Zuzanna - Jan Kochanowski
4.49 zł
3.68 zł
(2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Niechaj się źli nie kochają w swojej wszeteczności,
Żywie Bóg na niebie, który karze ludzkie złości,
A dobre ma na swej pieczy i każdego broni, Kto się jeno pod zwyciężną Jego rękę skłoni. Wielką moc takich przykładów w historyach mamy I sami tego na oko często doznawamy; Ale jeśli kiedy znaczniej swój sąd Pan objawił, Nigdy znaczniej, jako kiedy Zuzannę wybawił. Kto nie ma nic pilniejszego, niech posłucha mało, A ja powiem dostatecznie, jako się co stało. W Assyryjej, na wschód słońca, sławne miasto leży, Przez które śrzodkiem Eufrates, bystra rzeka bieży; Semiramis, mężna pani, ta je zbudowała Wielkim kosztem, a Babilon imię miejscu dała. Tam Joachim mieszkał, człowiek dobrego żywota, Mając wielkie zachowanie i na zamiar złota. Ku dostatku tem go jeszcze fortuna zdobiła, Że Zuzanna poślubioną jego żoną była: Białagłowa dziwnie gładka, młoda, urodziwa, Ktemu, co ludzie nadrożej szacują, cnotliwa. Iż tedy znaczniejszego wtenczas miasto nie miało, Na każdy dzień wiele ludzi kniemu się schadzało. Przy pałacu był sad piękny, murem otoczony, Kędy pojźrzał, wszytek na pięć grani usadzony. A fontana z alabastru prawie pośrzód stała, Która wodę nieprzebraną ustawicznie lała.
I trafi się, że dwu sędziu już letnich obrano, O których przez usta pańskie było powiedziano: Niestateczność w Babilonie starszy pokazali, Którzy się ludziom na twarzy świątobliwi zdali. Ci tedy do Joachima często w dom chodzili, A za nimi, którzy pilni spraw sądowych byli. A kiedy się już rozchodził on lud ku obiadu, Zuzanna też miała swoję przechadzkę po sadu. Starzy, patrząc na każdy dzień, gdzie pani chodziła, (A komu kiedy zdradliwa miłość przepuściła?) Dali się chciwości uwieść i w sercu myślili, Jakoby swej bystrej żądzy dosyć uczynili. Gdzie teraz ona stateczność? gdzie sądy? gdzie prawa? Obu miłość opętała i niebaczna sprawa. Więc się oba w spólnym żalu siebie przestrzegają, A zapalczywości swojej odkryć się sromają. Ale ogień, co go dusisz, to się barziej żarzy: Codzień więcej się dziwują onej pięknej twarzy. I rzekł jeden: Zda mi się południe już nadchodzi, A nama też ku obiadu pokwapić się godzi. To wyrzekłszy, rozeszli się, mając oko na się, I ty pojźrzysz, alić oni u Joachima zasię. Czego tu chcesz? a ty czego? społem się pytają, Naostatek swe łotrowstwo obadwa wyznają.
Tamże sami między sobą cicho ukowali, Jakoby ją kiedyżkolwiek samę przydybali. Upatrzywszy czas po temu, zakryli się w sadzie. Pani przyjdzie, jako zwykła, nie wiedząc o zdradzie; Za nią dwie służebne pannie; a iż słońce grzało, Chciała opłókać w krynicy przeźrzoczyste ciało. I rzekła pannam, żeby się po mydło wróciły, A wychodząc, ogrodne drzwi dobrze opatrzyły. Skoro wyszły, a ci się dwa z kąta gdzieś wyrwali, Więc Zuzannę równie w takie słowa namawiali: Nie lękaj się, piękna pani, sługi swoje widzisz, Za które się nigdy, da Bóg, sprawnie nie powstydzisz; Jeno nam nie chciej być trudna, którzy cię miłujem, A dla ciebie niewymowną w sercu boleść czujem. Czas po temu masz i miejsce, drzwi zawarte stoją, Żywy człowiek nas nie widzi, pomóż łaską swoją. Dziwne się to słowa zdały w uszach u Zuzanny - Prze Bóg prosi, a pogląda, rychło przydą panny. Starzy, widząc, że ich prośba wagi swej nie miała, Próznoć, pani, będzieszli się dłużej wymawiała; Używiesz tego z lekkością, rozgniewasz nas sobie, A my będziem zobopólnie świadczyć przeciw tobie Żeś młodzieńca potajemnie w tym ogrodzie miała I dlategoś precz od siebie panny odesłała. Tu dopierko prawie z płaczem Zuzanna westchnęła, A na swoję niefortunę narzekać poczęła: Zewsząd ucisk przyszedł na mię (niestetyż mnie panie), Bo jeśli się dam namówić, za śmierć mi to stanie;
Z drugiej strony, jeśli zasię wam gwoli nie będę, Jakobym na to patrzyła, że gardła pozbędę. Ale wolę bez winności od waszych rąk zginąć, Niż przed Bogiem i przed ludźmi niecnotliwą słynąć. I krzyknęła wielkim głosem: starcy! tyle dwoje, Że się wszyscy słudzy w domu porwali do zbroje. Poczną pytać, co się dzieje? a ludzie fałszywi Na cnotliwą potwarz kładli, będąc sami krzywi. Z wielkim wstydem wszyscy słudzy tego używali, Bowiem o niej nic takiego przedtem nie słychali. A wtem dzień zszedł, noc na jego miejsce nastąpiła, Swymi skrzydły wszytkę ziemię i niebo zaćmiła. Jaki wtenczas był twój nocleg, białagłowo święta, Pomniąc, jakoś przedtem była u wszech ludzi wzięta? A nakoniec, co za lekkość jawnie popaść miała: Dobre serce, żeś w tym żalu i dnia doczekała. Ustawiczne łzy na oczy snu nie dopuściły, A to twoje w ciężkim płaczu smutne słowa były: Na tożeś mię, o przeklęta fortuno, chowała, Abych w swoich młodych leciech marnie gardło dała? Lecz to mniejsza gardła pozbyć, bo ktokolwiek żywie, Umrzeć musi; na tem wszytka rzecz, umrzeć poczciwie. Jam nieboga, przyszła na tak niebezpieczną drogę, Że, poczciwie żywszy, umrzeć krom zmazy nie mogę.
Ktoby wierzył, że mię o to cnota przyprawiła? Lecz się ja nie skarżę na nię, bo mi ta jest miła, Że mi dla niej śmierć nie straszna, nie straszna sromota, Jeśli miejsce jest sromocie, gdzie panuje cnota. Bo choć pod czas prawda musi ustępować zdradzie, Przedsię pan Bóg pospolicie na wierzch prawdę kładzie. Z tą nadzieją na plac pójdę i nastawię szyje: Duszo moja, nie lękaj się, Bóg na niebie żyje. Doczekam ja, choć pod ziemią, da Bóg, tej nowiny, Kiedy rzeką, żem stracona krom wszelakiej winy, A ci, których fałsz i zdrada o śmierć mię przyprawi, I przed Bogiem, i przed ludźmi nie będą mi prawi.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.