać uśmiechu.

- Wiem, co knujesz, Keshia, i powiem ci jedno: jesteś niemożliwa. Za pani powrót do domu, mademoiselle.

Stuknęli się kieliszkami i przez chwilę sączyli w milczeniu świetnie schłodzony trunek z doskonałego rocznika.

- Co słychać u Whita? - zagadnął po chwili Edward. - Idziecie dziś razem poszaleć?

- U Whita wszystko w porządku. Nigdzie się nie wybieramy, kładę się wcześniej spać, żeby odpocząć po podróży.

- Nie chce mi się w to wierzyć, ale skoro tak twierdzisz, wypada mi przyjąć za dobrą monetę.

- Jesteś mądrym człowiekiem, Edwardzie. Przypuszczalnie dlatego tak bardzo cię kocham.

Spojrzał na nią uważnie, po czym ujął jej dłoń.

- Keshia, proszę cię, bądź ostrożna.

- Wiem, Edwardzie. Zawsze jestem ostrożna.

Lunch przebiegł w miłej atmosferze. Rozmawiali o drobiazgach, kłaniali się wchodzącym i wychodzącym znajomym, na krótką chwilę przysiedli się też do nich dwaj wspólnicy Edwarda. Keshia pokrótce streściła przebieg swoich wakacji, nie spuszczając z oka zmieniających się formacji bywalców "La Grenouille"

Rozstali się o trzeciej. Reporter z "Women's Wear" sumiennie "zaskoczył" ją przy wyjściu, po czym Edward wezwał dla Keshii taksówkę, a sam pieszo oddalił się do biura. Zawsze czuł się pewniej, gdy wiedział, że Keshia jest w mieście. Miał wtedy złudzenie kontroli nad jej życiem. Podświadomie wyczuwał, że jest w nim coś więcej niż dyskoteki w "Raffles" i przyjęcia u Marshów. I że jest w nim ktoś zupełnie inny niż Whit. Keshia jednak milczała, a on nie pytał. Nie chciał wiedzieć, dopóki - jak to ujmował - zachowywała "ostrożność". Keshia była zanadto podobna do ojca, by zadowolił ją człowiek pokroju Whita. Ponad dwa lata zajęło ongiś Edwardowi dyskretne wykonanie testamentu Keenana Saint Martina, a ściślej mówiąc - zapisów na rzecz dwóch kobiet, o których nikt nie wiedział.

Keshia zdjęła sukienkę od Diora i schludnie powiesiła w szafie. Pół godziny później była już w dżinsach, rozpuszczone włosy sięgały jej do pasa. Telefon informował wszystkich, że "wypoczywa" i nie życzy sobie, by jej przeszkadzano. Po chwili zatrzasnęła za sobą drzwi.

Poszła pieszo aż do stacji metra na rogu Siedemdziesiątej Siódmej i Lexington Avenue. Bez makijażu, bez torebki, z kilkoma dolarami w kieszeni i uśmiechem na twarzy.

Metro zawsze było dla niej skondensowanym ekstraktem Nowego Jorku. Każdy dźwięk i zapach był tu silniejszy, każda twarz wyrazistsza. Zabawne starsze panie w maskach makijaży, młodzi pederaści w zbyt obcisłych spodniach, przepiękne dziewczęta wiozące teczki pełne zdjęć do agencji modelek. Mężczyźni śmierdzący potem i cygarami, czasem nawet jakiś przyzwoicie ostrzyżony maruder z Wall Street w garniturze w prążki i rogowych okularach. Była to symfonia widoków, woni, dźwięków, których tło stanowił wrzaskliwy łomot wagonów, pisk hamulców, turkot kół. Keshia zmrużyła oczy, gdy gorący powiew uniósł śmieci z peronu, po czym prędko wsiadła i odsunęła się od samoczynnie zamykanych drzwi.

