Zwady miłosne - Molier

Kup ebooka

12.49 zł
10.24 zł (9,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCENA II

ERAST, MARYSIA, KASPER.

KASPER: Pst! Marysiu! MARYSIA: Ty! skądże się wziąłeś? KASPER: Tak sobie. Zgadnij, z kim w tejże chwili mówiłem o tobie? MARYSIA: Pan Erast także tutaj! właśnie ścigam pana Już od dobrej godziny. Uf! całam zdyszana. ERAST: Jakto? MARYSIA: No, szukam pana, jak mówię, wytrwale, I mogę ręczyć... ERAST: Za co? MARYSIA: Że niema go wcale W kościele, w rynku, w domu, ani na spacerze. KASPER: Przysięgnij na to, Maryś. ERAST: Ciekawość mnie bierze, Kto ci kazał mnie szukać? MARYSIA: Niech się pan założy, Że ktoś, co panu życzy wcale nie najgorzej; Poprostu, moja pani. ERAST: O, Marysiu miła! Mamż wierzyć, iż to ona głosem twym mówiła? Powiedz mi, nie ukrywaj złowróżbnej nowiny, Wszak ciebie winić o nią nie miałbym przyczyny: Na Boga, wyznaj szczerze, czy twej pani lubej Serce w zwodnych igraszkach nie szuka swej chluby? MARYSIA: Co! skądże to znów panu strzeliło do głowy? Czy nie dosyć uczucia jej mają wymowy? By nareszcie dać wiarę miłości tak szczerej, Czegóż pan żądasz jeszcze? KASPER: Póki się Walery Nie obwiesi, dopóty się nie ułagodzi. MARYSIA: Jakto? KASPER: Taki zazdrosny jest mój pan dobrodziej. MARYSIA: O Walerego? Dobryś! To koncept wspaniały! Dziw mi, że takie myśli w głowie twej postały. Miałam go za mędrszego, lecz dziś przyszła kolej Zwątpić, czy pan w swym mózgu masz jakowyś olej. Pomyliłam się, widzę że nie miałam racji. Czy i tyś się nabawił tej samej warjacji? KASPER: Ja, zazdrosny! chroń Boże mnie od takiej biedy, By mi z tego cierpienia brzuch miał schudnąć kiedy! Prócz tego że niezmienną wiarę kładę w tobie. Zbyt dobre mam mniemanie o własnej osobie, Bym się lękał, że przy mnie ktoś ci w oko wpadnie. Takiego jak ja gaszka gdzież znajdziesz tak snadnie? MARYSIA: Otóż to: takim winien być każdy mężczyzna! Choćby i był zazdrosny, niech tego nie przyzna. Cóż zyska, kogo brzydki ten płomień rozpala? Wspiera tylko zamiary własnego rywala, I na zalety tego, który go tak trwoży, Nieraz swym gniewem oczy kochanki otworzy. Nie jeden już w ten sposób wygrał swoją sprawę Przez czułego rywala przedwczesną obawę. Wciąż się lękać by nie być wywiedzionym w pole, To znaczy grać w miłości dość mizerną rolę, I samemu się stroić na dudka przed czasem. To sobie pan pozwoli powiedzieć nawiasem. ERAST: Więc dajmy temu pokój. Mówisz, że mnie kocha? MARYSIA: Wart byłbyś, aby z panem podrożyć się trocha; I, aby pana skarać, powinnabym dłużej Ukryć przed