ERAST, MARYSIA,
KASPER.
KASPER: Pst! Marysiu!
MARYSIA: Ty! skądże się wziąłeś?
KASPER: Tak sobie.
Zgadnij, z kim w tejże chwili mówiłem o tobie?
MARYSIA:
Pan Erast także tutaj! właśnie ścigam pana
Już od dobrej godziny. Uf! całam zdyszana.
ERAST: Jakto?
MARYSIA: No, szukam pana, jak mówię, wytrwale,
I mogę ręczyć...
ERAST: Za co?
MARYSIA: Że niema go wcale
W kościele, w rynku, w domu, ani na spacerze.
KASPER:
Przysięgnij na to, Maryś.
ERAST: Ciekawość mnie bierze,
Kto ci kazał mnie szukać?
MARYSIA: Niech się pan założy,
Że ktoś, co panu życzy wcale nie najgorzej;
Poprostu, moja pani.
ERAST: O, Marysiu miła!
Mamż wierzyć, iż to ona głosem twym mówiła?
Powiedz mi, nie ukrywaj złowróżbnej nowiny,
Wszak ciebie winić o nią nie miałbym przyczyny:
Na Boga, wyznaj szczerze, czy twej pani lubej
Serce w zwodnych igraszkach nie szuka swej chluby?
MARYSIA:
Co! skądże to znów panu strzeliło do głowy?
Czy nie dosyć uczucia jej mają wymowy?
By nareszcie dać wiarę miłości tak szczerej,
Czegóż pan żądasz jeszcze?
KASPER: Póki się Walery
Nie obwiesi, dopóty się nie ułagodzi.
MARYSIA:
Jakto?
KASPER: Taki zazdrosny jest mój pan dobrodziej.
MARYSIA:
O Walerego? Dobryś! To koncept wspaniały!
Dziw mi, że takie myśli w głowie twej postały.
Miałam go za mędrszego, lecz dziś przyszła kolej
Zwątpić, czy pan w swym mózgu masz jakowyś olej.
Pomyliłam się, widzę że nie miałam racji.
Czy i tyś się nabawił tej samej warjacji?
KASPER:
Ja, zazdrosny! chroń Boże mnie od takiej biedy,
By mi z tego cierpienia brzuch miał schudnąć kiedy!
Prócz tego że niezmienną wiarę kładę w tobie.
Zbyt dobre mam mniemanie o własnej osobie,
Bym się lękał, że przy mnie ktoś ci w oko wpadnie.
Takiego jak ja gaszka gdzież znajdziesz tak snadnie?
MARYSIA:
Otóż to: takim winien być każdy mężczyzna!
Choćby i był zazdrosny, niech tego nie przyzna.
Cóż zyska, kogo brzydki ten płomień rozpala?
Wspiera tylko zamiary własnego rywala,
I na zalety tego, który go tak trwoży,
Nieraz swym gniewem oczy kochanki otworzy.
Nie jeden już w ten sposób wygrał swoją sprawę
Przez czułego rywala przedwczesną obawę.
Wciąż się lękać by nie być wywiedzionym w pole,
To znaczy grać w miłości dość mizerną rolę,
I samemu się stroić na dudka przed czasem.
To sobie pan pozwoli powiedzieć nawiasem.
ERAST:
Więc dajmy temu pokój. Mówisz, że mnie kocha?
MARYSIA:
Wart byłbyś, aby z panem podrożyć się trocha;
I, aby pana skarać, powinnabym dłużej
Ukryć przed nim cel mojej godzinnej podróży.
Masz, spojrzyj i uspokój swą trwogę nieznośną.
Wszak niema tu nikogo, możesz czytać głośno.
ERAST
czyta:
"Miłości twej zapał - oto twoje słowa -
"Nie cofnie się dla mnie przed niczem:
"Niechajże więc dłużej swych chęci nie chowa,
"I stanie przed ojca obliczem.
"Niech kreśli wymownie swe prawa, na zawsze
"Wyryte w dziewiczem mem sercu,
"A jeśli wyroki uzyska łaskawsze,
"Wnet staniem na ślubnym kobiercu".