Znalazła miejsce obok starszej kobiety z siatką pełną zakupów. Na następnym przystanku naprzeciw usadowiła się para nastolatków. Palili trawkę, kryjąc skręta w dłoni, gdy obojętnie mijał ich konduktor. Keshia uśmiechnęła się, zastanawiając się w duchu, czy siedzącej obok niej staruszce nie zaszkodzi sam zapach marihuany. Potem pociąg zatrzymał się ze zgrzytem przy Canal Street i trzeba było wysiadać. Zeskoczyła ze stopni i rozejrzała się dookoła.

Znów była w domu - tyle że był to inny dom. Magazyny i odrapane kamienice, schody pożarowe, sklepiki, a kilka przecznic dalej galerie sztuki i kawiarnie pełne artystów - pisarzy, rzeźbiarzy i poetów, brodatych mężczyzn i jaskrawo ubranych kobiet. Miejsce, gdzie wciąż czczono Sartre'a i Camusa, gdzie Kooning i Pollock byli kimś na kształt bogów.

Keshia szła szybko, czując niepokój w okolicy serca. Nie powinna się tak angażować... nie w jej wieku... Przecież nie ma między nimi nic nadzwyczajnego, a poza tym nie wiadomo, co zastanie... Ach, jakże pragnęła zastać wszystko po dawnemu˙

- Cześć, mała! Gdzie się podziewałaś? - zagadnął ją wesoło wysoki chudy Murzyn wciśnięty w białe dżinsy.

- George!

Murzyn wprawnie złapał ją wpół i zakręcił nią w powietrzu. Na co dzień był tancerzem w Metropolitan Opera.

- Nie widziałem cię całe wieki! - rzekł, opuszczając ją na ziemię. W czarnej brodatej twarzy błysnął równy rząd białych zębów.

- Też mam takie wrażenie - wysapała Keshia, zdyszana i zarumieniona. - Bałam się, że zdążyliście w tym czasie powymierać.

- W SoHo? To święte miejsce! Tutaj czas nie płynie! - zaśmiał się i ruszył obok niej. - Dokąd tak pędzisz?

- Masz czas na kawę? Chodźmy do "Przepiórki" - powiedziała nagle. Czuła, że boi się spotkania z Markiem. George na pewno wiedział, co w trawie piszczy, ale przecież nie mogła zapytać go wprost.

- Powiedzmy, że na wino, i to całą godzinę. O szóstej mam próbę.

Zamówili karafkę wina, którą George zajął się z zapałem. Keshia machinalnie bawiła się kieliszkiem.

- Wiesz co, mała?

- Co?

- Śmieszysz mnie.

- To chyba dobrze. Można spytać dlaczego?

- Bo wiem, czemu jesteś taka nerwowa. Spytasz mnie w końcu, czy mam na ochotnika wyrwać się z odpowiedzią? - zachichotał.

- A może wcale nie chcę wiedzieć?

- O rany, mała, nie bądź dziwna. Idź do niego, a sama się przekonasz. Tak będzie o wiele lepiej. - George wstał i wygrzebał z kieszeni trzy dolary. - Ja stawiam. A ty biegnij do domu.

Do domu? Do Marka? Tak, w pewnym sensie...

Prawie siłą wypchnął ją z kawiarni i nagle znalazła się w znajomej bramie po drugiej stronie ulicy. Nawet nie spojrzała w okno, tak bardzo była zajęta lustrowaniem przechodniów. Nim wbiegła na piąte piętro, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Zadyszana uniosła rękę, ale nim zdążyła zapukać, drzwi otwarły się gwałtownie i wysoki chudy chłopak, podobny do tyczki grochowej zakończonej strzechą wijących się włosów, wciągnął ją do środka z okrzykiem:

- Jak pragnę zdrowia, to Keshia! Jak ci leci, malutka?

- Ekstra! - rozejrzała się dookoła. Te same twarze, to samo atelier. Ten sam Mark. Nic się nie zmieniło. Triumfalny powrót.

- Chryste, chyba z rok cię nie było!

Znów się roześmiała. Ktoś wręczył jej lampkę wina.

- A teraz, panie i panowie... - chudzielec zgiął się w niskim ukłonie i wytwornym gestem wskazał swym gościom drzwi. - Pani mego serca wróciła w te niskie progi. Innymi słowy: spadać, głąby!