nim cel mojej godzinnej podróży. Masz, spojrzyj i uspokój swą trwogę nieznośną. Wszak niema tu nikogo, możesz czytać głośno. ERAST czyta: "Miłości twej zapał - oto twoje słowa - "Nie cofnie się dla mnie przed niczem: "Niechajże więc dłużej swych chęci nie chowa, "I stanie przed ojca obliczem. "Niech kreśli wymownie swe prawa, na zawsze "Wyryte w dziewiczem mem sercu, "A jeśli wyroki uzyska łaskawsze, "Wnet staniem na ślubnym kobiercu". Cóż za szczęsna wiadomość! o ty, coś jej posłem, Wydajesz się w mych oczach jakiemś bóstwem wzniosłem. KASPER: Wszakże panu mówiłem: niech pan co chce gada, Wszystko zawsze tak będzie, jak Kasper powiada. ERAST odczytuje: "Niech kreśli wymownie swe prawa, na zawsze "Wyryte w dziewiczem mem sercu, "A jeśli wyroki uzyska łaskawsze, "Wnet staniem na ślubnym kobiercu". MARYSIA: Gdybym jej powtórzyła pańskie posądzenia, Słów tak czułych wyparłaby się bez wątpienia. ERAST: Ach, ukryj jej, przez litość, ten obłęd tak krótki, Co w serca niepokojach czerpał swe pobudki; A jeśli jej powtórzysz, dodaj, żem gotowy Śmiercią mą spłacić zbrodnię omyłki takowej, I, że spieszę, u stóp jej, bodaj tysiąc razy. Ofiarą życia mego mścić się jej obrazy. MARYSIA: Nie mówmy tu o śmierci, nie czas teraz na to. ERAST: Zbyt wiele ci winienem; wiem to, i z odpłatą Nie zwlekając, niebawem ziszczę to, com dłużny Staraniom posłanniczki miłej i usłużnej. MARYSIA: Ach, czym mówiła panu, gdziem go po próżnicy Jeszcze szukała dzisiaj? ERAST: Gdzież? MARYSIA: Na tej ulicy, Co pan już wie. ERAST: Na której? MARYSIA: No... tam... przy tym kramie, Gdzie miesiąc temu, jeśli ma pamięć nie kłamie, Obiecał mi pan kupić pierścionek. ERAST: Pojmuję! KASPER: A szelmeczka! ERAST: To prawda, i winnym się czuję, Żem zapomniał wywiązać się ze swych przyrzeczeń. MARYSIA: Przecież ja nie dlatego, żebym swoją pieczeń... KASPER: O, gdzieżby! ERAST dając jej swój pierścień: Ten pierścionek może ci przypadnie Do gustu; przyjm go w zamian: bardzo ci z nim ładnie. MARYSIA: Pan żartuje; takiegobym nie śmiała nosić. KASPER: Biedna trusia: a bierzże! nie dajże się prosić; Odmawiać, kiedy dają! czyś z zmysłów obrana? MARYSIA: Więc dobrze; wezmę jako pamiątkę od pana. ERAST: Kiedyż u stóp anioła mego złożę dzięki? MARYSIA: Myśl pan, jak z ojca wydrzeć prawa do jej ręki. ERAST: Lecz, gdyby mnie odrzucił... MARYSIA: Wówczas się pokaże; My uczynimy wszystko, co serce nam każe. W ten czy ów sposób, musim złączyć was oboje; Rób pan zatem co możesz, a my zrobim swoje. ERAST: Żegnaj; dzisiaj rzecz całą wyjaśnię z pewnością.