Cóż za szczęsna wiadomość! o ty, coś jej posłem,
Wydajesz się w mych oczach jakiemś bóstwem wzniosłem.
KASPER:
Wszakże panu mówiłem: niech pan co chce gada,
Wszystko zawsze tak będzie, jak Kasper powiada.
ERAST
odczytuje:
"Niech kreśli wymownie swe prawa, na zawsze
"Wyryte w dziewiczem mem sercu,
"A jeśli wyroki uzyska łaskawsze,
"Wnet staniem na ślubnym kobiercu".
MARYSIA:
Gdybym jej powtórzyła pańskie posądzenia,
Słów tak czułych wyparłaby się bez wątpienia.
ERAST:
Ach, ukryj jej, przez litość, ten obłęd tak krótki,
Co w serca niepokojach czerpał swe pobudki;
A jeśli jej powtórzysz, dodaj, żem gotowy
Śmiercią mą spłacić zbrodnię omyłki takowej,
I, że spieszę, u stóp jej, bodaj tysiąc razy.
Ofiarą życia mego mścić się jej obrazy.
MARYSIA:
Nie mówmy tu o śmierci, nie czas teraz na to.
ERAST:
Zbyt wiele ci winienem; wiem to, i z odpłatą
Nie zwlekając, niebawem ziszczę to, com dłużny
Staraniom posłanniczki miłej i usłużnej.
MARYSIA:
Ach, czym mówiła panu, gdziem go po próżnicy
Jeszcze szukała dzisiaj?
ERAST: Gdzież?
MARYSIA: Na tej ulicy,
Co pan już wie.
ERAST: Na której?
MARYSIA: No... tam... przy tym kramie,
Gdzie miesiąc temu, jeśli ma pamięć nie kłamie,
Obiecał mi pan kupić pierścionek.
ERAST: Pojmuję!
KASPER:
A szelmeczka!
ERAST: To prawda, i winnym się czuję,
Żem zapomniał wywiązać się ze swych przyrzeczeń.
MARYSIA:
Przecież ja nie dlatego, żebym swoją pieczeń...
KASPER:
O, gdzieżby!
ERAST
dając jej swój pierścień:
Ten pierścionek może ci przypadnie
Do gustu; przyjm go w zamian: bardzo ci z nim ładnie.
MARYSIA: Pan żartuje; takiegobym nie śmiała nosić.
KASPER:
Biedna trusia: a bierzże! nie dajże się prosić;
Odmawiać, kiedy dają! czyś z zmysłów obrana?
MARYSIA:
Więc dobrze; wezmę jako pamiątkę od pana.
ERAST: Kiedyż u stóp anioła mego złożę dzięki?
MARYSIA:
Myśl pan, jak z ojca wydrzeć prawa do jej ręki.
ERAST:
Lecz, gdyby mnie odrzucił...
MARYSIA: Wówczas się pokaże;
My uczynimy wszystko, co serce nam każe.
W ten czy ów sposób, musim złączyć was oboje;
Rób pan zatem co możesz, a my zrobim swoje.
ERAST:
Żegnaj; dzisiaj rzecz całą wyjaśnię z pewnością.
Erast odczytuje pocichu list.
MARYSIA
do Kaspra:
A my, jakże tam stoi znów z naszą miłością?
Nic mi o niej nie mówisz.
KASPER: Niby w naszym stanie,
Dosyć prędko załatwia się takie kochanie.
Ja cię chcę, chcesz mnie także?
MARYSIA: Ze szczerą ochotą.
KASPER:
Dość więc; daj łapę.
MARYSIA: Bywaj, Kasprusiu, me złoto.
KASPER:
Moja gwiazdko!
MARYSIA: Pochodnio moich słodkich chęci!
KASPER: Kometo mojej duszy, tęczo mej pamięci!
Marysia wychodzi.
Bogu niech będą dzięki; dobrze sprawa stoi:
Wszak Albert nie odmówi panu córki swojej.
ERAST:
Walery ku nam idzie..
KASPER: Żal mnie bierze szczery
Teraz na niego patrzeć.