Odpowiedział mu gromki wybuch śmiechu, goście jednak powoli zaczęli się żegnać. Ledwie za ostatnim zamknęły się drzwi, Mark znowu porwał ją w ramiona.

- Och, mała, tak się cieszę...

- Ja też - wsunęła dłoń pod jego wystrzępioną, ochlapaną farbami koszulę.

- Niech no ci się przyjrzę - rzekł poważnie, ściągając jej bluzkę przez głowę.

Stała nieruchomo, wyprostowana, włosy spływały jej na jedno ramię, a w chabrowych oczach paliło się ciepłe światło. Była żywym odbiciem wiszącego na ścianie aktu, powstałego wkrótce po tym, jak poznali się zeszłej zimy. Wyciągnęła ręce do Marka i w tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.

- Precz! - wrzasnął Mark.

- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo - odpowiedział głos George'a.

- Czego, zarazo? - Mark otworzył drzwi, a półnaga Keshia ledwie zdążyła umknąć do sypialni. W drzwiach zamajaczyła wysoka sylwetka tancerza z butelką szampana w dłoni.

- To na waszą noc poślubną.

- George, jesteś aniołem.

Murzyn zbiegł ze schodów, robiąc taneczne pas, a Mark ze śmiechem zatrzasnął za nim drzwi.

- Hej, mała! Chlapniesz szampana?

Stanęła nago w drzwiach, walcząc z atakiem śmiechu, który ogarnął ją na wspomnienie sukienki od Diora i szampana z Edwardem w "La Grenouille". Cóż za absurdalne porównanie!

Patrząc, jak Mark mocuje się z butelką, doznała nagle wrażenia, że go kocha, choć to również było absurdalne. Oboje rozumieli, że tak nie jest, że łączy ich zupełnie co innego. Zdawali sobie sprawę... lecz tak miło byłoby choć na moment zapomnieć! Przestać się kierować logiką i rozsądkiem. Powinna kogoś kochać - kogokolwiek, więc dlaczego nie Marka?

- Stęskniłem się za tobą.

- Ja też, kochanie, ja też. Bałam się, że zastanę tu już inną panią. - Keshia uśmiechnęła się i pociągnęła łyk musującego, zbyt słodkiego wina.

- Muszę ci powiedzieć coś strasznego - rzekł z powagą Mark.

- Mianowicie?

- Mam syfilis.

- CO?! - spojrzała na niego ze zgrozą.

Mark zachichotał.

- Nie bój się, to tylko żart. Byłaś tak rozmarzona, że musiałem sprawdzić, jak zareagujesz.

- Kretyn! - przytuliła się do niego, potrząsając głową. - Nie jestem pewna, czy przemawia do mnie twoje poczucie humoru, dzieciaku.

Chwała Bogu, pomyślała, Mark się w ogóle nie zmienia.

Wszedł za nią do sypialni i odezwał się bezbarwnym, lekko ochrypłym głosem:

- Widziałem w gazecie zdjęcie jednej dziewczyny. Była bardzo do ciebie podobna, tylko starsza i okropnie napuszona.

W tym stwierdzeniu zawarte było pytanie. Pytanie, na które nie miała ochoty odpowiadać.

- No i co? - burknęła.

- Nazywała się tak jakoś po francusku. Może to twoja ciotka z wyższych sfer?

- Nie mam ciotek w wyższych sferach. Czemu pytasz?

A więc w końcu i jego musiała okłamać. Cholera.

- Po prostu byłem ciekawy. Całkiem niezła lufa, tylko strasznie zawzięta i chyba niezbyt zadowolona z życia.

- Rozumiem, że zakochałeś się w niej od pierwszego wejrzenia i postanowiłeś ją uszczęśliwić, abyście mogli żyć razem do grobowej deski? - zapytała lekko, nie zabrzmiało to wszakże tak naturalnie, jak tego pragnęła. W odpowiedzi Mark delikatnie ułożył ją na pościeli. Mogła teraz zmyć niesmak fałszu godziną nagiej, nieskażonej prawdy. Albowiem ciała są na ogół uczciwe.