Erast odczytuje pocichu list.

MARYSIA do Kaspra: A my, jakże tam stoi znów z naszą miłością? Nic mi o niej nie mówisz. KASPER: Niby w naszym stanie, Dosyć prędko załatwia się takie kochanie. Ja cię chcę, chcesz mnie także? MARYSIA: Ze szczerą ochotą. KASPER: Dość więc; daj łapę. MARYSIA: Bywaj, Kasprusiu, me złoto. KASPER: Moja gwiazdko! MARYSIA: Pochodnio moich słodkich chęci! KASPER: Kometo mojej duszy, tęczo mej pamięci!

Marysia wychodzi.

Bogu niech będą dzięki; dobrze sprawa stoi: Wszak Albert nie odmówi panu córki swojej. ERAST: Walery ku nam idzie.. KASPER: Żal mnie bierze szczery Teraz na niego patrzeć.

SCENA I

ERAST, KASPER.

ERAST: Mam ci wyznać? więc jakaś tajemna obawa Szczęściu mojego serca wciąż na poprzek stawa. Tak, żadna mnie pociecha dziś nie zaspokoi: Lękam się oszukanym być w miłości swojej; Nie wiem, czy mogę ufać twojej dobrej wierze, Lub czy się sam nie łudzisz, choć nawet i szczerze. KASPER: Mnie pan mniemasz być zdolnym takich sztuk szatańskich! Powiem zatem, z amorów przeproszeniem pańskich, Że krzywdzisz serce, co tu bije pod siermięgą, I że na fizjognomjach znasz się niezbyt tęgo. Człowieka z taką gębą pomówić jest trudno, Aby się miał spaskudzić zdradą tak obłudną; Tak wielkiegom zaszczytu nie godzien, prawdziwie, I żyję sobie prosto, skromnie, lecz poczciwie. Żebym się dał oszukać, to wreszcie być może; To prędzej; i to jednak między bajki włożę. Dalibóg, że nie widzę (lub całkiem zgłupiałem), Gdzie do podejrzeń powód w tem zdarzeniu całem. Miłość Łucji niesłusznie strachu cię nabawia, Wszak ciągle pana szuka, wciąż z panem rozmawia; A Walery, co wzdycha do niej tak natrętnie, Nie zdaje mi się przez nią widzianym zbyt chętnie. ERAST: Nieraz złudna nadzieja kochanka uwodzi, I niezawsze wzrok czuły z sercem w parze chodzi; Zapały, do jednego pozornie zwrócone, Często dla innych uczuć stanowią zasłonę. Bym wierzył, iż niechęci tej wyraz jest szczery, Nazbyt spokojnym mi się wydaje Walery; Jego chłód, obojętność, z jaką sobie patrzy Na to, w czem ty jej łaski znak widzisz najrzadszy, To zatruwa mi niemal każdą szczęścia chwilę, Budzi gniew, który próżno przytłumić się silę, Wlewa w duszę zwątpienie i wzbrania mi wiary, Czy Łucja szczere żywi względem mnie zamiary. Pragnąłbym, by w słodyczy trwać niezamąconej, Widzieć, jak go zazdrości żar trawi szalony; I wówczas jego troski, gniewy i zgryzoty Byłyby dla mnie słodkim zakładem jej cnoty. Czy wierzysz, iż ktoś mógłby z tak pogodną twarzą Oglądać, jak rywala jego szczęściem darzą? A jeśli nie, to powiedz: na dziwy takowe Patrząc, czyż nie mam przyczyn łamać sobie głowę? KASPER: Może gdzieindziej swoje obrócił zapały, Skoro spostrzegł, iż tutaj na nic się nie zdały. ERAST: Skoro serce się spotka z odprawą tak jawną, Unika tej, co wszystkiem była mu niedawno, I, krusząc łańcuch, duszy kochanka tak drogi, W spokojności nie wytrwa z pewnością tak błogiej. Tej, którąśmy kochali, widok nazbyt bliski Odnawia w sercu dawnej miłości pociski, I gdy ten obraz wzgardy w nas wzbudzić nie zdoła, To znak, że jeszcze płomień ów nie wygasł zgoła. Zresztą, wierz mi, choć miłość zda się już umarłą, Nieco zazdrości zawsze szarpie nas za gardło, I nie pozwala patrzeć bez srogiej boleści, Że serce, niegdyś drogie, inne czucia pieści. KASPER: Kiepska z tych filozofij do życia omasta: Ja, co widzę oczami, w to wierzę i basta, Juścić chyba sam sobie ten życzy najgorzej, Kto, zanim ma przyczynę, zawczasu się trwoży. Pocóż tyle mędrkować i, z własnej ochoty, W swej mózgownicy czerpać powód do zgryzoty? Miałbym dociekaniami głowę sobie kręcić! Najpierw niech przyjdzie święto, a będziem je święcić. Strapienia dobrowolnie szuka tylko dudek: Ja się tam w nie nie bawię bez ważnych pobudek; A choć czasem naprawdę rzecz smutku jest warta, Udam, że nic nie widzę i ślę ją do czarta! W miłości, chęci pańskie dzielę sercem całem; Twa dola lub niedola i moim udziałem; Gdyby pana zdradziła twoja piękność słodka, I mnie od pokojówki lepszy los nie spotka. Lecz przypuszczać najgorsze na co tutaj zda się? Wolę wierzyć, gdy słyszę: kocham cię, grubasie; I nie pytam, by chwalić szczęsne swoje losy, Czy Maskaryl z rozpaczy targa się za włosy. Ech! że moja Marysia czasem i pozwoli, Że ją tam ktoś popieści albo poswywoli, I uśmieje się przytem z nią nakształt warjata: - I ja śmiać się potrafię, a jeszcze, u kata, Zobaczym, kto z nas śmiechu przyczyn się doczeka! ERAST: Bajże, baju. KASPER: Ha! ona: widzę ją zdaleka.